Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 17 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 11 Gru 2018 20:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
niebieski
PROLOG
Gdzie by tu w tym roku na 2 jesienne tygodnie wyskoczyć? Musi być ciepło, nieoklepanie, ale i niehardcorowo. I żeby nie spędzić 2 dni na podróż w jedną stronę. Monitoring pojawiających się okazji zaowocował zakupem charterowych biletów do Rio de Janeiro. Szybkie googlowanie wykazało obecność Rajskiej Wyspy z fajnymi szlakami trekkingowymi w odległości kilku godzin prom-autobus od tegoż. Szybka decyzja – jedziemy!

Chrterowym „Drimkiem” LOTu całkiem wygodnie w 13h docieramy późnym wieczorem do Rio. Z lotniska autobus 2018 na Rodovaria Novo Rio – i tam stajemy na nocleg w wypasionym hotelu Intercity, będącym ciekawą enklawą cywilizacji w rejonie ruder portowych ciągnących się dookoła.
Rio nas nie nęci – więc załatwimy tu tylko to, co niezbędne.
Rano – kupujemy gaz, spacerek po centrum, kawa w jakiejś Bardzo Renomowanej Kawiarni wyglądającej jak wyciętej z Wiednia i nadbrzeżną promenadą powrót do hotelu – po plecaki, po czym autobus do Magaratiby (ponad 4h zamiast 2,5h – mega-korki w Rio). Nocujemy w M. - cichym nadmorskim miasteczku, skąd rano mamy prom na Wyspę.

ILHA GRANDE. DZIEŃ PIERWSZY

Wyruszamy porannym promem 8:00.

Załącznik:
1.jpg


Wielki Prom jest prawie pełen - ze 300 osób. 99% to Brazylijczycy - przeważnie młodzież z Rio. Jest sobota rano - więc jadą na Wyspę poimprezować. Jest także grupa emerytów śpiewających lokalne pieśni chętnie podchwytywane przez Wspolpromujących.
Choć krypsko jest wielkie, to nieźle nim kołysze. Niebo zachmurzone, ale nie pada. Prognoza znowu się pogorszyła. Dotychczas sobota miała być jedynym dniem bez deszczu. Obecna prognoza pokazuje już deszcz od popołudnia. Po raz kolejny zmieniamy plany. Pójdziemy odwrotnie do ruchu wskazówek zegara. Rajskość południowego wybrzeża pod namiotem - w deszczu traci swoją moc, a na północy i zachodzie powinniśmy znaleźć noclegi pod dachem.
Po półtorej godziny lądujemy w Abrao - największej wiosce Wyspy, gdzie większości przyjezdnych pozostaje robiąc potem jednodniowe wypady głownie łodziami. Nasz plan jest Inny :-)
Pijemy Ostatnie Zimne Piwo - i wyruszamy. Ścieżki są dobrze oznaczone i przedeptane. Nie jest to bynajmniej przedzieranie się przez dżunglę z maczetą ;-)

Załącznik:
2.jpg


Kąpiemy się w wodospadzie, dalej przechodzimy pod ruinami akweduktu. Wow! Takich konstrukcji się tu nie spodziewałem. W XIX wieku doprowadzał wodę z gór do lazaretu dla trędowatych, którego ruiny są nad brzegiem. Wyspa przez wiele lat była odosobnieniem dla trędowatych właśnie, potem funkcjonowało tu ciężkie więzienie. Dopiero pod koniec XXw. została "otwarta" - temu zawdzięcza niezepsucie turystyczne mimo bliskości Rio.
Idziemy przez dżunglę. Jest jak dżungla. Wszelkie nasze rośliny doniczkowe- w wielkości x10 albo x100. Ptactwo świergoli. No jak na Tropical Island pod Berlinem. Oglądam przydrożny kamień. Nie znajduję głośnika firmy Bose. Odgłosy są original ;-)

Załącznik:
3.jpg


Najfajniejsze jest to, że tej dżungli mamy na 9 dni ciągłego marszu do przodu. To jest piękne. Uwielbiam iść ciągle do przodu ze świadomością, że nie musze nigdzie wrócić. Że jesteśmy samowystarczalni - w dowolnym miejscu możemy ugotować obiad albo rozbić namiot. No prawie (formalnie obozowanie na Wyspie jest nielegalne). Jedzenia mamy na około 4 dni, więc będziemy wspomagać się w wioskach gdzie się da. W każdym razie jest super. Nawet nie pada. Nie ma też upału chociaż pot się z nas leje strumyczkami. Pewnie jest ok 30C. Bez żalu zatem przyjmujemy pierwsze krople deszczu.
Kolejny wodospad. Kąpiemy się - Mniam :-) . Filtrujemy wodę- i gotujemy kuskus z rosołkiem. Do tego ser żółty. Mniam :-)
Idziemy dalej.

Załącznik:
4.jpg


Dochodzimy do wybrzeża.
Na plaży knajpka. Zimne piwo! Mniam :-)
Maszerujemy plażą. Po kilkuset metrach drogę przecina rzeczka. Trzeba zdjąć buty. Obok "brodu" przenośny barek z zimną Caipirinią. Mniam :-)
Po sforsowaniu brodu - kontynuujemy boso. Pyszny piaseczek, tym bardziej, że przypływ podchodzi pod mangrowce- woda powyżej kolan. Mniam :-)

Załącznik:
5.jpg


Takie podróżowanie lubię najbardziej. Krótki stop na kąpiel. Ścieżka odchodzi w bok. Z mapy widać, że za pół km znowu wróci na plażę więc idziemy boso. I tak już jest przez kolejne km. Mijamy wioski. Jest ich tu sporo. Wszystkie bardzo lokalne. Czujemy się jak na Filipinach. Brak asfaltu, brak pojazdów. I jeszcze jedno - Brak Śmieci. Szok. Tu ogóle nie ma śmieci, a na ścieżce w wiosce widać ślady po grabieniu. Jesteśmy pod wrażeniem, mijając kolejne wioski.
W jednej spotykamy "czytelnię". W kolorowo pomalowanej sklepowej lodówce z napisem "Ponto de lettura" - różnej maści i wieku książki. Delektuję się przeglądaniem "Mechanica Popular" z 1968. To taki nasz "Motor". Mniam :-)
Napotkani Tubylcy zagadują nas po drodze z sympatią a nawet szacunkiem pewnym. Choć to ścieżka "dokoła Wyspy", to nieczęsto ktoś tędy idzie z takim właśnie zamiarem. My tak - co widać z daleka po atrybutach - wielkie plecaki, bambusowe kije i na maxa wyciuchane buty moje (obecnie przytroczone do plecaka, bo idziemy boso).
Słów kilka o języku. Niby portugalski podobny jest mocno do hiszpańskiego, który nieco liznąłem podczas poprzedniej wyprawy America del Sur, ale letko nie jest. Jak czytam tekst pisany - to sens wyłapuję. Problem jest z mową. Jak określiła Basia - portugalski- to taki hiszpański mówiony przez Węgrów. Rzeczywiście. Aż świszczy od "sz", a już osobliwie na końcu każdego wyrazu - "sz" obowiązkowe. W efekcie początkowo nie rozumiem praktycznie nic. Oni natomiast moją łamaną hiszpańszczyznę do której staram się dodawać węgierskie akcenty - rozumieją ok. Ja z czasem też się trochę wdrażam. Spotyka mnie nawet zaszczyt jak koleś pyta, czy jestem z Argentyny :-)
No więc idziemy. Na kolejnej górce gotujemy kisielek. Pozyskuję do niego owoc JackFruita. Mały i nisko rosnący - zobaczymy. Coś nie tak. Z owocu leci coś białego, w środku masa do-niczego-niepodobna. Na dodatek to białe ma parametry i konsystencję kauczuku. Pewnie niedojrzałe. Szkoda mi było zrywać dużego owocu, bo toto wazy kilkanaście kilo, ale następnym razem tak zrobię. Jak będziemy solidnie głodni.

Załącznik:
6.jpg


Tempo naszego marszu "nie jest imponujące ". Po 17tej docieramy do kolejnej wioski. Za godzinę będzie ciemno, więc w wioskowym baro-sklepie pozyskujemy pizzę i dogadujemy się na nocleg. Całkiem skutecznie. Może nie tanio (200 BRL ze śniadaniem), ale pokój z łazienką jest bardzo przyjemny, a w nocy ma lać więc namiot nam się nie uśmiecha. Wieczorna kąpiel połączona z praniem w plażo - porcie (znowu jak na Filipinach) - i zalegamy spać.
To był Długi Dzień.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 12 Gru 2018 12:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Lip 2012
Posty: 3069
złoty
Super sprawa, dorzucaj kolejne odcinki kolego, czekam z niecierpliwością :P
_________________
Mam alergię na "witam" i "w mojej ocenie".
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 12 Gru 2018 13:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Gru 2014
Posty: 602
Loty: 162
Kilometry: 202 478
srebrny
Także będę śledził z zaciekawieniem, bo w styczniu przeszedłem Ilha Grande wzdłuż i w szerz, ale z powodów wówczas głównie zdrowotnych - nie naokoło ani nie kajakiem, choć taki plan również był ;)

pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy ;)
_________________
http://www.zb-szwoch.pl

=> Føroyar 2019 <=
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 12 Gru 2018 22:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
niebieski
widzę zainteresowanie tematem - więc kontynuuję... :-)

DZIEŃ DRUGI

Idziemy. Pogoda całkiem jeszcze ładna.
Gdzieś między wioskami, na bezludziu – stary kolonialny kościół. Lubię Pośrodku Niczego napotykać Takie Miejsca. Każde z nich bije na głowę wszystkie tłumnie odwiedzane Sacre Coeur’y tego świata.

Załącznik:
7.jpg

Załącznik:
8.jpg


Zachodzę w głowę komu ongiś służył w tym miejscu.

Na plażach - jako że to niedziela - mnóstwo Lokalesów z Rio. Popijając cerveję Brahma podczas postoju na jednej z plaż - obserwujemy cykl: przypływa Okręt z 2ma masztami, daszkiem p-słonecznym, rozkręconą na full muzą i 50ma rozimprezowanymi Ria-kami w różnym wieku. Wysypują się do wody i na plażę. Koło nas rezyduje akurat Ekipa Żółtego Kubeczka. Wszyscy popijają coś z takowego. Po pół godzinie Okręt daje sygnał syreną - towarzystwo po drabince pakuje się spowrotem. Plaża pustoszeje. Na chwilę. Podpływa kolejny Okręt...

Załącznik:
9.jpg


My na szczęście Jesteśmy Wolni. Z ulgą opuszczamy plażę i zagłębiamy się w Dżunglę pełną w tym rejonie drzew Jack-fruitow. Podnoszę jeden z ziemi - wygląda na niedawno spadły. Waży z 10kg. Rozcinam nożem. W środku OK. Po wydłubaniu przypominających bob pestek - smakuje jak skrzyżowanie ananasa z kapustą. Całkiem niezły.

Kolejne plaże solidnie spowalniają nasz marsz. W końcu docieramy do Maratiz.

Załącznik:
10.jpg


Malutka wioska z kościołem, molo dla stateczków i plaża. Dobijamy targu odnośnie noclegu. Ćwiczymy Portugalski w lokalnym sklepiko-barze i ustalamy plany na jutro. Jeszcze wieczorna kąpiel w morzu- i spać.


DZIEŃ TRZECI

Po nocnej walce z komarami - budzik stawia nas na nogi o 6:30. Wczoraj wynegocjowałem (po portugalsku) okręt, żeby zabrał nas 3 wioski dalej. To "odda" nam dzień marszu. Nie mam wszelako pewności co do wdrożenia rezultatów moich negocjacji. „No problema” - mamy Plan B.
Jednak jest - Felippe czeka na nas po drodze do portu. Małą łupinką z 15konnym silnikiem skaczemy z fali na falę. Magda trzyma się z jednej strony – burty, z drugiej mnie. Zaczyna padać - i tak już będzie. Lądujemy w Aracatibie - i już w strumieniach deszczu - ruszamy w dalszy ciąg naszego El Camino. Na końcu plaży jedyny otwarty o tej porze i aurze bar, gdzie pijemy (kolejne) ostatnie piwo i kawę. To już 3ci dzień, a jeszcze nie spotkaliśmy nikogo idącego dokoła wyspy. Skonstatowawszy ten fakt - dostrzegamy parę z plecakami i bambusowymi kijami wyłaniającą się ze strug deszczu. Są z Rio - i co rzadkie - mówią po angielsku. OK. Nie ma pomiłuj - trzeba ruszać. Las Deszczowy. Literalnie.

Załącznik:
11.jpg


Nastawiliśmy się pozytywnie - przynajmniej nie ma upału ;-) Powoli osiągamy przełęcz. Tam deszcz nieco odpuszcza. Gotujemy rosołek z resztką chlebka i sera ze śniadania.
W aurze lekko rozjaśniającego się nieba - docieramy do Provety, gdzie planujemy zostać na noc.

Załącznik:
12.jpg


Spokojnie moglibyśmy ruszyć dalej, ale ta wioska wygląda obiecująco.
W lokalnym sklepiku dogadujemy nocleg (mój portugalski jest już całkiem „mujcze bueno”).
Wioska jest dość duża. Chociaż jak w każdej wiosce na Wyspie - nie ma żadnego pojazdu, to są drogi brukowane. Na lokalnym stadionie na plaży (dostępnym przy odpływie) oglądamy mecz piłki nożnej. Dzieciaki nieźle grają:-)

Załącznik:
13.jpg


Sklepiko-baro-warsztat z rozkręconym silnikiem V4 do łodzi zostawiamy na potem. Idziemy przez wioskę. Całe 200m. W Centrum placyk z kościołem. Spotkania towarzyskie. Rodzice nie muszą się martwić czy dzieci nie wpadną pod samochód. Prze, cały wieczór przewijają się 3 rowery. Na końcu wioski bar. Zachodzimy. Pani częstuje nas doskonałym bimberkiem z drewnianej beczułki – o nazwie Mineira. Potem innymi specjałami. Jeszcze dwa spacery przez, długość Wioski. Wracam do Baru z pustą butelką po wodzie. Tankuję do pełna. Mimo, ze ciężko - plecak z 18kg, ale musze zabrać dla Olka próbkę tej Delicji :-)
Siadamy na placyku pod kościołem gdzie spisuję niniejszą relację.
W pokoju Wiatrak dosusza sznurki mokrych ciuchów. To by było na tyle na Dziś.
Od jutra już nie liczę na Internet. Ani na Prąd Elektryczny.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 12 Gru 2018 23:45 

Rejestracja: 13 Paź 2016
Posty: 9
Czytam z zachwytem, czekam na dalsze części.
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 14 Gru 2018 09:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Paź 2011
Posty: 113
Loty: 85
Kilometry: 136 668
niebieski
Jak dla mnie rewelacyjna wyprawa. Z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy.
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 15 Gru 2018 10:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
niebieski
DNI KOLEJNE

Idziemy. Idziemy. Idziemy. Caminados.
Proveta. Aventureiro. Plaża ze "śpiewającym piaskiem" (jak się po nim idzie – to śpiewa). Wielka dzikość oceanu uderzającego o skały. Fale.

Załącznik:
14.jpg


Aventureiro – to parę domów, mini-Jezus przy kapliczce, kilka namiotów.
Aby nie narażać Magdy na stres z nielegalnym przekraczaniem rezerwatu, a także aby nadrobić jeszcze dzień czasu - rano bierzemy łódź do Paranoiki (Właściwie Parnaioca, ale mi już tak zostanie - Paranoika). Niewielki rybacki kuter jest za duży aby podejść do brzegu.
Desant na plażę małą wiosłową łódeczką pomiędzy metrowymi falami przyboju.
Po wylądowaniu zaczynam od obstalowania nowych kijów bambusowych – poprzednie przez zapomnienie zostały w „Awanturii”.

Załącznik:
15.jpg


Nowo zakupione kije – wymagają serwisu. Zachodzimy więc do „Serwisu Kija”.

Marsz do Dois Rios daje nam w kość. 20 lat temu byśmy przebiegli w 3h. Teraz schodzi nam cały dzionek. Jest po drodze sporo miejsc gdzie ścieżkę tarasują przewrócone drzewa.

Załącznik:
16.jpg


Podejścia, zejścia. Mocno mokro, chociaż nie pada. No i zaczynamy oszczędzać gaz (jak się potem okaże - niesłusznie). Rezygnujemy zatem z przegotowywania wody do picia Używamy dobry filtr, więc powinniśmy przeżyć. W końcu ci Portugalczycy, którzy tu w XVIIw. przybyli - nie przeżyliby gdyby woda w tutejszych rzeczkach nie była OK (a tu w dżungli przez 400 lat nic się przecież nie zmieniło). Okaże się.

Załącznik:
17.jpg


W Dwóch Rzekach jesteśmy przed wieczorem. Przy wejsciu do wioski mijamy posępny mur dawnego więzienia. Wioska jest Magiczna. Właściwie można by powiedzieć - miasteczko. Regularne ulice, główna jest w zasadzie dwupasmowa (sic!), choć nawierzchnia - gruntowa. W „Centrum” - coś jakby rynek. Domki regularnie wzdłuż ulic.

Załącznik:
18.jpg


Alejki spacerowe i resztki sadzawki, ongiś zapewne z fontanną. Nawet latarnie uliczne są (a właściwie ich pozostałości). Większość budynków to pustostany. Zamieszkałych pewnie ze 20 domów. Wioska-widmo, jednak zewsząd przebija się Dawna Świetność.
Najpierw była tu farma z dużą ilością niewolników. Potem - na początku XXw. zbudowano tu więzienie. Wioskę zaprojektowano wtedy pod kątem wygody i samowystarczalności mieszkańców - pracowników więzienia. Coś jak Bata-town, tylko w malutkiej skali.
Była szkoła, kościół, miejsce do spotkań etc.

Załącznik:
19.jpg


Obecni mieszkańcy trudnią się przeważnie rybołówstwem i obsługą muzeum. Tak - bodajże 10 lat temu założono w resztkach więzienia - muzeum więziennictwa i ekologii. A dlaczego nie? To nie ważne, że turyści do wioski zaglądają raczej "z rzadka" (do wioski prowadzi jedna gruntowa droga przez góry, którą można dojść jedynie pieszo w 3,5h solidnego marszu). Muzeum jest!
Jest też bar, w którym zjedliśmy kolację. Ponieważ w wiosce nie ma żadnego hotelu - krążę po domkach. Elenoy - Amigo de Christiano z Provety - wysyła mnie do swojego Amigo - Julio, zwanego Capitanem Domato. Mam się przedstawić jako Amigo de Elenoy.
Lokalne klimaty w 110%.

Załącznik:
20.jpg


Mieszkanie Capitana - to miejsce, jakie obchodzi się szerokim łukiem, ale Julio - wiekowy wilk morski, mieszkający z sympatycznym psiakiem - robi dobre wrażenie. Obecnie pracuje - a jakże - w Muzeum. I o 7mej rano wychodzi do roboty, zatem do tego czasu musimy się wynieść. Dobijamy targu i dostajemy pokoik zagracony Absolutnie Wszystkim, ale co kluczowe - znajdujemy tam materac do spania. I precyzyjną nówkę-wagę w oryginalnym opakowaniu na stercie rupieci. Działa. Ważę nasz nabój z gazem: 537g - czyli jeszcze jest ok 300g gazu. Alarm okazał się fałszywy. Na przyszłość będę lepiej monitorował użycie gazu, aby uniknąć niepotrzebnych stresów (17g gazu na 1l wody przy dobrych warunkach - 20C, bezwietrznie).
Rano w naszym wioskowym barze dostajemy śniadanie - i idziemy DO MUZEUM. 3 panie z obsługi wyjaśniają nam po Portugalsku co i jak. Rozumiemy tylko, że wstęp jest bezpłatny, za to mamy się wpisać do Księgi, co czynimy. Przy okazji ku naszemu wielkiemu zdziwieniu - widzimy ile osób odwiedza Muzeum : wczoraj 4, a przedwczoraj aż 25. WOW! Placówka ma jak na swoje odludne położenie - spore wzięcie (chyba, ze wpisują lipne nazwiska, co jest dość prawdopodobne, bo na naszej trasie przez ostatnie 4 dni spotkaliśmy w sumie 6 osób.
Muzeum eksponuje „samo-dzielne” narzędzia wykonane przez więźniów celem realizacji ucieczek - np. praktyczny i estetyczny kastet z widelca. W dziale eko zaś - ozdoby wykonane przez współczesnych mieszkańców z butelek PET i innych odpadów. W ramach solidarności z lokalną inicjatywą - nabywamy bardzo fajne kolczyki z denek od puszek po piwie i wypaśną kolię a'la Kleopatra - z otwierałek do tychże:-)
Acha. Okazuje się, że wioska ma jednak komunikację lądową ze Światem: 2 razy dziennie gruntową drogę przez góry stąd do Abrao - pokonuje rozklekotany busik (dostępny jednak tylko dla Mieszkańców wioski, zato bezpłatnie). Tu należy dodać, że w wiosce oprócz, busika jest jeszcze jeden pojazd. Jest to mianowicie śmieciarka (sic!), która zaprezentowała nam się zresztą w pełnej krasie (i warkocie) wczoraj przy kolacji. Była za to nieskazitelnie czysta, bo wcześniej kilku kolesi gruntownie ją pucowało. Ot - taka ciekawostka przydająca lokalnego klimatu.
Spacerując rano po wiosce doznaliśmy szoku. Pani z plecaczkiem chodzi sobie i robi zdjęcia. Turystka!??? Podchodzimy blizej, zagadujemy. No nie raczej. Pani wygląda na przedstawicielkę okręgowej prasy. To tłumaczyłoby wczorajsze pucowanie smieciarki :-)
Żegnamy się ze Amigos z Wioski.- i ruszamy dalej.

Załącznik:
21.jpg


Plaża Caixo. Tu mamy wreszcie dłuzszy odpoczynek. Pół dnia cieszymy się rajskoscią malutkiej plaży w zatoczce, do ktorej uchodzi rzeczka ze słodką wodą. Bajka. Delektujemy się słoneczkiem. Robimy pranie.

Załącznik:
22.jpg


Namiot stawiamy na niewielkiej polance, nieco ukrytej od morza, o zmroku (biwakowanie na Wyspie jest nielegalne). Zwijamy się o 7mej - i w drogę.
Stąd - do Lopez Mendez nie ma już "oficjalnego" szlaku, jest jednak ścieżka, zaznaczona na mapie.

Załącznik:
23.jpg


Zachowujemy czujność, bo ścieżka często robi zmyłki - ucieka gdzieś na boki, to rozmywa się w dżungli.

Załącznik:
24.jpg


Spotykamy spore stadko zwierząt wyglądających na szopy oraz Wielkiego Warana. Do naszej komunikacji zdalnej (czasem Magda zostaje nieco z tyłu - na mój gwizd = "jak tam?" odpowiada 3krotnym stuknięciem kijami bambusowymi = wszystko OK) - dodajemy wezwanie od Magdy: 3xkij bambusowy = "nadaję wiadomość"+ spacja + 1xKB = "o rany - tu jest Wielki Waran! Na pomoc!!!" - na który to sygnał rzucam plecak i spieszę z odsieczą (sygnał nie został co prawda użyty z powodu braku kolejnego Wielkiego Warana, jednak Bezpieczeństwo jest Najważniejsze. To moja Dewiza).

Załącznik:
25.jpg


Docieramy około południa do Lopez Mendez - witaj Cywilizacyo! pełnej już plażowiczów. Zaczynamy od zimnej Cerveji - i szybko przenosimy się pół kilometra dalej, gdzie jest już całkiem pusto - i wylegujemy się na mięciutkim piasku do wieczora, z przerwami na body-surfing w imponujących falach.

Załącznik:
26.jpg


Wieczorem przychodzi solidna burza - w 5 minut rozstawiamy za 1szą linią palm namiot.
W nocy pada solidnie. Mój nowy nabytek - fajnie wyglądająca ultralekka chińska 2ka - wreszcie ma okazje sprawdzić się "w praniu" - literalnie (ostatnio na Grenlandii mieliśmy szczęście - nie padało). I się sprawdza. Biorąc pod uwagę wagę - 1250g w mini-konfiguracji (acz z tropikiem) - naprawdę super sprzęt (jakbyco - CloudeUp 2 - dostępny na Aliexpresie za ca 130 USD).
Rano szczęśliwie przestaje padać –

Załącznik:
27a.jpg


domykamy pętlę dookoła Wyspy docierając do Abrao, które opuściliśmy tydzień temu. Wielkim i pustym promem dopływamy do Magaratiby, gdzie po półtorej godziny oczekiwania - okazuje się, że autobus do Rio dziś jednak nie przyjedzie. Organizujemy się z całą bezskutecznie oczekującą na autobus populacją - t.j. z sympatyczną parą Brazylijczyków i Amerykanką - i w 5 osob plus kierowca plus 5 duzych plecakow - jedziemy do Rio naprędce zaaranżowanym Oplem Astrą. Dało się. Przed północą osiągamy Rodovarię w Rio - i nasz posadowiony jako oaza luksusu pośrodku postindustrialnych pozostałości - wypasiony hotel z Miękkim Łóżkiem :-)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
 
#8 PostWysłany: 17 Gru 2018 22:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
niebieski
EPILOG – RIO plus praktyczne info

Budzimy się rano w Wygodnym Łóżku! To wielka radość po ostatnich nockach na karimacie Bundeswehry ;-)
Mamy do zagospodarowania 1 dzień w Rio. Co by tutaj? Szybkie googlowanie: standardy to Jezus i Glowa cukru. Chętnie dopiszę je do mojego podróżniczego CV w rubryce Turystycznie-Słynnych-Pominiętych.
O dziwo - udaje mi się namówić Magdę na pójście do faweli. Wybór pada na Fawelę Santa Marta - niewielka, ale ciekawa - położona na zboczu o największym nachyleniu. I uchodzi za bezpieczną. Dojeżdżamy Uberem od dołu Faweli. Widok do góry na przyklejone do zbocza kolorowe domki jest imponujący. Górki dzielnic San Francisco - to przy SM - równina.

Załącznik:
28.jpg


Pakujemy do góry. Zastanawiałem się jak będą przy takim nachyleniu funkcjonowały ulice. Sprawa jest prosta. Nie ma ulic. Żadnych. Tylko schody. Labirynty schodów miedzy ulepionymi bez jakiegokolwiek planu domkami. Taka Medina, tylko "rozwinięta pionowo"
Mimo, że słońce świeci prawie pionowo z góry, "Schodowe uliczki" są tak wąskie, że zacienione (a może to krzywe ściany?). Inaczej nie dałoby się tu przeżyć.
Fawela żyje normalnym życiem. Sąsiedzkie pogaduszki, dzieci się bawią. Obszczekuje nas pies. Tylko sklepiki są głównie na samym dole. W Medinie w Fezie działa transport na osiołkach. Tutaj nawet osiołek nie pójdzie. Wygląda, że jedynie transport na grzbiecie własnym. Jest kolejka linowa, ale ponoć nie działa. Za to domostwa "z widokiem".

Załącznik:
29.jpg


W dole wieżowce Rio, Glowa Cukru, port jachtowy. Widok za milion dolarow - ciekawie kontrastuje z prowizoryczną zabudową. Docieramy na wysokość ok 170m (odległość mierzę tu w pionie). Mały placyk z pomnikiem Michaela Jacksona, który ongiś kręcił tu teledysk "They don't really care about us" Z placyku Widok. Tym razem na "Jezusa".

W lokalnym barze (wreszcie bar!) - kupujemy zimną Cerveje Brahma. Polewam też Lokalesom zadziwionym co tu robią Gringo i to bez przewodnika.

Załącznik:
30.jpg


Wypijamy za amigos Polonia-Brasilia.
Jest tu też sklepik z pamiątkami - jedyny chyba w calej Faweli - widać ktoś tu czasem trafia. Wspomagając lokalną społeczność kupujemy dzieciom koszulki z emblematem Faweli SM. Aż dziw, że Takie Mega Miejsce nie zostało jeszcze turystycznie rozdeptane. Europejska "stonka" fawel się cały czas boi.
Dogadujemy się, że kolejka linowa jednak działa. Odnajdujemy stację i zjezdzamy na dół (kolejka jest darmowa - dorzucamy się do puszki "choinkowej").
Na dole mijamy wcześniej niezauważony postój "moto-taxi Santa Marta" (siada się na moto za kierowcą), nie wiem tylko jak toto tam jeździ, bo nie ma przecież ulic. Musi chyba objeżdżać dookoła i dojeżdżać od góry.
Łapiemy autobus 434 i jedziemy na Copacabane przekąpać się i trochę poleżakować.
Copacabana - jak to plaża w mieście. Kupa ludzi, obnośni sprzedawcy itp. Ostatnia caipirinha, kilka churrosów con chocolate (tutaj, inaczej niż w Hiszpanii - pakują czekoladę do churrosa - jak rurki z kremem – bdb.)
Wracamy do hotelu. Autobus TR2 obwozi nas niespiesznie wzdłuż wybrzeża, najpierw przez Botofago z widokami na Zatokę i Głowę C. Potem Lapa - tu kwitnie wieczorne życie - uliczne bary pełne ludzi. Dalej El Centro - tu z kolei ulice z XIX wiecznymi zaniedbanymi kamienicami wymarłe - pusto. No i St. Christo, gdzie stoi nasz hotel. Dzielnica starych magazynów, dawnych zabudowań portowych, postindustrialnych urbexow. 90% to pustostany, a pośrodku tej interesującej materii - stoi nasz wypasiony 4* hotel z basenem na dachu. Nic dziwnego, że cena bdb (200 BRL) - normalni ludzie unikają takich miejsc. Dla mnie miejscówka jest super (blisko Rodovarii, niezła komunikacja), a widok ze śniadaniowej restauracji na rozpadający się szkielet kilkupiętrowego budynku - bezcenne. Ciekaw jestem jak to miejsce będzie wyglądać za 10-20 lat. Dookoła wyrosną drapacze chmur, a w środku pozostanie nasz wtedy już niziutki i archaiczny 22pietrowy hotel ;-) Muszę tu wrócić...

Załącznik:
31.jpg


I to tyle. Rano (eufemizm) - budzik na 1:45 - jedziemy Uberem na lotnisko - i wracamy do rzeczywistości. Ja jestem - jak zwykle po dobrym zciuchaniu - doskonale zresetowany, a Magda ma mi powiedzieć jak było - pojutrze. Umówiliśmy się, że jak będzie niehalo - to w styczniu robimy "poprawiny urlopu". Miejsce i formę tym razem ona wybierze :-)
A tymczasem nasz Drimek właśnie przekroczył równik i wszedł "w strefę silnych turbulencji"...


Garść praktycznych info odnośnie trekkingu, ktorych sam poszukiwałem przed wyjazdem (Dzięki, Wystraszeni, za pomoc):

Północna część Ilha Grande ma niezłą infrastrukturę. Po drodze jest dużo wiosek, gdzie można znaleźć jedzenie i spanie w rozsądnych cenach (piszę "rozsądne" bo czytałem, ze jest 5xdrozej niż na kontynencie, nie jest to prawda - noclegi 100-200 BRL za pokój, kolacja z ryby, ryż z fasolą, surówka - za ok 30/osobę - acz trzeba nieco „pofalać” po Portugesz i ponegocjować, bo w menu często "pomijają" to bazowe danie na rzecz droższych wersji turystycznych. Zimne piwo za 8-10 na każdej plaży, także na plażach obnośne stoiska z caipirinhą po 10), więc tragedii nie ma. W wioskach jest też prąd elektryczny 24x7, nawet w Aventureiro, gdzie mają solary+generator.
Znajomość angielskiego wśród Tubylców - praktycznie zerowa. Szczątkowy Hiszpańsko-Portugalski zdecydowanie pomaga.
Południowa część Wyspy z kolei - niezbędny namiot i własny prowiant. Od Lopez Mendez aż do Aventureiro - brak pousad. Jedzenie na tym odcinku tylko w Dois Rios.
Ścieżki na Północy bezproblemowe, na południu wymagają trochę krzalowania i uwagi przy nawigacji.
Na trasie poza wioskami - spotyka się jedynie "ruch lokalny". Przez 8 dni spotkaliśmy jedynie 6 osób idących z plecakami dookoła Wyspy. Wszyscy to Brazylijczycy (2 osoby mówiły po angielsku).
Woda. Po drodze jest sporo strumieni (pora była jednak dość mokra), my piliśmy z nich wodę bez gotowania, ale po filtrowaniu (filtr mechaniczny typu lifestraw 10mn). Tak samo wodę z kranu w wioskach (to woda z górskich strumieni). Bez sensacji żołądkowych.
Pogoda. Często pada. Nie stanowi to jednak dużego problemu. Maszerowanie nawet dzień w deszczu - jest OK - ciepło, a nie upalnie. Gorzej, gdy trzeba potem rozstawić namiot ;-)
Gaz na gwint - można kupić w paru sklepach w Rio Centro.

Resztę ogólnych informacji można łatwo wygooglać, więc nie będę się powtarzał.

Łączny koszt wyprawy (2 osoby): ok 8kpln (z tego bilety lotnicze 3,8kpln) - oczywiście da się to zrobić dużo taniej

Załącznik:
32.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
 
#9 PostWysłany: 18 Gru 2018 10:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Lip 2012
Posty: 3069
złoty
Bardzo fajna relacja. Zgłosiłem na relację miesiąca.
Dziwne i trochę przykre, że takie małe zainteresowanie ze strony forumowiczów.
_________________
Mam alergię na "witam" i "w mojej ocenie".
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 18 Gru 2018 16:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Gru 2014
Posty: 602
Loty: 162
Kilometry: 202 478
srebrny
Bardzo fajny trek i relacja - mnie także urzekło miasteczko Dois Rios z częściowo pochłoniętymi przez naturę domami i muzeum oraz urodziwą plażą, nie tak popularną jak Lopez Mendez.W styczniu było niezmiennie upalnie poza jednym wieczorem, kiedy to ulewa nieco schłodziła okolicę i uzupełniła zbiorniki na wodę. ;)

pozdrawiam - btw, czy na Grenlandii przechodziliście ACT?
_________________
http://www.zb-szwoch.pl

=> Føroyar 2019 <=
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 19 Gru 2018 10:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
niebieski
booboozbBardzo fajny trek i relacja - mnie także urzekło miasteczko Dois Rios z częściowo pochłoniętymi przez naturę domami i muzeum oraz urodziwą plażą, nie tak popularną jak Lopez Mendez.W styczniu było niezmiennie upalnie poza jednym wieczorem, kiedy to ulewa nieco schłodziła okolicę i uzupełniła zbiorniki na wodę.
;) pozdrawiam - btw, czy na Grenlandii przechodziliście ACT?

@booboozb: Tak, przeszlismy ACT w sierpniu, kierunek W->E. Bardzo fajny trekking, dający dużo czasu na przemyslenia. Po powrocie ciężko jednak napisać relację bo dni zalewają się w jedność i trudno wydzielić chronologiczny ciąg. Mogłaby być impresja... :-)
NB: zastanawiam się nad kolejnym kierunkiem polnocnym - kusi mnie rejon Zat. Hudsona. A Twoje plany PN?
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 19 Gru 2018 14:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Gru 2014
Posty: 602
Loty: 162
Kilometry: 202 478
srebrny
@jurzystas

Na koniec roku jeszcze krótki powrót na Geirangerfjord i świętowanie nadejścia nowego roku w kajaku.Potem w styczniu przedłużony weekend w fińskiej Laponii, a następnie już na nieco dłużej - odbicie na nawet bardziej zimny, a także dalece wysoki WSCHÓD. ;)
_________________
http://www.zb-szwoch.pl

=> Føroyar 2019 <=
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 19 Gru 2018 23:39 

Rejestracja: 13 Paź 2016
Posty: 9
Cholera, że już jestem taki stary - ponad 71. W moich czasach to najdalej jechało się do Bułgarii. A dziś.... - tylko czytać i zazdrościć.
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 19 Gru 2018 23:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Gru 2014
Posty: 602
Loty: 162
Kilometry: 202 478
srebrny
Olek Doba miał 73, gdy po raz trzeci przepłynął Atlantyk. ;)
_________________
http://www.zb-szwoch.pl

=> Føroyar 2019 <=
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 21 Gru 2018 20:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
niebieski
@Tjanx: Mój Ojciec (86) wybiera się w nadchodzącym roku do Indii. Myślę, że chętnie przyjmie Młodzież (75-) do Zespołu. Goa via Konkan Railways z Bombaju :-)
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 08 Sty 2019 19:24 

Rejestracja: 08 Sty 2019
Posty: 0
Świetna wyprawa! Byłem tam w 2013 i bardzo mi się podobało. Czy koło kościoła stała jeszcze taka bardzo wysoka palma? Gdyby ktoś się tam wybierał to polecam wycieczkę statkiem wokół wyspy, zatrzymuje się w wielu ciekawych miejscach i można popływać z rybkami.
Image Image Image Image Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 08 Sty 2019 21:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
niebieski
Tak, palma jest rzeczywiscie wysoka - chyba 2x jak kosciol. Nie dalo sie jej objac w obiektywie :-)

prettynotŚwietna wyprawa! Byłem tam w 2013 i bardzo mi się podobało. Czy koło kościoła stała jeszcze taka bardzo wysoka palma?
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 17 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group