Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 15 Wrz 2019 21:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Cze 2014
Posty: 43
Loty: 12
Kilometry: 20 374
niebieski
- Gdzie wy lecicie???
- Na Seszele.
- Ło matko, a gdzie to jest?
- Na północny wschód od Madagaskaru.
- Mhm. Nie wiem, weź mi pokaż na mapie te, no... SZYNSZYLE.

Seszele dość nieoczekiwanie stały się naszą podróżą poślubną. Od zawsze miały to być Malediwy, ale gdy okazało się, że zimą nie ma szans na wyjazd, zaczęłam gorączkowo szukać innego kierunku. Seszele zawsze jawiły się jako marzenie nie do spełnienia, nieosiągalny raj, gdzie luksus jest kompletnie poza naszym zasięgiem, ale dzięki tutejszemu forum okazało się, że przy odrobinie wysiłku wyjazd może kosztować niewiele więcej, niż wypasiony wyjazd do Hiszpanii.

Bilety kupiłam dokładnie 37 dni przed podróżą na stronie Qatar Airways za 2440 zł za osobę. Nie jest to najtaniej, ale kiedy ma się jeden termin urlopu nie można wybrzydzać. Plan wycieczki wyglądał następująco:
25.08 - wylot z WAW do DOH
26.08 - lot DOH-SEZ, transfer samolotowy na Praslin
31.08 - przepłynięcie promem na La Digue
04.09 - przepłynięcie promem na Mahe i wylot do DOH
05.09 - powrót do WAW

Wylot z Warszawy nastąpił punktualnie o 9:25. Mój pierwszy raz normalnymi, a nie tanimi liniami i doświadczenie określam jako pozytywne. Bardzo miła i pomocna obsługa, sporo miejsca na nogi, mimo siedzenia przy oknie (a więc przy skrzynce), kocyki, podusie i super system rozrywki pokładowej. W jedną stronę oglądaliśmy „Aquamana”, a w drugą „Avengers: Endgame” ;) Brak jakichkolwiek turbulencji sprawił, że po raz pierwszy w życiu nie modliłam się o życie w trakcie lotu i mogłam spokojnie delektować się sokiem z mango (odkrycie roku!). Jedynym minusem był mocno średni posiłek – kurczak z puree ziemniaczanym i gotowanymi warzywami (zjadłam ziemniaki i warzywa), do tego dziwna surówka z marchwi, pomarańczy i ananasa i jedyna dobra rzecz – deser cytrynowy. Mąż mówi, że wszystko mu smakowało, ale jest żołnierzem i ma żołądek ze stali. Z napojami nie ma problemu – stewki często chodzą i donoszą wodę i soki.

Image

Image

Image

W Katarze mieliśmy aż 10 godzin między lotami, dlatego postanowiliśmy wyjść na miasto. Przy kontroli paszportowej nie było żadnych problemów. Wymieniliśmy 25 euro na 90 riali i kupiliśmy bilety autobusowe – można kupić albo bilet 24h za 20 QAD, albo zwykły za 10, ale za kartę i tak trzeba dopłacić 10, więc nie ma żadnej różnicy. Wyjście na zewnątrz zwaliło nas z nóg – 34 stopnie i wysoka wilgotność powietrza. Czułam się, jakbym weszła do sauny, ale w ubraniu i bez możliwości polewania się zimnym prysznicem. Naszym celem był Souk Waqif, ale nie byliśmy w stanie funkcjonować w tym klimacie i po obejściu kilku sklepów z biżuterią, wróciliśmy na lotnisko.

Image

Zakaz przechodzenia księży przez ulicę? :lol:

Image

To, co mnie osobiście zaskoczyło, to bardzo, ale to bardzo pobieżna kontrola bezpieczeństwa. Już się szykowałam, żeby wylać wodę z butelki z filtrem, ale pan powiedział, że nie ma potrzeby. Kompletne przeciwieństwo kontroli w Warszawie, podczas której miałam nawet wyrywkowo sprawdzane dłonie i pas na materiały wybuchowe oraz podczas której straciłam zegarek :evil:

Kto nie był na Hamad International Airport niech wie, że jest ogromne. OGROMNE. Odlatywaliśmy z terminala D, więc musieliśmy się przejść naprawdę spory kawałek. Dopiero później zobaczyliśmy, że są pociągi i żałowaliśmy, że z nich nie skorzystaliśmy. Zajrzeliśmy do kilku quiet roomów, które wcale nie były quiet, tylko zatłoczone, głośne i niezbyt ładnie w nich pachniało. Idealny quiet room znaleźliśmy w naszym terminalu D, przy bramkach 20-22 – rzeczywiście cichutko, bardzo mało osób, większość spała. Jedyny minus to dość mocno podkręcona klimatyzacja – warto wziąć ze sobą coś cieplejszego.

Image

O godzinie 1:30 rozpoczął się boarding. Niedługo po starcie dostaliśmy do jedzenia okropne ciastko z kurczakiem, które mnie nie zainteresowało, bo ze względu na dość małe obłożenie, szybko wskoczyłam w wolny środkowy rząd foteli i smacznie spałam aż do śniadanka, które zostało podane ok. 5:30. Tym razem było naprawdę super – bardzo dobra jajecznica, kiełbaska i grillowany pomidor. Do tego świeże owoce i, jakżeby inaczej, sok z mango.

O 8:30 dolecieliśmy na spowite mgłą, zachmurzone Mahe. Po wyjściu z samolotu znów zaskoczyła nas wilgoć, która miała nam towarzyszyć do końca wyjazdu, oraz przyjemne 27 stopni. Kontrola paszportowa i odbiór bagaży przeszły sprawnie, więc udaliśmy się na Domestic Airport (ten sam budynek, co International), oddaliśmy bagaże i o 9:45 wylecieliśmy malutkim samolotem w kierunku Praslin. Jako osoba bojąca się latać potwierdzam to, co napisała autorka relacji "Grawitacja w raju" - naprawdę jest to przyjemne przeżycie :D Może to kwestia braku takich przeciążeń?

Image

Powyższe zdjęcie pokazuje wyluzowanie Seszelczyków - pani widząc, że robię selfie, ustawiła się z nami do zdjęcia :lol:

Po przylocie na miejsce wymieniliśmy walutę w kantorze.
1 SCR = 0,28 PLN. My wymieniliśmy 350 euro, które wystarczyło nam do końca wyjazdu :D
Na Praslin zarezerwowaliśmy bungalow w La Voi del Mare - https://www.booking.com/hotel/sc/la-voi-del-mare.pl.html. Co ciekawe, jako rasowa bułka, na początku zarezerwowałam obiekt w Praslin, ale na... Saint Lucii na Karaibach :lol: Zorientowałam się dopiero, gdy próbowałam wyczaić, jak daleko jest tam z lotniska i nie zgadzało mi się ani jego położenie, ani kształt wyspy :lol: Na szczęście ogarnęłam się w porę i mogłam jeszcze bezpłatnie odwołać rezerwację. Za 5 nocy zapłaciliśmy 445 euro.

Image

Z głębokim żalem odkryłam, że woda z kokosa mi nie smakuje :(

Image

La Voi del Mare znajduje się dosłownie 5 minut drogi od lotniska, dzięki czemu zaoszczędziliśmy na transporcie, oraz jest położony przy samej plaży Grand Anse. Sam obiekt przeszedł nasze oczekiwania. Kuchnia była świetnie wyposażona w sprzęty, naczynia i podstawowe przyprawy. Klimatyzacja i wiatrak działały bez zarzutu, domek był codziennie sprzątany, a dostępna telewizja miała niezły rozstrzał - od kinowych hitów typu "Avengers", przez filipińskie telenowele, aż po rosyjskie dramy, w których (z tego, co zrozumieliśmy), pani próbowała się dowiedzieć, który z panów jest ojcem jej dziecka (spoiler alert: żaden).
Niestety, ze względu na pasat południowo-wschodni, fale były wysokie i niosły ze sobą mnóstwo syfu, a plaża była pełna alg. Małe rozczarowanie na wejściu, ale tego dnia byliśmy tak padnięci po podróży, że spaliśmy do wieczora. Wtedy przyszła do nas właścicielka obiektu, Marie-Helene, która poleciła nam plażę na kolejny dzień i wydrukowała rozkład autobusów. Marie-Helene to przecudowna istota, która podczas naszego pobytu troszczyła się o nas, polecała nam fajne miejsca i do tego posiada bardzo przydatną umiejętność "załatwiania rzeczy", ale o tym później.
_________________
Słowenia i Wenecja
Seszele


Ostatnio edytowany przez Calaira 04 Paź 2019 19:19, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
Grzes830324 uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 16 Wrz 2019 20:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Cze 2014
Posty: 43
Loty: 12
Kilometry: 20 374
niebieski
27.08 - Anse La Blague, czyli plaża OH-MY-GOD (czytane głosem Janice z "Przyjaciół")

Zgodnie ze wskazówkami Marie-Helene, o godzinie 8:30 udaliśmy się na przystanek, żeby złapać autobus nr 63 jadący w kierunku Anse La Blague.
To, co powiedziano o kierowcach autobusów na Seszelach, że jeżdżą jak wariaci, to nieprawda.
Jest gorzej.
Jazda takim autobusem to jak najlepszy lunapark za 7 rupii od osoby. Ostre zakręty, jazda nad przepaścią, zawrotna prędkość i ciężka wspinaczka pod górę przy akompaniamencie wyjącego silnika. Nauczeni doświadczeniem miejscowi - już z daleka chowali się przed autobusem w zatoczce. Turyści - szybko się uczyli i robili to samo. Jeśli istniało ryzyko czołowego zderzenia, kierowca zachowywał zimną krew - po prostu głośniej trąbił.

Jako jedyni wysiedliśmy na końcowym przystanku i przeszliśmy kilka metrów w stronę plaży.
I oniemieliśmy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Właśnie takich Seszeli naoglądaliśmy się w internecie. Właśnie takie Seszele sprawiły, że połowa znajomych się do nas nie odzywa. Po prostu... Seszele.
Mięciutki piasek, plaża praktycznie tylko dla nas i ten cudowny turkus wody. Od zawsze marzyłam o tym, żeby zanurzyć się w takiej czystej i ciepłej wodzie, do której po prostu się wchodzi, a nie wbiega szybko z piskiem, żeby szybciej się przyzwyczaić do temperatury. Początkowo brzeg nieco koralowy, ale później już tylko piasek na dnie. Tego dnia fale były bardzo niewielkie i praktycznie nie było wiatru.

Image

Image

Image

Image

Na chwilę przyszły do nas bardzo uprzejme pieski.

Image

Na Petit Anse spędziliśmy cudowny dzień. Poszliśmy jeszcze na Grand Anse, ale o 15 przypływ pokrył już praktycznie całą plażę, więc nie rozkładaliśmy ręczników i czekaliśmy na autobus.

Image

Image

Jako rasowe bułki nie ogarnęliśmy, że obok godzin przyjazdów są jakieś cyferki. Na rozkładzie nie było żadnej legendy, więc tym bardziej nie przykuły one naszej uwagi. Zaczęliśmy się zastanawiać, że coś jest nie tak, gdy przez godzinę nic nie przyjechało. Stwierdziliśmy więc, że może pójdziemy kawałeczek dalej.

Ten mały kawałeczek oznaczał, że musieliśmy się wspiąć po asfalcie bardzo stromo w górę mając na nogach japonki. Moja miłość do wchodzenia pod górę jest mniej więcej taka, jak miłość przeciętnego człowieka do jadowitej kobry, więc szybko zaczęłam dawać temu wyraz. Po wejściu na szczyt, gdzie mieścił się kolejny przystanek, do naszych uszu doszedł najcudowniejszy dźwięk świata - dźwięk starego, hinduskiego autobusu, który jechał w kierunku plaży ("pętli"). Humor poprawił mi się momentalnie, gdy zobaczyłam, że ma numer 63 i dowiezie nas do domu. Poczekaliśmy 15 minut i zobaczyliśmy, że jedzie w naszym kierunku, ale już z numerem 61. WTF? Weszłam do środka, zapytałam, dokąd jedzie, pan odpowiedział, że tylko do portu, więc skierowałam się do wyjścia, na co mój mąż zaczął krzyczeć, że wsiadamy. Na to ja zaczęłam krzyczeć głośniej, że już poczekamy na 63, przecież dopiero jechał i praktycznie wypchnęłam go z autobusu. Gdy ten odjechał, mąż dość spokojnie zapytał:
- Czy widziałaś jakiś inny autobus jadący tam na dół?
- Nie.
- Zdajesz sobie sprawę, że to ten 63, tylko zmienił numer? :twisted:

Nie muszę chyba mówić, że kolejne 20 minut spędziłam na głośnym przeklinaniu głupiej siebie, głupiego męża (że nie przeszkodził mi w mojej głupocie), głupich autobusów i głupiego Ministerstwa Zdrowia, które nie płaci więcej stażystom, przez co jadąc na Seszele nie mogą sobie wynająć auta? Chociaż może lepiej, żeby MZ nie dowiedziało się o tej wycieczce, bo już całkiem utnie nam kasę mówiąc, że w dupach nam się poprzewracało.

Doszliśmy w końcu do skrzyżowania drogi z drogą prowadzącą w kierunku Anse Volbert (na szczęście cały czas było z górki) i wkurzeni czekaliśmy na autobus, który przyjechał szybko i zawiózł nas do domu.

Czasami moją osobę podsumowuje jedno proste zdanie - "To jest k...a dramat".

28.08 - Anse Lazio, czyli plaża najbardziej rajska

Tak się składa, że tego dnia były moje urodziny :D Z samego rana dostałam od Marie-Helene talerz owoców - arbuza, kokosa i papaję. Świeży kokos smakował cudownie i bardzo orzechowo, arbuz jak arbuz, a papaja jak soczysta egzotyka.

Image

Tego dnia wybraliśmy się na Anse Lazio autobusem nr 61 w kierunku Zimbabwe. To, co mnie najbardziej zaskoczyło idąc na przystanek, to zakwasy w łydkach. Czego jak czego, ale zakwasów to się na Seszelach nie spodziewałam. Kiedy wysiadłam z autobusu okazało się, że dzisiejszy dzień wcale nie pozwoli mi się tych zakwasów pozbyć, bo przede mną znów stała bardzo stroma górka. Kolejny raz pomyślałam o tym, jak trafna była recenzja o grawitacji w raju :lol:

Image

Image

Ludzi było dość sporo - sporo jak na seszelskie warunki. Poszliśmy od razu w lewo, gdzie było mniej ludzi. Wiązało się to przechodzeniem po głazach, które dostarczyło materiału mojej bujnej wyobraźni i totalnie zmoczyło ubranie, gdy fale uderzały o brzeg. Położyliśmy się pod palmą, na której nie było kokosów i po prostu cieszyliśmy życiem.

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Plaża jest dość szeroka i co ważne, nie ma korali przy brzegu. Tego dnia również ja skusiłam się na pierwszy snorkeling w moim życiu i byłam totalnie zachwycona. Pewnie wiele osób by stwierdziło, ze to g..no, a nie snorkeling, ale ja zobaczyłam Dory, jakieś ryby w paski i jakieś niebieskie z czarną pręgą, a mój mąż skalara, więc byłam więcej, niż usatysfakcjonowana. Maska na całą twarz z Decathlonu sprawdziła się naprawdę świetnie i wzbudziła zainteresowanie jednej Brazylijki, która nawet na chwilę sobie ją pożyczyła.
Fale były wyższe, niż na Petite Anse, ale do przeżycia.

Image

Image

Image

Image


Wracając nie było tak źle, bo wejście pod górkę nie było tak strome, jak w tamtą stronę. Po drodze mieliśmy okazję zaobserwować kilka stadiów rozwoju bananów na kilku rosnących obok siebie drzewach.

Image

Image

Image

Tym razem bez większych autobusowych niespodzianek. Przystanek znajdował się przy Anse Boudin, która o tej porze (15:30) była całkowicie zalana przez wodę. Reklamuje się jako najlepsze miejsce do snurkowania. Czy tak jest? Nie mieliśmy okazji sprawdzić, ale widzieliśmy z brzegu dwie płaszczki, które dość luzacko pływały przy kamieniach.

Wieczorem wyszliśmy na "naszą" plażę, bo wiatr nieco się uspokoił, a woda nie niosła takiego syfu.

Image

Image

Image


Mieliśmy okazję zobaczyć samolot Qatar Airways startujący z Mahe i pomyśleliśmy, że jest nam bardzo szkoda osób, które muszą dziś wieczorem opuścić ten raj.

Image

W domku czekała na nas kolejna niespodzianka od Marie-Helene - przepyszna kolacja w ramach naszego pobytu. Dostaliśmy rybę w sosie śmietanowym, ziemniaki au gratin, kurczaka z warzywami, fasolkę z dynią oraz deser - pieczone banany ze słodkimi ziemniakami. Do tego kokosy.

Image

Kolację popiliśmy ciemnym rumem Takamaka kupionym u Hindusa za 150 rupii (375 ml). Mi osobiście tylnej części nie urwał (w przeciwieństwie do kokosowego, który kupiliśmy w drodze powrotnej na duty free), ale doceniam to, że leją dosłownie pod korek.

Image

Obok lokalne piwo SeyBrew, które według relacji męża jest podrzędnym sikaczem kosztującym zawrotne 32 rupie za 0,28 l. Marie-Helene wyjaśniła, że niedawno miały miejsce srogie podwyżki podatku na alkohol, które są działaniem rządu mającym na celu ograniczenie spożycia % przez seszelski naród. Jak wyszło to się tylko mogliśmy domyśleć, zwłaszcza gdy Marie-Helene zabrakło angielskiego słowa na, jak podejrzewam, aparaturkę do bimbru.

c.d.n.
_________________
Słowenia i Wenecja
Seszele
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 18 Wrz 2019 22:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Cze 2014
Posty: 43
Loty: 12
Kilometry: 20 374
niebieski
29.08 - Anse Georgette, czyli plaża spadających staników

Anse Georgette jest nieoficjalnie uznawana za najpiękniejszą plażę na Praslin, na którą trzeba się przedostać przez resort Constance Lemuria. Nie przyszło mi do głowy, żeby jakoś specjalnie załatwiać wejście przed wyjazdem, bo nie sądziłam, ze będzie z tym problem. Jednak po krótkiej lekturze pewnej grupy na fejsie wyszło, że może nie będziemy mieli okazji zwiedzić tej plaży, bo podobno do końca sierpnia nie było już miejsc, a użytkownicy wypisywali gorączkowe prośby do innych, żeby spróbowali zagadać w swoich hotelach o dopisanie jeszcze 2/3/4 osób. Mi aż tak na Anse Georgette nie zależało, bo wiedziałam, że jak nie ta, to inna też na pewno będzie piękna, ale gdyby się udało, to wiadomo - bardzo chętnie.
I tu przychodzi z pomocą Marie-Helene. Poprzedniego wieczoru, po skończonej kolacji, przyszła do nas i mówi: "Jutro idziecie na Anse Georgette". A my: "Ok".

I tak oto pojechaliśmy autobusem w przeciwnym kierunku, niż dotychczas i znaleźliśmy się pod Constance Lemurią.
Cóż mogę powiedzieć? Tam nawet tablica z nazwą hotelu pachnie pieniądzem :D Jak lecieliśmy samolotem na Praslin, widać było z góry te rozległe pola golfowe. Idąc (oczywiście znów dużo pod górkę) rozmawialiśmy o tym, ile, do cholery, osób musi pracować w tym przybytku. Samo koszenie trawy to robota dla dobrych 15 osób, a gdzie jeszcze reszta. Po drodze spotkaliśmy ludzi od wyławiania piłeczek ze stawów, od grabienia liści, od wycinania spróchniałych drzew oraz, oczywiście, od podwożenia gości meleksami po całym ośrodku. Niemniej jednak wygląda to wszystko pięknie, ale jakoś trochę, jakby to powiedzieć... hermetycznie. Nie czułam tam klimatu Seszeli, a spotkani po drodze kierowcy i strażnicy mieli straszne kije w dupce.

Image

Image

Mąż dziwił się, po co ktoś miałby jechać na Seszele i grać w golfa. Kazałam mu wyobrazić sobie przez chwilę, że jest Donaldem Trumpem.
Podziałało.

Image

Image

Na plaży byliśmy jednymi z pierwszych, a za towarzystwo przez krótką chwilę mieliśmy tylko chłopaków stojących na głazach i łowiących ryby. Po jakimś czasie zeszła się reszta ludzi i można było rozpocząć wykonywanie planu na dzisiaj - czyli leżenie :D

Image

Image

Anse Georgette jest przede wszystkim bardzo czysta, ponieważ o zgrabienie każdego listka, resztek kokosa czy gałązek dbają pracownicy resortu. Gdzieś kręcił się pan oferujący świeże owoce, ale w żaden sposób nie był nachalny. Podszedł do nas (ja oczywiście już się najeżyłam, bo myślałam, że będzie jak w Egipcie) i poinformował, że gdybyśmy coś chcieli, to on jest przy tamtej ścieżce i życzy nam miłego dnia. Zrobiło mi się trochę głupio.

Image

Image

Image

Fale przy Anse Georgette były już dość poważne. Wieczorem dowiedzieliśmy się od Marie-Helene, że to przez fakt, iż nie ma tam żadnej rafy i jak się taka fala rozpędzi od morza, to załamuje się przy brzegu z dość dużą siłą. Ja dowiedziałam się o tym, gdy po takim uderzeniu spadł mi stanik. A później majtki. A potem znów stanik. I nie tylko ja miałam z tym problem, dlatego moja nieoficjalna nazwa tej plaży jest bardzo trafna. Kilka razy znalazłam się pod wodą, bo popełniałam największy błąd - widząc zbliżającą się falę, zamiast pobiec jej naprzeciw i uniknąć załamania na mnie, nieudolnie chciałam uciec :roll: No mówiłam, rasowa buła :roll:

Image

Przyznam szczerze, że nabawiłam się lekkiej traumy związanej z falami i potrzebowałam dłuższej chwili, żeby ponownie wejść do wody, a zawsze uważałam się za osobę, która potrafi pływać i wody się nie boi.

Image

I jeszcze taki kotuszek do nas przyszedł :D Wszystkie koty na Seszelach miały takie puchate ogony. Mój mąż miał na ten temat pewną teorię, która wiąże się z lemurami, ale może nie będę jej przytaczać.

Jak zawsze, z plaży zeszliśmy około 15:30 i wróciliśmy do hotelu. Następnego dnia mieliśmy w planach Anse Volbert, obok której przejeżdżaliśmy 2 razy i która wyglądała naprawdę pięknie. Niestety, plany te porzuciliśmy, bo po powrocie okazało się, że leżąc w cieniu i smarując się co chwilę kremami z SPF50 spaliliśmy się na dorodnego raka. Sprawa była naprawdę poważna, bo mi nawet wargi spuchły do niebotycznych rozmiarów, nie mówiąc o problemach z siedzeniem, leżeniem i chodzeniem przez kolejnych kilka dni. Jeśli ktoś jeszcze nie ma odpowiedniego wyobrażenia to dodam, że do końca wyjazdu nie założyłam żadnych majtek oprócz strojów kąpielowych :twisted: :lol:
Zgodnie stwierdziliśmy, że kolejnego dnia odpuszczamy plażowanie i zaczęliśmy myśleć nad alternatywą. Z pomocą przyszła nam, a jakże, Marie-Helene, która powiedziała, że powinniśmy zobaczyć jeden z dwóch parków - Vallee de Mai lub Fond Ferdinand i od razu zaznaczyła, że ten drugi jest fajniejszy. Nie chcieliśmy się z nią w żaden sposób kłócić, więc zgodziliśmy się, a ona w bardzo krótkim czasie użyła swojej supermocy i załatwiła nam darmowy transport na miejsce.
Jak jej nie kochać?


30.08 - Fond Ferdinand, czyli gdzie mieszka Zinedine Zidane?

Transport miał przyjechać po nas o godzinie 8:30, więc już o 8:15 za radą Marie-Helene grzecznie czekaliśmy przy drodze. O 8:30 nikogo jeszcze nie było, więc Marie przyszła do nas i wydawała się być ostro wkurzona. Na szczęście niedługo po tym nadjechał spóźniony bus, ale widać było, że Marie-Helene nie jest tym usatysfakcjonowana. Wyglądała, jakby miała sobie później uciąć wychowawczą pogawędkę z kierowcą :lol: Poza tym doszliśmy do wniosku, że musiał to być jakiś bus pracowniczy, bo jechało z nami kilka osób, które później rozpierzchły się po parku.

Po kilku dniach jeżdżenia w ekstremalnych warunkach publicznymi autobusami, klimatyzowany bus z miękkimi siedzeniami o szerokości przeciętnego Europejczyka, a nie przeciętnego Hindusa, jawił się jak największy na świecie luksus. Nie mówiąc o tym, jakim zbawieniem był dla naszych poparzonych bułkowatych ciał.

Bilet wstępu kosztuje 150 rupii i jest tylko kilka wejść dziennie. Nasze było o godzinie 9:30, a grupa liczyła około 15 osób. Zanim przyszedł do nas przewodnik, można było podejść do zagrody z żółwiami. Trochę było mi ich szkoda, bo zagroda miała naprawdę niewielkie wymiary. Niby taki żółw wiele nie potrzebuje, ale sama myśl, że nawet jeśli chcesz, to nie możesz ruszyć się poza te 10 metrów kwadratowych, jest nieco depresyjna. Celowo nie robiłam im zdjęcia.

Po chwili przyszedł do nas przewodnik, Clifford i ruszyliśmy przez park.
Ku mojej rozpaczy okazało się, że wycieczka polega na wchodzeniu pod górę, na szczęście jednak dość wolno i z częstymi przystankami. Po drodze zobaczyliśmy młody bambus, którego było tak dużo, że porównałam go do takich małych roślinek na skalniakach. Jak nie masz co posadzić - bierzesz bambus i masz. Dodatkowo okazuje się, że bardzo ciężko jest go zniszczyć, więc póki sadzisz go celowo to spoko, ale jak ci się rozpleni, to jak chwast - katastrofa.

Image

Image

Drzewo cynamonowe - dostaliśmy po kawałku kory do spróbowania i był słodko-ostry i intensywny w smaku. Clifford zapytał, z czym nam się w pierwszym odruchu kojarzy cynamon i ja powiedziałam, że z szarlotką. Był trochę zniesmaczony moją odpowiedzią, bo chodziło mu o jakiś świąteczny alkoholowy napój :lol: Dowiedzieliśmy się, że produkcja cynamonu wygląda następująco - ścina się drzewo, korę zdziera, roluje i suszy, wnętrze pali, a drzewo i tak odrasta.

Zobaczyliśmy też kilka pnączy wanilii, która niestety nie miała na sobie strączków. Ponoć dopiero od października ma kwitnąć.

No i oczywiście główny punkt programu - Coco de mer.

Image

Drzewo dla cierpliwych. Po 25 latach jesteśmy w stanie stwierdzić, czy jest ono płci żeńskiej czy męskiej (i nie da się tego pomylić w żaden sposób, nawet jak ktoś nigdy tego nie widział, bo ich jest bardzo sugestywny :D ), a same kokosy dojrzewają około 7 lat. Cały czas są zielone, ale jak zaczynają zmieniać kolor na brązowy, to lepiej nie stać wtedy pod palmą. Pojedynczy kokos waży 25-35 kg, więc chyba nie trzeba mieć dużej wyobraźni, żeby wiedzieć, jak będzie wyglądała ludzka głowa po spotkaniu z takim owocem?

Image

Kokosa można sprzedać za 3500 rupii, dlatego Clifford z dumą powiedział, że ma w domu swoją palmę, więc jego córka będzie miała za co żyć. Posadził ją, gdy miał 20 lat, więc zbliża się czas, gdy dojrzeją pierwsze owoce. Są one sprzedawane na Mahe, a stamtąd do Chin, gdzie robią z nich afrodyzjaki. Clifford nie był wielkim fanem Chińczyków. Był wyraźnie zły, że lubują się w takich zagrożonych gatunkach tylko dlatego, że "zawsze patrzą w dół, a chcą patrzeć w górę", cytując jego własne słowa. Do tego cisnął bekę, że przyjeżdżają na Seszele i okrywają się od stóp do głów, żeby się nie opalić.
Dodatkowo sprzedał nam patent na to, co zrobić, jeśli chcemy spędzić na Seszelach jeszcze 5 lat - wystarczy ukraść coco de mer. Seszelczycy uważają je za dobro narodowe i pilnie strzegą, żeby się nie wydostało poza wyspy. Nawet każde drzewo w Fond Ferdinand jest oznaczone numerem. Można sobie kupić na pamiątkę pustą łupinę, ale jeśli ukradniesz owoc, z którego może wyrosnąć drzewo, idziesz do więzienia na 5 lat.

Image

Bardzo polecam wizytę w parku, bo rzeczywiście jest tam mnóstwo drzew coco de mer, jak i innych imponujących gatunków palm. Niesamowite jest oglądanie z bliska drzew, których liście mają długość 2-3 metry, a łodygi na oko z 7-8.

Image

Powoli zbliżaliśmy się do końca naszej wycieczki. Powoli dla mnie, bo tempo chodzenia wzrosło, a ilość przystanków po drodze zmalała do zera, więc starałam się nie dostać palpitacji serca. Dodatkowo przez moją bułkowatość wynikł bardzo głupi problem. Otóż, żeby nie narażać się na więcej promieni słonecznych, założyłam takie przewiewne długie spodnie. To znaczy, przewiewne to by one były, ale w normalnym klimacie. Przy tak wysokiej wilgotności, jaka panowała tego dnia w parku, spodnie całkowicie przykleiły mi się do ciała, a nieelastyczny materiał generował duże napięcie. Efektem tego była wielka dziura z przodu. I gdy mówię wielka mam na myśli, że poszło na środkowym szwie i rozeszło się na boki :shock: Do końca wycieczki musiałam skupiać się na tym, żeby idąc jakimś cudem dziury nie powiększać i żeby nikt jej nie zauważył.

W końcu doszliśmy na szczyt.

Image

Tu widok na "pierwszym" szczycie.

Image

A tu na drugim. Gdy dowiedziałam się, że to pierwsze to nie był szczyt, powiedziałam Cliffordowi, że mi w zupełności wystarczy i już bardzo mi się podoba. Ale pod srogim spojrzeniem męża weszłam wyżej, dzięki czemu w końcu dowiedziałam się, gdzie mieszka Zinedine Zidane - na wyspie Felicite. Jest to ta wyspa w prawym górnym rogu, w tle za tą małą na pierwszym planie. Dowiedzieliśmy się również, jak to jest z tymi pasatami i glonami na plażach.
Otóż. Od marca do października wieje wiatr z południa - suchy i zimny (taa, na pewno). Temperatura oscyluje wokół 27 stopni, a na plażach na południu są glony i śmierdzi.
Od października do marca zaś, wieje z północy - wiatr jest wtedy gorący i wilgotny, a temperatury wynoszą ponad 30 stopni. Teoretycznie wtedy na plażach północnych jest brzydko, ale na Anse Georgette, Lazio i Volbert nie ma glonów nawet, gdy wieje z północy. Te plaże są piękne przez cały rok.

Po pewnym czasie na szczycie dołączyła do nas wycieczka składająca się z dużej grupy dzieci. Pomyślałam - ale czad. My w szkole chodzimy na nudne piesze wycieczki wokół boiska, a oni idą do parku oglądać coco de mer :D My zebraliśmy się do zejścia, mijając po drodze kolejnych wycieczkowiczów. Starałam się zignorować kilka ciekawskich spojrzeń wędrujących w stronę mojego... ekhem :roll:

Byliśmy pewni, że musimy iść na normalny autobus, więc skierowaliśmy się w stronę drogi, ale zatrzymała nas pani, która wręcz oburzyła się, ze wpadliśmy na taki pomysł i oznajmiła, że ich zadaniem jest przywiezienie nas do parku i odwiezienie z powrotem na miejsce. No więc z żalem wsiedliśmy do tego klimatyzowanego, czystego busika :lol:

Jak już wcześniej mówiłam, Seszelczycy są wyluzowani. Busem wracała z nami jedna para z wycieczki, Clifford, a po drodze wsiadły jeszcze dwie randomowe osoby. To znaczy, dla nas randomowe, ale dla reszty pasażerów nie. Na Praslin wszyscy się znają. Ludzie jadący autami z naprzeciwka krótko trąbią na siebie, machają do siebie na ulicy i głośno witają. Robią tak nie tylko ze znajomymi. Do nas również każdy idący lub jadący rowerem mówił "Hello" i przyznam, że było to bardzo miłe, a na Praslin szybko poczuliśmy się jak u siebie. Mieszkańcy nie są onieśmieleni turystami, raczej traktują ich jak osoby, z którymi w tym momencie dzielą się przestrzenią na wyspie.
W naszym busie było bardzo wesoło. Po drodze ktoś wysiadł, na to miejsce ktoś inny wsiadł. Ludzie śmiali się i rozmawiali tym kreolskim językiem, który jest bardzo przyjemny dla ucha. W pewnym momencie bus zatrzymał się jakieś 100 metrów od naszego ośrodka i stwierdziliśmy, że chyba w takim razie wysiadamy. Z tego, co zrozumieliśmy ktoś miał wysiąść, ale się rozmyślił, więc chcieli nas jeszcze te 100 metrów podwieźć. Ale my uparliśmy się, że nie ma sensu dwa razy zatrzymywać busa, co zostało nieco opacznie zrozumiane. Jedna pani spytała, czy chcemy już uciec, bo w autobusie jest za głośno i przeszkadza nam ich rozmowa. Zrobiło nam się głupio, więc szybko zaprzeczyliśmy, podziękowaliśmy za towarzystwo i wróciliśmy do domku.

To był nasz ostatni dzień na Praslin i nie do końca wiedzieliśmy, jak jutro dostać się do portu. Z moich informacji wynikało, że autobusy mogą nas nie zabrać z bagażami (zwłaszcza, że mieliśmy duży plecak i walizkę), a taksówka to wydatek co najmniej 30-40 euro. Marie-Helene nie było widać na horyzoncie, więc troszeczkę zaczęliśmy się martwić.
Bardzo niesłusznie.
Około 21 przyszedł do nas "ochroniarz", a w moim odczuciu jakiś krewny Marie-Helene, który nocą pilnował ośrodka i oznajmił, że jutro o godzinie 8:30 przyjedzie po nas samochód i zawiezie nas do portu za 300 rupii. Czyli przynajmniej 150 taniej, niż taksówka.
Czy ja już mówiłam, że Marie-Helene ma supermoce?

c.d.n.
_________________
Słowenia i Wenecja
Seszele
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
Grzes830324 uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 20 Wrz 2019 09:02 

Rejestracja: 06 Sie 2014
Posty: 296
Loty: 55
Kilometry: 133 290
niebieski
kontynuujj i pisz :-) świetnie się to czyta, z luzem i dystansem ...

mam też parę pytań - co się stało z zegarkiem w Warszawie?
lot do Dohy piszesz, że był spokojny, a lot Doha - Seszele? pamiętasz co to był za samolot? i czy lot był spokojny?

i skąd te bułki w sumie :D?

jak dla mnie fajny kandydat póki co do nominacji na relację miesiąca.
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 25 Wrz 2019 12:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Cze 2014
Posty: 43
Loty: 12
Kilometry: 20 374
niebieski
Grzes830324 napisał(a):
kontynuujj i pisz :-) świetnie się to czyta, z luzem i dystansem ...

mam też parę pytań - co się stało z zegarkiem w Warszawie?
lot do Dohy piszesz, że był spokojny, a lot Doha - Seszele? pamiętasz co to był za samolot? i czy lot był spokojny?

i skąd te bułki w sumie :D?

jak dla mnie fajny kandydat póki co do nominacji na relację miesiąca.


Dziękuję bardzo, zarumieniłam się :oops: :D

Zegarek w Warszawie przepadł na kontroli bezpieczeństwa - kiedy z plecaka trzeba wyjąć wszystkie sprzęty elektroniczne, płyny i do tego pozdejmować z siebie wszystkie metale, to robi się tego dość dużo. A gdy już przechodzisz przez bramkę i ludzie napierają, to starasz się jak najszybciej to wszystko spakować. No i w tym pędzie gdzieś się zegarek zawieruszył :evil: Wróciliśmy tam dosłownie 5 minut później, ale już go nie było. Strażnik popytał wśród innych pracowników, ale też nikt go nie widział. Ale spokojnie, nie ma tego złego. Dzień po powrocie mąż kupił mi nowy, ładniejszy :twisted:

Za każdym razem lecieliśmy A330-200. No właśnie na trasie DOH-SEZ trochę trzęsie :D Nie jest to może takie intensywne, że boisz się o życie, ale prawie cały czas były zaświecone kontrolki o konieczności zapięcia pasów.

A co do relacji miesiąca, to niestety, ale największy zawodnik, czyli pestycyda, pisze bezkonkurencyjną i absolutnie fantastyczną relację z Kenii, więc nie łudzę się, ale samo pisanie sprawia mi przyjemność ;)

31.08 - Anse Severe, Anse Patates i Anse Gaulettes, czyli przenosiny na La Digue

Tego dnia, zgodnie z zapowiedzią, mieliśmy przepłynąć promem na La Digue. O godzinie 8:20 umówiony kierowca już na nas czekał i bezpiecznie zawiózł nas na prom grubo przed czasem. Nasz miał odpłynąć o 10, ale o 8:55 byliśmy na przystani. Poszliśmy do biura, pokazaliśmy rezerwację, a pani spytała, czy nie chcemy popłynąć tym, który właśnie stoi przy mostku? Popatrzyliśmy na siebie i stwierdziliśmy, że no pewnie. Dostaliśmy piękne niebieskie karty pokładowe, które oddaliśmy po 15 sekundach, więc nawet nie zdążyłam zrobić im zdjęcia, oddaliśmy bagaże, weszliśmy na pokład i jeszcze nie zdążyliśmy usiąść, a już odpłynęliśmy :D To się nazywa perfect timing.

Tego dnia na morzu były dość wysokie fale, przez co nie płynęliśmy, a wręcz skakaliśmy. Dobrze, że podróż trwała tylko 15 minut, dzięki czemu śniadanie nie zdążyło wywrócić zbyt wielu fikołków w żołądku. W każdym razie nie polecam siadania z prawej strony przy burcie, bo wszyscy zostali tam solidnie ochlapani :D

Na nocleg wybraliśmy Lucy's Guesthouse - https://www.booking.com/hotel/sc/lucy-39-s-guesthouse.pl.html. Za 4 noce zapłaciliśmy 400 euro.

Image

Obiekt jest usytuowany niecałe 15 minut drogi spokojnym spacerem z portu. Atmosfera tam jest bardzo rodzinna, ponieważ w pokoju na dole mieszka Alex z mamą (Lucy z nazwy pensjonatu), a na górze goście. Nasz pokój nazywał się Takamaka :D Mieliśmy do dyspozycji wielkie łóżko, drugie dodatkowe mniejsze, piękną łazienkę, własną lodówkę i świetnie działającą klimatyzację. Wielkie łóżko było dość twarde, więc ja spałam na tym małym, ale mężowi mega się podobało i nawet nie chrapał. Kiedy nasi gospodarze to odkryli byli dość zawstydzeni, ponieważ okazało się, że już dawno zamówili materac na to duże łóżko, ale nadal na niego czekają. Tłumaczyli, że to nie jest Europa, gdzie wchodzi się do IKEI i wychodzi z materacem, tylko wszystko trzeba zamawiać, a potem długo czekać. Dla nas to naprawdę nie było problemem, ale widać, że dla nich tak. Kuchnia była rewelacyjnie wyposażona. Można było znaleźć każdy rodzaj naczyń i sprzętów oraz duży wybór przypraw, oliwy itd.

Wiedzieliśmy, że potrzebne nam są rowery, więc po zameldowaniu spytaliśmy Alexa, czy u niego można wypożyczyć. U niego nie, ale już u kuzyna tak :D Dostaliśmy rowery na miejsce, po 100 rupii za sztukę za dzień i nie przedłużając zbytnio, wyruszyliśmy na zwiedzanie wyspy.

La Digue to wyspa, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Wydaje się, ze jest bardziej zatłoczona i turystyczna, ale można ją było na tych rowerach objechać niemalże dookoła w niedługim czasie. To dawało poczucie o wiele większej swobody, niż autobusy na Praslin. Pojechaliśmy na północ, gdzie minęliśmy taki malowniczy cmentarz:

Image

oraz udało nam się spotkać żółwie na wolności!

Image

Na La Digue żółwie można było spotkać w wielu miejscach i cieszę się, że nie widziałam ich tylko w tym pseudo rezerwacie w Fond Ferdinand lub przy Anse Source d'Argent. Tutaj były przy Anse Severe, która sama w sobie nie zrobiła na nas jakiegoś super wrażenia, ale, jak się później okazało, pozory mylą.

Image

Pojechaliśmy dalej i odkryliśmy jedną z najpiękniejszych plaż na Seszelach - Anse Patates.

Image

Image

Plaża jest mała i bardzo kameralna. Zostawiliśmy rowery przypięte do mostu i zeszliśmy na dół, gdzie była tylko jedna rodzinka, która i tak zbierała się do wyjścia. Po chwili mieliśmy tą piękną plażę tylko dla siebie.

Image

Image

Image

Jak widać na powyższym zdjęciu, fale były dość wysokie. Ja, nadal nie wyleczona z traumy po Anse Georgette, nie skusiłam się na pływanie. Nawet mój mąż stwierdził, że nie będzie tutaj szalał i po krótkim pluskaniu położył się na plaży.

Image

Image


Następnie udaliśmy się dalej tą drogą i dojechaliśmy do Anse Gaulettes.

Image

Niebo zdążyło się zachmurzyć, więc zdjęcia nie są jakieś imponujące, ale sama plaża była całkiem ładna. Jest długa, więc można sobie spokojnie znaleźć jakąś fajną zatoczkę lub miejsce pod palmą. Problemem była woda, w której dno było płytkie i usłane koralami. Jeśli ktoś chce tam pływać, to nie będzie miał gdzie. Podobnie na samym brzegu woda wyrzuca mnóstwo korali, przez co na pierwszy rzut oka nie wydaje się to być ładnym miejscem.

Image

Image

Image

Tutaj mój mąż chciał usilnie udowodnić, że skoro jesteśmy na półkuli południowej, to powinniśmy chodzić do góry nogami :roll:

Po krótkim pobycie postanowiliśmy wrócić na Anse Severe.

Image

Mąż skusił się na snork i.. to był powód, dla którego do końca wyjazdu codziennie po południu wracaliśmy na tą plażę :)

Image

Tu po lewej stronie, obok tych głazów, widać najlepsze miejsce do snurkowania, jakie odkryliśmy na Seszelach. Jest tam największa różnorodność rybek, jaką widzieliśmy, ale o tym opowiem może później.

Blisko 17 pojechaliśmy do polecanego na fejsie Gala Takeaway, który znajdował się bardzo blisko naszego guesthouse'a. Był o wiele lepszy od tego na Praslin, zwłaszcza danie z rybą i sosem pomidorowym. Tak, jak w każdym takeawayu, porcje są słuszne, a cena niska - 65 SCR za jedno. Nie wiem, jak to się stało, ale przez cały pobyt nie zrobiłam ani jednego zdjęcia naszego jedzenia :D


01.09 - Anse Cocos, czyli jak wybraliśmy się jak turyści na Morskie Oko

Niedziela była piękna i słoneczna, dlatego postanowiliśmy pojechać na Anse Cocos, plażę, którą szczególnie polecał nam Alex. Po drodze, jak zawsze, musieliśmy pokonać mnóstwo wzniesień, dzięki którym nabrałam pięknego koloru dojrzałego pomidora na twarzy.

Droga asfaltowa kończy się blisko Grand Anse, przy której powinno się zostawić rowery. Ja tego nie wiedziałam, więc poszliśmy z nimi wzdłuż plaży sądząc, że zaraz zacznie się jakaś normalna ścieżka. Otóż, niestety nie :D Po przejściu przez plażę ukazują nam się skałki, po których należy wejść. Mąż chciał wrócić z rowerami i zostawić je tam, gdzie wszyscy, ale ja kategorycznie odmówiłam ponownego przeciągania ich po piasku, wobec czego spięliśmy je razem i zostawiliśmy przy drzewie.

I zaczęliśmy się wspinać.

Image

Tak, w japonkach, jak rasowi polscy turyści wchodzący na Gubałówkę. Od razu powiem, że nic nam się nie stało, poza tym, że spociliśmy się jak świnie, bo musieliśmy podwójnie uważać - żeby wejść na dobrą skałkę i żeby przy okazji nie skręcić sobie nogi. Podejście nie jest jakieś bardzo trudne, ale jest długie, dlatego w drugą stronę jest naprawdę o wiele łatwiej. Tutaj praktycznie cała droga jest pod górkę.

W międzyczasie minęliśmy Petite Anse.

Image

Image

Na tej plaży nie zatrzymaliśmy się ani w jedną ani w drugą stronę, ponieważ jest w niej jeden szkopuł - nie rosną przy niej żadne drzewa i nie ma cienia. Jeszcze nie całkiem doszliśmy do siebie po poparzeniach z Anse Georgette, więc mimo zmęczenia kontynuowaliśmy naszą wędrówkę.
Jeśli ktoś jest małą bułką, jak ja, i boi się różnych dziwnych zwierząt w buszu, to uspokajam - nie ma tam niczego oprócz jaszczurek, które czmychają na widok człowieka ;)

Image

No, w końcu!
Ostatni etap dojścia do plaży to dość strome zejście po kamieniach i tu nasze japonki najbardziej dały nam się we znaki. Na kamieniach jest sporo piachu naniesionego przez ludzi, więc trzeba naprawdę uważać.

Image

Woda była cudownie niebieska, aż nierealna. Oczywiście, nieco podkręciłam zdjęcia w telefonie, ale właśnie po to, żeby oddać rzeczywiste kolory w tym miejscu.

Image

Jeśli ktoś jest instagramowy, to na tej plaży na drzewie znajduje się huśtawka :D Niestety, nie miałam jak zrobić jej zdjęcia, bo ciągle ktoś obok niej leżał.

Image

Image

Wiatr szumiał bardzo przyjemnie. Tutaj również dno było płytkie i mocno koralowe, więc mało osób pływało, bo nie było gdzie się rozpędzić. Nikt natomiast nie wypływał poza główną rafę, bo fale były dość wysokie i nie wyglądały na bardzo bezpieczne.

Image

Zdjęcie z prawego brzegu mam na tapecie w telefonie :D

Przy plaży jest bar, w którym można zamówić świeże owoce i koktajle, ale również grillowaną rybę (chyba, że nie uda się jej złowić). Ogólnie panuje tam bardzo fajny klimat, ludzi jest niewiele (choć i tak więcej, niż się spodziewałam po wędrówce), dlatego uważam, że naprawdę warto jest się przemęczyć i pójść na Anse Cocos.

Wracając jest, tak jak już wspomniałam, o wiele łatwiej. Poza początkowym, stromym wejściem, mamy długie zejście w dół.

Image

A po drodze takie paprotki, jakie hoduje moja mama ;)

Image

Jeszcze jedno ujęcie Petit Anse i lecimy na Grand Anse. Nasze rowery, na szczęście, stały przy drzewie całe i zdrowe :D

Image

No i tutaj już bez żartów - najwyższe fale, jakie widzieliśmy. Tak wysokie, że nawet spotkaliśmy surfera :D Samo stanie przy brzegu było ryzykowne, nie mówiąc o pływaniu. Fala, która wracała do morza była tak silna, że ścięła mnie z nóg. Pozostałam w takim razie przy bezpiecznym obserwowaniu tego spektaklu z odległości ;)

Image

Image

Image

Image

Niewątpliwie jest to plaża piękna, ale może lepiej przyjść tutaj przed południem, gdy nie ma takiego przypływu ;)

Powrót rowerem był o wiele gorszy, niż przyjazd, ale byłam na to naszykowana. W końcu, jeśli jedziesz bardzo długo i bardzo szybko z górki, to później trzeba będzie, już nie tak szybko, ale pod tą górkę się wspiąć...?

c.d.n.
_________________
Słowenia i Wenecja
Seszele
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 25 Wrz 2019 14:28 

Rejestracja: 31 Maj 2018
Posty: 395
srebrny
Przepiekny cmentarz ;-)
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 25 Wrz 2019 14:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Wrz 2014
Posty: 1213
złoty
Zapragnęłam zostać bułką na Seszelach :D
_________________
Metia jest kobietą, powtarzam, metia jest kobietą.
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 25 Wrz 2019 14:59 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 5101
Loty: 791
Kilometry: 744 474
platynowy
Ja niekoniecznie bułką, ale jednak na Seszelach.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 25 Wrz 2019 18:14 

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 460
Loty: 63
Kilometry: 202 612
srebrny
Pierwsze zdjęcie z Anse Gaulettes. - skała, pod którą chowaliśmy się przed deszczem. :)
Fajnie się czyta i ogląda.
_________________
Image

Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
Grzes830324 lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 28 Wrz 2019 23:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Cze 2014
Posty: 43
Loty: 12
Kilometry: 20 374
niebieski
02.09 - Anse Banane, Anse Fourmis i Anse Ermetz, czyli ile da się przejechać na rowerze?

W nocy padało, więc pogoda od rana nie była za ciekawa. Alex odradził nam dalekie wycieczki i pokazał chmurę spływającą po zboczu góry, która miała zwiastować deszcz. Oczywiście nie przejęliśmy się nią za bardzo, bo przecież nie przyjechaliśmy po to, żeby siedzieć w pokoju ;)
Pojechaliśmy więc na północ wyspy, minęliśmy Anse Severe oraz żółwie (które w ciągu dwóch dni niewiele się ruszyły), Anse Patates, Anse Gaulettes i dojechaliśmy do kolejnej plaży, którą była Anse Banane.

Image

Niestety, krajobraz nie był zbyt porywający. Jedyne, co było ciekawe, to spotykani po drodze miejscowi ludzie, którzy chodzili z workami po płytkiej wodzie i czegoś szukali. Mąż mówił, że ryb, ja, że jeżowców. A co było prawdą, tego się nie dowiedzieliśmy.

Minęliśmy kolejnych kilka żółwi (dwa były na poboczu i mąż do tej pory śmieje się ze mnie, że ich nie zauważyłam :roll: ) i dojechaliśmy do Anse Fourmis.

Image

W oddali widać Anse Ermetz.

I na tym nasza wycieczka się skończyła ;) Pogoda się popsuła, nas rozbolały brzuchy, więc wróciliśmy do hotelu, po drodze wstępując do Mi Mum's Takeaway, gdzie było chyba najwięcej miejscowych ludzi i, jak się można spodziewać, najlepsze jedzenie ;) To był zdecydowanie najlepszy takeaway, w którym się stołowaliśmy i każdemu polecamy z całego serca. Świeża ryba, pierwsza znośna surówka i pyszne frytki lub ryż. Postanowiliśmy też, że tego dnia zaopatrzymy się w pamiątki i pocztówki. Najładniejsze i najtańsze pocztówki były na poczcie. Pamiątki wszędzie kosztowały podobnie - magnesy po 75 SCR, bransoletki 50-75 SCR, pocztówki 7-15 SCR.

O godzinie 16 postanowiliśmy posnurkować przy Anse Severe. Warunki były świetne i zobaczyliśmy mnóstwo fajnych rybek, w tym rybę papuzią, która została moją absolutną faworytką. Szkoda, że GoPro kręciliśmy tylko filmiki i nie mogę wrzucić tu zdjęć, ale jak w końcu zmontujemy jakiś fajny filmik, to postaram się go gdzieś podlinkować.



03.09 - Anse Source d'Argent, czyli perła w koronie (ale czy na pewno?)

Ostatni dzień na La Digue postanowiliśmy przeznaczyć na Anse Source d'Argent. Szczerze mówiąc, nie miałam jakiegoś wielkiego parcia na to, żeby tam pojechać, bo wiedziałam, że na pewno będzie tam o wiele więcej ludzi, niż na dotychczasowych plażach. Bardziej to było na zasadzie - być na Seszelach i nie pójść na Anse Source d'Argent, to jak być w Nowym Jorku i nie zobaczyć Statuy Wolności. Pogoda tego dnia również nas nie rozpieszczała, więc jechaliśmy ze średnim nastawieniem.

Tak, jak większość osób wie, wszystkie plaże na Seszelach są publiczne i bezpłatne. Nie znaczy to, że nie próbuje się jakoś tego obejść. Na przykład zakładając park. Wtedy nie płacisz za wstęp na plażę, a za wstęp do parku. W parku oczywiście nie ma niczego ciekawego - plantacja wanilii, która teraz ani nie kwitnie ani nie ma strąków, więc nie wzbudza zainteresowania, jakieś łupiny kokosów na wielkiej kupce i oczywiście żółwie. Wstęp kosztuje 130 SCR i przez chwilę myślałam o wejściu tajemnym przejściem obok lądowiska dla helikopterów, ale mąż mnie powstrzymał. Potem oboje żałowaliśmy, bo to były najbardziej wyrzucone w błoto pieniądze podczas całego wyjazdu :roll:

Image

Żółwi w zagrodzie jest dużo. To jest tylko mała ich część. Tak, jak wcześniej - mam mieszane uczucia. Żółwie można spotkać na wolności na wyspie i wyglądają na całkiem zadowolone z życia, więc nie widzę sensu w prowadzeniu takich "rezerwatów" :roll:

Image

Na plaży rzeczywiście jest dużo ludzi. Piętrzą się na skałkach, próbując zrobić jak najlepsze ujęcie, przebierają się w różne sukienki, czy robią wymyślne akrobatyczne figury. Od samego początku mi się nie podobało, bo Seszele przyzwyczaiły mnie do spokoju i błogości, a nie słuchania krzyków i wskazówek, jak najlepiej ustawić się do zdjęcia :roll:
Mimo to udało nam się znaleźć jakiś mały skrawek własnej przestrzeni, na samym końcu plaży, i oddać krótkiemu lenistwu.

Image

Image

Image

Spytacie pewnie - gdzie są te tłumy? Poniższe zdjęcie wszystko wyjaśnia:

Image

Zaczęło padać :D I to nie taka mżawka, czy lekki deszczyk. Tak lało, że dwie minuty jazdy na rowerze przemoczyły nas do suchej nitki. Nie zaliczylibyśmy tego dnia do udanych, gdyby nie kolejny pyszny posiłek w Mi Mum's oraz kolejny udany popołudniowy snork na Anse Severe ;) Choć tym razem już więcej ludzi zorientowało się, że w tym miejscu można poobserwować fajne życie podwodne i trzeba było czasem uważać, żeby nie pacnąć kogoś płetwą, ale kto by się tym przejmował? ;)
Od razu napiszę, że tu naprawdę lepiej jest przyjść po południu, gdy przypływ jest już znaczny. Tuż przed rafą jest taka mini łączka, na której rybki dosłownie się pasą jak krówki na pastwisku. Gdy jest mało wody rybek tam nie ma, a szkoda to przegapić, bo wyglądają naprawdę uroczo, jak tak sobie podgryzają te glony.

Wieczorem czekało nas pakowanie, ponieważ nazajutrz mieliśmy się pożegnać nie tylko z wyspą La Digue, ale z całymi Seszelami. Prom na Mahe odpływał o 7, a my chcieliśmy dojść do portu pieszo, dlatego czekała nas wczesna pobudka. Stwierdziliśmy, że olejemy sprawę śniadania i, jak się okazało, to była jedna z najsłuszniejszych decyzji na wyjeździe.

Ostatnią rozrywką na La Digue było łapanie gekona, który wpadł nam do łazienki. W żaden sposób nie dał się wypędzić, więc mąż złapał go w kubek, pod spód podłożył kartkę papieru i wystawił to za okno. Gekon nie wypadł, bo przyczepił się do kubka :roll:


04.09 - Mahe, czyli pożegnanie z rajem

Pobudka przyszła nam, o dziwo, dość łatwo. Powolnym spacerkiem poszliśmy do portu i o godzinie 6:30 byliśmy na miejscu. Podeszliśmy do pana, który sprawdzał bilety i...
tu wykazałam się największą bułkowatością podczas całego wyjazdu.

Bilet miałam w załączniku na mailu i nie ściągnęłam go, kiedy miałam wifi. Oczywiście wszelkie próby połączenia się z siecią publiczną spełzły na niczym, a pan kontroler był pierwszym niewyluzowanym Seszelczykiem, który w dodatku (jak się później okazało) robił problem z tyłka. Byłam w stanie otworzyć maila, którego on nie akceptował, bo mówił, że musi być widoczny kod, który zeskanuje ta pani dalej. No i dawaj. Włączyłam nawet transmisję danych (milion zł za kb), ale nie chciało się połączyć. Ja już panika, łzy w oczach i gorączkowe myślenie - co się bardziej opłaca? Czy wynajęcie helikoptera, który nas przewiezie na Mahe, czy kupno nowych biletów do Warszawy i popłynięcie promem następnego dnia? :roll:

W końcu drugi pan się ulitował i użyczył nam swojego telefonu jako hotspota :roll: Prawie się popłakałam, gdy udało mi się ściągnąć bilet i pokazać go kontrolerowi. Ten odesłał mnie do "tamtej pani", która.. nawet na niego nie spojrzała, a w ręku miała.. NASZ WYDRUKOWANY BILET :shock:

Dlaczego tak było, to dopiero po czasie wymyśliłam. Bilety na prom kupiłam już będąc na Praslin i pani pewnie stwierdziła, że nie będziemy mieli gdzie tego wydrukować i zrobiła to za nas. Byłoby to mega domyślne z jej strony, chociaż wydruki nie są konieczne (jakby coś).

Niemniej jednak przeżyliśmy prawdziwe chwile grozy, które rzutowały na tą resztkę wycieczki, która nam została.

Tego dnia fale na morzu były średnie, dlatego nie skakaliśmy promem tak, jak w drodze na La Digue i nie widzieliśmy, żeby kogoś ochlapało (a tym razem to my siedzieliśmy po prawej stronie i pierwsi byśmy zauważyli). Mimo wszystko prawie 1,5 godziny to dość długi czas, w którym buja twoimi wnętrznościami. Naprawdę cieszyliśmy się, że nie zjedliśmy tego śniadania ;)

Punktualnie o 8:30 przypłynęliśmy do portu i udaliśmy się w kierunku panów z logo Creole, którzy mieli nas odwieźć na lotnisko. Ze względu na to, że wylot do Dohy mieliśmy dopiero o 18:35 stwierdziliśmy, że najlepiej będzie wykupić transfer za 10 euro za osobę na lotnisko, zostawić tam bagaże i pojechać jeszcze na jakąś plażę. Głównym problemem były właśnie te bagaże, z którymi nikt by nas do autobusu nie wpuścił.

Image

Image

Mahe to zupełnie inna wyspa, niż Praslin i La Digue. Duża, tętniąca życiem, urządzona w stylu kolonialnym. Victoria zrobiła na mnie duże wrażenie, bo jeszcze nigdy nie widziałam stolicy kraju, w której palmy rosną przy chodnikach. Jest bardzo zielono i górzyście. Oczywiście tego dnia, gdy mieliśmy się żegnać z tym miejscem, pogoda była jak marzenie :roll:

Na lotnisku oddaliśmy bagaże na posterunku policji. Warunkiem było zapięcie bagaży na kłódkę. Wygląda na to, że jest to formalność, ponieważ walizkę spięliśmy normalnie, ale w plecaku zawiesiliśmy ją w randomowym miejscu i przeszło :D

Image

Zachciało nam się europejskiego jedzenia :D Już zapomniałam, jak nazywało się to miejsce, ale wygląda bardzo warszawsko i bananowo. Takie śniadanko kosztuje 150 SCR za porcję.

Image

Początkowo marzyło mi się, żeby pojechać na Baie Lazare. W końcu jak mamy tu zobaczyć tylko jedną plażę, to niech ona będzie naprawdę spektakularna. Niestety, po porannych przejściach oraz świadomością, że z autobusami może być różnie, mąż kazał mi porzucić ten pomysł i próbowaliśmy pójść na plażę, która jest tuż za lotniskiem. Niestety, droga widoczna na mapie nie była dostępna, ponieważ znajdowała się na terenie lotniska. Wobec tego dobrze sprawdziliśmy mapę i pojechaliśmy na pierwszą plażę, która była na trasie wszystkich autobusów - Anse aux Pins.

Image

Image

Nie wybaczyłabym sobie, gdybyśmy w odpowiedni sposób nie pożegnali się z rajem :D Woda była tu tak cieplutka, że naprawdę szkoda, że było jej tylko po kostki. Myślałam, że pływy na Praslin i La Digue były spore, ale jak widać są niczym w porównaniu do tych na Mahe.
Cypel widoczny na drugim zdjęciu to lotnisko, a my akurat mieliśmy szczęście zobaczyć samolot startujący do Addis Ababy.

Ok. 14 zaczęliśmy się powoli zbierać.

Image

Image

Image

Image

Jeszcze tylko kilka fotek po drodze ;)

Z lekkim ukłuciem żalu wróciliśmy na lotnisko. Jeszcze dobrze stąd nie wyleciałam, a już wiedziałam, że muszę tu przyjechać jeszcze raz.

Image

Na lotnisku zrobiliśmy błąd życia i poszliśmy do Burger Kinga :lol: Zawsze przed podróżą jemy takiego sieciówkowego fast fooda, bo wiemy, że czymś takim nie jesteśmy w stanie się struć. Tutaj struły nas ceny - głupi zestaw kosztuje 160-200 SCR :lol:

Image

Jeszcze tylko zakup Takamaki na duty free, która jest tutaj naprawdę opłacalna. W zwykłym sklepie 0,7 l kosztuje 300 SCR, a tutaj 290 SCR za litr. Kupilibyśmy więcej, gdyby nie ograniczenia :roll: Teraz musimy oszczędzać :roll:


Podsumowując - wyjazd był spełnieniem marzeń o podróży poślubnej. Mimo wpadek uważam, że zorganizowaliśmy go naprawdę nieźle, zważywszy na to, że była to nasza pierwsza taka daleka podróż. Pewne rzeczy bym na pewno w niej zmieniła - przede wszystkim wynajęłabym auto na Praslin, bo daje to więcej swobody i mniej złości, niż autobusy. Następnym razem chciałabym też zwiedzić Mahe i przeznaczyć więcej dni na La Digue, która totalnie nas zaczarowała. Na pewno jednak nie zamieniłabym naszych guesthouse'ów na jakiś hotel all inc, bo było nam tam naprawdę dobrze i dało się poczuć klimat.
Wrzucę jeszcze tutaj post podsumowujący koszty. Tymczasem bardzo dziękuję wszystkim za uwagę. Pewnie większość będzie zawiedziona tym ostatnim postem, bo ani się zbyt wiele nie działo, ani nie mam porywających zdjęć, ale cóż. Nie zawsze jest rajsko w raju :D
_________________
Słowenia i Wenecja
Seszele
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
slawekg uważa post za pomocny.
 
 
#11 PostWysłany: 29 Wrz 2019 21:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Cze 2014
Posty: 43
Loty: 12
Kilometry: 20 374
niebieski
~~~~PODSUMOWANIE KOSZTÓW~~~~

Nie było tak tanio, jak u niektórych, ale zdecydowanie taniej, niż się spodziewałam i oczywiście o niebo taniej, niż oferowały nam biura podróży. Również same ceny produktów na Seszelach były tańsze, niż myślałam. Kwestia tego, gdzie robi się zakupy. Na Praslin chodziliśmy tam, gdzie polecała nam Marie-Helene, czyli do hinduskiego sklepu Sri Sai, przy którym mieścił się takeaway. Gdybyśmy podjechali do centrum, na pewno znalazłby się tam jakiś supermarket z niższymi cenami, ale, no.. bułki z nas :D Na La Digue mieliśmy dosłownie rzut beretem od marketu i ceny były zauważalnie niższe.

1 SCR = ok. 0,28 zł

Przykładowe ceny:
- woda w butelce - 9 SCR za 0,7 l
- Takamaka - 150 SCR za 0,375 l
- jajko - 3,5 SCR
- mleko - 20 SCR
- płatki kukurydziane - 19 SCR
- sok z mango ( :D) - 25 SCR
- ciastka - 6-10 SCR za paczkę
- Pringles - 125 SCR (szok, co? :D)
- fasolka w sosie pomidorowym - 12 SCR
- jabłka - 30 SCR za kg
- pocztówki - 7-10 SCR za małą, 10-20 SCR za dużą
- znaczek międzynarodowy - 10 SCR
- magnes - 75 SCR
- magnesy ręcznie robione - 100-150 SCR
- naszyjnik z muszelek - 150-200 SCR

Koszty podróży:
- bilety RT na trasie WAW-SEZ - 4880 zł
- bilety SEZ-PRI - 585 zł
- prom Praslin ---> La Digue - 134 zł
- prom La Digue ---> Mahe + transfer na lotnisko - 680 zł
- nocleg na Praslin - 1995 zł
- nocleg na La Digue - 1744 zł
- wydatki na miejscu - 1700 zł (jedzenie + autobusy + bilety wstępu + pamiątki)
-----------
łącznie 11718 zł, czyli 5859 zł za osobę

Osobiście uważam, że to niewielka cena za zobaczenie tak niezwykłego miejsca. Nastawiałam się na wydanie 14 tys., więc jestem bardzo przyjemnie zaskoczona. Faktem jest, że za drugim razem, tak jak już wcześniej pisałam, wynajęłabym auto i chciałabym skorzystać z paru atrakcji, m.in. snorkeling na St. Pierre czy kajaki, ale uważam, że i bez tego było naprawdę cudownie :)

Jeśli ktoś ma jakieś pytania, to bardzo chętnie na nie odpowiem, a tymczasem dziękuję wszystkim tym, którzy czytali :)
_________________
Słowenia i Wenecja
Seszele
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
joker1977 uważa post za pomocny.
 
 
 [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group