Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 64 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 17 Kwi 2021 07:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2014
Posty: 639
Loty: 153
Kilometry: 451 125
złoty
W Maridzie jest jeszcze Ibis w centrum za grosze.

@tropikey jeśli jedziecie z Meridy na południe do Uxmal (swoją drogą najpiękniejsze jukatańskie ruiny w mojej opinii) to możecie wymoczyć się w Cenote Kankirixche.

Załącznik:
cenota.PNG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#22 PostWysłany: 18 Kwi 2021 05:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
@J.1: zgadza się, dalszy kierunek to południe, w tym oczywiście wspaniałe Uxmal, choć do cenote Kankirixche niestety nie podjechaliśmy. Zdjęcia pokazują, że jest czego żałować. Może innym razem...

Jako się rzekło powyżej, po noclegu w Meridzie ruszamy na południe. Przed nami 2 noclegi w "sieciówce", ale jakże odmiennego rodzaju. Po niecałej godzinie jazdy docieramy do Hacienda Temozon, jednego z 5 hoteli rozrzuconych po Jukatanie, dzielących się w swojej nazwie cząstką "Hacienda", działających pod bonvoyowską marką Luxury Collection (http://www.thehaciendas.com/). Ze zdjęć wiem z grubsza, czego się spodziewać, ale muszę przyznać, że i tak doznaję tu pozytywnego zaskoczenia. Hotel jest niczym muzeum, w którym można obejrzeć dobrze zachowane maszyny służące w XIX w. do przerabiania agawy na włókna sizalowe, są tu też dawne pojazdy, meble, zdjęcia, itd. No i ten basen... Rewelacja.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Gdy docieramy ok. 10:00, pokój jest już gotowy. Trudno to nawet nazwać pokojem. Wielki przedsionek z kanapą, ogromna sypialnia z dwoma gigantycznymi łóżkami i jeszcze większa łazienka, a do tego sporej wielkości zacieniony drzewami taraso-ogródek. Jak w jakiejś "Rodzinie Połanieckich" :D.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zostawiamy manatki, ale zamiast ruszać gdzieś dalej, penetrujemy haciendę i wybieramy się na piechotę do cenote oddalonego o niecałe 3 km (a wciąż jeszcze na terenie Hacienda Temozon). Jest gorąco, ale na miejscu czeka nas prywatna kąpiel (bezpłatna).

Image

Image

Image

Tego dnia, oprócz marszu do cenote i z powrotem, nie robimy już nic więcej. Korzystamy jedynie z uroków hotelu. Tu jeszcze drobne wyjaśnienie. Wbrew sugestii płynącej z nazwy "Luxury Collection", nie nazwałbym tego obiektu luksusowym. Wiecie, farba odłazi tu i ówdzie, drzwi skrzypią, albo się nie domykają, w pokoju nie ma ekspresu do kawy, złotem nic tu nie ocieka. Jest komfortowo, ale do luksusów daleko, że ho, ho! Nie ma to dla mnie jednak żadnego znaczenia, bo i tak jest tu wspaniale. Serdeczna, uśmiechnięta i pomocna obsługa, bardzo dobre jedzenie, a przede wszystkim sam hotel: emanujący historią, otoczony piękną zielenią, pełen ptactwa. Słowem, idealne miejsce na 2 noclegi dla pary takiej, jak my :) Swoją drogą, takich par widzę tu jeszcze kilka. Żartujemy sobie z kolegą, że z pewnością nie jesteśmy jedynymi gejami we wsi*. Żony zresztą też czasem na nas dziwnie patrzą, gdy wracamy z tych naszych wspólnych eskapad :D

Czas sprawdzić kuchnię haciendy. Tutejsza restauracja jest w zasadzie jedyną jadłodajnią w okolicy, więc jesteśmy na nią zdani. Mimo tak korzystnej sytuacji popytowej, ceny nie są tu drastycznie wyższe od tego, co płaciliśmy wcześniej (choć kto wie, może wcześniej też przeplacaliśmy?). Jest drożej o góra 10%.
Biorę sopa de Lima - delikatny rosół z kury z limonką, "makaronem" z pociętych tortilli i duża ilością drobno posiekanego mięsa drobiowego (110 MXN) oraz cochinita pibil - posiekaną wieprzowinę gotowaną w liściach bananowca (195 MXN). Oba dania są doskonałe, choć zupa limonkowa przebija wszystko. Moje powtarzane co chwilę "muy bien" wywołuje z zaplecza panią szefową kuchni, która serdecznie nam dziękuje za docenienie. A wisienką na torcie jest Modelo Negra - jedno z najlepszych piw, jakie przyszło mi skosztować :)

Image

Image

Image

Image

Image

Wieczorem idziemy jeszcze do wspomnianej wcześniej wsi. Podejrzewam, że spora grupa mieszkańców żyje z hotelu, pracując w nim osobiście lub posyłając tam do roboty członków rodziny. Idziemy sobie ładnie ułożonym chodnikiem wzdłuż kostkowatych, kolorowo pomalowanych domków, w których wnętrzach jest standardowo hamak, lampa, szafa i sporej wielkości płaski telewizor (choć zdarzył się i kineskopowy). Ludzie siedzą sobie na zewnątrz, bo mimo zmroku jest wciąż powyżej 30 st. i grzecznie się z nami witają, gdy przechodzimy obok.
Księżyc wygięty w łuk w zupełnie inną stronę, niż w Polsce mówi, że czas spać, bo jutro czeka nas Uxmal oraz miejsce, które pojawiło się w planach znienacka. Ciekawe, czy ktoś z Was tam był i jakie ma wrażenia... Szczegóły wkrótce.

Image

*dla niewtajemniczonych: "Little Britannia"


Ostatnio edytowany przez tropikey, 18 Kwi 2021 13:55, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
36 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#23 PostWysłany: 18 Kwi 2021 10:13 

Rejestracja: 14 Sty 2014
Posty: 368
Loty: 62
Kilometry: 84 550
niebieski
Pięknie się "Was czyta i ogląda". Za rok podążę Waszym szlakiem.
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 18 Kwi 2021 15:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 942
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
@tropikey
ile Was wyszła Hacienda Temozon? patrzę na ceny standardowe i "dwójka" potrafi osiągać 200 USD. Mieliście jakiś "bon/kod/ect."?
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off  
 
#25 PostWysłany: 18 Kwi 2021 15:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
No niestety, 200 USD za dobę :(
Jedyny bonus, to śniadanie gratis za platynę w bonvoyu.
Gdy się to podzieli na dwóch, jest do przełknięcia, ale przy płaceniu całości z własnej kieszeni może być to zbyt bolesne.
Góra
 Relacje PM off
oskiboski lubi ten post.
Raphael uważa post za pomocny.
 
 
#26 PostWysłany: 18 Kwi 2021 19:03 

Rejestracja: 16 Sty 2011
Posty: 4271
złoty
Hacjenda prezentuje się lovely, nawet jeśli nie ocieka luksusem. A jak śniadanie?
Cena jest słona, zwłaszcza jak na Meksyk, ale dzięki przynależności do sieci mogą "monetyzować" swoje walory.
Góra
 Relacje PM off  
 
#27 PostWysłany: 18 Kwi 2021 19:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Sie 2012
Posty: 2583
Loty: 445
Kilometry: 508 718
platynowy
no wiesz! Monetyzować walory to chyba nie w przypadku pięćdziesięciolatków
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#28 PostWysłany: 18 Kwi 2021 20:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Sty 2012
Posty: 2079
platynowy
A ja nie wiem dlaczego @tropikey i drugi "tetryk" realizują mój przyszły, ewentualny i nieopisany (jeszcze) plan podróży po Jukatanie. Czytaja w myslach...? :-) Zaczynam sie obawiac co jeszcze wiedza o moich planach :-)
_________________
navigare necesse est
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#29 PostWysłany: 19 Kwi 2021 03:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
@marek2011: o śniadaniu wypowiem się wkrótce - dziś nie będzie odcinka, bo jesteśmy w miejscu, gdzie internet ledwo zipie. Ujmując jednak rzecz skrótowo, jest dobrze :)

@pabien: o przepraszam, nie wszyscy w naszym duecie (zgodnie z porównaniem, którego na poczatku użył @Enzym) mamy "po trzy nogi" :D

@jaco027: podejrzewam, że w obiekcie, w którym jesteśmy dzisiaj nie wylądujesz ;)
Wszystko w swoim czasie...

Z ciągiem dalszym wracam za niedługo.
Góra
 Relacje PM off  
 
#30 PostWysłany: 19 Kwi 2021 22:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
Dzień zapowiada się intensywnie, więc trzeba się do niego odpowiednio przygotować energetycznie. Stosownym zabiegiem jest oczywiście zjedzenie śniadania. Nie wiem, czy poza czasami pandemicznymi jest tu bufet, ale nawet jeśli nie, to oferta a la carte jest absolutnie wystarczająca.
W Hacienda Temozon bazą jest dla każdego talerz owoców (ananasy, melony, banany, papaja, itp.), twarożek (zwany przez nich "cottage cheese" i bardzo przypominający nasz "serek wiejski), sok ze świeżo wyciskanych owoców, koszyk z pieczywem tostowym i słodkim, konfitury (mango, malinowa, itp.), kawa, a do tego dobrać można sobie gratis śniadaniowe "danie główne", zazwyczaj jakieś jajeczne. Ja na oba śniadania poprosiłem o motuleños, czyli dwa jajka sadzone na podkładzie z tortilli i fasoli, przysypane serem oraz przykryte pysznym, lekkim sosem pomidorowym, z ułożonymi obok kawałkami przypieczonego banana. Pychota! A do tego porcja taka, że styka do kolacji :)

Image

Image

A to fioletowe, to wspomniane wcześniej caimito.

Image

Niestety, wbrew pewnym sygnałom płynącym od wujka Google, ciągle jeszcze nie wznowiono działalności jaskini Loltun, więc szukamy alternatywy. Miły chłopak z recepcji podpowiada nam miejsce, o którym wcześniej nie słyszałem - Sotuta de Peón (więcej informacji o nim za chwilkę). Sęk w tym, że zwiedzać to miejsce można tylko w ramach zorganizowanych oprowadzeń, które dziennie odbywają się tylko dwa - o 10:00 i 13:00 (trzeba się wcześniej zapisać), a my mamy zaplanowany na dziś jeszcze Uxmal.

Szybka kalkulacja tras oraz czasów i ustalamy, że nie ma problemu. Teraz jedziemy do Uxmal, a potem do Sotuta de Peón. Prosimy recepcję o zrobienie dla nas rezerwacji na 13:00 i ruszamy do ruin.

Z Haciendy Temozon do Uxmal jest zaledwie 40 minut jazdy, więc docieramy tam bardzo sprawnie. Cenią się tu jeszcze bardziej, niż Chichen Itza, ale w tym wypadku czujemy, że wydatek jest dużo bardziej usprawiedliwiony. Atmosfera jest kameralna (oprócz nas, zwiedzających jest góra 20-30 osób), ale co najistotniejsze, same ruiny Uxmal prezentują się zdecydowanie ciekawiej, niż te w pobliżu Valladolid. Teren jest tu bardziej urozmaicony, a i poszczególne obiekty tworzą ciekawą kompozycję, więc nasza ocena jest entuzjastyczna.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kończymy spotkanie z Uxmal. Przed powrotem zahaczamy jeszcze o mini wystawę oldschoolowych pojazdów (bardzo blisko wejścia do Uxmal).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ruszamy do Sotuta de Peón. Czas ujawnić wreszcie, że to też jest hacienda, w której również można nocować, ale wyróżniająca się funkcjonującym w niej muzeum produkcji sizalu, czyli naturalnego włókna z jednego z gatunków agawy.

Tak, wiem... Sizal nie wydaje się jakimś szalenie interesującym (przynajmniej dla Polaka) tematem muzealnym. Ba, w pierwszym momencie, ja sam też tak pomyślałem. Ach, w jakim mylnym błędzie byłem! To miejsce jest kapitalne!

Zacznijmy od ceny, a potem będzie z górki. Otóż, wstęp nie jest tani, bo kosztuje 675 MXN, ale... Zwiedzanie trwa aż 3,5 godziny, prezentacja jest szalenie interesująca (obejmuje zarówno proces produkcji sizalu, jak i historię haciendy), a sam przewodnik Ivan (bo chyba tylko on prowadzi grupy obcojęzyczne lub mieszane), to istny wulkan wiedzy i energii. Gościu swoją ekspresją przebija wszystkich aktorów latynoskich telenowel. Lubi się też popisać znajomością francuskiego i niemieckiego, więc jeśli gaworzycie w którymś z tych języków, sprawicie mu przyjemność choćby krótką odskocznią od angielskiego. Do tego wszystkiego, ostatnia godzina zwiedzania, to kąpiel w pierwszorzędnym cenote, więc jest dwa w jednym :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Sotuta de Peón była jednym z kilkudziesięciu gospodarstw, pomiędzy które w XVIII i XIX w. podzielona była ogromna część płw. Jukatan. Każde z tych gospodarstw obejmowała po kilka tysięcy hektarów, miało swoją walutę, własne więzienie i swego rodzaju niezależność. Po reformie rolnej w XIX w. odebrano im 90% nieruchomości. W Sotuta de Peón zasoby spadły z 3000 do 300 ha i tak zostało do dziś. Obecny właściciel, niejaki William Lubcke, postawił na turystykę i uczynił to modelowo. Polecam to miejsce z ręką na sercu. Jedyne, do czego mogę się przyczepić to kwadrans opóźnienia w rozpoczęciu zwiedzania, ale to drobiazg. No, może cepelia ze staruszkiem Antonio też jest mało potrzebna (a przynajmniej mogłaby być ciut krótsza), ale to też wybaczam.

Po intensywnym zwiedzaniu dwóch wspaniałych miejsc, wracamy na ostatni nocleg do naszej Hacienda Temozon. Dziś na kolację, oprócz obowiązkowej sopa de lima, próbuję panuchos 110 MXN). Jest to w zasadzie pozycja z kategorii entradas, ale trzy duże tortille nadziewane fasolą i usmażone w głębokim tłuszczu, przykryte grubą warstwą grillowanego kurczaka, pomidorem, awokado i innymi dodatkami, całkowicie zaspokajają moje potrzeby, zwłaszcza, że towarzyszy im Modelo Negra :)



Jutro ostatnie śniadanie w Hacienda Temozon (koniecznie motuleños) i czas się pożegnać z tym pięknym miejscem. To jednak nie koniec jeszcze z haciendami. Kolejne zakwaterowanie mamy w Hacienda Uayamón, blisko Campeche.

Image

Image

Image


Ostatnio edytowany przez tropikey 21 Kwi 2021 14:40, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
30 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#31 PostWysłany: 19 Kwi 2021 23:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 942
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
Dzięki tej relacji dostrzegłem rolę zdjęć kulinariów (i nie chodzi li tylko o piwo ;) ) w opisach podroży... aż ślinka leci.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#32 PostWysłany: 21 Kwi 2021 05:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
Po opuszczeniu Hacienda Temozon udajemy się na południe. W okolicy Campeche mamy kolejne dwa noclegi w obiekcie z tej samej sieci - w Hacienda Uayamón.

Opłata za drogę wynosi tym razem - o ile mnie pamięć nie myli (miejcie na względzie stetryczenie) - niecałe 130 MXN. Im dalej od Cancun, tym taniej.

Skoro mowa o jeździe, wspomnę w tym miejscu o dwóch aspektach przemieszczania się autem po Meksyku.

Po pierwsze, mieszkańcy kraju mezcalu, maczet i sicarios są przeciwstawieństwem potocznego stereotypu latynoskiego kierowcy. Przynajmniej ci na płw. Jukatan. Nie ma tu żadnego pędzenia, ścigania, gwałtownych manewrów, wymuszania pierwszeństwa itp. Przy polskich kierowcach to prawdziwe anioły. A kierowcy TIR-ów, to już w ogóle oazy spokoju.
Jak dotąd, widzieliśmy jeden wypadek. Trudno powiedzieć, z jakiego powodu (kierowca zapewne zasnął lub zasłabł) na prostym odcinku dwupasmówki na Champoton, auto zjechało z drogi na szeroki, chyba 30-metrowy pas rozdzielający i znalazło się prawie na przeciwnym kierunku jazdy. Jak on tam dojechał, że nie nie trafił wcześniej w żadną z palm rosnących na tym pasie, nie mam pojęcia.

Po drugie, tutejsze drogi. Nie należą może do wzorcowych, ale na półmetku mogę spokojnie powiedzieć, że są na przyzwoitym poziomie. O dziwo, często bywa tak, że od dwupasmowych dróg szybkiego ruchu, lepiej prezentują się te jednopasmowe. Bywa, że mają lepszą nawierzchnię, są lepiej pomalowane i oznaczone. Co jednak wspólne dla nich wszystkich, to długie, wielokilometrowe odcinki, na których widać do przodu niemal po horyzont. Wyprzedzanie tutaj, to pestka, tym bardziej, że ruch międzymiastowy jest minimalny, z tendencją do znikomego.
Oczywiście, trzeba uważać na wielokrotnie wspominane na forum topes vel reductores de velocidad, ale w zdecydowanej większości przypadków są one dobrze oznaczone lub co najmniej można się szybko nauczyć, gdzie występują. Choć przyznam, że dziś modelowo wyrżnąłem w jeden taki, kompletnie się zagapiwszy.

Jeśli miałbym wskazać jedną cechę, która mnie wnerwia w autochtonach, to jest nią śmiecenie. Owszem, i Polacy do czyściochów nie należą, a w lasach potrafimy na szpecić, jak nikt inny (w Europie). To jednak, co dzieje się na poboczach drugo- i trzeciorzędnych dróg Meksyku, to jest po prostu zgroza.
Już nawet nie wspominam o permanentnym paleniu roślinności, ale najgorsze jest to, że poszczególne miejscowości traktują pobocza jako regularne wysypiska śmieci. Wygląda to na zorganizowaną i w pełni akceptowaną działalność.
Tak to się prezentuje np. na drodze do Sotuta de Peón. Było tak na odcinku ładnych kilku kilometrów.

Image

Po jakimś czasie przypadkiem się to spali i powstanie przestrzeń na nowe śmieci. Przygnębiajace :(

Wróćmy jednak do głównego wątku.

Dotarliśmy do Hacienda Uayamón. Jest tu odmiennie, niż w poprzednim miejscu. Trudno jednoznacznie stwierdzić, lepiej, czy gorzej, ale są ewidentne różnice.
Po pierwsze, większość pokoi w Uayamón, to samodzielne domki (wykorzystano chatki robotników rolnych, przebudowując je w odpowiedni sposób). W naszym wypadku są to w istocie dwa domki: jeden jest sypialnią, a drugi (do którego prowadzi kilkumetrowej długości korytarz) to przepastna łazienka. Na zewnątrz ulokowano również krytą palapą leżankę.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po drugie, nie ma tu "działu muzealnego". Obiekt jest wyczyszczony z wszelkich maszyn, urządzeń, pojazdów itp. Co więcej, spora część zabudowań, to ruiny. Kościół, hala produkcyjna, magazyn - z tego wszystkiego zostały tylko ściany, które zagospodarowała już bujna roślinność (stwarzając atmosferę zaginionego miasta), a jeden z budynków stał się scenerią dla basenu (niestety, sporo mniejszego, niż w Temozon, ale nadal da się w nim pływać).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wreszcie, z Hacienda Uayamón do centrum Campeche jedzie się tylko 30 min., podczas gdy czas przejazdu między centrum Meridy, a Haciendą Temozon był dwa razy dłuższy. Skwapliwie to wykorzystujemy, odwiedzając Campeche dwukrotnie, m. in. w celach kulinarnych, o których za chwilę.

I tym razem, mimo wczesnego przyjazdu, pokój mamy gotowy, więc hop, siup i już jedziemy do Campeche. Parkujemy przy miejscowym mercado, ale podpowiem, że z punktu widzenia zwiedzania lokalnej starówki, dużo wygodniejszy jest parking przy nadmorskim Parque de Moch Couoh.
Wchodzimy w krzyżówkę uliczek prowadzących - jak już przywykliśmy - między parterowymi lub co najwyżej jednopiętrowymi budynkami. Te w starej części Campeche wyróżniają się o tyle, że są w dużej części ładnie odmalowane.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ozdobą Campeche jest Plac Niepodległości z otaczającymi go reprezentacyjnymi budynkami.

Image

Image

Image

Image

Image

Na jednym z nich (Museo El Palacio) o 20:00 zaczyna się pokaz typu "sound & light", o którym dowiadujemy się od nieanglojęzycznego pracownika informacji turystycznej (mój pożal się Boże hiszpański okazał się lepszy do komunikacji). Siadamy tam bez wielkich oczekiwań, ale okazuje się, że półgodzinny pokaz jest świetnie przygotowany. Na ścianie budynku wyświetlane są legendy i wierzenia Majów, historia walk z piratami, obrazki lokalnej fauny i flory, zdjęcia starego Campeche, a to wszystko w doskonałej, nowoczesnej otoczce muzycznej (dla zainteresowanych, spora część, nie mojego autorstwa, jest do obejrzenia tu:

).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

A że szykują się tu wspomniane już wybory samorządowe, kawałek dalej odbywa się typowy tu wiec wyborczy - niewielka parada z bębnami i transparentami.

Image

Zanim jednak dotarliśmy na show, była jeszcze wizyta w lokalu, który polecił nam recepcjonista z Hacienda Uayamón. Chodzi o położony przy tutelszym maleconie, choć ciut poza centralną jego częścią, lokal La Palapa de Tio Fito. Restauracja znajduje się vis a vis Holiday Inn, więc dla zbieraczy punktów IHG jak znalazł.
Obiekt jest spory, a i tak w weekendy robi się tłoczno i bez rezerwacji trzeba swoje odczekać. Jednak warto. Same gratisowe przystawki wystarczyłyby za posiłek, a owoce morza mają tu w różnorakiej postaci.

Image

Image

Image

Właściciel - syn tytułowego wujka Fito - krąży czasem między stolikami. Zaciekawiony gośćmi z Polski, również z nami zamienił kilka zdań bardzo dobrą angielszczyzną, opowiadajac trochę o historii lokalu.
Najedzeni i nasyceni campechańską kuchnią kulturą wracamy do haciendy. Pierwszy raz tutaj jedziemy po zmroku. Wszystko przebiega bezproblemowo.
Przed snem rozważam jeszcze, czy nie pocałować żabki, która pojawiła się w łazience, ale uznałem, że jest zbyt duże ryzyko, że w meksykanich bajkach pod taką postacią może się kryć zapaśnik Lucha Libre, wąsaty hodowca fasoli, albo Frida Kahlo.

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
29 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#33 PostWysłany: 21 Kwi 2021 06:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Sty 2012
Posty: 2079
platynowy
@tropikey Napisze przewrotnie, ze jak dalej tak pojdzie z relacja, to bede musial zrezygnowac z wyjazdu na Jukatan, bo wszystko juz bedzie...znane. Albo alternatywa jest natychmiastowe przerwanie czytania tego "live'a"...
Obydwa rozwiazania mnie nie satysfakcjonuja...Panie, jak zyc? :-) (albo bardziej adekwatnie: ¿Cómo vivir?)
_________________
navigare necesse est
Image
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#34 PostWysłany: 21 Kwi 2021 14:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
To już chyba ostatni obiekt z kręgu Twego zainteresowania, więc będziesz miał na pewno duże pole do popisu :D
Góra
 Relacje PM off  
 
#35 PostWysłany: 21 Kwi 2021 17:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
Czas nadgonić trochę z relacją, bo jestem "niedzisiejszy".

Zamiast wczorajszej żabki, na dzień dobry wita nas taki oto liściasty owad.

Image

Śniadanie w Uayamón ujmę skrótowo, gdyż okazuje się, że we wszystkich jukatańskich haciendach z sieci Luxury Collection, menu jest takie samo. Dostajemy zatem tradycyjna bazę, do której - głównie w celach porównawczych - zamawiam motuleños. Są równie dobre, jak wcześniej, choć na oko porcja jest ciut mniejsza (ale nadal ogromna).

Image

Image

Plan na dziś, to Edzna, a później ponowna wizyta w Campeche.
Do ruin jest niemal tyle, co rzut beretem (40 km), więc po niecałej pół godzinie jazdy jesteśmy u bram tego obiektu.
Tym razem przyjmujemy ofertę lokalnej przewodniczki, Beatrice (mam nadzieję, że nie przekręciłem imienia, a mam w tym względzie duże osiągnięcia).
Nie mieliśmy w zasadzie takiego planu, ale zagadała nas całkowicie nienachalnie przy wejściu, a do tego 500 MXN za dwóch wydaje się bardzo rozsądną stawką, więc korzystamy. To świetny ruch, bo dziewczyna jest nie tylko sympatyczna, ale w bardzo ciekawy sposób opowiada o Edznie i ogólnie o Majach, pokazując nam masę szczegółów, które umykają, gdy chodzi się bez przewodnika. Do takiego zwiedzania Edzna nadaje się znakomicie, bo jest to obiekt stosunkowo kompaktowy i prawie zupełnie pusty.
Opowiada m.in. o stelach służących Majom do zapisywania istotnych wydarzeń z historii, o ich kamiennych łóżkach, systemach gromadzenia wody, architektonicznym łuku majańskim, czy o uchodźcach z Gwatemali, którzy w ramach robót publicznych doprowadzili Edznę do dzisiejszego stanu. Gdybyście chcieli również skorzystać z usług Beatrice, jej strona to http://www.chelitatravel.com/.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po zwiedzaniu wracamy do haciendy na basenowe odświeżenie i jedziemy poszwendać się po Campeche. Trafiamy też ponownie do wujka Fito.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Leniwe popołudnie mija niepostrzeżenie i trzeba wracać, bo kolejnego dnia mamy do przejechania łącznie (w 2 etapach) ponad 300 km, czego ostatnie 60 drogą raczej podrzędną. Jedziemy do Calakmul.
Góra
 Relacje PM off
26 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#36 PostWysłany: 23 Kwi 2021 01:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
Nasz kolejny cel podróży, to ruiny Calakmul.

W wątku z-campeche-na-poludnie,774,158305 pytałem, którą drogę do Calakmul wybrać. Ostatecznie wybraliśmy tą dłuższą i płatną. Niewykluczone, że krótsza i bezpłatna nie jest wcale gorsza, ale większość pomagających była jednak za rozwiązaniem sugerowanym przez Google Maps (vox populi :D ). Swoją drogą, może ktoś zdecyduje się kiedyś na wyjazd interaktywny, którego trasa będzie zależała od głosujących?

Wybór trasy okazał się trafny. Opłata to tylko 80 MXN, przez znaczną część jedziemy dwupasmówką, a nawet gdy ta się kończy, po zwężeniu jest nadal bardzo przyjemna.

Z Calakmul jest pewien problem. W pobliżu (w szerokim tego słowa znaczeniu) baza noclegowa jest dość ograniczona. Lepszej kategorii obiekty są w Xpujil, ale dojazd z tego miasteczka trwa ponad 2 godziny. Wybierając wioskę bez nazwy znajdującą się zaraz przy zjeździe na drogę prowadzącą do ruin, oszczędzamy ok. 45 minut, ale trzeba się liczyć z warunkami raczej mało wyszukanymi.

Mój wybór padł na opcję nr 2, a konkretnie na Cabañas Cheleembal. Po dotarciu tam okazuje się, że gospodyni nic nie wie o naszym przyjeździe. Trochę to dziwne, bo rezerwacja była zrobiona z miesiąc temu, przez Orbitz, który na dodatek co jakiś czas przysyłał mi różne przypomnienia.
Problemu jednak nie ma - większość cabañas jest dziś wolna, więc bierzemy jedną z nich. Daję przy tym upust swemu frajerstwu. Otóż, stawka w Orbitz była słona (1606 MXN ze śniadaniem, płatne na miejscu), ale w większości tutejszych obiektów ceny są wygórowane. Zamiast zapytać, ile chcą za noc, od razu sam proponuję cenę z Orbitza, a synowi właścicielki aż się oczy na to świecą. Cóż, wiem dlaczego. Kątem oka dostrzegam zeszycik z rezerwacjami, a tam to tysiąc, to tysiąc sto pesos. Ostatecznie jednak, już wieczorem, gdy pojawił się mąż właścicielki, nasza rezerwacja się odnalazła, więc i tak musielibyśmy zapłacić stawkę orbitzową.
Nauczka z tego tylko taka, że w okolicy Calakmul lepiej brać zakwaterowanie na miejscu, bez wcześniejszej rezerwacji (czego normalnie nie praktykuję). Poza tym, żalu i tak nie mam. Rodzina jest skromna, robią co mogą, by turystom zapewnić - na miarę swoich możliwości - pewien standard. Niech im przepłacona kwota pójdzie na dobre (choć i tak muszą z niej odpalić coś jeszcze Orbitzowi).
A oto i nasza cabaña:

Image

Image

Image

Image

Image

Droga bezpośrednio do ruin odchodzi w bok od głównej szosy, jakieś 500 m. od naszego zakwaterowania. Zaraz za skrętem stajemy przy szlabanie, gdzie trzeba wykupić "pierwsze" bilety za 150 MXN. Nie pamiętam już, czym się różnią od tych "drugich" za 80 MXN, które kupuje się już po dojechaniu do ruin. Być może są za przejazd 60-cio kilometrową drogą prowadzącą do ruin.
Aż do drugiego szlabanu, gdzie sprawdzają opaskę na ręce i nazwisko (gdzieś tak w połowie trasy), droga jest bardzo przyzwoita, szeroka na dwa auta. Potem jednak robi się znacznie węższa i trzeba uważać na mijanki z jadącymi w przeciwnym kierunku, zwłaszcza na zakrętach. O wyprzedzaniu można zapomnieć, chyba że poprzednik się zatrzyma. Ta druga część ma też sporo dziur i nierówności, na które trzeba uważać. Jej atrakcją są natomiast pojawiające się co chwilę indyki pawie. Jeden z nich stara się nam zaimponować. O ile inne sztuki zmykają na nasz widok w las, ten gdy chcemy go ominąć, z gulgotaniem wydostającym się z dzioba, bezczelnie pcha się cały czas przed maskę auta. Taki z niego chojrak.

Image

Image

Image

Image

Po ok. półtorej godziny jazdy, docieramy w końcu do ruin, a w zasadzie do kas ("drugi" bilet), od których trzeba się jeszcze przespacerować z 10-15 minut, by osiągnąć wreszcie cel i zagubić się w labiryncie majańskich budowli oplecionych korzeniami drzew, porośniętych mchem i gęstymi roślinami (znanymi u nas w wersjach doniczkowych). Dojazd tu nie należy do szybkich i komfortowych, ale widoki na miejscu to rekompensują.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nie mogę tylko zrozumieć, jakim trzeba być kretynem, by przebyć taki szmat drogi po to by nabazgrolić coś na kamieniach sprzed tysięcy lat.

Image

Image

Gdy opuszczamy główny kompleks budynków, w koronie drzew coś nam miga. To małpa mono araña, czyli czepiak. Niestety, nie kwapi się, by zejść trochę niżej i okazać się w pełnej krasie, ale i tak w kilku momentach, gdy przeskakuje między gałęziami, widać ją bardzo dobrze. Szkoda tylko, że z refleksem fotografa jest słabo.

Wracając do auta, nagle orientuję się, że nie mam moich ulubionych okularów słonecznych. Mówię do kumpla, że musiały zostać gdzieś niedaleko, bo przed chwilą jeszcze je miałem. Ten patrzy na mnie i raczej sceptycznie podchodzi do pomysłu cofania się za jakimiś tam okularami. W pobliżu kręci się pani z obsługi parku, pyta co się stało, ja jej na to, że zgubiłem moje okulary azul. Ona patrzy to na mnie, to na kolegę i w końca wskazuję na czubek mojej głowy i pyta, czy może te? Sięgam we wskazane miejsce i oczywiście okulary tam są.
Cóż, to kolejny dowód na trafność tytułu relacji. Jeden gościu nie czuje, że ma jakiś przedmiot na łbie, a drugi, mimo że patrzy na pierwszego, tego samego przedmiotu na głowie nie dostrzega :D

Powrót do zakwaterowania trwa nieco dłużej, bo przez ładnych kilka kilometrów wlecze się przed nami (choć w zasadzie jedzie zgodnie z panującymi tu ograniczeniami) garbus. Jego kierowca w końcu zatrzymuje się, bo coś mu w kole stuka i zostajemy uwolnieni z tego kieratu.
Nastoletni syn właścicielki proponuje nam po powrocie kolację z grillowanego kurczaka, ale nie mamy ochoty na mięso, więc idziemy na oddalone o jakieś 500 m. skrzyżowanie, przy którym ulokowaly się aż trzy lokale gastronomiczne. Jeden jest zamknięty, w drugim odbywają się jakieś dziecięce urodzinki, więc zostaje nam trzeci, Restaurante La Selva, dysponujący w Googlach opiniami na poziomie aż 4,8. Właścicielka jest bardzo sympatyczna, ale kompletnie nie wiem, skąd te pozytywne recenzje. Owszem, wszystko jest zjadliwe, ale w porównaniu z tym, co jadaliśmy wcześniej (za niewiele drożej), tutejsze specjały jawią się niczym wydawane w kuchni więziennej. Może to jednak też nasza wina. Wybraliśmy dania jarskie, (zupa warzywna, quesadillas z chayą i serem, itp.), a to zdecydowanie nie tutejsze klimaty. Wkrótce po nas, do lokalu dociera kilkunastoosobowa grupa Meksykanów, którą spotkaliśmy wcześniej w ruinach. Dostają zamówione wcześniej zestawy z mięsem i to prezentuje się dużo lepiej, przynajmniej wizualnie. Kto wie, może kurczak z grilla u naszych gospodarzy byłby lepszym wyborem? Spójrzcie sami...

Image

Wcześnie rano zasiadamy do bardzo smacznego śniadania przygotowanego przez gospodynię i ruszamy w dalszą trasę. Tym razem będziemy mieli aż trzy noclegi, w sąsiedztwie ruin Kohunlich.

Image
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#37 PostWysłany: 23 Kwi 2021 10:16 

Rejestracja: 14 Maj 2016
Posty: 1420
Ostrzeżenia: 2
Zbanowany
srebrny
Wcześniejsze fotki z potrawami lepiej się prezentowały zatem domniemywam , że smaki także jednak były lepsze :mrgreen:
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#38 PostWysłany: 23 Kwi 2021 16:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 942
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
Siatki nad łóżkami wywołały u mnie refleksję i skłoniły do pytania: a jak tam z robactwem, komarami, muchami itp. stworzeniami? kąsają, gryzą, spadają z drzew, pchają się do nosa, uszu itp. otworów?
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off  
 
#39 PostWysłany: 23 Kwi 2021 17:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
Jest bardzo przyzwoicie. Jak dotąd mieliśmy tylko jedną cucarachę (całkiem spory egzemplarz), a komary są w dawce bardzo znośnej (nie używam żadnych odstraszaczy, a mam jedynie nieco ugryzień w okolicach kostek). Pozostałe żyjątka, jak żabka, liściasty owad, czy inne spotykane gdzieś po drodze, są przyjazne :)
Dla miłośników przyrody jest tu generalnie wspaniale, bo wszystkie hotele otoczone roślinnością dają niesamowitą atmosferę wynikającą z wielkiej ilości śpiewających (lub skrzeczących) ptaków, cykad, itp.

Edit: zapomniałem o gekonach, których jest dużo, ale pamiętajcie, że to najwięksi sprzymierzeńcy człowieka w walce z insektami, więc trzeba je hołubić :)
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#40 PostWysłany: 24 Kwi 2021 01:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5404
HON fly4free
W porównaniu do wczorajszego maratonu, dzisiejsza jazda do kolejnego miejsca to spacerek. Najpierw podjeżdżamy do Zoh-Laguna, o której wspomniano w innym wątku, że po II w. św. przebywali tam Polacy, choć ślady po nich się już zatarły. Historia zaintrygowała nas na tyle, że w Xpujil zbaczamy kilkanaście kilometrów z trasy. Po dojechaniu do wsi wpatrujemy się w domki i próbujemy wyłuskać jakieś polskie ich elementy. Zdaje się, że można by coś tam faktycznie wychwycić, ale nie jesteśmy przekonani. Przy placu w centrum wsi skręcamy w lewo i dojeżdżamy do niedużego jeziorka, bardziej może stawu. Szukam w Googlach o tych Polakach i znajduję ciekawy artykuł po hiszpańsku: https://informefracto.com/voz-de-la-pen ... -campeche/.

Mowa jest w nim m. in. o tym, że pracowali oni tutaj przy wyrębie drzew mahoniowych. Rozglądam się dookoła i zaraz obok stawu widzę resztki starej, dużej hali. Wygląda zupełnie jak opuszczony tartak. Może to jednak tylko moja wyobraźnia.

Image

Image

Opuszczamy Zah-Lagunę i po ok. 30 minutach dojeżdżamy do naszej kolejnej bazy - hotelu The Explorean Kohunlich. Jest to dość nietypowy obiekt. Niby all inclusive resort, ale nie wielohektarowe miasto, jak na riwierze, tylko skromny ośrodek dla góra kilkudziesięciu, no może stu gości. Tym co nas tu przyciągnęło jest to, że w cenie noclegów, oprócz jedzenia i picia są też wycieczki (jedna dziennie). Tak przynajmniej wynika z różnych opisów. Jak będzie w rzeczywistości, przekonamy się w ciągu trzech dób, które mamy tu spędzić.

Dziś mamy wyłom w tradycji - pokój nie jest jeszcze gotowy. W sumie, byłbym trochę zaskoczony, gdyby był, bo jest raptem 9:30. Mamy go ponoć wkrótce dostać. Teraz go ozonują. Zostajemy jednak zameldowani i możemy od razu iść na śniadanie, z czego korzystamy, mimo że poprzednie śniadanie tego dnia zakończyliśmy jakieś 2 godziny temu :D .

Pierwsze wrażenia są pozytywne, choć widać już gdzieniegdzie, że hotel ma - jak nam powiedziano - 25 lat. Nie jest on na pewno w żaden sposób porównywalny z pałacami z wybrzeża Quintana Roo, ale to bardzo dobrze. Nie po to tu nas przygnało.

Sporym mankamentem jest dziwna konstrukcja basenu. Na pierwszy rzut oka jest długi, fajny do pływania, ale okazuje się, że po środku jest rodzaj przepierzenia, więc są to w zasadzie dwa oddzielne zbiorniki.

Image

Możemy już iść do pokoju. Każdy z nich, to kryty tutejszą charakterystyczną strzechą bliźniak połączony ścianą z sąsiednim pokojem. W środku jest bardzo przestronna sypialnia i duża łazienka z wyjściem do indywidualnego ogródka. A przed wejściem jeszcze wielki taras z hamakiem i widokiem na las. Bardzo przyjemnie. I bez telewizora :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po rozpakowaniu mamy już zaplanowaną pierwszą "wycieczkę". W rzeczywistości to jedynie spacer po lesie sąsiadującym z The Explorean. Niejaki Francisco pokazuje nam różne tutejsze rośliny, załapujemy się nawet na chicozapote (pigwica właściwa) - pyszne owoce, które są przysmakiem tutejszych małp. Dochodzimy do punktu widokowego na niewielkim wzniesieniu, a w drodze powrotnej widzimy nieco śladów po Majach, których domostwa otaczały miasto Kohunlich, oddalone od hotelu o 2 km.

Image

Image

Image

A to coś, to rodzaj sauny w hotelowym SPA. Tak, trzeba tam wejść ;)

Image

Image

Powiedzmy sobie szczerze - spacer nas nie oszołomił, więc wsiadamy na rowery (gratis) i zasuwamy jeszcze do ruin Kohunlich. Nie są one spektakularne architektonicznie, ale tutejsze dobrze zachowane maski, małpy w lesie i drzewa wrzynające się korzeniami w pozostałości miasta, tworzą wyjątkową atmosferę.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na koniec dnia sprawdzamy jeszcze, co tam w hotelowej kuchni piszczy. Niestety, pandemia usunęła bufet, więc dostępna jest tylko oferta a la carte. Porcje nie są ogromne, więc biorę pod rząd dwa razy rybę. Jest wyśmienita :)

Image

Image

Image

Nasz pierwszy dzień w The Explorean kończy się. Pozostaje gapić się w rozgwieżdzone niebo popijając drinki. Kolejne dwa dni postaram się załatwić jednym wpisem. Za chwilę lot do Lizbony. Jak zwykle nie wyrabiam się czasowo :D
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 64 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group