Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 9 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 08 Kwi 2021 23:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Sie 2012
Posty: 2593
Loty: 445
Kilometry: 508 718
platynowy
Ten wyjazd miał odbyć się na przełomie grudnia i stycznia, jako zwieńczenie całkiem udanego podróżniczo zeszłego roku. Ze względów rodzinnych (nie, nie było żadnych dramatów) przełożyłem go z jednych świąt na drugie. Zamiast na bożenarodzenie pojechałem na wielkanoc.

Obserwując co się dzieje w związku z zarazą założyłem, że do momentu wejścia na pokład samolotu lecącego z Madrytu do Bogoty nie będę uznawał dotarcia do celu za pewnik. Zakładałem, że również podróż powrotna może wiązać się z trudnościami.

Był to wyjazd wyjątkowy pod kilkoma względami: podróż do Kolumbii wymyśliłem sobie lata temu, od niej chciałem rozpocząć poznawanie Ameryki Południowej, był to mój pierwszy long haul w biznes klasie, a na dodatek bilet kupiłem w trakcie ostatniej imprezy około flajowej przed lockdownem i to w takich okolicznościach, że uświadomiłem to sobie następnego dnia rano, kiedy znalazłem go w mailu.

Wylot w pierwotnym terminie został odwołany, godziny przełożonego na grudzień lotu uległy zmianie, mogłem zatem po raz kolejny zmodyfikować termin. Leciałem z Mediolanu Linate do Bogoty przez Madryt. Przedtem musiałem się zatem dostać do Włoch – zdecydowałem się na LOT i Malpensę to był dobry wybór bo, Ryanair i Wizzair chyba w tym czasie nie latały do Bergamo. Ze względu na przesiadki, aby zmaksymalizować szanse na dostanie się do celu musiałem spełnić wymogi włoskie, (chyba) hiszpańskie i kolumbijskie. Wbrew obawom podróż odbyła się bez najmniejszych komplikacji, a sam lot w A350 w biznesie był czystą przyjemnością. Nie wiem czy po tym doświadczeniu będę jeszcze chciał wybrać się w podobnie długą podróż w klasie ekonomicznej.

Brak pewności w sprawie dotarcia na miejsce miał kilka istotnych konsekwencji. Po pierwsze postanowiłem zająć się planowaniem zwiedzania dopiero po przylocie na miejsce. Nie miałem ani jednego biletu ani jednego noclegu. Nie wiedziałem dokąd się wybiorę. Oprócz przekonania, iż dobrze spędzę czas i przy zachowaniu jakichś środków ostrożności nie grozi mi szczególne niebezpieczeństwo (o tym za chwilę), praktycznie nie miałem pojęcia o tym co zastanę. Wiedziałem, że są jakieś ograniczenia w związku z epidemią, spodziewałem się, że na nocne życie nie mam co za bardzo liczyć, ale nie ustaliłem czy chodzenie w maseczkach jest obowiązkowe. Śledziłem dane dotyczące zakażeń i choć w dacie wyjazdu miały one tendencję rosnącą, wynosiły ok 6000 dziennie, w kraju o ponad 50 mln mieszkańców (plus chyba 4 mln uciekinierów z Wenezueli), nie wyglądało to źle.

O Kolumbii wiedziałem również, że nie mam co za bardzo liczyć na to, że będę rozumiany mówiąc po angielsku. Po doświadczeniach z pobytów w Hiszpanii wydawało mi się jednak, że trochę hablam, więc nie miałem tu szczególnych obaw.

Wracając do bezpieczeństwa. Na jakichś rozsądnie wyglądających amerykańskich stronach czytałem, że w Kolumbii zasadniczo jest bezpieczniej niż w Stanach. To akurat nie było dla mnie pocieszające, ponieważ żyję w przekonaniu, iż poziom bezpieczeństwa w Stanach jest znacząco niższy od tego, do czego przyzwyczaiłem się w Polsce czy Poradziecji. Pisano tam jednak o motocyklistach wyszarpujących sprzęty, czy o wymuszeniach oraz o kradzieżach kieszonkowych. Spodziewałem się zatem, iż nie zawsze i nie wszędzie będę miał poczucie bezpieczeństwa, po ciemku lepiej nie chodzić i tym podobne. Ja naprawdę przed przyjazdem nic nie czytałem z nikim nie rozmawiałem i nie miałem żadnej wiedzy w tych sprawach.

Początek pobytu nie był łatwy. O ile kontrola dokumentów i paszportowa przeszły szybko i sprawnie, problem pojawił się na etapie pobierania gotówki z bankomatu. Kolejno poblokowało mi 3 karty i zanim opanowałem sytuację minęła więcej niż godzina. W międzyczasie przestały jeździć autobusy do miejsca, gdzie można doładować kartę na komunikację miejską (samą kartę dostałem od @Zeus, wtedy jeszcze nie wiedzałem, że jest już nieważna), zapomniałem sprawdzić czy da się to zrobić na lotnisku, a po wyjściu z niego nie za bardzo chciano mnie z powrotem wpuścić.

Chciałem pojechać do centrum, aby tam spędzić pierwszą noc, ale ze względu na brak możliwości zakupu biletu postanowiłem spędzić pierwszą noc w Hamptonie przy lotnisku, Dotarłem tam taksówką, bo nie miałem jak dodzwonić się po shuttle busa, a przy okazji dałem się oszukać na jakieś 8 zł. Nie było to dużo, ale jednak lekkie poczucie porażki miałem. Przed zaśnięciem przejrzałem ceny biletów, które z okazji świąt były stosunkowo wysokie, znalazłem jednak kilka w rozsądnej cenie i kupiłem na następny dzień bilet do Kartageny, kolejny z Barranquilli do Medellin, a stamtąd do Cali przez Bogotę (z założeniem, że mogę skończyć podróż w połowie trasy).
Pierwszym zadaniem na kolejny dzień był zakup karty SIM. Mój wybór padł na Virgin Mobile, ze względu na spory pakiet danych za bardzo konkurencyjną cenę oraz Tinder plus w bonusie. Kartę tę można kupić online lub stacjonarnie w kilku centrach handlowych – jedno z nich znajdowało się całkiem niedaleko od hotelu. Zastanawiałem się, czy mogę tam po prostu pójść przez nieznaną okolicę. Postanowiłem sprawdzić. I to był ten moment, w którym uznałem, że moje obawy o bezpieczeństwo raczej okażą się nie mieć żadnych podstaw. W okolicy toczyło się normalne, niespieszne życie. Ludzie chodzili, jeździły samochody. Było dużo dzieci, biegacze, rowerzyści. Żadnych powodów do niepokoju.

Nie miałem jakiejś paranoi na punkcie bezpieczeństwa, wiedziałem że ono jest zarządzalne, ale po prostu nie wiedziałem czy i ewentualnie jakie środki będę musiał podjąć. Brakowało mi wcześniejszych doświadczeń południowoamerykańskich. To co zastałem bardzo mnie ucieszyło, zwłaszcza zważywszy na mój sposób poznawania nowych krajów – ja raczej nie chodzę tam gdzie turyści, wolę przedmieścia i zakamarki. Chodząc po nich ani razu nie znalazłem się w sytuacji, w której miałbym poczucie zagrożenia Zresztą wydaje mi się, że mam na to sposób i nie jest to próbowanie wtopienia się w tłum. Mój wzrost, blada skóra, ruda broda i niebieskie oczy powodują, że z daleka widać, iż jestem obcy.

Jeśli chodzi o zagrożenia szybko zauważyłem, że są one zupełnie innego rodzaju. Prognoza pogody dla Bogoty nieustannie wskazywała na całkowite zachmurzenie z możliwościami oparów. Najwyraźniej mają tam inne niż moje wyobrażenie na temat braku słońca, ponieważ częściej było widoczne niż nie, a na wysokości ponad 2600 m opalało ono moją bladą skórę w tempie błyskawicznym i półtoragodzinny spacer skończył się lekkimi oparzeniami.
Góra
 Relacje PM off
30 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 09 Kwi 2021 00:06 
Król Ż
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Paź 2014
Posty: 3905
Zapowiada się świetnie ale dawaj fotki z tego biznesu :)
_________________
Tolerancja kończy się tam, gdzie zaczynają się prawa człowieka
Góra
 Relacje PM off
marcino123 lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 09 Kwi 2021 07:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 1899
Loty: 217
Kilometry: 441 632
złoty
"całkowite zachmurzenie z możliwościami oparów"
To jakieś zakamuflowane określenie ekscesów narkotykowo-alkoholowych? Czy jednak chodziło ci o zwykły deszcz?;-)

A tak na poważnie, to pisz dalej. Bedę czytać nawet jeśli nie wstawisz ani jednej foty.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 09 Kwi 2021 07:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Wrz 2015
Posty: 721
Loty: 87
Kilometry: 158 245
srebrny
@elwirka a może ostry cień mgły?

@pabien czekamy na dalszy ciąg tej historii
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 09 Kwi 2021 11:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Sie 2012
Posty: 2593
Loty: 445
Kilometry: 508 718
platynowy
Nie jestem w stanie odtworzyć jakim sposobem spacer po kartę SIM i gotówkę, następnie droga na lotnisko, oczekiwanie na samolot i lot do Kartageny zajęły mi cały dzień, w każdym razie kiedy wylądowałem w karaibskiej części Kolumbii było już po zachodzie słońca.

Na wybrzeże karaibskie leciałem Viva Air – tanią linią z teoretycznie małym bagażem podręcznym. Miałem pewne obawy czy nie skasują mnie za mój trochę większy niż dopuszczalny rozmiar plecaka, jednak prawdopodobnie do mojego wejścia na pokład obsługa wyrobiła normę dodatkowych opłat wyłapując osoby z wcale nie-wielkimi walizkami i wypisując im rachunki. Boarding, zarówno w tym przypadku jak i w kolejnych lotach odbywał się w reżimie covidowym: nie było kolejki obsługa wywoływała pasażerów rzędami. W środku personel pokładowy występował w fartuchach, zakazano spożywania napojów czy jedzenia. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku kolejnych lotów Latam i Aviancą. W ogóle procedury związane z epidemią są tam bardziej rozbudowane niż u nas. Wszędzie występuje płyn do dezynfekcji, wchodząc do części budynków w tym na dworce autobusowe mierzona jest temperatura i podawany płyn do dezynfekcji rąk a czasem butów. Również maseczki są obowiązkowe wszędzie, w tym również na plażach – tam akurat tylko teoretycznie. To oczywiście nie wszystkie procedury i ograniczenia. Kluczowe były toque de queda oraz pico y cedula, ale o tym będzie później.

Image

Po przylocie do Kartageny uznałem, że nie będę wgłębiać się w sposób funkcjonowania tamtejszej komunikacji publicznej, ale też nie skorzystam z taksówki czy ubera i do hotelu zlokalizowanego prawie nad samym morzem, lecz nieopodal lotniska udam się na piechotę. Kartagena to, jak na to czego później doświadczyłem w Kolumbii, specyficzne miejsce pod względem komunikacji. Lotnisko jest znacznie bliżej od centrum niż terminal autobusowy, do brzegu morza jest zaś pewnie odrobinę więcej niż kilometr. Zwiedzania tego dnia nie było, zameldowałem się w hotelu, trochę pozastanawiałem co będę robić w kolejnych dniach i poszedłem spać.

Kolejny dzień był zdecydowanie bardziej intensywny. Składały się nań: przeprowadzka do Hiltona, próby uzyskania pieniędzy z BRG, dużo chodzenia, głównie po nowej części miasta, lecz również odwiedzenie zabytkowego miasta w obrębie murów. Następny wyglądał podobnie, przy czym BRG dotyczyło Accora.

Zabytkowe centrum nie podobało mi się wcale. Ot, to czego można oczekiwać po bogatym kolonialnym mieście  - wielka była tylko liczba naganiaczy, którzy oferowali mi wiele rzeczy, zaczynając od niewinnych, kończąc na kokainie. Nagle okazywało się, że znajomość angielskiego, niespotykanego w innych miejscach jest bardzo wysoka, jednak jakość samej konwersacji wyjątkowo niezadowalająca. Poza tym turystycznym piekłem było dużo lepiej.

Udało mi się znaleźć mozaikę, modernistyczne bloki, dużego ceramicznego żołnierzyka, stadion z wielkim działem naprzeciwko trybun i kilka modernistycznych budynków. Poobserwowałem intensywne życie poza murami. Trochę pływałem – plaże nie były powalające, ale woda miała to co uwielbiam. Temperaturę, która zapewnia komfort niezależnie od tego ile czasu siedzi się w wodzie. To coś czego w Europie nigdy nie doświadczyłem. Kolejną sprawą była przyroda. Ja jestem z nią trochę na bakier, czego niezmiernie żałuję, mam zamiar się poprawić, zwłaszcza po takich doświadczeniach jak w Cartagenie czy później w kolejnych miastach. Nawet w mocno zurbanizowanym obszarze intensywność oraz różnorodność zieleni jest wyższa niż ta z którą mam do czynienia w miejscach lepiej mi znanych. Z fauną też jest ciekawie. Pływając przy hiltonowej plaży zobaczyłem ławicę latających ryb, ale takich po dwadzieścia kilka centymetrów, przeleciał obok mnie duży kormoran, a w trakcie śniadania towarzyszyły mi całkiem bezczelne i zupełnie pozbawione lęku przed ludźmi wilgowrony.

Image

Image

Image

Image

Kiedy byłem w Kartagenie, bądź co bądź niedaleko San Escobar, w Polsce toczyła się dyskusja na temat możliwych ograniczeń intelektualnych naszego prezydenta. Z wielkim zdziwieniem zauważyłem, że nie przeszła ona bez echa tam na Karaibach – może to efekt uboczny dyplomacji ministra Waszczykowskiego? Muszę jednak powiedzieć, iż wiedza na temat Polski jest tam mocno wybiórcza. Inaczej niż w pozostałych uchodzących za egzotyczne państwach, Polska nie wywoływała automatycznych skojarzeń z Lewandowskim. Natomiast jeden z kierowców Ubera w Baranquillii chcąc pochwalić się swoją wiedzą, powiedział mi: Polska? Tam urodził się Hitler – to swoją drogą ciekawa pomyłka.

Image

Napisy dotyczące naszego prezydenta nie były jedynymi polskimi słowami, z którymi się spotkałem w Kolumbii. W Bogocie znalazłem graffiti ze słowami „fiasko” i „klops”   

Image

Image

 W Cartagenie przyszedł czas na pierwszą refleksję dotyczącą pobytu w Kolumbii. Uznałem, że jest ciekawie, interesująco, ale bez fajerwerków, w Poradziecji czuję się lepiej, a przede wszystkim jest ona dla mnie bardziej fotogeniczna. Lekkie rozczarowanie kompensowane było przez wspaniałą pogodę i cudowne morze.

Problemem okazał się mój hiszpański. Lecąc do Kolumbii obejrzałem cały hiszpański film i zrozumiałem wszystko. Potem zdałem sobie sprawę, że oglądałem go z angielskimi napisami. Tym niemniej z rozumieniem było w miarę OK, natomiast mówienie mi zupełnie nie wychodziło. Zamiast używać słów hiszpańskich mówiłem po francusku ewentualnie dodając jakieś włoskie słowa. Masakra, na początku pobytu zupełnie nie byłem w stanie tego opanować
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 10 Kwi 2021 10:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Sie 2012
Posty: 2593
Loty: 445
Kilometry: 508 718
platynowy
W Kartagenie spędziłem trzy noce. Trochę za dużo. Kolejnym etapem była Barranquilla miasto chaos. Duże, raczej brzydkie z trudno dostępnymi atrakcjami, ale za to kilkoma ładnymi modernistycznymi kościołami, a także ciekawymi monumentami oraz ujściem rzeki Magdaleny do Morza Karaibskiego. Niestety punkt widokowy jest dość odległy i w związku z tym zrezygnowałem z jego odwiedzenia. Nastąpiło tu pewne nieporozumienie, ponieważ doradzono mi jako alternatywę zobaczenie czegoś co nosi nazwę Ventana del Mundo – jakoś mi się wydawało, że skoro to okno na świat, będzie z niego widok na ujście Magdaleny. Okno było dość atrakcyjne wizualnie, ale widok był raczej na nie, nie z niego.
Do Baranquillii dostałem się autobusem, jednak wcześniej musiałem przejechać przez całą Kartagenę do terminal de transportes. Nie wiedziałem jak korzysta się z autobusów. Przy wejściu do na dworzec zostałem otoczony przez licznych panów chcących mi pomóc, nie do końca wiedząc jaka jest ich rola podszedłem do kasy linii, której nazwa mi się podobała i okazało się, że za 2 minuty odjeżdża autobus. Wygodny, prawie pusty. Sytuacja z odjeżdżającym za chwilę autobusem powtarzała się za każdym kolejnym razem. W Kolumbii podobnie jak w innych znanych mi miejscach również autobusy działają tak, że z dworca wyjeżdżają prawie puste, a większość pasażerów wsiada wkrótce po opuszczeniu terminalu Podejrzewam tu interes ekonomiczny przewoźnika lub kierowcy.
W Baranquilli podobnie jak w Kartagenie terminal znajduje się daleko od centrum (choć w przypadku tego miasta nie było dla mnie do końca jasne gdzie centrum się znajduje. Tym niemniej dworzec mieści się w satelickiej miejscowości o nazwie Soledad. Lotnisko również jest w tej miejscowości, tylko nieco dalej.
Kolejny etap wycieczki obejmował Santa Martę. Miasto znacznie bardziej turystyczne niż Barranquilla z parkiem w centrum, imprezową uliczką, dużą liczbą atrakcyjnych wizualnie graffiti i wiatrem wiejącym tak, że nakrycia raczej na głowie się nie utrzymają. Tam po raz pierwszy odczułem ograniczenia związane z zarazą. Dowiedziałem się, że godzina policyjna zaczyna się o godzinie 22. Dla mnie nadal to była pora kiedy wybieram się spać. Około 19 poszedłem coś zjeść. Trafiłem na imprezową uliczkę, gdzie oprócz jedzenia i picia w najlepsze grano, śpiewano, tańczono. Taka sytuacja miała miejsce właśnie do 19, kiedy nagle wszystko się skończyło. Nie było mi dane zjeść tego dnia kolacji.
Obok Santa Marty znajduje się ponoć wspaniały park narodowy Tayrona. Nie było mi dane go zobaczyć, ponieważ nie ustaliłem czy jest otwarty. Raczej słyszałem, że został zamknięty. Z doświadczeń polskich z zeszłego roku uznałem taką sytuację za nie niemożliwą. Uznałem jednak, że muszę zobaczyć trochę prawdziwej a nie miejskiej przyrody i pójść na atrakcyjną plażę. Wybór padł na miejscowość Palomino, bo ładnie się nazywa. Nie wiedziałem co tam zastanę , jednak zdecydowanie nie przeżyłem rozczarowania. Choć pewien element zdziwienia był. Palomino okazało się kurortem dla kolumbijskich hipsterów oraz wszelkich środowisk alternatywnych od post hipisów po punków i metali. It was bit too much, ale w sumie wyglądało ciekawie. Zabudowa niska, żadnych wielkich hoteli, bliskość natury długa piaszczysta plaża i wielkie fale czynią to miejsce zdecydowanie atrakcyjnym. Tam też przeżyłem pierwsze magiczne chwile w czasie tego wyjazdu. Rano poszedłem dać się wytarzać trzymetrowym falom. Było wspaniale, a straty ograniczyły się do lekkich otarć na ramieniu. Kiedy wracałem zauważyłem, że pobliskie góry są pokryte śniegiem. Potem pomyślałem, ze to chyba niemożliwe, przecież na dole jest 30 stopni i to o 8:30 rano. Sprawdziłem jakiej wysokości są te wyglądające na całkiem wysokie wzniesienia. Stawiałem na jakieś 2500 m, okazało się, że najwyższy szczyt tych gór o nazwie Sierra Nevada de Santa Marta ma 5775 m, więc występowanie śniegu jest jak najbardziej uzasadnione. Zdjęcia nie mam, bo do kąpieli nie zabrałem aparatu, a góry wkrótce potem zostały zakryte chmurami. Kąpiel w ciepłym morzu z widokiem na ośnieżone szczyty to było moje marzenie od długich lat. Myślałem, że zrealizuję je w Libanie. Tam było to pełnym zaskoczeniem.
Jak wspomniałem Palomino to miejsce dla osób ze środowisk alternatywnych. Przy tym zwróciło moją uwagę, że kobiety, które tam widziałem podziarane, poprzekłuwane gdzie się tylko da były często nieziemskiej wręcz urody. Przez dłuższy czas myślałem, że tak to jest w tym kraju i najpiękniejsze dziewczyny muszą mieć dużo tatuaży i sporo metalu w sobie. Dopiero na koniec podróży zdałem sobie sprawę z tego, że moja obserwacja niekoniecznie była prawidłowa. Po prostu było to jedyne odwiedzone przeze mnie miejsce, gdzie maseczki zdecydowanie się nie przyjęły, stąd tylko tam widziałem twarze. W tym alternatywnym miejscu zostałem tylko na jedną noc. Mogę winić za to tylko samego siebie i moje zgamifikowanie przez programy lojalnościowe. Noce w Hiltonach same się nie prześpią. Wróciłem w związku z tym do Santa Marty. I zostałem za to srogo ukarany. Ale przedtem była jeszcze podróż powrotna podmiejskim busikiem z możliwością obserwowania prowincjonalnej zabudowy i leniwie toczącego się życia. O ile droga tam odbywała się z w przeważającej części z okolicznymi mieszkańcami wracającymi z zakupów w Santa Marta, choć po drodze wsiadł jakich chłopiec z kogutem w rękach, wracałem raczej z turystami. Przydrożna zabudowa jest raczej przypadkowa, często nosząca znamiona częstotliwości, jednak prawie zawsze z ozdobnymi napisami, czy malunkami. Słychać muzykę i nie jest to europejski pop. Po drodze przejeżdżaliśmy przez rzekę, której niemrawy nurtem na dużych oponach spływają wypoczywający w Palomino. Spływających akurat nie widziałem, ale na łasze piachu po środku rzeki o powierzchni może 4 m2 stała pani oferująca jakieś specjały spod rozstawionego parasola. Po obu stronach drogi znajdowały się plantacje bananów, ze zdziwieniem zauważyłem, że ich koście są owijane plastikiem. Myślałem, że te owoce rosną przy mniejszej ingerencji człowieka.
W dniu wyjazdu do Palomino @Zeus (wymieniany po raz drugi w tej relacji, ale cóż to bardzo pomocny forumowicz) poinformował mnie o wprowadzanych w Kolumbii ograniczeniach przed świętami. Próbowałem ogarnąć o co chodzi, ale wyszło mi na to, że do dużych sklepów i centrów handlowych można wchodzić tylko z numerem dokumentu kończącym się na odpowiednią cyfrę w zależności od dnia (parzysta lub nie parzysta) to pico y cedula, oraz ma być wprowadzana godzina policyjna: toque de queda. Wyglądało na to, że jednak od 22 czy od 24 więc uznałem, że jakoś przeżyję.
O ile w Santa Marta wszystkie knajpy zamknięto o 19, to w Palomino zabawy łącznie z koncertami i tańcami trwały do 22. Później okazało się, że w Kolumbii władze regionalne mają dużą autonomię jeśli chodzi o wprowadzane ograniczenia, a Palomino to już inny region.
Wracając do Satna Marty w celu wypełnienia obowiązku hiltonowego nie zdawałem sobie sprawy z tych subtelności, odnotowałem jedynie, że tam muszę pójść na kolację wcześniej. Powrót Z nieznanego mi powodu autobus, który jechał z Palomino postanowił wysadzić wszystkich pasażerów na skraju miasta (to nie był dalekobieżny autobus i normalnie jeździł z centrum nie terminal de transporte). Ja wybrałem metodę biernego oporu przed takim działaniem i wraz z dwójką pasażerów nie wysiadłem. Ku wyraźnemu zdziwieniu części osób, które zostały autobus ruszył w kierunku centrum. Jakoś początkowo nie zauważyłem, że na ulicach jest pusto. Kiedy wysiadłem zaczęło mnie to dziwić, ale w końcu autobus miał koniec trasy przy rynku, uznałem, że może on jest nieczynny w niedziele. Idąc dalej rosły moje podejrzenia, że coś jest nie tak. Na ulicach było kilku bezdomnych i żadnego ruchu. Nieczynny choćby jeden sklep czy bar. Przyszedłem do hotelu, a tam mi powiedzieli, że jest godzina policyjna przez cały dzień. Tak Pani burmistrz postanowiła: 3 dni w tygodniu całkowity zakaz ruchu. Nie rozumiem, jak ma to skutkować zmniejszeniem liczby zakażeń, na pewno jest mocno upierdliwe. Co ciekawe idąc przez miasto spotkałem kilku policjantów, lecz oni mnie całkiem zignorowali – teraz wiem, że to dlatego, że wyglądam jak cudzoziemiec, z którym i tak się nie dogadają i nie wytłumaczą, a przecież karać mnie, niewinnego nie będą.
Specyfika kolumbijskiego toque de queda polega na tym, że nie obowiązuje ono w hotelu. Zatem za jego drzwiami toczyło się normalne życie dla gości hotelowych łącznie z sączeniem drinków na dachu z widokiem na morze. Ja akurat piłem soki owocowe, bo dostałem je jako bonus. Świeże soki to zresztą jedna z najwspanialszych rzeczy w Kolumbii.
Po spędzeniu dnia policyjnego w hotelu kolejnego dnia wróciłem do Barranquilli, by stamtąd polecieć do Medellin. W tym mieście zakochałem się od momentu, gdy zobaczyłem je z samolotu. Cudownie położone w dolinie i na wzgórzach z umiarkowanym klimatem dużą dostępnością komunikacyjną. Plus muzyka, murale, stare samochody, uśmiechnięci ludzie. Dodatkowo zwiedzanie miasta stanowiło ciekawą pożywkę dla wyobraźni – jak to magiczne miejsce musiało wyglądać w normalnych czasach. Będąc w Medellin wiedziałem, że moje wcześniejsze wątpliwości co do oceny wyjazdu do Kolumbii całkowicie się zdezaktualizowały. Było dobrze, najlepiej. Dodatkowo zauważyłem, że lepiej mi idzie z hiszpańskim. Poczułem, że jeszcze kilka tygodni i byłbym w stanie się porozumiewać. Medellin to miasto większe od Warszawy, bardzo zróżnicowane, jednak wszędzie czy to biedne dzielnice domków z czerwonej cegły równo pokrywające wzgórza, czy starsze blokowiska, bogate El Poblado z rozrywkowym Parque Lleras czy wreszcie nawet w czasie kwarantanny gwarne centrum. Każdy kawałek i całość pełne były jakiejś trudnej do opisania magii. Nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać, zresztą zostałem dzień dłużej niż planowałem. Mimo, iż w czasie pobytu toque de queda zaczynało się o godzinie 17 (bez jakiegoś restrykcyjnego pilnowania tej godziny) jakość pobytu tam przekroczyła jakąkolwiek skalę porównawczą. Medellin to dla mnie teraz miasto Nr 1. Wyprzedziło Moskwę i Stambuł.
O Medellin w następnym odcinku
Tymczasem kilkanaście zdjęć z karaibskiego etapu podróży


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#7 PostWysłany: 10 Kwi 2021 11:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5406
HON fly4free
Mnie czeka ta podróż dopiero we wrześniu (pierwotnie miał być listopad 2020, a jeszcze będę kombinować, by przenieść to na listopad 2021) i przeczytam Twoją relację od deski do deski :)

Te podpisy pod ostatnimi zdjęciami kościołów ("kociol"), to zwykłe literówki, czy może jakaś forma protestu/buntu/kontestacji* (niepotrzebne skreślić) ;) ?
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 10 Kwi 2021 11:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Sie 2012
Posty: 2593
Loty: 445
Kilometry: 508 718
platynowy
Akurat tu przypadek
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 10 Kwi 2021 11:18 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 6385
Loty: 839
Kilometry: 788 891
platynowy
tarman napisał(a):
@elwirka a może ostry cień mgły?

@pabien czekamy na dalszy ciąg tej historii


No właśnie, tłumaczenie takich karkołomnych zwrotów to naprawdę sztuka.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
tarman lubi ten post.
 
 
 [ 9 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group