Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 17 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 24 Sty 2020 23:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
Hiszpańskie ferie - zamieszczam relację małżonki z drobnymi moimi dopiskami.

Image


Poniedziałek

Po udanej wyprawie, w ubiegłym roku do Rzymu, tym razem za nasz cel obraliśmy hiszpańską hiszpańską Walencję. Naszym priorytetem przy wyborze miejsca zimowego urlopu była spodziewana temperatura. Jedziemy tam, gdzie będzie ciepło i słonecznie. I tak oto padło na Hiszpanię, w której jeszcze nie byliśmy.
Ponieważ wersja z bagażem podręcznym sprawdziła się poprzednio, teraz również wybraliśmy taką opcję. Bilety lotnicze zakupione za 1100 PLN na naszą czwórkę w obie strony. Lecimy.... mąż przeanalizował wszystkie dostępne atrakcje, zaplanował wszystko od A do Z... Do mnie należy organizacja bagażu i aprowizacja.
Pobudka, autko i wczesnym rankiem jesteśmy na lotnisk Warszawa Modlin. Pełni radochy i naładowani adrenaliną ruszamy ku naszej hiszpańskiej przygodzie " Hola Espana".

Już przed południem wylądowaliśmy na lotnisku w Walencji. Z lotniska do miasta można dojechać metrem które ma swój końcowy przystanek pod terminalem, także nawet nie trzeba wychodzić na zewnątrz. Jest to kawałek drogi od centrum miasta i najważniejszych atrakcji.

Image
Image

Bilety do metra można kupić na stacjach w specjalnych automatach. Chcąc regularnie korzystać z metra, dobrym pomysłem jest zakup karty TuiN, dzięki której ceny za przejazdy są tańsze niż przy bilecie indywidualnym. Z karty tej może korzystać większa liczba osób, trzeba tylko pamiętać, aby przy wejściu do metra odbić ją odpowiednią ilość razy. Sama karta to koszt 1 €, a minimalne doładowanie wynosi 10€. Trasy metra w walencji podzielone są na strefy od A, B, C, D. W zależności od strefy różna jest też opłata za przejazd, strefa D z lotniska to najbardziej oddalona, za którą przejazd jest najdroższy.

Image

Ceny przejazdów z kartą TuiN:
• 1 strefa - 0,72€
• 2 strefy - 1,04€
• 3 strefy - 1,40€
• 4 strefy - 2€

Image

Natomiast koszt jednorazowego przejazdu na bilet w pierwszej strefie to 1,5€, można też zakupić bilet T-10, wówczas taki przejazd wychodzi trochę taniej. Ale w to już nie wnikaliśmy, na pewno karta TuiN jest najtańszą opcją.

My zakupiliśmy kartę w kiosku przy automatach i dojechaliśmy metrem do centrum. Tu rozpoczęliśmy swoją przygodę z Walencją, a jej uroda zaparła nam dech w piersiach od pierwszej chwili.

Image

Chłonąc uroki Walencji ruszyliśmy w stronę kwatery. Po drodze jednak weszliśmy na pierwszy posiłek w Hiszpanii. Mąż wyczaił miejscówkę dla lokalsów - takie są najlepsze, gdzie zamówiliśmy smaczną tortillę w cenie 10€ za cztery porcje.

Carrer de Calixt III, 8, 46008 València, Valencia, Hiszpania https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g187529-d7716434-Reviews-Alhambra-Valencia_Province_of_Valencia_Valencian_Country.html
Image

Image

Lokal otwarty jest od poniedziałku do piątku w godzinach 7.30 - 16.00.

Jako, że było jeszcze przed południem, a lokum mieliśmy mieć od 13-tej pokręciliśmy się jeszcze z plecakami po mieście i zrobiliśmy zakupy spożywcze. Najtańsza sieć sklepów spożywczych to Marcadona. Jest ich wiele rozrzuconych w całym mieście. Można tam kupić wszystko. Prawdę powiedziawszy nie sprawdzaliśmy cen w innych sklepach z tym zaprzyjaźniliśmy się od pierwszej chwili. Należy tylko pamiętać, że sklep ten jest zamknięty w niedzielę.

Image

Instrukcje dotyczące odbioru kluczy otrzymaliśmy za pomocą wiadomości. Wszystko super i sprawnie. Krótka pauza i odświeżenie i dalej idziemy poznawać Walencję.
Niesamowite wrażanie robi park położony w dawnym korycie rzeki Turii - Jordi del Turia. To miejsce przecudne, ogromne hektary zielonej oazy. Można tam jeździć rowerem, biegać, spacerować. W parku znajduje się boisko na którym młodzi adepci piłki nożnej rozwijali swój talent. Jest także boisko do rugby i stadion lekkoatletyczny. W sobotę można było obserwować całe rodziny, a nawet organizowane przyjęcia urodzinowe dla dzieci. Aż żal było, że do bagażu nie zmieścił się strój do biegania.... Nogi same się rwały :P .

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

I jak to leży w naszym zwyczaju już pierwszego dnia nie odpuściliśmy i "z buta" zrobiliśmy około 20 km. Poznając przy tym uroki miasta.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image


Nie sposób nie zauroczyć się tym miastem. Każda uliczka odkrywa nowe piękno. Walencja pełna jest uroczych małych kawiarni i kafejek. Pomimo, iż był to styczeń w powietrzu wyczuwało się wakacyjną aurę. Ludzie nie spiesznie wędrowali uliczkami. Dzień rozpoczynali od porannej kawy i croissanta. Spacer tymi cudownymi uliczkami odprężał i relaksował. Każdy zaułek odkrywał nowe atrakcyjne miejsca.

Przy ulicy Carrer d'Alacant 25, mieści się przepiękny dworzec kolejowy Valencia Nord, który sam w sobie jest atrakcja turystyczną. Fasada dworca ozdobiona jest pięknymi, kolorowymi motywami roślinnymi. Wnętrze dworca, natomiast wyłożone jest ceramicznymi kaflami obrazującymi sceny z życia mieszkańców tych terenów.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

W sąsiedztwie z dworcem Valencia Nord znajduje się inna atrakcja turystyczna, a mianowicie arena walk byków - Plaza de Toros de Valencia. Nie chcę zagłębiać się w to czy jest to bestialstwo, czy część kultury Hiszpanii. Fakt jest taki, że jest ona nierozerwalnym elementem krajobrazu hiszpańskiego, tak jak flamenco i filmy Almodovara.

Image
Image
Image

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy zwiedzania nie połączyli ze smakowaniem Hiszpanii. Nieopodal dworca Valencia Nord jest budka, w której sprzedają churros.

" Są to chrupiące paluchy, o przekroju gwiazdki, z ciasta parzonego. Smażone są w głębokim tłuszczu. Mogą być jedzone jeszcze ciepłe..... mniaaaaaam 🙈🙉🙊 lub zimne. Można skusić się na wersję oblaną czekoladą lub tylko maczane w płynnej czekoladzie, z cukrem lub z cukrem i cynamonem."

Nie ma co opowiadać to trzeba spróbować. Koszt5euro za 12szt.

Image
Image

Ostatnim punktem naszego zwiedzania miasta był stadion CF Valenci. EstadioMestalla istnieje od 1923 r i początkowo mieścił 17000 widzów. Do dnia dzisiejszego kilkukrotnie rozbudowywany, obecnie może zasiąść 55000 kibiców.
Obiekt ten położony jest w gęstej zabudowie mieszkalnej i wg.najnowszych informacji w sezonie 2022/2023 przestanie istnieć. W jego miejscu powstaną kolejne apartamentowce.

Image
Image
Image
Image
Image

Na tym zakończyliśmy tego dnia zapoznawanie z miastem.


Ostatnio edytowany przez jaww 25 Sty 2020 10:49, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 24 Sty 2020 23:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4781
HON fly4free
A kiedy Barcelona? Oby przed 8. lutego (gdy tam lecimy ;) ).
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 25 Sty 2020 00:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
tropikey napisał(a):
A kiedy Barcelona? Oby przed 8. lutego (gdy tam lecimy ;) ).
Barcelona w czwartek (naszego wyjazdu ;) ) - ale nie będą to same ochy i achy, więc czytasz na swoją odpowiedzialność ;) .
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 25 Sty 2020 18:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
Wtorek

Nowy dzień, nowe wyzwania i nowe przygody :) . Tego dnia zaplanowaliśmy pójście do Oceanarium.

Walencja może pochwalić się wspaniałym Miastem Sztuki i Nauki - Ciudad de las Artes y las Ciencias, w którym mieści się Oceanarium. To właśnie ono było naszym celem na ten dzień.

Zanim jednak tam dotarliśmy, pierwsze kroki skierowaliśmy na jeden z dwóch targów w mieście Marcat de Russafa. To lokalny rynek dla miejscowych, w normalnych hiszpańskich cenach, pełen warzyw, owoców, mięsa, ryb i innych morskich stworzeń.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na drogę zakupiliśmy pyszne hiszpańskie truskawki po 2€ za 0,5kg, oraz inne owoce na później i ruszyliśmy w stronę Miasta Sztuki i Nauki.

Image

Ciudad de las Artes y las Ciencias jest jedną z największych atrakcji turystycznych Walencji. Kompleks położony jest na powierzchni 350 000 m2. Obejmuje kilka odrębnych budynków, w których mieści się miedzy innymi Planetarium i kino IMAX, Oceanarium, Muzeum Nauki, Pałac Sztuki.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


My wybraliśmy samo Oceanarium. Na miejsce dotarliśmy na godzinę 10.00, czyli na samo otwarcie, a ponieważ byliśmy w styczniu nie zaskoczyły nas kolejki.

Ważne informacje.

# Oceanarium pracuje w godzinach 10.00 - 18.00 w sezonie 21.00.
# Ceny biletów: dorośli 31,30€, a dzieci 23.30€. Mało nie jest, ale naprawdę warto.
# W Oceanarium odbywają się pokazy delfinów o godzinie 11.45 i 16.45, poza sezonem. W sezonie dochodzi trzeci pokaz. Tu można sprawdzać program dnia https://www.oceanografic.org/planifica- ... l-acuario/
# Na zwiedzanie trzeba zarezerwować około min. 3 godziny.
# Dozwolone jest robienie zdjęć bez flesza.

Image

Oceanarium to jest największym takim obiektem w Europie. Można tam podziwiać ryby, delfiny, żółwie, foki, pingwiny, legwany oraz kolorowe tropikalne ptaki. Niesamowite wrażenia robił na nas oszklony tunel, gdy nad naszymi głowami przepływały rekiny i ogromne płaszczki.

Image

Image

Image

Image


Nie będę ukrywać, że byliśmy zachwyceni. Ogromna ilość stworzeń morskich z różnych stron świata zapierała dech. Mimo, że sam kompleks jest bardzo okazały, to i tak ilość wody i wielkość wszystkich zbiorników przechodziła wyobrażenie. Całość położona jest na dwóch poziomach.
Pokazy delfinów były wspaniałe. Cały spektakl trwa około 30 minut.

Image

Image

Początkowo chodziliśmy po niemal pustych salach, jednak w miarę upływu czasu zaczęło się zagęszczać. Przyjeżdżały autokary wycieczkowe. W sezonie na pewno wszędzie tłoczą się ludzie, a na pokazach delfinów trudno znaleźć miejsce. Zimą dobrze wziąć coś pod pupę, bowiem siedzi się na chłodnych betonowych stopniach.

Z głowami pełnymi wrażeń, po wyjściu z Oceanarium postanowiliśmy coś zjeść. A, że zwiedzania było dużo to chodzenia już nie tak wiele, udaliśmy się więc do dzielnicy El Cabanyal.

Słów kilka należy się samej Barrio El Cabanyal, gdyż jest to bardzo piękne miejsce. A według znalezionych informacji ta rybacka dzielnica może kiedyś zniknąć z mapy miasta. Nazwa dzielnicy pochodzi od rybackich chat, krytych strzechą, które można jeszcze gdzieniegdzie zobaczyć, a zwanych barraca. Ich fasady zdobione są płytkim ceramicznymi. Przemysł ceramiczny przybył do Walencji wraz z Maurami ponad tysiąc lat temu. Dzielnice warto przemierzyć pieszo chłonąc jej urok.

Image

Image


Tam też zjedliśmy paelle.

Paella - to potrawa pochodząca z Walencji. Jest to ryż z szafranem, przyrządzany w ogromnych patelniach. W zależności od wersji może być z owocami morza, mięsem, kiełbasą chorizo, lub warzywami.

Image

Porcje są bardzo duże, każda około 400g, dla naszych dzieciaków trudne na raz do zjedzenia. Sama paella bardzo nam smakowała. Dobrze przyprawiona, może odrobinę kurczak zbyt wysuszony, ale piszę to, żeby się lekko przyczepić. Bardzo smaczna, dała nam siłę na dalsze poznawanie miasta, a muszę wspomnieć z każdym wyjście miasto stawało się nam bliższe, a odległości między punkami wędrówki krótsze. Z napełnionymi brzuchami niespiesznie wróciliśmy do naszego walenckiego mieszkanka, rozkoszując się ciszą od miejskiego zgiełku w Jordi del Turia.
Z informacji praktycznych, pod tymi linkiem https://goo.gl/maps/f4einpiTbDVouF2G9 znajdują się w parku publiczne, darmowe, czyste toalety.

Tego wieczoru postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jeden z zabytków w mieście, a mianowicie Katedrę Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. W ciągu dnia wejście do katedry jest biletowane, koszt to 8€ za dorosłego i 5,5€ jednak każdego wieczoru w godzinach 18.30 - 19.00 oraz w niedzielę można zwiedzić Katedrę bezpłatnie. Wejście na wieżę w celu podziwiania panoramy to dodatkowy koszt 2€.

Katedra jest połączeniem wielu stylów. Pierwotnie powstała w stylu gotyckim na planie krzyża. Jednak wiele jest tu również renesansowych i barokowych elementów. Ściany katedry zdobią dwa obrazy Francesco Goya.

Image

Image

Image

Image

Jednak najcenniejszym zabytkiem jest Święty Graal, czyli kielich wykorzystywany przez Jezusa Chrystusa w czasie Ostatniej Wieczerzy przy odprawianiu Eucharystii, znajdujący się w katedralnej Kaplicy Kielicha. Niestety Kielich jest tak bardzo oddalony od ludzkich spojrzeń, że tylko nasza wyobraźnia pozwoliła nam go dostrzec za grubym szkłem gabloty. No cóż wiara czyni cuda.

Image

Image


W drodze powrotnej, kończąc kolejny dzień odwiedziliśmy jeszcze Plaza Redonda. Jest to niewielki plac, który dawniej wykorzystywany był jako targ rybny. Dziś stoją tam budki z rękodziełem, serwety, obrusy ect.

Image

I tak mając kolejne 20 km w nogach dobrnęliśmy do końca drugiego dnia.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 26 Sty 2020 22:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
Środa

Pobudka wczesnym rankiem, bo kto marnowałby czas na urlopie na spanie. I ruszamy podziwiać kolejne urocze zakamarki Walencji. Dzień zaczęliśmy od udania się na drugi z targów miejskich Central Market https://pl.tripadvisor.com/Attraction_R ... untry.html

Image

Image


Hala targowa położona jest w samym centrum miasta, nieopodal innych atrakcji turystycznych. Sam budynek jest przepięknym przykładem architektury modernistycznej, ozdobionym mozaikami, ceramika oraz ręcznie malowanymi motywami owocowymi i warzywnymi oraz bogactwem plonów tych regionów.

Image

Image

Image

Można kupić tu wszystko, ryby, owoce morza, mięso i szynki iberyjski, oko cieszy bogactwo i różnorodność warzyw i owoców. Raj dla miłośników gastronomi. Widać, że jest to rynek już bardziej pod przyjezdnych, ceny nieco wyższe niż na hali odwiedzonej dzień wcześniej. Wszystko bardziej elegancko wyeksponowane, ale nie rzuca się w oczy nachalność sprzedawców czy asortyment przygotowany typowo pod turystów.

Image

Image

Image

Zakupiliśmy tam Empanadas, czyli hiszpańskich pierożki. Empanadas mogą mieć kształt pieroga lub rogalika. Zrobione są z ciasta podobnego do francuskiego, ale mogą być także z z kruchego ciasta lub chlebowego. Nadziane są farszem, mięsnym lub warzywnym. Wszystko zależy od regionu, w którym ich próbujemy.
My zdecydowaliśmy się na cztery różne nadzienia z cebulą, ze szpinakiem, z grzybami oraz pomidorowo - paprykowym.
Mąż postanowił spróbować lokalnego specjału, czyli horchaty. Jest to napój głównie spożywany w upalne dni. Zrobiony z korzenia cibory jadalnej. Jest nieprawdopodobnie słodki, ale pomimo tego podobno świetnie gasi pragnienie. Dla nas, lubiących słodkości, napój ten był zdecydowanie za słodziutki, mąż męczył, bo w sumie to on chciał, lecz nie dał rady do dna.
Karton 1l kosztuje 1,5€.

Image

Zaliczając drugie śniadanie, wybraliśmy się tego dnia na plażę. To jakieś 5km od nas najkrótszą trasą, ale nigdy taką się nie idzie. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze imponujący kompleks Miasta Sztuki i Nauki
.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

A że czas nas nie gonił, pogoda i humory dopisywały postanowiliśmy zjeść w tym dniu trzecie śniadanie. Oczywiście cel obraliśmy już wcześniej, nie był on przypadkowy.
Fantastyczna kawiarnia, cukiernia Fornelino, już poza ścisłym centrum, znajdująca się pod adresem Avinguda de Peris i Valero 157. https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_R ... untry.html

Image

Zestaw kawa i rogalik kosztuje 2€, natomiast kawa, rogalik i tost 3€. Jedna z naszych dziewczyn nie jest miłośniczką kawy, dlatego wybrała sobie wersję ze świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym.

Image

Niestety nie jestem w stanie opisać, jak pyszny w smaku był rogalik i jak cudownie aromatyczna była kawa..... Brak mi słów. Polecam to miejsce, mino, że jest oddalone od centrum, a może właśnie dlatego. W całej Walencji jest bardzo dużo kawiarenek, cukierni i barów, ale to miejsce jest tak swojskie, tak codzienne, tak niepowtarzalne, że trzeba do niego dotrzeć, aby zrozumieć o czym mówię.

Po trzecim śniadaniu tego dnia, przy na prawdę pięknej pogodzie ruszyliśmy w stronę dzielnicy El Cabanyal, a następnie w kierunku nabrzeża.

I tu informacja techniczna. Przy nabrzeżu, blisko kapitanatu jest toaleta. Czysta i bezpłatna, https://goo.gl/maps/c8AcL8H1EYT1GhqP7

Plaża w Walencji, tak jak całe miasto zachwyca. Baaardzo szeroka, drobny piasek, z plażą sąsiaduje promenada spacerowa z kafejkami i restauracjami. W porcie cumują mniejsze i większe jachty. Słoneczko przygrzewało nam nad głowami. Wszystko to sprawiało, że trudno było uwierzyć, że jest styczeń. Nie mogliśmy się nacieszyć tą wspaniałą atmosferą. Porozbierani do koszulek z krótkim rękawem, przespacerowaliśmy długim molo prawie do końca. Potem zbierając muszelki, upajaliśmy się faktem, że nie musimy marznąć w kraju. Byliśmy praktycznie sami, po części przez ogrom plaży, więc nikt nie zakłócał tych chwil.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Piękno i nadmorskie klimaty zaostrzyły nam na powrót apetyt, wiec postanowiliśmy w tych przepięknych okolicznościach przyrody zjeść obiad. Oczywiście nie muszę dodawać, że miejsce nie było przypadkowe, na marginesie dodam, że jeszcze nigdy nie zawiedliśmy się na wyborach szefa wyprawy.
Tak więc obraliśmy azymut na kolejną jadłodajnie dla lokalnych smakoszy paelli - La Cuina de la Iaia.
https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_R ... untry.html

Jedzenie smaczne, świeże i w dobrej cenie. Paella troszkę tłustsza, wybraliśmy wersje z kalmarami i brakowało nam w niej trochę warzyw, ale mimo to spokojnie mogę polecić miejsce. Duże porcje, zamykane na wynos. My spróbowaliśmy jeszcze makarony, gdyż jedna z naszych dziewczyn odmówiła jęcząc, że nie lubi. Makaron wciągnęła cały, więc smaczny chyba. Za cztery porcje zapłaciliśmy jedynie 12€.

Image

Image

Wyposażeni w solidne obiadowe porcje udaliśmy się wpałaszować je na plaży. No nie da się to porównać, z żadną restauracją. Takie chwile są bezcenne. Oczy chciały zjeść wszystko, ale porcje były tak duże i troszkę za tłuste, a polskie brzuchy wołały do tego, albo gorącej herbaty, albo coś mocniejszego na trawienie... Co nie zjedliśmy zabraliśmy.
Na kwaterę wróciliśmy wyjątkowo metrem mając z tyłu głowy, że to jeszcze nie koniec naszych spacerów tego dnia. A poza tym musieliśmy przygotować się do opuszczenia naszego pierwszego walenckiego lokum, gdyż nazajutrz czekała nas wyjazd.
Skręciliśmy rulony jak trza.

Image

Mogliśmy wieczorem wyjść na spacer i wieczorny posiłek. Wybraliśmy się do sieciówki 100 Montaditos serwującej kanapeczki bacadillos.
https://spain.100montaditos.com/
https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_R ... lonia.html
W środy i w niedzielę można spróbować wielu rodzajów kanapeczek za 1€. Buły smaczne, ale całe szczęście, że był to nasz końcowy posiłek po całym dniu obżarstwa, gdyż są po prostu niewielkie. Z translatorem przełożyliśmy z hiszpańskiego na nasze, czego możemy się w nich spodziewać.
Za to piwo było wyborne, a może dlatego, że rzadko pijemy i ostatnio dawno.

Image

Znów jakieś 20km wpadło i można już uznać, że nowe buty wszyscy dotarliśmy.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
eskie uważa post za pomocny.
 
 
#6 PostWysłany: 27 Sty 2020 09:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 1399
Loty: 66
Kilometry: 132 538
Ostrzeżenia: 2
złoty
1. Kiepsko mi się zdjęcia wczytują, tylko w tej relacji i być może tylko mi.
2. Jakoś mało w tej relacji Was, jest taka poprawna jak wypracowanie w 1 klasie liceum.
Albo ja jestem na niewłaściwej ulicy.
Image
_________________
Coito ergo sum
Góra
 Relacje PM off
namteH lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 27 Sty 2020 17:58 

Rejestracja: 18 Kwi 2015
Posty: 3
Informacje praktyczno techniczne zapisane. Przydadzą się w lutym.
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 27 Sty 2020 21:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
eskie napisał(a):
...
Już tylko kilka godzin i wtorek ;)

kkl1976 napisał(a):
Informacje praktyczno techniczne zapisane. Przydadzą się w lutym.
Fajnie, że coś komuś się przyda.
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 01 Lut 2020 18:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
Czwartek

Na ten dzień zaplanowaliśmy przejazd do Barcelony. Jednak zanim napiszę o niej muszę dodać kilka słów tytułem wstępu. Bo myślę, że mogło mieć to wpływ na nasz odbiór tego miasta.

Nigdy nie było ono naszym marzeniem, nie spędzało nam snu z powiek, nie mieliśmy motyli w brzuchu myśląc o nim. Uznaliśmy jednak, że tydzień w Walencji to za długo by ciekawie zapełnić ten czas i że moglibyśmy coś dołożyć do tego wyjazdu.
Analiza mapy i padło na Barcelonę, jako że jest stosunkowo blisko z łatwym do realizacji dojazdem. I wszelako to Barcelona, kto nie chciałby jednak jej zobaczyć....

Przeczytaliśmy kilka blogów i relacji z podróży, gdzie raczej dominowały zachwyty nad miastem, do tego okraszone wspaniałymi zdjęciami. Ale również nader często wychwycić można było pewien temat, który to w jakimś stopniu wpłynął na naszą wycieczkę. Mowa tu o powtarzającym się schemacie, że jest to miasto naciągaczy i złodziei. Przygotowaliśmy się pod tym kątem na ewentualność nieprzyjemność perfekcyjnie, ale gdzieś z tyłu głowy mieliśmy cały czas potrzebę czujności.

Z Walencji do Barcelony dostaliśmy się autobusem. Dwa miesiące przed wyjazdem zakupiliśmy online bilety na przejazd. https://www.alsa.es
Za naszą czwórkę zapłaciliśmy 100€ w obie strony. Cena zakupu czterech biletów jednocześnie była ciut wyższa na osobę, niż przy zakupie dwóch. Więc kupowaliśmy oddzielnie dwa i dwa. Duży wpływa na cenę mają godziny przejazdu, noc i południe najtańsze, ranek i wczesny wieczór najdroższe, na dobę jest kilka kursów. Część z nich dojeżdża tylko do lotniska El-Prat, a część do centrum Barcelony, zahaczając też o lotnisko, trzeba więc uważać przy zakupie gdzie chcemy dojechać.
Skontrolowaliśmy również ceny tuż przed samym wyjazdem i były one około 40% wyższe niż zapłaciliśmy.

Zdecydowaliśmy się na wyjazd o godzinie 7.00, planowany przyjazd do Barcelony 11.15. Wczesna pobudka, szybki poranny posiłek i jeszcze po ciemku udaliśmy się na dworzec, 30 minut pieszo. Po drodze mogliśmy podziwiać pięknie oświetlone i wysprzątane ulice Walencji. O tak wczesnej porze miasto puste, dopiero co dostarczali pieczywo do piekarni.

Image

Image

Opinie w sieci o dworcu autobusowym w Walencji nie są pozytywne. I rzeczywiście sam budynek jak i jego wnętrze nie pasują do architektury miasta. Niemniej organizacja, informacja, czystość w miejscu gdzie codziennie przewijają się setki ludzi jest na akceptowalnym poziomie. Na tablicy świetlnej można sprawdzić stanowisko z którego odjeżdża autobus, ale jest również informacja w punkcie, jakiś bar i bezpłatna toaleta nie najwyższych lotów.

Image

Image

Image

Autobusy dalekobieżne jeżdżą zgodnie z rozkładem, bardzo wygodne, z rozkładanymi fotelami, wifi, wc, tak więc droga upłynęła nam szybko i przyjemnie.

Image

Image

Podczas przejazdu, a nawet już wcześniej zastanawialiśmy jak rozegrać sprawę z bagażami. Rozważaliśmy kilka opcji, jednak zdecydowaliśmy się na to, że w pierwszej kolejności udamy się do naszego lokum, oddalonego 2,5km, aby zostawić w nim graty. Uznaliśmy bowiem, że nasza słowiańska uroda i po brzegi wypchane plecaki noszone na plecach, nie pozwolą się nam wtopić w miejscową populację.
Na miejscu sprawne zameldowanie i wyruszyliśmy w miasto. Zabraliśmy ze sobą jedynie pusty plecak, telefon i kilkadziesiąt euro do kieszeni.
Plan był by rozpocząć od kontemplowania zabytków Gaudiego. W dalszej kolejność udać się da najdalszego punktu zwiedzania, czyli Parku Guell.
Antoni Gaudi był słynnym hiszpańskim architektem i inżynierem, który zasłynął z niebanalnych projektów. W jego projektach widać wyraźnie przeplatające się trzy pasje, architekturę, naturę i religię.

Tak więc skierowaliśmy się w stronę Passeig de Gràcia, która to jest jedną z głównych ulic Barcelony. Gwar, szum, mimo iż był to czwartek i to w styczniu, Wszyscy gdzieś pędzili, samochody wyły, młoty pneumatyczne nawalały przy remontowanych budynkach. Wystawy luksusowych sklepów kusiły, ale ten ogólny łoskot nie dawał nam się skupić. Nawet dla nas mieszkających w dużym mieście było to za dużo. Jakże inny klimat panował na tej ruchliwej ulicy niż w Walencji, którą dopiero opuściliśmy. Niestety od pierwszej chwili nie zaiskrzyło....
Przemierzając arterie, po drugiej stronie jezdni, naszym oczom ukazał się pierwszy z słynnych domów Gaudiego, a mianowicie Casa Batllo.

Image

Image

Nie wchodząc do środka, ze względu na koszty (21,5€ dla dorosłego i 18,5 € dla dzieci), obejrzeliśmy go z zewnątrz. Faktycznie trudno zaprzeczyć, ze fasada robi wrażenie. Nieprawdopodobnie oryginalna jednych może oczarować innym może nie przypaść do gustu. Jedno jest pewne, budynek nie może pozostać niezauważony.

Idąc dalej tą samą ulicą, dotarliśmy do kolejnego dzieła architektonicznego Antonio Gaudiego, czyli Casa Mila, zwana La Pedrera (Kamieniołom). Jest to jedno z najwspanialszych i zarazem najbardziej śmiałych projektów Gaudiego. Zarówno fasada jaki i wnętrze pozbawione są kątów prostych. O ile przed pierwszym budynkiem sporo turystów, tak przy tym drugim praktycznie zero zainteresowania.
Niemniej oba robią wrażenie i trudno jest przejść koło nich obojętnie. Żałując, że nie dane jest nam wejść do środka ruszyliśmy w dalszą drogę.

Image

Image

Naszym kolejnym punktem były Park Guell. Podzielony on jest na dwie strefy bezpłatną i ta drugą w centrum której zgrupowane są dzieła Gaudiego, oczywiście płatną. Już samo dojście do parku jest ciekawym doświadczeniem. Znajduje się on na wzgórzu, a podejście pod górę wiedzie wąską uliczką, na której część przewyższeń można pokonać ruchomymi schodami. Co jest na pewno miłą niespodzianką, dla tych osób, które nie specjalnie lubią się męczyć.... Jednak nie sposób sobie nie wyobrazić ileż jest tam ludzi w sezonie.... Wędrówka tymi wolno posuwającymi się schodami może nie być przyjemna, na szczęście są też schody dla tych którzy nie boją się ruszać nogami.

Image

Image

Park został zaprojektowany przez Antoniego Gaudiego dla katalońskiego przemysłowca Eusebiego Guella. Początkowo zaprojektowany był, jako osiedle dla bogatej burżuazji. Projekt ten nigdy nie został zakończony przez Gaudiego. Powstało jedynie pięć budynków. W jednym mieszkał sam Gaudi, a dziś mieści się tam muzeum architekta.

Image
Foto ze strony https://chezlorraine.wordpress.com/2014 ... revisited/

My wybraliśmy opcje free, czyli spacer górą parku oglądając w dół centralną część. Weszliśmy od lewej i przemieszczaliśmy się w kierunku wejścia po prawej. Wady tej opcji, nie wszystko było widać dobrze. Część widoku zasłaniały drzewa. Zalety, spokój, choć zmącony krzykami z boiska sportowego znajdującego się w dolnej części parku, gdzie dzieciaki rozgrywały swój mecz. Za to nad głową świergotały i latały nam zielone papugi.
Osławiona ławeczka nadal jest remoncie i jego elementy na pewno burzą całkowity ogląd.

Image

Nad placem z ławeczką znajduje się czysta bezpłatna toaleta, wspominam o tym gdzie na takowe natrafiliśmy, bowiem wędrując cały dzień po mieście przychodzi kiedyś konieczność, może komuś przydadzą się te informacje.

Po wyjściu z niego skręciliśmy w lewą stronę, idąc schodami w górę przy murze otaczającym park, następnie w prawo przed szkołą, rozpoczęliśmy stromą wspinaczkę na szczyt. Mianowicie wzgórze Turo del Carmel (koordynaty 41°25'07.2"N 2°09'12.3"E), w opinii męża najlepszy punkt widokowy w Barcelonie, choć tylko na nim byliśmy. Ale mąż się nie myli w takich sprawach, więc ufam, że tak było.
Jeśli już wejdziesz na górę i zauważysz barwnie pomalowane kamienie, to znaczy, że jesteś we właściwym miejscu.

Image

Magia tego miejsca ma dwie odsłony, po pierwsze przed nami roztoczył się niesamowity widok 360 stopni. Panorama Barcelony powalała urokiem, po drugie panowała tam cudowna cisza. To nie jest miejsce oblegane turystycznie, bo to najmniej znany punkt widokowy z zarazem najtrudniejszym dojściem. Tu zobaczyłam i doceniłam piękno tego miasta i jego położenia, między morzem a górami.

Image

Image

Ze smutkiem, świadomi tego, że takiego wyciszenia jak tam, już nigdzie więcej w Barcelonie nie uświadczymy, zeszliśmy ze wzgórza kierując się w stronę Sagrada Familia. Odległość to około 3km. Dotarłszy na miejsce początkowo tylko rzuciliśmy okiem na samą bazylikę. Głód nie pozwalał nam delektować się jej widokiem. W pobliskim barze kupiliśmy kebab i dopiero z pełnymi brzuchami mogliśmy w pełni upajać się jej widokiem i obfotografować z każdej strony.
My nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie w środku, ze względu na koszty. Cena na osobę to 17€ za najtańszy bilet. Mimo, iż był to styczeń kolejka do kasy była duża, więc tak jak wszędzie piszą najlepiej kupić zawczasu, nawet poza sezonem.

Image

Image

Image

Image

Image

Nieodłącznym elementem bazyliki są dźwigi. Budowa trwa. Sagrada Familia była największym dziełem Gaudiego, jednak architekt nie doczekał końca budowy. I jak widać musiałby jeszcze trochę czekać. Chociaż przybliżona data ukończenia budowy to rok 2026, na stulecie śmierci Antonio Gaudiego.
Dla nas połączenie starej fasady ze współczesną nie do końca współgrało, ale też trudno wyrazić pełną opinie nie widząc środka.

Z wolna podziwiając po drodze Hiszpański Łuk Triumfalny zbudowany w 1888 roku, z okazji wystawy światowej, udaliśmy się do ostatniego naszego zaplanowanego punktu w tym dniu.

Image

Po drodze minęliśmy jeszcze Muzeum Korridy, gdzie odbyła się ostatnia walka byków w 2011 roku. Od roku 2012 obowiązuje zakaz walk w Katalonii.

Image

Byłł to dla mnie najbardziej oczekiwany moment wyprawy do Barcelony. A mianowicie zwiedzanie Muzeum Picassa, które znajduje się w dzielnicy La Ribera. W czwartki w godzinach 18.00-21.30 można zwiedzać muzeum bezpłatnie (taka sama możliwość jest w pierwsza niedzielę miesiąca w godzinach 9.00-19.00). Jednak bilety należy zarezerwować online nie wcześniej niż 4 dni przed datą zwiedzania. A z drugiej strony jak najszybciej po uruchomieniu zapisów.https://entrades.eicub.net:8443/muslink ... rupActiv=1
Ponieważ z domu na lotnisko wyjeżdżaliśmy o drugiej w nocy, to mąż nawet nie kładł się spać. Tak więc zaraz po 24 z niedzieli na poniedziałek przysiadł do komputera i zarezerwował wejściówki. I już kilka minut po północy najwcześniejsze godziny wejść były szybko zapełniane. Tak więc, nie polecam zostawiać tego na późniejszą chwilę, gdyż pewnie jest to nieosiągalne, co też potwierdziła później duża liczba zwiedzających.

W samym muzeum jest oczywiście toaleta i skrytki depozytowe na bagaże i okrycie wierzchnie. Bilety wystarczy mieć zapisane w telefonie, nie potrzebna jest wersja drukowana. Mimo dość sporej ilości osób zwiedzanie muzeum było przyjemnie komfortowe. W zasobach muzeum są wczesne prace artysty. Powstało ono jeszcze za życia Picassa, a inicjatorem jego powstania był przyjaciel malarza Jaume Sabartes. Poza muzeum w Barcelonie są jeszcze cztery inne, jednak to właśnie tu jest największa kolekcja prac artysty.

Image

Image

Image

Image

Tego wieczora odwiedziliśmy jeszcze kościół Santa Maria del Mar. Jest on przykładem niczym nie zmąconego stylu gotyckiego, powstał bowiem "jedynie w 55 lat", gdzie inne kościoły tego okresu były budowane przez znacznie dłuższy okres.

Image

Image

Po tak długim dniu udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.


Ostatnio edytowany przez jaww, 02 Lut 2020 14:49, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#10 PostWysłany: 02 Lut 2020 08:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2014
Posty: 645
niebieski
Zarówno Sagrada Familia jak budynki Gaudiego bardzo zyskują po wizycie wewnątrz. Fakt bilety do najtańszych nie należą ale warto. Zawsze można się podzielić - jedna osoba zwiedza i robi zdjęcia. Za to jest powód by wrócić. ;) Niestety w dzisiejszych czasach na tłumy trzeba przymknąć oko.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 02 Lut 2020 15:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
paweł p napisał(a):
Zarówno Sagrada Familia jak budynki Gaudiego bardzo zyskują po wizycie wewnątrz. Fakt bilety do najtańszych nie należą ale warto. Zawsze można się podzielić - jedna osoba zwiedza i robi zdjęcia. Za to jest powód by wrócić. ;) Niestety w dzisiejszych czasach na tłumy trzeba przymknąć oko.
To na pewno, zewnątrz to tylko liźnięcie. Ogólnie wszelakie wejścia w Hiszpanii są dość wysokie, ulgowe jeśli są to też nie za wiele niższe. To był wyjazd rodzinny ale atrakcje główne wybraliśmy pod córki, choć nie mówię że nam się nie podobały. Było już oceanarium, drugą opiszę, a trzecią to ta Barcelona, jak zsumować tylko bilety do dwóch wejść i autobusowy, to wychodzi z tego niemal 1/4 kosztów całego wyjazdu.
Maż jeszcze w domu zarzucił taki pomysł, bym tylko ja weszła do Sagrady i później im opowiedziała, ale to zupełnie nie pasuje na naszego podróżowania, albo razem bądź wcale. Zdjęcia akurat wewnątrz oglądaliśmy, wiedząc że tam nie będziemy.
Choć mimo, że przed wyjazdami staramy się wszystko dobrze zaplanować, to w zdjęcia planowanych miejsc zbyt dokładnie się nie zagłębiamy, gdyż później na miejscu powstaje wrażenie jakbyś już tu był i nie ma tego efektu zaskoczenia.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 02 Lut 2020 18:22 

Rejestracja: 16 Lut 2018
Posty: 80
Dzięki za relację, może się przydać ;)

Ps. Jakim sprzętem robiliście zdjęcia?
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 02 Lut 2020 20:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
seth11 napisał(a):
Dzięki za relację, może się przydać ;)

Ps. Jakim sprzętem robiliście zdjęcia?
Bardzo się cieszę, choć w dzisiejszych czasach ciężko dodać jakąś nową informację, która nie chodziła by gdzieś w sieci ;)

Aparat to najzwyklejszy który wchodzi do każdej kieszeni, to główna jego zaleta. Kupiliśmy kiedyś na lato do zdjęć pod wodą Panasonic LUMIX DMC-FT30 https://www.panasonic.com/pl/consumer/k ... t30ep.html. Wydaje mi się, że z telefonów wychodzą lepsze, ale mąż woli tradycyjnie cykać.
Żadni z nas fotografowie, zwykłe strzały do albumu rodzinnego, też w żaden sposób tego nie obrabiamy tu.
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 09 Lut 2020 14:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
Piątek

Nasz drugi dzień w Barcelonie rozpoczęliśmy wczesnym rankiem, pobudka 6:30. Poranna toaleta, śniadanie, po czym plecaki na plecy i w drogę. Wyszliśmy przed 8:00, na ulicach panowała jeszcze ciemność. Żwawym krokiem udaliśmy się w stronę dworca, na który dzień wcześniej przyjechaliśmy.
Tym sposobem, całkowicie odpuściliśmy zwiedzanie południowo-zachodniej części miasta, mam na myśli wzgórze Montjuïc. Mąż trochę żałował, że nie zobaczy obiektów olimpijskich, tym bardziej że tydzień przed wyjazdem oglądał w telewizji powtórkę z finału tej imprezy w koszykówce USA-Chorwacja. Dream Team, chyba każdy o nim słyszał https://pl.wikipedia.org/wiki/Reprezent ... skich_1992.
Ale to była demokratyczna decyzja, nie wiedzieliśmy bowiem ile nam zajmie oglądanie innych miejsc które mieliśmy zaplanowane. A teren wydawał się spory i do tego pagórkowaty, my z tobołami, przez co mógł sporo sił odebrać już na początku dnia.

Fontanna Magica jak co roku w styczniu przechodzi remont, także ją jeszcze w domu wycięliśmy z planu. Choć akurat dla efektów świetlnych warta odwiedzenia po zmroku, a raczej nie mieli byśmy już sił na nią poprzedniego wieczora.
Również rano zadecydowaliśmy, iż nie i będziemy też szli na Plac Hiszpański. Po tym, ile razy zeszłego dnia przechodziliśmy przez skrzyżowania świetlne, za sprawą charakterystycznego dla tego miasta układu ulic, tworzących regularne kwartały o ściętych narożnikach (przede wszystkim dzielnica Eixample).

Image

Mieliśmy już trochę dość wielkomiejskiego ruchu, gwaru, uznaliśmy iż duże rondo z zapewne ogromem krążących po nim aut, nie jest tym z czym mamy ochotę obcować z rana.
Będąc już w tej tematyce, muszę tu wyrazić pozytywną opinię o kierowcach w Hiszpanii i ich przestrzeganiu przepisów względem pieszych. Brak jakiegokolwiek wjeżdżania na żółtym, czy gwałtownego hamowania przed przejściem. Znamienne także jest to, że tubylcy nigdy nie czekają na zapalenie się zielonego światła, a ruszają zaraz po tym kiedy dla aut zapali się czerwone.

W ten sposób obcięliśmy sporo wstępnie zaplanowanych a przynajmniej zaznaczonych miejsc z naszej mapy. Jednocześnie kilometrów do pokonania także.

Image0

Idąc w kierunku dworca (pkt 2 na mapie) z miejsca noclegu (pkt 1), mijaliśmy nieznany pomnik, gdzie mąż próbował nam wmówić, iż jest to mały Messi ze swoją pierwszą nagrodą Złotej Piłki ;)

Image

Na dworcu pozostawiliśmy nasze plecaki w skrytce. Skrytki są większe i mniejsze w cenach 3,5€ i 5€, zamykane na klucz. Nam wystarczyła mniejsza i jeszcze została wolna przestrzeń.

Image
Image

Trochę się zastanawialiśmy, gdzie nasze najcenniejsze rzeczy i jednocześnie te, bez których powrót do domu byłby znacznie utrudniony, będą bezpieczniejsze. Uznaliśmy, iż lepiej je mieć przy sobie i pilnować, niż zastanawiać co się z nimi dzieje. Tak więc zabraliśmy dokumenty, karty, gotówkę, dwa z czterech telefonów i aparat fotograficzny.

Ruszyliśmy dalej delektować się Barceloną.... No mówiąc delektować mam na myśli to, że zaczęliśmy od spaceru na churros. Trzeba było, oczywiście sprawdzić czy są równie smaczne jak te w Walencji. Sprawdzone grubsze, cieńsze i jeszcze te z czekoladą..... Pycha. Budka z churros, to kierunek w przeciwną stronę do reszty miejsc naszej mapy. https://www.google.com/maps/place/Churr ... d2.1849922. Po drodze nawet zastanawialiśmy się, czy jeszcze jacyś turyści byli by skłonni nadkładając kilometrów odejść od topowych atrakcji Barcelony, dla zwykłej budki z lokalnymi ciastkami. My tak, takie miejsca są na wymarciu, kto wie kiedy znikną z ulic i będzie równie ciężko znaleźć co langosze na Węgrzech.

Image

Za to znaleźliśmy się dość blisko Torre Agbar, biurowca otwartego w 2005 roku. Ze względu na swój kształt posiada wiele potocznych nazw.... między innymi Paluch.

Image

Po słodkim "obżarstwie" ruszyliśmy w dalsza drogę. Przeszliśmy jeszcze raz obok Arc de Triomf, cykając oczywiście kilka fotek.

Image

Image

Image

Z tego co widzieliśmy, aleję przyległą do łuku wieczorem zapełnia młodzież, oraz wszelkiej maści lokalni artyści.

Udaliśmy się do Katedry św. Eulalii. Chcieliśmy zobaczyć ją w czwartek, ale niestety nie zdążyliśmy już, gdyż zamykana jest o 19.30. Nie wiem czym to tłumaczyć, ale zwiedzanie w godzinach 8:45-12:45 jest bezpłatne, w godzinach 13:00-17:00 koszt zwiedzania to 6€, i ponownie od 17:15-19:30 wejście darmo.

Image

Katedra św. Eulalii jest przepiękna i zrobiła ogromne wrażenie. Jest najcenniejszym w Hiszpanii przykładem architektury gotyckiej.
Pojęciem katedry w Barcelonie bardzo często mylnie nazywana jest Sagrada Familia.

Poświęcona jest św. Eulalii, która była trzynastoletnią dziewicą, męczennicą, która zginęła w Barcelonie w czasie ostatnich prześladowań chrześcijan. Była ona torturowana, upokarzana. Historia głosi, że została ona publicznie obnażona, lecz nagle spadł śnieg, który oszczędził jej znieważenia. W wewnętrznym ogrodzie katedry znajduje się staw po którym pływa trzynaście gęsi symbolizujących wiek patronki.

Image

Image

Image

Image

Image

Kolejny cel tego dnia to dzielnica El Raval i sławny kot. Po drodze oczywiście damskiej części zachciało się do toalety. Mijamy taką publiczną, samoczyszczącą stalową budkę, więc przystajemy i czekamy, gdyż jest zajęta. W międzyczasie podchodzi bezdomny, pyta czy mówimy po angielsku i ostrzega byśmy nie korzystali z tego wychodku, gdyż nie jest to miejsce dla rodzin z dziećmi. Miło z jego strony. W międzyczasie przybytek opuszcza inny bezdomny i rzeczywiście środek był bardzo daleki od jakiekolwiek higieny.

Dotarliśmy do kota. No solidne kocisko. Stało to zwierze w kilku miejscach w Barcelonie, ale chyba teraz na stałe zagości na El Raval na końcu Carrer de la Cadena. Ponoć w miejscu, w którym obecnie stoi, była jedna z trzech największych fontann w Barcelonie. Według znanego, nieżyjącego już katalońskiego etnologa, Joana Amadesa, fontanna ta “zaopatrywała w wodę znachorów, czarownice i ludzi żyjących ze złych mocy. Ludzie pobożni omijali to miejsce, a kiedy widzieli kobietę czerpiącą tam wodę, okrzykiwali ją wiedźmą. Według badacza, w jednym z domów blisko fontanny znajdowała się wtedy szkoła dla czarownic, gdzie wprowadzano w tajniki sztuki magii. Legenda głosi, że duchy czarownic, które krążą w tych okolicach do dzisiaj, wreszcie znalazły swojego kota-stróża.

Image

Sama dzielnica El Raval to miejsce posiadające złą sławę historycznie, choć raczej obecnie też. Pewnie wieczorem więcej się tu „dzieje”, ale nam też trochę humor popsuła, mimo że byliśmy przed południem. Najpierw w jednej z uliczek napotkaliśmy dwie kobiety o papierowych twarzach, niewiele dalej narkomana w bramie grzejące kompot i na koniec grupę anglików nie wiadomo, czy już wypitych bądź jeszcze nie wytrzeźwiałych. Na szczęście nie agresywnych, a jedynie zastanawiających się w którym kierunku zacząć dziś "zwiedzanie". Po tych wrażeniach, chcieliśmy jak najszybciej opuścić dzielnicę.

La Rambla, bo tam się udaliśmy, to najpopularniejsza z ulic w Barcelonie. Tętni życiem, jest pełna straganów i budek ze wszystkim. Lecz my wpierw udaliśmy się barceloński rynek La Boqueria.

Image

Jest to typowo komercyjne miejsce dla turystów, dla miejscowych tuż obok jest mały niezadaszony ryneczek z kilkunastoma stoiskami. Wszystko bardzo kolorowe i perfekcyjnie ułożone, wygląda świeżo i smacznie, cieszy oko i wyciąga z portfela. Mąż kilkukrotnie powtarzał, aby mi nikt nic z kieszeni nie wyciągnął. W zasadzie żadnych zakupów nie zrobiliśmy, gdyby nie to że wszelakie owoce, wędliny, tudzież inne co chcieliśmy spróbować, zjedliśmy już w Walencji, pewnie większa była by ochota.
Pierwszy raz np. jedliśmy owoc Chirimoya, polecany na jakimś blogu by tam spróbować https://www.google.com/search?q=Chirimo ... 25&bih=699, rzadko spotykany w naszych sklepach
Wracając La Boqueria, ceny wiadomo jakie, trzy truskawki oblane czekoladą na patyku 3€. Trzy euro to niewiele, ale to też tylko 3 truskawki. Na przekąskę wzięliśmy jedynie owoce morza w cieście, które w połowie były warzywami różnej maści w cieście – tak się nabiera turystów.
Sam targ to zwykłe zadaszenie nad stoiskami, bez żadnych architektonicznych smaczków, mieliśmy trochę inne wyobrażenie, iż jest to budynek.
Na końcu hali schodami w dół jest toaleta, płatna 0,50 euro, przejście przez kołowrotek którego cały czas ktoś pilnuje.

Ruszyliśmy La Rambla w kierunku kolumny Krzysztofa Kolumba. Sama La Rambla pusta o tej porze, też nas nie porwała. Po obu stronach stoją budki, stragany ze wszystkim. Inaczej sobie ją wyobrażaliśmy, tzn. bez tylu bibelotów, szerszą i bez ruchu samochodowego po obu stronach, bardziej na układ ul. Piotrkowskiej w Łodzi.

Image

Dotarliśmy do nabrzeża i kolumny Krzysztofa Kolumba.

Image

Co wskazuje Kolumb na pomniku..... a nic. A już na pewno nie Amerykę. Jedynie wyjście z portu. Ale sam pomnik majestatycznie góruje nad portem i robi wrażenie. Jest to jedno z charakterystycznych miejsc miasta.

Image

Już samo nabrzeże dało nam ukojenie. Mniejsze, a przeważnie większe jachty i łodzie, hiszpańskie słońce, sprawiło, że poczuliśmy się przyjemnie.
Minęliśmy po drodze surrealistyczną rzeźbę El Cap de Barcelona, powstałą na igrzyska olimpijskie.

Image

Spacer po plaży był również bardzo miły, chociaż tu, w przeciwieństwie do Walencji na plaży było sporo ludzi, w tym handlarze oferujący kolorowe salamandry, drinki lub niezbędne w styczniu pareo....

Image

Image

Za drobną opłata można tu zrobić zdjęcie rzeźby z piasku. Przy promenadzie, biegnącej wzdłuż plaży w kawiarniach i restauracjach było gwarno.

Image

Posiedzieliśmy sporo na plaży, choć początek był trochę nerwowy. Dostaliśmy bowiem informację, iż nie mogą nam pobrać opłaty za mieszkanie w Walencji, gdzie mieliśmy za dziesięć godzin nocować. Mąż na wypadek utraty kart, zmniejszył przed Barceloną limity do minimum. Przez to musieliśmy dobry kwadrans odkręcać sytuację, zwiększać limity i to dwukrotnie, bo oczywiście nie pamiętał jaka jest opłata i pierwsze podniesienie było za niskie. Dzwonić do obiektu i wyjaśniać problem.

Plaża spora, ale dużo mniejsza niż w Walencji, zapewne w sezonie ciężko parawan rozbić ;), choć może być niepotrzebny, bo nawet w styczniu dziewczyna toples do morza wskoczyła.

Image

Image

Image

Image

W dalszej wędrówce po jakiś dwóch godzinach dostaliśmy wiadomość z informacją i kodem jak odebrać klucze. Byliśmy już pewni pozytywnego zakończenia.

Zgłodnieliśmy i postanowiliśmy wrócić do centrum, celem zjedzenie czegoś. Maż miał chęć spróbować hiszpańską kanapkę, znalazł więc wcześniej mocno chwalone miejsce.

Image
https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_R ... lonia.html

Wzięliśmy cztery różne, ciepłe, smaczne, ale żeby aż tak się rozpływać co w opiniach, no nie wiem. W zasadzie dobry tost za 25zł.

Image

Następnie jak to radzą w przewodnikach, jeszcze raz udaliśmy się pokręcić po Barri Gòtic, już bez map i planów. Po prostu się zgubić. Trochę się nam to udało, a trochę mieliśmy jakieś wewnętrzne obawy wchodzić w najwęższe i opuszczone ulice. Jakaś trauma po El Raval została. Może przez to, może z innych powodów, ale nie poczuliśmy klimatu ani dostrzegliśmy uroku.

Image

Image

Image

Weszliśmy do Bazyliki La Mercè

Image

Barcelona, to też spora liczba remontów jak i nawiązań do znanego serialu.

Image

Image

Mijaliśmy też obwieszony budynek. Z początku myśleliśmy, iż ma to związek z zajmowaniem pustostanów w Hiszpanii. Ale już w domu udało się nawet znaleźć krótki artykuł o tej konkretnej kamienicy. Sprawa ma związek z nowym właścicielem i dużym podniesieniem czynszu o 23% dla lokatorki, gdzie przez kilkanaście lat był na stałym poziomie. Ta nie zaakceptował podwyżki i jak widać, na razie brak porozumienia. https://sindicatdellogateres.org/leva-a ... ensquedem/

Image

Następnie kierowaliśmy się w stronę Parc de la Ciutadella. Niedaleko wejścia do parku, od strony zoo mieści się dworzec kolejowy Estación de Francia. Bardzo ładny budynek, mający ponad 150 lat, powstały głównie do połączeń z Francją. Ostatnia duża renowacja przeprowadzona została, jak wiele w mieście w 1992 roku. Obecnie obsługuje głównie pociągi regionalne. Z tego co się orientowaliśmy, kolej w Hiszpanii jest na wysokim poziomie, ale jednocześnie dość drogą formą przemieszczania.
Na dworcu znajdują się bezpłatne toalety, na wysokim poziomie.

Image

Image

Sam park, często opisywany jako oaza spokoju, relaksu i wytchnienia w środku miasta, a przy tym równocześnie największy. Nie uświadczymy tam gęstego drzewostanu, można natomiast przysiąść na ławeczce, co uczyniliśmy, czy rozłożyć się na trawie. Można popływać łódką, choć zbiornik nie jest duży. Punktem centralnym jest kaskada Font de la Cascada, podobno często przed nią odbywają się koncerty i wystawy. Przez środek biegnie główna alejka, na której prezentowali się i zarabiali grajki. Na końcu parku mieści się zoo, z mapy wygląda na niezbyt duży obszar, ale jak jest w środku nie wiemy.

Image

Image

Image

Image

Oczywiście w parku można kupić co nieco...

Image

To już był ostatni punkt naszej wycieczki, mieliśmy wspaniałą pogodę, nie mieliśmy tłumów, ani jakiś niemiłych sytuacji których trochę się obawialiśmy. A mimo to, jak nie było zauroczenia Barceloną po przyjeździe, tak wyjeżdżając nic się nie zmieniło.
Wydaje się, iż drugiego dnia mogliśmy zobaczyć ciut więcej, bo kilka godzin przepuściliśmy przez palce. Nie mówię, że nie jest miło posiedzieć na plaży czy w parku, ale tak krótka eskapada obliguje odznaczanie punktów z planu jeden po drugim do ostatku sił ;) . Może mogliśmy zahaczyć o wzgórze Montjuïc, bardziej poobcować tam z naturą, otwartą przestrzenią jak i widokami, bo do głębszego penetrowania centralnych dzielnic większej ochoty już nie mieliśmy. Ale to już tylko gdybanie, bo może padli byśmy jak kawki wędrując tam.
Na koniec gremialnie stwierdziliśmy, iż cieszymy się z wyboru Walencji jako miejsca docelowego i Barcelony jedynie z doskoku.

Z parku udaliśmy się do ulubionego sklepu Mercadona, zrobiliśmy zakupy na drogę powrotną, po czym odebraliśmy bagaże ze skrzynki dworcowej. Układ dworca w Barcelonie podobny do tego w Walencji.

Image

Model autobusu powrotnego o tyle inny, iż po oby stronach dwa rzędy siedzeń, za to każdy w zagłówku miał swój telewizorek z wyborem filmów i muzyki. Wszystkie miejsca zajęte, przeciwnie niż do Barcelony, wtedy łącznie z nami jechało jedynie dziewięć osób. Przejazd czasowo nieco ponad cztery godziny, dojechaliśmy o 22:15.

Drugie mieszkanie w Walencji mieliśmy kilkaset metrów na wprost od dworca, tyle że musieliśmy przejść przez park Turia, więc wyszło nieco ponad kilometr. Podjęliśmy klucz ze skrytki na kod, bezstresowe rozwiązanie, że nie musimy stawić się na określoną godzinę i umawiać z właścicielem.

Image

Reszta to wiadomo, późna kolacja, kąpiel i sen.
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 23 Lut 2020 00:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
Sobota

Pospaliśmy jak na nas długo, bo do 8:00, jednak dziewczyny mają ferie.Rozpoczęliśmy dzień od zakupów w Mercadona. Trzeba było je zrobić z myślą już o niedzieli i w naszym wypadku też o poniedziałku, ponieważ czekał nas powrót do domu. W niedzielę sieciówki są zamknięte, choć małe spożywczaki w centrum były otwarte jak się później okazało. Każdy odliczył ile zje bułek przez dwa i pół dnia, logistyka w najlepszym wydaniu.

Po manewrach spożywczych i śniadaniu zaplanowaną mieliśmy atrakcję dla córek, wizytę w zoo. Choć sami też byliśmy mocno ciekawi jak ono wygląda.
Dojść tam można parkiem Turia, kierując się do jego zachodniego końca, czyli w stronę przeciwległą do morza. Nam zajęło to ok. 30 minut z drugiej kwatery, którą wybraliśmy właśnie bliżej tego miejsca dla skrócenia drogi.

Pkt. 1 – pierwszy nocleg, 2 – drugi nocleg, 3 – dworzec autobusowy.
Image

W parku było można zaobserwować wiele osób uprawiających różne dyscypliny sportowe, a nawet całe rodziny urządzające przyjęcia urodzinowe dla dzieci.

Na miejscu wita nas słoń. Jest nieduża kolejka, głównie rodziny z dwójką i więcej dzieci. Przy tej okazji trochę się zastanawiamy na ile takich wyjść w roku miejscowi mogą sobie pozwolić, bo to 4-5 stówek na nasze leci. Płacimy niecałe 100 euro, beż żadnych zniżek dla nastoletnich córek. Zaraz po wejściu delikatna kontrola plecaków, gdzie odbierają nam słodkie bułki do przechowalni.
https://www.bioparcvalencia.es/habitat/ ... cuatorial/
https://www.google.com/maps/place/Valen ... -0.4076106

Image

Bioparc Valencia powstał w 2008 roku i zajmuje ok. 100 000 m2. Nadrzędnym celem było uwolnienie zwierząt z klatek i umieszczenie ich w warunkach, które maksymalnie odzwierciedlają te, panujące w ich rodzimych stronach.
I rzeczywiście zwierzęta żyją niemal jak w naturalnych warunkach. Nie ma tam żadnych krat, drutów, siatek. Często ma się wrażenie, że pomiędzy wybiegami nie ma granic, że lwy dzielą wybieg z antylopami. Aranżacja przestrzeni jest niesamowita i wszystkie przegrody sprawiają wyobrażenie naturalności.
Warto przyjść tam z rana, ponieważ od przedpołudniowych godzin przypadają pory karmienia zwierząt. Przy wejściu otrzymuje się mapkę, na której opisane są godziny posiłków.
Podczas zwiedzania podróż rozpoczyna się na Madagaskarze a następnie przemierza lasy równikowe, sawannę i afrykańskie tereny podmokłe.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Spędziliśmy tam około 3 godzin, choć teren nie jest bardzo rozległy. Wszystkie ścieżki są tak zaplanowane, że nie da się pominąć żadnego wybiegu. Miejsce bardzo klimatyczne, zwierzęta zadbane, wyglądają na szczęśliwe. Przy jednej z poręczy pani sprzątająca na chwilę nas przeprosiła w celu przetarcia, co świadczy też, że takie szczegóły są tam ważne dla odbioru całości.

Przy wyjściu odebraliśmy swoje bułki, ale była już pora obiadu. Poszliśmy na kuchnię meksykańską w chilijskim wydaniu.
https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_R ... untry.html
Image

Image

Bardzo klimatyczne miejsce. Malutki bar z niesamowicie smacznym jedzeniem. Zdecydowaliśmy się na wegetariańskie burrito, nachos oraz tacos. Wszystko pycha i do syta za 25 €.

Image

Image

Image

Najedzeni uskutecznialiśmy wędrówkę po mieście bez konkretnego celu. Przyglądaliśmy się tutejszemu graffiti. Miasto jest pełne rysunków na murach, witrynach... wszędzie. Większość w dzielnicy El Carmen, pełnej labiryntowych uliczek.
Niektóre to naprawdę małe dzieła, bardzo często też będące reklamą sklepów na których są umieszczone.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

I tak spacerowaliśmy do wieczora. Całe centrum miasta jest dobrze oświetlone, nawet najwęższe uliczki nie straszą ciemnością, więc bez obawy stawiamy tam kroki.

Image

Image

Image

Image

Image

Natrafiliśmy też na miejsce gdzie w 1919 roku został założony klub piłkarski Valencia w nieistniejącym już barze Torino. Jakiś Hiszpan zaintonował hymn klubu, widać mocno związany z drużyną.

Image

Image

Na koniec wpadły ostatnie churrosy i zakupiliśmy trochę szynki dojrzewającej. Ceny 20-125 euro, najdroższe to Jamón ibérico z półdzikich świń o czarnej maści, a tańsze Jamón serrano z tradycyjnych świń białych.

Image

Została nam niedziela, która zapowiadała się słabo ze względu na pogodę.
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 24 Lut 2020 23:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
Niedziela

Do soboty wieczór Walencja raczyła nas cały tydzień przepiękną pogodą. Pełne słońce było normą. Poranki chłodniejsze, ale nie da się tego porównać nawet z tak ciepłą zimą w Polsce jak w tym roku.
Niestety koniec dobrego nastąpił w niedzielę. Sprawdzając prognozy pogody wiedzieliśmy, że zapowiadają załamanie. Ale jak się jest na urlopie, to się ma nadzieję, że prognozy się nie spełnią...., choć apka nigdy nie kłamała. Tym razem też nie. Już od samego rana obudził nas deszcz, padało solidnie. W zasadzie deszcz to nie przeszkoda, ale my nie zabraliśmy parasoli... ograniczenie bagażowe, w zamian zabraliśmy łapcie. Bowiem zwiedzanie z buta jest super, ale na koniec dnia najprzyjemniejszą chwilą jest wskoczyć we własne papcie :lol: . Parasole były rozważane przed wyjazdem, lecz prognozy na tydzień były klarowne, uznaliśmy iż nie ma co targać.

W dużym stopniu byliśmy zaspokojeni, zobaczyliśmy już w zasadzie wszystko co planowaliśmy. W niedzielę miały być grane tylko muzea, a to dlatego że tego dnia do większości z nich wejście jest bezpłatne.
Mijały kwadranse, spoglądaliśmy to na zegarek, to w okno.

Image

Image

Z upływającym czasem jednak napięcie narastało, przyjechaliśmy nie po to, by przesiedzieć na kwadracie. Decyzja, ruszamy. Nie chcieliśmy jednak przemoknąć do cna, zwłaszcza mając jedne kurtki i buty, gdzie w perspektywie mieliśmy jutro spędzić w nich połowę dnia. Mąż niczym Pomysłowy Dobromir, wziął dwa worki na śmieci i dwie największe reklamówki, rozciął je, co stworzyło jako taką naszą ochronę. Musieliśmy wyglądać co najmniej dziwnie, ale padało srogo, więc kto by się tym przejmował, trzeba jakoś sobie radzić. Przynajmniej wiemy, iż na kolejny wyjazd należy nabyć cienkie peleryny foliowe.

Image

Wpierw udaliśmy się na wietnamską uliczkę, tak ją nazywaliśmy ze względu na mieszczące się tam sklepiki z pamiątkami. Nabyliśmy trochę drobiazgów.

Tu jeszcze przed otwarciem.
Image

Następnie poszliśmy do budynku dawnej Giełdy Jedwabiu - Lonja de la Seda de Valencia. Jest on wpisany na listę UNESCO. Z zewnątrz przypomina obronną fortyfikację i jednocześnie jest symbolem dawnej potęgi Walencji. W tygodniu wejście 2 euro, niedziela free.

Image

Image

Image

W dwóch największych pomieszczeniach kompleksu nie ma żadnych mebli, przez co zwiedzanie nie zajęło nam zbyt dużo czasu.

Image

Idziemy w strugach deszczu do Muzeum Ceramiki - Museo Nacional de Ceramica, już z zewnątrz robi ogromne wrażenie. Budynek wzniesiono w XV wieku w stylu gotyckim, lecz jego obecny kształt jest efektem gruntownej przebudowy oraz renowacji w XVIII wieku w stylu rokoko. Pokryta różnorodnymi dodatkami stiukowymi fasada, ozdobne ramy okienne oraz monumentalny portal, który stał się symbolem pałacu.

Image

Image

Oglądamy apartamenty pałacowe, figurki, naczynia, zdobienia ceramiczne, jest gablota z ceramiką ozdobioną przez Pablo Picasso. Jak też w pełni umeblowana i wyposażona kuchnia, są komplety do mycia i zastawy stołowe.
W tygodniu bilety 3€, 1,5€ ulgowe, my skorzystaliśmy z darmowej niedzieli.
http://www.culturaydeporte.gob.es/mnceramica/home.html

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Chcieliśmy jeszcze skorzystać z bezpłatnego wejścia na jedną z dwóch bram miasta. Torres de Serranos, była uważana za główne wejście do miasta. Spełniała ona także przez pewien czas rolę więzienia. Dziś stanowi atrakcję turystyczną, można z niej podziwiać panoramę. Koszt wejścia na wieżę to 2€ w niedzielę i święta darmo.
Niestety przez pogodę nie wpuszczono nas na górę.

Image

Rzuciliśmy więc okiem na miasto z poziomu chodnika :twisted:

Image

Wiadomo, że jak jest chłodno to jeść się chce. Do wyboru mamy kebab bądź paella. Pierwsze jest wszędzie i zawsze o drugie już trudniej. Kto wie kiedy znów będziemy w Hiszpanii. Niejednogłośnie pada na paellę, choć ostatecznie córka wzięła lasagne.
Jedzenie tylko na wynos, ale popularne wśród miejscowych, bo swoje trzeba było odstać. Jakby nie mogli zrobić w domu schabowego na niedzielę ;)
Comidas El Rubio Gran Vía de Ramón y Cajal, 30, 46007 Valencia, Hiszpania +34 963 28 96 53 https://maps.app.goo.gl/5nNPfg7761KkxBLF7

Image

Wzięliśmy dwa rodzaje, jedną z wieprzowiną, a drugą z karczochami. Wieprzowa pycha, z karczochami lekko mdła.

Image

Resztę popołudnia spędziliśmy na kwaterze, nie chciało nam się drugi raz wychodzić. Pogoda nie poprawiła się już tego dnia.
Mieliśmy jeszcze kilka miejsc zapisanych, ale nie tak istotnych dla całego wyjazdu.
Wymienię jedynie, może komuś się to przyda.
Torres de Quart- druga brama miasta, również można wejść na taras widokowy.
Museo de Historia de Valencia – bilety 2€/ 1€, niedziele, święta gratis.
Museo Fallero - ogromne rzeźby z kartonu, plastrów, wosku i drewna, odratowane, czyli nie spalone podczas festiwalu ognia. Bilet 2€, niedziela i święta bezpłatnie.
L'IberMuseo de Los Soldaditos de Plomo – muzeum żołnierzyków, bilet 5€.
Muzeum Sztuki Nowoczesnej IVAM - bezpłatnie w niedziele, czynne od 11 do 15.
Muzeum Sztuk Pięknych - Museo de BellasArtes, bezpłatne, czynne od 10 do 20.


I na tym w zasadzie dzień, a wręcz wyjazd się zakończył. Walencja nas oczarowała i zaczarowała. Jest mieszanką urbanistyczną, gdzie połączenie nowych i starych budowli współgra. Miasto czyste z dużą ilością zieleni i oferujące wiele atrakcji dla różnych pokoleń, a wszystko to w zasięgu dobrego spaceru :) .

Jak to się mówi siedzieliśmy już na walizkach, w naszym przypadku plecaczkach i szkoda było wyjeżdżać.
Równocześnie oglądaliśmy telewizję i z napływem wiadomości nachodziły myśli, być może nieco dłużej zostaniemy… :?:
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 01 Mar 2020 21:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lis 2016
Posty: 33
niebieski
Poniedziałek

To miał być standardowy dzień powrotu, żołnierski poranek, metro, lotnisko, samolot, samochód, dom.
Początkowo wszystko szło wedle schematu. Z reguły starcza nam godzinka od pobudki do wyjścia, przy lekkim ponaglaniu pociech. Tu daliśmy sobie trochę więcej czasu, lepiej na spokojnie wszystko zabrać.

Z rana trochę jeszcze padało, lecz do metra mieliśmy jedynie 400m.
W stronę lotniska pasażerów niewielu. Odbijamy kartę TuiN na bramkach stacji lotniska i przechodzimy. Za nami dwie dziewczyny, jedna przechodzi, druga zonk, bramka się nie otwiera. Mąż w momencie podaje jej naszą, ale ta też nie działa. Nie miała prawa, gdyż pieniądze już się na niej wyczerpały tylko w odruchu nikt o tym nie myślał. Trzeba mieć to na uwadze, liczyć przejazdy i sumować ich koszty, bo wejść, jechać można a kasa ściągana jest na wyjściu. W tej sytuacji koleżanka musiała jej kupić jednorazowy bilet.

Porankiem lotnisko puste.

Image

Odczekaliśmy do naszego odlotu i żegnamy Walencję.

Image

Wsiadając do samolotu trochę wieje.

Image

Wylot ma być o 10:00, samolot kołuje na pas startowy i wtedy się zaczęło. Nadeszła Gloria.



Szczęśliwie nie doświadczyliśmy tego co pasażerowie powyższego lotu z tego dnia.

Podobno brakło nam dziesięciu minut do startu. Załoga poinformowała, że musimy czekać aż wiatr ustanie. No to siedzimy i czekamy, mając nadzieję iż niebawem odlecimy. Początkowo spływają jakieś informacje, że może niebawem, później już ich brak. Za to padł komunikat, że są na pokładzie produkty spożywcze, oczywiście odpłatnie co pasażerowie skwitowali uśmiechem.
Mąż posiłkując się apką pogodową, wiedział już że nie polecimy, wiatr bowiem nie miał zelżeć. Mijały już nie kwadranse, lecz godziny. W końcu mąż poszedł coś kupić z tego co zostało, a w tym momencie stewardesa oznajmiła by nie kupować bo wysiadamy. Najwyższy czas, po pięciu godzinach wszyscy mieli dość czekania.

Wysadzili nas na terminal przylotów. Ktoś coś mówi, ktoś gdzieś każe iść. Idziemy do terminala odlotów, a tam dziki tłum ludzi. No mrówki w mrowisku.... masakra. Stajemy w jakiejś kolejce.... po co? Ktoś mówi, że po to aby załatwić sobie nocleg, inni mówią, po to żeby przebukować bilet... Nie odleciało bodaj 5 samolotów Ryanair.

Image

Wtedy obudziła się siła w ludziach, którzy się jednoczyli i wspomagali. Ktoś opowiedział żart, ktoś poszedł zasięgnąć informacji, przekazał ją całej grupie.
Niemniej stania na kilka godzin, nie wiedząc do końca za czym i z jakim zakończeniem.
Przyszedł sms od przewoźnika informujący, że wylot o 5:30 rano. Mąż postanowił iść w miasto na zakupy. Akurat lotnisko to nie mieści się w szczerym polu, lecz na peryferiach miasta. Przeszedł parkingiem, przeskoczył przez mur, przebiegł przez ruchliwe ulice i był na miejscu. Chodził, szukał, bary pozamykane, znalazł Mercadona.
Sytuacja była dynamiczna, kiedy my zostałyśmy same uruchomiono następną kolejkę. Ktoś z naszych kazał nam tam przejść, kolejka była naprawdę o wiele krótsza i rodziła się nadzieja, że stojąc w niej mamy szansę na hotel, ale męża nie ma. Dzwonię i mówię, że musi się spieszyć, bo zaraz przyjedzie po nas autokar i zawiezie do hotelu. Małżonek choć biega i jest szybki, to przecież nie przyfrunie. Mówi, że będzie się spieszył, a w razie czego zostaniemy.
Oczywiście, jak to w takich sytuacjach bywa, to że ktoś, coś, gdzieś usłyszał i przekazał dalej trzeba kilkukrotnie dzielić, nie biorąc za pewnik.
Mąż wrócił z zaopatrzeniem, poczęstował współtowarzyszy i sami też się posililiśmy. Dla męża to była bardziej przygoda, trochę jedynie męcząca. Dla nas bardziej męcząca niż przygoda. A dla wszystkich jakieś doświadczenie, które niekoniecznie może się przydać, bo każda podobna sytuacja może inaczej się toczyć. Małżonek właściwie był psychicznie gotowy nocować na lotnisku, jakoś nie wyobrażał sobie że wszystkich nas gdzieś rozdysponują. A jeśli już to do jakiegoś przydrożnego motelu.
Najedzeni odzyskaliśmy siły, zajęliśmy sympatyczny przyczółek i tak w towarzystwie innych czas mijał.

Image

Pojawiła się pani z obsługi lotniska, która nakazała nam podążać za nią. Idzie szybko, my wolniej za kimś, ten ktoś również za kimś, człowiek za człowiekiem, tłum za tłumem, nagle nie widzimy już naszych. Ok, ktoś jest, ale gdzie ten autokar. Nie ma... Nie zostaliśmy sami, inni też szukają się i autokaru. W głowie już pojawia się myśl o nocy na lotnisku, że już jestem taka zmordowana, że nie mam sił, ale trzeba się trzymać bo dzieciaki są mega dzielne. Stoimy pod jakimś wiaduktem na zewnątrz między terminalem a parkingiem. Wichura kładzie palmy, staramy schować się od wiatru. Deszcz leje solidnie.

Image

Znów pojawia się pani z obsługi. Jeden z naszych towarzyszy tłumaczy jej po hiszpańsku, że nie załapaliśmy się na autokar do hotelu. Pani wygląda jakby miała równie dość jak my i wcale jej się nie dziwię. Kazała nam stać i się nie ruszać, po czym po jakimś czasie przyszła po nas, abyśmy jednak wrócili do terminala bo to trochę potrwa. Czyli z powrotem.... Ok czekamy dalej. Po jakimś czasie pojawiła się inna kobieta, najpierw zabrała rodziny z dziećmi i osoby starsze, zostały jej miejsca więc my się łapiemy. Matko, żebyśmy tylko nie zgubili znów autokaru. Jesteśmy, siedzimy, to niewiarygodne, ale jedziemy do hotelu. Hurra, jest po 19-tej.
Hurra, skończyło się po przekroczeniu progu hotelu. W recepcji dwie flegmatyczne hiszpanki niemal z aptekarską precyzją rejestrowały człowieka po człowieku. W holu był tłum ludzi, chaotyczna kolejka. Szaleństwa ciąg dalszy. Tak około godziny 22.00 dostaliśmy klucze do pokoi. Do dwóch dwójek, bo już nie było innej opcji, ale nam było wszystko jedno. Zważywszy, że dla kilku osób brakło miejsc i musieli jeszcze iść kilka minut do innego hotelu. Hotel na wypasie, ale jakie to ma znaczenie na kilka godzin.

Image

Image

Choć dziewczyny później żałowały, że tak krótko i nawet radia w wannie nie posłuchały.

Była godzina 22.00, zjedliśmy co mieliśmy i dziewczyny zasnęły. Ja przed północą, mąż jeszcze później. Spania niewiele, pobudka o drugiej, a trzydzieści minut później byliśmy umówieni z jednym z towarzyszy na powrót taksówką. Niby miał przyjechać po nas autokar, ale o której nikt nie poinformował. W takiej sytuacji kilkanaście euro nas nie zuboży, jak i kilkadziesiąt minut dłużej nie spowoduje, że się wyśpimy. Na spokojnie, bez nerwów woleliśmy znaleźć się na lotnisku.
Na lotnisku pusto i wszystko pozamykane. Nie klarowało się na wylot o 5:30. Nasze karty pokładowe z wczoraj nie działały, nikt nie wiedział co ma z nami zrobić. Powstawały kolejne kolejki. Ludzie znów błądzili od jednej do drugiej. Jedni z obsługi mówili że mamy lecieć na starych kartach pokładowych inni, że mamy stanąć w rządku do przebukowania. Kolejny chaos. A i tak nikt nam nie dawał gwarancji, że w ogóle polecimy..... Kilka minut po godzinie 5.00, jednak na starych nie działających kartach przeszliśmy przez kontrolę. Oczywiście gdy ja biegałam za organizowaniem biletów, mąż postanowił wykorzystać bony żywieniowe, którymi hojnie obdarował nas Raynair, całe 4 euro na głowę. Wypicie gorącej kawy tuż przed kontrolą graniczyło z cudem i z moją furią.....

Dobra jeszcze chwila i wsiadamy do samolotu.... Tylko co dalej.

Image

Gdy usiadłam w samolocie, to nawet nie wiem kiedy odpłynęłam. Zasnęłam mimo iż byłam pełna obaw i niepokoju. Obudził mnie dopiero ryk silników. Samolot wystartował mimo, że nim sporo bujało. Lecieliśmy do domu...
Lot minął już spokojnie. Czasem mocniej bujało, ale ogólnie było ok. Z lotniska na parking po auto i powrót do domu.
Byliśmy pełni wrażeń ale przede wszystkim zadowoleni z tego co udało nam się zwiedzić i zobaczyć w Hiszpanii oraz doświadczyć w bonusie ;)

P.S. Z taksówki wzięliśmy paragon i Ryanair bezproblemowo zwrócił nam poniesiony koszt.
Przypadkowo też ostał się paragon za zakupy w Mercadonia i tu odzyskaliśmy za nie z polisy turystycznej. Ale chyba jedynie dlatego, iż mieliśmy dodatkowe assistance za 5zł, które to obejmowało.
Warto więc w podobnych sytuacjach zbierać rachunki za wszelkie poniesione dodatkowe koszty, bo być może uda się później część z nich odzyskać. Choć na miejscu to zawsze priorytetem jest szczęśliwy powrót do domu i głównie o tym się myśli.
Góra
 Relacje PM off
greg1291 uważa post za pomocny.
 
 
 [ 17 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group