Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 29 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 21 Lut 2020 11:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 87
Loty: 128
Kilometry: 201 792
niebieski
@south Dzięki za miłe słowa :) To ciekawe co piszesz - w UK jest coś takiego jak Challenge 25, czyli jak wyglądasz na mniej niż 25 lat to Cię sprawdzają, 40 to sporo... No ale zawsze miło :D
Góra
 Relacje PM off  
 
#22 PostWysłany: 27 Lut 2020 08:00 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Lis 2010
Posty: 5709
Loty: 228
Kilometry: 534 135
@zuzanna_89 super relacja, gratuluję wyjazdu :)
_________________
Image

https://www.instagram.com/jiku_ty_dziku/ | Serduszka i piwo :D
Góra
 Relacje PM off
zuzanna_89 lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 01 Mar 2020 22:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 87
Loty: 128
Kilometry: 201 792
niebieski
Dziękuję za miłe słowa i za inspirację! Już niedużo zostało, jedziemy z dalszą częścią :)

Dzień 9: 6.09.2019 Seattle i przejazd na Vancouver Island

Wystarczy USA, wracamy dziś do Kanady ;) Z Seattle do Victorii najłatwiej dostać się promem Victoria Clipper, który płynie niecałe 3h. Niestety na nasz termin bilety kosztowały po 150$ za osobę, co wydało nam się zbyt wysoką ceną. Druga opcja, którą znalazłam to przejazd z Seattle do Port Angeles autokarem (Greyhound) za 35$, a stamtąd promem do Victorii za 20$. W sumie prawie 3 razy taniej i tyle samo dłużej ;) Byliśmy jednak otwarci na nowe doznania jakimi podobno naszpikowane są przejazdy komunikacją publiczną w USA, a że aż tak nam się nie spieszyło, to bez wahania zdecydowaliśmy się na kombinowany transport. Trochę tylko bałam się, czy na pewno zdążymy na prom, bo w Port Angeles mieliśmy tylko 1h10 minut. Niby to sporo czasu, ale nie wiedziałam ile będzie trwała kontrola na granicy USA-Kanada, do tego jak wiadomo autobusy mają tendencję do spóźniania się, a wiedząc, że kolejny prom jest dopiero kolejnego dnia to już jest lekkie ryzyko. Ale byliśmy gotowi je podjąć :P

Wyjazd do Port Angeles mieliśmy o 12:30, więc rano jeszcze przeszliśmy się na punkt widokowy w Kerry Park – zdecydowanie polecam. Oczywiście najlepiej się tam wybrać kiedy nie pada (co w Seattle nie jest takie proste;), ale okolica jest bardzo ładna i myślę, że nawet w deszczu warto.

Załącznik:
IMG156.jpg


Załącznik:
IMG157.jpg


Punkt widokowy znajduje się w bardzo ładnej okolicy – ogromne domy z ogrodami muszą kosztować fortunę.

Załącznik:
IMG158.jpg


Załącznik:
IMG159.jpg


Wróciliśmy pieszo do hotelu, spakowaliśmy się do końca i o 10 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Ponieważ mieliśmy sporo czasu uznaliśmy, że na dworzec autobusowy pójdziemy pieszo. Chyba rano przegrzało nam słońce, że wpadliśmy na taki pomysł – łazić 5km z 20-sto kilogramowym plecakiem? No ale uznaliśmy, że przynajmniej spożytkujemy czas zamiast siedzieć na dworcu autobusowym przez 2h, jeśli byśmy pojechali taksówką. Początkowo planowaliśmy zahaczyć jeszcze o najstarszego Starbucksa (który znajduje się właśnie w Seattle), ale po pierwszym kilometrze zrezygnowaliśmy :P Po trzecim zatrzymaliśmy się aby coś zjeść. Koleżanka polecała nam spróbować poke – pochodzące z Hawajów danie to jakby sushi bez zawijania. Pokrojone w kostkę surowe ryby, warzywa, ryż i dodatki. Pycha!

Załącznik:
IMG160.jpg


Czas było ruszać dalej, czasu coraz mniej, a do dworca autobusowego wciąż daleko :P W końcu trafiamy w dość szemraną okolicę, w pobliże stadionów.

Załącznik:
IMG161.JPG


Stąd już rzut beretem i jesteśmy!

Załącznik:
IMG162.JPG


Ktoś tu już niedawno na forum pisał, że w USA autobusami jeżdżą sami dziwni ludzie i ta podróż to potwierdziła :P Już pracownicy dworca autobusowego byli dość nietypowi – zgodnie z mailem potwierdzającym zakup biletu mieliśmy się stawić 30 minut przed odjazdem. Gdy podeszłam do pracownicy za ladą zbyła mnie mówiąc „przecież masz jeszcze ponad pół godziny do odjazdu, siadaj i czekaj aż zapowiedzą twój autobus”. Dobrze, usiedliśmy. W końcu kiedy 15 minut przed odjazdem nie było żadnych zapowiedzi jeszcze raz do niej podeszłam z pytaniem czy mogę wydrukować bilety, bo mam tylko potwierdzenie, a ona na to „no pewnie, mało czasu zostało ci do odjazdu!”. Hmm. Co ciekawe autobus był właściwie busem, w którym zajęliśmy ostatnie wolne podwójne miejsce.

O kierowcy można by napisać książkę. Starszy pan (na moje oko około 70-tki), który co chwila powtarzał, że pracuje tu od wczoraj i jeszcze się uczy trasy. Dla nas kiepsko, bo trochę nam się spieszyło, ale co poradzimy? Do wszystkich zwracał się per „kochanie” „ najdroższa” czy „złotko”, co było prześmieszne. Wystawił karton ze słodyczami (batony i cukierki), można było się częstować, a do tego woda w butelkach. W autobusie było kilka starszych osób, kilkoro młodych buntowników i kilku kolesi, którzy wyglądali jakby świeżo wyszli z więzienia. Czułam się jak w filmie :D Amerykańskim oczywiście.

Ruszyliśmy o czasie. W Seattle był jeszcze jeden przystanek obok jakiegoś szpitala, do którego najpierw ledwo podjechaliśmy (strasznie stroma ulica, bus ledwo dyszał), a potem krążyliśmy wokół szpitala, bo nasz świeżo upieczony kierowca nie pamiętał, gdzie jest przystanek... W końcu zgarnął ludzi z dwóch różnych miejsc (chyba oni też nie wiedzieli gdzie jest ten przystanek ;), zdaje się, że niektórych wiózł do tego szpitala dzień wcześniej, pytał jak poszło itp.

W końcu zaczęliśmy wyjeżdżać z Seattle i kierowca mówił, że teraz jedziemy prosto na prom. To zgadzało się z naszym planem, bo planowaliśmy wsiąść na prom w Port Angeles, aczkolwiek przecież nie wszyscy musieli chcieć jechać do Kanady. No dobra, jedziemy. Trochę czytałam, trochę drzemałam. Nagle obudziło mnie poruszenie w busie, wszyscy mówią o ogromnym korku i opóźnieniu, pytają kierowcę o której jest prom, on im na to, że pracuje drugi dzień i nie wie, ale że jest chyba osobna kolejka dla autobusów, zaraz zapyta. Myślę sobie „o co chodzi? Na jaki prom on nas wiezie?”. Odpalam Google map i okazuje się, że jesteśmy w Edmonds i przedostaniemy się promem na półwysep Olimpijski. Nie wiem czemu myślałam, że pojedziemy na południe od Seattle, a tu proszę, takie zaskoczenie. Kierowca zaparkował, wysiadł i po chwili wrócił mówiąc, że przed chwilą odpłynął prom, kolejny za 45 minut. Ludzie powysiadali, jedni na fajkę, inni do toalety, ktoś poszedł coś kupić. Wszyscy zaczęli się integrować, każdy z kimś gadał, młodzi gniewni ze staruszkami, niesamowite.

Dużo można by pisać, ale nie będę tu zanudzać. Kierowca raz się zgubił, pasażerowie musieli mu mówić jak jechać (oczywiście nie miał włączonej nawigacji), przez to i przez opóźnione dotarcie na prom zaczęliśmy mieć coraz mniej czasu na przesiadkę. Do Port Angeles dotarliśmy jakieś 15 minut przed odpłynięciem promu, biegiem dotarliśmy do przystani, wymieniliśmy voucher na bilety, kontrola bagażu nie istniała, a na paszporty tylko rzucili okiem. W 5 minut byliśmy na statku. Byłam zadziwiona.

Udało się!

Podróż promem miała trwać jakieś 1.5h, niestety dotarliśmy za późno, żeby zająć miejsca przy oknach (a szkoda, bo podobno z promu można zobaczyć orki), więc wyszliśmy na chwilę na pokład.

Załącznik:
IMG163.JPG


Niestety, za długo nie dało się tam wysiedzieć, bo okropnie wiało. Wróciliśmy do części wewnętrznej, kupiliśmy coś małego do jedzenia w barze i zagryźliśmy marchewkami z USA. Po przypłynięciu do Kanady też nie było zbyt wielu formalności, ale udało się dostać pieczątkę do paszportu! Celnik powiedział, że na lotniskach już nie dają, ale jak przekracza się granicę promem lub samochodem to owszem. Fajnie :)

Co ciekawe, to właśnie Victoria, nie Vancouver, jest stolicą stanu British Columbia. Blisko nabrzeża znajduje się budynek parlamentu, nocą oświetlony jak moskiewski GUM ;)

Załącznik:
Img164.jpg


Do naszego hostelu mieliśmy około 1.5km, uznaliśmy, że po całym dniu siedzenia (nie licząc porannych 5km z plecakiem ;) trzeba się przejść. Miasto wydało nam się bardzo ładne, ale lepiej będziemy mieli szansę ocenić to jutro. Hostel Ocean Island Inn bardzo polecam – nocleg kosztował 125 CAD za dwusobowy pokój za noc, a w cenie było śniadanie i obiadokolacja! Oczywiście nie była to kuchnia najwyższych lotów (jakiś makaron z sosem czy ryż z warzywami), ale jak ktoś chce zaoszczędzić to fajna opcja.

Dotarliśmy do hostelu przed 20, zjedliśmy oferowaną przez nich obiadokolację i już nigdzie się nie ruszaliśmy – poszliśmy spać o 21:30 po tym męczącym dniu :)

Dzień 10: 7.09.2019 Szlak Juan de Fuca i Victoria

Vancouver Island słynie z lasów deszczowych (tak, występują one również w klimacie umiarkowanym, nie tylko w tropikach) i malowniczych szlaków pieszych nad samym oceanem. Miejsc, w których można je zobaczyć jest kilka, my zdecydowaliśmy się na Juan de Fuca Trail, a w kolejnych dniach przejazd do Parku Narodowego Pacific Rim. Szlak Juan de Fuca to 47-mio kilometrowa trasa, którą można przejść w kilka dni śpiąc po drodze w namiocie. W Parku Narodowym Pacific Rim jest inny szlak, West Coast Trail, który ma 75km, ale za jego przejście trzeba zapłacić 150 CAD. My mieliśmy tylko kilka godzin, więc zdecydowaliśmy się przejść tylko fragment w okolicy Mystic Beach. Ale najpierw musieliśmy wypożyczyć samochód.

W hostelu zjedliśmy śniadanie, poznaliśmy też 3 dziewczyny z Polski, które 2 dni wcześniej przyleciały do Vancouver, bardzo miłe spotkanie. Jeśli chodzi o wypożyczenie samochodu to długo zastanawialiśmy się jak to najlepiej zrobić. Potrzebowaliśmy samochodu na 3 dni, najlepiej z odbiorem w Victorii, a odstawieniem w okolicy terminala promowego skąd mieliśmy się udać do Vancouver. Oczywiście jak wypożyczasz samochód w innym miejscu niż oddajesz, to musisz dopłacić do interesu około 200 CAD, co nam się nie podobało. W takim razie pomyśleliśmy, że wypożyczymy i oddamy auto na lotnisku w Victorii, które jest blisko terminala promowego. Na lotnisko jechał autobus miejski za bodajże 3 CAD, więc wydawało nam się to dobrą opcją. Potem okazało się, że nie do końca, najwygodniej byłoby wypożyczyć i oddać samochód w samej Victorii, a stamtąd pojechać autokarem aż do samego Vancouver (takie przejazdy oferuje BC Ferries Connector za 50 CAD + cena biletu na prom). No nic. Na razie wsiedliśmy do autobusu, który dowiózł nas w okolice lotniska (jakieś 20 minut spacerem). Przy okazji zobaczyliśmy ciekawe hasło na stacji benzynowej.

Załącznik:
IMG165.jpg


Lotnisko w Victorii jest bardzo małe, ale jego okolice są bardzo zadbane.

Załącznik:
IMG166.jpg


Szczególnie zaintrygował nas ten widoczny w oddali mały domek. Po tym jak podeszliśmy bliżej okazało się, że mieszka w nim... kosiarka automatyczna!

Załącznik:
IMG167.jpg


Ciekawe, czy jest jakoś zabezpieczona, czy po prostu nie boją się jej tak zostawić.

Doszliśmy w końcu na lotnisko, gdzie spotkała nas bardzo niemiła przygoda. Samochód mieliśmy już opłacony w Avisie. Dokonaliśmy już większości formalności gdy pan poprosił nas o kartę kredytową. Daliśmy kartę Revolut, a pan wpisał dane do systemu, po czym po chwili powiedział, że system odrzuca tę kartę. Podaliśmy inną, też było źle. Pan na to, że musi być karta kredytowa, my na to, że nie mamy. Pan próbował nam wciskać kit, że w Kanadzie wszędzie potrzebna jest karta kredytowa do wypożyczenia samochodu, my na to, że to nieprawda – wypożyczaliśmy w Calgary i nie było żadnego problemu. Co więcej, rezerwując samochód specjalnie wybieraliśmy Avisa, gdzie nie była potrzebna karta kredytowa. Co za tragedia... Gdyby nie to że wszystko było już opłacone, to byśmy to zostawili i tyle, na pewno gdzieś indziej wypożyczyliby nam samochód. Niestety, było już za późno na odwołanie tej rezerwacji i szkoda nam było 140 CAD, które zapłaciliśmy za wynajem samochodu na 3 dni. W mailu potwierdzającym od Avisa było podane tylko, że w niektórych lokalizacjach nie przyjmują kart kredytowych, byliśmy wściekli, że o to nie dopytaliśmy. Nic to, pan łaskawie powiedział, że jeśli jego manager się zgodzi to możemy opłacić pełne ubezpieczenie (65 CAD za dzień) i wtedy wypożyczą nam samochód. Oczywiście manager się zgodził. Dawno nie byliśmy tak wściekli szczególnie, że w potwierdzeniu od Avisa nie było informacji, że karta kredytowa jest niezbędna w Victorii. Moglibyśmy to rzucić i wypożyczyć samochód gdzieś indziej (pewnie wyszłoby taniej), ale straciliśmy już kupę czasu i chcieliśmy po prostu pojechać już do lasu. Podsumowując, nie polecam Avisa na lotnisku w Victorii osobom bez karty kredytowej..

W końcu ruszyliśmy w kierunku szlaku Juan de Fuca, dojazd zajął nam około 1.5h, przy czym po drodze (jak i na całej Vancouver Island) sporo było robót drogowych. Na parkingu przy Mystic Beach cudem dorwaliśmy miejsce parkingowe (akurat ktoś wyjeżdżał) – należało nam się po tym jak nas oskubali w Avisie. Po przyjeździe od razu poszliśmy... spać. Byliśmy już coraz bardziej zmęczeni intensywną wycieczką i musieliśmy się trochę podładować ;)

Po krótkiej drzemce ruszyliśmy na szlak:

Załącznik:
IMG168.JPG


Las deszczowy, mimo że dość suchy, był naprawdę piękny. Ludzi nie było zbyt wielu, a była sobota! Widać, że Vancouver Island to miejsce jeszcze nie do końca odkryte przez turystów. 2km do Mystic Beach szliśmy jakieś 45 minut co chwila zatrzymując się na zdjęcia.

Załącznik:
IMG169.JPG


Załącznik:
IMG170.JPG


Po drodze był nawet most wiszący (na dalszych odcinkach Juan de Fuca Trail jest ich więcej).

Załącznik:
IMG171.JPG


Czy mówiłam już, że trasa była naprawdę piękna?

Załącznik:
IMG172.JPG


Załącznik:
IMG173.JPG


W końcu dotarliśmy na plażę, która zdecydowanie nie powaliła nas na kolana. Słynny wodospad ledwo ciurkał, plaża była brzydka i śmierdząca, było ponuro i dość przygnębiająco.

Załącznik:
IMG177.jpg


Załącznik:
IMG174.JPG


Zjedliśmy kanapki, poczytaliśmy chwilę (ale bez słońca było dość zimno) i zaczęliśmy wracać. A w lesie dalej było cudownie :)

Załącznik:
IMG175.JPG


Załącznik:
IMG176.JPG


Usatysfakcjonowani pojechaliśmy z powrotem do Victorii, gdzie mieliśmy jeszcze jeden nocleg w tym samym hostelu. Samochód zostawiliśmy na miejskim parkingu (płatny między 9 a 18), przebraliśmy się i poszliśmy na miasto :D Tym razem zdecydowaliśmy się zjeść coś poza hotelem, trafiliśmy do knajpy z przepysznymi rybami.

Załącznik:
IMG178.JPG


Niestety, nie mogę znaleźć jak się nazywała, może już ją zamknęli?

Stamtąd wybraliśmy się na wieczorne zwiedzanie Victorii. Chcieliśmy kupić jeszcze trochę pamiątek i zajrzeć do Munro Books (księgarni założonej przez noblistkę Alice Munro z mężem). Księgarnia znajduje się w budynku o pięknej elewacji.

Załącznik:
IMG179.JPG


Wnętrze też robi wrażenie.

Załącznik:
IMG180.JPG


Dla osób lubiących czytać to prawdziwa perełka. A obok mamy słynną herbaciarnię Murchie’s, niestety była już zamknięta.

Dalej poszliśmy na nabrzeże, gdzie wreszcie mogliśmy z bliska przyjrzeć się hydroplanom.

Załącznik:
IMG181.jpg


Są niesamowicie popularne w Seattle, Victorii i Vancouver. Wyglądają naprawdę przeuroczo, są takie malutkie, ale dzielne... Nie wiem czemu wzbudziły u mnie tyle emocji, ale wyglądają jak z kreskówki ;)

Obok było też lotnisko :)

Załącznik:
IMG182.jpg


Stąd można polecieć hydroplanem np. do Vancouver za 150 CAD. Przez chwilę się nad tym zastanawialiśmy, ale jednak skąpstwo (czy może oszczędność?) wygrało; zostawimy sobie to na następny raz ;)

Jakiś dobry człowiek zlitował się nawet nad nami i zrobił nam wspólne zdjęcie :D

Załącznik:
IMG183.jpg


Tak jak już pisałam, budynek Parlamentu wieczorem prezentuje się bardzo odświętnie:

Załącznik:
IMG184.JPG


Załącznik:
IMG185.JPG


A po drugiej stronie mamy hotel Fairmont Empress, hotel tej samej luksusowej sieci co słynny potworek nad Lake Louise.

Załącznik:
IMG186.jpg


Każdy może przejść się po ogrodach należących do hotelu, co oczywiście uczyniliśmy :) A obok stoi nietypowa rzeźba.

Załącznik:
IMG187.jpg


Atmosfera na nabrzeżu w sobotę wieczorem była naprawdę świetna – ludzie na spacerach, weseli, zadowoleni z życia. Victoria bardzo nam się spodobała!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 02 Mar 2020 00:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 637
Loty: 125
Kilometry: 288 984
niebieski
Super wyprawa! Pacific Rim od dawna jest na mojej liście miejsc, które koniecznie muszę odwiedzić :D
_________________
Image
Relacja z Malawi
Góra
 Relacje PM off
zuzanna_89 lubi ten post.
 
 
#25 PostWysłany: 20 Mar 2020 19:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 87
Loty: 128
Kilometry: 201 792
niebieski
Dzień 11: 8.09.2019 Przejazd przez Vancouver Island z Victorii do Pacific Rim NP

Obudziliśmy się około 7, zjedliśmy śniadanie, wymeldowaliśmy się i czas było ruszać dalej. Dziś w planach był przejazd przez wyspę do Parku Narodowego Pacific Rim. Po drodze planowaliśmy kilka przystanków na lokalne atrakcje, ale trzeba było przyznać, że powoli mieliśmy już dość atrakcji. Przychodzi taki moment, u nas zwykle po 10-14 dniach na wakacjach (które zawsze są bardzo intensywne), że człowiek nie ma ochoty już się zachwycać kolejnymi pięknymi miejscami, najchętniej poczytałby książkę albo po prostu wrócił do pracy. W dobie koronawirusa, gdy wszyscy siedzimy w domu i możemy tylko marzyć o wyjeździe brzmi to jak bluźnierstwo... No ale w takim byliśmy stanie ;)

Najpierw podjechaliśmy do dwóch miejsc jeszcze w Victorii. Pierwsze to Beacon Hill Park. Po co tam pojechaliśmy? Ano na mapie zauważyliśmy, że w tym parku znajduje się najwyższy na świecie totem. Skoro jesteśmy tak blisko, to musimy go zobaczyć :D A oto on:

Załącznik:
IMG188.jpg


Nie powalił nas na kolana :P No ale okolica parku jest bardzo ładna – eleganckie domki jednorodzinne.

Dalej pojechaliśmy zobaczyć opisywany w przewodniku zamek Craigdarroch. Wybudowany pod koniec XIX wieku przez rodzinę potentatów węglowych, o czym głosi ta urocza tabliczka:

Załącznik:
IMG189.JPG


Na Europejczykach taki zamek nie może zrobić wrażenia.

Załącznik:
IMG190.JPG


Skoro Victoria nie miała nam już nic więcej do zaoferowania postanowiliśmy jechać dalej. Do Ucluelet, gdzie mieliśmy kolejne 2 noclegi czekało nas ponad 4h jazdy.
Pierwszym przystankiem był punkt widokowy w okolicach Cobble Hill.

Załącznik:
IMG191.jpg


Niedługo potem uznaliśmy że zgłodnieliśmy i trzeba coś zjeść, a także zrobić zakupy na kolejne dni. Akurat natknęliśmy się na centrum handlowe, do złudzenia przypominające te w Surrey, w Anglii.

Załącznik:
IMG192.jpg


Zjedliśmy w Subway’u, a ponieważ tym razem mieliśmy mieć pokój z aneksem kuchennym kupiliśmy mięso, sos i makaron... Tak, na kolację będzie spaghetti! :D Zaopatrzeni ruszamy dalej.

Po drodze jest trochę miejsc, które pierwotnie mieliśmy zobaczyć, ale jak już pisałam – czujemy się trochę wypaleni ^^ Stajemy dopiero w MacMillan Provincial Park zobaczyć bardzo stary las o nazwie Cathedral Grove.

Załącznik:
IMG193.JPG


Info praktyczne – parking jest przepełniony, trzeba stawać wzdłuż drogi i to kawałek drogi od ścieżki. Ale i parking i zwiedzanie darmowe. Ścieżka jest dość krótka, na może 15-sto minutowy spacer (po obu stronach ulicy), i dość zatłoczona. Nie wiem, czy to przez wczorajszą wizytę na szlaku Juan de Fuca, gdzie wszystko wyglądało podobnie, tylko było znacznie mniej ludzi i większy teren, ale Cathedral Grove nie powaliło nas na kolana.

Załącznik:
IMG194.JPG


Załącznik:
IMG195.JPG


Trzeba jednak przyznać, że tutejsze drzewa (w większości są to daglezje zielone) są naprawdę ogromne:

Załącznik:
IMG196.JPG


Załącznik:
IMG197.JPG


20 minut i jesteśmy z powrotem w samochodzie, jedziemy dalej. Po drodze napotykamy na roboty drogowe, w pewnym miejscu nad Kennedy Lake stoimy około 25-ciu minut, ruch odbywa się wahadłowo. W końcu około 16 docieramy na miejsce, do Ucluelet! Mieszkamy tu w West Coast Motel on the Harbor, który mogę polecić. Mamy do dyspozycji apartament – salon z aneksem kuchennym plus sypialnia, 150CAD za noc.

Pierwsze co robimy po przyjeździe to próbujemy zapisać się na jutro na jakiś rejs – organizowane są dwa rodzaje: obserwacja wielorybów lub dzikich zwierząt (głównie niedźwiedzi) na nabrzeżu. Po drodze zgarnęliśmy kilka ulotek z punktu informacji turystycznej, w motelu też jest kilka ofert. Wybieramy najbardziej nas interesującą – niewielką lokalną firmę o nazwie Beachcombers (https://wildedgewhales.com/). Zapisy przez telefon lub bezpośrednio na łodzi. Ponieważ mieszkamy tuż przy przystani idziemy poszukać interesującej nas łodzi, niestety właściciel już poszedł do domu. W takim razie idziemy do recepcji motelu spytać, czy możemy zadzwonić z telefonu hotelowego – nie ma problemu, połączenia lokalne są darmowe :) Pani, z którą rozmawiam jest żoną naszego jutrzejszego kapitana i przewodnika. Niestety jutro odbędzie się tylko rejs wielorybi, w celu oglądania niedźwiedzi trzeba płynąć zaraz po odpływie, który przypada o 2 w nocy. Jeśli ktoś jedzie do Pacific Rim głównie w celu obserwacji niedźwiedzi, to dobrze mieć na uwadze godziny odpływu. W takim razie decydujemy się na oglądanie wielorybów, 120CAD od osoby, płatność kartą przez telefon (zawsze mnie to stresuje, no ale na Revolucie już niewiele zostało) i jesteśmy umówieni na jutro na 14 :) Można w końcu brać się za spaghetti :D

Posileni uznajemy, że trzeba jeszcze coś dziś pozwiedzać, nie ma że boli. No dobra. Mój mąż już naprawdę miał dość, ale ja jak mam plan to muszę się go trzymać, więc obietnicą zakupienia whisky w drodze powrotnej przekonałam go do wyjścia.

Już najbliższe okolice naszego motelu są bardzo malownicze:

Załącznik:
IMG198.jpg


Załącznik:
IMG199.jpg


Dla mnie coś pomiędzy Chorwacją a Norwegią.

W planie na dzisiejszy wieczór mieliśmy przejście około 2.5km Wild Pacific Trail. Jest to nadmorski szlak składający się z kilku odcinków, wszystkie w okolicach Ucluelet. Widoki są przepiękne, a szlak dostępny właściwie dla wszystkich (dobrze przygotowany, jak na którymś etapie są schody, to można to wózkiem objechać dookoła, co chwila ławki zachęcające do odpoczynku). Oto mapka:

Załącznik:
IMG200.JPG


Do szlaku doszliśmy pieszo z naszego motelu spotykając przed jednym z domów taką nietypową „ozdobę”:

Załącznik:
IMG201.JPG


Po drugiej stronie półwyspu, na którym znajduje się Ucluelet, czyli nad oceanem pojawiła się mgła. Wrażenie było niesamowite, przepiękne widoki, choć trochę straszne (nie zapominajmy o wszechobecnych ostrzeżeniach o misiach).

Załącznik:
IMG202.JPG


A tak było już na szlaku:

Załącznik:
IMG203.JPG


Załącznik:
IMG204.JPG


Załącznik:
IMG205.JPG


Prawda, że tajemniczo i pięknie? Dodatkowo spotkaliśmy może 5 osób przez 1.5h. Mgła była taka, że w ogóle nie było widać oceanu, niesamowite:

Załącznik:
IMG206.JPG


W końcu mgła zaczęła się przerzedzać:

Załącznik:
IMG207.JPG


Załącznik:
IMG208.jpg


Dzięki czemu mogliśmy zobaczyć przepiękne wybrzeże:

Załącznik:
IMG209.JPG


Na tym zdjęciu dobrze widać cofającą się mgłę:

Załącznik:
IMG210.JPG


I na koniec niesamowity zachód słońca:

Załącznik:
IMG211.JPG


Załącznik:
IMG2.JPG


Załącznik:
IMG212.JPG


Muszę przyznać, że spacer ten podziałał na nas naprawdę ożywczo. Był tak piękny, był takim zaskoczeniem, że od razu nabraliśmy energii na dalsze zwiedzanie. Tak, warto było się tu tłuc, dosłownie na drugi koniec świata!

Gdybyśmy zaczynali spacer z drugiej strony (od strony bliższej Tofino) to moglibyśmy skorzystać z kijka ;):

Załącznik:
IMG213.JPG


Oj, byliśmy bardzo usatysfakcjonowani. Mąż nawet zapomniał o obiecanym whisky (ale nie jestem wredna, przypomniałam mu;). A tak wygląda tablica informująca o wjeździe do Ucluelet:

Załącznik:
IMG214.JPG


Na zakończenie przez 15 minut obserwowaliśmy na placu budowy przy naszym motelu tego czaplopodobnego ptaka:

Załącznik:
IMG215.JPG


Jeszcze tylko ostatni rzut oka na marinę

Załącznik:
IMG216.JPG


I można uznać ten spacer za baaaaaardzo udany :) A jutro szansa na zobaczenie wielorybów!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#26 PostWysłany: 23 Mar 2020 03:06 

Rejestracja: 25 Wrz 2015
Posty: 130
Loty: 80
Kilometry: 143 264
niebieski
piękna relacja, oby mi było dane to zrobić
Góra
 Relacje PM off  
 
#27 PostWysłany: 24 Mar 2020 21:58 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 69
Loty: 37
Kilometry: 94 443
niebieski
W tych ciężkich czasach miło się czyta o miejscach w których się było prawie tym samym czasie. Super!!
Góra
 Relacje PM off  
 
#28 PostWysłany: 25 Mar 2020 12:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 87
Loty: 128
Kilometry: 201 792
niebieski
@kasiak80 Dzięki, mi też się mile pisze i wspomina :D Oby jak najszybciej udało się znowu gdzieś pojechać!

Dzień 12: 9.09.2019 Pacific Rim National Park

Dziś w planach mieliśmy spacery po Pacific Rim NP, lunch (reszta spaghetti z wczoraj), a o 14 trzygodzinny rejs w poszukiwaniu wielorybów. Zapowiadało się ekscytująco :D

W parku narodowym Pacific Rim jest sporo krótkich (kilkukilometrowych) tras, większość z nich wiedzie przez las deszczowy, część nad oceanem lub nawet po plaży. Najpierw ruszyliśmy samochodem do najdalszej od Ucluelet, Schooner Trail. A tu zonk, bo ścieżka jest uszkodzona i zamknięta do odwołania. Nic to, parkujemy kawałek dalej zobaczyć słynną Long Beach, mekkę surferów. Zdecydowanie nie zrobiła na nas wrażenia, może przez ponurą aurę i brak surferów. Jedziemy dalej, do Combers Beach.

Załącznik:
IMG217.JPG


Jak człowiek zobaczy takie ostrzeżenia to jest gotowy na prawdziwą przygodę! Tymczasem szlak początkowo prowadził przez las:

Załącznik:
IMG218.JPG


A po około 300m kończył się na plaży (widać, że drzewa z pierwszego rzędu są bardzo zniszczone przez sól morską):

Załącznik:
IMG219.JPG


Sama plaża była o taka:

Załącznik:
IMG220.JPG


Nie no, niestety czuliśmy się jak u Gombrowicza – nie zachwyciła nas ta Long Beach i tyle. Czas jechać dalej, przed nami Rainforest Trail:

Załącznik:
IMG221.JPG


Jak widać, trasy są dwie, po dwóch stronach drogi. My zdecydowaliśmy się na trasę A. Ścieżka jest dobrze przygotowana, idzie się cały czas po drewnianej kładce.

Załącznik:
IMG224.JPG


Załącznik:
IMG222.JPG


Co jakiś czas są schody:

Załącznik:
IMG223.JPG


Jest też sporo tablic informacyjnych i, podobnie jak w kanionie Maligne, są bardzo dobrze umiejscowione. Zaraz obok informacji, że martwe drzewa stanowią pożywienie dla roślin i zwierząt widzimy zwalony pień, na którym rosną dziesiątki drzewek.

Załącznik:
IMG225.JPG


Załącznik:
IMG226.JPG


Spoko trasa, tyle że bardzo podobna i do szlaku Juan de Fuca i do Cathedral Grove, więc nie zrobiła już na nas wrażenia. Wracając na parking zauważyliśmy, że las wzdłuż drogi jest przerzedzony, coś tam będą budować – może drogę rowerową? Język miejscowych Indian jest naprawdę... nietypowy:

Załącznik:
IMG227.JPG


Początkowo myślałam, że przejdziemy jeszcze jeden podobny szlak, ale mieliśmy już dość. Może niesłusznie, ale dotychczas szlaki były do siebie bardzo podobne i uznaliśmy, że czas wracać do motelu na lunch i chwilę odpocząć przed rejsem.

Tak jak już pisałam, płynęliśmy z Beachcombers o 14 z mariny w Ucluelet. Zgłosiliśmy się na łódź około 13:30 odbyć szkolenie z bezpieczeństwa na łodzi. Było nas w sumie ośmioro pasażerów, więc całkiem kameralnie. Każdy dostał kamizelkę ratunkową, podpisaliśmy co trzeba i można było ruszać. Pogoda na szczęście zrobiła się ładna, chociaż mgła czaiła się gdzieś w oddali.

Załącznik:
IMG228.JPG


Plan był taki: najpierw płyniemy zobaczyć lwy morskie w okolicy Ucluelet, potem na płyniemy jakieś 25km od brzegu w okolice Broken Group Islands, gdzie często można zobaczyć wieloryby. Następnie podpłyniemy zobaczyć kolonię fok. Później będziemy powoli wracać wypatrując niedźwiedzi na plaży. Niestety, aby zobaczyć wieloryby trzeba płynąć dość daleko od stałego lądu, podczas gdy niedźwiedzie można zobaczyć na plażach. Nie ma co, logiczne :P Tak jak na wieloryby mieliśmy spore szanse, tak nasz kapitan nie obiecywał, że niedźwiedzia też uda się zobaczyć. Tak jak wczoraj informowała mnie jego żona, najłatwiej je zobaczyć zaraz po odpływie, co też jest logiczne. Teraz akurat był przypływ...

To jak blisko nas „stacjonuje” wielka kolonia lwów morskich nas zaskoczyło. Były bardzo fotogeniczne!

Załącznik:
IMG229.JPG


Załącznik:
IMG230.JPG


Załącznik:
IMG231.JPG


Kurczę, 5 minut od wypłynięcia a my już podekscytowani i bardzo zadowoleni. Szybko jednak zadowolenie nam przeszło, bo zaczęła nas otaczać coraz gęstsza mgła. Po wypłynięciu na pełne morze przestaliśmy cokolwiek widzieć poza łódką. Muszę przyznać, że było to przerażające. Owszem, wiem, że w dzisiejszych czasach mgła nie przeszkadza w nawigacji, ale nie byłam pewna jaki sprzęt ma nasz kapitan. Dodatkowo zaczęłam myśleć o tym co by było jakby wieloryb zechciał wyskoczyć będąc akurat pod naszą łódką. Ok, mieliśmy kamizelki ratunkowe, ale w tej mgle naprawdę ciężko było określić gdzie miałabym płynąć, a woda była lodowata. Na szczęście z mgła zaczęła się przerzedzać, zaczęły wyłaniać się z niej jakieś skaliste wysepki i w końcu zostawiliśmy ją za sobą. Na tym zdjęciu dobrze widać pas mgły:

Załącznik:
IMG232.JPG


Niesamowite zjawisko, ale widać występuje tu dość często (wczoraj też była przecież mgła). Dopłynęliśmy już w miejsce, gdzie często widuje się wieloryby i nasz kapitan zaczął odzywać się do innych łódek pytając czy ktoś coś widział. Okazało się, że owszem! Ruszamy w tamtą stronę.

Stajemy i kapitan mówi nam, gdzie powinniśmy wypatrywać. I po chwili widzimy ogon!

Załącznik:
IMG233.JPG


Wow, to jest niesamowite! Płyniemy dalej goniąc wieloryby, są podobno dwa.

Załącznik:
IMG244.JPG


Faktycznie, są dwa! W oddali widać też inną łódkę z której turyści przypatrują się tym samym wielorybom, na szczęście nie jest tłoczno.

Załącznik:
IMG234.JPG


Po chwili załapujemy rytm wydarzeń: najpierw tryśnięcie, potem wyłania się grzbiet, a po chwili wieloryb nurkuje, a my widzimy ogon. Przez kilka minut pozostaje pod wodą po czym całość zaczyna się od nowa.

Wieloryby, które obserwujemy to humbaki, które charakteryzują się tym, że każdy osobnik ma białe plamy na ogonie w innym kształcie. Takie jakby linie papilarne.

Załącznik:
IMG235.JPG


Załącznik:
IMG236.JPG


A tak to wygląda bez powiększenia:

Załącznik:
IMG237.jpg


Pływamy za wielorybami około pół godziny. Dla mnie to o wiele za krótko, no ale co poradzić. Dodatkowo mam żal do wielorybów o to, że są takie skryte. Na wszystkich ulotkach rejsów (nawet na broszurze informacyjnej) widać humbaki wyskakujące w wody.

Załącznik:
IMG238.JPG


Pytam o to naszego kapitana. Mówi, że niestety, takie skoki są bardzo kosztowne energetycznie, a jesienią humbaki wolą nie marnować energii, tylko gromadzą ją na zimę. Ech...

Płyniemy zobaczyć foki.

Załącznik:
IMG239.JPG


Słońce świeci prosto w obiektyw i ciężko zrobić dobre zdjęcie.

Po chwili ruszamy z powrotem. Płyniemy powoli, ale nie widzimy żadnego niedźwiedzia. Pogoda jest już piękna, nikt o mgle nawet nie pamięta, możemy się więc przypatrzeć Ucluelet od strony wody. Bardzo mi się podoba.

Załącznik:
IMG240.JPG


Zgodnie z planem, o 17 kończymy rejs. Nie żałuję wydanych na niego pieniędzy, ale jestem trochę rozczarowana. Wieloryby były daleko, było ich niewiele, nie wyglądały jak na zdjęciach (które są pewnie robione z ogromnym zoomem). Rejs jak dla mnie był trochę za krótki i miałam lekkie odczucie, że kapitan jest bardziej zainteresowany nami (uczestnikami) niż zwierzętami. No ale pływa na tej trasie codziennie, więc ciężko mu się dziwić. Chętnie jeszcze kiedyś wybiorę się na podobny rejs w innym miejscu.

Wracamy do naszego motelu, jemy szybką obiadokolację i ruszamy jeszcze na szlak :D Zostały nam do zobaczenia dwie części Wild Pacific Trail, dziś chcieliśmy obejść okolice latarni morskiej, a jutro rano wrak statku. Latarnia morska znajduje się na samym końcu półwyspu, na którym leży Ucluelet. Na początku szlaku dowiedzieliśmy się co robić w razie wystąpienia tsunami lub trzęsienia ziemi o.O

Załącznik:
IMG241.JPG


Nie wiedziałam, że takie zjawiska występują w tej okolicy. Czytałam za to, że zimą ludzie przyjeżdżają na Vancouver Island oglądać ogromne fale. To musi być ciekawe doświadczenie :D

Załącznik:
IMG242.JPG


Z tego spaceru nie mamy wielu zdjęć, bo oświetlenie było bardzo niekorzystne. Ale ta część Wild Pacific Trail jest również bardzo ładna.

Załącznik:
IMG243.jpg


Powoli trzeba się żegnać z Vancouver Island. Jutro jedziemy do Vancouver, a za 2 kolejne dni wracamy do Europy!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#29 PostWysłany: 31 Mar 2020 17:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 87
Loty: 128
Kilometry: 201 792
niebieski
Dzień 13 10.09.2019 Przejazd przez Vancouver Island do Vancouver

Tego dnia chcieliśmy zobaczyć jeszcze ostatni fragment Wild Pacific Trail, a mianowicie okolice Big Beach. Trzeba przyznać, że okolice są ładne – surowe, ale malownicze.

Załącznik:
IMG245.JPG


Widząc ten hotel (bo chyba nie jest to blok dla mieszkańców?) pomyślałam, że naprawdę fajnie musi być tu zimą, kiedy jest niewielu turystów, wiatr wyje, fale są ogromne, a Ty siedzisz w ciepłym hotelu i patrzysz przez te wielkie okna :D Oczywiście podobne doznania mam na co dzień w Gdyni, więc nie mogę marudzić ^^

W okolicy plaży jest ciekawa makieta informująca o związku między grubością drzewa, a jego wiekiem.

Załącznik:
IMG246.jpg


Niby każdy to wie, ale jest tak ładnie wykonane, że przyjemnie się patrzy. Kawałek dalej znajduje się główna atrakcja Big Beach – wrak statku.

Załącznik:
IMG247.JPG


Jak widać, tak jak w lesie deszczowym, na żyznych deskach wraku wyrastają drzewa :D Teren nie jest w żaden sposób ogrodzony, można podejść i przyjrzeć się z bliska.

Załącznik:
IMG248.jpg


Ciekawe doświadczenie, a u osób z większą wyobraźnią od razu rodzą się pytania – co tu się stało, dlaczego, kiedy i kto uczestniczył w tym wypadku. Zdarzenie jest dość tajemnicze, jak informuje tablica.

Załącznik:
IMG249.JPG


Ciekawe miejsce.

Na zakończenie wybraliśmy się jeszcze na mały spacer po Ucluelet, poszukać jakichś pamiątek. Miasteczko jest urocze i pomimo wielu atrakcji turystycznych wciąż jest znacznie mniej popularne niż Tofino (na drugim końcu Pacific Rim) i mieszka w nim sporo miejscowych (równiez rdzennych Amerykanów).

Załącznik:
IMG250.JPG


Pamiątki jednak były albo bardzo drogie albo kiczowate, ruszyliśmy więc w drogę. Najpierw 4h jazdy aby oddać samochód na lotnisku w Victorii, a stamtąd na przystań promową i prosto do Vancouver. Tak jak już wcześniej pisałam, nie byliśmy pewni jak to rozegrać i ostatecznie wypożyczyliśmy samochód na lotnisku w Victorii i tam też mieliśmy go oddać. Nie była to idealna opcja, bo z lotniska do terminalu promowego był kawał drogi (jakieś 5km) drogą przy której nie było chodnika, a autobusy jeździły bardzo rzadko. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na taksówkę, za którą zapłaciliśmy 25 CAD.

Podróż minęła nam dość szybko, przy czym po drodze zorientowaliśmy się, że motel, w którym spaliśmy w Ucluelet skasował nas 2 razy (podczas dokonywania rezerwacji w lipcu oraz teraz), więc jak tylko złapaliśmy Wi-fi trzeba było zabrać się za pisanie maili. Oczywiście motel odpisał, że to pomyłka, bardzo przepraszają i zaraz oddadzą pieniądze. Spoko, tylko co by było, gdybyśmy się nie zorientowali? To uczy, że trzeba zaznaczać sobie od razu, w którym hotelu już ściągnęli od nas kasę, a w którym płatność ma być podczas pobytu.

Taksówka podwiozła nas prosto pod terminal promowy, gdzie w automacie kupiliśmy bilety (20CAD) i myśleliśmy, że zdążymy na prom o 16. Niestety, został odwołany i pozostało nam czekać ponad godzinę na kolejny.

W końcu prom przypłynął i mogliśmy wejść na pokład.

Załącznik:
IMG251.JPG


Plan był taki, żeby po wejściu na pokład spróbować kupić bilety na autokar jadący bezpośrednio do centrum Vancouver. Nie było problemu – zaraz po tym jak wsiedliśmy usłyszeliśmy ogłoszenie informujące o tym gdzie znajduje się pan kierowca sprzedający bilety. Taka przyjemność kosztuje, bagatela, 30 CAD, ale ponieważ byliśmy już u kresu podróży, a dziś były urodziny mojego męża zdecydowaliśmy się na tę odrobinę luksusu :D Inną opcją był dojazd komunikacją miejską (trzema środkami).
Do autokaru wsiedliśmy już na promie, nie powiem, było to bardzo wygodne. Dojazd do Vancouver zajął około godziny, a z przystanku mieliśmy około 10 minut spacerem do hotelu. Spaliśmy w St Clair Hostel, który zdecydowanie mogę polecić, głównie ze względu na lokalizację w połączeniu z względnie niską ceną.

Załącznik:
IMG252.jpg


Na urodzinową kolację wybraliśmy się na ramen do knajpy znajdującej się 2 budynki od naszego hostelu :D Knajpka Ramen Gojiro miała wszystko co trzeba – dobre opinie, dość niskie ceny i pyszne jedzenie (o czym świadczyła kolejka do wejścia).

Załącznik:
IMG253.jpg


Jutro mieliśmy cały dzień w Vancouver i chciałam wziąć udział w wycieczce z przewodnikiem (wiecie, taka darmowa z napiwkami na końcu). Mąż był początkowo niechętny, no bo co ma być ciekawego w Vancouver, ale jak przedstawiłam mu alternatywę w postaci pół dnia w outlecie to szybko zmienił zdanie :P Zaklepałam więc wycieczkę na 10 i poszliśmy spać.

Dzień 14 11.09.2019 Vancouver

Widok z naszego okna:

Załącznik:
IMG254.JPG


Rano popełniliśmy błąd – wybraliśmy się na śniadanie do Tim Horton’s. Myślałam, że to coś w stylu brytyjskiego Pret a Manger, ale jakość jedzenia niższa niż w McDonald’sie. Nie powiem, było mega tanio, kupiliśmy po dwie kanapki z jajkiem i bekonem, do tego kawa i zapłaciliśmy może 12 dolarów. Co z tego, skoro kanapki były tak okropne, że ledwo po jednej zjedliśmy? Kawa była ok.

Na 10 mieliśmy zaklepaną wycieczkę z Tour Guys, których bardzo, bardzo polecam. Mają kilka różnych tras, my zdecydowaliśmy się na najbliższe okolice czyli Granville Street & Gastown. Byliśmy naprawdę ciekawi co też będziemy robić przez te 2h, bo jak na razie Vancouver nie wydawało nam się miastem obfitującym w zabytki. Większość budynków wyglądała jakby powstały w przeciągu ostatnich 20-stu lat, miasto przypominało mi głównie Londyn (okolice Canary Warf czy Battersea), trochę też miało z Nowego Yorku i Hong Kongu.

Załącznik:
IMG255.JPG


Na wycieczkę zgłosiło się około 30 osób, na początku się przedstawiamy i mówimy skąd jesteśmy. Sporo Kanadyjczyków ze Wschodu, Amerykanów, do tego Europejczycy z Zachodu (UK, Holandia). Od razu okazuje się, że ta wycieczka to był strzał w 10-tkę. Przewodnikiem był założyciel Tour Guys, Ali, który ma ogromną wiedzę, a do tego talent do opowiadania.

Dowiadujemy się wielu ciekawostek o mieście, choćby to, że George Vancouver był tu tylko przez kilka dni i że jeszcze 150 lat temu rósł tu bardzo stary las deszczowy. Żeby pokazać jak wysokie drzewa jeszcze niedawno rosły w tym miejscu wystarczy spojrzeć na drzewa rosnące na dachu tego wieżowca.

Załącznik:
IMG258.JPG


Tak, robi wrażenie.

Rozwój miasta bardzo przyspieszyła budowa linii kolejowej. Tu widzimy budynek dworca kolejowego:

Załącznik:
IMG256.JPG


W środku jest on przyozdobiony malunkami przedstawiającymi najpiękniejsze miejsca w Kanadzie. Wśród nich wypatrzyliśmy, a jakże, Morraine Lake:

Załącznik:
IMG257.jpg


Dalej idziemy do Gastown, najstarszej dzielnicy miasta. Nasz przewodnik informuje nas, że kiedyś mieszkała tu biedota, teraz hipsterzy. Kręci się tu mnóstwo filmów, bo jest taniej niż w Nowym Yorku, a wygląda podobnie.

Dowiadujemy się też, że okolice naszego hostelu jak i samo Gastown jest uważane za miejsca niebezpieczne. Podobno nigdzie w Kanadzie nie umiera z przedawkowania więcej osób niż tu. Faktycznie, jak się przyjrzeć to na ulicach widzimy igły, strzykawki i inne podejrzane przedmioty. Jest sporo bezdomnych.

Victory Square, czyli plac zwycięstwa podobno jeszcze kilka lat temu aż roił się od narkomanów i bezdomnych. Dlatego usunięto krzaki, w których spali narkomani, dodano latarnie i wprowadzono częstsze kontrole policji. Efekt jest podobno zadowalający, mi w szczególności podobają się hełmy na latarniach upamiętniające poległych w I Wojnie Światowej.

Załącznik:
IMG259.JPG


Ogólnie w Vancouver widać bogactwo i biedę, które przeplatają się ze sobą i wydają się nie przeszkadzać sobie wzajemnie. Ciekawym tego przykładem jest centrum handlowe Woodward’s, które istniało w Vancouver od końca XIX wieku. Nasz przewodnik mówił, że jako dziecko przychodził tu w soboty z rodzicami, było o kultowe miejsce. Jakiś czas temu centrum zdecydowano się rozebrać, pozostał problem co w tu zbudować? Świetna miejscówka, więc deweloperzy chcieli mieszkania, natomiast działacze społeczni ze względu na dużą ilość bezdomnych w okolicy chcieli mieszkania komunalne. I co? Powstało i jedno i drugie i to pod jednym dachem! Dodatkowo trochę sklepów, poradnie leczenia uzależnień, jakaś restauracja. Z dawnego centrum Woodward’s pozostało tylko logo.

Załącznik:
IMG260.JPG


A w ogóle to wiecie czemu w Vancouver jest aż tylu bezdomnych? Ano dlatego, że to jedyne miasto w Kanadzie, gdzie szybciej umrzesz z głodu niż zamarzniesz ;) Tak przynajmniej twierdził nasz przewodnik.

Sama mam liberalne poglądy, ale Vancouver nawet dla mnie jest chyba zbyt liberalne. Jako wisienka na torcie taka sytuacja przy wejściu do kanadyjskiego Rossmana: elegancko ubrana kobieta wychodzi ze sklepu. Obdarty bezdomny zaczepia ją z pytaniem o pieniądze. Kobieta otwiera portfel i daje mu 20CAD. Pyta jak się bezdomny miewa po czym ściska mu rękę. Wow. Szczęka mi opadła.

O tym, że nie zawsze żyło się tu tak zgodnie przypomina zdjęcie wiszące w nowym kompleksie Woodward’s

Załącznik:
IMG261.jpg


To scena przedstawiająca zamieszki z 1971, kiedy to policja brutalnie stłumiła protest hippisów chcących zalegalizować marihuanę. Zamieszki były skutkiem rosnących latami napięć między hipisami mieszkających w opustoszałych budynkach w Gastown a rodzinami bogacącej się klasy średniej wprowadzającymi się w te okolice. Widać teraz już doszli do porozumienia :D

Ojcem Gastown jest „Gassy” Jack:

Załącznik:
IMG272.JPG


A na przeciw pomnika jakby mini wersja Flatiron Building z NYC:

Załącznik:
IMG273.JPG


To już koniec wycieczki. Była super i gdybyśmy byli w Vancouver jeszcze jeden dzień to na pewno poszłabym na inną organizowaną przez Tour Guys. Aż mi głupio, że ja tak mało wiem o mieście, w którym mieszkam (Gdyni). No ale w tym roku pewnie będzie szansa nadrobić, bo chyba szykują się wakacje w kraju ;)

Nasz przewodnik polecił nam kilka knajp, głównie w okolicy Victory Square. Najpierw poszliśmy na lody w kołaczu:

Załącznik:
IMG274.jpg


Hipsterska knajpa, więc cena zwaliła mnie z nóg. Ale dobre było.

Po powrocie do hostelu trochę odsapnęliśmy po czym ruszyliśmy do Stanley Park. Jak spojrzycie na mapę Vancouver to zobaczycie, że ten park jest naprawdę ogromny. Oczywiście poszliśmy do niego pieszo.

Zabudowa okolic Coal Harbor przypomina mi kraje azjatyckie (tylko ludzi mało).

Załącznik:
IMG275.JPG


Po drodze widzieliśmy też SPA Ivanki Trump. Zakładam, że to dla tej bogatszej części mieszkańców:

Załącznik:
IMG283.jpg


Patrząc na Stanley Park od strony miasta można zapomnieć, że jesteśmy w trzecim największym mieście Kanady.

Załącznik:
IMG276.JPG


Wystarczy jednak się odwrócić, aby sobie o tym przymnieć :)

Załącznik:
IMG277.JPG


Zaraz za mariną dla jachtów, koło Canada Place, znajduje się terminal hydroplanów. Dzięki temu co i rusz widać lądujące słodziaki!

Załącznik:
IMG278.JPG


Załącznik:
IMG279.JPG


A tu „lotnisko”:

Załącznik:
IMG280.JPG


Akurat w dal odpływała też większa jednostka, z tego co widzę Holland America Line. Nie wiem dokąd płynęła, ale widziałam sporo opcji rejsów na Alaskę z Vancouver.

Załącznik:
IMG281.JPG


Uwielbiam przyrodę, w tym parki i Stanley Park mnie nie zawiódł.

Po pierwsze, było w nim mnóstwo ładnych zakamarków:

Załącznik:
IMG282.jpg


Lokalna fauna dopisywała:

Załącznik:
IMG284.JPG


Załącznik:
IMG285.JPG


Na tym ostatnim zdjęciu, jak ktoś nie widzi, jest foka :D Płynęła z czymś różowym w pysku, chyba łososiem.

Były też akcenty historyczno-kulturalne:

Załącznik:
IMG286.jpg


Prócz tego piękne widoki i stosunkowo mało ludzi. Świetne miejsce.

Z parku wracaliśmy nabrzeżem, które też było ciekawe ze względu na faunę:

Załącznik:
IMG287.JPG


Prócz tego, było po prostu ładnie, widać, że już powoli zbliża się jesień.

Załącznik:
IMG288.JPG


Załącznik:
IMG289.JPG


Ta łódka miała ciekawą nazwę :D :

Załącznik:
IMG290.jpg


A na koniec pikselowa orka:

Załącznik:
IMG291.JPG


Uff, teraz już tylko na późną obiadokolację, a potem do pubu na pożegnalnego drinka. Co ciekawe, drinki były zupełnie inne niż u nas, ja piłam Moscow Mule, całkiem niezłe.

Dzień 15 13.09.2019 Powrót do Europy

Tak, to już koniec naszej wycieczki. Wylot do Londynu mieliśmy o 14, a na lotnisko można wygodnie dojechać pociągiem, więc rano poszliśmy jeszcze na spacer.

Najpierw śniadanie w polecanej przez wczorajszego przewodnika piekarni Purebread przy Victory Square. Wyszło z 2x drożej niż w Tim Hortons, ale o wieeele smaczniej!
Potem poszliśmy na spacer do Chinatown, bo tam jeszcze nie byliśmy, a według przewodnika znajduje się tam najwęższy budynek na świecie. Nie wiem, czy ze względu na wczesną godzinę, czy taki dzień - ilość bezdomnych nas poraziła. Większość zachowywała się jak wariaci (nie wiem, czy po prostu nienormalni, czy narkomani na głodzie) – jeden biegł z rowerem, po czym cisnął go na środek chodnika i uciekł, inna kobieta miała w garści ogromną szczotkę i szorowała z zewnątrz śmietnik, kilku się przepychało... Zrobiliśmy zdjęcie najwęższego budynku i uciekliśmy gdzie pieprz rośnie.

Załącznik:
IMG293.jpg


Ta część z przodu z napisem 1913 to właśnie najwęższy budynek.

I standardowa w Chinatown brama:

Załącznik:
IMG292.JPG


Na koniec jeszcze, z innej beczki, Salvador Dali:

Załącznik:
IMG294.JPG


O 11:30 odebraliśmy nasze bagaże i podreptaliśmy na stację. Na lotnisku bez przygód, lot spokojny i szybko minął, 8h i już byliśmy w Londynie :) Teraz pozostała już tylko ostatnia atrakcja i można wracać do pracy:

Załącznik:
IMG295.jpg


Dziękuję wszystkim, którzy to czytali, klikali, że lubią i komentowali :) Jeśli ktoś ma jakieś pytania, to piszcie!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 29 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group