Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 1 post ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 29 Gru 2020 20:42 

Rejestracja: 04 Lut 2017
Posty: 183
Loty: 86
Kilometry: 91 162
srebrny
Miała być Sofia LOT-em w dniach 22-29 grudnia, a wyszła Ukraina pociągiem/ autokarem/ marszrutką w dniach 22-27 grudnia. Powód? Obowiązkowa kwarantanna dla osób przyjeżdżających/ przylatujących z zagranicy, która została wprowadzona kilka dni przed planowanym wylotem powrotnym do Polski.
Dotychczas korzystałem w usług Neobusa, którym dojeżdżałem do Medyki, a stamtąd podróżowałem marszrutkami wgłąb kraju. Jako że tym razem podróż odbywałem z moją lepszą połową, która ma chroniczny wstręt do dłuższych przejazdów autokarowych, musieliśmy dojechać do Przemyśla pociągiem (skandaliczne 51 zł, zamiast zwyczajowego 1 zł za promocyjnego Neobusa), potem wskoczyliśmy na kilkanaście kilometrów do Flixbusa do Medyki, a z granicy już marszrutką (około 2 godziny jazdy, cena poniżej 10 zł) dojechaliśmy do Lwowa na dworzec Zachodni. Stamtąd komunikacja miejska do hotelu (autobus, w którym moja lepsza połowa już poważnie zbladła + tramwaj, który jechał wolniej, niż pieszy idący równolegle). Ufff, po jakichś 6-7 godzinach od wyjścia z domu znaleźliśmy się w Lwów Ibis Styles.
W pokoju panował upał nieznanego pochodzenia, którego nie mogło zbić nawet uchylone okno. Kołdra dodatkowo była taka, że czuło się pod nią jak w piecu hutniczym. Również wielkość pokoju nie powalała, zabrakły z 2-3 metry kwadratowe, żeby poczuć się o wiele lepiej. A zapach w łazience był taki sam, jak w Ibis Budget. Kto był, ten wie, o czym piszę. Cena jednak zrekompensowała niedogodności – 615 zł za pięć nocy bez śniadań.
Załącznik:
1.jpg

Planów na Lwów nie mieliśmy zbytnio skonkretyzowanych. Niedawno spędziłem w tym mieście kilka dni i zobaczyłem prawie wszystko, co jest ciekawe i mniej ciekawe (obszerna relacja do znalezienia na moim profilu). Pozostała Opera, która dostępna jest dla zwiedzających tylko w niektóre dni przez kilka godzin. Cena biletu wstępu to 100 hrywien, czyli 13,50 zł. Hmmm, mocno rozczarowałem się tym zwiedzaniem, ponieważ można było zobaczyć tylko jedną salę i pooglądać z jednego miejsca na piętrze wnętrze opery. Akurat miała miejsce próba przed przedstawieniem, więc pooglądaliśmy i posłuchaliśmy występów artystów.
Załącznik:
2.jpg

Załącznik:
3.jpg

W Operze znajdowało się także dzieło nawiązujące do Ostatniej Wieczerzy. Czy było z lodu, czy ze szkła, tego niestety nie udało nam się ustalić.
Załącznik:
4.jpg

Załącznik:
5.jpg

Dostępne do zwiedzania miejsca prezentowały się jak poniżej.
Załącznik:
6.jpg

Załącznik:
7.jpg

Załącznik:
8.jpg

Załącznik:
9.jpg

Załącznik:
10.jpg

Załącznik:
11.jpg

Załącznik:
12.jpg

Obowiązkowym punktem była wizyta na Cmentarzu Łyczakowskim. Jeśli macie szczęście, to wejdziecie za darmo, ale możecie naciąć się również na chamskich „bileterów”, którzy ściągną od was haracz po 50 hrywien. Nas złapali. Widać wyczuwają turystów, bo nie zaczepili wchodzącej przed nami pary Ukraińców.
Dziewczyna bardzo wzruszyła się oglądając miejsca pochówku ofiar walk na wschodzie Ukrainy sprzed kilku miesięcy, roku, dwóch, trzech lat. Mogiły zawierają przeważnie zdjęcie żołnierza, informację o jednostce wojskowej, pełnionej funkcji i miejscu śmierci. Grobów wciąż przybywa …
Załącznik:
13.jpg

Załącznik:
14.jpg

Zauważyliśmy też ciekawy zwyczaj – otóż na mogiłach można było zobaczyć luźne lub w siatkach mandarynki i pomarańcze.
Załącznik:
15.jpg

Słynne lwy z Cmentarza Łyczakowskiego nadal są zasłonięte. Polityka polityką, więc cisza nad tym tematem, by nie wywoływać sporów.
Załącznik:
16.jpg

Niedaleko od cmentarza jest Muzeum Historii Farmacji Galicyjskiej. Miejsce jedynie dla pasjonatów, wejście za dowolną odpłatnością. Plusem jest pan, który mówi biegle po polsku i chętnie rozmawia na każdy, nawet trudny, temat.
Załącznik:
17.jpg

Załącznik:
18.jpg

W rynku znajduje się słynna kawiarnia Kopalnia Kawy. Nie korzystaliśmy z jej usług, zobaczyliśmy tylko wnętrze. Wchodzi się do podziemi, siedzi w mocnych ciemnościach i oczywiście można wypić świeżą kawę przygotowywaną na górze, a nawet zakąsić ją ciasteczkiem.
Załącznik:
19.jpg

Załącznik:
20.jpg

Załącznik:
21.jpg

Załącznik:
22.jpg

Załącznik:
23.jpg

Jako że nie samą słynną ukraińską słoniną kobiety żyją (a w sumie brzydzą się jej), to trzeba było odwiedzić jakieś restauracje, czego ja z kolei bardzo nie lubię. Dziewczyna bezdyskusyjnie uparła się na „Baczewskiego”, czyli chyba najsłynniejszą restaurację we Lwowie. Pierwsze podejście okazało się porażką, bo była długa kolejka chętnych. Za drugim razem po kilku minutach czekania udało nam się dostać do środka i trafiliśmy do wybitnie komercyjnej restauracji. Jedzenie + sklepik = spore wydatki.
Załącznik:
24.jpg

Załącznik:
25.jpg

Załącznik:
26.jpg

Załącznik:
27.jpg

Załącznik:
28.jpg

Załącznik:
29.jpg

Załącznik:
30.jpg

Moje kubki smakowe są chyba upośledzone, bo nie wyczuwają kunsztu smaku i jakości jedzenia. Ukraińską słoninę i kiełbasę bardziej cenią, niż serwowane potrawy restauracyjne. Im bardziej fikuśnie wyglądają, tym gorzej. Spróbowałem w „Baczewskim” rosół i jego smak skojarzył mi się z rosołem mojej matki, gdy jej czasami mocno się nie uda. Kapka cymesu także nie przypadła mi do gustu. Również dziewczyna, smakoszka jedzenia restauracyjnego, była rozczarowana karpiem, ale za to zadowolona z barszczu i średnio usatysfakcjonowana śledziem pod pierzynką podanym w … szklanej szkatułce.
Załącznik:
31.jpg

Załącznik:
32.jpg

Drugim odwiedzonym przybytkiem był „Doktor Faust”. Klimat wybitnie mroczny, ciekawy wystrój i groźnie wyglądający menedżer Sali, chyba niezbyt lubiący Polaków i Rosjan. Zamówiliśmy tam barszcz ukraiński i pierogi, czyli zestaw wyjątkowo nudny, ale urozmaiceniem był sposób serwowania barszczu.
Załącznik:
33.jpg

Załącznik:
34.jpg

Okres świąteczny (dla katolików) i przedświąteczny (dla prawosławnych) spowodował, że centrum Lwowa zapełniło się tysiącami ludźmi. Tak – tysiącami. Spytacie o covid, epidemię, ograniczenia? Otóż na ulicach maski nosi ten, kto chce, ale są mocno wymagane w pomieszczeniach zamkniętych. Dystans społeczny? – nie istnieje. Ograniczenie ilości osób w sklepie? – nie istnieje. Godziny dla seniorów? – nie istnieją. Ograniczenia ilości osób w barach i restauracjach? – nie istnieją. Mniej osób w transporcie publicznym? – nie istnieje. Czy to mądre, czy to głupie? – nie mnie to oceniać. Jednak możliwość oddychania na świeżym powietrzu bez obowiązkowej maski została przeze mnie doceniona i to bardzo.
Kiermasz świąteczny przed Operą Lwowską przyciągnął mnóstwo ludzi. W dzień mniej, wieczorem nieprzebrane tłumy. Standardowe były choinka, kramy z jedzeniem, piciem, suwenirami i innymi elementami, których celem było wyłudzenie od mieszkańców jak największej sumy pieniędzy.
Załącznik:
35.jpg

Załącznik:
36.jpg

Załącznik:
37.jpg

Załącznik:
38.jpg

Załącznik:
39.jpg

Załącznik:
40.jpg

Załącznik:
41.jpg

Załącznik:
42.jpg

Załącznik:
43.jpg

Załącznik:
44.jpg

Również rynek nie chciał być gorszy od terenu przed Operą i zapełnił się kramami, komercją, ludźmi i lodowiskiem. Święta, święta, święta komercji.
Załącznik:
45.jpg

Załącznik:
46.jpg

Załącznik:
47.jpg

Załącznik:
48.jpg

Załącznik:
49.jpg

Załącznik:
50.jpg

Załącznik:
51.jpg

Załącznik:
52.jpg

A że nie samym Lwowem człowiek żyje będąc we Lwowie, to skusiłem się na samotny wypad do Żółkwi, która leży pół godziny jazdy marszrutką (z dworca Północnego). Inspiracją do wizyty w tym mieście był pobyt tam mojego kolegi, który kilkanaście lat temu miał okazję uczestniczyć w miejscowym turnieju piłkarskim. To, co opowiadał o pobycie tam, nie nadaje się zbytnio do powtórzenia, ale że ja lubię dziwne miejsca, to śmiało skierowałem swe kroki do Żółkwi. Moje zdziwienie było spore, gdy dowiedziałem się od wujka Google, że to miasteczko z bogatą historią Polski i Ukrainy, mocno związane z rodami Żółkiewskich i Sobieskich. Hmmm, ciekawe, czy w szkołach jeszcze uczą o hetmanie Żółkiewskim?
Pierwszą budowlą rzucającą się w oczy po wyjściu z marszrutki jest dawna synagoga. Jest zadaszona, nie niszczeje podobno w stopniu spodziewanym po zobaczeniu poniższego zdjęcia, ale nie ma pomysłu, co z nią zrobić. Miasto nie ma środków, Żydzi nadmiernie nie są zainteresowani współpracą, więc budynek tylko stoi i stoi. A że historia Żółkwi jest związana z Żydami, to nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości. W czasie II wojny światowej było tutaj getto, wojnę przeżyło tylko około 70 Żydów, a ostatni „prawdziwy” Żyd zmarł w Żółkwi w latach dziewięćdziesiątych.
Załącznik:
53.jpg

Idąc w kierunku centrum miasteczka można natknąć się na tablice informacyjne i drogowskazy w języku ukraińskim, angielskim, rosyjskim, czy polskim. Mała wielka turystyczna rzecz.
Załącznik:
54.jpg

Załącznik:
55.jpg

Załącznik:
56.jpg

A samo centrum Żółkwi prezentuje się tak:
Załącznik:
57.jpg

Załącznik:
58.jpg

Załącznik:
59.jpg

Załącznik:
60.jpg

Załącznik:
61.jpg

Samo miasto powstało z inicjatywy kanclerza wielkiego koronnego i hetmana Stanisława Żółkiewskiego na początku XVII wieku. Powstały wtedy m.in. zamek i kolegiata.
Na rynku pierwsze kroki warto skierować do muzeum usytuowanego w budynku urzędu miasta. Spotkałem tam prowadzącego je pana, który okazał się wielkim gawędziarzem (oczywiście płynnie mówi po polsku). Rozmowa zajęła więcej czasu, niż zwiedzenie tego przybytku, ale naprawdę byłem zadowolony z wizyty. Mnóstwo informacji, mnóstwo smaczków, mnóstwo eksponatów.
Załącznik:
62.jpg

Załącznik:
63.jpg

Załącznik:
64.jpg

Załącznik:
65.jpg

Załącznik:
66.jpg

Załącznik:
67.jpg

Załącznik:
68.jpg

Załącznik:
69.jpg

Załącznik:
70.jpg

W rynku znajduje się również dawny zamek, który należał do Sobieskich. Słowo prowizorka to chyba dobre określenie tego miejsca. Z zewnątrz prezentuje się dość okazale …
Załącznik:
71.jpg

… ale gdy zajrzeć na dziedziniec, to widać już to:
Załącznik:
72.jpg

Załącznik:
73.jpg

Załącznik:
74.jpg

Niestety, obiekt był zamknięty, więc nie wiem, co znajduje się w udostępnianych do zwiedzania salach, a zdjęcia dziedzińca udało mi się zrobić dzięki uprzejmości ochroniarza, który został obudzony przez moje krzątanie się koło zamkniętej na głucho bramy.
Załącznik:
75.jpg

W Żółkwi znajdują się także dwie dawne bramy wjazdowe do miasta (z pierwotnych czterech).
Załącznik:
76.jpg

Załącznik:
77.jpg

Imponująco prezentuje się świątynia prawosławna w klasztorze bazylianów. Kompleks składa się z cerkwi, pomieszczeń klasztornych, bramy, dzwonnicy i drukarni. Wnętrze cerkwi pokryte jest nietypowymi malowidłami, m.in. można gdzieś zobaczyć na nich Jezusa w ukraińskich szatach ludowych. A sam kompleks jest tak usytuowany, że ciężko jest mu zrobić dobre zdjęcie.
Załącznik:
78.jpg

Załącznik:
79.jpg

Załącznik:
80.jpg

Najbardziej interesującym miejscem w Żółkwi z punktu widzenia polskiego turysty jest XVII-wieczna kolegiata św. Wawrzyńca. Gdy zagadnąłem polską zakonnicę, co jest najbardziej ciekawego w świątyni, to bez wahania stwierdziła, że wszystko jest interesujące, wszystko przesycone jest historią Polski i Ukrainy. Po II wojnie światowej Żółkiew trafiła w granice ZSRR, a świątynia zaczęła być dewastowana i dopiero w latach dziewięćdziesiątych – dzięki staraniom państwa polskiego – została odrestaurowana w znacznym stopniu.
Załącznik:
81.jpg

Na ścianach kolegiaty znajdowały się olbrzymie malowidła przedstawiające triumfy Jana III Sobieskiego, które zostały przeniesione do różnych muzeów. W ścianach świątyni ukryte były kapłańskie ornaty szyte przez żonę Sobieskiego Marysieńkę z materiałów pochodzących z namiotów wezyrów tureckich. W podziemiach świątyni pochowanych jest wielu zacnych obywateli Żółkwi i okolic, m.in. hetman Żółkiewski. Z faktem tym związana jest ciekawa opowieść – otóż zgodnie z wolą żony hetmana co piątek odbywały się msze żałobne z ustawioną przed ołtarzem … trumną z Żółkiewskim. Praktyka ta trwała dość długo, aż wreszcie została poniechana. Obecnie można zejść do podziemi, gdzie spoczywają historyczne sarkofagi.
Załącznik:
82.jpg

Załącznik:
83.jpg

Załącznik:
84.jpg

Załącznik:
85.jpg

Gdy byłem w świątyni pierwszy raz z rana to zauważyłem osoby robiące znak krzyża tak, jak w prawosławiu, czyli najpierw prawa strona, a potem lewa. Pomyślałem nawet, że może trafiłem do kościoła prawosławnego, ale dopiero później uświadomiono mi, że korzystają z niej i katolicy, i religie wschodnie, i grekokatolicy. Tego dnia akurat wystawiane były jasełka, które zgromadziły setki osób różnych wyznań. Charakter ekumeniczny został więc w pełni potwierdzony.
Cóż, więcej ważnych zabytków w Żółkwi nie stwierdziłem. Można jeszcze wstąpić na lokalny bazar, ale prezentujący się nie w wersji hardcorowej, bo widziałem tylko jedno stoisko ze świńskim łbem, zwałami słoniny i zakrwawionym mięsem (kto bywał na Ukrainie ten wie, że często widoki na bazarkach nie są dla ludzi o słabych nerwach). Można wstąpić do jednego z kilku barów na przekąskę lub piwo / wódkę. Można pospacerować bez celu i zobaczyć kilkudziesięcioletnie kamienice.
Warto także wspomnieć o dwóch nietypowych miejscach: dworcu kolejowym z jakże „bogatym” rozkładem jazdy i znajdującym się w parku niepozornym teatrze dziecięcym, który na pewno latem tętni życiem, ale zimą prezentuje się wręcz przygnębiająco. Niestety, jak to na Ukrainie, część ulic w miasteczku nie wygląda najlepiej, brak jest nawierzchni lub jest ona dziurawa.
Załącznik:
86.jpg

Załącznik:
87.jpg

Załącznik:
88.jpg

Załącznik:
89.jpg

Załącznik:
90.jpg

Cieszę się, że spędziliśmy na ulubionej Ukrainie kilka około świątecznych dni. Cieszę się, że udało się uniknąć kwarantanny po powrocie. Nie cieszę się, że od 28 grudnia do bodajże 17 stycznia nie będę miał możliwości wypadu do naszego wschodniego sąsiada, a miałem w planach co najmniej dwie wizyty. Na koniec tradycyjne wyobrażenie „uczuć”, jakimi darzymy Ukrainę.
Załącznik:
91.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 1 post ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group