Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 15 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 08 Kwi 2023 23:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Witajcie, a relacja jest kontynuacja podróży Trzy Gujany.

Dziękuję @zawiert za wskazanie aplikacji, dzięki której mogę wgrywać zdjęcia do relacji (pojedyńczo każde zdjęcie?)


Image
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)


Ostatnio edytowany przez Antia 17 Kwi 2023 16:31, edytowano w sumie 6 razy
Góra
 Relacje PM off
SPLDER lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 09 Kwi 2023 00:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Witajcie, a relacja jest kontynuacja podróży Trzy Gujany.

Dziękuję @zawiert za wskazanie aplikacji, dzięki której mogę wgrywać zdjęcia do relacji (pojedyńczo każde zdjęcie?)

Z Panama City do Santa Cruz


Wcale te dwa loty biznesem nie sprawiły mi aż tak wielkiej przyjemności. Ciekawe, na początku czułam się trochę bardziej ważna, ale tylko ma początku. Potem tak samo trzęsło jak w ekonomicznej. Było zimno a koce się skończyły. Za oknem roznica, widzieć silnik z przodu czy z tyłu. Jedzenie pewnie takie samo jak w eko, tyle że podane na normalnym talerzu, napoje w szklance. Bardziej grzeczny steward i trochę ciszej. Fakt, fotel wygodny, ale zanim rozkminiłam jak się go używa, trzeba było wysiadać.
Wielkie nadzieje a rzeczywistość wcale nie różowa.
Wielkim plusem tego lotu było poznanie Artura, który siedział obok mnie. Rodowity Boliwijczyk, mówiący biegle po angielsku i rosyjsku wracał z Paramaribo do.. Santa Cruz, do którego i ja leciałam. Na drugim locie też mieliśmy miejsca w rzędzie drugim.
Prawie całą drogę przegadaliśmy. Urodził się w Cochabambie, mieście którego nazwa wpadła mi od razu do ucha kilka miesięcy temu podczas planowania tego wyjazdu. Był w wielu krajach, które i ja odwiedziłam, tematów do rozmów mieliśmy mnóstwo. Od razu złapaliśmy wspólny język, tak jakbyśmy znali się od dawien dawna.
W Panama City samolot zaparkował przy tym samym stanowisku, z którego wylot do Boliwii. Godzinę wolną spędziłam z nowym znajomym w saloniku.
Kolejne cztery godziny już większym troszkę samolotem i nowszym. Znowu sporo czasu zajęło mi ogarnięcie rozkładania krzesła. Doszedł podnóżek. Artur miał niezły ubaw ze mnie a nie chciałam wypaść jako nie_podróżująca_zazwyczaj_biznesem. Jedzenie bez rewelacji, makaron, sałatka. Jednak przed kolacją bardzo przyjacielski steward podał w gorących salaterkach pyszne orzeszki i migdały w dymionym czosnkowym pudrze- smakowite.
Tak samo jak deser- czerwone makaroniki.
Znów było zimno i koce wyszły, albo wcale nie przyszły. Po godzinie lotu i posiłku wiekszisc większość z 16 pasażerów klasy biznes rozłożyła siedzenia do półleżącego i drzemała. Ja nie mogłam ułożyć się w żaden sposób. Ten podnóżek nijak mi nie pasował. Zimno było mi tak, że z walizki wyjęłam swoje kalosze. Niestety nogi spuchły i udali mi się włożyć tylko walonki, takie filcowe wkładki do kaloszy. Ciepły polar, walonki, szal- teraz wyglądałam na wystarczająco ekstrentyczną osobę, żeby pasować do biznesu.
W Santa Cruz wylądowaliśmy planowo chwilę po 3 rano. Typowe procedury, w tym sprawdzanie paszportów covid. Wymagano także deklaracji bagażowej, która można było mieć w wersji elektronicznej w postaci kodu qr lub w papierowej.
Mój plan zakładał czekanie na lotnisku do pierwszego autobusu do miasta, jednak Artur zaproponował, żebym z nim pojechała taksówką. W pierwszej chwili się ucieszyłam, nocne loty są wykańczające, nawet w biznesie wąskokadłubowego samolotu. Potem gdzieś błysnęła myśl, że znam człowieka dopiero od dziewięciu godzin a nadal jest ciemno, itp. Intuicja jednak mnie nigdy nie zawodzi. Po drodze nowy znajomy wysiadł przy swoim domu dając dokładne instrukcje kierowcy, dokąd ma mnie zawieźć.
Po kilku kwadransach leżałam już wykapana w świeżej pościeli hotelowego łóżka.

Image

Image

Image

Image

I filmik:

_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)


Ostatnio edytowany przez Antia, 09 Kwi 2023 15:10, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 09 Kwi 2023 11:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Cały kolejny dzień spędziłam z Arturem, jego rodziną i przyjaciółmi. Pokazał mi Santa Cruz, nowe i stare dzielnice. W ciągu ostatnich dziesięciu lat miasto bardzo się rozbudowało. Powstały osiedla domków jednorodzinnych, biura, hotele i ulice.
Wszystko rozmieszczono na planie okręgów, z czego najstarszy jest w środku. Całe miasto, nawet te biedniejsze dzielnice, jest bardzo czyste. Pełno w nim zieleni, kwitnących na różowo Toborochi, zwanego drzewem butelkowym. Kiedy zbliża się tutejsza jesień, drzewo zaczyna kwitnąć. Nietypowy pień w kształcie butelki często ma duże kolce. Pięknie różowo tu musi być za kilkanaście dni.
Artur zaprosił mnie na tradycyjny obiad do klimatycznej restauracji. Jadłam zupę z orzeszków ziemnych i ceviche z aligatora. Prawdę mówiąc, wielki talerz zielonej zupy z mięsem zupełnie mnie nasycił. Aligator był na deser.
Wieczór spędziliśmy przy grillu.
Kolejny dzień, to niedziela zaczynająca Wielki Tydzień przed Świętami Wielkanocy. Wybrałam się na spacer na pobliski centralny plac starego miasta. Mój hotel jest dwa skrzyżowania dalej, świetna lokalizacja i świetny hotel, swoją drogą (Buen Retiro).

Święty Tydzień, czyli Santa Semana w Boliwii obchodzony jest nieco inaczej niż w Polsce. Orócz powszechnych w kościele liturgii i nabożeństw, istnieje wiele zwyczajów, które są charakterystyczne dla chrześcijaństwa w regionie Ameryki Południowej.
Domingo de Ramos, czyli Niedziela Palmowa, w tłumaczeniu oznacza niedzielę gałęzi, dlatego też palmy święcone w tym dniu mogą być zarówno liśćmi prawdziwej palmy, jak i gałązką drzewa oliwnego, czy kukurydzą.
Plac 24 Września w niedzielne przedpołudnie pełen był spacerowiczów trzymających w rękach intensywnie zielone palmy plecione w często precyzyjne dzieła sztuki.
Można je było kupić wkoło kościoła. Czasami ozdabiane małymi figurkami świętych.
Podczas mszy, na której święci się przyniesione palmy, ksiądz polewa wodą wszystkich dookoła. Sporą ilością wody, bo zużywa podczas przejścia kilka wiader.
Każdy chce być jak najbardziej nią polany. Nikomu nie przeszkadza, że wychodzi z kościoła cały mokry.
Mnie też zmoczyła święcona woda.



Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Image


I filmik:

_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)


Ostatnio edytowany przez Antia, 09 Kwi 2023 15:11, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 09 Kwi 2023 12:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Nie pisałam trochę, bo choroba wysokościowa rozłożyła mnie bardzo.
Z Santa Cruz poleciałam liniami Amaszonas do Cochabamby. Tam przesiadka i chwila wolnego w saloniku na lotnisku. Kolejny lot liniami Bolivian de Aviation. Krótki lot do Uyuni, ale dość niespokojny. Kiedy pojawiły się piękne widoki na Płaskowyż Altiplano zaczęły się turbulencje. Dobrze, że zajęłam się robieniem zdjęć a nie myśleniem o wstrząsach. Widoków było mnóstwo do sfotografowania, bo zakręt do lądowania samolot zrobił prawie przy Salarze de Uyuni. W najciekawszym momencie, lotu nad zielono białym jeziorem Uru Uru zagrzał się tak, że nie można było zrobić żadnego zdjęcia.
Lotnisko w Oruru od razu zwraca uwagę na kolorowy karnawał, z którego słynie to miasto. Zajęta oglądaniem dekoracji i masek karnawałowych znalazłam się na samym końcu oczekujących na taksówki. Już wtedy słabo się czułam, nogi jak z ołowiu, brak powietrza do oddychania i takie zawroty głowy, że czułam się jak pijana.
Ruszałam się jak mucha w smole, powoli i trudem. Serce trzepało się jak szalone, nawet rozmowa sprawiała mi trudność.
Najpierw chciałam załatwić bilety na jutrzejszą podróż pociągiem do Uyuni.
Okazało się, że internet kłamie i pociąg jest dziś, nocny.
Oruro leży na wysokości ponad 3700 m.n.p.m i kiedy słońce zachodzi robi się piekielnie zimno. Kupiłam na podróż koc, jakieś jedzenie i kolejne tabletki na chorobę wysokościową. Wypiłam też wielki kubek gorącej herbaty z koki, pomaga na chorobę wysokościową. Pobliski rynek pełen był ciekawych kadrów do zdjęć. Tutejsze kobiety noszą kopiaste, kolorowe i marszczone spódnice do kolan, barwne chusty na plecach i meloniki z wystającymi długimi warkoczami, na końcu których wplatają jeszcze pomponiki. Nie miałam siły na robienie zdjęć, kupiłam potrzebne rzeczy i do hotelu.
Dwa razy się po drodze przewróciłam, takie mam zawroty głowy. Na szczęście na ten sam bok i boli mnie tylko jedna strona ciała.
Do odjazdu pociągu miałam trzy godziny, hotel obok dworca dał dobrą cenę i skorzystałam z łóżka. Poważnie jednak zastanawiałam się, czy nie zrezygnować z kilkugodzinnej jazdy do Uyuni i nie wrócić na niziny. Do objawów doszedł silny ból głowy, jakby żelazne obręcze chciały mi ją zmiażdżyć.
Jednak kiedy przyszłam na dworzec, widok pociągu tak mnie rozczulił, że zdecydowałam się jechać.
Na peronie stał jeden wagon, będący jednocześnie lokomotywą. Głośno pracował spalinowy silnik a co kilka minut rozlegał się dzwonek. Pasażerów było ze mną... trzech. Jeszcze dwójka turystów z Niemiec. Wygodne rozkładane fotele, dostępne koce, sześć godzin jazdy po płaskowyżu. Wszystko za 4 usd.
Podróż miała jedna wadę, była w nocy i nie mogłam podziwiać mijanych widoków. Przed każdym przejazdem rozlegał się głośny sygnał ostrzegawczy. Pociag bujał się na boki jak kaczka. Było bardzo zimno, przykryłam się aż 5 kocami.
Do Uyuni dojechałam po 4 rano. Nie poszłam do zarezerwowanego hotelu, bo mogli mnie przyjąć dopiero w zwyczajowych godzinach checkin, czyli po południu. Potrzebowalam na gwałt łóżka i ciepła. Tabletki chyba zaczynają działać, bo nie mam karuzeli w głowie.



Image



Image


Image


Image


Image


Image


Image

Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


Image


I filmik:

_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
hiszpan uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 09 Kwi 2023 15:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Największa solniczka świata

Salar de Uyuni był celem mojego przyjazdu do Boliwii. Właśnie w kwietniu, często jest woda i solnisko przekształca się w wielkie lustro.
Salar jest największą solniczką na świecie. Ma powierzchnię około 10 tys.km2. Położony jest na płaskowyżu Altiplano na wysokości ponad 3600 m.n.p.m.
Wiedziałam, że ta wyprawa może mnie kosztować sporo wysiłku, jednak chęć zobaczenia tego miejsca była większa.
Pierwszy najbliższy hotel przy dworcu miał czysty pokój za raptem 30 zł. Gorący prysznic i trzy godziny snu. Wycieczki na salar wyjeżdżają z Uyuni o 10.30, miałam trochę czasu. Przy hotelu Julia, jest z każdej strony kilka agencji turystycznych oferujących różne kombinacje w oglądaniu okolicy. Wybrałam opcję dwudniową z noclegiem w solnym hotelu. Cena była do targu, udało mi się zbić do 500 BOB, czyli 300 zł. W hotelu zostawiłam kilka klamotów i zapakowałam się do auta z napędem 4×4.
Pierwszym przystankiem było cmentarzysko pociągów na obrzeżach miasteczka Uyuni. Źle się czułam i nie za dokładnie go obejrzałam. Zresztą w każdym kadrze miałam innych turystów, bo na parking obok, co chwilę podjeżdżały kolejne auta z różnych agencji. Kolejnym przystankiem była pustynna wioska przypominająca mi te z Afganistanu.
W Colchani mogliśmy zobaczyć jak wygląda proces pozyskiwania soli z pobliskiego solniska. Wszystkie prace są robione ręcznie, oprócz mielenia kryształów na drobną sól.
W Salar de Uyuni każdego roku pozyskuje się około 25 tys. ton soli.

Proces wydobycia jest prosty, lecz pracochłonny. Wilgotną sól ręcznie usypuje się w kopce i pozostawia na noc do wyschnięcia, następnego dnia jest ręcznie ładowana na ciężarówki.

Ludzie nie mają tu lekko, pojazdy także. Mokra sól oblepia wszystko, samochody muszą być codziennie myte. Sól przyśpiesza korozję.
To nie jest zbyt dochodowy biznes, dlatego mieszkańcy wioski dorabiają sprzedając licznym turystom pamiątki. Można za grosze kupić ręcznie robione chusty, szale i rękawice z wełny alpak. Są solne figurki i różne boliwijskie instrumenty muzyczne.
A potem wreszcie wjechaliśmy na salar. Niezbędne były okulary przeciwsłoneczne, aby nie stracić wzroku. Biel soli bardzo razi.

Kontrast z intensywnie błękitnym niebem sprawia, że każde zdjęcie jak pocztówkowe. Takie fotograficzne eldorado.

Kierowca wiedząc, że każdy z turystów robi zdjęcia, wyczyścił szyby swojej Toyoty na błysk.
Na słonej pustyni nie ma znaków drogowych, mimo, że przebiega przez nią kilka dróg. Kierowcy orientują się na podstawie położenia względem otaczających ją gór.
Na obiad zatrzymaliśmy się przy monumencie upamiętniającym rajd Dakar Boliwia, który się odbył tu w 2014 roku. Potem jeszcze kilkakrotnie. Salar był też planem scen w filmie Gwiezdne Wojny.
Dla potrzeb uczestników rajdu Dakar zbudowano hotel z soli. Jest też miejsce z flagami uczestników rajdu.
Kolejnym przystankiem była leżąca na środku solniska wyspa Incahuasi z wielkimi kaktusami.
Potem powrót w kierunku wioski Colchani i część solniska pod wodą. Czekaliśmy na zachód słońca, zaczynało się jednak robić piekielnie zimno i moje bose nogi w klapeczkach uciekły do auta pod koc. Stamtąd obserwowałam spektakl zachodzącego słońca, wschodzącego po drugie stronie księżyca w pełni i mieszanki barw, światła odbijającego się w wodzie jak w lustrze.
W ciemnościach wyjeżdżaliśmy z solnej pustyni.

Noc spędziłam w hotelu zbudowanym z soli. Moje łóżko, lampa, szafka nocna, wszystko zbudowane z pasiastych bloczków solnych. Przeraźliwie zimno, temperatura bliska zero, nocka w ubraniu.



I filmik:



Oraz drugi filmik:




Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

[img]https://uploads.tapatalk-cdn.com/20230409/77d876edec1bc9fd338bded633474aa9.jpg[/img

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 10 Kwi 2023 05:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
W nocy i nad ranem bardzo zimno, do śniadania gorąca herbata z koki. Miejscowi częściej używają jej do żucia. Pomaga na chorobę wysokościową, działa podobnie jak kofeina. Do tego tłumi głód i pragnienie. Przy suchym powietrzu tu wysoko, ciągle mam sucho w ustach.
Kierowca z drugą grupą przyjechał koło południa. Do tej pory obeszłam okolicę. Nie chciałam wchodzić na salar, który zaczynał się bardzo blisko mojego hotelu. W nocy widziałam jak odbijał perłowe światło z księżyca, trochę złowrogie.
Salar de Uyuni jest oślepiająco biały. Bloczki wycinane do budowy domów są w paski beżowo- brązowe. Ranem salar ma złoty odcień. Przy zachodzie słońca różowy. Salar ma także kolor czarny. Drugiego dnia kierowca był bardziej rozmowniejszy. Przy pokazywaniu zielonego oka wodnego wśród pięknych sześciokątów uformowanych przez sól, opowiedział o tragicznym wypadku. W październiku ubiegłego roku zginął na salarze młody chłopak z Polski. Kierowca nie zauważył jednego z tych niebezpiecznych głębokich otworów i jeep kilka razy przekoziołkował. Zginęły w sumie trzy osoby, kilka zostało rannych.
Ta historia sprawiła, że inaczej spojrzałam na Salar de Uyuni.
Jest piękny, ale ciągle myślałam o tym chłopaku, jego towarzyszach wycieczki. Nasz kierowca jechał cały czas ostrożnie i dość wolno.
O śmierci Polaka opowiedział nam pod koniec wycieczki. Jak przez cały dzień dobrze się bawiłam, to później nawet zachód słońca mnie nie zachwycił.
Drugiego dnia odwiedziłam inne miejsca na salarze.
Ogrodzone sznurkami dziwne budowle z soli. Wstęp 10 BOB i można sobie było robić zdjęcia na piramidzie, dłoni czy przy zegarze. Bardziej interesowało mnie leżące obok czynne wyrobisko soli, w którego wodzie odbijało się błękitne niebo.
Kierowca był bardzo pomysłowy i starał się nam zrobić fajne zdjęcia i filmiki. W jednym nawet zgodziłam się wziąć udział. Wyszło fajnie a ile przy jego kręceniu było zabawy. Utrzymać się na jednej nodze, kiedy w głowie buja jak na karuzeli. Były też zdjęcia z przekłamaną perspektywą.
Do Uyuni wróciliśmy już w nocy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)


Ostatnio edytowany przez Antia, 11 Kwi 2023 15:19, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 10 Kwi 2023 05:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Od razu pojawiłam się na dworcu kolejowym, aby kupić bilet na pociąg, którym miałam wracać do Oruro. Planowy odjazd o 1 w nocy, więc miałabym kilka godzin na odpoczynek.
Na dworcu okazało się, że dziś w nocy nie ma żadnego pociągu, jest jutro. Machnęłam się w datach o jeden dzień! Pociąg jeździ raz na tydzień a ja jeszcze źle wyliczyłam. Miałam jeden cały dzień, mogłam pojechać do czerwonej laguny z flamingami. Ależ zła na siebie byłam.
Z drugiej strony cała noc w normalnym hotelu się przyda do odpoczynku.
Rano na śniadanie poszłam w stronę miasteczkowego rynku na wolnym powietrzu. Jedna z ulic była wyłączona z ruchu i na niej rozłożyli się sprzedawcy różnych towarów.
Śniadanie, to były dwa pieczone pierogi z warzywno- mięsnym nadzieniem.
Zszedł mi cały dzień na obejściu targu. Oczywiście obkupilam się jak durna. Maść dla Mamy na artretyzm, sama natura. Krem z filtrem 90 w butelce w kształcie małego banana. Pół kilograma pięknych nasion bobu dla Mamy. Płyta z boliwijskimi hitami dla Piotrusia. Dla siebie kilka owoców, których nie znałam. Słodki ogórek, pasiasty żółty, nietypowa maracuja. Owoce i warzywa są tu bardzo interesujące. Szczególnie żółto różowe małe ziemniaki, czy czarne jak węgiel buraki.
Były też ziemniaki, takie długie stwory, bardziej podobne do imbiru. W trzech kolorach. Kukurydze o różnych kształtach, wielkościach i barwach.
Co kilka skrzyżowań rozstawione były kramy z jedzeniem. Na pierwszym skusiłam się na zupę z językiem lamy, bo głowy się skończyły. I tak to, co dostałam w wielkiej misce, było przepyszne. Miejscowi dziwili się, że jem to z takim smakiem.
To zasługa mojej Mamy, pamiętam z dzieciństwa jak smakowicie przygotowywała nam uszy czy ryjki wieprzowe. Lubię wszelkie takie podroby. To dzięki Niej z chęcią próbuję w czasie swoich wypraw nietypowego jedzenia, na widok niektórych z potraw moi znajomi odwracają się z obrzydzeniem.
Za kilkaset metrów kolejna garkuchnia z grillowanymi rybami z rzek dorzecza Amazonki. Wybrałam paku, płaską grubaskę o paszczy piranii. Dwaj panowie przy mojej ławie jedli pacherę i sabalo. Też smaczne, poczęstowali mnie kawałkiem.
Po bokach ustawiły swoje stoliki kobiety z napojami. Chłodne, orzeźwiające nalewane z wiader.
Na deser można było ochłodzić się kubkiem miału lodowego polanego syropami w różnych kolorach. Wśród jedzących ludzi kręciły się psy. Nie są w Boliwii jakoś szczególnie zabiedzone, jak te z Gruzji. Wprawdzie ich sierść pozbijana w kłaki i dredy, ale mają pełne boczki.
Na targowisku można kupić ubrania, najczęściej te na zimno. Ciekawe było stoisko z halkami. Teraz wiem, dlaczego im się te kolorowe spódnice tak układają i kołyszą. Tam jest tysiąc metrów umarsczonego materiału.
Z wielkim zaciekawieniem przyglądałam się kobietom robiacym przedświąteczne zakupy.
My używamy toreb, Boliwijki wielkich kolorowych chust, które zawijają na ramionach. W chustach tych często noszą rumianolice dzieci.

Ten dzień był kolorowy jak przedświąteczny rynek, po którym spacerowałam. Kolory oszałamiające, zapachy i smaki nie do zapomnienia.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 11 Kwi 2023 14:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
W nocy miałam podróż powrotną do Oruro. Nie leży wcale niżej od Uyuni, ale finalnie kolejną noc powinnam odczuć ulgę, bo będę w Cochabambie. To prawie 1200 metrow niżej. Już chcę odpocząć od tej wysokości i uciążliwych objawów.
Pociąg a właściwie jeden wagon, pyrkotał gotowy na peronie. Przyhechal z Tupizy. Było w środku aż 4 pasażerów. Konduktor mnie poznał i sprawnie poradził sobie z moim ciężkim plecakiem i reklamówkami. Zawiadowca stacji, co kilka minut ciągnął za sznurek i dźwięk wielkiego dzwona powieszonego pod dachem na peronie, oznajmiał, że zbliża się czas odjazdu.
O dziwo, w środku pociągu było ciepło, grzały kaloryfery. Nie miałam biletu, bo przecież w wyznaczonych na tablicy informacyjnej godzinach w ciągu dnia, nikogo w kasie nie było. Konduktor uspokoił, że bilet kupię po przyjeździe do Oruro.
Prawdę mówiąc, te sześć godzin minęły mi błyskawicznie. Znalazłam sobie pośrodku wagonu miejsce na podłodze przy kaloryferze i tam z kilku koców zrobiłam posłanie. Problemem były tylko otwierające się przy każdym ruchu na boki, drzwi wejściowe. Wiało zimnicą przenikającą przez kilka warstw okrycia.
Udało mi się zablokować je swoim ciężkim plecakiem. Już mi było ciepło i wygodnie, pociąg bujał jak kołyska. Usnęłam od razu. Obudził mnie dźwięk ostrzegawczy i jazda do tyłu. Było już jasno i można obserwować mijane krajobrazy.
Z jednej strony góry, z drugiej sawannowa pustynna płaszczyzna z charakterystycznymi trawami. Z nich wyrabiane są dachy tutejszych chat w wioskach. Miasteczka mają już dachy z blachy. Najpiękniejsze kadry miałam do zdjęć, kiedy poszłam w odwiedziny do kierującego pociągiem i siedzącego z nim konduktora.
Jezioro Uru Uru przed Oruro, to miejsce życia tysięcy flamingów. Spłoszone sygnałami pociągu, majestatycznie wznosiły się nad wodą, w której było całe niebo z chmurami. Piękne połączenie wczesnego dnia w kolorach nieba, płowych kęp traw na brzegu i biało czerwonych ptaków.
Tory przebiegały przez środek, ale nie bylam w stanie z jadącego pociągu zrobić zadowalających zdjęć przez szybę. Prowadzący nie mógł się zatrzymać, takie przepisy, tłumaczył.
Nie chciałam być złośliwa i psuć sobie nastroju, ale powinnam powiedzieć, że alkoholu pić podczas jazdy też nie wolno.
W Oruro odstałam swoje przy kasie, konduktor wystawił mi jak za pierwszym razem, bilet formatu a4.
W hotelu Residencial San Salvador oddałam wypożyczony koc.

I filmik:



Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)


Ostatnio edytowany przez Antia, 11 Kwi 2023 15:21, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 11 Kwi 2023 14:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Najwyższa Matka Boska jest w Oruro

Lepiej się czuję niż za pierwszym razem, kiedy pojawiłam się w Oruro. Miałam trochę wolnego czasu przed lotem, więc na śniadanie i herbatę z koki na pobliski rynek. W garkuchni takiej ulicznej, można się dobrze, smacznie i tanio najeść.
Taksówką potem pojechałam pod górujący nad miastem, najwyższy na świecie pomnik Matki Boskiej, Monumento a la Virgen Candelaria. Patronka górników Dziewica z Socavon ma wysokość 45 metrów. Dla porównania pomnik Chrystusa ze Świebodzina ma „zaledwie” 36 metrów. Całość została zaprojektowana w taki sposób, by była odporna na ruchy sejsmiczne. Gwiazdy w płaszczu Maryji, to okna z których można podziwiać panoramę okolicy.

Sprawdziłam na mapie, Matka Boska Gromniczna stoi na wysokości blisko 3900 m.n.p.m i jeszcze trzeba sporo pod górkę wejść od parkingu.

Wypruję sobie tu płuca, góry i chodzenie po nich, to zupełnie nie moja bajka. Podobno, jak Mama była ze mną w ciąży i pojechała w nasze polskie góry, to bardzo się cały czas źle czuła. Widać jeszcze przed urodzeniem wiedziałam, że będę występować w innych bajkach, nie tych na wysokościach.

Do monumentu Matki Boskiej można dojechać z miasta taksówką za 20 bobów, lub kolejką linową, której dni działania są inne niż podano na drzwiach wejściowych dolnej stacji.

Oruro jest też słynne na cały świat że swojego barwnego i widowiskowego karnawału. Wpisanego zresztą jako dziedzictwo kulturowe UNESCO. Trzeba pomyśleć nad kolejną wizytą w Oruro.

Lot z Oruro do Cochabamby tak intensywny, że palce bolały od wbijania ich w fotel przede mną. Uwielbiam latać, nie boję się turbulencji, ale te na trasie Oruro- Cochabamba były wyjątkowo spadziste. Jak we snach, kiedy budzisz się z uczuciem spadania, to tu na jawie się dzieje.
W Cochabambie taksówką do hotelu. Kolejny celny strzał. Nowy pensjonat z pięknym kolonialnym wystrojem wnętrz. Cena też niezła, jak na lokalizację blisko starówki. Godny polecenia i do odwiedzenia w przyszłości. Casa San Martin jest przy klasztorze dominikanów.

I filmik:





Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)


Ostatnio edytowany przez Antia, 11 Kwi 2023 15:23, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 11 Kwi 2023 14:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Procesja wielkopiątkowa w Cochabambie
W Cochabambie niedaleko Plaza 14 Septiembre trwały właśnie przygotowania do procesji wieczornej Wielkiego Piątku.

Uformował się orszak ze szklano- złotą trumną zmarłego Chrystusa. Za trumną biskup w otoczeniu duchowieństwa wraz z asystą kościelną, za nimi świta wojskowych, cywilów i dyplomaci, wojskowa kompania honorowa oraz setki wiernych.

Ulice na starówce zamknięto, było mnóstwo spacerujących ubranych na czarno ludzi. Kiedy procesja ruszyła punktualnie o 18, wszyscy zaczęli nagrywać telefonami. Jezus w szklanej trumnie, dym, bębny i las świecących telefonów.
Taką procesję widziałam ostatnio w Pedasi, w Panamie. Tu duże miasto, więcej wiernych i głośniejsze bębny i puzony.
Spacerując po starówce trafiłam na obleganą kawiarnię Dumbo z nieznanymi mi smakami lodów i lodowych koktajli. Dobre miejsce na wieczorny relaks. Kiedy procesja przechodziła ulicą obok, zgaszono wszystkie światła, muzykę i zasłonięto żaluzje. Na stolikach pojawiły się świeczki. Dobre kilkanaście minut wkoło było słychać żałobne marsze i religijne pieśni.

Boliwijczycy są bardzo religijni, młodzi czy starzy jednakowo mocno okazują swoją wiarę.
Po przejściu procesji gwar i ruch w kawiarni powrócił. Na ulicach pojawiły się też obwozne stragany z jedzeniem. Kolejki stały nawet na ulicach, tamując ruch samochodów przywrócony po przejściu procesji wielkopiątkowej.

Z ciekawostek, w Boliwii czas między Wielkim Piątkiem a świąteczną Niedzielą, to czas bez Boga. Wtedy też policja odnotowuje więcej przywłaszczeń. La Kespiyariña, to zwyczaj andyjski, nadal obchodzony w Boliwii. Indianie wierzą, że w tiempo santo Boga nie ma, nikt zatem nie osądza ich złych uczynków, można więc kraść.


I filmik:




Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 11 Kwi 2023 22:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 370
Loty: 1219
Kilometry: 2 433 138
platynowy
Wspaniałe miejsca, świetne ujęcia. Dopiero co tam byłem ale tylko na Salarze - Boliviana nie dowiozła mnie do Cochabamby, do dzisiaj nie oddała za bilety.
W Uyuni są czynne kawiarnie od 5-6 rano, gdzie można się ogrzać i wypić coś ciepłego.
Jakie temperatury doświadczyłaś na Salarze w ciągu dnia? W nocy to wiadomo, że bardzo zimno. Czy woda jest w kwietniu dookoła wyspy Incahuasi?
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 11 Kwi 2023 22:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Hej

W dzień ma salarze było ciepło na krótki rękaw i klapki.
Wody dookoła wyspy nie było.
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 12 Kwi 2023 13:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Nie miałam czasu na zwiedzanie Cochabamby, której nazwa od razu mi przylgnęła do ucha. Wychodzi na to, że trzeba będzie tu wrócić.

Generalnie Boliwia jest do ponownych odwiedzin, nawet jak trzeba będzie walczyć z chorobą wysokościową.

Lot z Cochabamby liniami BOA spokojny, dość szybko skończyły się Andy i za oknami miałam widok na nizinną zieleń dżungli.

Z lotniska Viru Viru tym razem do centrum dojechałam minibusem numer 135 za całe 6,50 boba (3,90 zł). Wolniej niż taksówką i znacznie taniej. Uber pokazywał mi cenę 56 bobów, czyli 34 zł.

Po drodze do hotelu mam rynek ze świeżymi rybami. Już wcześniej grillowane ryby serwowane w knajpce przy wejściu, reklamował kierowca jednej z taksówek. I rzeczywiście, pełno ludzi, brak wolnych stolików. Wkoło smakowity smak pieczonych ryb.

Była szeroka pirania pako i smuklejsza pomarańczowa sabalo o wielkich ustach. Nie dałam rady zjeść całej, bo wielka na łokieć. Jednak taka pyszna, że można palce lizać. Do tego dwa wielkie kubki domowej lemoniady i człowiek od razu jest szczęśliwy.

Na targowisku obok nie tylko można kupić świeże i grillowane ryby. Są owoce, warzywa i stanowiska usługowe. Rząd szewców czekających na klientów, szwaczki naprawiające na poczekaniu ubrania.

Taki nietypowy rynek jest na calle Florida w Santa Cruz.

I filmik:



Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 13 Kwi 2023 17:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Sty 2013
Posty: 402
Loty: 985
Kilometry: 2 186 000
złoty
Wielkanocne pożegnanie z Boliwią

Wielkanocne przedpołudnie Domingo de Resurección, spędziłam pod Katedrą Santa Cruz. Ostatni spacer po starówce i obserwowanie tutejszych mieszkańców.

W kościele na przedpołudniowej mszy rezurekcyjnej było zdecydowanie mniej wiernych niż w sobotę. Większość siedziała w knajpach, rodzinnie i wesoło. Pięknie kwitnące na różowo drzewo butelkowe (toborochi, ceiba speciosa), żółto pomarańczowe kwiaty plumerii, pięknie tu jest. Wracając do hotelu znów trafiłam do kawiarni Dumbo i znów skusiły mnie nieznane smaki lodów. Lody o smaku jagód acai i owocu achachairu, żółtej kulki spokrewnionej z mangostanem. Naturalnym środowiskiem achacha są lasy deszczowe Amazonki. W języku Indian Guarani nazwa oznacza miodowy pocalunek. W twardej żółtej skórce skrywa się biały aromatyczny miąższ. Pyszne są też soki z achachairu.

Po południu miałam zaproszenie na obiad z rodziną Arturo. Przyjechał po mnie ze swoim wesołym kolegą. Pojechaliśmy do eleganckiej restauracji, gdzie czekała już Rosalinda, żona Artura i dwójka ich dorosłych synów.
Tam spędziliśmy fajny czas na degustacji wybornej wołowiny, sałatek i dodatków. Niektórych nietypowych, jak ryż z żółtym serem. Do tego dobre czerwone wino a na koniec deser. Nie jestem fanką wołowiny, ale muszę przyznać, że ta którą jadłam w Boliwii, jest wyborna.
Wieczór na pakowaniu i pisaniu prześcieradeł, czyli tekstów.
W nocy lot do Panama City i dalej.
Już wiem, że wrócę do Boliwii, bardzo mi się tu podoba. Od przyrody, zabytków i jedzenia, po życzliwych i pogodnych ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Jest tu wiele interesujących tematów i miejsc. Coś czuję, że będzie to kolejny mój ulubiony kierunek wojaży.

p.s. w Boliwii nie działa od 3 lat poczta, więc niemożliwe jest wysłanie pocztówek. To chyba pierwszy kraj na świecie, który nie ma poczty. Działają tylko prywatne firmy kurierskie. Czy i u nas do tego dojdzie, że zamkną urzedy pocztowe, w których już teraz jest niewielu klientów?

I filmik:




Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

[img]https://uploads.tapatalk-cdn.com/20230413/2a733307060
435085604e9bfa1bb42e2.jpg[/img]

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Image

Same fotki, czyli https://www.instagram.com/atamancia/
Blog o moich podróżach http://atamanka.pl uwaga, dużo zdjęć ;)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 16 Kwi 2023 13:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Sie 2012
Posty: 679
srebrny
Piękna wyprawa! Poczta w Boliwii istnieje: https://www.correos.gob.bo ale wygląda na wymierającą instytucję. Podobnie jest w Kolumbii czy Gwatemali skąd trudno wysłać już pocztówkę. W tych krajach albo cieżko trafić na urząd pocztowy, albo jak się już uda, to i tak nie wiedzą co z taką pocztówką zrobić :lol:
_________________
Moje relacje: WIetnam - taki piękny chaos
Singapur, Kuala Lumpur, Japonia
Meksyk: Relacje z podróży » Ameryka Północna » Ale Meksyk!
Chiny: Relacje z podróży » Azja Południowo-Wschodnia »Azja Południowo-Wschodnia »Pekin i Szanghaj - czyli nigdzie nie lecimy
Góra
 Relacje PM off
Antia lubi ten post.
 
 
 [ 15 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group