Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 263 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1 ... 9, 10, 11, 12, 13, 14  Następna
Autor Wiadomość
#221 PostWysłany: 18 Gru 2018 03:19 

Rejestracja: 05 Lut 2012
Posty: 134
niebieski
no to bierz wycieczke w glab ladu i zobaczysz jak zyja tubylcy
Góra
 Relacje PM off  
 
#222 PostWysłany: 18 Gru 2018 16:10 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
@Martin79 – w 100% masz rację. Chciałem coś wziąć ze statku ale nie wyszło (tzn. wycieczki są ale nie w tych językach, z którymi jestem sobie w stanie poradzić). Gdyby nie to, że jesteśmy tutaj tak krótko a wyspa duża (Dominikana to w końcu nie Antigua czy St.Kitts), na pewno bym już wcześniej sam czegoś poszukał (poza tym co ofertuje statek) – ale zająłem się lokalnymi atrakcjami turystycznymi (o czym poniżej) i czasu zabrakło. Trzeba będzie zrobić jakiś kolejny wypad na Dominikanę:-).

Bo La Romana to niewielka mieścina. Sam port i towarzyszące mu wariatkowo (przepraszam ale tylko tak można to nazwać) to całkiem spory kompleks. W stosunku do mojego poprzedniego pobytu zmieniła się tablica powitalna (pewnie jakiś huragan rozniósł starą na kawałki) oraz rozbudował port (tzn. sklepów jest trzy razy więcej niż wcześniej – ale to akurat nic dziwnego na Karaibach):

Image

Image

Tak w ogóle to w zasadzie nie La Romana jest powszechnie znana tylko położone w pobliżu Caso de Campo – turystyczny kurort, do którego co roku przyjeżdżają tysiące turystów z Europy.

Sam port jest całkowicie odgrodzony od świata zewnętrznego. Aby wyjść na zewnątrz trzeba pokonać trzy bramki. Przy wyjściu nie ma z tym oczywiście problemów ale na powrocie na każdej z nich kontrolowana jest statkowa karta. Dla mnie to jakiś totalny absurd – żeby zobaczyć przysłowiowe lokalne dzieciaki grające w piłkę muszę zaliczyć więcej bramek niż wsiadając do samolotu na lotnisku w Tel Awiwie. No prawie :-)

Mój plan w tym miejscu był taki, żeby zrobić wypad do Altos de Chavon – odmienianego przez wszystkie przypadki w przewodnikach miasteczka położonego w pobliżu La Romany i wybudowanego na modłę XVI-wiecznego włoskiego miasta. Z portu można się tam bardzo łatwo dostać – kursują tam co chwilę mikrobusy, koszt 8 USD w obie strony.

Przyznam szczerze, że nie licząc poprzedniej wizyty w La Romanie (mocno nietypowej jak wspominałem) jestem pierwszy raz na Dominikanie. I jako gość, który lubi zobaczyć coś lokalnego jestem póki co mocno zdegustowany. Mam wrażenie, że świat realny, w którym żyją mieszkańcy jest tak mocno odseparowany od tego, który widzą turyści, że trudno to sobie wyobrazić. Przynajmniej z poziomu pasażera statku wycieczkowego tak to wygląda. No chyba, że miałem pecha…

Nawet gdy jadę na wycieczkę (choćby zorganizowaną przez statek) i co prawda mam wszystko podane na przysłowiowej tacy, mam jednak możliwość zobaczyć jakiś realny świat. Tutaj mi to jakoś nie wyszło...

Bus do Altos de Chavon pokonał trasę (niewiele, ok. 10 km) w jakieś 20 minut. Po drodze zaliczyliśmy kilka bramek ze szlabanami (poza portowymi – co najmniej 4), na których uważnie się nam przyglądano. Mówiąc szczerze czułem się trochę jak w zoo – ale nie z pozycji zwiedzającego ale zamkniętego w klatce zwierzaka.

Altos de Chavon to stosunkowo nowy projekt. W 1976 roku komuś przyszło do głowy, aby na Dominikanie zbudować włoskie miasteczko – żeby było bardziej oryginalnie to od razu wg projektu z XVI wieku. Pełny szacunek. Lokalizację moim zdaniem wybrano idealnie – na stromym zboczu doliny rzeki Rio Chavon. Piękne widoczki, wspaniała panorama. Jeśli chodzi o samą realizację to trudno się do czegokolwiek przyczepić. Nieprawdopodobnie zadbano o każdy szczegół – materiały, dachy, bruk - z tabliczkami informującymi o nazwach miejsc włącznie.

Poniżej można zobaczyć mapkę Altos de Chavon:

Image

A dalej zamieszczam kolekcję zdjęć z tego miejsca:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Panorama na dolinę rzeki Rio de Chavon robi faktycznie nieprawdopodobne wrażenie.

Image

Image

I wszystko byłoby super gdyby nie to….że to wszystko wygląda zupełnie nierealistycznie.

Z mojego punktu widzenia, antyczny teatr (występowali w nim choćby Frank Sinatra czy Elton John) czy pola golfowe wokół raczej nie dodają miejscu zbytniego realizmu.

Image

Image

Image

Mówiąc krótko: jak dla mnie jest to miejsce totalnie (!) oderwane od realnego świata. Brakuje w nim normalnego życia, mieszkańców i tego, co zwykle można zobaczyć zwiedzając jakieś nawet najdziwniejsze miejsca – ktoś coś pichci, ktoś inny wywiesił pranie, dorośli plotkują, dzieci się bawią, ktoś naprawia samochód albo wyklepuje coś w przydomowym mikro-warsztacie. Tutaj nic takiego nie było – tylko turyści, piękne widoki wokół, sklepy (dla turystów oczywiście), ochroniarze (na każdym kroku) – jak dla mnie jakiś nierealny świat.

Nie powiem, miejsce jako takie mi się podobało i naprawdę potrafię docenić z jak wielką starannością odtworzono włoski klimat w zupełnie innych warunkach. Może palmy, kaktusy i drzewa z papajami do tego nie do końca pasują ale wynik końcowy robi naprawdę niesamowite wrażenie.

Pytanie tylko dla kogo to wszystko powstało ?

Raczej nie dla mieszkańców Dominikany. W sumie mogliby oni zobaczyć (np. uczniowie) jak wyglądało tradycyjne miasteczko w regionie śródziemnomorskim mniej więcej wtedy, kiedy na Dominikanę przybyli pierwsi przybysze z Europy. Ale nie zobaczą, ponieważ gości z Dominikany tam w ogóle nie ma.

Dla gości z Europy czy Ameryki ? Z całym szacunkiem, ale oni mogą coś takiego zobaczyć w oryginale – tzn. we Włoszech.

Mówiąc krótko, jak dla mnie jest to miejsce naprawdę piękne i estetycznie wręcz doskonałe – ale zupełnie bez duszy. I wiem, że wielu się ze mną nie zgodzi (sam czytałem w Internecie ochy i achy na temat tego miejsca – głównie dlatego chciałem je zobaczyć). Trudno, widać nie jestem stworzony do takich atrakcji :-)

Ale żeby ta część relacji nie była całkiem dekadencka, znalazłem jednak w tym miejscu trochę naturalności. W Altos de Chavon jest nieprawdopodobnie duża populacja kotów, które szwendają się dosłownie wszędzie. Miauczą tak samo jak nasze :-) I to właśnie one w tym miejscu są najbardziej naturalne:

Image

Image

Wracając do portu zaliczyłem ileś bramek, w tym trzy kontrole w samym porcie. W portowym sklepie „duty free” tym razem nie było ani jednej polskiej wódki – ale za to roztańczone towarzystwo, które z udziałem lokalnej kapeli próbowało zaprosić do tańca każdego klienta (do statku nie dało się przejść nie zaliczając uprzednio sklepu „duty free” – niemal jak na niektórych lotniskach).

Image

Mi najbardziej podobała się sklepowa kolekcja cygar:

Image

(jest to trudne do uwierzenia – ale tak na marginesie znacznie droższych niż w opisywanym wcześniej Altos de Chavon).

A przy burcie statku działo się sporo: walizki jeździły w obie strony (wsiadało/wysiadało ok. 1500 pasażerów), rozładowywano jakieś pudła, skrzynie z owocami i palety z napojami:

Image

Image

Wczoraj z racji tego, że nocowaliśmy w porcie, nie było zwyczajowego wieczornego show w teatrze. Ale w zamian statkowy artysta-tenor (oczywiście Włoch) zaprezentował kilka popularnych kawałków (filmowych oraz klasycznych) w Grand Barze:

Image

Image

Jak dla mnie, to było naprawdę niezłe show :-)

Poza tym, wraz z wpłynięciem do La Romany zaszła jeszcze jedna interesująca i warta odnotowania zmiana – w barach pojawiły się nowe kufle na piwo :-). Dotychczasowe kufelki 0,4 zostały zastąpione kuflami 0,5. Bez zmiany ceny (dla tych, którzy nie mają pakietów napojów to może mieć znaczenie). Nie wiem o co chodzi ale to na pewno jest dobra zmiana :-)

Dziś spędzamy dzień na wyspie Catalina, której spora część jest zarządzana przez Costę i de facto ma charakter prywatnego resortu. Mówiąc krótko – prawie jak dzień na morzu: czeka nas ¬totalne lenistwo i nicnierobienie :-)
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#223 PostWysłany: 18 Gru 2018 20:48 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
Wyspa Catalina to faktycznie bajkowy resort. Piasek, dużo miejsca, leżaków, parasolek, barów i kelnerów krążących między leżakami - generalnie miejsce idealne do plażingu :-)

Poniżej wrzucam kilka zdjęć na początek:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Później napiszę jeszcze coś więcej na temat tego miejsca.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#224 PostWysłany: 18 Gru 2018 21:06 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1636
platynowy
Z tego co wiem kazda linia ma taką swoją "prywatną" wyspę.



Castaway Cay, Disney Cruise Line

Half Moon Cay, Holland America Line

CocoCay, Royal Caribbean International

Great Stirrup Cay, Norwegian Cruise Line

Harvest Caye, Norwegian Cruise Line

Labadee, Royal Caribbean

Princess Cays, Princess Cruises

https://www.cruisecritic.co.uk/articles.cfm?ID=1418


To jest od kilku lat sprawa ambicji armatorów.

Wysłane przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#225 PostWysłany: 18 Gru 2018 22:21 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
-- 18 Gru 2018 20:24 --

No coś w tym jest.
Pewnie do tej listy możnaby zatem dopisać zarówno Catalina Island jak również zatokę Mahogany Bay na Roatanie (Honduras), którą niemal obowiązkowo odwiedzają statki należące do grupy Carnival (w tym Costa).

-- 18 Gru 2018 21:21 --

Wyspa Santa Catalina jest jedynym miejscem na naszej trasie, gdzie statek nie przybija do portu tylko rzuca kotwicę na morzu. Pasażerowie są wówczas transportowani na ląd jakimiś lokalnymi małymi stateczkami albo zwykłymi statkowymi szalupami ratunkowymi (tzw. tenderami), które przy okazji można „przepalić” i sprawdzić czy w ogóle działają.

Akurat na Catalinie pływało jedno i drugie. Cały dzień, tam i z powrotem. Tylko rano obowiązywały bilety na konkretne godziny (darmowe), które trzeba było wcześniej pobrać na taką godzinę jaka komu pasowała – chodziło o to, aby wszyscy jednocześnie nie ustawili się w kolejce.

Sama wyspa Catalina jest stosunkowo niewielka (ok. 9 km.kw.) i płaska jak stół. Costa jest właścicielem kawałka plaży na wyspie (ok. 2 km) oraz sąsiadującego z nią lasu nad klifami, w którym zlokalizowano ścieżkę przyrodniczą.

Do tendera wsiada się na poziomie zerowym ze specjalnie utworzonych na tę okoliczność pomostów. W naszym przypadku powstały trzy takie niby-przystanie: jedna dla większych jednostek z lądu oraz dwie dla statkowych tenderów:

Image

Image

Image

Ponieważ gdzieś na początku relacji wywiązała się dyskusja na temat tego, dla ilu osób jest przeznaczona szalupa ratunkowa, śpieszę z odpowiedzią: ta, którą widać na zdjęciu dla 150-u :-)

Po przybiciu do brzegu, każdego musieli dopaść statkowi fotografowie:

Image

Zdjęcia wykonywane przez fotografów są oczywiście płatne. To prawdziwi paparazzi, pstrykają zdjęcia na każdym kroku, gdzie popadnie i komu się tylko da (tzn. jeśli tylko ktoś nie protestuje zbyt głośno :-)).

Później można te zdjęcia obejrzeć w punkcie foto, który znajduje się nad barem w atrium. Dawniej były one drukowane i wywieszane a każdy szukał swojego i decydował, czy mu się podoba czy nie i czy chce je kupić. Efektem było straszne marnotrawstwo – większość lądowała w koszu.

Obecnie statkowy punkt foto też zaliczył technologiczny upgrade:

Image

Są w nim teraz tylko stanowiska z terminalami. Należy się tylko zalogować do statkowego systemu (wystarczy sama karta) i popatrzyć do kamery. System potrafi rozpoznać twarz i sam odszuka w swojej bazie danych wszystkie zdjęcia, które nam wykonali statkowymi fotografowie. W razie jakby miał z tym problem, do akcji wkroczą pracownicy punktu, którzy pomogą odnaleźć to co trzeba.

Kawałek wyspy Catalina należący do Costy jest profesjonalnie przygotowany do swoich zadań. Jest tam nie tylko plaża ale jakby „przedłużenie” statku – bufet, bary, różnego rodzaju animacje, masa usług. Przykładowo bufet czekał już w gotowości:

Image

…i został otwarty tak jak na statku, czyli w południe.

Wszystko transportowano w obie strony ze statku i na statek.

W bufecie zorganizowano grilla na otwartym ogniu – na statku bez szans, ze względu na przepisy przeciwpożarowe funkcjonują tam tylko płyty elektryczne:

Image

Na wyspie funkcjonowało też kilka barów (płaciło się statkowymi kartami, jeśli ktoś ma wykupiony pakiet napojów to obowiązywał on również na wyspie);

Image

Bardzo ciekawa jest ścieżka turystyczna, na końcu której można dotrzeć do widocznego ze statku cypla. W przeszłości ta część wyspy była pod wodą. Do dziś nie rozwinęła się tutaj jakaś poważniejsza roślinność – warunki są skrajnie niekorzystne (brak gleby, sól, brak słodkiej wody, silne wiatry), stąd ma ona bardzo ograniczoną postać:

Image

Najciekawsze są jednak tutejsze skały – to skamieniałe koralowce, które do dziś zachowały swoje nieprawdopodobne kształty. Niestety nie jestem w stanie wrzucić przykładowego zdjęcia bo statkowy Internet działa tylko teoretycznie. Tłumaczę sobie to tym, że w La Romanie wsiadło bardzo dużo młodych pasażerów, którzy są bardziej uzależnienie od Internetu niż ci starsi – i do reszty zapchali statkowe łącze, które i bez tego ledwo zipało :-)

Dodam jeszcze, że miłośnicy nurkowania znaleźliby tutaj dla siebie prawdopodobnie raj. Bezpośrednio do części klifowej przylega rafa koralowa, którą widać nawet z brzegu. Pod wodą muszą to być wspaniałe widoki…

Postaram się uzupełnić fotki jak tylko poprawią się warunki :-)

Na koniec jeszcze zdjęcie jaszczura-modela, który tak pięknie pozował, jak tylko sobie to można wyobrazić:-) :

Image

Na wyspie są ich setki, szczególnie łatwo spotkać je w części zalesionej, gdzie co chwilę przemykają między nogami.

A poza tym, część wyspy zarządzana przez Costę jest całkowicie odgrodzona od świata zewnętrznego i innych plaż, na których – widać to z daleka – też toczy się życie. Około 300-400 metrów od brzegu przebiega wysoki mur (widać go na niektórych zdjęciach, które wrzuciłem wcześniej). Mur ten dochodzi aż do plaży. Przy samej plaży oraz na cyplu urzędują statkowi ochroniarze, którzy pilnują, aby nikt nie przekroczył granicy…

Czyli jest to równie odrealniony świat jak ten, który widziałem wczoraj podczas wizyty w porcie w La Romana.

Na statek wróciłem tenderem, którego sternikiem była kobieta – młoda pani kadet czyli kandydatka na oficera. Na co dzień pracuje na mostku kapitańskim jako asystentka oficerów. Pewnie kiedyś zostanie też oficerem…a może kapitanem :-)
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#226 PostWysłany: 19 Gru 2018 10:02 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
Obiecany kawałek skamieniałego koralowca. Na Catalinie ich całe mnóstwo:

Image

Jeszcze jaszczur na pożegnanie z wyspą:

Image

…i ostatni rzut oka na Catalinę:

Image

A tu w obiektyw wszedł mi jeszcze jakiś wycieczkowiec Carnivala, który zajął nasze miejsce w porcie w La Romanie (to przysłowiowy rzut beretem od Cataliny):

Image

Image

Płyniemy na St.Kitts.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#227 PostWysłany: 19 Gru 2018 11:26 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1636
platynowy
Czy te wyspy/plaze maja stalych pracownikow? Czy wszyscy sa ze statku? Czy wiesz moze jak czesto te plaze sa odwiedzane i co sie dzieje w dniu w ktorym akurat nie ma zadnego statku? Z tego co wiem na karaibach obecnie pływa kilka statkow Costa. Oczywiscie nie kazdy cumuje przy tej plazy, ale i tak wydaje mi sie ze sa dni "puste" ?

Wysłane przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#228 PostWysłany: 19 Gru 2018 16:24 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
@brzemia - szczerze mówiąc trudno po takiej wizycie powiedzieć. Oficjalnie wyspa jest niezamieszkana - tzn. nie ma stałych mieszkańców. Jeśli chodzi o pracowników to spoza statku była obsługa dwóch większych stateczków, która oprócz tenderów zapewniała transport na ląd i niewielka część ochrony - ta, która pilnowała końców plaży i która pewnie urzęduje tam całą dobę. Do tego dochodzą sprzedawcy w kilku sklepikach. Cały biznes obcy raczej jest mocno koncesjonowany przez Costę, która przed wizytą na Catalinie wysłała nam do kabin liścik z prośbą, aby nie korzystać z żadnych usług nie oferowanych przez Costę - typu skutery wodne itp. Poza tym, gdy np. sprzedawcy próbowali wychodzić poza obszar swoich sklepików i np. rozdawać pasażerom jakieś ulotki i zapraszać ich do swoich sklepików, natychmiast wkraczała ochrona i odsyłała ich do sklepików.

Co do dni pustych to pewnie są ale nie zdziwiłbym się, gdyby ta plaża była współdzielona również przez innych operatorów w ramach Carnivala, który jest właścicielem Costy. Sam Carnival na Karaibach ma pewnie więcej statków niż cała Costa, a do tego dochodzą jeszcze inni więc, może więc być tak, że tam tak całkiem pusto to nie jest :-)

Myślę, że trzeba sprawdzić jeden z serwisów z informacjami, jakie statki są w jakim porcie - o ile uwzględniają one w ogóle Catalinę.

http://www.cruisett.com
http://www.cruisetimetables.com

PS. W porze deszczowej w środku wyspy tworzy się laguna, w porze suchej całkowicie ona wysycha. Jest tam ponoć tak dużo soli, że nic poważniejszego nie chce rosnąć. Tak, że w zasadzie, wyłączając ten środek, to wyspa Catalina składa się tylko z plaż.
Góra
 Relacje PM off
bialy695 lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#229 PostWysłany: 20 Gru 2018 00:21 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
@brzemia – sprawdziłem tak z ciekawości grafik wizyt wycieczkowców na Catalinie w pierwszym z serwisów, o których pisałem. Wygląda na to, że w grudniu wyspę odwiedza mniej więcej raz na tydzień tylko Costa Pacifica. Nasza wizyta była pierwsza w tym sezonie. Wygląda zatem, że plaża sporo czasu stoi „pusta” chyba, że coś zmieni się po Nowym Roku.

Wrócę jeszcze do St.Maarten i Philipsburga czyli stolicy holenderskiej części wyspy. Z drugiego dnia pobytu w tym miejscu zrobiła się mini-relacja nt. jachtu Eclipse i dopiero teraz zorientowałem się, że nie wrzuciłem nic na temat samego miasteczka.

Port w Philipsburgu położony jest w odległości ok. 2-óch kilometrów od centrum miasta. Sam port – co na Karaibach nie jest niczym szczególnym – jest centrum handlowo-usługowym. Do miasta można się dostać na kilka sposobów. Formę komunikacji publicznej pełni prom, tzw. water-taxi. Jeden przystanek zlokalizowany jest obok nabrzeża portowego a drugi w centrum miasta. Pływa dosłownie co chwilę. Przejazd w jedną stronę kosztował 5 USD, w obie strony 8 USD. Można też wziąć zwykłą taksówkę lub przejść się na piechotę – do miasta na całej długości prowadzi chodnik. Zgubić się nie sposób.

Samo miasto moim zdaniem nie należy ani do wielkich ani urodziwych. Z tego powodu tym bardziej polecam ewentualnym odwiedzającym zaliczenie jakiejś objazdówki po wyspie, która moim zdaniem jest bardzo ciekawa. Z Philipsburga stosunkowo łatwo dostać się można do stolicy części francuskiej – Marigot oraz na plażę Maho (do obu miejsc co chwilę kursują lokalne busy, ceny do kilku dolarów amerykańskich).

W Philipsburgu najczęściej odwiedza się sklepy :-) Shopping kwitnie tutaj na całego i widać to na każdym kroku. Najważniejsza ulica w mieście - Front Street to w zasadzie promenada dla pieszych – biegnie ona wzdłuż plaży. Przy niej oraz biegnącej równolegle za pierwszą linią zabudowy drugą ulicą – Back Street, zlokalizowanych jest najwięcej sklepów. Dalej jest jeszcze kilka równoległych ulic ale nie ma tam moim zdaniem nic ciekawego.

Rzut oka na Front Street:

Image

Image

…łączące Front Street i Back Street dwie prostopadłe i bardzo reprezentacyjne (na miarę Philipsburga oczywiście) uliczki:

Image

Image

Image

…oraz na przylegającą do Front Street plażę i malutką marinę rybacką:

Image

Image

W okolicach obu wspomnianych ulic, oprócz sklepów i barów można zobaczyć kilka odróżniających się budynków – są to zazwyczaj kasyna lub miejsca imprez:

Image

W wielu miejscach w mieście niestety nadal widać zniszczenia po huraganie Irma. Można je zobaczyć nawet przy najbardziej reprezentacyjnej Front Street:

Image

Wypuszczenie się poza dwie główne ulice daje możliwość spotkania iguan, których w mieście są dosłownie tysiące. Najłatwiej je zobaczyć w okolicach parkingów (wylegują się na nagrzanym asfalcie) i śmietników, gdzie pewnie szukają czegoś pożywnego. Pewien przegląd – jeśli chodzi o kolory i rozmiary prezentują poniżej niewielka próbka:

Image

Image

Image

Image

Image

Jest jeszcze zrujnowany fort Amsterdam, ale z tego co miałem okazję porozmawiać ze strażnikiem w porcie, nie stanowi jakiejś specjalnej atrakcji, w związku z czym sobie go odpuściłem.

Podsumowując najkrócej jak to możliwe: Philipsburg to miasto, gdzie poza shoppingiem i plażingiem oraz ewentualnie iguanami moim zdaniem nie ma nic ciekawego. No chyba, że trafi się Eclipse w porcie :-)
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#230 PostWysłany: 20 Gru 2018 05:57 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
Korzystając z tego, że dzisiaj pół dnia spędziliśmy na morzu, jeszcze małe uzupełnienie galerii zdjęć ze statku.

Na początek galeria sklepów:

Image

…i wszystko co jest z nimi związane: wyprzedaże, kramy, świąteczne jarmarki i tym podobne cuda:

Image

Zdarza się, że przy świątecznych kramach odbywają się również pokazy mody czy prezentacje produktów.

A to dla odmiany siłownia:

Image

…i klub dla najmłodszych dzieci:

Image

Starsze dzieci i nastolatki mają z kolei swoją „bazę” na antresoli nad głównym basenem (w dzień) oraz w dyskotece (wieczorem).

Jeszcze lodziarnia i naleśnikarnia (mówiąc szczerze jest to absolutnie najzimniejsze miejsce na statku - w tej okolicy jest co najmniej kilka stopni chłodniej niż w położonym choćby o rzut beretem Grand Barze):

Image

Image

A tymczasem na statku plaża w pełni:

Image

Image

Image

Tak jak wspominałem z mojego punktu widzenia, wszystko kręci się jakby drugi raz. Dzisiaj na przykład był ponownie festiwal makaronów:

Image

…ale muszę przyznać, że same makarony, które były serwowane w jakiejś części różniły się od tego co widziałem poprzednim razem.

Za nami też włoski wieczór:

Image

…a poza tym innych dubli było już sporo: spotkanie z kapitanem, ze dwa takie same przedstawienia w teatrze, impreza karaibska nie wspominając o drobnostkach typu kwalifikacje do show „Voice of the Sea” czy też wybory miss/mistera rejsu.

Dzisiaj ponownie zaliczyliśmy też wizytę w Baseterre w St.Kitts. Akurat zacumowaliśmy przy jednym nabrzeżu z budzącym powszechny podziw żaglowcem-wycieczkowcem „Club Med 2”, z którym spotkaliśmy się już wcześniej na Martynice:

Image

Image

Image

Image

Po kominach widać, że żagle, żaglami ale chyba podstawowym napędem tej jednostki są jednak silniki spalinowe. Swoją drogą ciekawe, czy żagle stawiane są tradycyjnie (przez załogę bo nie sądzę, żeby gościom pozwolili wejść na reje) czy też odpowiadają za to maszyny, które rozwijają i zwijają to co trzeba i wtedy kiedy trzeba ?

Kto wie, może kiedyś i czymś takim wybiorę się w rejs… :-)

Na St.Kitts miałem zaplanowaną ostatnią wycieczkę, o której napiszę w kolejnym poście. Akurat gdy wracaliśmy na statek, „Club Med 2” wychodził z portu. Niestety ze względu na to, że już był zmierzch i odległość słuszna, zdjęcie na pewno do najlepszych nie należy:

Image

Jutro odwiedzamy ponownie St.John’s na wyspie Antigua. Nie mam tam zaplanowanych żadnych szaleństw poza spokojnym poszwendaniem się po mieście i ewentualnie jego najbliższej okolicy.

Muszę też powoli myśleć o pakowaniu – tak jak wspominałem wcześniej, skróciłem moją i tak przydługawą wyprawę o jeden dzień i pojutrze żegnam się z Costa Pacifica.

Czas wracać do domku…
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#231 PostWysłany: 20 Gru 2018 19:06 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
Muszę powiedzieć, że z każdym dniem pisanie relacji idzie mi coraz gorzej. Nie ze względu na brak chęci tylko koszmarnie wolny statkowy Internet. Niestety ale od Gwadelupy chodzi on po prostu niemal beznadziejnie. Otwarcie prostej strony i odebranie poczty (bez załączników) jeszcze pójdą, ale wrzucenie już jakiegoś zdjęcia graniczy z cudem. Pora niestety nie ma znaczenia. To niewątpliwie ujemna strona niskiej średniej wieku pasażerów na statku :-)

Z tego powodu poniżej wrzucę tylko to co udało mi się załadować na serwer. Reszta musi poczekać na bardziej sprzyjające warunki.

Dzisiaj jestem w St.John’s ale jeszcze kilka informacji o wczorajszym pobycie na St.Kitts. Wybrałem się tam na wycieczkę do ogrodów oraz pozostałości po dawnej plantacji trzciny cukrowej a także na godzinny spacerek z przewodnikiem po lesie deszczowym.

Grupa była mała a środek komunikacji trochę nietypowy bo tym razem całkiem odkryty:

Image

Po drodze zaliczyliśmy kilka krótkich postojów, podczas których nasz przewodnik i kierowca w jednym pokazał nam co ładniejsze widoczki oraz opowiadał o historii wyspy.

To pierwszy rzut oka na wybrzeże od strony Morza Karaibskiego. Raczej nie ma na nim zbyt wielu plaż, te najbardziej popularne znajdują się po drugiej – przylegającej do Atlantyku stronie wyspy. To dziwne wzgórze, które widać w oddali po lewej stronie to właśnie twierdza Brimstone Hill Fortress, którą miałem okazję odwiedzić w ubiegłym tygodniu i z której wrzuciłem sporo zdjęć:

Image

A to twierdza w zbliżeniu. Zdjęcia sprzed tygodnia prezentowały poszczególne obiekty twierdzy, brakowało jednak czegoś całościowego – teraz jest :-)

Image

I jeszcze widok na wulkan, zazwyczaj w chmurach czyli podobnie jak na Martynice:

Image

Po tym wszystkim wjechaliśmy w świat malutkich kreolskich domków, w których aż trudno sobie wyobrazić codziennie życie – szczególnie gdy mowa o większej rodzinie:

Image

Niestety z powodów, o których wspomniałem na wstępie trzeba poczekać na ciąg dalszy:-( Mam nadzieję, że jutro na Martynice pojawią się lepsze warunki – jeśli nie w porcie to już na lotnisku.

Chociaż z tego co dzisiaj widziałem, z dojazdem na lotnisko jutro też mogą mnie czekać jakieś atrakcje. Tydzień temu, gdy byliśmy na Martynice strajkowali kierowcy komunikacji publicznej, dziś z kolei strajkuje jakaś firma współpracująca, ciekawe co będzie jutro. Przewodniczka tydzień temu uprzedzała mnie, że publiczna komunikacja na Martynice jest wyjątkowo rozstrajkowana (aż dziwne, że nie doświadczyłem tego przy poprzednich pobytach) a mieszkańcy nauczyli się z tym już żyć. Zainteresowanych korzystaniem z autobusu na/z lotniska na Martynice uprzedzam jednak, że warto na bieżąco sprawdzać stronę lokalnego operatora - http://www.mozaik.mq/ . Informacje o ewentualnych problemach są umieszczane właśnie tam.

Ale to dopiero jutro :-) Nie ma się co martwić na zapas :-)
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#232 PostWysłany: 21 Gru 2018 15:45 

Rejestracja: 06 Sie 2014
Posty: 296
Loty: 55
Kilometry: 133 290
niebieski
głupie pytanie ale jako kolekcjoner - wzbogaciles się o jakies pieczatki w paszporcie podczas tego rejsu :)?
Góra
 Relacje PM off  
 
#233 PostWysłany: 21 Gru 2018 15:51 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1636
platynowy
Karta pokladowa do kolekcji bo ich sie nie oddaje ;)

Wysłane przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#234 PostWysłany: 21 Gru 2018 16:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Sie 2014
Posty: 702
HON fly4free
Jak wyglądają ceny na statku w normalnych sklepach? Odzież, zegarki, biżuteria itd. Domyślam się, że podobnie jak na lotniskach, odpowiednio drożej.
Góra
 Relacje PM off  
 
#235 PostWysłany: 21 Gru 2018 17:08 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
@Grzes830324 – nie ma głupich pytań :-) a pieczątki nie dostałem ani jednej bo od obywateli UE w ogóle nie zbierali paszportów, była tylko kontrola przy wsiadaniu na statek we Włoszech i to wszystko. Później paszport cały czas leżał już tylko w szufladzie w kabinie. Tak samo było poprzednimi razy jak byłem na Karaibach. Jak widać, to nie Azja ani Bliski Wschód, gdzie jakby mogli to by w każdym miejscu i 5 stempli przystawili :-)

Na pamiątkę zostanie mi statkowa karta – jest tak jak pisze @brzemia, nie są one odbierane.

@SJK – dobre pytanie ale mówiąc szczerze nie mam pojęcia jak było na tym rejsie bo w ogóle nie sprawdzałem cen. Na poprzednich pamiętam, że zasadniczo ceny są zbliżone faktycznie do tych lotniskowych. Wyraźnie tańsze muszą być chyba papierosy bo widzę, że cieszą się dużym powodzeniem.

Ja jestem już w Martynice. Ustaliłem, że mogę zostać na statku jak długo chcę – byle bym zszedł przed wypłynięciem z portu :-) Kabiny też nie musiałem zwalniać ani walizki oddawać wczoraj, więc dopiero zaraz się zabiorę za pakowanie.

Atrakcje przy dojeździe na lotnisko oczywiście będą. Dzisiaj jest kolejny strajk komunikacji – tym razem częściowy, ale akurat linia na lotnisko nie kursuje. Samolot mam dopiero o 23 więc zakładam, że jakoś sobie poradzę :-)

A tymczasem nie muszę już korzystać ze statkowego Internetu i w końcu da się coś normalnie uruchomić. Play oczywiście nadal nie działa, na szczęście mam kartę innego operatora i mogę korzystać z dobrodziejstw braku opłat roamingowych wewnątrz UE – jeden z plusów tego, że Martynika – co trochę dziwne – jest jej częścią.

W związku z tym wracam do przerwanej relacji z St.Kitts.

Celem mojej ostatniej wycieczki na rejsie były zabudowania starej plantacji trzciny cukrowej o nazwie „Romney Manor”, które datuje się na XVII wiek. Obecnie można podziwiać tam nieduży, ale piękny ogród oraz manufakturę lokalnych wzorzystych tkanin Caribelle Batik:

Image

Sama wytwórnia znajduje się w budynkach pozostałych po dawnej plantacji:

Image

Co ciekawe, plantacja należała przez długi czas do Sama Jeffersona – dalekiego krewnego późniejszego prezydenta USA.

Otoczenie stanowią przepiękne krotony, mangowce oraz dziesiątki drzew i krzewów, z których szczególną uwagę zwraca drzewo Saman Tree, którego wiek szacowany jest na 400 lat:

Image

Przewodnik wspomniał, że na wyspie było jeszcze starsze drzewo Saman o blisko dwa razy bardziej rozłożystej koronie, w co aż trudno uwierzyć. Niestety powalił je jeden z huraganów w 1999 roku.

W ogrodach zachowała się również dawna dzwonnica pełniąca funkcję wieży zegarowej. Pozornie to mało ciekawa rzecz, jednak biorąc pod uwagę funkcję, jaką pełniła w czasach niewolnictwa była uważana za symbol całego ówczesnego systemu: wyznaczała początek i koniec dnia pracy niewolników:

Image

Po zniesieniu niewolnictwa, w ramach rozprawy ze starym systemem praktycznie wszystkie podobne dzwonnice na wyspie zostały doszczętnie zniszczone przez byłych już niewolników. Ta w Romney Manor jakimś cudem się ostała.

Przed kolorowymi domkami zlokalizowany jest taras widokowy, który (oczywiście w innej wersji) funkcjonował również w czasie działalności plantacji. Stąd roztaczał się widok na las deszczowy, zakład przetwórstwa trzciny oraz destylarnię położone poniżej. Dzisiaj większość terenu zarósł z powrotem las deszczowy, i z galerii widokowej można podziwiać jedynie las deszczowy, z którego w którymś miejscu wystają pozostałości komina zakładu:

Image

Obok zakładu przetwórstwa trzciny, z której produkowano głównie melasę i cukier, znajdowała się również obowiązkowa w każdym tego typu miejscu destylarnia rumu. Nie zostało z niej zbyt wiele:

Image

Image

W takich kociołkach podgrzewano melasę

Image

Można zobaczyć również części dawnego akweduktu doprowadzającego wodę do zakładu:

Image

…a także pozostałości mostu kolejki wąskotorowej, którą transportowano trzcinę:

Image

Warto wspomnieć, że na St.Kitts funkcjonuje do dziś kilkunastokilometrowy odcinek kolejki wąskotorowej pełniący funkcje turystyczne. Wagoniki są dwupoziomowe (dolny poziom jest zamknięty i klimatyzowany, górny otwarty podobnie jak samochód, którym podróżowaliśmy w ramach wycieczki na St.Kitts). Niestety ceny tej atrakcji są moim skromnym zdaniem kosmiczne i wynoszą ok. 100 USD – razem z dopełniającym trasę przejazdem autobusem na podobnym odcinku (w sumie całość liczy ok. 30-35 km). Chętnych i tak nie brakuje.

W okolicy ruin destylarni, nasz przewodnik poprowadził nas jeszcze ścieżką turystyczną przez las deszczowy. Szczęśliwie tym razem nie złapał nas deszcz :-)

Las jest nieprawdopodobnie gęsty i pełen lian a dominujące w nim drzewo to mango:

Image

Image

Image

W lesie jest też mnóstwo małp, które bardzo sprawnie przemieszczają się na dużych wysokościach. Niestety ze względu na ich zwinność oraz parametry jeśli chodzi o światło, nie udało mi się zrobić im żadnego sensownego zdjęcia :-(

Dla odmiany zrobiłem fotkę jakiegoś grzybka o pięknych kształtach: :-)

Image

I w ten sposób skończyła się moja przygoda z wyspą St.Kitts. Po powrocie do portu pozostała nam maksymalnie godzina czasu i statek popłynął dalej – w kierunku wyspy Antigua.

Uporządkuję później jeszcze zdjęcia ze stolicy St.Kitts, to w ramach uzupełnienia wrzucę coś ze stolicy wyspy – Baseterre.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#236 PostWysłany: 21 Gru 2018 19:27 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
Jeszcze parę fotek ze stolicy St.Kitts – Basseterre.

To nieduże (ok. 15 tys. mieszkańców) miasteczko – ale jak na ten niewielki rozmiar, ruch jest w nim nieprawdopodobny. Dosłownie na każdym kroku coś się dzieje.

Okolice portu to tradycyjnie skupisko sklepów, klubów, barów, restauracji i nie wiadomo czego jeszcze adresowanego w zasadzie wyłącznie do turystów:

Image

Image

W sumie trudno się dziwić – w wyobraźni mieszkańców prawie każdego wyspiarskiego państewka na Karaibach, turysta wysiadający ze statku to chodzący plik banknotów z wizerunkami któregoś z prezydentów USA. W związku z tym standardowo już od wyjścia poza bramę portu, trzeba się zająć jego portfelem – zanim zrobi to ktoś inny :-)

Ponieważ mieszkańcom podobnych miasteczek powszechnie wiadomo, że jednym z najbardziej deficytowych towarów na statkach jest jakiś sensowny (cenowo i jeśli chodzi o parametry) dostęp do Internetu, stąd popularnym wabikiem widocznym dosłownie na każdym kroku jest wszechobecne hasło „Free wifi”, które prawie zawsze nie jest „free” – trzeba coś kupić (zwykle wystarczy piwo za kilka USD), żeby dostać hasło. Taki urok tego typu miejsc :-)

Bezpośrednio po wyjściu z portu można zobaczyć jeden z bardziej okazałych budynków Basseterre, w którym zlokalizowane jest muzeum narodowe:

Image

Image

Centralnym punktem miasta jest The Circus:

Image

Nie ma on jednak nic wspólnego z namiotem cyrkowym :-) To skrzyżowanie kilku ulic w formie ronda w otoczeniu budynków stylizowanych na kolonialne. Na środku ronda stoi jeden z symboli Basseterre - charakterystyczny zielony zegar widoczny na zdjęciu.

Okolice portu są najbardziej uporządkowane – chyba po to, żeby robić dobre wrażenie na turystach. Nieco dalej wkrada się już trochę więcej chaosu a jednocześnie pojawia się bardziej lokalna zabudowa. Wszędzie coś się dzieje, jest masa ulicznych straganów, w wielu miejscach sprzedaż owoców i warzyw jest prowadzona przy ulicy prosto z przyczep samochodów:

Image

Image

Jednym z największych i najstarszych budynków w mieście jest katedra anglikańska, aczkolwiek była ona tyle razy burzona (przez Francuzów, Anglików, trzęsienia ziemi, wybuch wulkanu, pożar, huragany…) i odbudowywana, że dzisiaj nie zachowało się w niej chyba nic z pierwotnej formy:

Image

To co widać obecnie pochodzi z końca XIX wieku.

Konkurentką dla katedry anglikańskiej jest katedra katolicka z początku XX wieku:

Image

…oraz kościół Metodystów:

Image

To nie wyczerpuje zresztą listy świątyń w tym miejscu. Jak na swoją wielkość i liczbę mieszkańców, liczba miejsc kultu różnych wyzwań może budzić tutaj spore zdziwienie. Ale St.Kitts pod tym względem się raczej specjalnie nie wyróżnia na tle innych karaibskich wysepek – w tym regionie to standard.

Pobyt w Basseterre – może poza zakupami i spacerkiem wokół wymienionych miejsc, nie dostarcza moim zdaniem jakichś wielkich atrakcji. Dla mnie był zresztą uzupełnieniem opisanych wizyt w twierdzy Brimstone Hill, w Romney Manor oraz lesie deszczowym. Na 2-3 godzinki, miejsce w sam raz.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#237 PostWysłany: 21 Gru 2018 21:28 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
Powoli, małymi kroczkami moja relacja zbliża się do końca…

Nie licząc Martyniki, ostatnią odwiedzoną przez nas wyspą była Antigua. Podobnie jak tydzień wcześniej zawitaliśmy do stolicy wyspy (i państwa o nazwie Antigua i Barbuda) – St. John’s.

Zaplanowałem sobie, że ten dzień będzie dla mnie dniem spokoju i odpoczynku przed podróżą powrotną do Polski, w związku z tym nie miałem tutaj zbyt wielkich planów – zaliczyłem spacerek po mieście bez skupiania się na czymś szczególnym.

Nieco na temat wyspy oraz miasteczka zamieściłem już we wcześniejszej części relacji, przy okazji wizyty sprzed kilku dni. Poniżej wrzucam kilka dodatkowych informacji na temat pozostałych co ciekawszych miejsc w St. John’s.

Absolutną dominantą miasta jest katedra wzniesiona na wzgórzu z dwiema charakterystycznymi wieżami. Poniżej zdjęcie wykonane z pokładu statku:

Image

Image

Z bliska trzeba przyznać, że z zewnątrz budynek katedry jest mocno zniszczony – trwają przy niej zresztą prace renowacyjne. W kilku miejscach są porozwieszane tablice informujące, że katedra jest niedostępna do zwiedzania. Tymczasem po przejściu kościelnej furtki okazało się, że katedra jest nie tylko otwarta ale można ją również bez problemu zwiedzać (same wnętrza są zachowane w bardzo dobrym stanie).

Wokół katedry rozpościera się parafialny cmentarz, który jest zniszczony – a właściwie zdewastowany dużo bardziej niż sama katedra:

Image

Ulice St.John’s – o ile tylko odejdzie się kilkaset metrów od portu - są pełne życia.

Dominuje na nich nieprawdopodobny chaos pod każdym względem – ruch uliczny jest tutaj bardzo duży, w zasadzie auta ciągle stoją w korku. Zabudowa w wielu miejscach ma charakter kolonialny, chociaż zapewne zdecydowana większość z nich to rekonstrukcje niż prawdziwi świadkowie swojej epoki. Skalę handlu na ulicach jestem w stanie porównać tylko z niektórymi państwami z Azji Południowo-Wschodniej. Jest bardzo kolorowo i gwarnie, można tu kupić dosłownie wszystko – od owoców i warzyw, poprzez przyprawy, artykuły spożywcze po zabawki, telefony, sprzęt AGD (również ten duży) na rowerach i skuterach kończąc. Wszystko sprawia bardzo autentyczne wrażenie.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Okolice portu też są pełne życia…ale inaczej.

Dominują w niej wszelkiej maści knajpy:

Image

…oraz uliczki handlowe ze sklepami dla turystów:

Image

To co napisałem wcześniej na temat Basseterre w St. John’s ma zastosowanie tym bardziej: liczba biznesów kręconych tutaj na przypływających statkami turystach jest nieskończona…

Z samego statku można zobaczyć również kilka wraków łodzi rybackich (prawdopodobnie) – zapewne ofiar któregoś z huraganów podczas ostatniej pory deszczowej:

Image

W St. John’s pożegnała nas lokalna kapela, która zainstalowała się bezpośrednio przy nabrzeżu:

Image

…i ruszyliśmy dalej.

To był już mój ostatni wieczór na statku, przed zejściem na ląd w Martynice.

Wieczorem zupełnie przypadkiem zahaczyłem o miejsce, w którym jeszcze na statku nie byłem (aż dziwne, bo w sumie policzyłem, że na Costa Pacifica spędziłem łącznie 45 nocy – ale też nie miałem potrzeby tu zaglądać) – jak się to elegancko nazywa „klub dla palaczy” a mówiąc po imieniu – palarnię. To jedyne miejsce wewnątrz statku, w którym wolno palić. Utrzymana jest w stylu angielskiego klubu dla dżentelmenów z imitacją kominka - ale tak nieprawdopodobnie przesiąknięta dymem papierosowo-cygarowym, że w zasadzie to nie trzeba tam nic palić, żeby osiągnąć taki efekt, jakby się coś paliło :-) Uciekłem stamtąd czym prędzej :-)

Image

A w teatrze zaliczyłem pożegnalne show – ponownie „Voice of the Sea” w wykonaniu zwycięzców kolejnej serii castingów:

Image

Tym razem zwyciężył jedyny występujący w show facet.

W ten oto sposób doprowadziłem do tego, że moja relacja znowu stała się bardzo „LIVE”. Brakuje już tylko informacji z Martyniki. Jeszcze jestem w kabinie ale za jakieś pół godzinki zbieram się na lotnisko. Trzeba będzie powolutku zacząć myśleć o jakimś podsumowaniu :-)
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
Złoty uważa post za pomocny.
 
 
#238 PostWysłany: 22 Gru 2018 02:47 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
No i dotarliśmy w końcu do Martyniki – zaktualizowanego (bo pierwotnie jak pisałem miała to być Gwadelupa) celu mojego rejsu.

Na pożegnanie z wyspą wrzucam jeszcze kilka obrazków od strony morza.

Zacznę od wulkanu Pelee – tego, który nieco ponad 100 lat temu zniszczył dawną stolicę Martyniki -St.Pierre. Z tego co tydzień temu mówiła przewodniczka, wulkan rzadko ukazuje się w pełni. Tym razem się udało :-)

Image

Image

A to już widok na miejsce, gdzie zacumowaliśmy i aktualna stolicę wyspy – Fort de France:

Image

Image

…oraz Fort Louis:

Image

W porcie już na nas czekał żaglowiec Club Med 2:

Image

…oraz niestety informacja o strajku komunikacji miejskiej :-(

W ramach ciekawostek, jakąś godzinkę przed zejściem ze statku, od kelnera w Grand Barze dowiedziałem się…że mnie na statku tak w ogóle to już nie ma, a moja karta sygnalizuje barmanom, że zszedłem z niego rano. Faktycznie schodziłem rano na jakąś godzinę rozpoznać temat alternatywnego dojazdu na lotnisko ale przy powrocie moją kartę skanowano tak jak przy każdym powrocie na statek. Teraz się jednak okazało, że z jakichś powodów nie zostało odnotowane, że wróciłem na statek.

Pewnie w statkowym systemie jest jakiś błąd – to tak dla zainteresowanych na przyszłość :-)

Teoretycznie mógłbym może i nawet zostać na statku - pewnie przez jakiś czas nawet nikt by się nie zorientował, że na Costa Pacifica jest pasażer na gapę :-)

Jeśli chodzi o sam dojazd z portu na lotnisko, to w Fort-de-France od kilku miesięcy funkcjonuje nowoczesny autobus, przypominający zresztą bardziej tramwaj niż autobus (fotek nie dołączę bo nie mam jak - zainteresowanych odsyłam na YT). Autobus ten posiada dedykowane przystanki pośrodku jezdni, których nie sposób nie zauważyć i które nie obsługują innych linii:

Image

Kierują do nich zresztą tablice informacyjne dla pieszych – oznaczeniu trudno cokolwiek zarzucić:

Image

Przystanek położony najbliżej terminala portowego znajduje się na prawo – mijając bramkę portową należy kierować się nie w do centrum miasta czyli w lewo lecz w przeciwnym kierunku.

Największy plus tego wynalazku polega na tym, że jezdnia autobusu jest całkowicie oddzielona od jezdni dla pozostałych uczestników ruchu – w związku z tym nie stoi on w wiecznych korkach z Fort-de-France do Lamentin, gdzie zlokalizowane jest nie tylko lotnisko ale masa sklepów oraz strefa przemysłowa. Akurat mój taksówkarz (o tym dalej) wybrał się właśnie tą jezdnia – chociaż znaki raczej mu na to nie pozwalały…

Image

Takiego rozwiązania Martynice spokojnie pozazdrościłoby niejedno europejskie miasto…i wszystko super…tylko autobus po prostu nie jeździł. Potwierdziło się to co mówiła przewodniczka tydzień temu – strajki komunikacji publicznej na Martynice są chlebem powszednim.

Z mojego porannego rozpoznania wynikało, że na lotnisko są jeszcze co najmniej dwie alternatywne metody dotarcia: najprostszy czyli taksówka oraz drugi - mikrobus prywatny (coś na wzór „marszrutki”) kursujący z Ponte Simon do Ducos – z tym, że trzeba poprosić kierowcę o to, aby odbił nieco od głównej trasy i zahaczył o lotnisko:

Image

Tę metodę transferu rozpoznali i przećwiczyli „w praniu” tydzień temu Polacy, którzy odbierali samochód z wypożyczalni przy lotnisku i których strajk zaskoczył tak samo jak dzisiaj mnie – zatem metoda działa. Przejazd kosztuje „małe” kilka euro. Tak, że moja zasługa w jej „odkryciu” żadna.

Przystanek mikrobusów znajduje się przy „normalnej” jezdni na wysokości przystanka autobusu na lotnisko. Kursuje bez rozkładu jazdy ale dość regularnie, z tego co pytałem średnio co 20 minut w godzinach (około) 7-18.

Mój plan był taki, żeby w pierwszej kolejności spróbować znaleźć taksówkę za rozsądną cenę, za którą uznałem 20 EUR. Mówiąc szczerze nie chciało mi się w upale męczyć z bagażami, nie wiedziałem też jak wygląda w takim busie kwestia przewożenia bagażu – rozpoznanie tego tematu pozostawiam już innym :-)

Metoda na znalezienie taksówki była prosta: kartka z napisem „AEROPORT – 20 EUR” :-) Kierowcy z postoju obok terminala portowego, gdy ją zobaczyli prawie wpadli w konwulsje i łapiąc się za głowę łamanym angielskim powiedzieli mi, że dziś inaczej na lotnisko niż taksówką nie dojadę a z nimi mogę to zrobić za minimum 30 EUR. Grzecznie podziękowałem i poszedłem dalej :-)

Sprawdziła się stara zasada – trzeba wyjść za bramę portu i czekać, aż przyjedzie jakaś taksówka z kimś, po czym przećwiczyć moją metodę. Zadziało przy pierwszym taksówkarzu. Najpierw oczywiście było łapanie się za głowę ale gdy dałem wyraźny sygnał, że będę szukał kogoś innego, kierowca dał za wygraną. W ten sposób dotarłem na lotnisko dużo co prawda drożej niż dotarłbym autobusem (1,45 EUR) ale szybko i w komfortowy sposób.

Tablica odlotów już pokazywała mój lot (Level do Paryża Orly) – co ciekawe jeszcze z innym numerem lotu niż na ostatnim potwierdzeniu.

Image

O ile dobrze liczę, numer tego lotu zmienił się od momentu mojej rezerwacji co najmniej 4 razy. Biedni rosyjscy turyści biegali po całym lotnisku spanikowani, że na tablicy nie ma ich lotu – oczywiście nikt nie potrafił im pomóc. Uspokoiłem ich bo jeszcze mogło być potrzebne pogotowie :-) Bardzo się ucieszyli :-)

Samo lotnisko na Martynice jest zorganizowane znacznie lepiej niż to co przećwiczyłem poprzednim razem na Gwadelupie – chociaż wydaje się wyraźnie mniejsze.

Odprawa zaczęła się dokładnie 4 godziny przed planowanym odlotem, przebiegła bardzo sprawnie podobnie jak nieco później kontrola dokumentów i kontrola bezpieczeństwa. Spodobał mi się zegar nad stanowiskami check-in przypominający chyba, że Francja była kiedyś imperium kolonialnym – można z niego odczytać aktualną godzinę w rozstrzelonych oczywiście na mapie terytoriach zamorskich Francji – czyli tego co zostało po dawnym imperium:

Image

Jedyna łyżka dziegdziu w tym wszystkim jest taka, że na lotnisku nie jest dostępny niestety ani jeden salonik dla posiadaczy kart PP. W Point-a-Pitre był…

I jeszcze jedna ciekawa sprawa: ilość lotów do Paryża. Dzisiaj na tablicy jest 7 lotów (nie liczę zdublowanych lotów na kodach współdzielonych). Wszystkie oczywiście na samolotach szerokokadłubowcych – nieprawdopodobny potok ludzi. Aż trudno uwierzyć.

OK, czekam już na boarding. Mam nadzieję, że wszystko odbędzie się w miarę punktualnie. Co prawda na Orly mam zaplanowane 4 godziny zapasu przed kolejnym lotem do Berlina, ale wszystko było rezerwowane na osobnych biletach i ewentualne opóźnienie mogłoby całkowicie posypać mi plan podróży.

A na koniec pożegnalna fotka Costa Pacifica – w porcie Fort-de-France:

Image

Następny raz zobaczę ją za niespełna rok, kiedy mam na niej zaplanowany kolejny rejs. No chyba, że wcześniej wpadnie jakaś „last minuta” :-)

I w ten sposób moja relacja stała się już całkiem „LIVE”:-)
Góra
 Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#239 PostWysłany: 22 Gru 2018 04:16 

Rejestracja: 06 Gru 2016
Posty: 71
Loty: 28
Kilometry: 46 189
Dopiero trafiłam na relację. I w sumie dobrze, bo nie musiałam czekać, tylko sobie ciurkiem przeczytałam :D
Rewelacja. Jak zawsze zresztą. Nie mam już siły szukać, ale ze dwie stronu wcześniej wrzucałeś foty różnych dziwnych, niezidentyfikowanych owoców, i jedne to były chyba rambutany (takie troche liczi z wyglądu) :D
Góra
 Relacje PM off
greg2014 lubi ten post.
 
 
#240 PostWysłany: 22 Gru 2018 23:22 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 970
platynowy
@kat_lee – dzięki za opinię:-) i za podedukowanie w temacie owoców, może zapamiętam na przyszłość:-)

A ja powolutku zbliżam się do końca relacji. Po tropikach niestety zostało już tylko wspomnienie.

Sam powrót z Martyniki samolotem Levela jest dla mnie trudny do jednoznacznej oceny. Na pierwszy rzut oka jest to „zwykły” A330:

Image

…ale w realu chyba jednak trochę zagęszczony. Nie jestem jakiś wysoki ani potężny ale w tym samolocie było mi po prostu zwyczajnie ciasno – być może dlatego, że pod nogami miałem jakąś skrzynkę – prawdopodobnie do sterowania systemem telewizorków w fotelach. Jak już wysiadałem z samolotu to zauważyłem, że jest przed każdym fotelem w rzędzie J, nie wiem jak w pozostałych ale niewykluczone, że tam też czekają takie niespodzianki. Obniża ona jednak sporo ilość miejsca oraz swobodę ruchu:-(

Mój biedny sąsiad (chłop wysoki na jakieś 1,9m) większość lotu spędził chodząc po korytarzu lub stojąc na końcu samolotu (siedzieliśmy w przedostatnim rzędzie) bo nie mógł wytrzymać, więc chyba z tą ciasnotą coś jest na rzeczy. Ale z drugiej strony to lowcost, cena czyni cuda i jak łatwo się domyślić, w samolocie było wolnych dosłownie kilka miejsc. I to pomimo, że przeciągu godziny startowały wtedy 4 samoloty z Martyniki na Orly…pewnie razem dobrze ponad 1000 pasażerów.

Zaraz po starcie, obsługa włączyła klimatyzację na tak niską temperaturę-dosłownie mrożenie, że pół samolotu zaczęła ubierać zimowe kurtki. Nie, żebym był zwolennikiem spiskowych teorii, ale nie zdziwiłbym się, gdyby chodziło o to, żeby zamawiać u nich firmowe kocyki po 6 EUR :-)

Byłem przygotowany na to, że na pokładzie Levela za wszystko trzeba płacić. A zdziwiłem się, gdy przynieśli mi śniadanie. Okazało się, że jeśli rezerwuje się od razu taryfę z bagażem to śniadanie jest w cenie :-) Cudów nie było – to co widać na zdjęciu plus dwa napoje do wyboru – ale dobre i świeże:

Image

Level ma też ciekawy system informacyjny, który teoretycznie (na naszym locie ta funkcja nie działała) umożliwia też zamawianie jedzenia i różnych rzeczy z ich pokładowego sklepu – przynoszą je prosto do fotela:

Image

Tak czy inaczej lot jakoś przemęczyłem – starałem się go jakoś przespać i powiedzmy, że nawet mi to wyszło. Ale na trasie 12 godzinnej (Level planuje loty z Argentyny do Barcelony), jeśli ciasnota będzie podobna to moim zdaniem to już może być dużo większy problem. Nie wiem też, czy na wszystkich trasach latają takie same maszyny – akurat na Orly jednocześnie przyleciały trzy – dwie (w tym nasza) w malowaniu Levela i trzecia – A340 w malowaniu Iberii. Przypuszczam, że w tej ostatniej jest troszkę wygodniej.

Pożegnałem się z Levelem na Orly:

Image

…i pomaszerowałem po bagaż. Level jako lowcostowiec jest obsługiwany na Orly jak na lowcosta przystało – stanowisko gdzieś na końcu lotniska, autobusy zamiast rękawa i prawie (!) godzina czekania na bagaż. Chociaż może miałem pecha… W każdym razie, jeśli ktoś planuje z nimi przesiadkę na styk byłbym ostrożny – choćby ze względu na bagaż.

Bezpośrednio z Orly miałem kolejny lot – do Berlina. Też był opóźniony (chociaż Level nadrobił opóźnienie na trasie):

Image

Image


O lotnisku w Berlinie (Tegel) z litości lepiej nie będę pisał za wiele. Terminal C, w którym jest obsługiwany Easyjet może spokojnie konkurować o miano lotniska-koszmarku. W tej samej konkurencji powinno występować całe drugie berlińskie lotnisko – Berlin Schoenefeld, z którego jutro zresztą odlatuję do Krakowa. Lotniska dla Berlińczyków to powinien być powód do nieprawdopodobnego wstydu. Nasz Radom to przy tym pikuś:-) Nie obsługuje przynajmniej iluś milionów pasażerów rocznie jak te dwa koszmarki w Berlinie.

I w ten oto, może trochę zagmatwany ale w miarę sensowny czasowo i cenowo sposób dotarłem do stolicy Niemiec. Przejechałem przez pół miasta i zameldowałem się niedawno w hotelu Ibis niedaleko lotniska SXF. Próbuję przestawić się na nasz czas i przyzwyczaić do innej pogody. Jutro wracam do Polski i cała moja pokręcona przygoda powoli dobiega końca…
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 263 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1 ... 9, 10, 11, 12, 13, 14  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 6 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group