Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 19 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 25 Maj 2022 11:39 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Mamy na fly4free już parę świetnych relacji z podróży do Peru, ale (1) najświeższe z nich nie pokazują typowej trasy “gringo trail”, z kolei (2) ostatnie relacje pokazujące klasyczną wyprawę pochodzą sprzed pandemii. Odwiedziłem Peru w maju 2022, więc odświeżam nieco temat.

Zacznę od trasy wyprawy oraz ostatecznych kosztów, a w kolejnych postach będę relacjonował wyjazd dzień po dniu, dodając zdjęcia.

W Peru spędziliśmy 2 tygodnie (niedziela-niedziela) jako grupa 3 osób. Zrobiliśmy mniej więcej klasyczny “gringo trail”, ale:
- Odpuściliśmy geoglify w Nazce: to dosyć droga wycieczka, a niespecjalnie nas interesowała.
- Zamiast z miasta Ica/Huacachina jechać autokarem do Arequipy, polecieliśmy tam od razu z Limy, a na koniec wyprawy wróciliśmy do stolicy i zrobiliśmy autokarami kilkudniowe kółko na trasie Lima - Paracas - Huacachina - Lima. Dzięki temu uniknęliśmy męczącej 13-godzinnej podróży autokarem.

Załącznik:
mapa-trasa-peru.jpg

Plan wyprawy
08.05 Przylot do Limy wieczorem
09.05 Zwiedzanie Limy (centrum historyczne)
10.05 Lot do Arequipy, zwiedzanie Arequipy
11.05 Trekking w kanionie Colca dzień 1
12.05 Trekking w kanionie Colca dzień 2, przejazd do Puno
13.05 Jezioro Titicaca
14.05 Przejazd do Cusco
15.05 Zwiedzanie Cusco
16.05 Przejazd do Machu Picchu town
17.05 Zwiedzanie Machu Picchu, powrót do Cusco
18.05 Rainbow Mountain, przelot do Limy
19.05 Przejazd do Paracas, Rezerwat Narodowy Paracas
20.05 Ballestas Islands, przejazd do Huacachiny, buggy tour
21.05 Przejazd do Limy
22.05 Zwiedzanie Limy (Miraflores), wylot do Europy

Koszty 2-tygodniowej wyprawy (w przeliczeniu na 1 osobę)
1680 PLN Loty Iberia (Berlin-Lima przez Madryt)
370 PLN Loty LATAM w Peru (Lima-Arequipa i Cusco-Lima)
912 PLN Noclegi
630 PLN Machu Picchu (wstęp + dojazdy)
1795 PLN pozostałe wydatki (autokary, taksówki, wycieczki, jedzenie, pamiątki itd.)
=====
5387 PLN SUMA
(+ 840 PLN szczepienia nieobowiązkowe)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez robokun, 26 Maj 2022 12:32, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
jerzy5 uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 26 Maj 2022 09:50 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Wstęp
Wiedziałem, że wypada kiedyś odwiedzić Amerykę Południową. Chociażby z ciekawości do świata. Ale zawsze były wymówki w postaci sajgonek, sushi i kaczki po pekińsku. Azja od zawsze kusiła bardziej, może przez fakt, że latami bezrefleksyjnie kułem japoński, żeby po 10 latach nauki w końcu się zorientować, że ten język nie jest mi do niczego potrzebny.

W 2022 roku po raz kolejny był pomysł na Azję, tym razem na Tajlandię, Kambodżę i/lub Wietnam. Azja jakoś jednak cały czas się nie chciała otworzyć po tym, jak w 2019 roku rzekomo jakiś Azjata zjadł nietoperza czy innego pancernika i cały świat zaczął chodzić w maseczkach chirurgicznych. Tajowie niby nieśmiało zaczęli luzować obostrzenia, ale według nich luzowanie obostrzeń polega na rezygnacji z wymogu wykonania trzydziestego piątego testu PCR w ciągu 48 godzin i zredukowaniu kwarantanny ze 100 lat do 30. Urlop nie jest z gumy, więc chwilowo odwróciłem się do Azji plecami. A że rok wcześniej w ramach zabicia czasu w trakcie pandemii usiadłem do hiszpańskiego, to postanowiłem swoją wiedzę sprawdzić w ramach dwutygodniowej podróży do Kraju Wschodzącego Sola. Vamos!

Dzień 1: przylot do Limy
Nasz Airbus A330 linii Iberia podchodzi do lądowania na lotnisku w Limie w niedzielę o zachodzie słońca. Dosyć sprawnie dochodzimy do stanowisk migracji. Peruwiańczycy jeszcze nie wpadli na to, że mogą zainstalować na suficie kamery, więc budka każdego urzędnika uzbrojona jest w oldschoolową lustrzankę na statywie. Po zrobieniu zdjęcia niczym fotograf do dowodu osobistego zostajemy wpuszczeni do kraju. Jesteśmy w Peru!
Załącznik:
dzien1-iberia-got.jpg

Wychodzimy z lotniska i czekamy chwilę na taksówkę zamówioną przez nasz hostel (60 soli). Śpimy niedaleko centrum historycznego Limy. Wybór mało pasjonujący, bo centrum Limy jest okropne, ale przynajmniej w miarę stąd blisko na lotnisko, a pojutrze mamy lot krajowy do Arequipy.

Taksówkarz po 20 minutach jazdy w ciszy stwierdza, że jednak chciałby odbyć small talk z grupką 3 gringos, więc zagaduje mnie po hiszpańsku:
- Chcecie odwiedzić Machu Picchu?
- Tak, to mój Pan i Władca. – odpowiadam. (*)
(*) Hiszpańskie słowo sueño (to moje _marzenie_) mylę z dueño (to mój _właściciel_), więc wychodzę chyba na kogoś w rodzaju członka sekty starożytnych Inków. Tak przynajmniej wynika z miny taksówkarza, bo facet rozmowy już nie kontynuuje.

Jazda z lotniska do centrum historycznego nie należy do najprzyjemniejszych. Po drodze mijamy dzielnicę Callao, która konkursu na najlepsze miejsce do życia raczej by nie wygrała. Wysiadamy przed hostelem, który chroni zamknięta brama, trzeba dzwonić dzwonkiem. Jak się potem okaże, będzie tak w każdym noclegu w Peru. W hostelu można płacić tylko gotówką, soli jeszcze nie mamy, na szczęście możemy uregulować rachunek w dolarach. Hostel znajduje się w starej kamienicy. Dostajemy 10 metrowy pokój trzyosobowy. Jest tak wysoki, że warszawscy inwestorzy z pewnością wcisnęliby tam pionowo ze trzy mikroapartamenty i dwa schrony dla uchodźców.
Załącznik:
dzien1-hostel-got.jpg

Obok naszego pokoju chodzi jakaś pompa wydająca co chwilę dźwięk startującej rakiety. Na dachu hostelu znajdujemy bar, gdzie impreza chyba za mocno udzieliła się obsłudze. Przy barze gość tłumaczy, że wprawdzie zamawiał _Margaritę_, ale spodziewał się drinka, a dostał pizzę. Wypijamy po drinku powitalnym i idziemy spać. Dobrze, że wziąłem zatyczki, bo pompa w pomieszczeniu obok chodzi całą noc.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez robokun 27 Maj 2022 09:08, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
jerzy5 uważa post za pomocny.
 
 
#3 PostWysłany: 26 Maj 2022 10:46 

Rejestracja: 31 Paź 2017
Posty: 265
Czekam na więcej
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 26 Maj 2022 11:52 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 7582
Loty: 890
Kilometry: 842 636
platynowy
@robokun Rozumiem, że oprócz lotów koszty noclegów i reszty są proporcjonalne na osobę?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 26 Maj 2022 12:16 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Tak, wszystko jest w przeliczeniu na osobę, loty również.


Ostatnio edytowany przez robokun, 26 Maj 2022 14:29, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 26 Maj 2022 14:20 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 2: Centrum historyczne Limy
W ramach jetlaga wstajemy o świcie. Dzisiejszy dzień to spokojne zwiedzanie starówki w Limie, czas na regenerację po podróży, przygotowanie do trekkingów.

Centrum historyczne Limy nie należy do najprzyjemnijcych. Poza kilkoma turystycznymi punktami jest tu hałas, brud i niespotykany tłok. W metropolii żyje około 10 mln ludzi, ⅓ populacji Peru. Część tych osób pracuje nielegalnie na ulicach, sprzedając… dosłownie cokolwiek. Mijamy faceta, który kupił paczkę cukierków i teraz próbuje ją sprzedać z zyskiem na sztuki (to się nazywa żyłka do interesów!). Za chwilę jakaś Peruwianka podbiega do nas ze szczotkami do mycia słoików. Szybko się reflektuje, że gringos (biali turyści) raczej nie potrzebują myć słoików, więc proponuje, że może nam załatwić _cuy_ (świnkę morską, czasem jedzoną w Peru).
Załącznik:
dzien2-lima-ulica.jpg

To dobry dzień na sprawy organizacyjne. Znajdujemy punkt sieci komórkowej entel, gdzie za 20 SOL dostajemy kartę sim z 4 GB internetu. Obsługa po drodze 3 razy się myli, próbuje nas skasować 60 SOL za 3 karty sim, ale ostatecznie wszystko się udaje. Muszę się podpisać na jakimś papierku z warunkami umowy, dać paszport do skserowania, a na koniec zostawić odcisk palca. Brakuje chyba tylko kropli krwi i pieczątki z ziemniaka.
Załącznik:
dzien2-lima-centrumlimy.jpg

Wymieniamy też trochę dolarów na sole. Kantor wygląda w ten sposób, że wokół lady panuje ogromny tłok i chaos. Jestem prawie 35 cm wyższy od przeciętnego Peruwiańczyka, więc po prostu podaję dolary nad wszystkimi głowami. Obsługa coś tam notuje, dolary znikają na zapleczu. Przez moment się zastanawiam, czy jeszcze zobaczę jakiekolwiek pieniądze, na szczęście po chwili z zaplecza wyłania się magiczna ręka z solami i wszystko się zgadza.
Załącznik:
dzien2-lima-picarones.jpg

Dochodzimy do głównego placu, który w prawie każdym południowoamerykańskim mieście nazywa się tak samo: Plaza de Armas. Plac wygląda ładnie, ale dzisiaj jest zamknięty ze względu na strajki (inflacja to nie tylko polska przypadłość). Kręcimy się jeszcze chwilę po centrum, po czym idziemy w okolice Mercado Central i Chinatown.
Załącznik:
dzien2-lima-plazadearmas.jpg

Załącznik:
dzien2-lima-starowka.jpg

Załącznik:
dzien2-lima-chinatown.jpg

Wchodząc na Mercado, po raz pierwszy natykamy się na peruwiańską covidozę. Przy wejściu groźnie wyglądająca Peruwianka nakazuje założyć dwie maseczki chirurgiczne, spryskuje nam ręce czymś, co pachnie jak spirytus rektyfikowany, a na koniec prosi o okazanie certyfikatu przyjęcia 3 dawek szczepienia przeciw COVID. Niewiele rozumie z europejskiej papierologii, więc wpuszcza nas szybko do środka. Równie dobrze mogłem jej podsunąć pod nos wyciąg z konta bankowego albo zaświadczenie o kleptomanii.
Załącznik:
dzien2-lima-mercado.jpg

Na Mercado dosyć szybko trafiamy do sekcji z jedzeniem. Czas na ceviche, narodowe danie Peru, czyli surową rybę marynowaną w sosie z cytrusów. Za 25 soli dostajemy zupę, a następnie ogromną porcję ryby w towarzystwie batata i peruwiańskiej kukurydzy. Może nie wygląda to zbyt smacznie na zdjęciu, ale jest naprawdę dobre!
Załącznik:
dzien2-lima-ceviche.jpg

W ramach deseru idziemy na soki, czyli peruwiański klasyk na mercado. W każdym mieście wygląda to podobnie: sekcja z sokami to długi rząd stanowisk, które nie różnią się od siebie absolutnie niczym. Kiedy tylko obsługa zauważy gringos, zaczyna krzyczeć i machać cennikami jak gejsze wachlarzami w upalny dzień (no, może troche bardziej nachalnie i z mniejszą gracją). Każde stanowisko oferuje świeżo wyciskane soki z mlekiem lub bez. Ceny, w zależności od wybranych owoców i miasta, to ok. 5-9 soli za dużą porcję ok. 0,5 litra soku. Jeżeli podadzą wam małe szklanki, to po wypiciu porcji dostaniecie dolewkę. Popularne są soki z mango, papai, karamboli, lucumy i paru innych tropikalnych owoców.

Zobaczyliśmy już chyba wszystko, co było do zobaczenia, a jest dopiero połowa dnia. Postanawiamy wrócić do hostelu i dołączyć po południu do Free Walking Tour. Zdajemy sobie sprawę, że prawdopodobnie wycieczka wróci w te same rejony, które zwiedzaliśmy rano, ale nie mamy nic lepszego do roboty.

Nie mylimy się. Free Walking Tour jest zresztą w ogóle mało fascynujący, bo z 2,5 godziny 45 minut poświęcamy na dojazd na starówkę, a kolejne 45 minut próbujemy się dostać na Plaza de Armas. Ze względu na strajki policja odgrodziła nie tylko sam plac, ale też pobliskie kwartały, więc biedny przewodnik prowadzi nas w kolejne zamknięte uliczki, w których kolejni policjanci machają rękami, żeby szedł dalej. W końcu ktoś się nad nami lituje i dopuszcza nas do placu, ale i tak nie dowiadujemy się od przewodnika nic ciekawego.
Załącznik:
dzien2-lima-trawnik.jpg

Po powrocie do hostelu odpoczywamy chwilę i idziemy do parku Circuito Mágico del Agua na wieczorny pokaz świateł i wody (wstęp 4 sole). Pokaz (jak i cały park) okazują się bardzo ładne, nieco podobne na przykład do warszawskich fontann, ale jest tego więcej i na większym obszarze.
Załącznik:
dzien2-lima-magico1.jpg

Załącznik:
dzien2-lima-magico2.jpg

Po obejrzeniu parku wracamy do hostelu i idziemy spać, bo rano czeka nas lot do Arequipy. Obok pokoju bez zmiłowania zasuwa pompa… :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 27 Maj 2022 11:40 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 3: Arequipa
O 5:30 czeka na nas taksówka zamówiona przez hostel (w stronę lotniska jest tańsza, 40 soli). Znowu jedziemy przez dziwne dzielnice, i to drogami, które wyglądają jak pole minowe.

Jako białasy z Europy trzymamy się klasycznej zasady: na lotnisku 2h przed odlotem. Nauczka na przyszłość, że w Peru chyba jednak można ten czas skrócić, bo kontrola bezpieczeństwa jest bardzo sprawna, nie trzeba wyjmować płynów, nie wyrzucają też butelek z wodą. Lotnisko w części krajowej wygląda przyzwoicie, jest parę knajp, w których za ok. 15 soli można dostać zestaw: kawa + kanapka lub empanada. Empanada z kurczakiem dobra, ale kawa niepijalna. Jak się potem okaże, ta jakość czarnego napoju to standard w wielu peruwiańskich przybytkach.

Nasz bagaż to kultowe plecaki CabinMAX sprzed 6 lat. Ich wymiary “trochę” przekraczają wytyczne linii LATAM w zakresie “1 personal item”. Przed otwarciem bramki obserwujemy zresztą loty innych linii (Sky, Viva Air), gdzie obsługa bezlitośnie podstawia stojak do wymiarowania bagażu i kasuje dolary za nadwymiarowe walizki. My na szczęście nie lecimy low costem, w LATAM nikt nie zwraca nam uwagi na za duże plecaki (ale już osoby, które wzięły 2 sztuki bagażu, są zatrzymywane). Czyli podobnie jak w Europie :D

Lot mija szybko, za oknem po lewej stronie piękne widoki na Andy. Dostajemy nawet przekąskę, batonik z komosą ryżową :) Dolatujemy planowo do Arequipy i chcemy wziąć Ubera z lotniska, ale kierowca na czacie aplikacji zaczyna coś kombinować i opowiadać o “podatkach wyjazdowych z lotniska”, które musimy zapłacić (?). Szybko się okazuje, że oficjalny taksówkarz zawiezie nas do centrum za 35 soli, czyli taniej, niż Uber i jego “opłaty wyjazdowe”.
Załącznik:
dzien3-lot-arequipa.jpg

Arequipa od razu robi lepsze wrażenie. Położona jest na wysokości ok. 2300 m n.p.m., więc stanowi świetne miejsce do aklimatyzacji wysokościowej. Wokół miasta rozpościerają się góry i wulkany o wysokości ok. 6000 m n.p.m. Nie ma tu tyle brudu i rozpadających się budynków, co w Limie. Kierowcy jeżdżą mniej agresywnie, nie trąbią tak wściekle, ogólnie jest nieco przyjemniej. Bardzo przyzwoity hotel (Los Andes B&B) mamy praktycznie przy samym Plaza de Armas, a pokój dostajemy na grubo przed oficjalnym checkinem.

Inna jest tu też pogoda. Przez całą zimę w Limie króluję La Garúa, wieczna mgła będąca efektem mieszania się gorącego przybrzeżnego powietrza z zimnymi, wilgotnymi wiatrami znad Pacyfiku. W Arequipie widoczność jest zdecydowanie lepsza, świeci mocne słońce, więc smarujemy się dokładnie filtrem 50 i wyruszamy na lokalne Mercado.

Targowisko w Arequipie też jest przyjemniejsze od tego w Limie. Próbujemy wspomnianych już soków, a potem jeszcze dwóch niewielkich potraw kuchni peruwiańskiej: papa rellena (ziemniaczane krokiety z nadzieniem) oraz rocoto relleno (faszerowana papryka popularna właśnie w Arequipie, uwaga, sama papryka jest ostra!). Za jedno i drugie płacimy po ok. 5-7 soli.
Załącznik:
dzien3-arequipa-mercado1.jpg

Załącznik:
dzien3-arequipa-mercado2.jpg

Załącznik:
dzien3-arequipa-mercado3.jpg

Czas znaleźć dwudniową wycieczkę do kanionu Colca! Interesuje nas trekking + późniejszy przejazd z Chivay (rejon kanionu) bezpośrednio do jeziora Titicaca/Puno, bez powrotu do Arequipy (pozwala to zaoszczędzić dużo czasu). W pierwszej agencji po opisie słowno-muzycznym wycieczki słyszymy cenę za trekking 200 soli oraz podrzucenie na busa do Puno, który musimy sobie zorganizować sami. W drugiej agencji (Bravo Peru Tours) obsługa pokazuje nam prezentację w Power Poincie (!) z opisem wycieczki, a na dodatek obiecują zorganizować za nas busa. Wszystko to za cenę 160 soli od osoby (trekking) + 120 soli transport do Puno. Jesteśmy pod wrażeniem profesjonalizmu prezentacji wyświetlanej na Windowsie 98, więc od razu kupujemy pakiet wycieczka + transport. Dla porównania, gdybyśmy chcieli zarezerwować te rzeczy wcześniej przez internet, to zapłacilibyśmy ok. 600-700 zł, czyli dwa razy więcej. Magia kupowania wycieczek gotówką na miejscu w Peru.

Mamy jeszcze pół dnia dla siebie w Arequipie, więc zwiedzamy miejscowe klasyki:
(1) Plaza de Armas: piękna katedra, a w tle widoki na pobliskie góry/wulkany.
(2) Mundo Alpaca: sklep z wyrobami z alpaki (kosmiczne ceny) oraz mini ekspozycja: zobaczymy tu, jak wygląda wełna z alpaki i tkanie z takiej wełny, jest też zagroda z kilkoma pociesznymi zwierzakami (żywymi).
Załącznik:
dzien3-arequipa-mundoalpaca1.jpg

Załącznik:
dzien3-arequipa-mundoalpaca2.jpg

(3) San Lázaro: niewielka dzielnica (osiedle?) z najstarszymi budynkami w mieście, wykonanymi z jasnych kamieni ciosanych. Ponoć to od nich Arequipa nazywana jest białym miastem, ale szczerze mówiąc, dzielnica nie robi na nas większego wrażenia.
(4) Punkt widokowy Yanahuara: do tego punktu idzie się przez most Grau, z którego swoją drogą jest bardzo ładny widok na góry. Sam punkt Yanahuara (bezpłatny) położony jest przy niewielkim skwerze i widać z niego jeden z pobliskich wulkanów-sześciotysięczników.
Załącznik:
dzien3-arequipa-mostgrau.jpg

Załącznik:
dzien3-arequipa-yanahuara.jpg

Widok z Yanahuara jest nienajgorszy, ale liczyliśmy na więcej, więc… idziemy do kolejnego punktu widokowego, Carmen Alto. Ewidentnie widać, że punkt jest położony z dala od turystycznej trasy, bo po drodze mijamy pola uprawne i osiedla dla miejscowych. Największym zaskoczeniem na trasie jest jednak… kościół. Oficjalna nazwa to “Templo de la Iglesia de Jesucristo de los santos de los últimos días”, na szczęście ktoś wpadł na to, żeby skrócić ją do “Templo de Arequipa”. Budynek był budowany w latach 2017-2019, więc jest świeżutki. Wraz z otaczającym go ogrodem kościół wygląda naprawdę schludnie i nowocześnie, zdecydowanie wybija się na tle otaczającej go starej zabudowy.
Załącznik:
dzien3-arequipa-templo.jpg

Dochodzimy do punktu Carmen Alto i na dzień dobry słyszymy klasyczne, peruwiańskie “5 soles!”. Okazuje się, że wstęp jest płatny. Widok wynagradza jednak wydane dinero, jest naprawdę ładnie i widać stąd pobliskie góry i wulkany. Moim zdaniem warto, jeśli ma się trochę nadmiarowego czasu w Arequipie. A jeśli się nie ma, to warto chociaż zajrzeć na wspomniany wcześniej most Grau, widok podobny, choć nieco gorszy.
Załącznik:
dzien3-arequipa-carmenalto.jpg

Zrobiło się późno, więc odpuszczamy jeden z klasyków Arequipy, klasztor Santa Catalina. W zamian wracamy na Plaza de Armas i lądujemy w barze Waya Lookout na dachu jednego z budynków. Bar ma takie sobie opinie w internecie, ale jakimś cudem dostajemy tutaj najlepsze Pisco Sour, jakie przyjdzie nam wypić w Peru. Wypijamy powoli klasycznego peruwiańskiego drinka z pięknym widokiem na podświetloną katedrę i wracamy do hotelu, bo czeka nas pobudka o 2:30 rano.
Załącznik:
dzien3-arequipa-plazadearmas.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 29 Maj 2022 12:03 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 4: Kanion Colca
Wstajemy półprzytomni i pakujemy się. Udaje nam się nawet zjeść jakieś tosty! W Peru śniadanie bardzo często jest wliczone w cenę noclegu. Ponieważ miejscowe plany wycieczek dla turystów układają sadyści i wiele z nich zaczyna się o 3-5 rano, często hotelarze w środku nocy wystawią już coś do zjedzenia albo dają zapakowane.

Ostrzegano mnie, że w Peru często są opóźnienia. Nasz busik początkowo rusza punktualnie, ale po 45 minutach jazdy stajemy na stacji paliw i… wyłączamy silnik. Po około godzinie jeden z pasażerów pyta, dlaczego właściwie urządzono nam aromaterapię benzyną na przedmieściach Arequipy. Okazuje się, że przewodnik zapomniał zabrać grupę trzech osób, chociaż ktoś z tego samego hotelu już jest z nami w busiku.

Grupa w końcu dołącza do nas taksówką i ruszamy. Na wysokości jest niesamowicie ciemno i zimno, a na szybach busa pojawia się szron. Przewodnik nie włącza ogrzewania, tylko… daje nam kocyki pledowe a’la IKEA.

Już po wschodzie słońca docieramy do miejscowości Chivay na śniadanie. To taki peruwiański klasyk: trafiamy do czegoś na kształt jadłodajni, siadamy przy długich stołach z innymi wycieczkami i dostajemy jeść. Jak na nadchodzący 6-godzinny trekking, to jest bardzo skromnie: każdy dostaje 2 bułeczki, mikroskopijną ilość masła oraz… dwie ćwiartki plastra szynki. Po negocjacjach dorzucają nam trochę dżemu, ale dalej czujemy, że niewiele zjedliśmy. Razem z poznaną Holenderką łapiemy po dodatkowej bułce ze stolika obok, gdzie są wolne miejsca. Jest nam trochę lepiej, ale okazuje się, że wywołaliśmy olbrzymie zamieszanie. Obsługa trzykrotnie sprawdza wolne miejsca, z których zniknęły bułki. Potem w ramach śledztwa wypytuje siedzących obok Hiszpanów, dlaczego na tych talerzach nie ma bułek, czy może ktoś tu siedział i się przesiadł? To dochodzenie trwa jakieś 10 minut, a przecież mówimy o dwóch suchych bułkach. Na szczęście ostatecznie śledztwo zostaje umorzone w świetle braku postępów w sprawie.
Załącznik:
dzien4-colca-sniadaniechivay.jpg

Najedzeni, brzuchy pełne (powiedzmy), więc ruszamy dalej. Jedziemy w głąb kanionu, podziwiając przy tym piękne widoki. Docieramy do punktu widokowego Cruz del Condor na oglądanie kondorów. Mamy spore szczęście: tego dnia spotykamy ich aż 8. Majestatycznie unoszą się nad kanionem, podlatują blisko i nic sobie z naszej obecności nie robią. Świetny widok!
Załącznik:
dzien4-colca-cruzdelcondor.jpg

Załącznik:
dzien4-colca-cruzdelcondor2.jpg

Jedziemy dalej do miejscowości Cabanaconde, gdzie zaczyna się trekking do kanionu. Mamy ze sobą duże plecaki, których nie zamierzamy targać w dół, więc zostawiamy je do przechowania u Peruwianki prowadzącej drobny biznes (sprzedaje napoje, batoniki, papier toaletowy). I tu peruwiański klasyk: w agencji w Arequipie “zapomnieli” nam wspomnieć, że zostawienie plecaków jest płatne. Na szczęście opłata jest niewielka (3 sole od plecaka), więc nie robimy awantury. Bardziej boli bilet wstępu do kanionu, który kosztuje dodatkowe 70 soli (ale o tym nas uprzedzano).
Załącznik:
dzien4-colca-mapa.jpg

Trekking podzielony jest na 2 dni: dzisiaj głównie schodzimy (ok. 6-6,5h) do noclegu w dole kanionu, następnego dnia wchodzimy z powrotem mniej więcej do punktu rozpoczęcia trekkingu. Trafia nam się świetna, kameralna grupka, sami Europejczycy, bo ponoć Peruwiańczycy rzadko chodzą po górach. Nasz peruwiański przewodnik zresztą przyznaje nam wprost, że dopiero rozpoczął tę pracę i jest w kanionie dopiero drugim raz :) Grupę mamy mocną, trzymamy dobre tempo, więc dosyć szybko schodzimy w dół kanionu do mostu. Nogi trochę bolą, w końcu musieliśmy zejść jakieś 1400 metrów. Nie pomaga też specjalnie słońce na głowami. Przy moście robimy chwilę odpoczynku i idziemy dalej: mamy teraz bardzo krótkie podejście (ok. 10 min), po czym będziemy szli po płaskim terenie do miejsca lunchu w wiosce San Juan De Chucchu. I tu zaskoczenie: to krótkie podejście okazuje się dla wszystkich mordercze. Sapiemy, dyszymy, płuca palą. Nie wróży to zbyt dobrze przed podejściem następnego dnia :)
Załącznik:
dzien4-colca-kanion.jpg

Załącznik:
dzien4-colca-rzeka.jpg

Lunch jest całkiem w porządku: zupa z komosą ryżową (trochę przypomina krupnik), a następnie lomo saltado, danie kuchni chińsko-peruwiańskiej, smażone kawałki wołowiny (lub alpaki) z warzywami i ryżem. Peruwiańczycy do warzyw zaliczają ziemniaka, więc dostajemy na jednym talerzu i frytki i ryż :) Najedzeni odpoczywamy chwilę i ruszamy dalej. Od tego miejsca, zdaniem przewodnika, będziemy mieli jeszcze ok. 2,5-3h marszu po terenie określanym jako “inca flat”, czyli wcale nie będzie płasko, raczej góra-dół, góra-dół… :)
Załącznik:
dzien4-colca-kanion2.jpg

Załącznik:
dzien4-colca-kanon3.jpg

W trakcie marszu podziwiamy kanion, a przewodnik co jakiś czas robi przystanki na ciekawostki. Dowiadujemy się m.in., że Colca jest trzecim najgłębszym kanionem świata, że to tak naprawdę półkanion-półdolina, że do odkrycia i popularyzacji kanionu przyczynili się Polacy w 1981 roku. Mamy też okazję nawdychać się aromatów z liści lokalnego drzewa, które ponoć pomagają przy chorobie wysokościowej i zmęczeniu. W kilku miejscach znajdujemy też stoiska ze słodyczami i napojami. Miło trafić na taką “peruwiańką Żabkę” na szlaku pośrodku niczego, tym bardziej, że ceny są bardzo przystępne i za kilka soli można dostać wodę albo czekoladę. Strach pomyśleć, ile by sobie zażyczyli górale, gdyby taka “Żabka” stała na środku szlaku na Giewont…
Załącznik:
dzien4-colca-noclegpodejscie.jpg

W końcu docieramy do drugiego mostu nad rzeką i po chwili trafiamy do noclegu: Sangalle / Oasis. Nogi już nas porządnie bolą, więc wskakujemy do basenu. Woda ma dosyć przyjemną temperaturę i świetnie nam robi po takim trekkingu.
Załącznik:
dzien4-colca-oasis.jpg

Załącznik:
dzien4-colca-basen.jpg

Załącznik:
dzien4-colca-oasis2.jpg

Oasis składa się z kilku ”ośrodków”, wszystkie wyglądają podobnie: mają basen, bardzo podstawowy sklepik (zimne piwo i cola, za colę bodajże 6 soli) i pokoje z łóżkami. Pokoje są baaardzo podstawowe: na betonowej posadzce stoją po prostu łóżka z grubymi kołdrami, a na suficie wisi pojedyncza żarówka. I tyle. Nie ma żadnych mebli, szafek, gniazdek elektrycznych. Telefony można niby podładować w jadalni, ale w praktyce wszystkie wtyczki wypadają tam z gniazdka. Są też dwa wspólne prysznice i dwie toalety. W prysznicach jest ciepła woda, ale tylko jeden z nich ma akceptowalne ciśnienie. W toaletach papieru brak, trzeba mieć swój. Niektórzy z naszej grupy za dodatkowe 10 soli mają “pokoje premium” z własną łazienką, ale poza tym warunki są podobne.
Załącznik:
dzien4-colca-pokoj.jpg

Załącznik:
dzien4-colca-wc.jpg

Miejsce ma z pewnością swój klimat, ale trzeba się przygotować raczej na leniwe popołudnie/wieczór, bo poza basenem brak tu atrakcji. Niektórzy z naszej grupy po prostu ucinają sobie kilkugodzinną drzemkę :D Na kolację dostajemy caldo de gallina (peruwiański rosół) oraz kurczaka z ryżem, frytkami i sałatką z awokado (peruwiańskie sprzątanie lodówki). Kurczaka jest śladowa ilość, bo cały kawałek to głównie kość, ale duże ilości węgli i tłuszczu robią swoje.

Po kolacji rozmawiamy chwilę z naszą grupą i uciekamy do łóżek – rano rozpoczynamy trekking o 5:00, jeszcze przed wschodem słońca.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 01 Cze 2022 16:32 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 5: Poranny trekking i przejazd do Puno

O 5:00 rano jesteśmy już na nogach, gotowi pokonać ponad 1000 metrów różnicy wysokości. Zakwasy trochę dają się we znaki, ale na szczęście dzisiaj do wchodzenia będziemy korzystać z innych partii mięśniowych niż te, które zajechaliśmy poprzedniego dnia przy schodzeniu. Jest ciemno i zimno, ale to akurat dobrze, bo wspinaczka szybko nas rozgrzewa. Szlak jest dosyć monotonny, serpentyna wiedzie cały czas w górę. Za naszymi plecami wstaje słońce i co jakiś czas podziwiamy poranne widoki na kanion.
Załącznik:
dzien5-kanionwschod.jpg

Przed wyjazdem naczytałem się strasznych opinii o tym podejściu. Niektóre opisy wskazywały, że kanion Colca to najgorsze doświadczenie w życiu, że ludzie wypluwają tu płuca i wzywają helikoptery pogotowia. Szczególnie pamiętam relację jednej Europejki, która rzekomo przeszła bezproblemowo setki kilometrów w górach całej Ameryki Południowej, po czym trafiła do peruwiańskiego kanionu, padła na wznak i popłakała się z wysiłku.
Załącznik:
dzien5-podejsciekanion.jpg

Te histeryczne historie pisane są chyba pod wyświetlenia, bo w rzeczywistości nic strasznego na tym szlaku się nie dzieje. Ludzie wchodzą spokojnie, każdy swoim tempem. Osoby, które naprawdę nie dają rady, mogą wynająć osła, aczkolwiek odradzam to rozwiązanie, bo zwierzęta nie wydają się zbyt zadowolone z pełnionej funkcji. Szlak przewidziany na ok. 3 godziny najlepsi z naszej grupy przeszli w 2 h, a najgorsi w 2 h 30 min. Nie widziałem też, żeby po drodze ktokolwiek leżał, płakał, wzywał Boga, Allaha albo pogotowie (a ludzi było naprawdę sporo).
Załącznik:
dzien5-koniectrekkingu.jpg

Oczywiście łatwo nie było, w końcu znajdujemy się na znacznej wysokości, ale nawet osoby, które za bardzo nie chodzą po górach, dadzą radę, o ile na co dzień utrzymują jakąkolwiek sprawność fizyczną i nie przyrosły do kanapy. A czy warto? Pewnie! Z perspektywy czasu kanion wspominam jako jeden z najlepszych momentów w Peru.

Przy końcu podejścia można za kilka soli kupić herbatkę z liści koki albo andyjskiej mięty (muña, polecam) i coś do jedzenia. Dopiero po zakończeniu trekkingu idziemy do pobliskiej wioski Cabanaconde na pierwszy posiłek tego dnia. Jest to klasyczne peruwiańskie śniadanie, czyli dwie buły z dżemem, jajecznica z 1 jajka i pół plastra szynki, ale po ponad dwugodzinnym trekkingu wszystko smakuje jak z trzygwiazdkowej restauracji w Paryżu.
Załącznik:
dzien5-sniadaniepotrekkingu.jpg

Załącznik:
dzien5-cabanaconde.jpg

Bus powrotny zabiera nas z głównego placu w Cabanaconde. Po drodze jest kilka przystanków. Najpierw podjeżdżamy w miejsce rozpoczęcia trekkingu poprzedniego dnia, żeby odebrać swoje duże plecaki. Następnie przejeżdżamy z powrotem przez kanion i zatrzymujemy się w punkcie na zdjęcia, gdzie dodatkowo stoi budka z lokalnymi specjałami :) za 4 sole Peruwianka robi nam Colca Sour, czyli drinka z dodatkiem owocu kaktusa sancayo. Owoc jest bardzo kwaśny, budzi skojarzenia z niedojrzałym kiwi, ale drink jest pyszny! No i kosztuje niecałe 5 złotych :)
Załącznik:
dzien5-przejazd-kanion.jpg

Po przystanku na fotki jedziemy do gorących źródeł w okolicach Chivay. Źródła są opcjonalne, wstęp kosztuje 15 soli, ale nikt z grupy nawet przez chwilę się nie waha. Do wyboru jest kilka źródeł o temperaturze wody 36-40 stopni. Zbiorniki są na świeżym powietrzu, ale mają zadaszenie. Nie ma tu luksusów, ale nikt nie narzeka, po dwóch dniach trekkingu wygrzanie obolałych nóg jest świetnym pomysłem.
Załącznik:
dzien5-goracezrodla.jpg

Ostatni przystanek w kanionie to lunch. Uprzedzano nas, że nie jest wliczony w cenę wycieczki, i okazuje się dosyć drogi jak na warunki peruwiańskie (35 soli bez napojów). Na szczęście ma formułę bufetu, dania są typowo peruwiańskie, jest ich dużo i są smaczne, więc każdy wychodzi najedzony i zadowolony.
Załącznik:
dzien5-bufet2.jpg

Załącznik:
dzien5-bufet.jpg

Główna wycieczka wraca do Arequipy, a nam przewodnik organizuje przesiadkę na bezpośredniego busa z Chivay do Puno. Jest przy tym trochę zamieszania, bo busik miał już wyjechać, a się opóźnia, ale ostatecznie z 45-minutowym poślizgiem ruszamy do Puno.

Busik, którym jedziemy, należy do firmy Nativa Express. Chyba bardzo im zależy na opiniach, bo dostajemy bezpłatnie wodę, a przewodnik nawija przez pół trasy o wszystkim, co turystów może tylko interesować. Mnie akurat interesuje to średnio, więc zasypiam w połowie wywodu o tym, czym się różnią lamy od alpak, wikunii i gwanako.

Po drodze mamy kilka przystanków. Na początku stajemy w restauracji/sklepiku przy rozjeździe na Arequipę/Puno. Na ścianie znajdujemy plakat Polaka, dzięki któremu odkryto kanion Colca :) miejsce jest przygotowane typowo pod turystów, można tutaj kupić w rozsądnych cenach fajne pamiątki, wypić herbatę z peruwiańskich ziół i zrobić sobie zdjęcie z flagą na tle wulkanu.
Załącznik:
dzien5-przejazd-yurek.jpg

Po drodze do Puno podziwiamy piękne, surowe krajobrazy Peru. Tu i ówdzie pojawiają się lamy i alpaki, a im bliżej jesteśmy Puno, tym więcej widzimy małych jezior schowanych między górami. Zaczynamy też czuć wysokość, sam dostaję delikatnych zawrotów głowy.
Załącznik:
dzien5-przejazd-puno.jpg

Ostatnia godzina jazdy to średnio równa (i średnio przyjemna) nawierzchnia drogi prowadzącej przez małe miejscowości. Dobrze, że busik podrzuca nas pod sam hotel, bo nie czuję się najlepiej: nie wiem, czy to zmęczenie, kwestia niewygodnej jazdy czy może początki choroby wysokościowej. Szybko meldujemy się w hotelu i wchodzimy do pokoju. Na zewnątrz jest już ciemno, a temperatura niebezpiecznie zbliża się do zera stopni. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że szyby w hotelach peruwiańskich wyglądają tak, jak u nas szyby w gablotkach meblościanek z PRLu: to cienkie, pojedyncze tafle szkła przesuwane na boki. Błyskawicznie pakujemy się pod kołdry i idziemy spać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 06 Cze 2022 22:44 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 6: Jezioro Titicaca
Budzimy się rano. Nasz pokój w Puno znajduje się na 4. piętrze i ma piękny widok na jezioro Titicaca o wschodzie słońca. Zastanawiało mnie, jak się będziemy czuć po obudzeniu, w końcu to nasz najwyżej położony nocleg podczas wycieczki (3800 m n.p.m.). Naczytaliśmy się strasznych rzeczy przed wyjazdem o chorobie wysokościowej, ale dwoje z nas w ogóle nie ma objawów, a trzeci kompan odczuwa chwilowo tylko lekki ból głowy.
Załącznik:
dzien6-widok-hotel.jpg

Po śniadaniu z hotelu zabiera nas busik. Korzystamy z usług Titicaca Travel Peru. Nie jest to najtańsza opcja zwiedzania jeziora (płacimy 30 USD od osoby), ale jest wygodna (szybka rezerwacja przez WhatsAppa poprzedniego dnia), a o Titicaca Travel Peru słyszałem kilka dobrych opinii. Swoją drogą, to chyba jedyna agencja w czasie całej wycieczki, która nie okazała się pośrednikiem – faktycznie podjeżdża bus oznaczony logo tej firmy. W przypadku każdej innej wycieczki agencja turystyczna jedynie pośredniczyła w wycieczce i dorzucała nas do anonimowego zbiorowiska turystów.
Załącznik:
dzien6-puno-port.jpg

Najbardziej typowe jednodniowe wycieczki po Titicaca są dwie: albo wybieramy się na pływające wyspy Uros i wracamy, albo łączymy Uros ze stałą wyspą Taquile. Ponieważ w mieście Puno nie ma za bardzo nic do roboty poza podziwianiem jeziora, to decydujemy się na Uros + Taquile.

Busik podrzuca nas do portu, gdzie wsiadamy na łódź i zaczynamy wycieczkę. Przewodnik jest sympatyczny i mówi przyzwoicie po angielsku. Na wyspy Uros dopływamy dosyć szybko, w ciągu 20 minut.
Załącznik:
dzien6-uros-ogolny.jpg

Pływających wysp jest dużo, nasza wycieczka podpływa do jednej z nich. Wychodzimy na ląd… znaczy na trzcinę, po czym zaczyna się ok. 25-minutowa prezentacja. Kolorowo ubrane panie prezentują nam historię wysp, sposób ich budowy i lokalne zwyczaje. Lud Uru postanowił swojego czasu “uciec z lądu na jezioro” w obawie przed innymi plemionami. Usytuowanie na jeziorze stanowiło element obrony przed opresją pozostałych ludów zamieszkujących te tereny.
Załącznik:
dzien6-uros-pokaz.jpg

Przed wyjazdem przeczytałem mnóstwo niepochlebnych opinii na temat wysp. Że to przebierany Disneyland stworzony wyłącznie pod turystów, że na wyspach tak naprawdę nikt już nie mieszka, że to wszystko jest jedną wielką maszynką do zarabiania pieniędzy. Ale z drugiej strony… Kobiety prezentujące wyspę faktycznie porozumiewały się między sobą językiem innym niż hiszpański. Słowenka, którą spotkaliśmy podczas podróży, spała na jednej z wysp i twierdziła, że w innych chatach widziała lokalnych mieszkańców. Wszystko wskazuje więc na to, że nie jest to wyłącznie skansen pod turystów. Swoją drogą, gdybyście wpadli na pomysł nocowania na Uros tak jak znajoma Słowenka, to przestrzegam: w nocy jest tam niesamowicie zimno. Na drugi nocleg znajoma uciekła już na stały ląd :)
Załącznik:
dzien6-uros-statek.jpg

Jaki werdykt? Tak, Uros są bardzo turystyczne. Tak, lokalna ludność będzie Wam próbowała wcisnąć chłam z Chin, twierdząc, że wszystko jest “handmade, 100% baby alpaca wool”. Tak, zaproponują Wam podpłynięcie na sąsiednią wyspę “tradycyjną łodzią”, która okaże się pontonem obłożonym dla niepoznaki trzciną. Ale mimo wszystko mnie się na Uros podobało. Bardzo ciekawie było zobaczyć wyspy z trzciny na żywo, stanąć na nich i przekonać się, jak ten rzeczny lud się urządził. Nawet jeżeli to w dużej mierze kapitalistyczna rekonstrukcja tego, co na jeziorze działo się wiele lat wcześniej.
Załącznik:
dzien6-uros-islamaria.jpg

Po wyspach Uros nadszedł czas na drugą wyspę, tym razem stałą: Taquile. Na Taquile płynie się zdecydowanie dłużej, około półtorej godziny. Daje to możliwość wyjścia na dach łodzi i przekonania się, jak wielkie jest jezioro Titicaca. Przy dobrej pogodzie gdzieś w oddali można też dostrzec Boliwię.
Załącznik:
dzien6-taquile.jpg

Sama zaś wyspa Taquile… cóż, szczerze mówiąc nie zrobiła na nas wrażenia. Słyszałem opinie, że Uros są przereklamowane, a Taquile jest niedoceniana. Nie za bardzo się z tym zgadzam. Uros, mimo że turystyczne, to jednak ewenement w skali świata, natomiast Taquile jest zwyczajną stałą wyspą na jeziorze, jakich pełno na świecie. Wycieczka tam wygląda w ten sposób, że z miejsca cumowania statku trzeba podejść ok. 10-15 minut do głównego placu. Na głównym placu można zjeść kanapkę (kilka soli) oraz dostać pieczątkę Taquile do paszportu (1 sol). Można też wejść do (półpustego) sklepu z lokalnie wydzierganą odzieżą i zobaczyć mocno turystyczny pokaz lokalnego tańca w lokalnych kostiumach. Potem idzie się z całą wycieczką do restauracji na lunch (do wyboru był pstrąg lub omlet z jajek), a na końcu przechodzi na drugi koniec tej niewielkiej wyspy, skąd statek zabiera nas z powrotem do portu.
Załącznik:
dzien6-taquile-taniec.jpg

W porcie meldujemy się około 4, po czym przewodnik podrzuca nas z powrotem do hotelu. Czy polecam Titicaca Travel? Tak, przewodnik był fajny, a cała wycieczka dobrze zorganizowana. Czy da się jezioro zwiedzić taniej, a jednocześnie zobaczyć to samo? Również tak :)

Wracamy do hotelu i pojawia się problem: u naszego kompana od paru godzin nasila się choroba wysokościowa. Ma potworny ból głowy i czuje się jak na ostrym kacu. Wykupiliśmy wprawdzie w Polsce acetazolamid, ale zupełnie nie pomaga z objawami. Zostawiamy więc kompana w hotelu i lecimy szukać apteki.
Załącznik:
dzien6-puno-centrum.jpg

Dosyć szybko znajdujemy Inkafarma w centrum Puno. Pokazuję farmaceutce acetazolamid i zagaduję:
– Nasz znajomy dostał strasznego bólu głowy i czuje się jak na ostrym kacu, ale te leki z Europy nic nie pomagają…
– No to może faktycznie ma kaca? – dziwi się farmaceutka
– Ale my nic wczoraj nie piliśmy...
Babeczka trochę nie dowierza, ale przynosi z zaplecza jakieś lokalne cudo. Trochę się wkurzam, bo lokalne cudo kosztuje 50 zł, a okazuje się suplementem diety ze sproszkowanych liści koki. Według lekarzy w Polsce liście koki nie mają potwierdzonego działania terapeutycznego, więc podaję kompanowi specyfik z dużą dozą sceptycyzmu.

Ku naszemu zaskoczeniu sproszkowane liście działają cuda. Po 20 minutach ból głowy i peruwiański kac mijają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To tyle w temacie europejskiej medycyny :D
Załącznik:
dzien6-puno-taxi.jpg

Wychodzimy na miasto. W Puno poza kilkoma placami niewiele jest do roboty. Zaglądamy z ciekawości do lokalnej księgarni, ale znajdujemy tam bardzo dziwne książki (“Odważna świnka morska”, “Szalona krowa w akcji” albo “Zdradził cię? To jego problem!”), a na wieczór umawiamy się z poznaną wcześniej Słowenką do knajpy o nazwie Mojsa. Trochę miałem obawy przed tą knajpą, bo jest ewidentnie turystyczna: ceny bardziej europejskie, dania mocno podkręcone. Niesłusznie! Porcje nie są za duże, ale jedzenie bardzo dobre (wziąłem mięso z alpaki z komosą ryżową).
Załącznik:
dzien6-puno-ksiegarnia.jpg

Załącznik:
dzien6-puno-alpaka.jpg

Najedzeni strzelamy sobie kilka zdjęć na głównym placu Puno, który o dziwo… nie nazywa się Plaza de Armas, tylko Plaza Mayor. Chwilę później wracamy do hotelu i idziemy spać.
Załącznik:
dzien6-puno-plazamayor.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 12 Cze 2022 19:34 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 7: Cusco, Cusco, Cuuuscooo!
Po szybki śniadaniu ruszamy w stronę dworca autobusowego w Puno razem z poznaną wcześniej Słowenką. Dziewczyna nie chciała jechać do Cusco sama, bo wcześniej na dworcu w Limie ktoś zerwał jej z szyi telefon i uciekł. Od tamtej pory mniej jej się podoba samotna podróż po Ameryce Południowej…

W Puno niewiele się dzieje, spacerem docieramy w 20 minut do dworca. Dworzec jest równie pusty co reszta miasta, ale można zaobserwować, jak w Peru sprzedaje się bilety autobusowe. W Europie mamy pojęcie “marketingu szeptanego”, z kolei w Peru występuje coś na kształt “marketingu krzyczanego”, bo po dworcu chodzą osoby wołające co chwilę nazwę miasta, do którego bilety sprzedają. “Arequipa, Arequipa, Arequiiiipaaaa!!!” na zmianę z “Cusco, Cusco, Cuscooooo!!” powtarzane w kółko wchodzi nam w głowę jak męczone przez całe lato popowe piosenki w radiu.
Załącznik:
dzien7-puno-dworzec.jpg

W okienku przewoźnika (Transzela) drukują nam kupione dzień wcześniej bilety z Puno do Cusco (70 soli). Wskazują numer bramki, do której pochodzimy na 20 minut przed odjazdem. Peruwiańska kontrolerka biletów patrzy na nasze wydruki, po czym zaczyna krzyczeć:
- ¡Tienen que pagar! ¡Tienen que pagar! [*Musicie zapłacić!]
Trochę zaskoczeni próbujemy wytłumaczyć, że przecież za bilety już zapłaciliśmy i właśnie dostaliśmy wydruki to potwierdzające. Peruwianka nie daje za wygraną, zaczyna machać rękami w stronę okienka Transzeli, powtarzając jak mantrę, że musimy zapłacić. Bezskutecznie próbujemy się dowiedzieć, o co dokładnie chodzi, na szczęście w pewnym momencie przypominam sobie, że przed wycieczką czytałem o opłatach za “skorzystanie z dworca”…

Okazuje się, że obok okienka przewoźnika jest drugie okienko. Trzeba podejść z już zakupionym biletem i zapłacić 1,50 sola za naklejkę, która ląduje na wydrukowanym bilecie. Dopiero wtedy można wejść do autokaru. Pojęcia nie mam, czemu ta opłata nie może być ujęta w cenie biletu, ani czemu nikt nie potrafił nam jasno wytłumaczyć, że musimy zdobyć tę naklejkę przed wejściem.

Autokary w Peru to trochę inna bajka niż na przykład europejskie Flixbusy. Po pierwsze: kwestie bezpieczeństwa. Przed wejściem do autokaru każdy jest nagrywany na kamerę, w ruch idzie wykrywacz metalu, a plecaki i walizki lądują w luku ponumerowane (bez kartki z numerem nie odbierzemy bagażu). Same zaś autokary często są wielokrotnie wygodniejsze niż nasze europejskie odpowiedniki. Na trasie Puno-Cusco jedziemy autokarem, który ma tylko trzy siedzenia w rzędzie, a między rzędami odległości są na tyle duże, że bez problemu można rozłożyć fotel do 140-160 stopni. Komfort jazdy jest duży! Peruwiańczycy trochę zresztą nie mają wyjścia: samoloty latają między nielicznymi lotniskami, a kolej praktycznie nie istnieje. Przy tak olbrzymich odległościach między miastami wygodny autokar to błogosławieństwo.
Załącznik:
dzien7-puno-autokar.jpg

Załącznik:
dzien7-puno-autokar-nogi.jpg

Podróż między Puno a Cusco trwa około 7 godzin. Za oknem praktycznie przez całą drogę widać malownicze góry: z początku surowe, a im bliżej Cusco, tym bardziej zazielenione.
Załącznik:
dzien7-puno-cusco-trasa1.jpg

Załącznik:
dzien7-puno-cusco-trasa2.jpg

Załącznik:
dzien7-puno-cusco-trasa3.jpg

Załącznik:
dzien7-puno-cusco-trasa4.jpg

Dojeżdżamy na dworzec w Cusco, zabieramy plecaki i około 17.00 meldujemy się w hotelu. Hotel miał wysokie oceny w Internecie, niestety pierwsze wrażenie robi fatalne. Recepcja jest wyjątkowo ciemna i ponura, a podczas zameldowania dostajemy do wypełnienia absurdalne formularze, gdzie trzeba podać m.in. stan cywilny (?) oraz wykonywany zawód (?!). Ale najlepsze nadchodzi chwilę później: recepcjonistka standardowo już kseruje każdemu z nas stronę paszportu ze zdjęciem, po czym… przy moim paszporcie robi również ksero wizy do Stanów Zjednoczonych. Zaniepokojony pytam:
- Dlaczego kseruje Pani moją wizę do Stanów?
- Kserujemy paszporty ze względu na lokalne wymogi.
- No dobrze, ale wszystkie dane ma pani na stronie paszportowej ze zdjęciem, dlaczego dodatkowo robi pani ksero wizy do Stanów Zjednoczonych? Czemu to służy?
- Kserujemy paszporty ze względu na lokalne wymogi.
To już kolejna Peruwianka tego dnia, z którą nie da się dogadać, bo powtarza jak nakręcona te same teksty (mimo że rozmawiamy po hiszpańsku!). W końcu zdecydowanym ruchem zabieram jej z ręki ksero wizy do Stanów i mówię, że wszystkie dane ma na stronie paszportu ze zdjęciem. O dziwo recepcjonistka uśmiecha się, przytakuje i nie kontynuuje tematu.

Odpoczywamy chwilę, a następnie wychodzimy na wieczór na miasto. Trafiamy do peruwiańskiego “chińczyka premium” (chifa), bo chcemy spróbować arroz chaufa (smażony ryż), ale niestety danie jest zupełnie bez szału. Chwilę później idziemy na drinki do lokalu Republica del Pisco, ponieważ tego dnia nasz kompan obchodzi urodziny – trzeba to opić! Lokal jest całkiem niezły, ceny raczej europejskie, a w karcie Pisco Sour oraz Chilcano w każdym smaku, jaki sobie można wymyślić. Niezłe w smaku było Chilcano Chicha Morada (Chicha Morada to napój peruwiański na bazie fioletowej kukurydzy, który przypomina trochę naszego grzańca, tylko na zimno) oraz drink o wymownej nazwie Machu Picchu.
Załącznik:
dzien7-cusco-arrozchaufa.jpg

Załącznik:
dzien7-cusco-drinkmachupicchu.jpg

Załącznik:
dzien7-cusco-drinkchilcano.jpg

Razem z poznaną Słowenką dochodzimy przy drinkach do wniosku, że Peruwiańczycy różnią się mocno od stereotypowego wyobrażenia o Latynosach. To nie jest naród wiecznie uśmiechniętych, bezproblemowych ludzi, którzy wieczorami tańczą na ulicach. Peruwiańczycy, choć uprzejmi, wcale nie uśmiechają się tak często. We wszystkich lokalach leci muzyka latynoska, ale nie widzimy, żeby ktokolwiek tańczył. Karnację mają bardzo ciemną, praktycznie wszyscy są bardzo niscy. Kończymy wieczór wnioskiem, który staje się do końca wyjazdu naszym dowcipem, że Peruwiańczycy nie są _Latino_ tylko _Inca_, o czym zresztą będziemy się jeszcze przekonywać w następnych dniach.

W lokalu miałą być muzyka na żywo, ale po dwóch godzinach opóźnienia kapela dalej nie gra, więc uciekamy spać o hotelu.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 15 Cze 2022 23:19 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 8: Cusco – tu wszystko jest “Inca”
Cusco to dawna stolica Inków, która swoją świetność utraciła po nieszczególnie pokojowych odwiedzinach Hiszpanów w XVI wieku. Dzisiaj to chyba najczęściej wybierany przez turystów kierunek w Peru, w końcu to stąd wyrusza się do Machu Picchu. I to szczególnie tutaj wszystkie przedrostki prowadzą do Inków. Można więc wsiąść w pociąg Inca Rail, wybrać się na trekking szlakiem Inca Trail, wypić Inca Colę, zabukować wycieczkę w Inca Tour po Inca Ruins, kupić pamiątki na Inca Market, a przenocować w hotelu Inca Home.
Załącznik:
dzien8-cusco-ulica.jpg

Załącznik:
dzien8-cusco.jpg

Cusco nazwaliśmy humorystycznie peruwiańskim Krakowem. Oba miasta były kiedyś stolicami państw, oba mają duże i ładnie zachowane zabytkowe starówki. Oba leżą w obszarach górskich i ściągają rzesze turystów. Mam nadzieję, że takim porównaniem nie uraziłem nikogo z południa Polski :)
Załącznik:
dzien8-cusco2.jpg

Za nami połowa wyjazdu, czas odświeżyć ciuchy. Znajdujemy polecaną na Google Maps pralnię. Płacimy 50 soli za tygodniową porcję ubrań 3 osób i ruszamy zwiedzać Cusco.
Załącznik:
dzien8-cusco3.jpg

Zaczynamy klasycznie już od Mercado i świeżo robionych soków. Napojeni kręcimy się chwilę po zabytkowych uliczkach w centrum i lądujemy na – a jakże – Plaza de Armas! Zaczepia nas tu mnóstwo ludzi, którzy chcą sprzedać wszystko, co się da. W pewnym momencie do mojej siostry podchodzi Peruwianka i pyta:
- Una foto?
Moja siostra odruchowo odpowiada “Sí”... i się zaczyna. Pojawiają się znikąd trzy kolorowo przebrane kobiety, koza z wiankiem i alpaka obwieszona pomponami. Ustawiają nas na tle katedry, ktoś wrzuca mi na ręce drugą alpakę, a u mojej siostry ląduje kolejna koza. Strzał migawką, kilka soli napiwku i Peruwianki znikają, wszystko to dzieje się w ciągu ułamka sekundy, a my kończymy z najbardziej turystycznym zdjęciem w Cusco, jakie można sobie wyobrazić. No cóż.
Załącznik:
dzien8-mercado.jpg

Załącznik:
dzien8-cusco-plazadearmas.jpg

Załącznik:
dzien8-cusco-alpakikozy.jpg

Po Plaza de Armas zaczynamy wspinaczkę na okoliczne wzgórza. Zahaczamy o Mirador de Plaza Sán Cristobal, skąd można zrobić fajne zdjęcia centrum Cusco. Dalej kierujemy się w stronę ruin Saqsayhuaman od strony punktu kontrolnego Saqsayhuaman Control Sapantiana. Budka strażnika wygląda groźnie, ale w rzeczywistości nikogo tam nie ma, więc można bezkarnie wspiąć się wyżej. Same ruiny inkaskie odpuszczamy (drogo!), w zamian kręcimy się chwilę po okolicznych górkach: na Pukamuqu znajdujemy kopię Jezusa ze Świebodzina, a z Quenqo Chico podziwiamy lotnisko, które dawno już zostało wchłonięte przez miasto. Wzgórza są chyba mało turystyczne, bo widzimy głównie Peruwiańczyków z psami i dziećmi.
Załącznik:
dzien8-cusco4.jpg

Załącznik:
dzien8-cusco-mirador.jpg

Załącznik:
dzien8-cusco-jesus.jpg

Wracając w stronę starówki, zahaczamy o hipsterską dzielnicę San Blas, gdzie łapiemy empanadas i podziwiamy urokliwe uliczki. Empanadas nie są za duże, więc chwilę później lądujemy w okolicznej knajpie na obiad. Po jedzeniu wracamy do pralni po ubrania. Jakość usług w Peru niestety jest różna, w tym wypadku dużym sukcesem jest to, że pralnia nic nie zgubiła. Ubrania są jednak pogniecione, a niektóre niestety dalej wilgotne. “No cóż” po raz drugi :)
Załącznik:
dzien8-cusco-sanblas.jpg

Załącznik:
dzien8-cusco-zabytkowaulica.jpg

Załącznik:
dzien8-cusco-ceviche.jpg

Po południu czeka nas jeszcze jedno zadanie: zakup wycieczki na Rainbow Mountain. I tu trzeba opisać zamieszanie wokół tematu :) Kilka dni wcześniej, kiedy byliśmy w kanionie Colca, Hiszpanie z naszej grupy wspominali, że główna góra Rainbow Mountain (o nazwie Vinicunca) jest zamknięta. Ponoć nie wiadomo, o co poszło, a jak nie wiadomo o co, to oczywiście o pieniądze. Dojazd do góry prowadzi szutrowymi drogami przez małe wioski. Mieszkańcy najwyraźniej wyczuli w tym interes, bo poustawiali szlabany i zaczęli pobierać opłaty za przejazd. Ponoć w pewnym momencie chętnych do pobierania opłat zrobiło się za dużo, wynikła awantura, a na koniec przyszedł rząd, powiedział “a gdzie są podatki?” i zamknął górę na amen. Znajomi z Hiszpanii w zamian pojechali na pobliską Palccoyo Rainbow Mountain, czyli “małe Rainbow Mountain”, ale nie byli zachwyceni. Trekking był ich zdaniem krótki i mało spektakularny.

Długo zastanawialiśmy się, co zrobić z tą informacją. Zaraz po przyjeździe do Cusco weszliśmy do przypadkowej agencji turystycznej i zapytaliśmy, czy faktycznie nie da się pojechać na główną Rainbow Mountain Vinicunca. W agencji potwierdzono nam, że otwarta jest tylko mniej spektakularna trasa na Palccoyo. Postanowiliśmy się wtedy przespać z tematem i zadecydować, czy nie kupić w zamian jakiejś innej wycieczki jednodniowej.

Po odebraniu prania przychodzi jednak czas decyzji. Uznajemy, że mimo wszystko chcemy zobaczyć tęczowe góry, więc trudno, jedziemy na Palccoyo. Zaczynamy się więc kręcić wokół Plaza de Armas w poszukiwaniu sensownie wyglądającej agencji turystycznej. Znajdujemy jedną z niesamowicie sympatycznym Peruwiańczykiem mówiącym dobrze po angielsku. Wspominamy mu, że chcielibyśmy zobaczyć coś “tęczowego”...
- Macie niesamowite szczęście!
- Dlaczego?
- Klasyczne Rainbow Mountain otworzyło się ponownie w zeszłym tygodniu!
Patrzymy jak wryci po tej informacji, bo poprzedniego dnia w innej agencji usłyszeliśmy przecież, że Rainbow Mountain jest zamknięte. No, to tyle w temacie ogarnięcia Peruwiaczyków :) płacimy w agencji po 80 soli za całodniową wycieczkę na Vinicuncę, umawiamy termin na za 3 dni i wychodzimy zjeść kolację.

Miałem wcześniej na oku dobrze wyglądająca w Internecie knajpę peruwiańską z przyzwoitymi cenami, ale na miejscu czeka nas niemiła niespodzianka. Menu wrzucone na Google Maps pół roku wcześniej kompletnie się zdezaktualizowało, a ceny poszły w górę 1,5-2 razy. Spora inflacja :) Postanawiamy w zamian zjeść jak lokalsi w… pollería! Pamiętacie falę popularności kurczaków z rożna kilkanaście lat temu w Polsce? W Peru kurczak wiecznie żywy! Za ok. 25 złotych pałaszujemy ćwiartkę kurczaka z górą frytek i sałatką, popijąc wszystko chicha moradą. Wychodzimy bardzo najedzeni i bardzo zadowoleni, po czym wracamy do hotelu, gdzie w pokojach czeka na nas miła niespodzianka: dostawili nam kaloryferki elektryczne. Biorąc pod uwagę, że w nocy temperatura spada do około zera stopni, kaloryferki okazują się błogosławieństwem.
Załącznik:
dzien8-cusco-pollo.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 19 Cze 2022 21:35 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 9: W drodze do Machu Picchu Town
Najbardziej znaną atrakcją całego Peru jest oczywiście Machu Picchu, czyli Zaginione Miasto Inków. Losy tego miejsca są tak niesamowite, że zaciekawiły nawet mnie, kompletnego ignoranta w dziedzinie historii. Następny akapit będzie więc o przeszłości :)

Machu Picchu zbudowano w XV wieku. Inkowie nie posługiwali się niestety pismem, więc do dzisiaj ciężko ustalić, jakie było przeznaczenie tego miejsca. Według najnowszych teorii konstrukcję zlecił inkaski władca Pachacuti na swoją rezydencję królewską. Miał chłop rozmach! Szkoda tylko, że po 80 latach miejsce zostało opuszczone, choć też nie do końca wiadomo czemu. Zakłada się, że prawdopodobnie ze względu na walki z Hiszpanami w innych częściach kraju, ale istnieje teoria mówiąca o tym, że mieszkańcy Machu Picchu zmarli na ospę. Ospę mieli przywlec kolonizatorzy z Europy, więc tak czy owak Hiszpanie maczali we wszystkim palce, choć sami… nigdy do Machu Picchu nie dotarli. Przez stulecia o tym miejscu nie wiedział praktycznie nikt, miasto niszczało i zarastało krzaczorami. Oficjalnie odnalazł je i ujawnił światu amerykański historyk Hiram Bingham dopiero w 1911 roku. Pojawiają się jednak głosy, że wcześniej dotarł tam niemiecki biznesmen (1867), ale zamiast ogłosić swoje okrycie, prawdopodobnie podpierdzielił parę cennych przedmiotów z ruin i zwiał. Bingham, który ostatecznie uprzątnął stanowisko i rozpoczął prace archeologicznie, pasował chyba lepiej na bohatera-odkrywcę :)

Istnieją kilkudniowe trasy trekkingowe do Machu Picchu, ale zajmują dużo czasu, więc odrzuciliśmy je przy planowaniu Peru. Pomijając trekkingi, do Machu Picchu można się dostać na dwa sposoby: pociągiem (drogo) lub połączeniem autokaru z nóżkami (taniej). Pierwsza opcja zwykle wygląda tak: najpierw z Cusco jedzie się 2 godziny autokarem do Ollantaytambo, następnie przesiada w pociąg, który w 1,5 godziny dojeżdża do miasteczka Aguas Calientes, zwanego także Machu Picchu Town. Druga opcja zakłada najpierw 6-godzinną podróż autokarem (wąskimi drogami nad przepaścią) do Hidroeléctrica, a następnie 2 godziny pieszo po torach kolejowych do tej samej miejscowości Aguas Calientes. Teoretycznie da się zobaczyć Machu Picchu i wrócić do Cusco w jeden dzień (w opcji z pociągiem), w praktyce jest to dosyć upierdliwie, więc postanawiamy pierwszego dnia dojechać do Aguas Calientes i przenocować na miejscu, a dopiero następnego ruszyć zwiedzać ruiny, po czym wrócić do Cusco. Jeśli chodzi o dojazd pociągiem do Machu Picchu, to na rynku panuje duopol: możemy wybrać usługi Peru Rail lub Inca Rail. Ceny bardzo podobne, poziom obsługi też. Podróż w obie strony pociągiem jest absurdalnie droga, w okolicach 600 zł. Żeby obniżyć koszty, chcieliśmy pojechać autokarem, a wrócić pociągiem, ale jakimś cudem trafiliśmy na promocję Inca Rail i przejazd pociągiem w obie strony kupiliśmy ostatecznie za 400 zł.

Rano wymeldowujemy się z hotelu, ale zostawiamy duże plecaki – wrócimy jeszcze do Cusco spać w tym samym miejscu. Nasz pociąg odjeżdża dopiero po 13.00, więc kręcimy się chwilę bezwiednie po mieście. Znajdujemy bardzo fajny i duży sklep z pamiątkami, ale uznajemy, że na zakupy będzie lepszy moment (i więcej miejsca w bagażu) pod koniec wyjazdu w Limie. [Spoiler: niestety źle uznajemy.]

Inca Rail pierwsze wrażenie robi bardzo dobre: ich poczekalnia w Cusco jest estetyczna i wyremontowana. To dobre wrażenie niestety szybko mija, kiedy okazuje się, że do autokaru musimy podejść pieszo 15 minut, sam pojazd jest w kiepskim stanie, nie ma klimatyzacji ani toalety, a kierowca nakazuje cały czas siedzieć w maseczkach.
Załącznik:
dzien9-cusco-poczekalnia-incarail.jpg

Dwugodzinna podróż do dworca w Ollantaytambo wiedzie przez malowniczą Valle Sagrado, czyli Świętą Dolinę Inków. Miejsce jest naprawdę przepiękne, zdjęcia przez szybę autokaru nie oddają tego, jak imponująco na żywo wyglądają okoliczne góry. W samym Ollantaytambo mamy ok. godzinę do odjazdu pociągu, więc wychodzimy z poczekalni na szybki rekonesans miasteczka. Miejscowość bardzo ładnie wepchnięto między góry pokryte inkaskimi ruinami, ale poza tym oferuje przede wszystkim typowe turystyczne stragany i restauracje.
Załącznik:
dzien9-dolinainkow.jpg

Załącznik:
dzien9-dolinkainkow2.jpg

Załącznik:
dzien9-poczekalnia-ollantaytambo.jpg

Załącznik:
dzien9-ollantaytambo1.jpg

Załącznik:
dzien9-ollantaytambo2.jpg

Sam pociąg… cóż. Z jednej strony stylizowany na zabytkowy i z wygodnymi fotelami, z drugiej strony wlecze się niemiłosiernie po pojedynczym torze i co jakiś czas zjeżdża, ustępującym innym składom. Zasadniczo cała usługa transportowa do Machu Picchu to peruwiańskie złote żniwa na portfelach zachodnich turystów, ale co poradzić, skoro alternatywy są marne.
Załącznik:
dzien9-stacja-ollantaytambo.jpg

Załącznik:
dzien9-widokpociag1.jpg

Załącznik:
dzien9-widokpociag2.jpg

Jadąc tym pociągiem, można doskonale zrozumieć, dlaczego Hiszpanie nigdy nie dotarli do Machu Picchu. Wokół roi się od wysokich gór, jedziemy wąskim torem nad rzeką Urubamba, a im bliżej Machu Picchu, tym więcej bujnej, egzotycznej roślinności, która skutecznie maskuje wszelkie ślady obecności człowieka. Inkowie swoje miasto naprawdę nieźle schowali. I choć obecnie wizyta w Machu Picchu to koszmarnie skomercjalizowane doświadczenie, to w trakcie jazdy pociągiem udaje mi się przez chwilę poczuć jak Indiana Jones wyruszający w nieznane.

Do Aguas Calientes, aka Machu Picchu Town, docieramy po zmroku. Żeby dostać się do naszego hotelu, musimy przejść dziesiątki knajp i straganów z pamiątkami. W noclegowni czeka nas jednak niemiła niespodzianka: na dzień dobry czujemy mocną wilgoć w powietrzu, poza tym musimy czekać ok. 25 minut, zanim ktokolwiek nas obsłuży. Niestety, to dopiero początek…
Załącznik:
dzien9-aguascalientes.jpg

Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się, żeby hotel nie miał dla mnie pokoju pomimo rezerwacji. Jasne, bywało, że dostawałem innych pokój niż chciałem, ale zawsze miałem gdzie spać. Do czasu Peru… Na początku recepcjonistka z sukcesem znajduje naszą rezerwację z Bookingu, bierze od nas gotówkę i podaje numer pokoju. Idziemy piętro wyżej, ale okazuje się, że są w pomieszczeniu są… tylko dwa pojedyncze łóżka. Jest nas trójka, rezerwowaliśmy pokój trzyosobowy, więc nieco nas wmurowało.

Wracamy na recepcję, ale obsługa zdążyła się ulotnić. Recepcjonistka wraca po 15 minutach, po czym… przez 15 minut rżnie głupa, że dostaliśmy właściwy pokój. Odgrywa niezły kabaret. Słyszymy, że tak, tak właśnie wyglądają pokoje trzyosobowe, że mają dwa pojedyncze łóżka. I że tak wyglądają wszystkie “trójki” w tym hotelu. Recepcjonistka dzwoni nawet do swojego menadżera i mówi do słuchawki: “wytłumaczyłam tym turystom, że w pokoju trzyosobowym są dwa łóżka, ale oni nie rozumieją, jak mają w nim spać w trzy osoby, no co ja poradzę, że oni nic nie rozumieją”. W końcu pokazuję kobiecie na telefonie rezerwację z Bookingu, gdzie jak wół wpisano THREE SINGLE BEDS, po czym pytam ją, gdzie są te trzy łóżka. Dopiero wtedy kobieta z rozbrajającą szczerością przyznaje, że nie ma dla nas pokoju. Żądamy zwrotu pieniędzy, ale musimy na nie poczekać, bo recepcjonistka zdążyła… wydać je w sklepie, kiedy poszliśmy sprawdzić pokój.

Zerkam szybko na Bookingu, gdzie tej nocy moglibyśmy się jeszcze zatrzymać, ale po raz pierwszy w życiu po wpisaniu miejscowości widzę czerwony napis SOLD OUT. Mówimy więc dosyć ostro recepcjonistce, że ma nam znaleźć inne miejsce do spania, na co ona radosnym tonem oświadcza, że zaprowadzi nas do hotelu, “do którego zawsze prowadzi turystów w takiej sytuacji”. Czyżby dwuosobowa trójka to był u niej stały numer?

Ostatecznie lądujemy ulicę dalej w lepszym hotelu (przynajmniej nie wali wilgocią) za tę samą cenę, więc nie ma tego złego, ale co się nastresowaliśmy, to nasze. Idziemy jeszcze na szybką kolację do chify, gdzie dostajemy ogromne porcje jedzenia za kilkanaście soli każda. Mnie jednak dzień wcześniej dopadła jakaś paskudna bakteria żołądkowa, bo brzuch boli niesamowicie, więc ledwo nadgryzam kurczaka. (Na szczęście jako lekoman zawsze jestem przygotowany na takie sytuacje i jednorazowa dawka antybiotyku na drugi dzień załatwiła sprawę.) Po jedzeniu wracamy do hotelu i kładziemy się od razu spać, bo następnego dnia wejście do Machu Picchu mamy zaplanowane na 6 rano.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez robokun, 20 Cze 2022 23:47, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
jerzy5 uważa post za pomocny.
 
 
#14 PostWysłany: 20 Cze 2022 00:54 

Rejestracja: 25 Wrz 2015
Posty: 155
Loty: 120
Kilometry: 203 812
Fajna relacja, ciągle przede mną, kazdy szczegoł pomoże mi to zrobić 2023, więc prosze pisz jak najwięcej
Góra
 Relacje PM off
robokun lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 22 Cze 2022 20:32 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 10: Machu Picchu: a miało być tak pięknie…
Nadszedł w końcu dzień, który miał być wisienką na torcie całego wyjazdu – zwiedzanie Machu Picchu, jednego z siedmiu nowych cudów świata i marzenia wielu podróżników. Niestety, wisienka w smaku okazała się wyjątkowo kwaśna… ale po kolei.

Około 4:30 nad ranem budzi mnie jednostajny szum za oknem. Wstaję i wyglądam na ulicę. Leje, jakby ktoś z dachów okolicznych budynków puścił wodę z hydrantów. Czuję, że to zwiastuje duże kłopoty, ale nie mamy właściwie żadnego pola manewru: bilet uprawnia do wejścia na Machu Picchu między 6:00 a 7:00, oraz do wejścia na górę Wayna Picchu między 7:00 a 8:00. Pozostaje nam założyć płaszcze przeciwdeszczowe i iść na autobus.

Autobusy (12 USD w jedną stronę) znajdują się mniej więcej na wysokości Mercado Artenasal, tyle że po drugiej stronie mostu. Ciężko je przegapić, bo stoi tam olbrzymia kolejka, na szczęście autobusy odjeżdżają praktycznie co chwilę. Bilety można kupić przez Internet (niestety poległem przy próbie płatności) lub na miejscu. Na miejscu zakup chwilę trwa, bo sprzedający musi wprowadzić na bilet absurdalną liczbę danych z paszportu: nazwisko, kraj, nr dokumentu, datę urodzenia… a wszystko to, żeby podjechać 25 min. stojącym obok busem.
Załącznik:
dzien10-machupicchu-kolejkaautobus.jpg

Koniec końców ruszamy busem ok. 5.30. Jest jeszcze ciemno, więc niewiele widzimy z jazdy serpentynami, poza tym, że dalej mocno pada. Wysiadamy przy kasach. Chwilę po szóstej bramki otwierają się i jako jedni z pierwszych wchodzimy na teren zaginionego miasta.

Machu Picchu w 2022 roku zwiedza się na innych zasadach niż jeszcze kilka lat wcześniej. Niestety, gorszych. Ze względu na COVID oraz zalew turystów i groźbę odebrania statusu UNESCO World Heritage Site wyznaczono 4 konkretne trasy zwiedzania. Trasy są jednokierunkowe, a klasyczne pocztówkowe zdjęcia z widokiem na całe miasto można zrobić tylko na początku zwiedzania. Część miejsc jest też kompletnie zamknięta. Co więcej, jeżeli kupiliśmy bilet na zwiedzanie miasta połączony z wejściem na jedną z pobliskich gór, to nie będziemy mogli wybrać trasy: będzie ona z góry ustalona i nie będzie to wcale najlepsza z nich (najobszerniejszą trasą jest Circuito 2 Alto Largo).

Na szczęście wyznaczonej na bilecie trasy nikt na miejscu nie weryfikuje. Od razu po wejściu do ruin odbijamy więc w lewo po schodach, lądując tym samym niezgodnie z biletem na Circuito 2. Chwilę później wychodzimy na punkt widokowy/zdjęciowy i wtedy przeżywamy… największe rozczarowanie tego wyjazdu.
Załącznik:
dzien10-machupicchu-wschod.jpg

Mgła. Kompletne mleko. Nie widać ani pobliskich gór ani samego miasta – właściwie nie widać niczego, co znajduje się dalej niż kilka metrów od nas. No, to sobie zobaczyliśmy wschód słońca w Zaginionym Mieście… Stajemy przed trudnym dylematem: czekać czy iść dalej? Pomiędzy 7:00 a 8:00 musimy wejść na szlak na Wayna Picchu, a po drodze zwiedzić połowę ruin, bo później nie będzie można się cofnąć. Ciężko powiedzieć, ile to zwiedzanie zajmie, więc ciężko też ustalić, co robić. Takie właśnie uroki związane z przepisami COVID/UNESCO zafundowali turystom Peruwiańczycy.

Postanawiamy dać sobie pół godziny na punkcie widokowym. W pewnym momencie mgła nieco (podkreślam: nieco) przechodzi i zaczynamy dostrzegać miasto, ale niestety z okolicznych gór dalej nici. Zadowalamy się tym, co jest, i ruszamy zwiedzać ruiny.
Załącznik:
dzien10-machupicchu-niecolepszywidok.jpg

Problem z Machu Picchu polega na tym, że ruiny są praktycznie puste (nie licząc paru skubiących trawę lam, które pewnie wpuszczono tam pod turystów). Właściwie brak tutaj jakichkolwiek tablic informacyjnych. Jeżeli człowiek nie przeczyta wcześniej opisu w Internecie ani nie wynajmie na miejscu dosyć drogiego przewodnika, to można przejść przez ruiny i nie dowiedzieć się o nich praktycznie nic. Pamiętajcie więc, żeby przed wizytą odrobić pracę domową i poczytać trochę o tym miejscu.
Załącznik:
dzien10-machupicchu-lamy.jpg

Po mniej więcej godzinie meldujemy się w punkcie kontrolnym na szlak Wayna Picchu. W tym miejscu strażnicy sprawdzają bilety i zgodnie z nim kierują na Huchuy Picchu (mniejszą górę, łatwiejsza dostępność biletów) lub właśnie Wayna Picchu (święta góra Inków, bilety wyprzedają się kilka miesięcy wcześniej).
Załącznik:
dzien10-machupicchu-poczatekszlakuwayna.jpg

Załącznik:
dzien10-machupicchu-szlakwayna.jpg

Załącznik:
dzien10-machupicchu-stromepodejsciewayna.jpg

Szlak na Wayna Picchu zajmuje nam w dwie strony ok. półtorej godziny. Momentami schody są absurdalnie strome i wąskie, a ponieważ pada, to dodatkowo są diabelnie śliskie. Zgodnie stwierdzamy, że ze względów bezpieczeństwa przy tej pogodzie szlak powinien być zamknięty (no ale przecież wtedy trzeba by turystom zwrócić pieniądze albo umożliwić zmianę terminu, a to oznacza mniej dinero dla rządu). Docieramy na szczyt, z którego teoretycznie powinien się rozciągać piękny widok na ruiny i okoliczne góry, ale… no tak, dalej jest kompletna mgła. Nasze zdjęcia bardziej przypominają obraz “Wędrowiec nad morzem mgły” Friedricha niż to, co w Internecie wyskoczy pod hasłem “Wayna Picchu mirador”.
Załącznik:
dzien10-machupicchu-szczytwaynapicchu.jpg

Wracamy do punktu kontrolnego i pozostaje nam do przejścia druga połowa ruin. Przestaje na chwilę padać, gdzieś zza gęstej mgły nieśmiało przebija się słońce i przez kilkanaście minut widoki są nieco (podkreślam: nieco) lepsze, ale mimo wszystko tego dnia nie będzie nam już dane ujrzeć Machu Picchu w całej okazałości.
Załącznik:
dzien10-machupicchu-widokigory.jpg

Załącznik:
dzien10-machupicchu-koncowkatrasy.jpg

I niech ta historia pozostanie ostrzeżeniem dla wszystkich. Nie przeczę, że Machu Picchu jest wspaniałym miejscem z niesamowitą historią. Problem polega na tym, że pogoda może skutecznie popsuć wrażenia (nawet w sezonie!), a Peruwiańczycy bardzo się starają, żeby maksymalnie utrudnić całe zwiedzanie. Bilety trzeba kupować z wyprzedzeniem, więc warunki atmosferyczne to loteria. Wchodzimy konkretnego dnia o konkretnej godzinie, terminu nie da się zmienić, do tego trzeba poruszać się po wytyczonej trasie i nie wolno zawracać. Wszystko to sprawia, że jeżeli będziecie mieli pecha jak my, to opuścicie Machu Picchu z wrażeniem, że wydaliście 700 zł i nie zobaczyliście zbyt wiele.

Nieco przybici opuszczamy ruiny, a drogę powrotną do Aguas Calientes pokonujemy pieszo w ok. godzinę. Na szlaku w kilku miejscach czekają nas niezłe widoki na okoliczne wzniesienia (o ile akurat nie ma mgły), a wszędzie widać imponującą, tropikalną wręcz roślinność. Właśnie po tych bujnych roślinach najlepiej widać, że w Machu Picchu panuje mikroklimat i dużo pada. Mnie te zielone wzniesienia od razu skojarzyły się z Maderą, na której swoją drogą byłem miesiąc przed wizytą w Peru (i swoją drogą tam też trafiłem na deszcz z mgłą).
Załącznik:
dzien10-machupicchu-roslinnosc.jpg

W Aguas Calientes jemy obiad (w wielu miejscach funkcjonuje korzystne cenowo Menu turístico, my za 25 SOL dostajemy przystawkę w formie ceviche oraz główne danie do wyboru) i kręcimy się chwilę po miasteczku. Jest bardzo turystyczne, ale jednocześnie schludnie urządzone. Można dostać pamiątkową pieczątkę Machu Picchu do paszportu (o dziwo to jedna z bardzo niewielu darmowych rzeczy w Peru) i przejść się po bazarze z pamiątkami o nieco kłamliwej nazwie Mercado Artenasal (w rzeczywistości nic tu nie jest artenasal). Co ciekawe, droga na dworzec prowadzi właśnie przez wąskie, kręte uliczki tego Mercado. Wygląda to wszystko jak lotniskowe sklepy walkthrough, tyle że w wersji bazarowej (Inca walkthrough :) ).
Załącznik:
dzien10-machupicchu-cevichdeetrucha.jpg

Załącznik:
dzien10-machupicchu-ajidegallina.jpg

Załącznik:
dzien10-machupicchu-aguascalientes.jpg

Wracamy do Cusco analogicznie: najpierw półtorej godziny pociągiem do Ollantaytambo, a potem przesiadka w autobus i 2 godziny jazdy do Cusco. W drodze powrotnej dostajemy jeszcze gorszy autobus niż poprzedniego dnia, przez co jazda jest nieco wyczerpująca. W trakcie powrotu zagaduje do mnie bardzo sympatyczny Brazylijczyk, niestety jego poziom angielskiego jest już zdecydowanie mniej sympatyczny. Pyta mnie, skąd jestem, a potem długo opowiada, że o nas słyszał: że to wspaniały kraj (no, powiedzmy), że jesteśmy tacy wysocy (hm, w porównaniu do Peru i Brazylii to może, może…), tak bardzo pielęgnujemy wartości demokratyczne (ho, ho…) i że hodujemy takie piękne tulipany… “wait, what? Poland, not Holland!”, no i dalej rozmowa już zupełnie przestała się kleić :)

Kolację jemy po raz drugi w naszej pollería, po czym wracamy do hotelu, w którym wcześniej nocowaliśmy. Hotel nas pamięta, nie musimy się znowu meldować, dostajemy nawet te same pokoje. To bardzo dobra informacja, bo następnego dnia autobus na Rainbow Mountain ma nas zabrać ok. 4:30.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 29 Cze 2022 23:16 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 11: Rainbow Mountain

To ewidentnie nasz dzień “naj”. Najdłuższy, najbardziej męczący, najbardziej absurdalny najbardziej stresujący, ale jednocześnie widokowo moim zdaniem najlepszy. Opis dnia też będzie więc najdłuższy, za co z góry przepraszam niecierpliwych :)

Około 4.45 pod hotel podjeżdża bus. Kolejne 40 minut zgarniamy ludzi z trasy, a 5:30 razem z dwoma innymi busami lądujemy na śniadaniu. Jedzenie bez zaskoczeń: buła, trochę dżemu, jajecznica, herbata. Po śniadaniu przewodnicy proszą nas o chwilę uwagi… i się zaczyna.

Nasz przewodnik to najbardziej chaotyczny człowiek, jakiego spotkałem w Peru, a umówmy się, że konkurencję miał sporą. Jego “przemowę” chyba najlepiej określić mianem dwujęzycznego strumienia świadomości. Po angielsku bredzi tak samo jak po hiszpańsku: powtarza pięciokrotnie te same zdania, ale żadnego z nich nie kończy. Ma się więc wrażenie, że w kółko mówi to samo, ale jednocześnie ani przez moment nie wiadomo, o czym mówi. Gdybym nagrał jego wypowiedzi i wysłał moim dawnym wykładowcom z lingwistyki, mogliby bez końca gnębić kolejne roczniki studentów na zajęciach z tłumaczeń ustnych.

Piąte przez dziesiąte dowiadujemy się, że (1) w górach będzie zimno, bo wejdziemy na 5000 m n.p.m., oraz (2) choroba wysokościowa to nie żarty. Potrzebujemy ciepłych ciuchów, rękawiczek, szalików, czapek, ochraniaczy na kolana i lokalnych specyfików na chorobę wysokościową. Na tę ostatnią mamy ponoć dodatkowo… pić alkohol (!).

Po zakończeniu instruktażu na jednym ze stołów magicznie pojawia się przenośny stragan, co oczywiście pozwala przerażonym turystom dokonać niezbędnych zakupów :) to, co mówi dzisiaj przewodnik, zupełnie nie zgadza się z tym, co słyszeliśmy, kupując wycieczkę parę dni wcześniej. Stoimy przed dylematem: czy naprawdę będzie tak zimno, że czegoś nam potrzeba? Ostatecznie decydujemy się na rękawiczki za kilkanaście soli.

Ruszamy w końcu na Tęczową Górę. Po drodze przewodnictwo wycieczki daje kilkukrotnie pokaz swoich organizacyjnych “umiejętności”. Raz kierowca zapomina zabrać przewodnika ze stacji benzynowej, przez co nasza zguba musiała rzucić się w pościg za nami, machając szaleńczo rękami. Innym razem przewodnik zapomina, że dwie osoby z autobusu mają obiecaną wycieczkę dwudniową i trzeba im gdzieś zapewnić nocleg. Jeszcze innym razem, kiedy zbiera 25 soli od każdego za bilety wstępu, wchodzi w dyskusję z parą niemiecko-ekwadorską. Para usłyszała dzień wcześniej w agencji, że za bilety będą musieli zapłacić 10 soli, nie 25. Przewodnik wymyśla na poczekaniu bajeczkę o tym, że cena zmieniła się w nocy, co tylko dodatkowo podkręca atmosferę w autobusie :)
Załącznik:
dzien11-rainbow-dojazd1.jpg

Załącznik:
dzien11-rainbow-dojazd2.jpg

Trasa na Tęczową Górę początkowo wiedzie asfaltową krajówką, ale w pewnym momencie zjeżdżamy na szutrową drogę, którą kontynuujemy jazdę przez dłuższy czas. Nie jest zbyt wygodnie, ale widoki są piękne. Andy, a do tego alpaki i lamy… żyć nie umierać. Dwukrotnie zatrzymujemy się przy szlabanach lokalnych społeczności, które pobierają opłaty za wstęp. W końcu docieramy do początku szlaku. Przewodnik w typowy dla siebie sposób zaczyna tłumaczyć, o której mamy wrócić do busa. Nie rozumie go nikt. Brzmi to mniej więcej tak:

…spotkajmy się tutaj z powrotem o godzinie następującej nieco później niż godzina południowa… to znaczy, kiedy wybije południe, wróćcie w to miejsce o godzinie następującej pół godziny po tej godzinie, w której to godzinie wybije godzina 12.00…

Połowa autokaru to Peruwiańczycy, więc wspólnymi siłami z native speakerami dochodzimy do wniosku, że powrót o 12.30. No to ruszamy!
Załącznik:
dzien11-rainbow-parking.jpg

Tęczowa Góra Vinicunca to świeża atrakcja turystyczna, bo wcześniej ten szczyt ukryty był pod warstwą śniegu i lodu. Jednak w 2015 roku, za sprawą globalnego ocieplenia, pokrywa śnieżna stopniała i odkryła wielokolorowe wzniesienie, które teraz fotografuje połowa Instagrama. Swoją drogą pisałem już o zamieszaniu wokół pobierania opłat przez lokalne społeczności i zamknięciu szlaku. Nas w maju 2022 podwieziono na szlak Cusipata (ponoć kiedyś wybierano bardziej wymagający szlak Pitumarca), który prowadzi od 4600 m n.p.m. do ok. 5036 m n.p.m. i w jedną stronę zajmuje niecałe 1,5 godziny.

Sam szlak jest niesamowity. Po prostu wszędzie wokół są piękne góry! Trasa nie jest specjalnie wymagająca, duża jej część jest w miarę płaska. Trudniejsze podejście napotkacie dopiero pod sam koniec, ale ta trudność wynika głównie z wysokości, na której się znajdujemy. Podejrzewam, że w Tatrach nawet bym nie pamiętał, że tamtędy wchodziłem. Osoby z problemami kondycyjnymi mogą wynająć konia, aczkolwiek ostatni, najbardziej stromy odcinek, i tak trzeba pokonać samodzielnie.
Załącznik:
dzien11-rainbow-poczatekszlaku.jpg

Załącznik:
dzien11-rainbow-szlak1.jpg

Załącznik:
dzien11-rainbow-szlak2.jpg

Załącznik:
dzien11-rainbow-szlak3.jpg

W Internecie można znaleźć mnóstwo zdjęć Tęczowej Góry. Na niektórych góra jest szaro-brunatna i mało spektakularna, na innych świeci się od filtrów jak napromieniowana. Peruwiańczycy uwielbiają umieszczać tę drugą wersję na plakatach turystycznych. A jak jest naprawdę? Jeżeli traficie na słoneczną pogodę (tak jak my), to kolory naprawdę zrobią wrażenie. Zarówno sama Vinicunca, jak i wszystko wokół, wygląda niesamowicie. Jeżeli natomiast trafią Wam się chmury (my je mieliśmy przez parę minut), to faktycznie sama tęczowa góra przestanie aż tak zachwycać, natomiast jej otoczenie dalej będzie imponować.

Turystów jest mnóstwo, nie sposób zrobić zdjęcia bez ludzi w tle, ale nie ma to znaczenia. Podoba nam się niesamowicie i nigdy w życiu nie byliśmy tak wysoko. Dla mnie to chyba najlepszy dzień całego wyjazdu. Wskazówka: jeżeli ktoś będzie miał trochę czasu i kondycji na miejscu, to można w drodze powrotnej nieco odbić ze szlaku i zahaczyć o Red Valley. Jak się domyślacie, nasz “świetny” przewodnik nam o tym nie powiedział, a szkoda, bo na zdjęciach dolina wygląda super.
Załącznik:
dzien11-rainbow-szczyt1.jpg

Załącznik:
dzien11-rainbow-szczyt2.jpg

Załącznik:
dzien11-rainbow-szczyt3.jpg

Nacieszyliśmy się widokami, czas wracać. Przy autokarze jesteśmy w okolicach 12:15. Nikogo jeszcze nie ma. Chwilę po nas przychodzą dwie Holenderki, które też nie są zachwycone organizacja wycieczki. Opowiadają nam o kilkudniowym trekkingu do Machu Picchu i trochę czuję, że to może być kiedyś powód, by wrócić do Peru: ich zdjęcia ze szlaku wyglądają świetnie.

My tu gadu gadu, a czas leci. O 13:00 przy autokarze są już wszyscy z wyjątkiem 4 osób: pary turystów, przewodnika i kierowcy. Kierowca w końcu się pojawia, ale nie wie nic: gdzie jest przewodnik, gdzie brakująca para i z czego wynika opóźnienie. Przewodnik w końcu się pojawia i stwierdza tylko “O, nie ma jednej pary?”, po czym bez słowa znika.

Opóźnienie jest problematyczne z trzech powodów. Po pierwsze czekamy od godziny w autokarze na pełnym słońcu, wokół zero cienia. Po drugie jeden z turystów ma duży problem z chorobą wysokościową: wymiotuje, jest blady jak ściana i cały spocony. Nie wygląda to najlepiej. Jak na ironię to wcale nie gringo z Europy: chłopak jest Peruwiańczykiem!

Po trzecie my tego samego dnia wieczorem mamy lot powrotny do Limy. Spodziewałem się, że możemy mieć pewne opóźnienia, więc wybrałem ostatni lot (21:00). Zapasu mamy kilka ładnych godzin, ale mimo wszystko zaczynam się stresować: do Cusco z Rainbow Mountain jest kilka godzin jazdy, nie wiadomo, czy na drodze nic się nie wydarzy (w Peru nietrudno o wypadki lub prostesty blokujące przejazd), w planie jest jeszcze przystanek na obiad, a przy Rainbow Mountain absolutnie nikt nie ma nawet pół kreski zasięgu, żeby w razie czego zorganizować alternatywny transport. Patrzę, jak odjeżdżają kolejne autokary z turystami i powoli parking staje się pusty. My dalej siedzimy i czekamy bez żadnych wieści. Nie wiadomo, gdzie jest przewodnik ani brakująca para. Słońce grzeje niemiłosiernie, a za autokarem dalej wymiotuje wspomniany Peruwiańczyk.

Stwierdzam, że to czas na interwencję. Wychodzę z autokaru i pochodzę w stronę Rainbow Mountain. W pewnym momencie zauważam przewodnika z dziewczyną z brakującej pary. Stoją i patrzą ze średnio inteligentnymi minami w stronę szlaku, który jest zupełnie pusty. Dziewczyna jest totalnie bezradna: gdzieś na szlaku zgubiła swojego faceta, ale nie ma pojęcia, gdzie jest i w jakim stanie.

Ręcę mi trochę opadają, więc próbuję ogarnąć przewodnika. Niestety, chłop dostał mentalnego zaparcia. Tłumaczę mu, że mamy samolot do Limy, że w autokarze jeden z pasażerów wymiotuje od choroby wysokościowej. Przewodnik rozkłada tylko ręce i mówi, że musimy czekać. Proponuję mu, żeby zamienić pasażerów z innym autokarem, tak żeby osoby, którym się spieszy, mogły już ruszyć. Facet twierdzi, że się nie da. Mówię więc, żeby dogadał się z miejscowymi, niech wsiądą na konia i pojadą na szlak sprawdzić, co się dzieje. W odpowiedzi słyszę od przewodnika:
- Ja nie wiem, czy te konie potrafią biegać…

Po tym tekście szlag mnie trafia i puszczam przewodnikowi piękną wiązankę składająca się ze wszystkich hiszpańskich przekleństw, jakie usłyszałem przez pięć sezonów serialu La Casa de Papel. Wiązanka sprawia, że jednak możliwa staje się podmiana pasażerów między autokarami i 10 minut później ruszamy!
Załącznik:
dzien11-rainbow-uciekajacealpaki.jpg

W drodze powrotnej turysta z Niemiec pyta mnie: czy polscy politycy są tak samo fatalni jak niemieccy? W ten sposób kolejną godzinę spędzamy na gorącej dyskusji o wpadkach przy polskich wyborach kopertowych i niemieckiej budowie lotniska BER :)

Po około godzinie robimy przerwę na obiad. Dawno nie jadłem ciepłego posiłku, ale nie jestem nawet specjalnie głodny przez ten cały stres, słońce i wysokość. Po jedzeniu przewodnik wsiada nagle z paroma osobami do autokaru… i odjeżdża bez słowa. Ach, no tak: przypomniał sobie chłopak, że obiecał komuś dwudniową wycieczkę z noclegiem w okolicy i uznał, że to dobry moment na podwózkę turystów do jakiegoś Bed&Breakfast. Opóźnienie znowu wzrasta, ale jestem w takim stanie, że już mi wszystko jedno – cały czas mamy sporo zapasu, a nie mam siły już się nawet denerwować.

Kiedy w końcu ruszamy, przewodnik przypomina sobie z kolei, że nie opowiedział nam o pochodzeniu kolorów na Tęczowej Górze. Przez kolejne kilkanaście minut prowadzi monolog o minerałach, z którego jak zwykle nikt nic nie rozumie.

Po jakimś czasie przewodnik jednak znowu coś sobie przypomina: czeka nas dodatkowy przystanek! Ciśnienie znowu trochę mi skacze. Mamy się ponoć zatrzymać przy światowej sławy jeziorze, o którym nikt nie słyszał, a w którym hodowane są pstrągi. Jak się domyślacie, zbiornik wodny okazuje się najbardziej zwyczajnym jeziorem, jakie można sobie wyobrazić. Nie robię nawet zdjęcia, bo naprawdę nie ma czego.

Ostatecznie kierowca wysadza nas pod samym lotniskiem o 18:00. Do środka wpuszczają dopiero 2 h przed odlotem, więc siadamy w okolicznej knajpce i jemy całkiem pożywny rosół. Kiedy w końcu udaje nam się wejść do terminala, stwierdzam dwie rzeczy. Po pierwsze, Peruwiańczycy mają zupełnie wywalone na płyny w bagażu podręcznym. Po drugie, lotnisko w Cusco to najsmutniejsze lotnisko, jakie widziałem. Poza toaletami, kilkoma automatami z piciem/jedzeniem i miejscami do siedzenia terminal jest kompletnie pusty. Aż dziwne, że tak wygląda lotnisko w najbardziej turystycznym mieście Peru.
Załącznik:
dzien11-cusco-lotnisko.jpg

Przy boardingu nikt się nie czepia naszych (nieco za dużych) bagaży. Zatrzymują jedynie osoby, które mają dwie sztuki bagażu zamiast jednej. Sam lot jest krótki i w miarę punktualny. Na lotnisku w Limie szybko przechodzimy do stanowisk firm taksówkarskich. O dziwo, podobnie jak na wszelkich mercado w sektorach z sokami, tutaj też wszyscy wychylają się z okienek i machają wściekle cennikami :D Wybieramy przypadkową firmę, bo cena przejazdu do Miraflores i tak jest wszędzie identyczna. Ostatecznie w hotelu meldujemy się przed północą.

To był zdecydowanie najdłuższy i najbardziej męczący dzień w Peru: wstaliśmy o 4:00, wdrapaliśmy się na górę Vinicuncę (5000 m n.p.m.) oddaloną kilka godzin jazdy od miasta, a po powrocie ostatnim lotem z Cusco wróciliśmy do stolicy (okolice 0 m n.p.m.). Co gorsza, następnego dnia czeka nas autokar o 7:15 do Paracas. Wiedzieliśmy, że to będzie ciężki dzień, ale nie przewidzieliśmy dodatkowych problemów z organizacją wycieczki. Po szybkim prysznicu wszyscy padamy więc na łóżka, żeby złapać chociaż kilka godzin snu.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 04 Lip 2022 22:55 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzień 12: Rezerwat Narodowy Paracas

Jeździliście kiedyś rowerem na pustyni wzdłuż oceanu? My nie, dlatego kiedy dowiedziałem się parę dni wcześniej, że Rezerwat Narodowy Paracas można zwiedzać na dwóch kółkach, szybko zmieniłem bilety Cruz del Sur z Limy do Paracas z 13:30 na 7:15. W efekcie noc mija zdecydowanie za szybko, a moi towarzysze po usłyszeniu budzika rzucają sporo niecenzuralnych słów pod moim adresem :D

Nadludzkim wysiłkiem wstajemy z łóżek i zamawiamy Ubera na dworzec autobusowy Cruz del Sur. Jest to bodajże najlepszy przewoźnik w Peru. Faktycznie, mają swoje własne, schludne terminale (na których nie trzeba uiszczać opłaty dworcowej) oraz nadawanie bagażu trochę jak na lotniskach, tylko bez takich kolejek.
Załącznik:
dzien12-lima-terminal-cruzdelsur.jpg

Ok. 7:15 ruszamy z Limy w kierunku Paracas. Autokar jest wygodny, każdy pasażer ma do dyspozycji ekran z rozrywką pokładową oraz gniazdo USB (ale ładowanie nie jest najszybsze). Podróż do Paracas trwa trochę ponad 3 godziny i w większości prowadzi tzw. Drogą Panamerykańską. Krajobraz jest mocno pustynny i wyjałowiony, ale fajnie się jedzie ze świadomością, że tą samą drogą można dojechać zarówno na południe Argentyny, jak i na północ Alaski (z "drobnym" wyjątkiem w okolicach przesmyku Darién, gdzie trzeba skorzystać z transportu wodnego) :)
Załącznik:
dzien12-autokar-cruzdelsur.jpg

Dojeżdżamy na dworzec w Paracas i od razu kierujemy się do hotelu. Pokój nie jest gotowy, więc robimy tylko błyskawiczne przepakowanie do mniejszych plecaków, zostawiamy duże bagaże na recepcji i biegniemy szukać wypożyczalni rowerów. Przechodzimy kilkaset metrów i widzimy punkt, gdzie stoją trzy nowiutkie rowery górskie z porządnie wyglądającymi oponami. Obsługujący nas Peruwiańczyk proponuje 100 soli za całą trójkę, więc nie zastanawiamy się za długo. Podczas przygotowywania rowerów chłopak z obsługi zaczyna jednak dawać dziwne instrukcje: żeby przełożeń na dużej przerzutce nie zmieniać, a na małej tylko w zakresie 3-5. I żeby nie hamować zbyt gwałtownie. A pod górę to najlepiej te rowery prowadzić. Ciekawe… po chwili chłopak oferuje, że podjedzie z nami do granicy miasta i pokaże, w którą stronę jest rezerwat. Dostajemy też mapkę i zalecaną trasę rowerową. Całkiem miło.

Niestety, im bliżej jesteśmy rezerwatu, tym bardziej staje się jasne, że coś z rowerami jest nie tak :) Jedynym działającym hamulcem jest hamulec nożny, łańcuch przeskakuje niemiłosiernie całej trójce na praktycznie każdym przełożeniu, a moje siodełko obluzowało się i przyjęło tak dziwny kąt, jakbym miał zostać na nim wystrzelony w kosmos. Tego dnia obiecałem sobie, że nigdy więcej nie będę narzekał na warszawskie rowery miejskie.

Dojeżdżamy do budki kontrolnej i płacimy 17 soli za wstęp (bilet łączony: 12 soli za rezerwat, 5 soli za Ballestas Islands na następny dzień). Po chwili skręcamy w lewo z drogi asfaltowej i zaczynamy jazdę po rezerwacie. Kiedyś była tu droga asfaltowa, obecnie więcej jest dziur niż samego asfaltu, na szczęście rowery mają szerokie opony i nie odczuwamy tego za bardzo. Zasadniczo jedziemy po kompletnym pustkowiu: w zasięgu wzroku nie ma nic poza ubitym piachem i wydmami. Brak też wycieczek zorganizowanych, mijamy dosłownie pojedyncze osoby korzystające z prywatnego transportu. Ma to zdecydowanie swój klimat: nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się śmigać na dwóch kółkach w takim miejscu.
Załącznik:
dzien12-rezerwat1.jpg

Załącznik:
dzien12-rezerwat2.jpg

Kiedyś zalecanym pierwszym punktem wycieczki był łuk skalny o nazwie La Catedral. Niestety, podzielił los swojego brata z Malty i runął do wody. Zaczynamy więc od plaży Yumaque. Na kąpiel w oceanie jest za zimno, robimy więc parę zdjęć klifów, podglądamy przez chwilę szybujące nad nami ptaki i jedziemy dalej. Po drodze mijamy turystę na rowerze… bez siodełka. Stwierdzam wtedy, że chyba jednak z naszymi egzemplarzami rowerów nie jest aż tak źle.
Załącznik:
dzien12-rezerwat3.jpg

Załącznik:
dzien12-rezerwat4.jpg

Kolejny punkt to Mirador Istmo. Trochę się trzeba napedałować pod górę, co przy przeskakującym łańcuchu nie jest łatwe, ale docieramy na miejsce w jednym kawałku. Stąd można zrobić całkiem niezłe zdjęcia zatoki. Kawałek dalej, po bardzo fajnym zjeździe z górki, trafiamy na Playa Roja. To chyba najładniejsze miejsce w Paracas, piasek ma intensywnie czerwony kolor. Z Playa Roja podjeżdżamy jeszcze na punkt widokowy Lagunillas na kolejne zdjęcia. Dalej można pojechać na plażę La Mina, ale odpuszczamy, bo widoki zapewne byłyby podobne. Powrót z Lagunillas do punktu kontrolnego, a potem do Paracas, to dodatkowe 12 kilometrów, podczas których nie ma już za bardzo ciekawych widoków. W sumie pokonaliśmy jakieś 30 kilometrów, które w normalnych warunkach nie zrobiłyby na nas wrażenia, ale przy stanie technicznym naszych rowerów zamieniły się w całkiem ciężką przeprawę.
Załącznik:
dzien12-paracas-rower.jpg

Załącznik:
dzien12-rezerwat5.jpg

Załącznik:
dzien12-rezerwat6.jpg

Załącznik:
dzien12-rezerwat7.jpg

Załącznik:
dzien12-rezerwat8.jpg

Załącznik:
dzien12-rezerwat9.jpg

Po powrocie do Paracas mamy jeszcze dwa zadania na wieczór: kupić wycieczkę na pełne zwierząt wyspy Islas Ballestas (nazywane pieszczotliwie “Galapagos dla biednych”) na następny dzień oraz zwiedzić samo miasteczko. W agencji turystycznej słyszymy niestety złe wieści: ponoć od tygodnia pogoda nie pozwala na wypłynięcie na Islas Ballestas. Nie wiadomo, czy następnego dnia coś się zmieni, więc w zamian agencja proponuje nam statek na wyspę Isla Blanca: za 30 soli dostajemy więc pakiet “biedniejsze Galapagos dla ubogich”. Nie mamy specjalnie wyjścia, bierzemy co jest i ruszamy zwiedzać samo miasteczko.

Raczej nie zakochaliśmy się w Paracas: to malutka mieścina położona pośrodku pustkowia, żyjąca głównie z turystyki. Ma wprawdzie plażę, ale bardzo niewielką i raczej mało urodziwą. Restauracje nie wyglądają zachęcająco, a jednocześnie są najdroższe ze wszystkich miejsc, w których byliśmy (ceviche ok. 50 soli). Stoi tu trochę niezłych hoteli, jest nawet 5-gwiazdkowy Hotel Paracas pod skrzydłami programu Marriott Bonvoy, ale… turystów brak, rozrywek na wieczór również, a miejscowi snują się jakby bez celu. Może to kwestia pandemii? Z braku pomysłu idziemy po prostu zjeść coś europejskiego dla odmiany. Mimo że restauracja ma na stanie porządnie wyglądający piec do wypiekania ciasta, dostajemy pizzę zrobioną na gotowym spodzie :D nie jest jednak zła, więc zamawiamy potem drugą, a jedzenie popijamy peruwiańskim piwem Cusqueña (polecam wszystkie rodzaje: lager rubia, negra, roja oraz trigo) i wracamy na noc do hotelu.
Załącznik:
dzien12-paracas.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez robokun 05 Lip 2022 08:54, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#18 PostWysłany: 05 Lip 2022 03:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Maj 2012
Posty: 369
niebieski
Cytuj:
ale fajnie się jedzie ze świadomością, że tą samą drogą można dojechać zarówno na południe Argentyny, jak i na północ Alaski

no nie do konca, bo z Kolumbii do Panamy trzeba jednak wziac transport wodny, gdyz droga sie konczy
Góra
 Relacje PM off
robokun lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 05 Lip 2022 08:46 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 85
niebieski
Dzięki za zwrócenie uwagi, uściśliłem tę informację w relacji :)
Góra
 Relacje PM off
fortuna lubi ten post.
 
 
 [ 19 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group