Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 13 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 28 Maj 2019 15:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2019
Posty: 15
niebieski
Niniejszą relację spisałem na potrzeby własne, ale może komuś się spodoba ;) Był to organizacyjnie zdecydowanie najbardziej "survivalowy" wyjazd. Plan przedstawiał się następująco:
SXF -> KEF -> YUL -> bus NYC -> JFK -> YUL -> KEF -> SXF (większość lotów z Wowair)
Czas: 25.03-1.04. Dość intensywnie, ale tak lubimy.

Dzień 1
Wyjazd nietypowo. Nocą. W dodatku do Berlina. Łamiemy zasady. Przecież nie latamy z Berlina. Ale co tam. Bilety dawno kupione, nie ma wyjścia. Po raz kolejny sprawdza się Flixbus. Tuż przed północą pakujemy się na piętro autobusu relacji Gdańsk – Berlin. Przez Poznań trafiamy na lotnisko Berlin-Schönefeld (SXF) w porze silnie porannej. Po tradycyjnym niezdecydowaniu co do tego gdzie jesteśmy, czy dobrze wysiedliśmy (bo nie wszyscy opuścili pokład) i dokąd zmierzamy udaliśmy się do terminala nr 1, który stał się areną obserwacji socjologicznych. Jest to miejsce dość ruchliwe. Przewija się przez nie masa różnego typu ludzi z różnych stron świata. Ciekawie.
Oczywiście po pewnym czasie okazało się, że jednak nie siedzimy tam gdzie trzeba. Przewędrowaliśmy do terminala nr 2, który okazał się większy i wygodniejszy. W końcu lot transatlantycki. Nic to, że budżetowy. Nic to, że z przesiadką. Transatlantycki. Odprawa bez problemów. Pakowanie się w coraz mniejsze plecaki ułatwia sprawę. Chodzimy po sklepach, czekamy. W końcu padło hasło: piwo. Zimne. Najlepiej craftowe. Znalezione, ale czy można wypić. Można. Pijemy. Pozostali podróżni widocznie mieli podobne wątpliwości, bowiem gdy zobaczyli nas sączących złoty trunek natychmiast ustawiła się kolejka. Drugie piwo. Już nie craftowe. Ceny lotniskowe.
Image

Idziemy do gate’a. Długa kolejka. Siadamy. Po dłuższej chwili kolejka znika. Ludzie się rozeszli. Czekamy. Informacja: 2 godziny opóźnienia. Pytamy co się dzieje? Nie wiedzą, chyba problemy techniczne. Czekamy dalej. Zaczynamy coś przeczuwać. Wujek google podpowiada, że uziemiono kilka samolotów naszego przewoźnika Wowair, m.in. na Kubie. Podobno nie zapłacił raty leasingowej.
Obserwujemy ludzi. Wokół pełno rodaków. Zorganizowana grupa. Zauważam na bluzach nazwę wyższej uczelni. Dwa kliknięcia i rzeczywiście. Naprzeciwko siedzi rektor. Nie zdradzamy się. Obserwujemy. Towarzystwo przekazuje sobie termos. Z rąk do rąk. Czyżby komuś została kawa? Łyczek i następny. I następny. Co chwila "kurier" idzie do sklepu i rzynosi reklamówkę. Studenci załatwiają logistykę. I po łyczku, i po łyczku. Coraz weselej. Super.
Przecież nie będziemy gorsi. "E" idzie z misją wywiadowczo-zaopatrzeniową. Wraca z colą. Dobra cola. Dawno nie piłem. Chyba wzbudziła niezadowolenie naszych towarzyszy. Ponoć nic innego nie było. Jakaś taka słaba. Mało cukru. Sam pójdę. O, teraz lepsza. Czekanie staje się przyjemniejsze.
Image

Nagle poruszenie. Jeden z towarzyszy (prorektor) wraca kolejny raz ze sklepu. Ogłasza informację: w sklepie ekspedientka przekazała plotkę, że samolot nie poleci. Podobno mają kłopoty finansowe i zabierają im samolot. Wymiana informacji. Tych o uziemionych maszynach i usterce technicznej. Zapoznanie. Termos (czysty Jagermeister). Przyjaźń. Okazało się, że uniwersytercki chór leci na tournee po Kanadzie. Z całą wierchuszką. Idziemy wspólnie wypytać. Ludzie zaczynają się niecierpliwić. Nic nie wiadomo. Za radą nowych znajomych zrobiliśmy zaopatrzenie w sklepie bezcłowym. Ponoć w Kanadzie jest mini prohibicja. Po zakupach nasza pozycja towarzyska znacznie wzrosła. Zostaliśmy zaproszeni na imprezę, nocne zwiedzanie Reykjaviku itp. Raczej żadna z tych rzeczy nie dojdzie do skutku z uwagi na ogólne zmęczenie materiału. Wreszcie pozytywna wiadomość. Lecimy.
Image
Lot przebiegł bez większych problemów. Niestety opóźnienie sprawiło, że nasz connection flight nie doszedł do skutku. Zaraz po lądowaniu, jeszcze w samolocie komunikat: pasażerowie lecący do Montrealu zgłoszą się do help desku… znaczy nie lecimy dalej. Gdzie ten help desk? Nikt nie wie. W trakcie poszukiwań przychodzą sms’y od naszego przewoźnika. Wowair zapewni nam hostel. Za trzy godziny spotkanie w meeting point. Gdzie u diabła jest meeting point? Nikt nie wie. Lotnisko Keflavik opanowane jest przez pracowników z Polski. Całe. Ale oni też nie wiedzą gdzie jest meeting point. Bo to nie ich działka… jak w domu. W końcu jest. Zanim go znaleźliśmy szukamy numeru na infolinię Wow. Trzeba przebookować lot. Już nie zdążymy do Montrealu :cry: Chcemy bezpośrednio do Toronto.
Infolinia jeszcze działa. Po krótkim (stosunkowo) oczekiwaniu zgłasza się pani. Niech Pani nie odkłada słuchawki! Kilka razy każe czekać, w końcu (po ok. pół godzinie) jest. Mamy bilety do Toronto na mailu. Zdziwieni, że bez problemu i w miarę szybko. Niestety był to, jak się później okazało, ostatni kontakt z infolinią Wow. Ale co tam, przynajmniej mamy hotel. Nasi nowi znajomi naciskają help desk, żeby powiedział czy będzie kolacja. Pan nie wie. Mówi też, że to już nie pierwszy raz Wow odwołuje lot… OMG! Podstawili autobusy. Chwila i jesteśmy w hostelu. Okolica… hmm nieciekawa. Do stolicy daleko. Kolacji brak. Zmęczenie daje znać o sobie. Padamy.
C.D.N. (jeśli ktoś zechce poczytać:)


Ostatnio edytowany przez Abcn, 28 Maj 2019 15:21, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
      
#2 PostWysłany: 28 Maj 2019 16:17 

Rejestracja: 04 Gru 2012
Posty: 34
Ja chciałbym poczytać dalej. Lubię takie historie.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#3 PostWysłany: 29 Maj 2019 15:08 

Rejestracja: 09 Sty 2019
Posty: 12
I ja chce poczytać dalej. Relacja zaczynająca się od zdjęcia zimnego piwka musi być ciekawa.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#4 PostWysłany: 29 Maj 2019 23:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2019
Posty: 15
niebieski
Dzień 2
Pobudka wcześnie rano. Idziemy na śniadanie. Niestety odpłatne… wrrr Wowair. Obsługa polska nie tylko na lotnisku ale w hotelach również. Mówią, że czują się tu jak w Polsce. Tylko pogoda nie taka jak u nas. Wypytujemy o Reykjavik. Aneta (z hotelu) mówi, że warto. Szybka decyzja. Jedziemy. Biegnę do recepcji zapytać, o której autobus. 14 minut. Sprinterskie pakowanie, droga na przystanek ok. 7 minut. Jedziemy. 120 zł. za dwa bilety w jedną stronę… Taniej można tu dolecieć :( Mówi się trudno. Pogoda fatalna. Deszcz i silny wiatr. Widoki… skaliste. Jeszcze nie ma zieleni. Dojeżdżamy. Na ulicach pusto. Pojedynczy turyści zabezpieczeni przed deszczem. Szybko mokną nam spodnie i buty. To nie tak miało być.
Image
Atrakcje Reykjaviku … hmm słabiutkie. Przyroda wokół pewnie ładniejsza, ale nie mamy okazji się przekonać. Czasami robi się słonecznie. Zupełnie inny obraz. Na horyzoncie widać góry i zatoki. Po chwili znowu wieje i leje. Trzeba coś zjeść. Mamy namierzone dwie miejscówki. Baranina i ryba. Zupa na baraninie pachnie wybornie, ale tłok sprawia, że wybieramy ryby. Wg TripAdvisor najlepsze fish&chips na Islandii. Wg niektórych opinii najlepsze ever. Nie zawiedliśmy się. Rybka przyrządzona wyśmienicie. Do tego miły pan. Daje nam dodatkowo wodę i batona. Icelandic Street Food
Image
Czas wracać. Zaczyna się robić nerwowo. Nie wiemy skąd odjeżdżają busy. Wujek google podpowiada, że jakieś przesiadki. Chcemy jechać, ale okazuje się, że nie można kupić biletów. Trzeba mieć gotówkę. Kierowca coś tłumaczy, nie wiemy co, rzuca nazwami i ulicami. Jedziemy na gapę. Nagle podczas jazdy przychodzi sms od naszej ulubionej linii lotniczej Wowair. Lot opóźniony… znowu coś kombinują. Mogliśmy zostać dłużej w Reykjaviku. Trudno. W końcu po przesiadkach jesteśmy na lotnisku. Kolejny sms od Wow. Trudne warunki atmosferyczne mogą spowodować problemy ze startem. Przewidują okienko pogodowe (pół godziny) i proszą aby stawić się na czas. Idziemy w kolejkę. Odpytują: po co, dlaczego, gdzie, gdzie pracujemy itd.… oczywiście Polak. Boarding. W kolejce część naszych nowych znajomych. Oni mają gorzej. Część chóru (poznanego przez nas w Berlinie) leci, część zostaje na Islandii do jutra. Nie było tyle miejsc w samolocie Konsekwencje tego będą, jak się później okaże, daleko idące. W końcu lecimy. Kołowanie na pasie odbyło się w warunkach polarnych. Start już iście wiosenny. Islandia. Po drodze piękna pogoda. Obserwujemy krajobrazy Grenlandii. Wbrew pozorom nie jest to płaski lodowiec.
Image
Lot się dłuży. W końcu Toronto. Zaraz na wejściu pytania przesiewowe: dlaczego Kanada? Podróż. Podróż gdzie? Zwiedzać Toronto, potem USA. Przepuszczony. Czarnoskóra, bardzo duża, znudzona życiem i zirytowana kobieta steruje ruchem. Efekty wyraźnie jej się nie podobają. Wskazuje strefę z maszynami. Tradycyjnie nie wiemy o co chodzi. Obserwacja. Ludzie podchodzą, skanują paszporty, biorą kwitek i idą dalej. Próbujemy. Nic. Napisali, że nie można odczytać naszych paszportów. Nie pierwszy raz. Ostatnio w Teheranie.
Pytamy o drogę. W kolejkę. Rozmowa z celnikiem. Gdzie, po co, kiedy, pokazać rezerwacje… itd. Puszcza. Szukamy zakamuflowanego przystanku local bus. Oczywiście nie mamy dolarów kanadyjskich. Bankomaty chcą prowizję, trudno. Kawa, rozmienić dolary i autobus. Przejazd z biletem transferowym, tzn. busem do metra, przechodzisz, skanujesz i jedziesz dalej metrem. Można? Toronto robi na nas dobre wrażenie. Klimat wielkomiejski, ale ludzi niewielu. Po niedawnym Teheranie to bajka. Znajdujemy hostel. Kolejny problem. Kobieta pyta czy booking do nas nie dzwonił? Nieee. Ale przecież ostatnie kilka godzin w powietrzu więc i tak byśmy nie wiedzieli. Bo oni mają problem. Nasz pokój został zniszczony przez poprzednich gości. Nie mamy pokoju. Będą kombinować na szybko. Siadamy okrutnie zmęczeni. Pani chyba widzi, że jest cienka linia, której lepiej nie przekraczać. Proponuje wodę, pyta czy czegoś nie potrzebujemy. Za 20 minut będzie pokój, tzn. apartament. Był za 40min. Rzeczywiście ładny. Z widokiem na CN Tower, kuchnia, salon sypialnia, łazienka. Lux. W związku z poprzednią zmianą planów na Toronto zostało niewiele czasu. Postanawiamy wjechać na wieżę. Udaje nam się 20 minut przed zamknięciem. Widoki przednie, ale zmęczenie nie pozwala nam się nimi odpowiednio nacieszyć.
Image
Wracamy. Po drodze budka z hod-dogiem. Sprzedawca nas zagaduje. Okazuje się, że Turek. Pochwalił się kolegą z Polski, który dużo pije. Jeden za drugim, on nie może tego zrozumieć. Przeprosiłem za rodaka. Pomarudził na system turecki, że drogie bilety i nie może jeździć za często do domu. Miły człowiek. Nie wyglądał na Turka. Robimy zakupy na wieczór i poranek i w końcu w miarę normalnie kładziemy się spać nie wiedząc za bardzo która godzina.
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
      
#5 PostWysłany: 01 Cze 2019 06:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2019
Posty: 15
niebieski
Dzień 3
Noc minęła względnie spokojnie, nie licząc niepewności co do miejsca i czasu. Może w końcu los się odmieni? Około 7 rano zaczęliśmy weryfikować plany na następny dzień. Sprawdzać godziny otwarcia atrakcji turystycznych, trasy do dworca itp.
W pewnej chwili nieśpieszne przeglądanie Facebooka przerywa mi dziwny post… informacja w nim zawarta podnosi nas na równe nogi.
https://wowair.com/ wisi do dzisiaj
Otóż według FB WOW Air zakończył działalność… szybki rzut oka na internet i rzeczywiście. Głowna strona naszego przewoźnika informuje o odwołaniu wszystkich lotów i … o naszych prawach… Taka mała katastrofa. Po przygodach na berlińskim lotniku po cichu liczyliśmy jednak, że nam się uda wrócić. Niestety. Koniec marzeń. Totalna klapa wycieczki. Wow zostawia pasażerów samym sobie. Cytując klasyka: róbta co chceta. A gdzie państwo, Unia Unia, urzędy nadzoru, ochrona konsumenta? Człowiek zostaje sam za oceanem i nikt się tym nie przejmuje… Trzeba opracować plan B. Ale zaraz zaraz, przecież mamy ubezpieczenie podróżne, według zapewnień super wypasione, ooo to nie będzie tak źle. Dobrze, że o tym pomyślałem przed wyjazdem. Szybki podział zadań. Ja dzwonię na infolinię ubezpieczalni a E. zmienia rezerwację wyjazdu do Niagary na późniejszą godzinę i sprawdza dostępność i opcje lotów powrotnych. Udało nam się przebookować bilety na MegaBus do Niagary, z 9.30 na 11.30. chcemy się przejść i choć trochę pooglądać Toronto za dnia. Pogoda co prawda nie zachęca, ale później nie będzie już okazji.
Dzwonię. Ale zaraz. To nie Unia. Minuta rozmowy 8 pln… pewnie nie będzie krótka. Szybki risercz jak zadzwonić do Polski. Skype. Nie mam. Instalacja. Za free nie można. Zakup pakietu. Szybciej. Jest połączenie. Wszyscy konsultanci zajęci, zostaw nr oddzwonią. Jaki numer, na skypa? Jestem twardy, czekam. W końcu jest połączenie. Rozmowa na infolinii była interesującym doświadczeniem. Szybkie nakreślenie sprawy. Ooo to źle się pan dodzwonił. Jak to? Przecież dzwonię na nr z polisy. To ja przełączę do odpowiedniego działu… i tak, uwaga: 7 razy. Kiedy już połączyłem się z odpowiednim konsultantem, ten na żywo przestudiował ogólne warunki ubezpieczenia i stwierdził, że naszego przypadku, kolejny już raz, uwaga: ono nie obejmuje!? Zaraz, jak to? To na co mi ubezpieczenie podróżne? Kilkukrotnie droższe niż normalne z internetów?! No cóż… wówczas wiedzieliśmy już, że na 100% jesteśmy zdani na siebie.
E. znalazła loty powrotne z New York za 1500 PLN. Nie tak tragicznie. W między czasie na stronie Wow pojawiła się informacja o tzw. lotach ratunkowych „eng. rescue fares” dla porzuconych „eng. stranded" pasażerów, m.in. od państwowego islandzkiego przewoźnika Icelandair. Oferta wydaje się atrakcyjna. 100 USD za lot transatlantycki. Mamy różne możliwości, okolice NYC, ale też Kanada. Przecież mamy jeszcze lot do Montrealu z American Airlines. Decyzja: dzwonimy. Infolinia nie działa. Internety piszą, że ludzie rozrzuceni po całym świecie dzwonią o ratunek. Firma radzi kontaktować się innymi kanałami (SM). Piszę maila, jest zwrotka z automatu z numerem sprawy. Super. Kazali napisać na FB. Piszemy. Cisza. Piszemy drugi raz. Cisza. Pisze E. ze swojego konta. Cisza. Zakładam drugie konto. Cisza. Instalujemy Tłitera. Nic. Ok, pewnie zawaleni robotą, może odpiszą później. Szybkie śniadanko i w miasto. Nie mamy zbyt dużo czasu. Przeszliśmy się przez centrum. Fotki przy ratuszu, z napisem TORONTO i czas na dworzec. Trafiliśmy szybko. Dużo busów. Grupa Mormonów. Wsiadamy i w drogę. Po drodze sprawdzamy czy nie ma odpowiedzi od Islandair. Cisza. Może później. Do Niagara Falls nie jest daleko. Po niespełna 2 godzinach jesteśmy na miejscu. Wysiadamy na rogatkach i od razu zaczepia nas Hindus w taksówce. Nauczeni doświadczeniem: no way. Nie chcemy, nie mamy, nie damy, i w ogóle. Idziemy spacerkiem nad rzekę Niagara, a później w stronę kaskady. Po drodze mijamy rozpłaszczoną wiewiórkę. Ten obrazek z powodzeniem może stać się symbolem naszego wyjazdu.
Niagara robi wrażenie. Może nie jakieś przytłaczające, ale z pewnością jest warta zobaczenia. Siła natury. Od strony kanadyjskiej bardzo dobrze widać tzw. podkowę. Taras widokowy, a właściwie chodnik, biegnie wzdłuż rzeki. Wodospad jest właściwie na wyciągnięcie ręki. Im bliżej tym ładniej i głośniej. Trochę robimy sobie bekę z ludzi. Chińczycy przodują w nowoczesnych technologiach 😊 kilkukilometrowy marsz zagrał nam także na brzuchach, które w końcu zrobiły się pustawe. Szukamy jedzenia. Skręcamy w stronę miasta w słynną ulicę strachów. Dla nas kicz. Problem w tym, że jeszcze nie jest sezon i nie wszystkie knajpy są otwarte. W końcu wybór pada na… BurgerKing’a. Porcje większe niż u nas, WiFi, WC, wszystko czego nam w tym momencie trzeba. Po posiłku zdecydowaliśmy, że przechodzimy do USA. Zmierzamy w stronę mostu. Po drodze pierwsza przeszkoda. Craftowy browar Niagara. Happy Hour. Trzeba wejść. Kelner pyta bar czy stolik. Stolik. Siadamy. W karcie nie ma happy hour. Jednak bar. W promocji jedno piwko. Pani daje nam posmakować. Dobre. Zamawiamy dwa x 7 CAD. Już diabełek siedział na tym barze, tym bardziej, że nazwy pozostałych piwek były bardzo ciekawe, np. IceWineBear (w tym momencie przypomnieliśmy sobie, że w Kanadzie mieliśmy posmakować Ice Wine). Gdyby nie przygody z lotami i nieprzewidziane wydatki z pewnością tak szybko tego pubu byśmy nie opuścili… Wygrał rozsądek. Idziemy w stronę mostu granicznego. Kolejna przeszkoda. Płatne za przejście. Po stronie kanadyjskiej 1 CAD/os. ale „automat” przyjmuje tylko po 25c. Nie mamy drobnych. Kobieta z posterunku rozmienia na m 5 CAD. Cała masa miedziaków a my wychodzimy z Kanady przecież. No nic, trudno (po raz kolejny). Idziemy dalej, kilka szybkich fotek w połowie i już jesteśmy w USA. Tu pustki. Celnicy oglądają Gwiazdy Lombardu 😉 Kilka pytań kontrolnych, odciski palców i wchodzimy na amerykańską stronę Niagara Falls. Hotel blisko, meldunek, pokój, sprawdzenie czy nie przyszły wiadomości od Islandair’a i dalej oglądamy Niagarę, tym razem od strony amerykańskiej. Infrastruktura znacznie bardziej rozwinięta, za to widoki słabsze (uwarunkowania geograficzne). Sklep, kilka fotek i do hotelu. Przed snem sprawdzamy plan na jutro, wiadomości od Icelandair’a brak. A ceny lotów wciąż rosną… postanowiliśmy, że dajemy sobie czas do jutra wieczorem, jeśli nic się nie uda zdziałać z Icelandair kupujemy bilety sami.
C.D.N. zdjęcia dodam następnym razem (słaby net)
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
      
#6 PostWysłany: 12 Cze 2019 18:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2019
Posty: 15
niebieski
przepraszam za chwilową przerwę, ale nowa podróż odbyta :D
Kilka fotek z poprzedniego dnia:
Image
Image
Image
Image

Dzień 4
Śniadanie, zgodnie zresztą z zapowiedziami polskich turystów, marnej jakości. Dużo muszą się Amerykanie nauczyć co to znaczy dobre śniadanie. Produkty z okolicznych pól. Tradycyjne sposoby wytwarzania. Świeże pieczywo… mmm Przypominam sobie choćby Madryt z ostatnich wyjazdów, gdzie na śniadaniu można było posmakować wszystkiego co w Hiszpanii najlepsze (o Prowansji nawet nie wspominam). No ale trudno. Trochę się "zapchaliśmy" i ruszamy. Po drodze 7 eleven, kanapki na drogę i szukamy przystanku autobusowego, który ma być za punktem informacji turystycznej. Pani w środku nie wie gdzie to… w końcu się jednak dogadujemy. Z tyłu. Już w trakcie podejścia widzimy autobus, niezbyt okazały a w środku czarnoskóry kierowca. E stwierdza, że jej aplikacja pokazuje białego kierowcę. Rzucam okiem, rzeczywiście nie podobny. Powstaje pytanie czy to ten. Pytamy. Tak, New York. Ale czy można mu wierzyć? Zwłaszcza, że jesteśmy jedynymi pasażerami. Ryzykujemy. Wsiadamy. W opisie busa napisali, że ma WiFi. Szukamy sieci. Brak. Pytam kierowcę. A jest, oczywiście WiFi jest, tylko musi włączyć. No to włącz mówię. Włącza. Net jest, ale słaby. Do sprawdzenia wystarcza. Islandair nie odpisał. Ruszamy. Zaraz za miastem net znika… koniec pracy.
Droga mija leniwie. Cały czas autostrada. Nic ciekawego w zasadzie. Zjeżdżamy do kilku miast, m.in. Syracuse. Ładne. Po drodze dosiadają się kolejni pasażerowie. Coraz więcej. Niektórzy dziwni. Inni nawet brzydko pachną. Obok E usadowił się dziwny człowiek. Położył się na siedzeniach i zaczął chrapać i pierdzieć. Jeszcze lepszy był wielki czarnoskóry, który usnął i chrapał "na mokro". To tak jakby miał w gardle ciecz. Nikt nie odważył się go dotknąć :D Po kilku godzinach kierowca zatrzymuje się na jakiejś stacji. Zgłodniał biedak (duży). Wyprosił nas z autobusu i poszedł po jedzenie.
Image
Po kilkudziesięciu minutach wrócił z pizzą. Jedziemy dalej. W nielicznych chwilach, w których mieliśmy dostęp do netu sprawdzamy wiadomości od Islandair. W końcu napisali, że mogą pomóc. Ogólne poruszenie. Wow, a jednak nie jesteśmy sami. Odpisałem jaka jest sytuacja i zapytałem o oferty. Czekam na odpowiedź. Nie przychodzi. W między czasie straciliśmy już sieć… i taka była cała rozmowa. Raz na godzinę wiadomość. Summa summarum wyszło na to, że to co napisali w ogłoszeniu (100 EUR) za transatlantycki lot to fikcja. Pani napisała uwaga: "od 100 EUR" i że tych ofert to już nie ma… ich tzw. oferta była droższa niż bilety kupione w ostatniej chwili w zwykłym trybie u Norwegian’a. Swoją drogą brawo Norwegian.
Tymczasem dojeżdżamy do NYC. Przejeżdżamy obok Newark, gdzie mieszka nasza rodzina. Wjazd na Manhattan od strony tunelu Lincolna. Korek gigant. Przejazd płatny. W końcu wyjeżdżamy po drugiej stronie. Jesteśmy na Manhattanie. Wysiadamy w centrum.
Image
Pierwsze wrażenie jednak ogromne. Wokół same drapacze chmur. Przechodzimy obok Empire State Building, Central Station itp. W końcu dochodzimy do hotelu. Pokój bez okna 😊 kupujemy bilety na lot do domu i… totalna śpiączka. Chwilę wcześniej zapytałem Panią czy możemy zostać jeszcze jedną noc, ale już nie było miejsc. Musimy znaleźć hotel. Ale to jutro…
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
      
#7 PostWysłany: 13 Cze 2019 16:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2012
Posty: 1192
srebrny
@piotrsiem dawaj dalej, bo jestem ciekaw jak to się skończyło :D
_________________
Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#8 PostWysłany: 13 Cze 2019 19:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2019
Posty: 15
niebieski
@littleboy1989 bardzo proszę, trochę mi z tym schodzi... pewnie coś robię naokoło ;)

Dzień 5
Wstajemy szybko, już po piątej wchodzimy na obroty (zmiana czasu), planujemy, szukamy, wytyczamy trasy… Bilety kupione wczoraj. Postanawiamy odpuścić sobie dzisiaj zamartwianie się i wykorzystać w pełni choć jeden dzień wycieczki. Pierwszy punkt sklep. Drugi punkt Central Park. Wychodzimy wcześnie. Pokój mamy do 15. Postanowiliśmy zatem, że oblecimy co się da i wrócimy po bagaże. Rześko. Na ulicach pustawo. Nie to co wczoraj. Sobota. Punkt pierwszy zrealizowany. Hersheye zakupione. Będą nas trochę ratować w biegu. Dochodzimy do Central Parku od strony Hotelu Plaza. Robi wrażenie. Brakuje tylko Kevina. Rzędy drapaczy chmur jakby zaglądały do środka.
Image
Image
Trochę spacerujemy, ale plan napięty trzeba iść dalej. Wchodzimy w 5th Ave od strony Trump Tower i zmierzamy w kierunku Rockefeler Center. Chłoniemy miasto. Liczba ciekawych rzeczy do zobaczenia jest tak duża, że musimy dokonywać poważnej selekcji. Jedną z tych rzeczy, z których zrezygnowaliśmy był wjazd na taras widokowy na CNBC. Stwierdziliśmy, że w zamian wjedziemy na Empire State Building. Na taras nie wjechaliśmy, ale podziemia zwiedziliśmy jak najbardziej. Nawet trochę się zagubiliśmy. Miało to swoje plusy dodatnie 😉 natrafiliśmy na latynoską knajpkę, w której zamówiliśmy „Offer” z plakatu: 2 za 4$. Oczywiście nie wiedzieliśmy co to będzie. Ale tanio. Dostaliśmy kanapki na ciepło. Coś w stylu burgera, ale z kiełbasą pomieloną, na ostro, z jajeczkiem sadzonym, serem cheddar miiodzio. Okazało się to najlepszym zakupem kulinarnym podczas całego wyjazdu. Chcieliśmy później odszukać naszą knajpkę, jednak nie byliśmy w stanie jej namierzyć.
Image
Po tym smakowitym posiłku skierowaliśmy się w stronę Times Square. Neony, neony, neony. Na każdym kroku coś znanego, ogromnego i ciekawego. Dużo ludzi.
Image
Czas goni. Kierujemy się w stronę hotelu. Trzeba zwolnić pokój i przenieść się do następnego. Po drodze zaczepiamy jeszcze o Grand Central Station. Kolejne wspomnienia z filmu. Słynne schody. Pod dachem oczywiście flaga. Schodzimy o poziom niżej a tam strefa kulinarna. Pod całym dworcem masa knajpek, restauracji i barów. Pełno ludzi. Dużo miejsca do siedzenia. Chyba wszystkie kuchnie świata. Chcieliśmy spróbować amerykańskiego burgera. Wybieramy jedną, popularną (sądzimy po kolejce) miejscówkę. Za długo czekania. Przyjdziemy później.
Idziemy do nowego hotelu zostawić rzeczy. W recepcji Polka. 23 lata w USA. Bardzo miła, wszystko wytłumaczyła, podpowiedziała też żeby wjechać na dach hotelu (17 piętro) i porobić sobie zdjęcia. Super pomysł. Oczywiście była też niemiła niespodzianka. Do ceny, jaką oferował booking doliczono nam 40 kilka $ Jak to Pani powiedziała to musisz wziąć. Było o tym na forum już wiele razy. W pakiecie WiFi w pokoju, przekąski i… uwaga: wine hour. Czyli co? Przez godzinę w barze serwują wino. E dociekliwa. Ile tego wina? Jak to? Odp: nikt wam kieliszków nie będzie liczył. Banan na twarzy. A to się nam zwróci 😉 Tylko pilnuj godziny.
Image
Kolejny punkt programu: przeprawa na Brooklin miejskim promem (NYC Ferry). Mamy niedaleko (East 34 Street Terminal, linia ER). Drobne kłopoty w automacie biletowym 😊 i płyniemy. Widoki rzeczywiście fajne. Cały Manhattan (najpierw górny, potem dolny) jak na dłoni. Piękne panoramy. Mosty. Po drodze: Long Island, Greenpoint, Williamsbourg, Dumbo. Dopływamy. Na Brooklinie niesamowity tłok. Ładna pogoda sprawia, że w zasadzie każde miejsce wykorzystywane jest do odpoczynku i podziwiania wspaniałej panoramy Manhattanu.
Image
Idziemy w górę. Zaczynamy rozglądać się za jedzeniem. Wszędzie kolejki. Szukamy wejścia na Brooklyn Bridge. Remonty, dróżki, w końcu idziemy za tłumem. Przy wejściu buda z frytkami. Offer: 2 za 1… przedszkolny błąd… zamiast krzyknąć offer, mówię, że chcę hot doga… Stary ciemnoskóry tylko na to czekał. Wyjął wielką bułę, jeszcze większą kiełbasę, wlał i wsypał na to chyba wszystko co miał… i mówi 10 dołków... A ja żeby dał drugiego bo jest offer. A on pokazuje, że offer to jest na takie mikro hotdogi… nie gadamy z …
W końcu wchodzimy na most. Tłum niesamowity. Pełno Chińczyków z selfikami. Droga podzielona jest na dwie części: z lewej piesi, z prawej rowerzyści. Oczywiście nikt tego nie przestrzega. Ale rowerzyści (niektórzy) pędzą na złamanie karku. Nie wiem czy tam nie ma przypadkiem kolizji. Po paru metrach chcemy się jak najszybciej wydostać. Nie jest to proste. Przyspieszyć nie ma za bardzo jak. W końcu mamy sposób. Idziemy szybkim krokiem na skraju ścieżki dla rowerów. Jest szybciej.
Image
Przechodzimy na drugą stronę. Dzielnia nazywa się Seaport. Po drodze magnesy. Usłyszeliśmy od przewodnika grupy włoskiej, że na końcu mostu są najtańsze w mieście. Rzeczywiście 1$. Przypominamy sobie, że czas wracać na Wine hour. Decydujemy się na metro. Komplikacje. Ta sama linia – różne oznaczenia. W końcu domyśliliśmy się, że chodzi o ekspres. Co jakiś czas jeżdżą linie ekspresowe, które mają ten sam nr ale nie zatrzymują się na wszystkich przystankach. Kosztowało nas to wysiadkę w między czasie, „żeby sprawdzić” 😊 Prawie biegiem docieramy do hotelu. Zaczynamy „winning”. Godzina degustacyjna. Na początku czerwone. Duża, ciemnoskóra kobieta, oczywiście znudzona życiem i zapewne zirytowana „muflonami” polewa winko. Obok niej stoi słoik. Orientujemy się, że dobrze widziane są napiwki… nieee. Przecież już zapłaciliśmy dodatkowe dolary. „Somalierka” osobom, które nie uiszczają haraczu wlewa jednak wyraźnie mniej!!! Przypadek sprawił, że pomiędzy E a ogromną „somalierką” nawiązała się jednak nić porozumienia (niemego, pozawerbalnego). Przyczyna zadaje się tkwiła w odpowiedzi na pytanie: jakie wino podać? Ja powiedziałem czerwone. Spojrzała na mnie spod byka i wlała małą porcję. E rzuciła nazwę szczepu, co wywołało wyraźne zainteresowanie dużej „somalierki”. Duża porcja. Oczywistym było, kto od tej pory będzie chodził po wino 😊 kiedy doszedł jeszcze napiwek staliśmy się zapewne jednymi z ulubionych gości. Znają się, do tego dali napiwek. Dochodzą kolejni smakosze. Niektórzy niewychowani. Przynoszą jedzenie („zapachowe”) w plastikowych pojemnikach. Duża „somalierka” patrzy z politowaniem. Zauważa, że my też zerkamy w stronę kulturalnych inaczej. Mruga. Godzina szybko mija. Może i dobrze. Dalsze plany byłyby zagrożone.
Kolejny kierunek Empire State Building (ESB). Humory dopisują (wine hour). Nie mamy daleko. Tłumów nie ma. Plan obmyślony w ten sposób, aby wjechać kiedy jeszcze widno i zostać aż zapadnie zmrok. Kupujemy bilety i wjeżdżamy windą na 76 piętro. W trakcie wjazdu (trwa to minutę) na suficie windy wyświetlane są sceny z budowy ESB. Jakbyśmy w przyspieszonym tempie obserwowali jak powstawał ten ogromny budynek. Warto zaznaczyć, że oddano go do użytku w 1931 roku i przez długi czas (do lat 70-tych) był najwyższym budynkiem w NYC. Na tarasie widokowym 76 piętro oglądamy przepiękną panoramę z zachodzącym słońcem w tle.
Image
Okazuje się, że to jeszcze nie koniec. Idąc za tłumem wsiadamy do windy, która przewozi nas o 10 pięter wyżej, na 86 piętro. Taras pod samą iglicą. Na zewnątrz. Czekamy na zmrok. Tłumek odwiedzających gęstnieje. W końcu słońce zaszło i można było zacząć podziwianie nocnej panoramy Nowego Jorku. Trzeba przyznać, że był to jeden z piękniejszych widoków, jakie w ogóle oglądaliśmy w naszym życiu? Do tego okazało się, że Pocophone (Xiaomi) robi całkiem przyzwoite fotki nocą. Widoki tak nas zaabsorbowały, że nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy zrobiło się naprawdę późno. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz, dobrowolnie spędziliśmy tyle czasu w atrakcji turystycznej.
Image
W końcu decyzja: schodzimy, a właściwie zjeżdżamy. Na podobny pomysł wpadły też dzikie tłumy turystów. Kolejka. Czekamy dobrych parę minut. Zjazd oczywiście do sklepu. O dziwo nic nie kupiliśmy 😊 Łapie nas głodek. Co by tu zjeść…
Ale norma kilometrów jeszcze nie wyrobiona. Kierunek Time Square. Koniecznie chciałem zobaczyć nocą. Nie zawiodłem się. Robi jeszcze większe wrażenie niż za dnia. Tłumy ludzi. Na rogu, pod największym neonem sklep firmowy Hersheya. Czego tam nie było… fotki, filmiki i kierunek hotel. Po drodze szukamy naszej latynoskiej knajpy pod Rockefeler Center. Bez powodzenia. Przypominamy sobie, że pod Grand Union Station jest wielka jadłodajnia. Zainteresował nas poprzednio burger. Była do niego ogromna kolejka. Idziemy. Kolejka jest, ale trochę mniejsza. Czekamy. W końcu wybieramy burgera z reklamy. Młodzież jest lepiej zorientowana. Mają apki i coś tam w nich grzebią. My jak zwykle nie wiemy o co chodzi. Burgery dobre. Bardzo dobre. Soczysta wołowinka i doskonale skomponowane sosy. Niestety nie tanie. Posiłek wykończył nas na dobre. Powłócząc nogami kierujemy się do hotelu. Po drodze zakupy. Chińska zupka i coś tam. Szybki wjazd na dach, fotki nocne i zapadamy w błogi sen.
Image
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#9 PostWysłany: 14 Cze 2019 06:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2012
Posty: 1192
srebrny
Dzięki
Dwa pytania:
1. O co chodzi z tymi 40$ w hotelu ?
2. Planujesz wrzucić na końcu może jakieś podsumowanie kosztów?

Wysłane z mojego SM-G925F przy użyciu Tapatalka
_________________
Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#10 PostWysłany: 14 Cze 2019 07:38 

Rejestracja: 03 Lis 2012
Posty: 2373
Loty: 143
Kilometry: 128 306
srebrny
Co to za hotel z "Wine Hour"?
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#11 PostWysłany: 14 Cze 2019 22:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2019
Posty: 15
niebieski
littleboy1989 napisał(a):
Dzięki
Dwa pytania:
1. O co chodzi z tymi 40$ w hotelu ?

chodzi o to, że na booking.com ostateczna cena hotelu stoi dajmy na to 400 PLN a na miejscu okazuje się, że musisz zakupić dodatkowe usługi. Nie można z tego zrezygnować. W tych 40$ (lub 35 nie pamiętam już dokładnie) było wifi w pokoju, snack bar i właśnie wine hour. Problem polega na tym, że booking o tym nie wspominał...
littleboy1989 napisał(a):
2. Planujesz wrzucić na końcu może jakieś podsumowanie kosztów?

nie myślałem o tym, nie mam takiego zestawienia, pojedyncze kwoty pewnie bym odszukał... zobaczymy
vincenz napisał(a):
Co to za hotel z "Wine Hour"?

Shelburne Hotel & Suites by Affinia https://goo.gl/maps/uBzcKcefLZC2w8h76, hotel świeżo wyremontowany, dzięki Renacie z recepcji dostaliśmy APARTAMENT, że ho ho ;) ogólnie jest spory problem na Manhattanie z hotelami (tańszymi), ale jako że nie mieliśmy czasu nie chcieliśmy dojeżdżać a tu trafiła się promka jakaś.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#12 PostWysłany: 14 Cze 2019 22:44 

Rejestracja: 06 Kwi 2011
Posty: 765
niebieski
piotrsiem napisał(a):
chodzi o to, że na booking.com ostateczna cena hotelu stoi dajmy na to 400 PLN a na miejscu okazuje się, że musisz zakupić dodatkowe usługi. Nie można z tego zrezygnować. W tych 40$ (lub 35 nie pamiętam już dokładnie) było wifi w pokoju, snack bar i właśnie wine hour. Problem polega na tym, że booking o tym nie wspominał...

A pamiętasz, czy rezerwowałeś booking basic, czy nie? W tej opcji faktycznie opłata klimatyczna nie jest wyszczególniona jako wliczona.
Załącznik:
hotnyc.JPG
hotnyc.JPG [ 88.41 KiB | Obejrzany 3863 razy ]
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#13 PostWysłany: 14 Cze 2019 23:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2019
Posty: 15
niebieski
-- 14 Cze 2019 23:20 --

mikerus napisał(a):
A pamiętasz, czy rezerwowałeś booking basic, czy nie? W tej opcji faktycznie opłata klimatyczna nie jest wyszczególniona jako wliczona.

No co Ty, po takim czasie ;) sprawdzaliśmy wspólnie z kobietą w recepcji, w sumie można było o to zrobić mały dymek, ale po takich przygodach... Poszukaj na forum, było o tym kilka razy już pisane.

-- 14 Cze 2019 23:43 --

Dzień 6 i właściwie 7 (ostatni)
Program w tym dniu dość napięty. Sporo zostało do zobaczenia. Marszruta opracowana. Na pierwszy ogień High Line. Musimy przemaszerować na zachodnią stronę Manhattanu. Ciekawe doświadczenie. Krajobraz zmienia się właściwie z każdą ulicą. Kolejne aleje bardzo się od siebie różnią. Zupełnie inny klimat. Trochę psuje się pogoda. W końcu znajdujemy wejście. High Line to jedna z nowszych atrakcji NYC. Nowoczesna przestrzeń miejska, odzyskana dla mieszkańców poprzez zagospodarowanie starej, nieużywanej linii kolejowej. Niesamowicie pomysłowe. Idziesz na wysokości kilku/kilkunastu metrów, często zaglądając ludziom do okien. Po prawej stronie rzeka Hudson. Pełno ławek, tereny zielone, często półpiętra. W trakcie kilkukilometrowej marszruty (max. bodaj 2,5 km) obserwujesz zmieniający się krajobraz.
Image
Image
Zmienia się także samo miasto. Nowoczesność wydziera ostatnie wolne przestrzenie. Często wydziera też te już od lat zajęte. Wiele dzielnic traci przez to swój klimat. Ludzie lepiej znający się na rzeczy twierdzą, że proces ten postępuje w zastraszającym tempie. Sami obserwowaliśmy place budowy. Na miejscu starych, zabytkowych kamienic, fabryk, skwerów powstają coraz to wyższe wieżowce. Od czasu do czasu uda się jednak połączyć stare z nowym. Świetnym przykładem jest oddany niedawno (2012) do użytku Chalese Market. W postindustrialnej przestrzeni, na powierzchni całego praktycznie kwartału, urządzono sieć małych sklepików, coś na kształt targu. Nie takiego jak w Teheranie 😉 bardziej ułożonego, ładnego, uwypuklającego historię miejsca, w którym został zorganizowany.
Image
Idziemy dalej. E koniecznie chce zobaczyć dzielnicę, w której mieszkała bohaterka „Sex in the city” Carrie Bradshow. Zobaczyliśmy. Pfff ;) Po drodze zaczepia nas człowiek w aucie. Pytają w którą stronę na Grand Zero. Nie wiem, my turyści. Pytają innych, też turyści. W końcu zrezygnował, odjeżdżając rzucił: w Nowym Yorku więcej turystów niż mieszkańców. Rozglądam się... swoją drogą może w tym coś być. My kierujemy się w stronę Supreme. Spełniamy marzenie Micha (syna). Jak on nas kochał zanim tam dotarliśmy. Dzielnica niespecjalna. Budynek posprejowany. Chcemy wejść. Drogę zagrodził nam wielki, czarny bramkarz. Do kolejki - mówi. Patrzymy, rzeczywiście za rogiem długi ogonek. Pada deszcz. My zmęczeni. Piszę do Micha, że nie czekamy. Jak on nas prosił i kochał wtedy… Poczyniłem ciekawe obserwacje biznesowe. Nie ma to jak wykreować popyt i tworzyć wrażenie unikalności produktu. Po dłuższym czasie wchodzimy. Towarów mało, wszystko szybko znika z półek. Ludzie łapią co jest. A towary średnie. Nic specjalnie nam się nie podoba. Po telemoście z Michałem bierzemy bluzę i skarpety (na handel). O cenach nie wspominam. Kosmos. Kto nie zna tego dla mnie niezrozumiałego „fenomenu” warto się choć pobieżnie zainteresować. Z ciekawości. Nie żeby coś kupować.
Image
Po spełnieniu życzenia naszego młodszego syna kierujemy się w stronę strefy zero. Przechodzimy przez China Town. Postanawiamy zjeść. Knajpa na rogu. Mała, zatłoczona. Jeden stolik. Pełny. Ryzykujemy. Nie zawiedliśmy się. Za 5$ byliśmy oboje pełni. Ryż, mięso, sos, mięso. Kobieta zdziwiona, że nie warzywa. Idziemy dalej. Kawka w Starbucks. Wchodzimy do strefy WTC (WTC Path). Podziemia robią wrażenie. Kilka pięter odbudowanych po ataku. Na powierzchnię wystaje tylko dach, jakby wyrastał spod ziemi. Wyjeżdżamy na powierzchnię. Dwie ogromne dziury w ziemi. Trudno objąć to wszystko aparatem. W nich wodospady. Naokoło nich nazwiska osób, które straciły życie 11/09. Gdzieniegdzie biała róża. Cała strefa wyłączona z ruchu. Względna cisza (jak na NYC) sprzyja zadumie. Uświadamiamy sobie ogrom zniszczeń. Nie wszystko jeszcze odbudowano.
Image
Image
Idziemy dalej. Następny punkt Wall St. Blisko. Budynek giełdy i sama ulica w remoncie. Szybkie fotki i dalej. Po drodze mijamy statuetkę dziewczynki. Kolejka Japończyków do zdjęcia. Nie wiem co symbolizuje postać. Sprawdziłem. Pierwotnie stanęła na przeciwko słynnego nowojorskiego byka z Wall Street, z rękoma na biodrach i wysoko uniesioną głową. Miała zwrócić uwagę na problem dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową w świecie korporacji.
Początkowo spodziewano się, że pozostanie tam jedynie tydzień, ale ze względu na jej popularność burmistrz Bill de Blasio przedłużył zezwolenie, pozostawiając ją w obecnym miejscu go na dłużej niż rok.
Szukamy byka. Szybki look na googlemaps. Z drugiej strony. Idziemy. Na rogu sklep. Namierzamy Hershey’s. Bierzemy wszystkie. Pani w kasie się śmieje. Mówię, że dla całej rodziny… BTW gdzie my je poupychamy? Jest byk. Dłuuuuga kolejka Japończyków, aby zrobić sobie z nim zdjęcie. Nie czekamy. Zachodzimy od tyłu. Przypomniałem sobie, że złapanie byka za jaja ma zapewnić powodzenie finansowe. Rzeczywiście świecą się od dotykania. Wysyłam E pod pozorem zrobienia fotki.
Image
Idziemy dalej w stronę statków do Statuy Wolności. Nie mamy już czasu aby popłynąć. Chwila wytchnienia, zaduma nad znaczeniem pomnika i decydujemy, że czas zakończyć naszą przygodę. Szukamy drogi na lotnisko. Kobieta z hotelu tłumaczyła nam co prawda jak dojechać (kilka przesiadek), ale z drugiej strony Manhattanu. Decydujemy, że zaufamy googlemaps. Wsiadamy w ekspresowe metro, którym dojeżdżamy do kolejki. Na dworcu kłopoty. Automaty nie chcą naszej karty. Prosimy o pomoc. Pani nie wie dlaczego. Wpuszcza nas na swoją kartę. Idziemy do pociągu i… nie wiedzieć czemu ja wsiadam, drzwi się zamykają a E zostaje na peronie… no tak. Coś mi to przypomina. Lemingi (tak nazwał nas synek) z Brukseli 😊 wysiadam na najbliższym przystanku, przesiadam się do powrotnego wagonu i za 2 minuty jestem na ratunek. Lotnisko JFK zorganizowane wzorowo.
Image
Ruch spory, ale boarding trwa tylko chwilę (rękaw, strefy). Dreamliner bardzo wygodny. Kilka godzin lotu i jesteśmy na Stansted. Transfer na Luton (2 godziny) busem. Wizzair do Gdańska. Dobrze, że tym razem nie wybraliśmy się autem. Całe to zamieszanie to pokłosie akcji z Wowair. Przy okazji zaobserwowaliśmy ciekawą sprawę. Niektórzy nadgorliwi pracownicy Wizzair’a czepiają się bagaży. To standard. Ale pojawiła się kobieta, która zapłaciła za większy bagaż, ale go nie nadała, spodziewając się, że wejdzie do samolotu. Niestety tak się nie stało. Zmusili ją do zapłacenia chyba 50 funtów za nadbagaż, za który już zapłaciła. Kosmos, trzeba uważać.
W Gdańsku w pośpiechu zmierzamy do odprawy, aby zdążyć na autobus na dworzec Flixbusa. Udało się. Autobus już czekał. Podróż bez zakłóceń. Tym sposobem nasza transoceaniczna wyprawa z przygodami dobiegła końca.
Podsumowanie soon...


Ostatnio podbity przez piotrsiem, 14 Cze 2019 23:43
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 13 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group