Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 25 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
 Temat postu: Sri Lanka z dzieckiem
#1 PostWysłany: 06 Sty 2015 23:36 

Rejestracja: 13 Lis 2014
Posty: 108
Miejsce: Sri Lanka
Termin: 08.03-18.03 2014
Liczba osób: 2+1 (8 lat)
Koszt wyjazdu:
GDN-WAW-GDN: 428 PLN
WAW-LHR-CMB-FCO-WAW: 4290 PLN
Koszt przewodnika 10 dni: 580$
Koszt noclegów: 745 $
70$/noc (minimalne oczekiwania: pokój 3-osobowy w klimatyzowanym hotelu z basenem, śniadaniem i dostępem do Internetu)
80$/noc + 25$ late checkout - dwupokojowy apartament w Negombo (klimatyzacja, basen, śniadania).

Średni koszt obiadu i kolacji (bez wieczornego piwka ;) dla 3-ch osób: 3500 LKR

Koszty atrakcji (aktualizowane w trakcie pisania relacji):
Farma żółwi (bilety dla dorosłych) - 2x500 LKR
Safari Udawalawe - bilety w kasie 5934 LKR + Jeep 5000 LKR + ekstra napiwek dla przewodnika 1500 LKR
Sierociniec słoni w Udawalawe - dorośli 2x500, dziecko 250 LKR
Zakupy w fabryce herbaty Blue Field 4000 LKR + napiwek dla przewodniczki - 1000 LKR
Culture Show - Kandy- 3x500
Świątynia zęba - 2x550 LKR (dziecko za darmo) + co łaska dla przewodnika - 500 LKR
Ogród botaniczny - Kandy - dorośli 2x1100 LKR, dziecko 550 LKR
Magiczne maści i mikstury (absolutnie zbędne, ale nie będę się kłócił z żoną o pierdoły)- 5250 LKR
Wynajęcie słonia w Sigiriya (dzieciak wynegocjowany za darmo) - 2x30 USD
Rock Temple & Golden Temple - Dambulla - 2x1500 LKR
Sierociniec słoni w Pinnawala - dorośli 2x2500 LKR, dziecko 1250 LKR
___

No dobra… Jesteśmy!
Po obowiązkowych zwrotach posiłków realizowanych na każdym odcinku lotu przez żołądek naszej córki, wylądowaliśmy na lotnisku w Colombo.
Widok podczas samego lądowania skojarzył mi się z klepiskiem w Kolumbii, z którego korzystają nisko przelatujące samoloty dostarczające główny składnik Coca-Coli (nie… nie chodzi o cukier). Główna różnica polega na tym, że tutaj pas startowy jest z betonu.
Generalnie lot minął spokojnie, SriLankan Airlines łba nie urywa, ale spokojnie daje radę. Można poleci(e)ć.

Po standardowym podziękowaniu załogi za lot, „…tak kochanie, to jest palma” i kompletowaniu bagażu podręcznego wyszliśmy z samolotu.
Pierwsze wrażenie: dostałem w twarz mokrą, gorącą szmatą.
Różnica temperatury i wilgotności w stosunku do naszych krajowych standardów jak zawsze wywołała delikatny szok.
Szybka odprawa, prezent w postaci starterów jednej z sieci komórkowych i idziemy na halę przylotów, gdzie czeka na nas przewodnik-kierowca.

Ponieważ po raz pierwszy złamałem swoją naczelną zasadę: „wakacje z dzieciakami, to nie są wakacje”, ze względu na komfort córki zdecydowaliśmy się przez cały okres pobytu korzystać z usług miejscowego kierowcy.
Po przejrzeniu kilkunastu wpisów na forach skontaktowałem się z Kusumsiri Vijetunga http://kusumsiritravels.com , który (jak się później dowiedzieliśmy od innego kierowcy) jest jednym z najbardziej znanych wśród Lankijczyków przewodnikiem do Sri Lance.

Nie wiem czy Kusumsiri ma specyficzne poczucie humoru, czy ostatnio odwiedził Hawaje, ale przywitał nas wieszając nam na szyjach fioletowe wstążki z kwiatami.
Szybki ruch głową dookoła i tak… jesteśmy jedynymi z kwiatami na szyjach. Dziewczyny zachwycone, ja mniej. Moja wrodzona niechęć do bycia atrakcją turystyczną została wystawiona na próbę.
Teraz pół lotniska (ta turystyczna połowa) gapi się na nas, pokazuje paluchami i trzaska zdjęcia.

Zgodnie z sugestią Kusumsiri udałem się do bankomatu po trochę lokalnej gotówki.
O… widzę, że jakiś Matthew był tu przede mną i zostawił kartę. Będzie miał klawe wakacje, hehe….

Image

Jako, że pierwszy dzień potraktowaliśmy bardziej rozruchowo, to prosto z lotniska udaliśmy się w kierunku naszego noclegu w okolicach Galle.

W trakcie mailowego uzgadniania naszego pobytu poprosiłem Kusumsiri, żeby położył główny nacisk na zapewnienie naszej córce możliwości kontaktu ze zwierzętami i zaprezentowanie lankijskiej kultury.

Pierwszą taką atrakcją była wizyta na farmie żółwi.
https://goo.gl/maps/eLa1q

Farma jest elementem rządowego programu ochrony żółwi morskich.
W kilku basenach znajdują się malutkie żółwiki, które po osiągnięciu jako takiej samodzielności, wypuszczane są do oceanu. Oprócz maluchów znajdują się tam również egzemplarze niepełnosprawne, które w naturalnych warunkach nie miałyby szans na przeżycie.
Widzieliśmy tam na przykład dorosłego albinosa z uciętymi łapami. Taka atrakcja.

Każdy może stać się sponsorem tego ośrodka wpłacając pieniądze jego konto. Najbardziej hojni doceniani są przez nadanie któremuś z basenów jego imienia. Jako, że ani nie jesteśmy zbyt hojni, ani nie mamy potrzeby widnieć na betonowym basenie, ograniczyliśmy się do jakiegoś niewielkiego dobrowolnego datku... Jak się później okazało: nie ostatniego ;)

Jeżeli ktoś się spodziewa po takim miejscu nie wiadomo czego, to może być lekko rozczarowany. Swoją drogą czego się spodziewać po farmie żółwi?

Image

Reszta dnia minęła nam na spokojnym dojeździe do Surfing Villa, prowadzonego przez Basię i Artura w miejscowości Ahangama (połowa drogi pomiędzy plażami Unawatuna i Mirissa).
To jest jedyne miejsce do spania, które wybraliśmy sobie sami (za resztę odpowiadał Kusumsiri). Wiązało się to pierwotnym planem naszej wycieczki, który zakładał że zostawimy tam nasze zimowe bagaże a po objeździe wyspy wrócimy w to samo miejsce i po dwóch nockach pojedziemy na lotnisko. Na całe szczęście nie zostawiliśmy tam naszych maneli, bo w trakcie objazdu po raz kolejny zmieniły nam się plany.

Basia przywitała nas wspaniałą domową atmosferą i genialnymi krewetkami.
Ich pensjonat leży jakieś 100 m od oceanu i (jak sama nazwa wskazuje) jest bazą dla wszelkiej maści miłośników ślizgania się po falach. Jako, że nie jest to sport, w którym czujemy się najlepiej, skorzystaliśmy z kąpieli w basenie i po nocnych Polaków rozmowach wykończeni położyliśmy się spać.

Image

Następnego dnia po śniadaniu, Basia i jej córka wywróciły nam cały plan wycieczki.
Jako localsi z doświadczeniem spojrzały na nasze założenia i od razu wywaliły safari w Yala na rzecz parku Udawalawa, co spowodowało zmianę większości zaplanowanej trasy.
Gdy przedstawiliśmy nowy plan Kusumsiri, ten tylko wziął głęboki wdech i po chwili zastanowienia zaczął organizować noclegi od nowa, rezygnując ze starych rezerwacji.
Zdawałem sobie sprawę, że mu trochę nabroiliśmy, ale pomyślałem, że jest dorosły i da sobie radę.
Po kilku minutach widziałem, że wszystko idzie w dobrą stronę, bo wyraźnie poprawił mu się nastrój i pojechaliśmy w głąb wyspy.

Image

Jazda środkiem drogi jest tu czymś zupełnie normalnym i naturalnym. Wyprzedzanie na zakrętach i ciągłej linii (notabene pełniącej wyłącznie role ozdobnika asfaltu) nie wywołuje absolutnie żadnych nerwowych reakcji wśród innych kierowców. Tak się tu po prostu jeździ.
Generalnie zorientowałem się, że interakcje z innymi użytkownikami drogi przypominają przeciąganie liny.
W pewnym momencie dla jednego z kierowców jest już za dużo i odpuszcza. Ponieważ dzieje się to przy stosunkowo małych prędkościach (lankijskie drogi nie pozwalają na zbyt wiele), to po uzyskaniu pewnej wprawy jest to nawet... bezpieczne (?!).
W tej przepychance zupełnie żadnych szans nie mają tuk-tuk'owcy, którzy nie są zbyt poważnie traktowani przez kierowców. Niżej od nich w drogowej hierarchii stoją tylko użytkownicy rowerów.
Gdybym chciał sobie kupić tuk-tuka, to muszę się liczyć z kosztem ok. 5000$ za wersje podstawową (czerwoną). Jakbym chciał przyfisiować i strzelić sobie w kolorze czarnym z opcją naklejki z mottem po angielsku (koniecznie z jakimś błędem), to musiałbym wysupłać dodatkowe 300-1200$.


Przed chwilą zorientowałem się, że w bankomacie na lotnisku zostawiłem swoja kartę. Tutejsze bankomaty najpierw wydają pieniądze, a później kartę. Przyzwyczajony do odwrotnej kolejności w naszych urządzeniach, po pobraniu gotówki po prostu odszedłem.
Teraz już wiem co robiła na bankomacie karta zostawiona przez Matthew, o którym wtedy pomyślałem, ze jest imbecylem ;)
Ciekawe kiedy on się zorientował, bo ja połapałem się w jakiejś kompletnej dziurze. A w zasadzie w drodze między dwoma kompletnymi dziurami.
Poinformowałem małżonkę, że straciliśmy kartę, i pocieszyłem ją, że to nic strasznego, bo ona ma przecież drugą :)
Jednocześnie poprosiłem Kusumsiri o znalezienie jakiegokolwiek miejsca z Wi-Fi (znajdź takowe w środku dżungli). Po kilkudziesięciu minutach wjechaliśmy do wioski, w której dwóch chłopaków miało coś na kształt sklepu z komputerami. Ani to sklep, ani komputery… na szczęście mieli wi-fi, więc zalogowałem się do banku, przelałem środki na inne konto i zablokowałem zgubioną kartę.
Gdy spytałem ile mam im zapłacić za sieć, chłopaki tylko spytali czy mogą zobaczyć iPad’a. Dałem im i po chwili zabawy się pożegnaliśmy.

Kolejne kilkadziesiąt minut zajęło nam dojechanie do jakiegoś miasta i znalezienie bankomatu.

Image

Z bankomatami na Sri Lance w ogóle jest zabawnie.
Jedne nie akceptują Visa, inne MasterCard. Jak już trafisz do banku, w którym dziwnym trafem są dwa bankomaty akceptujące twoją kartę, to ni z gruchy ni z pietruchy pierwszy odmawia wypłaty, stwierdzając ze właśnie został temporary unavailable, a drugi wypłaca tylko 80000 LKR, stwierdzając po chwili to samo. Ściągnąłem brwi i odchodząc od maszyny zobaczyłem, że nastąpiło cudowne uzdrowienie urządzeń i jakiś Lankijczyk właśnie wypłaca pieniądze. Poczekałem więc grzecznie znowu na swoją kolej, włożyłem kartę i… temporary unavailable.

Tu po raz kolejny uwaga dotycząca bankomatów: najpierw pieniądze, potem karta! Istnieje jeszcze jedno niebezpieczeństwo: po wypłacie bankomat nie oddaje karty automatycznie, tylko czeka aż właściciel wciśnie przycisk akceptujący zakończenie transakcji.
Co jeśli tego nie zrobi? Ano po odejściu przez kilkadziesiąt sekund następny klient może wcisnąć „kolejna transakcja” i wypłacić pieniądze z twojego konta.
Jeśli przez pewien czas nie będzie żadnego działania, to twoja karta wysunie się z maszyny i dołączy do kart Matthew i Artura.


cdn...


Ostatnio edytowany przez Poochaty 15 Mar 2015 12:44, edytowano w sumie 8 razy
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
amphi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 07 Sty 2015 10:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Sie 2014
Posty: 1629
Zbanowany
Czekam na dalszą relacje, zapowiada się ciekawie. Jedno pytanko, czy to była pierwsza Wasza zagraniczna wyprawa z córką?
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 07 Sty 2015 10:37 

Rejestracja: 03 Gru 2013
Posty: 466
niebieski
Wow, super! Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Za rok planujemy Sri Lankę z naszą 8latką; za miesiąc pierwsza nasza wyprawa dalej - Meksyk:)

pozdrawiam!
_________________
Meksyk http://www.fly4free.pl/forum/puerto-aventuras-riviera-maya-na-zywo-luty-2015-2-tyg,210,65109
Wietnam http://www.fly4free.pl/forum/wietnam-na-swieta-bn-i-nowy-rok-2015-2016-relacja-z-wloczegi,216,86193&start=0
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 07 Sty 2015 11:43 

Rejestracja: 13 Lis 2014
Posty: 108
JarekGdynia napisał(a):
Czekam na dalszą relacje, zapowiada się ciekawie. Jedno pytanko, czy to była pierwsza Wasza zagraniczna wyprawa z córką?


Do tej pory zabieraliśmy ją na jakieś wypady w góry, do Czech, na Wyspy Brytyjskie itp. Sri Lanka była jej pierwszą "poważną" wyprawą ;)
Automatycznie narzuciło to nam trochę inny standard wyjazdu i mobilności, ale bezapelacyjnie było warto. Do dzisiaj nawija o Sri Lance :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 08 Sty 2015 14:41 

Rejestracja: 13 Lis 2014
Posty: 108
Safari w Parku Narodowym Udawalawe to jest to, dla czego przyjeżdża się do Sri Lanki.

Pierwotny plan przewidywał udanie się do bardziej znanego (rozreklamowanego?) Parku Narodowego Yala i spędzenie tam nawet dwóch dni, ale po konsultacjach z Basią zmieniliśmy zamiar.

Basia potwierdziła moje wątpliwości, które miałem już na etapie przygotowań do wyjazdu: po pierwsze przejazd z Ahangama do Yala jest dwukrotnie dłuższy, co wiąże się również z dużo dłuższą trasą powrotną.
Po drugie w Udawalawe jest więcej dużo więcej słoni niż w Yala i istnieje dużo większe prawdopodobieństwo natknięcia się na stado na otwartej przestrzeni.
Trzecim argumentem na niekorzyść Yala jest safari z tłumami turystów i przejazd przez park w ciągłym kurzu. Ponieważ wielokrotnie na forach spotkałem się z tym samym spostrzeżeniem, zastanawiałem się czy na pewno dziewczyny tego chcą.
W zasadzie jedynym argumentem za Yala jest obecność lampartów w liczbie 35 sztuk, ale… nikt nam nie zagwarantuje, że na nie trafimy.

Tutaj jedna uwaga. Dosyć popularnym na forach stwierdzeniem jest to, że Yala jest jedynym parkiem na Sri Lance, w którym można się natknąć na te drapieżniki. To nieprawda. Prawdą jest, że w Yala jest ich najwięcej, ale widywane były również w innych parkach… o czym później.

Summa summarum wylądowaliśmy w Udawalawe gdzie Kusumsiri zaproponował nam znajomego przewodnika o imieniu Fidel, dysponującego własnym Jeepem.
Jak się wkrótce okazało - to był strzał w dziesiątkę.

Fidel to wiecznie uśmiechnięty i niewiarygodnie spostrzegawczy przewodnik. Kilka razy zdarzyło się, że zatrzymał Jeep’a i pokazywał nam jakieś stworzenie, które przysiadło na krzaku dosłownie metr od nas. Zdarzyło się, że szukaliśmy tego stwora dobre dwie minuty i dopiero gdy Fidel praktycznie dotknął go palcem udało nam się oddzielić jego kamuflaż od rośliny. Jak on to zobaczył z okna samochodu? Nie mamy do dzisiaj bladego pojęcia.

Wracając do zwierząt. Udawadale to miejsce zamieszkałe przez ponad 350 słoni, niezliczoną ilość bawołów i egzotycznego ptactwa.

Image

Możliwość obserwowania tych zwierząt w naturalnych warunkach zrobiła na nas kolosalne wrażenie. Ogromnym plusem było to, że podczas całej wycieczki spotkaliśmy może ze cztery inne Jeepy i mogliśmy przez te parę godzin poczuć tą naturalną dzikość i nacieszyć się ciszą i widokami.

Image

Wielokrotnie spotkałem się z opinią, że jeśli chodzi o zwierzęta, to Sri Lanka jest taką małą Kenią. Coś w tym jest.

Wisienką na torcie była kompletnie niespodziewana i niewiarygodnie rzadko spotykana rzecz.
Przejeżdżając spokojnie przez park w pewnym momencie Natalka dostrzegła siedzącego pod drzewem dzikiego kota!
Fidel nie mógł wyjść z podziwu, ponieważ w całym parku Udawadale zaobserwowano tylko trzy egzemplarze kocurów i od dawna nikt się na nie nie natknął.
Nasz przewodnik tak się tym podniecił, że od razu poinformował o tym dyrekcję parku. Powiedział nam, że on ostatni raz widział kocura prawie 10 lat temu, natomiast fakt dostrzeżenia go przez 8-latkę spowodował, że było to tym bardziej niesamowite, a Natalka tylko potwierdziła swój status królowej wycieczki.

Nie wiem czy właśnie to spotkanie miało wpływ na to, ze Fidel w ciągu następnych godzin złamał przynajmniej dwie główne zasady obowiązujące w parku, czy po prostu Natalka okręciła kolejnego Lankijczyka wokół palca.

Image

Pierwsza z nich polegająca na tym, że nie wolno niczego podnosić, przestała mieć miejsce gdy Natalia zobaczyła leżące na poboczu pawie pióro. Ciężko przestraszony Fidel kilka razy rozglądał się dookoła czy nie ma nikogo w pobliżu i przyniósł jej tą pamiątkę. Kilka razy prosił nas, żebyśmy nikomu o tym nie mówili, a gdy ktoś nas spyta, to znaleźliśmy je za bramą. „Spoko, Fidel!”
Złamanie drugiej zasady sprawiło nam przeogromna frajdę i do dzisiaj gęba mi się śmieje na samą myśl o tym.
Otóż Fidel bez naszej wiedzy postanowił zignorować nakaz wyjazdu z parku do godz. 18:00.
Dzięki temu trafiliśmy nad w większości wyschnięte jezioro (od pięciu miesięcy nie odnotowano tam opadów), do którego zaczęły schodzić się zwierzęta.
Nagle w jednym miejscu zobaczyliśmy różne rodzaje ptactwa, słonie, bawoły, lisy i... krokodyle, które zaczęły korzystać z wodopoju w scenerii zachodzącego Słońca.

Image

To było coś tak niesamowitego, że dla tej chwili warto było przylecieć na wyspę. Później dowiedzieliśmy się, że przeciągnięcie naszej wycieczki poza godziny otwarcia parku mogło Fidela kosztować 3-tygodniowy zakaz wjazdu.

Image


Koszty:
bilet wstępu 5934 LKR
koszt wynajęcia Jeepa 5000 LKR
napiwek dla Fidela 1500 LKR

Przy okazji ciekawostka: bilet wstępu dla Local Adult to koszt 120 LKR, natomiast dla Foreign Adult 1945 LKR. Bilet zawiera koszt dwóch dorosłych turystów, dwóch localsów (Kusumsiri i Fidel), dziecko za darmoche, do tego kilka podatków i pozycja zatytułowana J1C0V0Bu0Bo0 - 250 LKR. Co ona oznacza? Zabij mnie - nie wiem :lol:


Po Safari Kusumsiri zawiózł nas do hotelu.

Ponieważ dochodziła 2300 i było już ciemno, wszystkie mijane wioski wyglądały jak po ataku zombie. Gliniane lepianki, przykryte liśćmi bananowca lub palmy kokosowej (w zależności co akurat na tej działce rosło) nasuwały pytania w jaki sposób ci ludzie w ogóle tam żyją.
W pewnym momencie Monika spytała mnie nawet czy wiem dokąd Kusumsiri nas zabiera, bo wygląda to cokolwiek mrocznie. Oczywiście nie miałem bladego pojęcia, więc odpowiedziałem, że słyszałem jak rozmawiał z Fidelem o cenie za małą dziewczynkę… czy jakoś tak…
Po kilkunastu minutach dalszej jazdy przez ominięte przez cywilizację rejony, jednopasmową (wspólną dla obu kierunków), nieoświetloną, żwirową drogą, naszym oczom ukazał się pensjonat, który w tym otoczeniu wyglądał jak kurort dla miliarderów.
Białe ściany, delikatne podświetlenie LED… normalnie Europa.

Na podjeździe czekał już na nas manager tego obiektu i boy hotelowy. Procedura powitania wyglądała tak, jakbyśmy byli Brangeliną w podróży poślubnej: czerwone dywany, ukłony, uśmiechy, powitalne drinki… i my… upieprzeni po safari.
Zanim się zorientowaliśmy nasze bagaże już stały przy recepcji.
Chwilę później dowiedzieliśmy się, że manager wiedząc o naszym przyjeździe, wstrzymał obsługę kuchni, która miała przygotować nam kolację.
Spytał, czy nie mamy nic przeciwko temu, żebyśmy już podczas rejestracji złożyli zamówienie, bo jeśli nam to nie koliduje z planami, to za pół godziny będzie gotowe i zapraszają do restauracji (chyba, że życzymy sobie zjeść w pokoju).
Ja stoję jak kołek z wywalonymi oczami i otwartą gębą, Monika za mną szepcze „kur@@, ile to będzie kosztować?”, a Kusumsiri się chichra.
Szepnąłem Monice, że nie wiem i najwyżej ukatrupię Kusumsiri, a managerowi odpowiedziałem, że bardzo chętnie skorzystamy z ich uprzejmości i złożyliśmy zamówienie.
Za pół godziny zjawiliśmy się w restauracji, która znajdowała się na tarasie nad basenem.
Zagadka: co się dzieje gdy po upalnym dniu 8-letnia córka zobaczy basen (i nieważne, że jest już po północy)? Oczywiście! „Tatusiu mogę się wykąpać?”
Pomyślałem „czemu nie?” i po kolacji poszedłem spytać managera, czy możemy o tej porze skorzystać z basenu.
Oczywiście nie robił żadnych problemów. Gdy po przebraniu się w pokoju pojawiliśmy się przy basenie, ten był już ślicznie podświetlony, filtry włączone, a obok przygotowane leżaczki i soczki owocowe.

Przesympatyczna obsługa, wspaniały basen otoczony bananowcami i klimatyzowany pokój z bardzo wygodnymi łóżkami były tym, czego w tej chwili potrzebowaliśmy.

Image

Kusumsiri zorganizował to wszystko praktycznie z samochodu, gdyż o zmianie naszych planów dowiedział się dopiero rano. Zresztą zauważyłem, że był tam dobrze znany, wiec zakładam, ze często wozi swoich klientów do tego hotelu.

Kolejnym nietypowym pytaniem do nas było: o której zejdziemy na śniadanie? Gdy spytałem „a o której podajecie?”, dowiedziałem się, że nie musimy się stresować i z przyjemnością podadzą nam o której będziemy chcieli.

W takim razie jutro pobudka o 0900.

cdn…


Ostatnio edytowany przez Poochaty, 17 Lut 2015 19:30, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 08 Sty 2015 15:00 

Rejestracja: 03 Gru 2013
Posty: 466
niebieski
Ale super:) Za rok skorzystamy z usług tego gościa:) Z niecierpliwością czekam na cd.
_________________
Meksyk http://www.fly4free.pl/forum/puerto-aventuras-riviera-maya-na-zywo-luty-2015-2-tyg,210,65109
Wietnam http://www.fly4free.pl/forum/wietnam-na-swieta-bn-i-nowy-rok-2015-2016-relacja-z-wloczegi,216,86193&start=0
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 08 Sty 2015 22:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 1005
srebrny
Nie mogłam się powstrzymać :D Mamy identyczne zdjęcia, z tym, że moje z Yala :) Nawet sprawdziłam jak ten śliczny ptak się nazywa - są to żołny, ang. bee eater :D
Czekam na cd. - fajnie powspominać :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz / Wyspy Owcze
i: https://www.instagram.com/ola.javv/
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 09 Sty 2015 10:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Wrz 2013
Posty: 495
Loty: 35
Kilometry: 111 384
a tak a propo ile kosztowała wypaśna willa???? jak tylko mój młody troszkę podrośnie chyba zrobimy podobną trasę z nim;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 13 Sty 2015 20:21 

Rejestracja: 13 Sty 2015
Posty: 2
Z niecierpliwoscia czekam na ciag dalszy. Zastanawiam sie jak taka podroz wygladala by z dwu letnim dzieckiem?


Wysłane z kalkulatora
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 13 Sty 2015 23:42 

Rejestracja: 18 Sie 2010
Posty: 331
niebieski
W Waszej relacji nie mogę znaleźć nazwy hotelu i ceny za te przyjemności.
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 23 Sty 2015 12:26 

Rejestracja: 13 Lis 2014
Posty: 108
Następny dzień rozpoczęliśmy śniadaniem i kąpielą w bajecznie położonym basenie. Otaczały nas kauczukowce, bananowce i plantacja ryżu.
Wszystkiego można dotknąć, zjeść super zielonego banana, popatrzeć jak tubylcy pozyskują kauczuk... doskonała lekcja przyrody dla dziecka.

Image

Koszt pobytu (przypominam, że wszystkie wydatki, które pamiętam, wpisuję również w nagłówku pierwszego posta): wypasiona kolacja 2600 LKR, rzeczywisty koszt noclegu nieznany, ponieważ jak wspomniałem na początku, ustaliliśmy z Kusumsiri kwotę 70$ za klimatyzowany pokój 3-osobowy ze śniadaniem w hotelu z basenem (opcja 2-osobowa z dostawką proponowana była za 50$).
Oczywiście jesteśmy świadomi tego, że w tej kwocie zawiera się całkiem pokaźna prowizja dla kierowcy ;)

Po opuszczeniu hotelu (niestety nie pamiętam jego nazwy... postaram się ją gdzieś odnaleźć) okazało się, że Kusumsiri zabiera nas z powrotem do Udawalawe, do jednego z pięciu lankijskich sierocińców słoni, gdzie codziennie w południe odbywa się karmienie.
Sierociniec w Udawalwe jest w moim odczuciu dużo lepszym miejscem niż osławiony obiekt w Pinnawela. OK, nie ma przemarszu słoni przez miasto, ale nie ma też zwierząt przypiętych łańcuchami, ogromnego upału i tłumów spoconych, hałaśliwych turystów.

Cały proces rozpoczyna się od wezwania słoników, które stadami zbliżają się do miejsca karmienia.
Widok maluchów idących w rzędzie po swoją dawkę mleka jest przezabawny.

Image

Po dojściu na miejsce zwierzęta podchodzą małymi grupkami do stanowiska, przy którym pracownik schroniska za pomocą lejka i długiego węża wlewa mleko maluchom pod trąbę.


Image

Każdy słonik spokojnie czeka na swoją kolej, a po karmieniu udaje się na placyk, gdzie czekają już inne osobniki, wcinające trawę rozsypaną przez opiekunów kilkanaście minut wcześniej.


Image

Cały proces odbywa się w super fajnej atmosferze bez nerwowości, którą z kolei zauważyliśmy w Pinnawela.

Koszt wizyty:1250 LKR.


Po kilkugodzinnej jeździe zatrzymaliśmy się pod jednym z wodospadów, gdzie Natalia ześlizgnęła się z kamieni i grzmotnęła do lodowatej wody całym swoim jestestwem. Sekundę później doszła do wniosku, ze skoro już leży w tej wodzie, to jeszcze trochę w niej pobędzie. :D
Godzinkę później zameldowaliśmy się w kolejnym bajecznie położonym hotelu, znajdującym się na drodze to Little Adam's Peak.

Tu po pieszej wycieczce na pobliski szczyt i powrocie na miejsce okazało się, ze na Sri Lance może wieczorem być chłodno. Przy czym “chłodno” to jakieś 20°C z lekkim, ale bardzo nieprzyjemnym górskim wiatrem.

Image

Po wypiciu kilku piw i czegoś, co nazywa się Arak i jest tutejszą fantazją na temat whisky, nawiązaniu przyjacielskiej rozmowy (później bełkotu) z parą młodych Australijczyków, poszliśmy spać.

cdn...
Góra
 Relacje PM off
olir1987 lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 30 Sty 2015 08:40 

Rejestracja: 24 Lip 2012
Posty: 110
Mam pytanie odnośnie parku Uda Walawe.
O której godzinie wystartowaliście spod bramy ? Czytałem, że najwięcej zwierząt można zaobserwować bądź rano (7-10) albo po południu (13-17).
Pytam bo Uda Walawe planujemy zaliczyć robiąc dość karkołomną, w rozumieniu czasu, trasę Ella - Mirrisa. Bladym świtem planujemy wyjechać busem z Elli z jedną przesiadką po drodze, przy korzystnych wiatrach powinniśmy być właśnie 9-10 pod bramą parku, później po safari chcemy wsiąść w kolejny bus i pojechać już bezpośrednio do Mirrisy. Jeśli właśnie 10-13 to słabe godziny na safari (zwierzęta uciekają przed żarem w zadrzewienia gdzie jeepem się nie wjedzie) to chyba nie warto gnać tam na złamanie karku, dojechać koło południa tylko no właśnie czy po kilkugodzinnym safari będą jeszcze kursowały busy do Mirrisy.
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 07 Lut 2015 15:29 

Rejestracja: 13 Lis 2014
Posty: 108
Ranek powitał nas przyjemnym ciepłem i śniadaniem z przekoszmarnie przesolonym omletem.
Tu ciekawostka: na omlet po lankijsku, oprócz obowiązkowego jajka, składa się również pomidor i mnóstwo surowej cebuli. Przy czym “mnóstwo” znaczy dokładnie “mnóstwo”.
Dzięki Bogu kawa i herbata są tu przepyszne, a do każdego śniadania dostaniesz sporą ilość tostów, więc z głodu nie umrzesz.

Miejscówkę mogę śmiało polecić. Hotel nazywa się Ella Flower Garden Resort (http://ella-resort.com mapa: https://goo.gl/maps/3KCaM). Nie ma basenu i klimatyzacji, ale w tym rejonie wieczorem jest naprawdę chłodno i te dwa elementy są po prostu zbędne.

Image

Po załadowaniu się do samochodu udaliśmy się w stronę Nuwara Eliya, które potraktowaliśmy jako przystanek na drodze do Kandy.
Po dojechaniu do miasta odwiedziliśmy tutejszy targ i kilka sklepów, w których cena za sukienkę w jakieś ciapy (niestety nie jestę ekspertę w tej dziedzinie) potrafiła w magiczny sposób uzyskać rabat z 790LKR do… 1200LKR (a na tym już się trochę znam).

Samo targowisko uderza ilością barw, zapachów i braku jakiejkolwiek kontroli ze strony Sanepidu :)
O ile w przypadku owoców można by się pokusić o jakiejś zakupy, tak widok wysuszonych ryb deptanych przez setki much przypomniał nam o podstawowych zasadach higieny.

Image


Po dojeździe do hotelu Lourdes Inn (warto sobie zapamiętać ta nazwę, o czym później), okazało się, ze nasz pokój nie jest jeszcze przygotowany, więc udaliśmy się na spacer po pobliskiej plantacji herbaty.

Image

Z radością obserwowałem jak bardzo Natalka zainteresowała się tematem p.t.: "Skąd bierze się herbata w moim kubeczku?".
Dziecko dotykało każdego krzaczka, zrywało, oglądało i wąchało listki, i widać było że sprawia jej to frajdę. Kilkadziesiąt minut na tym herbacianym polu dało jej więcej doświadczeń i wiedzy niż pół dnia opowiadania.
Widok nieskończonej ilości zielonych krzaczków zapada w pamięci. Plantacja wygląda obłędnie.

Image

Po powrocie i rzuceniu bagażu pod ścianę zmęczenie i Słońce dały znać o sobie. Momentalnie odcięło mi zasilanie. Obudziłem się na kolację i to była jedna z trzech atrakcji tego dnia.

To był bardzo spokojny dzień i w zasadzie mógłbym go pominąć, ale postanowiłem napisać kilka zdań o hotelu Lourdes Inn.
Jeśli kiedyś któryś kierowca Was tam zabierze, a zależy Wam na odrobinie komfortu, to raczej go sobie odpuśćcie.

Niestety ten hotel pozostawia wiele do życzenia: zbyt krótkie łóżka dla osoby o wzroście 180cm, które niemiłosiernie trzeszczą podczas najmniejszego ruchu, oraz smród dochodzący z toalety i rozchodzący się po całym pokoju nie do końca są tym, czego w tej chwili pragnąłem.

Na Sri Lance wszystkie gniazda w hotelach maja dodatkowy włącznik, po przełączeniu którego dopiero dociera prąd do urządzenia.

W tym hotelu gość hotelowy dodatkowo sam sobie musi włączyć bojler. Oczywiście okazało się to w momencie gdy namydlona małżonka, z toną szamponu we włosach, klęła na czym świat stoi spłukując się zimną wodą, a ja ganiałem z obsługą hotelu szukając rozwiązania tego problemu.
Nie powiem... bardzo mnie to bawiło. Przekleństwa w ustach mojej żony brzmią jak symfonia. :D

Rozwiązanie (włącznik bojlera) znajdowało się pod ręcznikiem. Czas nagrzewania wody: 20 minut :lol:

Te “atrakcje” kosztowały Monikę ponad półgodzinne czekanie na ciepłą wodę w stanie wskazującym na namydlenie, a mnie bezsenną noc.
Jedyną osobą, której wszystko pasowało była oczywiście nasza córka :)

Następniego dnia po rozmowie z Kusumsiri otrzymałem zapewnienie, że następne hotele będą dużo lepsze, a on nie będzie już tam zabierał swoich gości.
Tak, czy inaczej dobrze sobie zapamiętać ta nazwę i poinformować przewodnika, że nie chcecie spać w tym miejscu.

Po wyjeździe z hotelu i zażyciu kąpieli pod jednym z wodospadów, Kusumsiri zawiózł nas do fabryki herbaty BlueFields. Ten zakład produkuje herbatę zarówno pod swoją marką, jak i dla koncernów Lipton i Dilmah.
Naszym przewodnikiem była młoda Lankijka, która oprowadziła nas po całym budynku.

Generalnie produkcja składa się z trzech etapów:

1. Wstępne suszenie.
Liście zebrane na plantacji zrzucane są do sporej wielkości przegród, gdzie są osuszane. Każda kobieta zbierająca liście herbaty dostarcza dziennie 20 kg tego surowca do fabryki. Do każdej z przegród trafia 2000 kg liści. Po wstępnym przesuszeniu ich masa spada o połowę.

Image

Następnie specjalną (a w zasadzie prymitywną) zrzutnią dostarczane są piętro niżej i rozpoczyna się kolejny etap:

2. Kruszenie

W sporej hali kilkanaście pracownic ładuje liście do prostych urządzeń, których jedynym zadaniem jest pokruszenie wsadu.

Image

Następnie, po zamieceniu ich z podłogi, liście trafiają na tacę sortującą, która oddziela mniejsze fragmenty od większych. Kolejnym etapem jest zrzucenie liści piętro niżej do maszyny suszącej, gdzie pozbywa się z nich resztek wody.
Maszyny suszące ogrzewane są węglem. Temperatura przy kotle jest ogromna. Przekonała się o tym Natalia, której palacz zaproponował wrzucenie gałęzi do środka.

Image

Temperatura była tak wysoka, ze momentalnie popsuło jej to humor na dobre pół godziny.

Suchy jak pieprz produkt jest jeszcze raz sortowany w celu pozbycia się fragmentów łodyg i pyłu herbacianego, które wykorzystywane są jako kompost do nawożenia plantacji. Cała reszta pakowana jest w worki i czeka na swoich odbiorców.

Image

Finalnym produktem jest znana nam ze sklepów herbata, która podzielona jest na 5 gatunków różniących się wielkością i mocą. Generalna zasada jest taka: im większe liście, tym herbata jest łagodniejsza.
Osobiście nie lubię dwóch najsłabszych gatunków (OL i PEKOE). Najbardziej smakują mi BOP i BOPF, natomiast najmocniejsza Dust-1 to dla mnie lekkie przegięcie bagiety.

Zwiedzanie tej fabryki jest bezpłatne. Po wycieczce można udać się na darmową degustację i do sklepu, z którego wychodzi się 1,5kg cięższy i w naszym przypadku 4000LKR lżejszy.
Dodatkowo daliśmy naszej przewodniczce 1000LKR napiwku, który ją bardzo zaskoczył i ucieszył.

Image

Jeśli spodziewacie się niewiadomo jakich maszyn i technologii w takiej fabryce, to się rozczarujecie. Fabryka została założona ponad 100 lat temu i większość maszyn z pewnością pamięta tamten okres.

cdn...


Ostatnio edytowany przez Poochaty, 17 Lut 2015 18:54, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 09 Lut 2015 16:50 

Rejestracja: 29 Maj 2012
Posty: 112
Loty: 26
Kilometry: 92 529
Hej, Czy możesz mi powiedzieć jak kształtują się ceny poszczególnych herbat (tak na oko ;))?
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 09 Lut 2015 17:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lut 2014
Posty: 96
Loty: 147
Kilometry: 330 489
Zachęcam do pisania dalej - na pewno wasze doświadczenia pomogą nam w wyjeździe na Sri Lankę
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 17 Lut 2015 18:53 

Rejestracja: 13 Lis 2014
Posty: 108
Fiona napisał(a):
Hej, Czy możesz mi powiedzieć jak kształtują się ceny poszczególnych herbat (tak na oko ;))?


Niewiarygodne, ale moja prywatna małżonka kisiła wszystkie rachunki z tej wycieczki, więc mogę być bardzo precyzyjny (przy okazji uzupełnię wszystkie koszty w pierwszym wpisie).

W sklepie oczywiście jest wiele różnych rodzajów i na różne okazje. My wzięliśmy 7 paczek 100g na prezenty w cenach od 500-700 LKR.
Rachunek opiewał na 4000 LKR

-- 17 Lut 2015 18:43 --

Rysiek napisał(a):
W Waszej relacji nie mogę znaleźć nazwy hotelu i ceny za te przyjemności.

olir1987 napisał(a):
a tak a propo ile kosztowała wypaśna willa???? jak tylko mój młody troszkę podrośnie chyba zrobimy podobną trasę z nim;)


Właśnie odnalazłem interesujące Was dane.

Hotel nazywa się Owinrich Resort, Werahara, Godakawela, Rathnapura. mail: info@owinrich.com strona www: http://www.owinrich.com
Tak, jak wspomniałem w relacji: koszt ustalony z przewodnikiem to $70 (na 100% samodzielnie zarezerwujesz sobie znacznie taniej), natomiast obiadokolacja z deserem dla trzech osób wyniosły 2600 LKR.
Góra
 Relacje PM off
Kuba1976 lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 17 Lut 2015 20:01 

Rejestracja: 13 Lis 2014
Posty: 108
Ipkol napisał(a):
Mam pytanie odnośnie parku Uda Walawe.
O której godzinie wystartowaliście spod bramy?...


Na bilecie mam godzinę 1506.
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 20 Lut 2015 15:47 

Rejestracja: 13 Lis 2014
Posty: 108
Opuszczając fabrykę herbaty mieliśmy zabawną sytuację:

Jadąc w kierunku Kandy, po wjechaniu na szczyt jakiejś góry, zauważyliśmy przydrożnych sprzedawców kwiatów. Nie były to żadne stragany, tylko młodzi Lankijczycy, którzy mieli gotowe bukiety i oczywiście próbowali je za wszelką cenę opylić. Oczywiście kompletnie nie byliśmy tym zainteresowani i spokojnie jechaliśmy dalej.
W pewnym momencie jeden z nich poderwał się i zaczął biec obok naszego samochodu. Z uśmiechem podziękowaliśmy, po czym chłopak wbiegł w krzaki i tyle go widzieliśmy.
Zaczął się zjazd krętą, górską drogą i po kilkuset metrach ten sam chłopak wyrósł nam przed maską. OK, fajna sztuczka, ale jedziemy dalej.
Kolejne kilkaset metrów niżej ten sam chłopak ponownie stoi na drodze i prezentuje bukiet. Hmm.. uparciuch, ale jedziemy dalej.
Kolejne kilkaset metrów niżej z za krzaków znowu wyskakuje ten chłopak i z uśmiechem namawia nas do zakupów. Nie, kolego... nie jesteśmy zainteresowani... dziękujemy!
Kolejne kilkaset metrów niżej... tak! Ten sam chłopak, spocony jak jasna cholera, z kwiatami w ręku stoi przy drodze i prezentuje swój towar :)
Nieeeee... Nie, nie, nie....

W tym momencie moja prywatna małżonka nieśmiało zagaduje:
- Puchaty... może weźmy te badyle... chłopak się zmachał jak po maratonie, niech sobie zarobi!
- A co ja będę z nimi robił? Daj spokój!
- Ale Puchaty... bądź człowiekiem...
- No dobra... Kusumsiri, mam prośbę: jeśli ten chłopak jeszcze raz wyskoczy zza krzaków to proszę Cię, żebyś się zatrzymał. Weźmiemy te kwiaty.
Kilkaset metrów niżej, prawie u podnóża góry, co się dzieje? Z wywalonym jęzorem wytacza się zza krzaków chłopak z czymś, co 2-3 kilometry wyżej było wiązką kwiatów.
Cały samochód ryknął śmiechem, Kusumsiri się zatrzymał i nabyliśmy drogą kupna te badyle.

Powrót na szczyt musiał chłopakowi zająć dobre kilkadziesiąt minut. Spytałem naszego przewodnika gdzie tu interes?
Kusumsiri wyjaśnił, że Tamilowie są bardzo biedną grupą i imają się wszelkich zajęć, żeby zarobić na życie. Plantacje herbaty, przydrożna sprzedaż niepotrzebnych rzeczy czy ciężkie prace fizyczne są dla nich okazją do zarobku.
Na moje pytanie czy na pierwszy rzut oka można odróżnić Syngaleza od Tamila, Kusumsiri spojrzał na mnie jak na mieszkańca innej planety i z uśmiechem odpowiedział, że musiałbym być ślepy, żeby ich nie odróżnić.
Faktycznie... Tamilowie mają wyraźnie ciemniejszą karnację i ostre rysy twarzy. Wyglądają jak zmęczeni życiem mieszkańcy slumsów.

Image


Przez cały dotychczasowy pobyt chodziła mi po głowie jedna kwestia. Zastanawiałem się czy ją poruszać, czy sobie odpuścić, ale w końcu delikatnie spytałem Kusumsiri o wojnę, która toczyła się między Tamilami (ok 20% populacji, wyznawcy hinduizmu) a Syngalezami (buddyjska większość mieszkańców).
Z ulgą zauważyłem, że Kusumsiri bez szczególnych oporów zaczął o niej opowiadać.
Nie będę tutaj wchodził w szczegóły samego konfliktu, bo możecie sobie o tym poczytać na wielu portalach, natomiast bardziej interesowało mnie to w jaki sposób te dwie grupy etniczne żyją obok siebie.
Wielokrotnie zauważyłem, że nie ma między nimi napięć, są w stosunku do siebie przyjaźni i starają się żyć nie patrząc na przeszłość.

Co mnie zaskoczyło, to opowieść Kusumsiri o tym w jaki sposób podczas wojny stracił dwóch członków swojej najbliższej rodziny.
W końcu nie wytrzymałem i spytałem wprost:
- Nie czujesz nienawiści do Tamilów? Przecież straciłeś członków rodziny!
- Wiesz, jak sobie o tym pomyślę, to czuję ucisk w sercu. Ale co się stało to się nie odstanie i trzeba z tym żyć.
- A jak to jest, że mieszkacie obok siebie i nie widać tu nienawiści?
- Bo Tamilowie przeprosili i obiecali, że nigdy nie powrócą do tego konfliktu. A my wierzymy w ludzi.

Rozumiecie? Oni wierzą w ludzi!
Swoją drogą nie możemy też ulegać stereotypowi złych Tamilów i dobrych Syngalezów. Jedni i drudzy mają swoje na sumieniu, ale to nie temat na tą relację.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o kolejny wodospad z myślą o kąpieli. Niestety woda w nim była tak zimna, że skończyło się jedynie na spacerze i oglądaniu wygrzewających się na skałach małp.

Image

Po przyjeździe do Kandy i wywaleniu swoich gratów w hotelu (tym razem z całkiem przyjemnym, choć małym basenem) udaliśmy się na Culture Show.
Hotel: Riverside Holiday Home, Tekkawatte Tennekumbura, Kandy. http://www.riversideholidayhome.com

Przedstawienie odbywa się w budynku Lankijskiego Czerwonego Krzyża i wykonywane jest przez kilkunastu performerów, przybliżających nam kulturę tego państwa.
Dodatkową atrakcją było chodzenie po płonących węglach i… mała scysja przed wejściem miedzy bileterem a jednym z gości, dla którego nie było już miejsca.
Mężczyzna w towarzystwie kolegi i dwóch kobiet strasznie się awanturował, próbując wymusić wejście słowami “jesteśmy muzułmanami i masz nas wpuścić!”, na co kompletnie oszołomiony usłyszał w odpowiedzi: “Fuck off! This is Sri Lanka!”, po czym kasjer ostentacyjnie zatrzasnął szkatułkę.

Kusumsiri zarezerwował nam miejsca w pierwszym rzędzie, wiec cały show odbywał się wręcz na wyciagnięcie ręki od nas.

Image

Mnie szczególnie zainteresowała tamtejsza tradycyjna muzyka. Chociaż przez wiele lat miałem do czynienia z komponowaniem muzyki elektronicznej, za cholerę nie potrafiłem zrozumieć prawideł, według których rządzi się tamtejsza muzyka. Nic mi się nie kleiło.
Kiedy był już jakiś moment, w którym wydawało mi się, że zaczynam ją ogarniać, wtedy jak na zawołanie muzycy robili jakiś kompletnie oderwany od schematu myk.
Do końca pokazu brzmiało to dla mnie jak zbiór przypadkowych dźwięków, gwizdów i klaśnięć. Cholernie ciekawe doświadczenie :shock:

Image

Koszt wejściówek na godzinny spektakl: 1500LKR


Następnym punktem dnia była buddyjska Świątynia Zęba, w której przechowywana jest relikwia w postaci zęba Buddy, który został wykradziony po jego kremacji i przemycony na Sri Lankę.
Po przejściu przez drobiazgową kontrolę na wejściu, Kusumsiri zorganizował nam przewodnika, który przegonił nas po niej niemiłosiernie, wyjaśniając główne założenia buddyzmu.
Zwiedziliśmy z nim całą świątynie, gdzie co chwilę zatrzymywał się i tak długo wyjaśniał kolejne tematy, że pewnym momencie zaczęło nas to trochę męczyć.

Przegrzeczny charakter mojej małżonki tym razem zadziałał na jej niekorzyść. Przewodnik widząc jej zainteresowanie na wstępie naszej wycieczki, zrobił sobie z niej głównego odbiorcę swojego przekazu. Ponieważ trwało to kilkadziesiąt minut, Monika jako jedyna z całej naszej grupy nie była odstępowana przez niego na krok i była zmuszona chłonąć tą wiedzę :lol:

Image

Dla mnie, jako obserwatora tej sytuacji, było to bardzo zabawne... dla niej mniej :lol:
Nawiasem mówiąc przewodnik za każdym razem gdy zorientował się, że oddaliłem się na kilka kroków, żeby pod pretekstem zrobienia zdjęcia odpocząć od jego wykładu, darł się przez całą salę: "Mister! Come here and LISTEN! Max :D

Ciekawostką (co do której gdzieś w mojej głowie tlił się jakiś przekaz, ale nie był on uporządkowany) jest fakt że każdy z azjatyckich krajów ma swoje własne wyobrażenie Buddy.
W jednej z sal stało kilka posążków, pochodzących z różnych państw i dopiero wtedy zauważyłem te oczywiste różnice.

Image

W pewnym momencie nasz przewodnik zerwał się jak oparzony, bo się zorientował, że mamy 3 minuty do końca wystawienia zęba na widok publiczny.
Jeśli ktoś liczy na to, ze będzie miał szanse przyjrzeć się relikwii, to jest w grubym błędzie.
Cala impreza polega na tym, że stoi się w szybko poruszającej się kolejce do okienka, przez które w odległości kilku metrów widać bogato zdobiony pojemnik ze wspomnianą relikwią.
Całość oglądania to jakieś 3 sekundy na człowieka.

Image

Koszt wejścia - 1100LKR
Koszt przewodnika - co łaska. Gdy przez pomyłkę wyciągnąłem 100 LKR, to mnie spytał czy to wszystko, co mu chce dać ;)

Dzisiaj wysiadło mi gardło.
Nie wiem czy to jest następstwo zmian temperatury między samochodem a otoczeniem (chociaż dbam o to, żeby w aucie nie było za zimno) czy piciem zimnego piwa, ale czuję że nadciąga zapalenie gardła. Wielkimi krokami.

cdn...
Góra
 Relacje PM off
adamp54 lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 20 Lut 2015 16:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lut 2014
Posty: 96
Loty: 147
Kilometry: 330 489
Niejednego zęba miał Budda ... inna świątynia jest w Singapurze :

http://en.wikipedia.org/wiki/Buddha_Tooth_Relic_Temple_and_Museum
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 15 Mar 2015 12:15 

Rejestracja: 13 Lis 2014
Posty: 108
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w manufakturze specjalizującej się w ręcznym farbowaniu tkanin.
Natalka poznała proces produkcji kolorowych szmat, polegającym na tym że po wstępnym naszkicowaniu rysunku, zanurza się materiał w kolorze, który stanowi tło. Po zafarbowaniu całej tkaniny np. na czerwono, pokrywa się czymś w rodzaju mydła te fragmenty, które mają zachować swój kolor do końca. Następnie wkłada się całą tkaninę do kolejnej farby (np. niebieskiej). Barwnik pojawia się wyłącznie na fragmentach nie pokrytych mydłem, i tym sposobem mamy już dwa kolory. Po wysuszeniu ponownie zabezpiecza się w tym przypadku niebieskie fragmenty i wsadza do farby, dajmy na to żółtej.
I tak w koło Macieju. Proces tworzenia tych wielobarwnych chust, spódnic i innych fatałaszków trwa ok. tydzień. Po tym czasie produkt jest gotowy do sprzedaży.

Image

Po przejściu całej linii produkcyjnej, która mieści się w jednym kilkunastometrowym pomieszczeniu zostaliśmy zaproszeni do sklepu, w którym nie obyło się bez zakupu jakiejś pierdoły. Mała poprawka krawiecka i 3200LKR poszło w piach.

Pytanie: ile razy dziewczyny założyły tą "cudowną" spódniczkę i "niewiarygodnie śliczną" chustę?
Odpowiedź oczywista: ZERO!

To i tak lepiej niż ręcznie malowany kamień, przywieziony z podroży do Japonii ;)

Kolejny etap, to wizyta w ogrodzie botanicznym w Kandy.
To chyba największy z kilku ogrodów na Sri Lance, i drugi który odwiedziliśmy podczas tej wizyty.
Czy warto? Szczerze mówiąc warto!

Pomimo tego, że od kilku miesięcy nie spadła tam kropla deszczu, ilość egzotycznych dla nas roślin i drzew robi wspaniałe wrażenie, dodatkową atrakcją są tysiące nietoperzy zwisające nad głowami.

Idąc "aleją nietoperzy", jak nazwałem dla swoich potrzeb tą ścieżkę, zadałem córce bardzo istotne w tej chwili pytanie:
- A jak się nam wplączą we włosy i zaczną wysysać mózgi, to wiesz co zrobić?
Taaaakich wielkich oczu to jeszcze u niej nie widziałem!
Żona od razu zareagowała słowami:
- Puchaty idioto!!!
I Natalka szybko zrozumiała, że ojciec jak zwykle popisał się inteligencją.

Image

Kilka razy próbowałem wymusić na nietoperzach jakąś zorganizowaną reakcję, bo co prawda pojedyncze osobniki przelatywały sobie tu i ówdzie, ale to nie było to.
Po kilku próbach (albo co jest bardziej prawdopodobne, kompletnie niezależnie od moich starań) wreszcie się doczekaliśmy.
Widok setek osobników podrywających się z drzewa jest obłędny.

Ogród botaniczny jest miejscem, w którym co rusz można się natknąć na szkolne wycieczki.
I tak samo, jak lankijska fauna jest ciekawostką dla nas, tak samo my jesteśmy ciekawostką dla małych Lankijczyków. Podczas naszej przechadzki spotkaliśmy setki dzieciaków, które były żywo zainteresowane Natalią.
Jakim cudem ta dziewczynka ma jasne włosy? A mogę Cię dotknąć? A zróbmy sobie zdjęcie!

Image

Niestety tak, jak na całym świecie, tak i w Sri Lance zdarza się głupi nauczyciel, który potrafił przegonić i wymierzyć klapsa dziewczynce, która podeszła do Natalii z pytaniem jak ma na imię.
Niestety nie zdążyłem zareagować, bo stałem w pewnej odległości, ale do dzisiaj żałuję, że nie podszedłem i nie wyjaśniłem z nim tej sytuacji.
Takie bezmyślne zachowanie koduje w dzieciaku obawę przed nawiązywaniem znajomości i tworzy bariery.
Natalka od razu mnie spytała: "dlaczego ten pan uderzył dziewczynkę?". Nie umiałem odpowiedzieć inaczej niż: "bo jest idiotą".
Na szczęście był to odosobniony przypadek i Natalia może się pochwalić fajnymi zdjęciami z dziesiątkami rówieśników.

Po opuszczeniu ogrodu botanicznego Kusumsiri spytał Monikę (ciekawe dlaczego nie mnie?) czy chce zobaczyć na czym polega medycyna naturalna na Sri Lance. No jak nie jak tak?!
Przez ponad godzinę wbijano nam do głowy jakie korzyści dają uprawiane na Sri Lance rośliny, w jaki sposób przywracają równowagę w organiźmie i że po nich odrastają włosy i się nie chrapie :?

Image

Koszt tej wizyty to kolejne 5250 LKR i uroczyście złożona obietnica, że jeśli jeszcze raz Monika odezwie się w jakimkolwiek sklepie, to Kusumsiri zawiezie ją plantację herbaty, żeby zarobiła na kolejne maści i “pamiątki”.


Nice Place Hotel (http://www.niceplacebungalows.com) w okolicach Dambulla, to kolejne miejsce, w którym zatrzymaliśmy się za nocleg.
Fajny hotel z przepięknym dużym basenem i jednym małym felerem: jest ulokowany w dżungli ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Miliardy mrówek, których szlak przebiega akurat przez nasza łazienkę i ścianę nad łóżkiem, gekony drące gęby przez cały czas i rożnego rodzaju ptactwo nawołujące się od wschodu do zachodu Słońca to rzeczy, które zastały nas w tym miejscu.
Tutaj pozwólcie, że udzielę wam dwóch rad:
1. Gekony to przyjaciele. Masz gekony w pokoju, to nie masz komarów. Gekony-dobre, komary-złe.
2. Jeżeli mrówki w twoim pokoju poruszają się utartym szlakiem, to nieważne ile ich jest, nie proś obsługi hotelu, żeby coś z nimi zrobiła.
Obsługa oczywiście przyjdzie i z uśmiechem rozpyli jakieś tałatajstwo, ale jedyny efekt będzie taki, że nadal będziesz miał miliard mrówek, tylko że łażących bez ładu i składu po całym pokoju.
Teraz tylko pozostaje się modlić, żeby jak najszybciej wytyczyły sobie nowy szlak. Niekoniecznie przez środek łóżka.

cdn...
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 25 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group