Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 16 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Wiele imion Kuby
#1 PostWysłany: 21 Paź 2018 20:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 937
Loty: 124
Kilometry: 269 476
srebrny
Cytuj:
R: Kochanie, tanie bilety na Kubę.
M: Ile?
R: 600.
M: Bierzemy.
R: Pytać brata? (...)
P (brat): odpadamy
R: Spytam siostry...
A (siostra): my też chcemy lecieć!


I tym sposobem stałem się posiadaczem wesołej rezerwacji na bilet Aero Mexico z Amsterdamy do Havany, na której widniało czworo dorosłych ludzi, czworo dzieci i jedno niemowlę. Jak się miało okazać konstrukcja z 4chd+1inf jest dość skomplikowaną opcją dla przewoźników po obu stronach Oceanu Atlantyckiego, ale szczęście w nieszczęściu był to w zasadzie jeden z większych problemów podczas tej naszej kolejnej nieplanowanej podróży.

Dlaczego zatem imiona? Ostatnie dwie (duże) podróże z dzieciakami opisałem tak, jakbym czytał swoje notatki z pamiętnika. Tym razem jednak będzie inaczej - Kuba jako kierunek turystyczny jest dość dobrze poznana, Kuba poza szlakami turystycznymi trochę mniej. Kuba (wyspa) to jednak ludzie, i to nie babcie umalowane z cygarem wielkości kiełbasy podwawelskiej liczące na 'co łaska 1$', nie różnej maści domorośli muzycy wyjący głantanamera. My poznaliśmy Kubę ukrytą pod innymi imionami, często w zupełnie nieplanowany sposób.

Tak więc to my: M,R (adt), T,O,A (chd) oraz druga rodzina A,G (adt), H (chd) i K (inf). Zapraszamy!
Załącznik:
zapraszamy_na_Kube.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
R.
Moja najnowsza relacja: Wiele imion Kuby - z rodziną na wyspę jak wulkan gorącą


Ostatnio edytowany przez zawiert, 21 Paź 2018 21:12, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#2 PostWysłany: 21 Paź 2018 20:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
Lubię Twoje relacje! Będę śedzić.
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#3 PostWysłany: 21 Paź 2018 21:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Kwi 2016
Posty: 3635
platynowy
Wow, ciekawie sie zapowiada, szczegolnia z taka gromadka sympatycznych dzieci. :)
_________________
Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, obróci się p. tobie oraz nie bądź tchórzem i kłamcą!
Brak ochoty i szkoda czasu na forum, nie odpowiadam na pw.

Z Kiruny na Socotrę / zorze polarne
Afryka / Gorilla Trekking
Biegun lodołamaczem atomowym, Antarktyda / Polska Stacja Arctowski, Czarnobyl
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#4 PostWysłany: 22 Paź 2018 07:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Lut 2013
Posty: 175
Loty: 20
Kilometry: 39 820
niebieski
Czekam z niecierpliwością :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#5 PostWysłany: 02 Lis 2018 14:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 937
Loty: 124
Kilometry: 269 476
srebrny
Odcinek 1. Basia
Gdy rok wcześniej lecieliśmy do Panamy z Amsterdamu, zdecydowaliśmy się na radosną twórczość dojazdowo-dolotową (autokar Sindbad z Wrocławia do Amsterdamu, a na powrocie auto przyjaciela z AMS do BRU, Ryanair z BRU do SXF i potem PolskiBus (R.I.P.) do Wrocławia). Tym razem stwierdziliśmy, że deal AeroMexico był na tyle tani, że jak ludzie chcemy dolecieć do Amsterdamu samolotem. Wątek o dolotach na tego 'deala' był bardzo rozbudowany i różne opcje wchodziły w grę, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się dokupić doloty z Wrocławia w wykonaniu PLL LOT (z przesiadką w WAW). Co prawda z powrotem związane było pewne ryzyko (ledwie 2h na przesiadkę powrotną w AMS), ale na dolocie 'tam' wybraliśmy sobie maksymalny możliwy zapas czasowy i połączyliśmy wylot z Wrocławia o 5:45 rano z koczowaniem na amsterdamskim lotnisku w zimowy niedzielny dzień.
Im bliżej było do wyjazdu, tym bardziej byłem przekonany, że nie będzie problemów - przecież ten poranny lot wykonywany jest przez maszynę, która nocuje we Wrocławiu. No i w ciągu ostatnich 365 dni tylko raz odwołali ten lot.

W sobotni wieczór, tuż przed wylotem, Dash z Okęcia przyleciał do Wrocławia o czasie, dzięki czemu mogłem spokojnie położyć się spać, bez stresu o nasz początek podróży.

W niedzielę rano przyjaciel zabrał nas na lotnisko, reszta rodziny też skorzystała z 'podwózki' i tak oto gdzieś po 4:00 byliśmy na wrocławskim terminalu. Na Kubę postanowiliśmy nadać jeden duży bagaż (płatny) dla całej dużej grupy, ponieważ trzeba było zabrać trochę rzeczy dla najmłodszego uczestnika podróży i nasze ponadwymiarowe kosmetyki. W zasadzie my z żoną i dziećmi spakowaliśmy się 2 plecaki do podręcznego, ale gdzieś te kremy do opalania trzeba było wrzucić. I w momencie, w którym na check-in nadawaliśmy ten jeden bagaż, zadzwonił telefon na biurku obsługującej nas pani. "Aha, tak, aha, no dobrze, a co się stało, aha".
"Przykro mi, Państwa lot właśnie został odwołany".

Znam to uczucie. Kilka razy miałem je w pracy, gdy komenda wpisana na bardzo-ważnym-serwerze zachowała się inaczej niż miała. Albo gdy sięgałem do kieszeni po portfel i tam go nie było.
Szybka analiza możliwości w drodze do stanowiska, przy którym mieli nam coś zaproponować. Sprawdzam ile godzin zajmie dojazd do Amsterdamu autem (powiedzmy, że nie było ataku zimy tego dnia). Albo do Warszawy i dalej samolotem (o ile nie skasują całego biletu). Czekamy, stoimy w rządku przed biurkiem, w końcu przychodzi na nas kolej. Kupując bilet o 5:45 z Wrocławia wiedziałem, że w razie problemów zostanie przecież opcja jakiegoś alternatywnego połączenia LH przez MUC/FRA. I rzeczywiście, jakiś samolot Lufthansy miał lecieć godzinę później, ale nie był on przewidziany dla nas.
Młody człowiek zza biurka bardzo chciał nam pomóc, ale chyba nie było to jego najlepszy dzień. Jak już znalazł nam połączenie, wyszło, że w AMS będziemy około 20-tej. Nie do końca mi się to podobało, ale nic, kazałem klikać. No to klikał, klikał, pisał, minęło 25 minut i... i okazało się, że nie ma miejsca dla jednej osoby z naszej 9-osobowej rezerwacji, bo w międzyczasie się sprzedało. Masakra. Zaczynamy od nowa.
Tym razem mamy lecieć do WAW ok 10:00 i tam czekać na ostatni możliwy samolot do AMS. Na kartce papieru wszystko ładnie wyglądało, ale świadomość, że jak ten drugi lot złapie opóźnienie to z Kuby będą nici jednak nie dawała mi spokoju. Wprawdzie pamiętałem, że ok 13 z Warszawy był jeszcze KLM, ale pan od razu stwierdził, że nie ma opcji przepięcia na inny sojusz.
Potem znowu klikał kolejne 25 minut (wg mnie nie potrafił przepisać poprawnie pasażera INF, bo ostatecznie drugi jego kolega wezwany awaryjnie z domu dokończył naszą rezerwację), aby ostatecznie po godzinnej zabawie w bilety zostawić nas z poczuciem, że już pierwszy dzień podróży zaczyna się kłopotami.


Do Warszawy lecieliśmy prawie pustym B737 - pewnie nie mieli nic innego w zamian za zepsutego Q400. Po przylocie na Okęcie odesłałem rodzinę na plac zabaw, a sam udałem się do transfer desku porozmawiać raz jeszcze o naszej sytuacji. Pomyślałem sobie - kto nie próbuje, ten nic nie załatwi.
I stał się cud. Całość operacji trwała uwaga - 5 minut! Powiedziałem, że jesteśmy z tego lotu z WRO. Że na KLM są wolne miejsca. Pani (zdecydowanie starsza ode mnie) chwyciła za telefon, gdzieś zadzwoniła. "Basiu, czy mogę tych pasażerów z odwołanego lotu z Wrocławia przerzucić na KLM? Super, dzięki". 5 minut później mieliśmy karty pokładowe na lot KLM. W końcu ciśnienie zaczęło mi spadać.

Do Amsterdamu dotarliśmy o czasie. Niestety na lotnisku był remont, i to co miało zabawiać nasze dzieci planowo przez 12h (gdyby nie odwołany lot), było niedostępne. Na szczęście, przez odwołany lot, gnieździliśmy się tam tylko kilka godzin. Ten "ostatni" lot PLL LOT z Warszawy też dotarł o czasie, ale nie było już to przedmiotem naszej troski. Wieczorem, zgodnie z planem, siedzieliśmy już w B787 i ruszaliśmy w stronę Meksyku. Sprawy wróciły na właściwy tor. Dzięki Basi i jej koleżance.
_________________
R.
Moja najnowsza relacja: Wiele imion Kuby - z rodziną na wyspę jak wulkan gorącą
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#6 PostWysłany: 26 Lis 2018 10:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 937
Loty: 124
Kilometry: 269 476
srebrny
Odcinek 2. Leonel vel El Chino
Od samego początku planowania naszej wizyty na Kubie chcieliśmy zaliczyć coś poza 'gringo trail'. Ale, jak już pewnie dało się to zauważyć, spora gromada pasażerów i stosunkowo młody wiek części z nich zdecydowanie wykluczał radosne wycieczki na daleki wschód Kuby. Jak to mówią: jak się nie ma co się lubi... Sprawdziliśmy przewodnik Lonely Planet i wyszło nam, że całkiem ciekawą opcją może być Isla de la Juventud, wiecie, plaże, natura, żółwie, aligatory itp - szał. Po pierwszym zachwycie nad naszym wspaniałym pomysłem pojawiły się też pierwsze problemy. Pierwszy problem dotyczył logistyki dojazdu na Wyspę. Przewodnik pisał coś o łodzi/promie, jednak pisał też, że trudno dostać się do miejsca, skąd ten prom odpływa, trudno o jego regularność i trudno dostać bilety. Jak dodatkowo wyszło, że bilet na ten wynalazek jest droższy od biletu na samolot, to już całkiem nam się odechciało drogi morskiej. Drugi (i ostatni) pomysł skierował moje klikania na strony internetowe kubańskiego narodowego przewoźnika lotniczego. Owszem, loty są, zdaje się 2 razy dziennie, ale kupienie i znalezienie czegokolwiek na ich stronie to była udręka. I nagle szok i niedowierzanie - połączenie normalnie można wyszukać na kayak'u. Co prawda nie na naszym, a na tym z kraju win i żab, ale ostatecznie w całkiem dobrej cenie staliśmy się posiadaczami biletów w dwie strony na loty na trasie HAV-GER/GER-HAV wystawionych przez Tripsta.fr.

Jak już były doloty ogarnięte, to trzeba było pomyśleć o noclegu. Airbnb bardzo chciało pomóc, ale znajdowało tylko dwie oferty, z czego jedna całkiem do wywalenia (0 recenzji, jeden pokój), a druga jakaś taka dziwna - "El Chino" właściciel, jakieś fotki restauracja, bar, rybki, statek, marynarze, szmelc-mydło-powidło. Trudno - proszę o rezerwację. Zaczyna się jakieś kombinowanie, że trzeba dopłacić, bo nas dużo, bo takie przepisy itp. Szukam alternatywy, ale nic innego nie ma. Trudno, zostanie ten Chino. Tyle dobrego, że odpisuje na maile dość szybko i prawie po angielsku. Przynajmniej z tym nie będzie problemu...

(na Kubie, kilka miesięcy później)
Chciałoby się napisać "lot jak lot", ale te loty przecież nie mogły być normalne, no nie? Najpierw wielokrotnie nam przekładano nasze połączenia - czasem tripsta informowała o tym w mailu, czasem dowiadywałem się o tym tylko przez powiadomienie w aplikacji checkmytrip. Na szczęście coś mnie pokusiło, żeby sprawdzić tuż przed dniem lotu 'tam', bo akurat przesunięcie było spore i dzięki temu mogliśmy normalnie iść na niedzielną mszę w Vinales (jako jedyni nie-lokalesi) oraz spokojnie dojechać na lotnisko. Dalej było jeszcze lepiej - lotnisko międzynarodowe w Havanie wygląda całkiem znośnie, ale loty krajowe obsługiwane są z innego terminala, a to już zupełnie inna bajka. Dość, że spokojnie mogliby tam kręcić sceny do filmów Barei i nikt by nawet nie zauważył, że mamy 2018 rok, a nie czasy głębokiej komuny. Wszystko było odlotowe, począwszy od generowania kart pokładowych, security, boardingu aż po sam lot. Tyle dobrego, że punktualnie. Cała moja rodzina zdaje się pierwszy raz świadomie leciała luksusową maszyną z rodziny ATR i niestety mało komu przypadło to do gustu. Szczęście w nieszczęściu, że jak tylko skończyliśmy się wznosić na przelotową, to trzeba było już schodzić do lądowania, więc całość podróży była akceptowalnie krótka.

Po przylocie, oczywiście, jedyna opcja na dojazd do "miasta" to taksówka, a nawet dwie (bo jest nas 9-tka). Dwie ostatnie taksówki. Nie, nie ma negocjacji cen. Podajemy adres, babka za sterami coś kręci nosem. Mówimy "El Chino" i zapala się żarówka nad głową pani kierowniczki, a w tle niemalże słychać "alleluja". Po drodze krótka rozmowa w hiszpańsko-angielskim: Nueva Gerona, stolica Wyspy, to całkiem duże miasto; w zasadzie jedyne duże. I pani akurat zna tego naszego gościa z Airbnb... ciekawe skąd. Oczywiście padają propozycje radosnych wycieczek, że ona nas wszędzie zawiezie, oprowadzi, opowie. Kiwam głową i tylko powtarzam coś w stylu "si, manana". Prawda jest taka, że jesteśmy wykończeni dojazdem z Vinales do Havany, lotem na Wyspę i mamy dość tego dnia, jutro będziemy się zastanawiać co i jak. Na wyspie będziemy przecież aż do środy wieczorem.
Dojeżdżamy na miejsce. Jest i nasz Chino, jest jego dom-restauracja-statek. Pokoje znośne, jest klima, jest internet (a przynajmniej tak mi się wydaje). Marta ma gorączkę, idzie spać. Ja zabieram dzieci na kolację, Chino mówi, żeby iść na dach jego domu. A na dachu? Wow, wypas. Muzyka na żywo, pełno ludzi, bar, restauracja i ogromny grill. Specjalność miejsca - potrawy z grilla. Żebra, schab, kark, ryba. Średnia cena za potrawę - 5CUC. Dodatki no limit, gratis. Po dotychczasowych doświadczeniach gastronomicznych trafiliśmy do raju. Pierwszego wieczoru zamawiam za dużo jedzenia, jedna porcja z menu spokojnie by wystarczyła do nakarmienia 2 dorosłych osób, a ja jestem z trójką dzieci i trzema porcjami jedzenia. Normalnie prawie wychodzi nam mięsny jeż z tego wszystkiego co nam podano.
Image

Nazajutrz pora zacząć ogarniać wyspę. Plan jest następujący - idziemy do centrum, umawiamy wycieczki w lokalnym biurze turystyki (taka propozycja była w przewodniku LP), a potem (również zgodnie z tym co proponuje przewodnik) łapiemy końską taksówkę i jedziemy do Presidio Modelo oraz na plażę.Ruszamy z domu, kilka fotek na ulicy, jakiś lokalny sklep z 'niczym'. Zmierzamy w stronę miasta i odnajdujemy okienko z fastfoodem - ceny cudowne. Kanapki i soczki. Kanapki na zdartych plastikowych talerzach, picie w kubkach i szklankach. Ludzie podchodzą, płacą, jedzą, oddają naczynia. Kawa - 1CUP! Tuż obok sklepik/obiekt z pizzą za 10CUP. Tak, tutaj się płaci w CUP i nikt nawet nie próbuje nas naciągać na drogie dewizowe stawki.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Humory nam się poprawiają, więc ruszamy dalej wzdłuż głównej ulicy; nasz cel to lokalne biuro podróży. Umawiamy wycieczkę na kolejny dzień. A przynajmniej próbujemy. Okazuje się, że żółwi i farmy gdzie są one ratowane nie ma od wielu, wielu lat. Niestety, najnowszy przewodnik LP tego nie odnotował. Okazuje się, że żaden transport nie zawiezie nas też na cypel na południowo-zachodnim krańcu wyspy, bo drogi są okropnie zniszczone, a naprawy aut bardzo drogie. Za to zabiorą nas na wycieczkę na lokalny szczyt, gdzie zapoznamy się z lokalną florą i fauną oraz pojedziemy do farmy krokodyli. Cena - kosmiczna (sama taksówka okropnie droga), do tego wszystko oczywiście w CUC. Trudno, nie będziemy wymyślać innych aktywności, niech zostanie.Po umówieniu radosnej wycieczki chcemy jakoś zagospodarować resztę dnia. Plany mamy ciekawe - najpierw więzienie Presidio Modelo, a potem plaża. Na mieście taksówek brak, a obydwie atrakcje oddalone są od centrum o kilka kilometrów. Tym razem jednak przewodnik LP daje nam dobrą radę - znaleźć sobie taksówkę konną.Jeśli myślicie, że działa to tak jak w Zakopanem, gdzie jest postój dorożek i naganiają sobie klientów, to oczywiście jesteście w błędzie. Tu jest Kuba, tu musi być wszystko inaczej. Przewodnik mówi tak - poszukajcie sobie dowolnego wozu z koniem. Spytajcie czy Was zawiezie tam, gdzie chcecie jechać i zaproponujcie stawkę. Jeśli Wy macie czas, to gwarantuję Wam, że właściciel wozu też będzie miał. I wiecie co? To działa. Początkowo jest problem ze znalezieniem konia i wozu, ale po chwili widzimy kilka stojących przed jakimś składem materiałów budowlanych. Na oko wygląda mi to tak, że oni czekają, aż rzucą jakiś towar i będzie można kupić worek cementu czy pięć kafelków. Pierwszy woźnica proponuje 15CUC, my wiemy, że to drogo. Drugi nie ma czasu. Trzeci zgadza się na 10CUC. Uzgadniamy trasę i czas i po minucie pan rezygnuje z oczekiwania na towar przed sklepem i zostaje naszym prywatnym woźnicą. Oczywiście wszystko jest uzgadniane po hiszpańsku...

Ruszamy, wóz mały nie jest, ale też naszej 9-tce nie jest szczególnie wygodnie, bo jest nas dużo. Do tego nasz konik, od którego powodzenie tej całej eskapady zależy, nie wygląda na okaz zdrowia. Jeśli komuś serce się kraje na widok biednych koników w drodze na Morskie Oko, to tutaj padłby z żalu, gdyż nasza szkapa to bardziej zajechany Łysek z pokładu Idy aniżeli Mustang z Dzikiej Doliny. Aby nasz wóz posuwał się do przodu, co jakiś czas Łysek jest motywowany przez naszego woźnicę zawołaniem "kawaju". Ale to hiszpańskie "koniku" brzmi tak, jakby woźnica błagał o litość. W ten sposób bo kilkudziesięciu "kawaaaaaju" dojeżdżamy do Presidio Modelo. Samo więzienie jest na tyle ciekawym tematem, że poświęciłem mu osobny wpis na forum. Na potrzeby tej relacji powiem tylko, że jeśli już ktokolwiek zapuścił się w te strony Kuby, koniecznie musi to zobaczyć na własne oczy. Nie można przejść wobec tego obojętnie, począwszy od aspektów architektonicznych na prawach człowieka skończywszy. Unikatowe miejsce, trochę "creepy" - część naszej ekipy chciała się ewakuować z tego miejsca po kilku minutach.
Image

Image

Image

Image

Image

Po trudnej wizycie w więzieniu reszta dnia to już sama przyjemność - Łysek i jego pan zabierają nas na Playa Paraiso, rajską plażę. I - prawdę mówiąc - tego akurat dnia jest rzeczywiście rajsko. Palmy, plaża, kilku włoskich emerytów płci męskiej (licho wie skąd się tu wzięli) na leżaczkach. Sypiące się budynki, a w nich czynna restauracja i bar. Za barem - oczywiście - facet w białej koszuli i spodniach na kant. W menu - oczywiście - świeżo złowione ryby i owoce morza, które przy nas kucharz odbiera od kogoś, kto właśnie wyszedł z nimi z wody. Ceny nie tak dobre jak u El Chino, ale ryba chyba 6CUC i homar 7CUC to dla nas dobra opcja. Do tego leżaczki, w wodzie płaszczki, kokosy do picia od 'nie wiem skąd się pojawił nagle' sprzedawcy.
Image

Image

Image

I siedzimy sobie tak na tej plaży, opalamy, pływamy, jemy. A nasz Łysek i jego pan spokojnie czekają w cieniu. Mijają minuty i godziny, a im się nigdzie nie spieszy. Nigdzie. Bo i do czego. Oni mają czas. W końcu wybija umówiona przez nas godzina, pan zaprzęga swojego rumaka do wozu i podstawia się, by nas zabrać. Wracamy do miasta. Pada pytanie - gdzie chcemy jechać. Podaję ulicę - facet rozkłada ręce. Pada nazwa "El Chino" - zapala się ta sama żaróweczka nad głową. "Si, el Chino, Galeon". Wszystko jasne. Wszyscy tutaj znają El Chino.
Image
_________________
R.
Moja najnowsza relacja: Wiele imion Kuby - z rodziną na wyspę jak wulkan gorącą
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
sko1czek uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#7 PostWysłany: 03 Gru 2018 20:23 

Rejestracja: 22 Maj 2012
Posty: 606
Loty: 312
Kilometry: 479 773
niebieski
Hej,
to ja dopisz od siebie.
W galeonie porcje sa rzeczywiscie duze i smaczne.
Ale generalnie Wszytko co lokalne jest na wsypie mega tanie na deptaku w geronie Obiad to 15-20 CUP
Z lotniska do centrum jeździ autobus moim zdaniem zgrany z lotami cena 1 CUP na tabliczce pisze Flete.
Przejazd bryczka to według miejscowych 10CUP osoba, przejazd taksówka taka z napisem "pereira" czy podobnym to 5cup osoba
Co prawda gdy próbowałem tyle zapłacić na trasie Gerona - więzienie to woźnica chciał negocjować cenę maczetą skończyło sie na 40 Pesos.
Więc w przypadku nastepnych podrozy dorozka napierw dawałem 10 pesos potem jechalismy a nie na odwrot.
Na wyspie jest kilka hoteli poz airbnb wszytkie wygladaj jak wymarle ten na playa bibijagua kosztuje okolo 5 cuc noc.
Mimo ze wygladal na opustoszaly zostalem poinformowany ze pokoj moge meic dopiero na kolejny dzien.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#8 PostWysłany: 06 Gru 2018 12:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 937
Loty: 124
Kilometry: 269 476
srebrny
Odcinek 3. Luis

Na pięknej Isla de la Juventud mieliśmy spędzić dwa pełne dni, w ramach których oprócz więzienia i plażowania chcieliśmy nieco zapoznać się z lokalną przyrodą. Ponieważ naszą podróż budowaliśmy w oparciu o rekomendacje przewodnika Lonely Planet i z reguły były to dobre pomysły, i tym razem chcieliśmy skorzystać z zamieszczonych tam uwag. Tym sposobem udaliśmy się do lokalnego biura informacji turystycznej (bo nie mam lepszego określenia na to miejsce) przy ulicy Jose Marti (główny deptak), tuż obok kościoła. Deptak zaiste klimatyczny, sklepy dziwne, np. jakieś z ciuchami, piekarnia, SAM - do spożywczaka 'samu' zakaz wchodzenia z torbami, jakby ktoś ten ocet chciał kraść masowo.

Ale wracając do biura to niestety, jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, szału nie było. Sanktuarium żółwi na końcu wyspy nie działa od czasów huraganu Catrina. Ogólnie, znalezienie transportu dla naszej 9-tki było bardzo trudne i jedyny kierowca, który zgodził się łaskawie z nami jechać (40CUC?) powiedział, że on po tych dziurach nie będzie się poruszać. Tyle wiedzieliśmy, pora było zapoznać się z wykonaniem.

O umówionej godzinie zjawiliśmy się przed biurem. Przywitała nas miła pani, która nam to wszystko organizowała (angielski komunikatywny), przedstawiła naszego przewodnika Luisa. Oraz ich kierownika, dwa razy starszego od Luisa, który miał nam zupełnie przypadkiem tego dnia towarzyszyć.
W drodze do auta zaznaczyliśmy, że musimy kupić wodę, bo rano o El Chino akurat nie było, nie było jej także w żadnym napotkanym do tej pory sklepie. Polecono nam iść na stację paliw nieopodal skwerku, gdzie okazało się, że wody nie ma, bo nie dowieźli. Tym sposobem, ku rozpaczy większości uczestników naszego wyjazdu, kupiliśmy 8 półlitrowych butelek podrobionej Coli, Fanty i Sprite'a. Z lodówki, niedziałającej, rzecz jasna.

W ramach naszej super wycieczki przewidziano za kwotę jedynie 60CUC (sic!) usługę przewodnika, wejście na jeden z najpiękniejszych szczytów na wyspie, zapoznanie się z lokalną florą i fauną oraz zwiedzanie farmy krokodyli. Transport płatny osobno. No nic, pomyśleliśmy, drogo, ale przynajmniej nam cały dzień zagospodarują.

Punkt pierwszy to wycieczka w góry i poznawanie zwierzaków. Po drodze lekko makabryczne widoki - w wielu miejscach wyspy można znaleźć ogromne opuszczone budynki szkolne z internatami. Luis (który zrezygnował z posady nauczyciela angielskiego i poszedł w turystykę z uwagi na zarobki) opowiada, że na Wyspę siłą przesiedlano młodych ludzi, żeby tutaj ich uczyć w internatach i później osiedlić ich na stałe (stąd nazwa Wyspa Młodych/Młodości). Dojeżdżamy w końcu w jakieś miejsce, auto parkuje, my wysiadamy. Najpierw spacer ok. 1km leśną drogą. Luis opowiada dość ciekawie różne rzeczy, ale tylko politycznie poprawne tematy, bo szef idzie obok i niby nie rozumie angielskiego, ale wtedy kiedy trzeba, to rozumie. Po przejściu 1km drogą przez las trafiamy do walącej się zagrody - łażące kozy, kury, kaczki, chata jakaś co stoi 'na słowo' i pewnie jeden kopniak by tę chatę przewrócił. Stoimy w cieniu i wyraźnie na coś czekamy, a raczej na kogoś. I wtedy pojawia się on: nasz - uwaga - lokalny przewodnik. Tak tak, Luis jest przewodnikiem ogólnym, a na czas górskiej wycieczki potrzebujemy górskiego przewodnika. Przewodnik przyjechał do nas wozem konnym, przywitał się, pogadał z kierownikiem, wziął jakieś kwity i ruszyliśmy.
Sama wycieczka przypominała wejście na Ślężę pod Wrocławiem (albo inną górę <1000m npm) - idziemy przez las, niewiele widać, lekko pod górę, w sumie można iść gdziebądź i tak nic się nie zmieni. Ok, jest mała różnica. Jest gorąco. Strasznie. Duża wilgotność, słońce mocno grzejące na niebie, brak odpowiedniego nawodnienia. No nic, wleczemy się za przewodnikiem z nadzieją, że zaraz ten koszmar się skończy.
Image

Ostatecznie trafiamy na wykarczowaną polankę, z której można podziwiać widok na 1/4 wyspy. Przeleci jakiś ptaszek, syknie otwierana Cuba Cola, fotka, selfie i uciekamy. No fajna wycieczka, tylko trochę bez sensu. Wracamy do tej samej walącej się chaty i Luis delikatnie sugeruje, że to ten czas, aby podziękować przewodnikowi za usługę dając napiwek. No to co zrobić - dajemy jakiś zwinięty banknot CUPowy i odchodzimy z niesmakiem. Jeszcze na deser Marta pyta, co z tą lokalną fauną. Jak to co? Przecież były zwierzęta w zagrodzie, a na ptaki to jest za późno, trzeba by było przyjechać wcześnie rano. Szkoda, że nikt nam tego nie powiedział wcześniej...
(Przewodnik w czapce, kierownik - obok)
Image

Image

Image

Wsiadamy do naszego busa i ruszamy w stronę drugiej atrakcji - farmy krokodyli. Po drodze kierownik się z nami żegna, bo ma coś innego "ważnego" do załatwienia w innym mieście (czytaj: skorzystał z darmowej podwózki i wymiksował się z roboty o 13-tej). Od tego czasu Luis robi się odrobinę bardziej rozmowny, opowiada o blaskach i cieniach życia na Kubie, ale jesteśmy na tyle spragnieni, zmęczeni, rozczarowani pierwszą częścią wycieczki itd, że nie ciągniemy tych tematów zbyt długo. Po drodze mijamy ekipę drogowców, którzy wymieniają słupy energetyczne i montują oświetlenie. Nasz bus staje, kierowca wychodzi, rozmawia z kimś na robotach, po chwili otwierają bagażnik naszego auta, w którym ląduje zupełnie nowa lampa uliczna...
Image

W końcu docieramy na farmę. Znowu walące się budynki i trzech kolesi w gumofilcach. Poziom syfu - duży. Krokodyle - są. Jakieś takie małe. Facet (lokalny przewodnik) opowiada, że one są małe bo mało jedzą. A mało jedzą, bo powinny 2-3 w tygodniu, a jedzenie "czasem jest dostarczone, a czasem nie". Sama ekipa pilnująca tych krokodyli (i w zasadzie tylko pilnująca, skoro jedzenia nie ma) siedzi tam 7 dni z rzędu, po czym ktoś ich zmienia, a oni mają wolne. Siedem długich, nudnych dni spędzonych na nicnierobieniu. Jakiś ponury żart, no nie?
Większe krokodyle też są mniejsze niż powinny, bo jedzą ok. 1 raz na miesiąc a powinny 1 raz na tydzień. I tak się kręci ta farma/schronisko. Całość - niby - ma za zadanie chronić przyrodę i przywracać populację tych gadów w wodach wokół Wyspy, ale skoro nie było problemu ze zginięciem latarni ulicznej to równie dobrze pewnie bardziej mięsny krokodyl też potrafi czasem zaginąć w akcji (Luis coś wspomina pod nosem, że mięso krokodyla jest całkiem smaczne). Idziemy na spacer, pan pokazuje jak agresować* krokodyla, czyli rzuca mu za płot kłodę, krokodyl myśli, że to jest właśnie ten jeden szczęśliwy dzień w miesiącu, przybiega na miejsce i guzik. Wtedy szlag go (krokodyla) trafia, otwiera paszczę i wydaje z siebie dźwięk. I przepis na agresowanie krokodyla gotowy. Koniec wizyty, wracamy groblą, płotu brak, facet pokazuje nam w wodzie tuż obok nas dorosłego krokodyla. Przyspieszamy kroku. Dzieci zadowolone z wizyty, ale nie przez krokodyle, tylko przez szczeniaczka, który z drugim burkiem biega po terenie tego kompleksu. Marta zadowolona bo trzymała krokodyla w rękach. Lokalny przewodnik zadowolony, bo dostał napiwek (oczywiście nie obyło się bez sugestii ze strony Luisa). Reszta zadowolona, bo wracamy na kolację.
Image

Image

Image

W drodze powrotnej wszyscy idą w kimę, tyle dobrego, że za te 40CUC mamy auto z klimatyzacją w wygodne siedzenia. I lampę w bagażniku. Oczywiście kierowca wie, gdzie mieszka El Chino i odwozi nas na miejsce. Jeszcze po drodze decydujemy, że Luis dostanie od nas na pamiątkę 1gr w prezencie i nic więcej napiwku. Trudno, może nie jego wina, że nas tak oskubali z kasy, ale budżet na atrakcje turystyczne wyczerpał się już przy drugim lokalnym przewodniku - trzeba było nie sugerować dawania napiwku dla leśnych dziadków.

* zwrot opracowany przez Adriannę lat 5
_________________
R.
Moja najnowsza relacja: Wiele imion Kuby - z rodziną na wyspę jak wulkan gorącą
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#9 PostWysłany: 22 Paź 2019 13:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 937
Loty: 124
Kilometry: 269 476
srebrny
(bardzo wszystkich przepraszam, postaram się skończyć relację bo jeszcze 3 inne stoją w kolejce)
_________________
R.
Moja najnowsza relacja: Wiele imion Kuby - z rodziną na wyspę jak wulkan gorącą
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#10 PostWysłany: 22 Paź 2019 19:25 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 101
Loty: 54
Kilometry: 113 525
;) ;) to spiesz się spiesz
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#11 PostWysłany: 10 Lis 2019 23:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 937
Loty: 124
Kilometry: 269 476
srebrny
Odcinek 4. Xiomara

Wybór pięknego apartamentu pani Xiomary nie był pierwszym na naszej liście w Vinales. Oczywiście szukaliśmy czegoś rozsądnego finansowo (biorąc pod uwagę liczebność naszej grupki), oraz z opcją rezerwacji przez Airbnb. Pierwszy gospodarz odwołał rezerwację, a w drugiej rundzie padło na ładne ogłoszenie wystawione przez młodego chłopaka w dredach. Kontakt bardzo dobry, po angielsku, nic tylko rezerwować. Oczywiście ogłoszenie jedno, a rzeczywistość drugie.

Do Vinales musieliśmy przejechać z Varadero, co oznaczało kawał drogi na wyjątkowych kubańskich autostradach. Na szczęście nasz poprzedni gospodarz zadbał o nas i za (nie)wielkie pieniądze dostaliśmy całkiem znośnego van'a z dużą ilością miejsca i klimatyzacja. W ten sposób istotnie odbiegaliśmy od standardów komunikacyjnych z okolicy Vinales.
Image

Na Vinales mieliśmy przewidziane kilka dni, w ramach których chcieliśmy przejść się po okolicy, obejrzeć jak się robi cygara, spotkać z nasza panamska przyjaciółką Helen (która zupełnie przypadkiem była wówczas na stypendium na Kubie) oraz pójść do kościoła, który zupełnie przypadkiem znajdował się na głównym placu miasta.
Image

Po przyjeździe do naszej casy i wstępnym rekonesansie powoli zaczął nam się rysować obraz tego miejsca. Po pierwsze - warunki słabe, dużo gorsze niż w poprzednim miejscu. Po drugie - masa ludzi w 'centrum'. Po trzecie - drogo.

Tego dnia urządziliśmy sobie spacer do ogrodu botanicznego, i przyznam, ze było to jedno z lepszych miejsc w Vinales. Przewodnik naszej grupy znal świetnie angielski i całe zwiedzanie było ciekawe i przyjemne. Na koniec zamówiliśmy jakieś jedzenie w samym ogrodzie i to tez był dobry (ale nie tani) wybór.

Image

Wieczorem przy próbie włączenia klimatyzacji pada prąd. Xiomara, lat ok 70, w samej koszuli nocnej łazi po całej casie i szuka przyczyny awarii. Okazuje się, ze wywaliło korki na całej ulicy, wiec ani z prysznicu ani z klimy nici. Nie rokuje to zbyt dobrze, bo jest całkiem gorąco mimo później godziny, a tu nagle niespodzianka - pojawia się ekipa z zakładu energetycznego. Normalnie jesteśmy w szoku - po tym co do tej pory widzieliśmy na Kubie obstawiałem, ze prądu nie będzie kilka dni, a tu w ciągu godziny już ktoś włazi na słup i naprawia transformator. Prąd wraca, można iść spać.

Drugiego dnia postanowiliśmy skorzystać z autobusu turystycznego, który obwoził ludzi po całej okolicy. W ten sposób dojechaliśmy na pierwszy interesujący przystanek, tj. do jaskini Indian (Cueva del Indio). Jaskinia jak jaskinia, trochę form krasowych, przejażdżka łodzią po jeziorku wewnątrz jaskini. Za to przed jaskinia - kwintesencja Kuby, czyli "nic na serio". Jakiś dwóch lokalsów, przebranych za Indian, wykonuje z biednym szczurem drzewnym (hutia) dzikie tańce z okrzykami uga-czaka-uga-czaka. Po chwili dołącza do nich ciężarna "Indianka". Nawet mała Hania widzi, ze to pic na wodę, ale innym turystom (głównie z zachodniej Europy) się to podoba i płaca za show. Dalej, przed sama jaskinia, chłop z gitara nuci guantanemera.

Image
Image

Następny przystanek dla nas to Fabryka Cygar, która fabryką okazuje się nie być. W środku panie składają i przebierają liście tytoniu, które później poddawane są rożnym procesom, by finalnie trafić do ogromnych jutowych paczek. Paczki wysyła się do właściwej fabryki, gdzie (podobno) piękne młode Kubanki zwijają najlepsze cygara na swoich udach. Wiele się w tej naszej fabryce nie dzieje, kilka kobiet pracuje i sama wizyta byłaby pewnie dość ciekawa i pouczająca (jedna pani nas oprowadza po hiszpańsku, który znam umiarkowanie), ale cena, która od nas zawołali (kilkanaście CUC od głowy) stanowczo nie odpowiada jakości tego co się w środku widzi. Kolejny pic na wodę.

Image

Ostatni przystanek tego dnia dla nas to punkt widokowy z drugiej strony Vinales, z którego urządzamy sobie 2-godzinny spacer po górkach do miasta (siostra z mężem i maluchami wraca samochodem). Wycieczka nudnawa, głównie uwagę przykuwają zabiedzone konie (skóra i kości) stojące na pastwiskach i wypasane luzem świniaki. Ludzi brak, nikt nie pracuje w polu, nic się nie dzieje.

Image
Image

Po powrocie, zachęceni komentarzami w 'księdze gości', zamawiamy na kolejny prawdziwa kubańską kolacje u Xiomary, zwłaszcza, ze będziemy mieli gościa. Kolacja droga (drożej niż w restauracji), ale co tam - nich sobie zarobi jeśli rzeczywiście tak dobrze gotuje. Dodatkowo prosimy o załatwienie na niedzielne południe transportu na lotnisko, skąd mamy polecieć na Wyspę (Isla de la Juventud). Prosimy o duży samochód, bo jest nas całkiem sporo (do tej pory dwukrotnie mieliśmy fajne busy), a niestety "z ulicy" w Vinales niczego nie możemy złapać. Wieczorem jeszcze robimy szybki wypad na miasto, gdzie na straganach dziewczyny mogą sobie wybrać jakieś kubańskie pamiątki.

Image

Trzeci dzień upływa nam pod znakiem spotkania z Helen, która ekstra z jakiegoś internatu tłucze się do nas 3h do tego naszego Vinales. Razem z Helen jedziemy zwiedzać inną jaskinię - (Cuevas de Santo Tomas). Jaskinia całkiem fajna, milo się zwiedza, przewodnik ciekawy i poziom trudności w sam raz dla naszych oczekiwań i możliwości. Jedna ciekawostka - Helen ma pozwolenie na pobyt i lokalna legitymacje, wiec dostaje inny bilet niż my. Albo inaczej - bilet jest taki sam, nawet cena jest taka sama, tylko na naszych jest w CUC, a na Helenowym - w CUP. Ot, turysta bogaty, możne zapłacić 25x więcej, no nie?
Image
Image
Image

Popołudnie spędzamy w centrum Vinales. Okazuje się, ze dzisiaj będzie fiesta i będzie można kupić jedzenie na ulicy. Są pizze, kanapki ze świniną, sok z trzciny i drinki. Niestety, zamówionego jedzenia u Xiomary nie daje sie odwołać "bo poczyniła już przygotowania i wszystko jest w piecu", wiec zwijamy się z imprezy fiestowej i idziemy na ucztę. Uczta okazuje się być udko kurczaka, ziemniaki i zdechła sałata z pomidorami. Ręce opadają, bo ani to dobre, ani wyjątkowe (poza wyjątkową cena).
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Niedzielny poranek spędzamy spokojnie, bo dwa dni wcześniej narodowy kubański przewoźnik lotniczy był łaskaw przenieść nasz lot z godziny 14:00 na 19:00 - akurat jest nam to na rękę, bo możemy rano na zjeść śniadanie i pójść do kościoła. W kościele garstka ludzi, turystów poza nami brak. Po mszy wracamy do Xiomary aby się spakować, w drodze żartujemy sobie "jak będzie auto bez klimy to nie jedziemy". Po 5 minutach ukazuje nam się niebieski grat i typek, który ma być naszym kierowcą. Auto jest w stanie kiepskim, całe bagaże musimy dać na dach, bo w bagażniku są fotele dla naszych dzieci, typek (pierwszy i ostatni raz na Kubie) chce dostać kasę "z góry", ale my odmawiamy. Trudno, nic się nie zrobi, godzina późna i jak będziemy kaprysić z autem to nie zdążymy do Havany na lotnisko. Trzeba brać co jest, tu jest Kuba, nie ma co kręcić nosem.
Image

Vinales zdecydowanie uznajemy za niewypał podczas tej podróży - wiele tam nie ma, kwatera słaba, jedzenie słabe i na deser koszmarna, jak się później okazało, podróż do Havany. Kolejny argument aby unikać gringo trail.
_________________
R.
Moja najnowsza relacja: Wiele imion Kuby - z rodziną na wyspę jak wulkan gorącą
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#12 PostWysłany: 21 Lis 2019 12:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 937
Loty: 124
Kilometry: 269 476
srebrny
Odcinek 5. Pedro
Nie jest to nasz pierwszy wyjazd z dzieciakami, ale mała Hania i jeszcze mniejsza Karolina mają swój debiut z jetlagowymi klimatami, dlatego na pierwszy ogień w naszej kubańskiej marszrucie dajemy kilka dni rozruchu w plażowych klimatach. Po analizie odległości, cen i metod na dojazdy jedyną rozsądną lokalizacją wydaje się okropne Varadero. Aby jednak nie pakować się w samo centrum tego zacnego miejsca decydujemy się wynająć casę tuż przed Varadero w miejscowości Boca de Camarioca.

Pedro, znaleziony na airbnb, utrzymuje dobry poziom komunikacji i pomaga nam ogarnąć kilka spraw jeszcze przed wyjazdem, głownie związanych z transportem z lotniska i już na miejscu.Casa jest ok (może z wyjątkiem placu zabaw vis-a-vis, ale na to Pedro wpływu nie ma), dużo lepiej niż (później) u Xiomary, miasteczko też wydaje się fajne na dobry początek - jest blisko na plażę, jest gdzie zjeść i zrobić minimalne zakupy. Jedyny problem to przejście przez bardzo ruchliwą drogę wiodącą przez sam środek miasta (trasa do Varadero), ale po odrzuceniu pewnych oporów z dzieckiem pod pachą da się jakoś przebiec na drugą stronę.
Image
Image

Pierwszy cały dzień poświęcamy na lokalne atrakcje, a konkretnie na plażę. Przy głównej ulicy w kierunku plaży mamy nasze debiuty z wieloma kubańskim tematami: stare auta, fiaty 126p, dzieci w mundurkach szkolnych siedzące w tragicznych warunkach w niby-szkole.
Image
Image

Na plaży jesteśmy sami przez większość czasu, pojawia się tylko para niemieckich emerytów. W porze obiadu musimy zmienić miejscówkę (na szczęście, bowiem nasze blade zimowe cery mimo kremu SPF50 mają już dość kubańskiego słońca) i poszukać czegoś do jedzenia. Nasza pierwsza miejscówka, gdzie jedliśmy kolację poprzedniego dnia, o tej porze nie działa, dlatego musimy udać się do centrum, gdzie trafiamy do (jedyne co było czynne) pizzerii. Oczywiście potrawy te niewiele mają wspólnego z pizzą, ale cena czyni cuda i zjadamy wszyscy porządny lunch. Naszą ulubioną potrawą, której już nigdy więcej na Kubie nie widzieliśmy, jest pizzagetti, czyli - pizza przekrojona na pół, rozsunięta i między tymi połówkami pizzy fura makaronu z sosem pomidorowym. all-in-one, można rzec. A tymczasem przed pizzerią po skończonych lekcjach dzieciaki konio-autobusami odwożone są do domów.
Image

Drugi dzień to rezerwowana już w Polsce wycieczka katamaranem na Cayo Blanco. Atrakcja normalnie dostępna jako fakultatywna impreza w hotelach (i szyta na miarę gości all incusive), ale da się kupić bilety dla ludzi z ulicy. Cena atrakcji - cóż mówić - droga - za dwie osoby dorosłe i jedno dziecko (pozostałe dziewczynki mają wycieczkę gratis) płacimy 230E. Pewnie na miejscu byłoby taniej, ale z wielu względów wolimy mieć tę rezerwację zrobioną z wyprzedzeniem. W każdym razie stawiamy się przed umówionym hotelem o 9 rano skąd wesoły autobusik zabiera nas na przystań. Po drodze wszystko wygląda hmmm... dziwnie - hotele, pola golfowe, jachty, katamarany - normalnie Karaiby. Szkoda tylko, że pewnie 99% tej infrastruktury należy do kubańskiej armii.

Wracając do samej wycieczki: w programie mamy wizytę w delfinarium (na czym bardzo zależało dzieciom), Cayo Blanco i postój na plaży z lunchem oraz kilka godzin spokojnego pływania katamaranem. Dużo można by o tej podróży pisać, niestety od zachwytu do zniechęcenia. Sam katamaran jest super, ogromny, ale niestety 100% podróży na silniku (rozwijamy lekko żagle dla picu na 1h rejsu). Trasa rejsu fajna. Obsługa katamaranu fajna. Towarzystwo niekoniecznie, niestety połączenie Rosjanie i alkohol w cenie rejsu bez ograniczeń objawia się różnymi mniej lub bardziej ciekawymi momentami, z których miss mokrego podkoszulka 40+ obtańcująca swoich synów oraz półnagich "marynarzy" obsługujących rejs to najlżejszy z kalibrów. Dość powiedzieć, że pół dnia na tym katamaranie przekonało mnie ostatecznie, że słusznie unikamy wczasów all-inclusive. W czasie rejsu jest też snorkling, ale miejsce wybierają tragiczne, ani rafy ani ryb i ogólnie wrażenie słabe.
Image
Image

Delfiny. Osobna sprawa to wizyta w delfinarium. Jeszcze w Polsce stwierdziliśmy, że fajnie by było pokazać dzieciakom delfiny, a jedyna możliwość jaką udało nam się skorelować z naszą trasą podróży miała być w Varadero.
Pierwsza opcja czyli 'delfinarium' w samym Varadero po przeczytaniu opinii w internecie odpadła od razu - brudny basen i generalnie więzione zwierzęta. Opcja rejsu katamaranem na otwartym morzu do delfinów wydawała nam się dużo lepsza.
Niestety, realia okazały się takie, że delfinarium na otwartym morzu to po prostu betonowa zagroda gdzieś na płyciźnie z dala od wysp i kilka delfinów umieszczonych w środku tejże - niewielka różnica do stacjonarnego delfinarium w mieście, chyba tylko taka, że jest ciągła cyrkulacja wody. Delfinów kilka, trzeba wejść do wody po pas i stać na specjalnym pomoście, delfiny bawią się z grupką ok 10 minut po czym następuje zmiana - do wody wchodzi następna wycieczka. Cały postój katamaranów trwa ponad 1h, tak aby bardziej majętni/zdesperowani mogli wykupić indywidualną zabawę z delfinem za ekstra sporą opłatą. Czy warto było? Chyba nie.

Po rejsie pozostaje nam jeszcze wrócić do Boca de Camarioca, do domu Pedro. Na transport od gospodarza nie liczyliśmy, bo był drogi i nie wiedzieliśmy na którą godzinę byłby potrzebny. Zostaje łapanie transportu z ulicy :) - i tutaj zgodnie z opisami z internetu idziemy na ostatnie skrzyżowanie przed końcem (początkiem) Varadero. Szybko pojawia się pierwszy gość, pyta gdzie chcemy jechać i za ile. Biegnie do swoich kumpli, rozpoczynają się negocjacje. Trudna z nami sprawa, bo jest nas 9 osób i nie chcemy płacić za 2 auta, ale od czego jest kubańskie podejście do interesów - po 3 minutach podjeżdża grat jakiś i zaczynamy się pakować do środka. Nasza pierwsza hardcore-przejażdżka na Kubie. Dobrze, że to tylko kilka kilometrów, bo auto ledwo zipie i ledwo się trzyma (np. Asia próbując otworzyć okno w czasie jazdy otwiera drzwi).

Następnego dnia rano jemy jeszcze śniadanie i żegnamy się z Pedro. Na pamiątkę dostajemy piłkę baseballową z napisem Boca de Camarioca. Trafi do naszej skrzyni skarbów z podróży. Nigdy tutaj więcej nie wrócimy. Było fajnie, ale bez szału, raz wystarczy. Varadero to nie jest miejsce, do którego nam chce się wracać.
_________________
R.
Moja najnowsza relacja: Wiele imion Kuby - z rodziną na wyspę jak wulkan gorącą
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#13 PostWysłany: 27 Lis 2019 00:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 937
Loty: 124
Kilometry: 269 476
srebrny
Tomek i Gosia (*)
(*imiona zmienione na potrzeby tej opowieści)
Im dłużej podróżujemy tym mocniej pozwalamy sobie na spontaniczne akcje podczas naszych wyjazdów. Jednak w każdej podróży poza Europę staramy się trzymać jednej zasady - na koniec podróży zostawiamy miejsce, z którego mamy wracać do domu, tak aby w razie nieoczekiwanych kłopotów (opóźnienia, pogoda itp) jednak mieć bufor czasowy i dotrzeć na samolot o czasie. Tym samym na koniec naszej kubańskiej przygody wypadła Hawana.

W tym miejscu wypada nam się cofnąć w czasie do jesieni 2017 i targów podróżniczych w Warszawie. Zabraliśmy tam siebie i nasze dzieci aby zobaczyć fly4free i stoisko naszej strony/portalu oraz spotkać się z Nelą (dzieci były jeszcze wówczas na etapie zainteresowania tym typem rozrywki). O spotkaniu z Nelą szkoda nawet mówić, ale sam wyjazd dla dzieciaków był bardzo pożyteczny, bo zupełnie przypadkiem trafiliśmy na prezentację Simona (Szymona), który wtedy miał wydaną jedną książkę i opowiadał o swojej podróży do Etiopii. Samo spotkanie i długa rozmowa z jego mądrymi rodzicami to temat na osobną opowieść - dość, że rodzice Szymona dali nam kilka wskazówek dot. Kuby i nocowania oraz skierowali do kubańskiej restauracji we Wrocławiu. Tam z kolei, blisko naszego domu, właścicielka - Kubanka - dała nam namiar na Tomka, który "mieszka w Hawanie i pomoże nam zorganizować kilka spraw na miejscu". I w ten oto sposób trafiliśmy w to miejsce.

Tomek mieszka w zasadzie na stałe na Kubie, latem przylatuje do Polski do rodziny (jest pół Polakiem, pół Kubańczykiem). Tomek świetnie odnajduje się w kubańskich realiach, ma tam różne interesy, wynajmuje apartamenty, oprowadza wycieczki w j.polskim i ogólnie ogarnia temat. Jest też opiekunem i aniołem stróżem kilkunastu Polek, które w czasach zimnej wojny wyjechały za miłością swojego życia na Kubę i tam już zostały, żyjąc na emeryturach rzędu 4$/mc. Zajmuje się też wieloma innymi sprawami, których nie wypada uwzględniać w tej relacji :)

Jeszcze przed wyjazdem Tomek zaproponował ciekawą formę rozliczenia wycieczki i noclegu - albo gotówka w Euro, albo części do malucha (126p) przywiezione z Polski - po 2kg na osobę. Na Kubie 126p to skarb i stosunkowo drogie auto, a części jak wiadomo nie ma (bo i skąd), więc mieliśmy tylko dostarczyć części kupione przez kogoś z rodziny Tomka w Polsce. Niestety, nasza marszruta i brak bagażu rejestrowanego praktycznie wykluczyły możliwość wymiany barterowej. Poza propozycją kontrabandy Tomkiem kontakt był specyficzny (czyt. trudny) i ku naszemu zdziwieniu najlepszą metodą kontaktu były rozmowy i SMSy na jego Polski (!) numer telefonu.

Późnym wieczorem, po ciężkim locie z Gerony, dotarliśmy do centrum Hawany, do apartamentu Tomka. To chyba najwyższy budynek w okolicy, a i mieszkanie ma bardzo wysoki standard. Cena niemała, ale po trzech kiepskich miejscówkach pozwalamy sobie na odrobinę luksusu. Ustalamy z Tomkiem plan na najbliższe dni, z uwagi na nasze preferencje (prosimy o mniejszą intensywność zwiedzania ale też i niższą cenę) nie będzie naszym osobistym przewodnikiem, zamiast tego oprowadzi nas Gosia. Jeszcze tylko rzucamy okiem na Hawanę z okien naszego apartamentu i idziemy spać.
Image

Następnego dnia rano, po śniadaniu, pojawia się Gosia - miła pani w średnim wieku, mówi dobrze po polsku, ale akcent zdradza, że wiele lat mieszka poza Polską. Gosia zabierze nas na wycieczkę po starej Hawanie (i przy okazji opowie coś więcej o tym, jak naprawdę się tutaj żyje). Dziewczyny od razu biorą Gosię w obroty.
Image

Nasza przewodniczka dopiero od pewnego czasu oprowadza wycieczki, wcześniej pracowała jako księgowa w jakimś państwowym (rzecz jasna) przedsiębiorstwie, ale ledwo z tego dało się wyżyć. Ma nastoletnią córkę, której ojciec się zwinął i zostały po nim zasądzone alimenty na dziecko - połowa jego pensji, czyli w przeliczeniu na dolary jakieś $4. Gosia ma też na utrzymaniu mamę - mama poznała kubańskiego męża w Polsce (za czasów PRLu bratni naród kubański przyjeżdżał do nas na studia) i przyjechała do tego raju na Ziemi za nim. Niestety mąż się szybko zwinął zostawiając Polkę z małym dzieckiem w nowej, rewolucyjnej rzeczywistości. Mama Gosi nigdy do kraju nie wróciła, zrobiła studia prawnicze na Kubie i pracowała całe życie w zawodzie, aby teraz na emeryturze mieć równowartość $2 na miesiąc na przeżycie. Gosia mówi, że oczywiście nie ma problemu z dostępem do "zachodnich" towarów na Kubie, są sklepy które mają dobre wyposażenie, ale co z tego - skoro ceny są tak zaporowe, że nic w tym sklepie się nie kupi. Tomek pomaga Gosi jak się da, córka dostała z Polski komputer do nauki (który Gosia odpracowuje jako przewodniczka - znowu barterowa wymiana). Ale Gosia z córką i mamą nie mieszka w Hawanie, tylko 100 km od stolicy, dlatego Gosia wstaje o 5 rano aby dojechać do miasta, oprowadza wycieczki do wieczora i około północy jest w domu.

W pewnym momencie Marta pyta Gosi jakie jest jej największe marzenie. "Wybudować dom" - odpowiada. W tej chwili mieszkają domku z desek, gdzie jedyne miejsce w miarę wytrzymałe to łazienka - ilekroć przychodzi huragan albo chociaż zła pogoda to chronią się wszystkie w łazience i barykadują materacami. A ten wymarzony dom to taki mały, 30-40m2, byleby z cegły - tak, to jest jej cel na który teraz pracuje. Czym przy tym są nasze problemy pierwszego świata...

Image
Image
Image
Image
Image

Wycieczka z Gosią jest ciekawa, ale szybko widzimy, że Hawana nam się za bardzo nie podoba. Powodów jest wiele, część z nich pokrywa się z obserwacjami z tzw. Starej Panamy - te wszystkie kolonialne budynki, kościoły misjonarzy itp., wszędzie wyglądają podobnie i nie robią specjalnego wrażenia. Wszystko natomiast jest skomercjalizowane - Marta mija panią sprzątającą ulice z piękną fryzurą - prosi o zdjęcie, Pani się zgadza i od razu wyciąga rękę po napiwek. Na jakimś placyku siedzi babcia z cygarem (taki znany motyw ze zdjęć z Kuby), oczywiście można się z nią fotografować do woli, ale za dobrowolną opłatą. Z jednej strony nam się to nie podoba, to takie naciąganie na czym się da, ale po rozmowie z Gosią trochę staramy się wczuć w sytuację - babcia nie pójdzie do pracy, babcia nie będzie żebrać, próbuje dorobić jak się da, swoją osobą i uśmiechem.
Image
Image

Z tej całej wycieczki, którą kończymy na Maleconie, wiele nie zostaje w pamięci, może poza knajpą w której "bywał Hemingway". Do knajpy nie da się nawet wejść, dzikie tłumy, ceny z kosmosu, na ulicy pełno grajków i wszechobecna "guantanamera". Ulicę dalej - pusto, wszystko zabite dechami, ludzi brak. Gdzie się da przyciągnąć turystów - tam zarabiamy. W pozostałych miejscach nie robimy nic, bo i po co. Na pożegnanie ustalamy z Gosią, że zostawimy jej w apartamencie rzeczy z naszej wycieczki, które będzie mogła rozdysponować wedle uznania. Gosia mówi, że wkrótce ten cały system padnie. Kiedyś żyli w izolacji i mogli mieć poczucie, że wszystko jest ok. Teraz jest telewizja, Internet, smartfony - Kubańczycy widzą, że wszędzie poza nimi jest inny świat.
Image
Image
Image

Kolejny dzień w Hawanie chcemy przeznaczyć na jakieś atrakcje dla dzieci (żeby nie miały wrażenia, że zwiedzamy tylko plantacje tytoniu i więzienia). A co może być lepsze od Parku Lenina? :)
Wizyta w tym miejscu jest lekko odrealniona. W pierwszej chwili można pomyśleć, że to taki odpowiednik naszego wesołego miasteczka w parku w Chorzowie. A przynajmniej 40 lat temu. Wprawdzie w tym miejscu spędzamy kilka godzin, to nie da się ukryć, że sama miejscówka jest dość osobliwa i dla lubiących tego typu przygody - zdecydowanie nie jest to must-see atrakcja dla rodzin z dziećmi zwiedzających Kubę.
Ludzi w całym lunaparku jak na lekarstwo, część atrakcji zamknięta (zapewne od wielu lat). Ceny na otwarte atrakcje - tanie jak barszcz (bo w CUP-ach). Gdzie się da - próbują naciągnąć - apogeum następuje na elektrycznych quadach i skuterach gdzie cena jest ustalona "na gębę "i po przejażdżce rośnie 20-krotnie (przecież trzeba kroić gringo, no nie?). Przez większość czasu w tym parku można odnieść wrażenie jakiegoś postapokaliptycznego miejsca - brak ludzi, odrapane sprzęty w kiepskim stanie i sącząca się w kółko z megafonów jakaś psychodeliczna piosenka.
Image

Z parku wracamy, z niemałym trudem, do centrum. Szukamy czegoś do jedzenia i kończymy dzień obowiązkową (dla dzieci) przejażdżką Coco-Taxi po Maleconie.
Image

Na ostatni dzień zostawiamy sobie coś na deser - wizytę w Coppelii. Zabieramy ze sobą Helen (dla przypomnienia - nasza znajoma z Panamy aktualnie na stypendium na Kubie) i udajemy się, jak przystało na budżetowych turystów, do części przeznaczonej dla Kubańczyków. Jest jeszcze sporo czasu do otwarcia lokalu (czyt. zdjęcia łańcucha blokującego wejście), ale ochrona już ładnie ustawia klientelę w sznureczek wzdłuż żywopłotu. Wszyscy czekają z niecierpliwością na otwarcie lodziarni, a atmosfera przypomina naszego Lidla i walkę o crocksy. Wybija godzina W i wszyscy biegiem ruszają w stronę wejścia, gdzie kolejny pracownik usadza ludzi przy stolikach. O co ta walka? O dostęp do lodów w skandalicznie niskich cenach. Siadamy wszyscy razem i zamawiamy po jednej porcji (gałce) na osobę. Kelnerka zdziwiona, ale przyjmuje zamówienie. Cały proces trwa nieznośnie długo, ale za to mamy możliwość poobserwować co się dzieje dookoła, a dzieją się rzeczy dziwne. Otóż: większość ludzi przy stolikach nie przyszła tutaj konsumować, lecz w celach czysto aprowizacyjnych. I tak oto piękne desery lodowe, składające się z wielu gałek, podane na eleganckich plastikowych talerzach wielorazowego użytku, jednym wprawnym ruchem lądują w foliowej reklamówce szybko wyjętej z innej torby. To, co zostało na talerzu, jest szybko wylizywane, tak aby ani odrobina tej ambrozji się nie zmarnowała. Cena - cudowna, 1 CUP za gałkę lodów o dość sztucznym smaku. Chwilo trwaj!
Image
Image
Image
Image

Ostatnim akcentem jest dla nas wizyta na Placu Rewolucji, miejscu gdzie można raz jeszcze spojrzeć na bohaterów narodowych Kuby - dzielnego Che oraz tajemniczego Cienfuegos. Miejscu, gdzie w towarzystwie haseł i pomników rewolucji na wiecach gromadziły się tłumy Kubańczyków i gdzie Jan Paweł II i Franciszek odprawiali msze święte. To tutaj robimy ostatnie hawańskie zdjęcia i na tym kończy się nasze zwiedzanie Hawany i całej Kuby, pora rozstać się z Helen - ciekawe gdzie i kiedy znów się z Nią zobaczymy?
Image

I tyle opowieści. Na lotnisku idzie nam już sprawnie, na szczęście terminal międzynarodowy to zupełnie inna bajka niż loty krajowe - są komputery i nawet można spróbować zapłacić kartą (bezskutecznie). Po kilku godzinach wspaniałe linie Aeromexico zabierają nas w drogę do domu.

A Dios!
_________________
R.
Moja najnowsza relacja: Wiele imion Kuby - z rodziną na wyspę jak wulkan gorącą
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#14 PostWysłany: 28 Lis 2019 14:57 

Rejestracja: 14 Wrz 2019
Posty: 19
Po lekturze relacji odnoszę wrażenie, że - delikatnie mówiąc - Kuba Cię nie zachwyciła. Kiedyś ten kraj znajdował się dość wysoko na mojej liście, teraz widzę, że raczej nie ma tam nic nadzwyczajnego, a za to brud, ubóstwo i naciągacze. Dzięki za relację
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#15 PostWysłany: 28 Lis 2019 15:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 937
Loty: 124
Kilometry: 269 476
srebrny
@south - na to nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że ta część świata nie jest moją ulubioną, więc zachwyty bądź ich brak są subiektywne. Zarówno Brazylia, Panama i Kuba (wiem, że te miejsca mocno się różnią od siebie, ale powiedzmy że bliżej im do siebie niż Kubie i USA, jeśli wiecie o co mi chodzi) były ciekawe i nie żałuję wyjazdu w te miejsca, ale nie zależy mi, żeby tam wracać.

Na Kubie było czysto, syf to jest w Panamie. Naciągacze - tak. W sumie z tych 4 miejscówek, w których byliśmy, najlepiej wypada Isla de la Juventud i tę miejscówkę mógłbym polecić. Nie sprawdziliśmy też wschodniej części wyspy - z uwagi na małe dzieci mojej siostry długie tłuczenie się samochodem na sam koniec do Santiago nie było brane pod uwagę (to jak w Polsce przejechać ze Szczecina do Zamościa). Można bardzo łatwo w przyzwoitej cenie dorwać loty do CCC (Cayo Coco), nie wiem, może to jakieś rozwiązanie.

Poza tym od naszego wyjazdu minęło półtora roku, więc możliwe, że sytuacja od tego czasu też uległa zmianie (ale nie spodziewam się jakiejś istotnej poprawy sytuacji).
_________________
R.
Moja najnowsza relacja: Wiele imion Kuby - z rodziną na wyspę jak wulkan gorącą
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Wiele imion Kuby
#16 PostWysłany: 28 Lis 2019 18:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 1407
Loty: 198
Kilometry: 410 361
złoty
south napisał(a):
Po lekturze relacji odnoszę wrażenie, że - delikatnie mówiąc - Kuba Cię nie zachwyciła. Kiedyś ten kraj znajdował się dość wysoko na mojej liście,

Na mojej też wysoko. Nie wiem dlaczego. Może z powodu zachwytów innych osób. Pojechałam. Wynajęłam auto. Było intensywnie, zrobiłam sporo kilometrów. Wróciłam rozczarowana. Nie było efektu „wow”. A spałam i w 5 gwiazdkowym resorcie na Cayo Guillermo i w najbardziej zapyziałej casie w Zatoce Świń.
Relacja @zawiert jest bardzo realna. Bo niełatwo się podróżuje po Kubie. Ale jedź i sam sprawdź;-)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
meczko lubi ten post.
south uważa post za pomocny.
 
 
 [ 16 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group