Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 12 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 25 Sty 2017 21:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2016
Posty: 26
Moja relacja to wspomnienie sprzed kilku lat – nie znajdziecie w niej więc aktualnych informacji o cenach, noclegach, biurach turystycznych. Dlaczego więc zdecydowałam się umieścić relację napisaną w 2009 roku? Bo to, co przeżyłam tam przez 7 dni to wciąż moje najwspanialsze doświadczenie podróżnicze, mimo że praktycznie nic nie szło po naszej myśli. Boliwia odpłaciła nam bajeczną przyrodą przyprawiając o niemały zawrót głowy (nie tylko w związku z chorobą wysokościową).

Dziś do Uyuni można się już dostać samolotem (Aeropuerto Joya Andina), pewnie w mieście uruchomiono kolejne bankomaty (i co więcej: może nawet działają), na pewno jest szersza oferta wycieczek kilkudniowych na Salar de Uyuni i okolice. Ale nie zmieniły się krajobrazy i specyfika miejsca. Potraktujcie więc moje wspomnienia jako uzupełnienie tych bardziej aktualnych relacji. Jeśli wybieracie się do Boliwii poniższy tekst pewnie wniesie coś w Wasze wyobrażenie o tym kraju. A na pewno nie zaszkodzi :) .

I jeszcze ważna rzecz! By wczuć się w klimat polecam podkład muzyczny – zespół Kalamarka (

,

,

; swoją drogą warto zobaczyć teledyski ;) ), którego muzyka towarzyszyła nam w pokonywaniu fantastycznych boliwijskich bezdroży i wpisywała się w krajobrazy idealnie.

Wylatując z Europy w zasadzie nie planowaliśmy odwiedzać Boliwii. Daliśmy się spontanicznie zachęcić napotkanym w Argentynie i Chile backpackerom. No i decyzja była szybka – z Santiago de Chile bierzemy autokar na północ kraju do Calamy, a stamtąd kolejnym przez Ollagüe do Uyuni. Proste? Proste! Tak nam się przynajmniej wydawało :) ...

- - -

Piękna, pociągająca i dziewicza. Taka właśnie jest Boliwia. Podczas zaledwie tygodniowego pobytu w Boliwii napotykamy jednak więcej problemów niż w ciągu pozostałych czterech miesięcy spędzonych w Argentynie, Chile i Urugwaju. Siedem dni było lekcją podchodzenia do wszystkiego na luzie i nie martwienia się niczym. Przecież w końcu... jakoś to będzie!

Image

Jeszcze w Chile szukamy wyczerpujących informacji, żeby nie było niespodzianek przy wjeździe do Boliwii. Upewniamy się co do warunków przekraczania granicy i cen biletów autokarowych. Autokarem chilijskim dojeżdżamy tylko do granicy, potem musimy przesiąść się do boliwijskiego i zakupić oddzielne bilety na przejazd do Uyuni.

Zatem jest i granica. Pośrodku wielkiego "niczego". Pustkowie, przestrzeń, na horyzoncie kilka stożków wulkanicznych, w tym lekko kopcący Volcàn Ollagüe (5868m n.p.m.). Czekamy po stronie chilijskiej - nie wiemy na co. Okazuje się, że nie ma prądu i nie mogą nas odprawić. Czekamy więc na prąd… W międzyczasie przypadkiem napotykamy pośrednich znajomych (znajomych znajomego), którzy jadą na stopa potężną ciężarówką od boliwijskiej strony. W zasadzie to spotkanie nie wywiera na nas ogromnego wrażenia, bowiem kilka tygodni wcześniej natknęliśmy się w małej wiosze przy Parku Narodowym Los Glaciares w Argentynie na… kolegę ze studiów. A wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, że za jakieś 2-3 tygodnie spotkamy się pod jednym argentyńskim dachem u naszego gospodarza z daleką znajomą. Świat jest jednak mały!

Image

Image

Image

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Półtorej godziny później i kilkaset metrów dalej czeka na nas boliwijski posterunek policji. Jest skutecznie ukryty - o czym jeszcze nie wiemy - za kilkoma rzędami liczących kilkanaście bądź kilkadziesiąt wagonów składów kolejowych. Wysiadamy z autokaru i nie mamy pojęcia co ze sobą zrobić. Zdezorientowani podążamy po prostu za miejscowymi współpasażerami, którzy ku naszemu zdumieniu zaczynają po kolei przeciskać się pomiędzy wagonami. Starzy, czy młodzi, z małymi dziećmi na rękach, wszyscy jak jeden mąż skaczą przez złączenia i ustawiają się w kolejce do obskurnego posterunku.

- 21 boliwianów za osobę! - oznajmia celnik patrząc na nas wyczekująco - no chyba, że wolicie płacić w dolarach albo peso chilijskim?
Oczywiście, że wolelibyśmy płacić w boliwianach - opłata w walutach obcych jest wyższa - gdybyśmy tylko jakiekolwiek boliwiany mieli. Niektórzy nie kryją zaskoczenia. Opłata? Ostatnio nic nie płacili. Ale policjant każe - trzeba wykonać. Tu zaczynają się pierwsze schody. Z Calamy w Chile wyjeżdżaliśmy nocą, dla własnego bezpieczeństwa w ostatniej chwili zrezygnowaliśmy z wybierania nadprogramowych pieniędzy z bankomatu - miasto, dzielnica a przede wszystkim kręcące się podejrzane grupki, nie zachęcały do spacerów z całym podróżniczym "dobytkiem". A teraz żałujemy, że byliśmy zbyt ostrożni. Z sytuacji ratuje nas dwóch młodych Chilijczyków, pożyczają nam pieniądze. Też jadą do Uyuni, więc rozliczymy się na miejscu.

Znów tor przeszkód ustawiony z kilku pociągów i możemy się przesiadać do boliwijskiego autokaru, który w międzyczasie przyjechał z Uyuni. Przepakowujemy się, kierowcy przerzucają z dachu na dach lodówkę ( :roll: hmm, czy lodówek nie powinno transportować się w pionie?) i inne ładunki. Głośno, gwarno, parno. Do szczęścia brakuje tylko gdaczących kur w autokarze. Bo na zewnątrz spacerują świnie, żeby nie było.

Image
Nasza żółta strzała na chilijskich blachach, którą musimy opuścić na granicy z Boliwią. Fot. @‌almukantarant‌

Image
Na granicy boliwijskiej przywitały nas dwie świnie. Celnicy skryli się za pociągami, czego należało się domyślić. Fot. @‌almukantarant‌

Po dwóch - trzech godzinach jazdy podnosi się od niechcenia towarzysz kierowcy i zaczyna zbierać pieniądze za przejazd.
- 70 boliwianów lub 7000 pesos chilijskich. - stoi z wyciągniętą ręką przed naszymi nosami. Tym razem mamy odliczoną walutę chilijską. Odliczone według informacji z Chile. Brakuje nam 4000 pesos. Czemu ceny są inne niż informują przewoźnicy? Odpowiedź jest prosta aż do bólu: "bo się zmieniły". Na bilet potwierdzający faktyczny koszt przejazdu nie mamy oczywiście co liczyć. Bileter wykazuje się wspaniałomyślnością i ciężko wzdychając pozwala nam w końcu oddać dług w Uyuni. To miłe, że nie kazali nam wysiąść pośrodku wielkiego „niczego”. Aczkolwiek było pięknie:

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image

Image
Karnawał w Boliwii widać na pierwszy rzut oka. Tańce i muzyka nawet na ulicach najmniejszych wiosek.

Image
Jeszcze ten karnawał nas zachwyca!


Zaciskanie pasa i karnawał.

Powoli przejeżdżamy ulicami Uyuni. Kilkunastotysięczne miasto położone na wysokości przekraczającej 3600 metrów n.p.m. nie wyróżnia się niczym szczególnym. Zaniedbane ulice, wszystko takie szarobure. Dla równowagi wszędzie kręcą się kolorowi, rozbawieni ludzie.
- Bankomat? Pani! Za trzy dni może będzie działać, bo teraz to mamy karnawał! - macha ręką Boliwijka i szybko zmienia temat. - Mam do sprzedania kilkudniową wycieczkę na Salar de Uyuni - najlepsza cena!
Wycieczki nie chcemy. Chcemy oddać długi, znaleźć nocleg. Sprawdzamy na własne oczy - bankomat z widniejącym "24h" rzeczywiście nie działa. To jedyny w mieście. Staramy się zasięgnąć języka i poznać przyczynę awarii.
- To nie awaria! Bank zamknięty to i bankomat nieczynny. Jutro zadziała!
- Pewnie zabrakło w nim pieniędzy! Nic nowego.
- A bo ludzie jak głupi wpychają karty na siłę! Już kilka kart tkwi w środku i o!

Każdy ma swoją teorię na temat bankomatu, której byłby w stanie bronić jak lew. My tymczasem mamy marnych parę pesos argentyńskich. Wybieramy teorię dotyczącą bankomatu - tę, która nam najbardziej pasuje i mamy nadzieję, że się sprawdzi. Nasi wybawcy z granicy, Chilijczycy, widząc co się dzieje umarzają dług, kierowca z bileterem odjeżdżają w dalszą trasę. Nie wiemy czego się spodziewać po naszym pobycie w Uyuni. Nocleg załatwiamy dając pod zastaw paszporty - przed czym nas ostrzegano - lecz nie mamy wyjścia.

Karnawał trwa w najlepsze. Parada na głównej ulicy. Gra orkiestra, młodzi ludzie tańczą na ulicy a widownia obrzuca ich balonami z wodą. Krzyki, radość, śpiewy. Tylko nam nie do końca do śmiechu. Przeciskamy się w tłumie w poszukiwaniu kantoru. Wielkie "PLASK!" i po plecach cieknie mi zimna woda. Jesteśmy bombardowani balonami, ostrzeliwani karabinami wodnymi. Do pokoju wracamy jak zbite psy - ale najważniejsze, że z garstką boliwianów. Starczy na pierwszy nocleg i jakiś chleb z wodą. Próbujemy zasnąć, choć łatwo nie jest. Jutro będziemy się martwić dalej. Czyli "mañana".

Image
Paszporty zastawione, długi nieoddane, bankomat nieczynny, jedzenia brak i jeszcze balonem z wodą po plecach. No ubaw był po pachy tego karnawałowego wieczoru :) Fot. @‌almukantarant‌

C.d.n.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
almukantarant uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 25 Sty 2017 22:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2011
Posty: 461
niebieski
Wspomnienia wracają! Ps. Witaj na forum! :)

Wysłane z mojego Redmi 3S przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 26 Sty 2017 20:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2016
Posty: 26
Julieta i karnawału (!) ciąg dalszy.

Nocą kilka razy śniło mi się, że wyjmujemy pieniądze z bankomatu. Jakie niemałe rozczarowanie przeżywałam za każdym razem budząc się. :D To było kilka trudnych godzin – pierwszy raz na wysokości ponad 3600 m n.p.m. Brzask przywrócił nadzieję, że ta noc się wreszcie skończy! Bank otwierają o 9:00 (wczoraj sprawdziliśmy), może tam uda nam się wyjąć pieniądze! Stajemy przed bankiem i zdajemy sobie sprawę, że nie przestawiliśmy zegarków. :| W Boliwii jest o 1h wcześniej niż w Chile. Poranną, wolną godzinę zagospodarowujemy odwiedzaniem sklepów mając nadzieję, że za coś „z dużą górką” zapłacimy kartą, a tę górkę zwrócą nam w gotówce. Pomysł przedni! Niestety tylko w teorii, nie praktyce – pieniędzy jak nie mieliśmy, tak nie mamy. W międzyczasie okazało się, że bank jednak w związku z karnawałem będzie najbliższe dwa dni zamknięty. To jest dla wszystkich oczywiste, więc po co informować o tym na drzwiach banku? Nie pozostaje nam nic innego jak pojechać na trzydniową wycieczkę (biorąc ją na kredyt – nasze uśmiechy na pewno mogą zdziałać cuda!) – tam w programie będą i noclegi i jedzenie – będziemy przynajmniej na te 3 dni uratowani.

Biuro turystyczne jakich wiele. Wyróżnia je to, że spośród nielicznych ma logo kart płatniczych, a co więcej naprawdę można w nim płacić kartą (bo jak się już przekonaliśmy to logo kart płatniczych w Boliwii wcale nie świadczy o tym, że karty te akceptują). W tym upatrujemy naszą szansę i zaczynamy optymistyczną rozmowę z kobietą pracującą w biurze podróży Julieta, które organizuje wycieczki na Salar de Uyuni i okolice. Krok po korku wyjaśniamy naszą sytuację i patrzymy na uśmiechniętą od ucha do ucha, kiwającą się twarz.
- Nie ma problemu!
Trochę jesteśmy podejrzliwi, ale chyba rzeczywiście z niczym nie ma problemu. W biurze wycieczkowym załatwiamy nie tylko trzydniową wycieczkę po południowej części regionu Potosí, ale także noclegi w Uyuni i bilety autobusowe na przejazd do granicy argentyńskiej. Wszystko możemy opłacić po powrocie kartą albo gotówką jeśli bankomat zadziała. Jesteśmy w niebie. Uśmiech na twarzy Boliwijki znika dopiero wtedy, gdy po wcześniejszych zapewnieniach, że wycieczki odbywają się codziennie, chcemy zarezerwować miejsca na ostatni dzień karnawału, czyli wtorek:
- Hmm… Chyba lepiej będzie w środę. - oznajmia z poważną miną.
- Ale przecież wycieczki są codziennie. Nie ma miejsc? Dopiero pojutrze mamy jechać?
- Jeszcze są miejsca, ale możliwe że kierowca będzie pijany. I nie pojedziecie w ogóle, albo dopiero po południu.
- Kierowca pojechałby w trasę pijany? - pytamy z niepokojem.
- No przecież mamy KARNAWAŁ! - znów wielki uśmiech na twarzy.
Nie musi nas przekonywać :shock: . Rezerwujemy miejsca na pierwszy dzień po zakończeniu tego szalonego karnawału, upewniając się, że wówczas kierowca już na pewno nie będzie pijany (choć tego pewnie i sam kierowca by w tej chwili nie potwierdził). Na odchodne dostajemy dwie pełne garście liści koki na pocieszenie.

Image
Liście koki wyglądają jak listki laurowe.

Odczuwamy ulgę (choć liście koki raczej jeszcze nie zadziałały). Wreszcie możemy rozejrzeć się po Uyuni oczami turystów. Mamy załatwiony nocleg na następne dni! Z jedzeniem gorzej, ale podobno koka i głód zabije ;). A na pewno zdrętwieje przez nią policzek i język – z takim językiem-kołkiem pewnie nie da się jeść, więc problem głodu sam się rozwiązał.

Fascynują mnie kobiety poubierane w tradycyjne stroje. Pofałdowane spódnice do kolan, rajstopy, sandały. Przeróżne bluzki i sweterki, a na głowach przymałe meloniki. No i koniecznie długie do pasa, grube, czarne warkocze. A na plecach kolorowe tobołki służące do przenoszenia wszystkiego - od zakupów po dzieci. Największe wrażenie wywiera na nas staruszka, która przed sklepikiem stawia na wzorzystym materiale skrzynkę piwa, zawiązuje tobołek ...i z wysiłkiem zarzuca na plecy. No tak, karnawał.

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image

Image

Image

Image

Pełna beztroska panuje na ulicach. Należą one do pieszych. Tu i ówdzie kręcą się karnawałowe orkiestry. Dorośli piją, z biegiem dnia stają się coraz bardziej bezwładni, aż w końcu część z nich zalega gdzieś pośrodku miasta. Dzieci strzelają z pistoletów wodnych, szaleją. Raz na jakiś czas ulicą przejeżdża rozpędzony, jednostajnie trąbiący samochód - informując w ten sposób pieszych i wałęsające się psy o swojej obecności. Przyglądamy się ulicznemu targowi. Lekkie rozgoryczenie pojawia się na widok stoisk z jedzeniem. Stoisko to może za dużo powiedziane – micha lub kocioł z ciepłą strawą to bardziej trafne określenie. Na naszych oczach kobieta rozbiera gołymi rękami kurczaka pieczonego na drobne kawałki. Udajemy, że nie słyszymy burczenia w brzuchu. Dookoła kręcą się psy wpychając nosy do garów. Tuż obok kto inny zamaszyście sieka jakieś warzywa, niemalże razem z paznokciami. Nie powiem, by estetyka i higiena była tu na przyzwoitym poziomie (chociaż w sumie takie mieliśmy właśnie wyobrażenie). My mamy na dziś tylko wczorajszy chleb, więc „całe szczęście” i tak nie musimy się zastanawiać nad tym, czy jeść z oblizanego przez psa kotła, czy próbować sałatkę z paznokciami. W otwartych sklepikach ulicznych często nie można spotkać nikogo - łącznie ze sprzedawcą. Zachodzimy do jednego z biur, w którym można kupić bilety autokarowe. Tuż po przekroczeniu drzwi uderza nas zapach alkoholu i szybko orientujemy się, że pracownicy nie będą w stanie udzielić nam żadnej konkretnej informacji. Ech, ten karnawał!

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image

Image

Image

Image

Po południu (baaardzo leniwe zwiedzenie całego miasta zajęło nam niecałe dwie godziny) zalegamy w załatwionym przez Julietę hostelu. Wysokość nad poziomem morza wciąż jest dla nas odczuwalna. Lekki ból głowy, szybkie i mocne bicie serca, próby wzięcia głębokiego oddechu - nieudane (płuca pełne do granic możliwości, ale chciałoby się tego tlenu więcej, więcej!). Odpoczywamy, odpływamy… i BRZDĘK! :shock: - zderzają się dwa talerze. Przed drzwiami naszego pokoju lokuje się chyba największa (co nie szło w parze z najlepszą ;) ) z karnawałowych orkiestr - obstępuje całe piętro i szykuje się do mocno zakrapianego alkoholem koncertu. Trwał z pół godziny. Myślałam, że autentycznie serce mi wyskoczy od tej kakofonii. Cholerny karnawał!

Ciepły prysznic, który miał odprężyć, przyprawił o kolejny dreszczyk – cały czas zastanawiałam się, czy kable sterczące z elektrycznego ogrzewacza wody powinny być tak blisko jej strumienia :roll: .

Image
Tubista (?) oparł się wygodnie przed naszym oknem na patio hostelu. Chwała mu za to wielka...

Karnawałowa kakofonia przed naszym pokojem na vimeo:

Ostatni dzień (#@$*^!$) karnawału zaczął się o szóstej rano trzaskającymi petardami. Miał być najbardziej hucznym dniem. Wielką fiestą. Jednak tak naprawdę wszystko wyglądało tak, jakby mieszkańcy nie mieli już na nic sił i był to nasz najspokojniejszy boliwijski dzień do tej pory. Szczerze mówiąc, wyglądało to wszystko trochę przybijająco… Dorośli byli pijani, sprzedawcy ze szklankami piwa w ręku, obsypani confetti, nietrzeźwi, urządzają sobie toaletę publiczną gdziekolwiek. Większość dnia spędzamy na obserwacjach dogorywającej zabawy, przesiadając się z ławki na ławkę i grzejąc na słońcu, dopóki burza nas nie przegoniła. A propos słońca – na dworcu (który w ramach rozrywki też zwiedziliśmy) wisiał plakat ostrzegawczy przed silnym promieniowaniem słonecznym na Altiplano – czyste powietrze, spora wysokość n.p.m. – koniecznie trzeba się smarować wysokimi filtrami, nosić okulary przeciwsłoneczne (zwłaszcza na salarach) i najlepiej nakrycie głowy.

Image

Image

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image
To była najbardziej utalentowana i najlepiej zorganizowana orkiestra w Uyuni.
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Pyzaty boliwijski maluch :)

Image

Image
Seguridad, confort, elegancia. Nie wiem, które z tych słów najlepiej opisuje autobusy z regionu Potosí... a na koniec pobytu w Boliwii będziemy mieli 4x więcej czasu niż podaje rozkład, by to DOGŁĘBNIE sprawdzić :D
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Za kilka boliwianów kupiliśmy wczorajszy chleb i kostki rosołowe. Później jeszcze za dwa ostatnie boliwiany udało nam się kupić u recepcjonisty hostelu dwa jajka, które ugotowaliśmy w pokoju na kuchence turystycznej - zaszaleliśmy :D !

Image
Nie ma jak domowy rosół!

Następnego ranka adrenalina nie daje nam spać. Koniec karnawału oznacza powrót wszelkich instytucji i punktów usługowych do życia. Wyruszamy zatem w stronę bankomatu. Nie jesteśmy sami. Przed bankomatem stoi już w poprzek ulicy trzydziestoosobowa kolejka.
- No pięknie - myślimy - nawet jak bankomat zadziała, to zabraknie dla nas pieniędzy! :?
Ustawiamy się grzecznie, a za nami kolejni turyści. I czekamy. Bankomat nie działa. Bank już otwarty, przy wejściu kręci się ochroniarz. Ktoś gdzieś powiedział, że bankomat czeka na dostawę pieniędzy. Oczekiwanie w nerwach potrwało jeszcze około czterdziestu minut, kiedy to nagle… pierwsza osoba z kolejki odwraca się do oczekującego tłumu i... w geście triumfu podnosi kilka banknotów boliwijskich do góry. :D Zdawało się, że owacjom nie będzie końca! Nie mija kolejne dwadzieścia minut i my również jesteśmy uratowani a ściskając plik boliwianów odczuwamy powiew cywilizacji. 8-)

Image

Nasz trzydniowy wyjazd opóźnia się mniej więcej dwie godziny. Przy głównym placu Uyuni kłębią się niecierpliwi turyści, kierowcy, kucharki. Wszyscy prędzej czy później odjeżdżają. Dostajemy informację, że też lada chwila ruszymy, tylko musimy poczekać, bo zabrakło kierowców. Jednak w końcu i my jedziemy! Zapowiada się niezła przygoda! :D

C.d.n.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 26 Sty 2017 21:35 

Rejestracja: 25 Paź 2012
Posty: 739
niebieski
Super napisane! Dziękuję za chwile spędzone na czytaniu i oglądaniu :) Czekam na c.d.
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 28 Sty 2017 00:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2016
Posty: 26
@‌ewaolivka‌ - to ja dziękuję :) miło mi. Zaraz wrzucam relację z salaru!
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 28 Sty 2017 01:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2016
Posty: 26
Salar de Uyuni.

Do naszej terenowej, czarnej toyoty wsiada sześcioro turystów, z przodu kierowca i kucharka. I tu złota porada: nie próbujcie zajmować miejsc jako pierwsi - za żadne skarby nie wchodźcie na sam tył, gdyż siedzenia są tam mniej wygodne, a miejsca na nogi mało. Uprzejmie puśćcie przodem innych :D Jeśli ktoś jeszcze jest wysoki, to będzie ostro przeklinać pod nosem. Przejechała się na tym para Anglików (choć akurat niewysokich; i nie, nie puszczaliśmy ich uprzejmie przodem, sami chcieli pierwsi). Poza nimi jadą z nami Belgijka i Peruwiańczyk – bardzo miła, wyluzowana para backpackerów.

Samochód mamy załadowany do granic możliwości. My z małymi plecakami, bo potem wracamy do Uyuni – duże zostawiliśmy w recepcji biura Julieta. Pozostałe osoby wiozą cały swój podróżniczy dobytek. Na dachu mamy różne niezidentyfikowane tobołki, koło zapasowe, jedzenie, wodę, butlę z gazem i kanistry z benzyną. Mieszanka wybuchowa. Ruszamy!

Pierwszego dnia odwiedzamy cmentarz pociągów tuż pod Uyuni (https://goo.gl/maps/smkPVLxfLZ52). Widok przyprawia o dreszczyk: na pustkowiu ciągną się jeden za drugim nagie szkielety lokomotyw. Od dziecka fascynowały mnie potężne lokomotywy, to był przykry widok – istne cmentarzysko wybrakowanych, pomazanych konstrukcji obdartych ze wszystkiego, co mogło się komuś przydać. Tu mamy chwilę na sesję fotograficzną. Trzeba przyznać, że mimo sporej liczby turystów każdy znajdzie swoją niszę na udany kadr. Wszystkie wycieczki zaczynają od tego miejsca, ale nasza „na szczęście” z opóźnieniem, więc część samochodów już zdążyła odjechać. Ale tak naprawdę w ogóle trudno o tłum na tych przestrzeniach.

Uyuni było kiedyś ważnym węzłem kolejowym – już pod koniec XIX wieku pojawiły się tu pierwsze pociągi do transportu wydobywanych na miejscu surowców. Zasoby wyeksploatowano po około 50 latach. I tym sposobem w połowie XX wieku nieużywane lokomotywy odstawiono na boczne tory pod Uyuni… i stoją tak i korodują do dziś. Ależ musiały być piękne w latach swojej świetności!

Image

Image

Image

Image

Image

Następnym punktem wycieczki jest Colchani (https://goo.gl/maps/UBCSRdQ8t8B2) - niewielka wieś utrzymująca się niegdyś z wydobycia soli i wyrąbywania cegieł solnych. Obecnie około 150 rodzin żyje głównie z obecności turystów zachwyconych budynkami i rzeźbami z soli oraz sposobem życia tubylców. Tu mamy pierwszą okazję przyjrzeć się cegłom solnym i ich warstwowaniu. Jest małe muzeum i sklep z pamiątkami. Z Colchani wjeżdża się wprost na Salar de Uyuni. Podekscytownie sięga zenitu. My – para geografów – to co znamy z teorii wreszcie możemy osobiście zbadać organoleptycznie. :D Salar jest słony, nie ściemniają.

Image

Image
Czyżby boliwijski ideał kobiecego piękna?
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Lama ze skrętem szyi. Nie, nie naśmiewam się, sama bym lepiej z bloków solnych nie wyrzeźbiła.
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Pancerniki niestety mieliśmy przyjemność spotkać tylko w formie liofilizowanej.
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Badania organoleptyczne salaru :D Trzeba było postarać się o jakieś dofinansowanie z uczelni. :roll:
Fot. @‌almukantarant‌

Pędząc po płaskiej jak stół, solnej powierzchni kierowca żegna się i wyrzuca za okno garść liści koki. To samo robi jego towarzyszka Dalia - nasza kucharka. Mijamy krzyże.
-Przed niecałym rokiem zdarzył się tutaj wypadek (w maju 2008 roku). Dwa samochody z turystami zderzyły się czołowo. Trzynaście osób zginęło, w tym jedenaścioro turystów. Pięcioro z Izraela i sześcioro z Japonii. - tłumaczy Franc. Liście koki są darem dla dusz zmarłych.
Informację przyjmujemy z ogromnym niedowierzaniem. To najbardziej płaskie miejsce na świecie. Dookoła nas, po horyzont, ciągnie się tafla salaru. Nic poza tym. NIC. A jednak stało się. Jak nam mówi później nasz kierowca, jeden z kierujących samochodami podobno był pod wpływem alkoholu.

Pozwólcie na pewną dygresję…
Może po tych 8-9 latach organizacja wycieczek uległa poprawie, tego nie wiem, natomiast wiem jak to wyglądało wtedy i nie mam wątpliwości co do zasadności oskarżeń stawianym organizatorom. Do dziś w sieci znaleźć można artykuły prasowe dotyczące wspomnianego wypadku lub relacje świadków innych tragicznych zdarzeń na forach podróżniczych. Żadna z relacji nie opisuje szybkiej reakcji Boliwijczyków, udzielania przez nich pierwszej pomocy, wzywania ambulansu przez telefon satelitarny. Dlaczego? Bo takich akcji nie było (tak jak piszę, może się to do dziś zmieniło). Praktycznie wszelkie działania ratunkowe nieśli i inicjowali turyści z innych samochodów, jeśli już taki na miejsce wypadku nadjechał. Sprowadzenie pomocy trwało godziny, a czasem kończyło się na zabieraniu rannych innymi samochodami z powrotem do Uyuni (co też trwało parę godzin). Takie wypadki mogą zdarzyć się wszędzie i zdarzają się bardzo rzadko. Po prostu warto mieć świadomość, że trzeba liczyć w razie czego na siebie czy zawartość swojego plecaka, a ambulans może nie przyjechać. Zawsze można poprosić kierowcę o zmniejszenie prędkości jeśli mamy jakieś obiekcje (umówmy się, przyczepność na solnisku nie jest pewnie zachwycająca).
Ale koniec dygresji, bo zrobiło się zbyt poważnie, a ja nie piszę tego, by Was zniechęcić, lecz by się podzielić pięknymi przeżyciami i wręcz zachęcić do jechania tam. To najcudowniejsza wycieczka, na jakiej byłam, nasz kierowca jechał rozsądnie i był wspaniałym, wesołym człowiekiem (na zdjęciu poniżej).

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image

Salar de Uyuni zachwyca. Zachwyca przestrzenią i prostotą. Wciąga. Będąc tam zapominamy o wszystkich sposobach, na jakie dokuczył nam do tej pory pobyt w Boliwii. Czujemy się malutcy i nic nie znaczący w porównaniu z potęgą przyrody. Najlepsze uczucie pod słońcem :D .
Franc – kierowca, mechanik* i przewodnik w jednej osobie - posiada niemałą wiedzę na temat tego regionu. Odkąd skończył służbę wojskową już kilka lat pracuje wraz z Dalią wożąc turystów po solnisku. Obydwoje mają ledwo ponad 20 lat.
*W sumie dopiero oglądając zdjęcia zauważyłam, że Franz często grzebał w samochodzie, czy to pod maską, czy to w podwoziu leżąc pod nim, czy przy kole. Może i dobrze, że nie spostrzegłam tego w czasie wycieczki :D

Nasz pierwszy przystanek na salarze to miejsce, gdzie leżą usypane z soli stożki i stoi trochę wody. Tutaj też Franc przedstawia nam pierwsze fakty na temat salaru. Mieliśmy szczęście, ponieważ w lutym na Altiplano popaduje – w związku z czym część salaru jest pod płytką warstwą wody – widzieliśmy więc słynny efekt lustra, choć nie zatrzymywaliśmy się i w wodę nie wchodziliśmy. Z drugiej strony to, że na Altiplano popaduje było też źródłem naszego późniejszego nieszczęścia, ale o tym nie tutaj ;) No i jak tu nas w pełni zadowolić ;)

Image

Image

Image

Image

Image

Zatrzymujemy się na obiad w hotelo-restauracji z soli. Podczas gdy Dalia idzie przygotowywać dla nas danie, my oddajemy się zabawie z perspektywą. Jednolicie biała powierzchnia salaru daje niezłą frajdę. Kto żyw wyczynia cuda by zrobić to jedno, jedyne idealne zdjęcie. Salar tak razi, że łatwo nie jest :D . Nieco później na solnych krzesłach zasiadamy do solnego stołu. Dosyć to praktyczne, jak tak pomyśleć, by doprawić obiad wystarczy poskrobać trochę blatu. Jedzenie jest pyszne. Kasza quinoa (wtedy jadłam ją pierwszy raz, dziś jest już u nas dość popularna), kotlety z lamy (stwierdzam z przykrością, że lama to piękne, puchate i bardzo... :? smaczne zwierzę) i warzywa (ogórek, pomidor). Czegoś ciepłego (co nie byłoby wywarem z kostki rosołowej) i tak dobrego nie jedliśmy od kilku ładnych dni. Z pełnymi brzuchami i jeszcze bardziej zadowoleni niż dotychczas ruszamy dalej.

Image
Jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na salarze.

Image
Jesteśmy we dwoje, więc musimy wykorzystywać różne rekwizyty. Samowyzwalacz przy zabawie z perspektywą nie bardzo zdaje egzamin ;)

Image

Image

Image

Image
Kiedy jedni się wydurniają z perspektywą (co umówmy się z boku wyglada głupkowato)...

Image
...inni ziewają z nudów leniwie się przeciągając.

Image
Sala obiadowa, w której je chyba każda wycieczka.

Kolejny obowiązkowy punkt wycieczki to pobyt na wyspie Incahuasi (nazwa znaczy tyle, co dom Inków). Wyspa wyłania się z solnego morza, ma około 20 hektarów i jest pochodzenia wulkanicznego (https://goo.gl/maps/XxzjTdh6EAF2). Jest to pozostałość po prehistorycznym stożku wulkanicznym, który wystawał z prastarego wielkiego jeziora (dało ono początek właśnie salarowi). Wyspa porośnięta jest niesamowitymi, ogromnymi kaktusami, których zdrewniałe szkielety często wykorzystywane są jako budulec. Na wyspie mamy trochę czasu dla siebie, by przejść się ścieżkami, zrobić bajeczne zdjęcia. Pięknie :) !

Image

Image

Image

Image

Image
Wielkie, porozrastane, włochate kaktusy. Cuda! :)

Image

Image

Image
Najstarsze mają podobno ponad 1000 lat i ponad 10-11m wysokości.
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Z Incahuasi ruszamy na południe, gdzie zatrzymamy się na nocleg już poza salarem. Jedziemy po wykrystalizowanych wielokątach. Tak wyraźnych nie widzieliśmy przez pół dnia pobytu na salarze, a pokonaliśmy już grubo ponad 100km. Tonem nie znoszącym sprzeciwu (no dobra... uprzejmym tonem) prosimy z współtowarzyszami Franca i Dalię o postój. I tu jest jeszcze piękniej niż wcześniej. Światło jest niesamowite. Słońce powoli chyli się ku zachodowi i niewysokie ścianki pomiędzy solnymi figurami geometrycznymi rzucają coraz dłuższe cienie. Niestety nie możemy tu długo zostać – dobrze byłoby dojechać do hotelu przed zmrokiem, ale czasu jest wystarczająco na zdjęcia. Rozradowani poza granice możliwości wsiadamy z powrotem do samochodu.

Image

Image

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image

Image

Image

Image

Wyjeżdżając z Salaru de Uyuni na "ląd" mijamy dwóch rowerzystów. Franc macha im na powitanie, zatrzymujemy się i chwilę rozmawiamy. Kierowca odradza im wjazd na solnisko i poleca zostać na noc w pobliskiej wiosce. Ostrzega przed nadchodzącym deszczem, po którym solnisko zamienia się w głębokie na kilka centymetrów jezioro, przed niskimi temperaturami jakie ich zastaną nocą, przed trudną orientacją w terenie. Rowerzyści jednak są nieugięci i żądni przygody. Pytają, czy mamy nadmiar jedzenia... Oddajemy im chleb, jaki nam został jeszcze z wczoraj z Uyuni i chcemy również dać wodę, jednak odmawiają. Ruszają przed siebie, wjeżdżają na białą taflę. My w przeciwnym kierunku. Franc macha ręką i mówi:
- Nie przeżyją!
Włos nam się zjeżył po tym podsumowaniu uporu rowerzystów :| . Widziałam jak wjechali na białą taflę i ruszyli w głąb solnej pustyni. Gdy kilka dni później zasiedlismy w kafejce internetowej nawet sprawdziłam informacje, czy nie znaleziono przypadkiem martwych rowerzystów na salarze... Nie. Widać nie zawsze Franc ma rację.

Image

Image

Nasz nocleg miał się odbyć w hotelu z soli w okolicach Villa Martín (https://goo.gl/maps/mnyW3EFQrCy). Hotel, jak to każdy hotel, jest w stanie przyjąć ograniczoną liczbę gości. Jednak każda agencja, w tym Julieta, traktuje ten nocleg jako jedną z głównych atrakcji. Nie ma możliwości rezerwacji, więc nie trudno się domyślić, że część turystów musi szukać innego noclegu. I wśród tej grupy znaleźliśmy się i my. Franc wyszedł z solnego przybytku (z zewnątrz nie sprawiał niesamowitego wrażenia; przybytek, nie Franc :D ) i oznajmił, że nocleg będzie gdzie indziej. Nie pozostaje nic innego, jak mu zaufać. Poza nami jest jeszcze kilka samochodów w takiej sytuacji – nie ma więc co czekać i jedziemy. W oddaleniu od salaru krajobraz nieco złagodniał i podziwialiśmy m.in. składniki naszego dzisiejszego obiadu w naturze: mijaliśmy pola upraw quinoa, gdzieniegdzie kręciły się lamy udekorowane pomponami i frędzlami z kolorowych włóczek. Nawet poratowaliśmy jakiś samochód zapasem benzyny. Tuż przed zachodem słońca, po kilkudziesięciu minutach jazdy dojechaliśmy do wioski San Juan na pierwszy nocleg (https://goo.gl/maps/u1ZdynnqjMs). Wraz z Belgijką i Peruwiańczykiem trafiamy do czteroosobowego pokoju, Anglicy byli nieco zniesmaczeni brakiem miejsc w solnym hotelu, więc zgodnie ustąpiliśmy im miejsce w dwójce. Franc wziął się za mycie totalnie zasolonej toyoty, która nie przypominała już tej lśniąco-czarnej z początku wyprawy, Dalia przygotowała nam kolację. To był jeden z najlepszych dni w moim życiu :) Jutrzejszy zapowiada się równie dobrze! :D

C.d.n.

Image
Częstujemy jakichś nieszczęśników paliwem.

Image

Image
Dalia przygotowująca kolację. Było im bardzo miło jak poprosiliśmy, by usiedli razem z nami przy stole do posiłku.

Image
Wieczorem wyszliśmy na gwiazdy. Ciemno jak nie powiem gdzie, więc nic nie przeszkadzało w obserwacji. Zdjęcie nie jest na miarę National Geographic, mam świadomość. Ale droga mleczna była BA-JECZ-NA! I ten Krzyż Południa... :D Na zdjęciu jest 100x mniej gwiazd niż było widać gołym okiem.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 28 Sty 2017 02:36 

Rejestracja: 25 Lut 2012
Posty: 247
Loty: 23
Kilometry: 72 725
Te piramidki solne to działalność człowieka czy wytwór natury?
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 28 Sty 2017 18:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2016
Posty: 26
Działalność człowieka. Usypują kopce z zeskrobanej warstwy soli i w ten sposób sól się odsącza. Roztwór rozpływa się dookoła kopców, a sól schnie. Nie wiem, jak tę sól z kopców wykorzystują (kuchenna?). Natomiast ogólnie salar ma bardzo wysoką zawartość cennego litu (Boliwia przoduje w zasobach światowych ale nie w jego produkcji). Na samym salarze praktycznie nic nie żyje, żadne owady, żadne rośliny nie dają rady. Jedynym naturalnym wytworem poza "wielokątami" są niewielkie źródła - wpływające na powierzchnię spod warstw soli podziemne strumienie, tzw. ojos del salar, ale tego akurat niestety nie widziałam.

Wysłane z mojego 2014811 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 30 Sty 2017 01:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2016
Posty: 26
Salar de Uyuni to nie wszystko!

Spało się całkiem przyzwoicie. O 7:30 zjedliśmy śniadanie (jogurt, marmolada, słodka bułka) i ruszamy. Na szczęście zajmujemy wciąż te same miejsca w znowu – i jednocześnie jeszcze – czarnym Land Cruiserze. Nie zgrzeszyliśmy uprzejmością by zaproponować Anglikom zamianę :D ; ale jakby poprosili to pewnie byśmy się przesiedli, żeby nie było! Tego dnia wjeżdżamy na tereny wulkaniczne. To jedna z moich geograficznych (dla precyzji: geologicznych) miłości – kiedyś marzyło mi się, by zostać wulkanologiem. Boliwia ma co nieco do zaoferowania w tym temacie (ale tak cudnie okrągłych bomb wulkanicznych jak pod Pico del Teide na Teneryfie akurat nie :D ).

Image
Krótki spacer przed odjazdem z San Juan.

Image
I pierwsze bliskie spotkania z lamami (nie licząc wczorajszego obiadu).

Dookoła nas wznosi się kilka podręcznikowych stożków. Błękitne niebo mocno kontrastuje z ciemnożółtymi, brązowawymi skałami. Przejeżdżamy przez Salar de Chiguana (https://goo.gl/maps/VrgVyuoWQFp) – znacznie mniejszy i bez wątpienia mniej spektakularny od Uyuni. Tutaj sól miesza się z piachem. Zatrzymujemy się przy warstwach skał wulkanicznych, pokrytych gdzieniegdzie twardą skorupą mchu. Ale nie miejcie przed oczami naszego mchu płonnika – pospolity płonnik to przy nim totalna mimoza. Yareta (llareta) – mech na Altiplano to niezły „twardziel” w znaczeniu dosłownym i w przenośni. W dotyku jest niewiele mniej twardy od skały, którą porasta (a rosnąć tak może ze 3000 lat). No i warunki środowiskowe, jakie znosi, zniosłaby mało która roślina.

Image

Image
Yareta na skałach.

Image

Image

Następny przystanek to skały, w których kształtach dopatrzeć się można całego zoo. Największym powodzeniem fotografujących cieszy się skała w kształcie głowy jaguara. Ale my dopatrzyliśmy się jeszcze czegoś innego. Puchatej wiskaczy! :D Wiskacza (viscacha) należy do szynszylowatych i wygląda jak królik z długim ogonem. Przeurocza, wierzcie mi. Nie jest sama – zza skały wyłania się jeszcze bardziej uroczy maluch.

Image
Piramidki układane dla Pachamamy.

Image
Wiskacza.

Image
Dwie wiskacze :)

Image

Jeśli nie urzekła Was „moja” wiskacza, to oto zdjęcie nie mojego autorstwa, więc podaję źródło: http://www.conservacionpatagonica.org/b ... -vizcacha/

Image

I jak wrażenia? :D

Z biegiem czasu znajdujemy się na coraz wyżej położonych terenach. Kierowca popisuje się umiejętnościami jazdy terenowej i możliwościami samochodu. Jednak w pewnym momencie zatrzymuje się i mówi, że kawałek musimy przejść pieszo, bo z takim obciążeniem nie podjedzie pod górę (no wypraszamy sobie to „takie obciążenie” :D ). Franc wskazuje nam mniej więcej kierunek, w którym mamy iść i rzuca zza kierownicy:
- Tylko patrzcie pod nogi bo tu są skorpiony! Mogą być między kamieniami.
Nie musiał powtarzać. Nie muszę Wam mówić ile tam było kamieni? :D Zresztą spacerując tak kwadrans pod górkę na wysokości ponad 4000m n.p.m., dysząc jak parowóz, patrzyłam tylko pod nogi, bo nie miałam siły podnieść głowy. Co jakiś czas przystawałam jednak „by zrobić zdjęcie” (czyt. łapczywie nabrać powietrza, które najwyraźniej postanowiło się ulotnić). Marna byłaby ze mnie himalaistka :D

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Ależ miło było usiąść znowu w samochodzie :D . Krajobraz trochę zaczął się zmieniać. Zniknęły kępki ostrej i sztywnej trawy, pojawiły się laguny. Nad pierwszą z nich mamy krótki postój. Kadry takie, że tylko tęczy brak… nad brzegiem słonego jeziora pasie się w najlepsze wikunia (wikunia/wigoń - dziki odpowiednik alpaki; dziki odpowiednik lamy to z kolei guanako) i nic sobie nie robi z naszej obecności. Skubie i przeżuwa.

Image

Image

Image

Nad drugą laguną Dalia przygotowała dla nas obiad, tym razem kurczaka. Z pełnymi brzuchami pospacerowaliśmy nad brzegiem. Laguna brzmi romantycznie… uwierzcie, że zapachy lagun na Altiplano z romantyzmem nie mają nic wspólnego. Kolory i konsystencja wody wskazywały na pełną zawartość tablicy Mendelejewa :shock: Nie wiem jak radzą sobie z tym flamingi, ale najwyraźniej są przedstawicielami lokalnych „twardzieli” w dziedzinie zoologii i nie rozpuszczają się po wejściu do roztworu. ;) Trafiamy też na rodzinę wikunii. Przestrzeń po horyzont, ale porządek musi być – wikunie nad laguną załatwiają się grzecznie w jednym miejscu! :D

Image

Image

Image
Porządek musi być!

Nieco dalej czekają nas piękne kolory wzniesień oraz skały rzeźbione wiatrem i drobinkami piasku, które niesie. Nie mogłam się napatrzeć na wielki skalny grzyb „Árbol de piedra” (reszta skał też niczego sobie) – książkowy przykład erozji wietrznej, żeby nie użyć słowa eolicznej. Magia natury! (https://goo.gl/maps/P7V4LngZpTu)

Image
Przy tych zboczach Franc powiedział, że kolory układają się twarz goryla. Czy ja wiem? :D Przypatrywałam się dość długo zanim przytaknęłam by Franca uszczęśliwić, że widzę.
Fot. @‌almukantarant‌

Image

Image

Image

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Pod wieczór dojeżdżamy na miejsce noclegu – Laguna Colorada Simple Mountain Lodge (https://goo.gl/maps/QdUS7wZk1y82 ). Z naciskiem na „simple” :D . Toaleta była taka, że… nawet nie to, że „simple”, to nam nie przeszkadza. Była paskudnie brudna i pachniała gorzej niż laguny. Jednym słowem syf – największy jaki zastaliśmy chyba podczas całej podróży do Ameryki Południowej (może do dziś się to zmieniło, oby). Z drugiej strony jak tak sobie myślę, to być może po prostu część turystów (a mogło ich wszystkich być kilkudziesięciu) miała sensacje związane z wysokością (i nie mam na myśli tu bólu głowy).

Jesteśmy na wysokości 4278m n.p.m. Laguna Colorada. Wody laguny często przybierają czerwono-bordową barwę, częściowo za sprawą alg. My akurat tej barwy nie dostrzegliśmy (może nie ta pora roku; może z lotu ptaka byłoby to lepiej widać). Nad brzegiem obserwujemy alpaki i stado owiec. Spacer był bardzo mocno orzeźwiający :D . Silny wiatr, przejmujące zimno, do tego przez szczyty wulkanów przelewać się zaczęły nieprzyjemnie wyglądające chmury. Wracamy do schroniska nie czekając na zachód słońca.

Image
Owce nad Laguna Colorada.

Image

Image

Image

Image

Image

Dzień pełen wrażeń kończy się u nas objawami choroby wysokościowej i (momentami poważnymi) trudnościami z oddychaniem. Bóle głowy, walenie serca, ciężka noc. Jedyna pomoc, jaką co bardziej pechowi turyści mogą otrzymać to słowa otuchy i liście koki do żucia. W razie poważnej reakcji organizmu na rozrzedzone powietrze, na nic więcej nie można było liczyć. Jeden z turystów – młody chłopak wyglądający na okaz zdrowia po prostu słaniał się na nogach i świadomością był już zupełnie gdzie indziej…

-

Kolejnego ranka ruszamy jeszcze przed wschodem słońca. Jedziemy oglądać pole geotermalne Sol de mañana (https://goo.gl/maps/Jd3L1kkgjSD2) – o tej porze dnia rozgrzane wyziewy są najintensywniejsze i sięgają wielu metrów (podobno nawet 40-50, ale nie wiem, bo było czarno jak nie powiem gdzie :D ). Jechaliśmy dosyć długo. Wysiadamy z samochodu w egipskich ciemnościach. Powoli zaczyna się zarysowywać horyzont, niebo blednie. Ciężko usłyszeć własne myśli przy silnym szumie wydobywających się gazów i bulgotaniu gorącego błota. Ciężko również zrobić w ciemności zdjęcie solfatanom (mylnie zwanym gejzerami - tu nie wystrzeliwuje z dziur woda, lecz para wodna i gazy) :D . Franc podświetla je reflektorami samochodu, zjeżdżają się kolejni turyści. Ziemia jest rozgrzana od zebranej pod powierzchnią magmy, my natomiast poruszamy się po polu lawowym. :) Przyglądamy się z bliska, choć głównie w świetle latarek, wykwitom, kolorom, błotnym bąbelkom i wdychamy ciepłe, zapaszyste wyziewy siarki. Żałuję, że tego nie widzieliśmy też za dnia - chyba wolałabym widzieć wyziew gdy jego słup nie jest najwyższy niż być koło słupa wyziewu gdy jest najwyższy ale go praktycznie nie widzieć. :roll:

Image

Image
Fot. @‌almukantarant‌

Zastanawiamy się co z naszym samopoczuciem będzie dalej, skoro nasze organizmy - mniej lub bardziej poważnie - odczuły wysokość 4300 metrów nad poziomem morza. Dziś najwyższy punkt będzie ponad 5000m. Pewne obawy się w nas budzą - wahamy się czy jechać dalej, czy zostać w miejscu przy gorących źródłach, gdzie mamy postój na śniadanie i poczekać aż Franc z Dalią będą wracać.

Image

O naszych przemyśleniach rozmawiamy z Francem.
- Na ponad 5000 metrach już byliśmy przed wschodem słońca – uśmiecha się od ucha do ucha (chyba nawet powiedział 5300, ale nie wiem, czy to prawda). Właśnie tam, gdzie podziwialiśmy gejzery. Teraz będziemy już tylko zjeżdżać. Przy gejzerach nie byliśmy długo, może nasze wewnętrzne czujniki nie zdążyły podnieść alarmu.

Wiadomość ta nieco nas zaskakuje, ale jednocześnie i niezmiernie cieszy. Spokojnie rozkoszujemy się więc widokiem oparów unoszących się nad gorącymi źródłami, oświetlonych promieniami wschodzącego słońca. Jeśli ktoś lubi odmaczać się z grupą turystów w takich źródłach, to pewnie miałby z tego przyjemność, my się nie skusiliśmy. Tego dnia odwiedziliśmy jeszcze piękną Laguna Verde przy granicy z Chile. Na granicy pożegnaliśmy się z naszymi czterema współtowarzyszami. I tak naprawdę w tym punkcie rozpoczął się powrót do Uyuni, który trwał grubych kilka godzin z krótkim postojem na obiad. Po drodze mijaliśmy jeszcze pustynię Salvadora Dalí – pustkowie ze skałami, przypominające jego surrealistyczne obrazy.

Image
Laguna Verde. Fot. @‌almukantarant‌

Image
Lis spotkany na granicy z Chile. Zainteresowani byliśmy sobą z wzajemnością.

Z wioski, gdzie jedliśmy obiad, Franc zabrał dwóch Boliwijczyków, którzy chcieli się dostać do Uyuni. Siedli za nami w milczeniu, w kapturach naciągniętych na głowy. Jedziemy i jedziemy. Przestałam się tak skupiać na widokach, wyobraźnia galopowała. O tym, jak daleko się zapuściła zorientowałam się, gdy złapałam się na podpieraniu brody ręką na wszelki wypadek, gdyby ten siedzący za mną w milczeniu jegomość, którego twarzy nie widziałam, zarzucił mi na szyję linkę i zaczął dusić. :D

Do Uyuni dojechaliśmy w deszczu. Nawet nie byliśmy świadomi tego, że mieliśmy szczęście, że nigdzie przez te opady nie utknęliśmy. O tym, jak to w Boliwii można sobie poutykać na różne sposoby mieliśmy się dowiedzieć następnego dnia :D .

C.d.n.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 03 Lut 2017 19:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2016
Posty: 26
Ostatni nocleg w Uyuni był krótki, musimy wstać przed wschodem słońca. Mija 5:00 rano. Idziemy na ulicę, która na całej swej długości jest dworcem autobusowym. Do odjazdu mamy prawie godzinę, spokojnie więc szukamy miejsca, z którego odjedzie właściwy autokar. Nie bardzo jesteśmy zaskoczeni tym, że każdy tubylec kieruje nas pod inne biuro ;) . Przechodzimy od jednej do drugiej grupki gromadzących się podróżnych w poszukiwaniach osób udających się w kierunku argentyńskiej granicy. Zaczyna świtać i przenikliwe zimno nie daje nam ustać w miejscu. A trochę sobie postoimy :D

Czas płynie bardzo wolno. Mija 7:00 - godzinę temu mieliśmy odjechać. Udało nam się przynajmniej znaleźć równie zziębniętych turystów, którzy mają takie same bilety jak my. W kupie raźniej! :D Staramy się dowiedzieć czegoś na temat opóźnienia w dwóch przed chwilą otwartych biurach sprzedających bilety autokarowe. Niestety w żadnym nie przyznają się do „naszego” autokaru do Tupizy. Ostatecznie w jednym biurze szukam schronienia przed zimnem i omotana szalikiem, w czapce i rękawiczkach siadam naprzeciwko Boliwijki, która do pracy przyszła ze swoim niedawno narodzonym dzieckiem. Po kilku minutach zostaję nawet poproszona o doglądanie maleństwa, gdyż ona musi gdzieś wyjść na pięć minut :? . Nie wiem, czy moje oczy ledwo widoczne spod szala wyglądały na tak godne zaufania, czy stwierdziła, że w stanie bliskim hipotermii daleko nie zajdę z jej dzieckiem ;) . Modląc się, by nie zaczęło ono płakać (z takim szkrabem nie miałam wówczas nigdy do czynienia) nerwowo wyglądam na zewnątrz w oczekiwaniu na autokar.

- Pewnie nie może dojechać do Uyuni - padało w górach i drogi mogą być nieprzejezdne. Musicie poczekać - "uspokaja" Boliwijka po powrocie do biura. - Albo kierowca jest pijany.
Pijany? I mówi to znowu z takim spokojem. Jazda z pijanym kierowcą z Uyuni do argentyńskiej granicy to samobójstwo. Z początku droga jest prosta i płaska, ale z biegiem czasu wjeżdża się w góry. Zakręty, strome podjazdy, złe warunki pogodowe. O żadnych środkach bezpieczeństwa nie ma mowy. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać na to, co będzie. Ceny wypożyczenia samochodu do granicy (badaliśmy temat z innymi turystami), pewnie wzięte z kosmosu, rzuciły nas na kolana – było to 200$-400$, dla nas tak czy siak nierealne nawet przy dzieleniu kwoty na 4 osoby. Zresztą jak by się potem okazało i tak daleko byśmy nie zajechali... Po 8:00 otworzyło się biuro Julieta Tours, gdzie nasza miła pani wyjaśniła, że pewnie kierowca nie dojechał z powodu opadów. Fakt, wczoraj trzydniową wycieczkę kończyliśmy w deszczu i momentami drogami jechało się jak po maśle. Ale w rozumieniu konsystencji podłoża :) .

Po ponad trzech godzinach czekania nadjeżdża autokar. Jego stan techniczny pozostawia wiele do życzenia. Jak wiele przekonamy się później :D . Podejrzliwym wzrokiem oceniamy kierowcę, który jednak wydaje się być trzeźwy i rzeczowy. W wielkim chaosie wreszcie zajmujemy miejsca w środku. Jak się okazuje miejsc nie starczy dla wszystkich. Nieważne, wszystkim turystom maluje się ulga na twarzy, że odjeżdżamy - nie istotne gdzie siedzą i w jakiej pozycji - przecież to tylko osiem godzin, co na warunki południowoamerykańskie to mało! JEDZIEMY! :D

Zaczęło się niewinnie. Około dwudziestu minut za Uyuni drogę przecięła rzeczka. Kierowca zatrzymał się, poprzyglądał, w końcu wysłał swojego pomocnika (przypuszczamy, że był on mechanikiem, a sądząc po wyglądzie autokaru jego interwencja mogła być konieczna w każdej chwili) do zbadania dna rzeki. Chłopak zdejmuje buty i brodzi z jednej na drugą stronę płynącej wody. Nie jest źle.

Image
Pierwsza rzeczka. Strumyczek w zasadzie - dla naszego autokaru "pikuś".

Dojeżdżamy do następnej, większej rzeki. Przed nami czeka kilka samochodów terenowych. Z lewej strony ponad rzeką przechodzi most kolejowy. Z prawej strony - most drogowy ledwo nadający się do przejścia pieszego, nie mówiąc o przejeździe! Kierowca ocenia sytuację - nie jest najlepiej. Brodzenie w rzece sprawia trudności i wyraźnie widać siłę nurtu. Może nie jest najlepiej, ale najwyraźniej nie jest bardzo źle. Kierowca stwierdza, że gdyby dociążyć autokar jest szansa na przejechanie. Rozpoczynamy więc akcję przekładania bagaży z luku na dach. Do autokaru wchodzą też niektórzy pasażerowie z innych samochodów, upatrując w naszym środku lokomocji większe szanse dojechania do pobliskiej wioski. Część jednak obawiając się przeszła brodząc w błotnistej wodzie na most kolejowy i nim na drugą stronę, gdzie czekali aż przejedziemy. Silnik ryczy, koła zanurzają się w wodzie, nieco nas kołysze, ale przejeżdżamy! Akcja kończy się sukcesem i owacjami. A po drugiej stronie, w malutkiej wiosce wysadzamy pasażerów samochodów terenowych.

Image
Ocena sytuacji wprawnym okiem tubylców.

Image
No i właśnie dlatego dobrze, że nie było nas stać na wynajęcie samochodu czy transfer mniejszym niż autokar autem.

Image
Tutaj jeszcze zjazd do koryta rzeki jest komfortowy.

Image
Przepakowujemy bagaże do wnętrza i na dach autokaru + dociążamy autokar autostopowiczami :)

Image

Image
W kolejce do przejazdu nie jesteśmy jedyni, ale przy silniejszym nurcie jedyni mieliśmy duże szanse na powodzenie.

Image


Mina rzednie po kolejnych dwudziestu minutach drogi. Przed nami kipiel. Szeroka na kilkanaście metrów, spieniona kipiel. Próbujemy rozmawiać z kierowcą proponując powrót do Uyuni - przez rzeki, które już przecinaliśmy przejedziemy - z tą nie mamy szans, a nie wiadomo co będzie dalej! Może wtedy wyjedziemy z Uyuni pociągiem.
- Nie. Poczekamy aż woda opadnie - powiedział kierowca, po czym zostawił wszystkich i powędrował ze swoim pomocnikiem/mechanikiem drogą, którą tu dojechaliśmy, aż jego malutka postać zniknęła nam z pola widzenia. No świetnie :D
Czekać? Aż woda opadnie? Nad nami piękne słońce. Ale co jeśli w górach pada? Przecież poziom wody się nie zmieni. Nie mamy co do niczego pewności, wokół nas wydmy, na horyzoncie góry, z których wyłania się wstążka zmąconej, rudobrązowej wody. Niektórzy podróżni obsiadają pobliskie wydmy, inni „okupują” na zmianę krzaczek :D . Jedyny na tyle duży, by choć częściowo przysłonić kucającego (zdjęć nie załączam). Nie pozostaje nam nic innego jak wymuszone delektowanie się przestrzenią i ciszą.

Image
Nasz autokar pośrodku wielkiego niczego i rozpierzchnięci z nudów pasażerowie.

Image
Pustynia...

Image
Pustynia potrafi być piękna! Śliczne ripplemarki!

Image

Image
Klasyczne wydemki ;) A na horyzoncie - co mało pocieszające - pada.

Image
Zauważyłam, że nasz autokar w zasadzie wygląda niewiele lepiej od lokomotyw pod Uyuni :D

Nadzieja pojawiła się dopiero wtedy, gdy z naprzeciwka nadjechał samochód i zatrzymał się przed brzegiem rzeki. Skoro samochód terenowy dojechał do tego punktu (jeszcze zależy skąd, ale dróg tam było dwie na krzyż) to nasz autokar tym bardziej sobie poradzi! Przynajmniej tak nam się wydaje :D
Czas płynie. Już dokładnie tego nie kontrolujemy, ale mniej więcej po dwóch godzinach z kierunku, w którym poszedł kierowca, przyjeżdża na rowerze starsza Boliwijka z dwoma wiadrami. Z początku gromadzi się wokół niej grupka boliwijskich współpasażerów, ale z biegiem czasu zainteresowania nie ukrywamy i my. Kobieta przywiozła kilka talerzy i naprędce ugotowaną - jeszcze ciepłą - potrawę. Jesteśmy zachwyceni! Wszyscy wyciągają boliwiany z portfeli i czekają na kolejne porcje. Ledwo starczy dla zainteresowanych. Kobieta co rusz zabiera puste talerze, zanurza w wiadrze z wodą, wyciera ścierką i nalewa zupę z ziemniaków i mięsa lamy z drugiego wiadra. Jest około 14:00. Jemy łapczywie, bo nasza podróż łącznie z czekaniem na odjazd trwa tyle, ile miał trwać dojazd do samej granicy. Przynajmniej żołądki odczuwają ulgę. :)

W trzeciej godzinie przymuszonego postoju daje się zauważyć, że woda mniej się pieni i jej poziom powoli opada, o czym świadczą wynurzające się tu i ówdzie kamienie. Czekamy z niecierpliwością na kierowcę i jego ocenę sytuacji.

Podczas tego czekania w autokarze usłyszeliśmy rozmowę, która sprawiła, że poczuliśmy się "inaczej"… Naprzeciw nas siedzi mała dziewczynka i nie odrywa od nas wzroku. Co chwila szepcze coś na ucho swojej babci, która również patrzy na nas, jednak bardziej z pogardą niż zainteresowaniem. Babcia tłumaczy coś po cichu dziewczynce, z czego wyłapujemy tylko słowa "gringos". Po tym dziewczynka traci zainteresowanie nami i stajemy się dla niej powietrzem. Rzeczywiście - spotkanie w Uyuni mieszkańca, który szczerze się do nas uśmiechał "sam z siebie" i był przyjazny było trudne. Turyści to źródło zarobku - często jedyne. Można więc lubić nasze pieniądze, ale nie ma potrzeby się z nami spoufalać. Wyjątkami, od których czuć było powiew niewymuszonej sympatii była pracownica biura Julieta oraz Franc i Dalia. Jakby nie patrzeć zarabiali na nas, ale nie ukrywali uczuć - śmiali się razem z nami, rozmawiali chociaż nie musieli, częstowali liśćmi koki. Ale na ulicach Uyuni po karnawale czuliśmy się trochę "nieproszeni".

Cztery godziny minęły odkąd zatrzymaliśmy się przed rzeką. W oddali pojawiają się dwie sylwetki. Kierowca z pomocnikiem przynieśli z wioski łopaty i biorą się za rozkopywanie urwistego brzegu i profilowanie zjazdu do wciąż rwącej wody. Przy nieprzerwanie pracujących łopatach zmieniają się kolejni pasażerowie. Na drugim brzegu stoi już kilka samochodów - dobry znak! :D Kiedy zdaje się, że wjazd do rzeki jest wystarczająco bezpieczny prace zostają przerwane. Na rozkaz wszyscy zajmują miejsca w autokarze. Kierowca uruchamia silnik. Miny nie ma pewnej, ale powolutku rusza przed siebie. Autokar mocno przechyla się do przodu, zaczyna się kołysać, a koła nikną w całości pod wodą. Powolutku posuwa się na przód. Wszyscy siedzą lub stoją w ciszy, marszcząc brwi w skupieniu, jakby to miało pomóc. Sama powtarzam w myślach "uda się, uda!" i czuję jak dosłownie serce podskakuje mi do gardła :shock: gdy autokar wykonuje gwałtowny przechył na stronę, po której siedzę. Widzę jak w ułamku sekundy spieniona woda zbliża się gwałtownie do okna. Silnik się lekko dławi, autokar kolebie ale wyjeżdża na drugą stronę. Momentalnie ogarnia nas szczęście i dopiero teraz dostrzegamy doping ludzi zebranych na drugim, tak długo wyglądanym przez nas brzegu. Uffffffffffff..........

Ale do granicy z Argentyną jeszcze daleko… :D

Image
Prace nad profilowaniem zjazdu do rzeki trwają.

PRZEJEŻDŻAMY! :shock:


C.d.n.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 05 Lut 2017 16:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2016
Posty: 26
Dalszy test cierpliwości.

Podczas dalszej podróży przeszkody stawiane przez przyrodę stają się już tylko tłem naszej jazdy. Pojawiają się przeszkody innej natury :D . Przejeżdżamy przez kilka pustych, rozległych koryt rzek, które jeszcze kilka godzin temu na pewno niosły wodę. Podczas krótkiego postoju w małej wiosce kusimy się na mięso lamy z kukurydzą serwowane w plastikowym woreczku. Trzeba jeść, póki jest możliwość (na ośmiogodzinny przejazd wzięliśmy trochę chleba) – nie wiadomo co jeszcze nas czeka na naszej trasie :D . Ale swoją drogą było to bardzo smaczne – zdecydowanie wolę takie danie od mikroskopijnej, pedantycznie ułożonej porcji na wielkim, eleganckim talerzu.

Image

Nieco dalej mijamy zagrzebanych w błocie Argentyńczyków. Hmm… wjechać do Boliwii zwykłym, nisko zawieszonym samochodem, bez napędu na cztery koła to nienajlepszy pomysł (teraz jesteśmy specjalistami w tej dziedzinie). Argentyńczycy utknęli w... kałuży. Kierowca zatrzymał autobus i wraz z kilkoma Boliwijczykami debatowali chwilę. Próbowali wypchnąć auto, ale zupełnie bezskutecznie. Odjeżdżamy :( .

Image

Image

Wjeżdżamy w tereny górzyste. Czuć po pracy silnika, że długi odcinek podjeżdżamy pod górę. Od tego czasu nękają nas problemy natury technicznej. Wysłużony autokar nie radzi sobie z nachyleniem terenu - wnętrze autokaru wypełnia smród palonej gumy i duszący dym. Stajemy. :shock: Do akcji wkracza pomocnik kierowcy i kolejnych kilku Boliwijczyków. Dyskutują, majstrują, znajdują doraźne sposoby (wolę nie wiedzieć jakie :D ) i ledwo ruszamy dalej. Autokar jeszcze się jakoś toczy, ale powoli kona. A nam się momentami chce razem z nim :D

Do Atochy - pierwszego postoju (według oficjalnego rozkładu) dojeżdżamy późnym popołudniem z mniej więcej dziesięciogodzinnym :D opóźnieniem. Atocha (https://goo.gl/maps/MaUZoaV54jT2) to miasto położone według wszechwiedzącego Googla o nieco ponad 2 godziny drogi (103 km) od Uyuni :D … Oj, wujku Google, jak ty mało wiesz! Kierowca informuje nas, że za godzinę dojedzie autokar, do którego będziemy musieli się przesiąść. Ten jest w tak złym stanie, że jazda przez góry dzielące nas od granicy jest zbyt niebezpieczna. Cieszy mnie niezmiernie rozsądne podejście kierowcy!

Mamy więc godzinę na „zwiedzenie” miasteczka. Słońce chyli się ku zachodowi. Pasażerowie rozchodzą się po pobliskim targu i zaopatrują w prowiant przewidując, że nasza podróż jeszcze trochę potrwa. Trzeba przyznać, że upolowaliśmy całkiem smacznego hamburgera, kupiliśmy też zapas bananów. Godzina minęła, jesteśmy zwarci i gotowi na przesiadkę.
Wtem pojawia się kierowca z kolejnym obwieszczeniem. Otóż zapowiedziany autokar jednak nie przyjedzie i pojedziemy tym. :shock: :o Tak, tym. Mimo wcześniejszych zapewnień, że nie nadaje się do dalszej drogi. Szczególnie przez góry. I jest jedno "ale": ruszymy dopiero jutro. :D W sumie to lepiej... w głowie wciąż dźwięczą mi słowa kierowcy, że dalsza droga przez góry TYM autokarem jest ZBYT niebezpieczna. Więc przynajmniej zrobimy to za dnia a nie nocą!

A teraz uwaga! Mimo, że karnawał oficjalnie skończył się kilka dni temu, w Atochy trwa w najlepsze. Orkiestry z hukiem snują się po mieście, dzieci biegają po ulicach, strzelają race. To nie to, że działami na nerwy widok rozbawionych ludzi. Ale ten boliwijski karnawał akurat znienawidziłam, był upierdliwy, uwierzcie :D i do tego zbiegał się w czasie z naszymi najmniej przyjemnymi sytuacjami w tym kraju.

Image
Kierowca z mechanikiem zabierają się do przegladu technicznego...

Image
Atocha nocą. Grajkowie na szczęście poszli już spać.

Image
Mercado może nie wyglądał, ale serwowali tam niezłe hamburgery.

Niewygodna noc. Wszyscy zwinięci w chińskie dziewięć na siedzeniach usiłują zasnąć. W górach jest zimno, a dookoła nas przetaczają się burze. Droga rzeczywiście byłaby bardzo niebezpieczna. Opatulamy się kurtkami i tak przeczekujemy kilka długich godzin, podczas gdy kierowca i mechanik sprowadzony z Atochy dosłownie rozkładają przód autokaru na części. Miałam nadzieję, że po złożeniu nie zostanie im za dużo z nich. :D

Po piątej rano rozgrzewają silnik i powoli ruszamy w kierunku następnego miasta - Tupizy. To, że jesteśmy kompletnie nieprzytomni nie przeszkadza nam w sumie tak, jak fakt, że kierowca nie zmrużył oka. Choć jak się potem okazuje jazda przez góry jest momentami na tyle wymagająca i mglista, że chyba trudno byłoby zasnąć za kierownicą. Ja w każdym razie nie przysypiam tylko bacznie kontroluję kierowcę :) .

Image
Mgła się podniosła i zaserwowano nam takie krajobrazy.

Image

Image

Rozkoszuję się widokiem. Wschodzące słońce, podnoszące się mgły, góry obsypane kaktusami. Droga wijąc się po zboczach robi piorunujące wrażenie. Jazda nią w ciemnościach, podczas deszczu, byłaby szaleństwem, w czym utwierdził mnie wrak autokaru leżący u podnóża jednego ze stoków. Z biegiem czasu mgła znika na dobre, a my wjeżdżamy w dolinę rzeki. Teren robi się coraz bardziej płaski i jeszcze piękniejszy. Dolina kipi zielenią, zza niej wyłaniają się ciemnoczerwone, najeżone ostrymi iglicami formacje skalne. Widoki kojarzące się raczej z Wielkim Kanionem Kolorado. A do tego rozciągające się wsie z kamiennymi chałupkami krytymi trawą. Widok zupełnie odmienny od tego, co do tej pory widzieliśmy w Boliwii. Miejsce warte poświęcenia dużej ilości czasu. Boliwia ma wiele twarzy, których nie mamy czasu poznać. Jest niezwykle barwnym i ciekawym krajem pod wieloma względami.

Image
Malownicza dolina rzeki tuż przed Tupizą.

Image

Docieramy do Tupizy (https://goo.gl/maps/tdEGZQ9xURr) przed 10:00. Pokonaliśmy więc w ciągu tych prawie 5 godzin kolejnych... uwaga… 100 km. :D Ale naszemu autokarowi sprawnemu inaczej i tak należą się ukłony że nie zechciał się stoczyć z żadnego zbocza i dał radę na podjazdach. Także minęło 26 godzin od momentu opóźnionego wyjazdu z Uyuni, a my jesteśmy 200 km dalej :D . Ach, Boliwia! ;)

Kierowca mówi, że bus do Villazón przy granicy z Argentyną odjedzie o 10:30, a dotychczasowym już na pewno dalej nie pojedziemy. Bus do Villazón rzeczywiście odjechał o 10:30, ale bez nas :roll: . To regularny bus kursujący na tym odcinku i stała do niego już wcześniej odpowiednio długa kolejka. Następny odjazd o 14:00. :D Mamy wiec spoooro czasu na spacer po mieście. Boliwiany już się nam kończą, ale starczy na wizytę w kafejce internetowej, napoje i dziwne danie „na wynos” zawinięte w jakieś liście. Nie mam pojęcia co to było! Ale było niezłe.

Image

Image
Ulice już trochę bardziej wielkomiejskie niż w Uyuni.

Po 13:00 jesteśmy z powrotem na dworcu i wraz z paroma turystami wyglądamy z niecierpliwością naszego nowego autokaru. Wybuchamy śmiechem jak w podskokach wjeżdża rzęch nie lepszy od poprzedniego. Taki trochę nerwowy śmiech przez łzy :D . Nad szybami dumny napis: Seguridad, Elegancia, Confort. :D Odjechaliśmy PRZED czasem! :shock: Do Villazón mamy około 90 km. Może jutro dojedziemy :D Tfu! Lepiej wypluć te słowa.

Image
Nasze kolejne ucieleśnienie Seguridadu, Elegancii i Confortu :P

Osób znów jest więcej niż miejsc. W przejściu stoją Boliwijczycy, którzy zabrali się na krótszy odcinek do pobliskiej wioski. Nade mną „wisi” małżeństwo z siatą pełną jakichś dań na wynos. Na udo kapie mi sos. Przyznam, pachniał w sumie apetycznie… Autokar ledwo zipał jadąc pod górę. Znów smród spalenizny. Zatrzymujemy się przy jakimś samochodzie. To chyba był zły pomysł, trzeba było rozpędem jechać dalej! ;) Postój jednak ratuje niektórym pęcherze. Tylko problem mieliśmy z uruchomieniem.

Image
Unieruchomiony na chwilę bus stał atrakcją dla okolicznych mieszkańców.

W końcu zapalił! Stajemy w kolejnej wiosce. Większość „nadprogramowych” pasażerów wysiada. Uff… dopływ powietrza. Sos może i pachniał ładnie, ale miałam go dosyć. Wyglądamy przez okno, a tam... kolejka nowych podróżnych z bagażami.

Image

Stamtąd jednak na szczęście już bez żadnych przeszkód (po niecałych 4 godzinach – nasza średnia prędkość wzrosła) dojeżdżamy na granicę do Villazón (https://goo.gl/maps/hruWzhNwXjD2)! Drobne, lekko złośliwe podsumowanie: zamiast zapowiedzianych 8 godzin podróż z Uyuni (300 km) wraz z opóźnieniem samego wyjazdu trwała około 36 godzin. :D A przypuszczam, że biorąc pod uwagę jakość dróg, zmienność pogody i stan techniczny autokarów wcale nie poszliśmy na rekord na tym odcinku. :D

Image
Takimi widokami raczy nas na koniec Boliwia.

Image


Bienvenido a Argentina.

Setki, tysiące ludzi czekają na przekroczenie granicy. Poddaje się ich po kolei kontroli ze względu na nagminny przemyt liści koki (na które właściwie strażnicy czasem przymykają oczy gdyż w północnej Argentynie są również popularne) a nawet kokainy. Po blisko godzinie tkwienia w zupełnie nieporuszającej się kolejce argentyńscy strażnicy wyłapują nas i innych turystów, każą odejść na bok, oddać paszporty i czekać. W międzyczasie jesteśmy świadkami wciągnięcia flagi na maszt. Wszyscy zachowują powagę i ciszę, a jednego z Boliwijczyków, który przy tej okazji nie zdjął czapki z głowy, czeka nieprzyjemne tłumaczenie się ze swojego braku szacunku dla sztandaru argentyńskiego i ostre, niemal fizyczne pouczenie. To nie jedyny przejaw traktowania Boliwijczyków z góry. :-/

W autokarze, którym ruszamy po 23:00 od granicy, przeważają Boliwijczycy. Co dwie godziny zatrzymują nas patrole policyjne, każdy pasażer musi wziąć cały swój bagaż i ustawić się nieprzytomny w kolejce do kontroli. My, jako "gringos", jesteśmy puszczani po pierwszym rzucie oka na paszport. Boliwijczycy nierzadko są zmuszeni zbierać swoje przegrzebane rzeczy osobiste i ze stoickim spokojem pakować na nowo. To był bardzo smutny widok. Kilka torebek liści koki wpada w ręce policji, ale po groźnym spojrzeniu mimo zakazów trafia z powrotem do bagażu właściciela i ruszamy dalej. Przed 8:00, po dwóch dobach podróży, dojeżdżamy do argentyńskiej Salty. Czyli nie wypominając nikomu ;) przejeżdżamy 400 km z dwoma postojami na dokładną kontrolę i jedną przesiadką w Jujuy w niecałe 9 godzin. :D


Piękna Boliwio! Będę tęsknić! No... pewnie nie tak od razu, ale na pewno zatęsknię!

C.d.n.n!

8-)
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 06 Maj 2017 00:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Sie 2013
Posty: 161
Na poprawę wizerunku Uyuni powiem, że bankomatów obecnie jest sporo (można nawet wyjąć dolary w niektórych) i raczej nie ma problemu z dostępnością gotówki ;).
_________________
Nasze blogi:
https://treeclimbing.academy
https://fotografia.marzenawystrach.com
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 12 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group