Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 31 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 21 Cze 2018 14:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Witam wszystkich podróżników! ;)

Jest to moja pierwsza relacja. Nie chcę Was zanudzić zbyt długim tekstem, choć do napisania jest naprawdę wiele. Może fotki nie będą tak wspaniałe, jak w innych relacjach, ale postaram się opisać te kwestie, które najczęściej są poruszane i zastanawiające dla osób, obierających ten kierunek. Podam też wiele cen, gdyż nie ukrywając, brały one duży udział w planowaniu naszej eskapady.

Otóż pomysł wyjazdu do Tajlandii narodził się kilka lat wcześniej. Było to marzenie zarówno moje, jak i mojej dziewczyny Moniki.
Do tej pory podróżowaliśmy z biurami - Alanya, Zakynthos, Marsa Alam + kilka europejskich miast na wypady kilkudniowe.
Choć nie jesteśmy typami "wygodnisiów", co mieszkają w dobrych hotelach i piją drinki z palemką w restauracji przy plaży, to jednak Tajlandia wydawała nam się nierealna, przede wszystkim ze względów finansowych, jak również logistycznych.

Latem 2017 postanowiliśmy, że szukamy biletów do Bangkoku. Szło nam mozolnie, ceny powyżej 2000 zł za osobę, nie były akceptowalne.

"Truskawka na torcie", czyli historia zakupu biletów, którą znajomi opowiadają przy każdej możliwej okazji :lol:
Dziewczyna w lipcu broniła się na studiach i za punkt honoru obrałem sobie, że zrobię jej niespodziankę i w "nagrodę" kupię te upragnione bilety. Szukałem, szukałem i ... nic. Ale jak to ?! Przecież ludzie piszą, że znajdują poniżej 2 tysi :shock:. Lipiec zbliża się nieubłaganie, a ja dalej w kropce.
No i najlepsze, uwaga uwaga: tydzień przed wspomnianym egzaminem dziewczyny, siedzimy przed komputerem w wolny dzień, przeglądamy zdjęcia, czytamy relacje i tak dalej, a cały wieczór Monika wydaje mi się jakaś smutna, przygnębiona. Chcąc Ją pocieszyć mówię: "Nie bądź smutna, mam dla Ciebie niespodziankę, dam Ci, jak tylko zdasz egzamin". Nie wiem czemu tak wypaliłem (?), często tak niestety mam. :? Oczywiście dopytywanie się, zgadywanie co to może być i branie mnie pod włos. Oczywiście jako "miękka faja" uległem i padło:
Monika: "coś związanego z Tajlandią?"
Ja: "tak..."
M: "no proszę, powiedz. Teraz to już w ogóle nie skupię się na nauce"
J: "kupiłem bilety, chciałem zrobić Ci niespodziankę, dam Ci, jak się obronisz, za tydzień"
M: "nie wierzę, powiedz, że to nie sen, pokaż potwierdzenie..."

No i to mnie zabiło. POKAŻ POTWIERDZENIE :? Serio?! Tego nie przemyślałem :roll: :lol:
Choć był moment poprawy nastroju, euforii, rzucenia się w ramiona, to jednak po chwili musiałem wymyśleć coś z tym nieszczęsnym potwierdzeniem...
No i koniec "tajskiego snu". W końcu musiałem: "Monia, nie kupiłem jeszcze, ale jestem pewny, że kupię w tym tygodniu.."
Kurde, źle to obmyśliłem. Płacz, wkurzenie, obrażenie... Po co mi to było ?! Chciałem tylko poprawić Jej humor. Oczywiście wiadro pomyj dostałem, że po co Jej robię nadzieję, po co tak w ogóle mówię i tak dalej...
Chciałem dobrze, wyszło jak zawsze :lol: Klasyka...

No nic, teraz nawet bez promki, muszę je kupić, oczyścić choć trochę moje dobre imię.
No i stało się! Dwa dni później kupiłem. Bezpośrednio ze strony Qatar Airways za bagatela 1910 zł/os.
I tak bez tragedii. :D
Dopiero po kilku godzinach doszło to do mnie. Kurde, KUPIŁEM ! MARZENIE SIĘ SPEŁNI! :o :D
Co prawda chudszy o prawie 4 klocki, ale szczęście aż mnie rozrywało.

Dzień egzaminu, bilety, bukiet kwiatów i ruszam na Uczelnię. Wręczam, płacz (tym razem ze szczęścia) i ponowne rzucenie się w moje ramiona. Ach, ja to potrafię robić NIESPODZIANKI! :roll: :lol: :mrgreen:

Dzwonimy do znajomych (nie byli jeszcze nigdy w życiu za granicą):
My: "Siemanko, co robicie w lutym? dostaniecie urlop? Kupiliśmy bilety do Tajlandii, na dwa tygodnie, lecicie z nami?"
Znajomi: " Że gdzie?! Na ile?! Przecież my najdalej byliśmy w Sopocie - 3 godziny drogi autem z Warszawy. Ile tam się leci?"
M: "18 godzin :D "
Z: "Ileeee ?! Kurła, ile kanapek trzeba wiąć..."
M: "Lecimy Qatarem, jedzenie na pokładzie, w cenie biletu"
Z: "No dobra, lecimy!"

No i po kilku godzinach też kupili bilety. Spotkaliśmy się w czwórkę wieczorem, tego samego dnia. Wszyscy już mieliśmy potwierdzenie na mailu, ale dalej nie dowierzaliśmy. Kurde, może wydaje się teraz śmieszny, jesteście zażenowani, ale... dla nas to naprawdę była WIELKA sprawa ! Siedzieliśmy przez dobrych kilkanaście minut w ciszy, każdy przeglądał wygooglowane fotki z Tajlandii na swoich telefonach, a dopiero kilka chwil później zaczęliśmy rozmawiać. Urlopy, pieniądze, hotele, gdzie i jak... Pytań nie było końca. Daliśmy sobie czas, żeby ochłonąć. Logistykę wziąłem na siebie. Uwielbiam szukać połączeń, hoteli, rozwiązań, itd. :twisted:

W końcu wyszło tak, że ja z Moniką się wszystkim zajmiemy, a znajomi mają się o nic nie martwić. Oczywiście zapytaliśmy, co chcieliby robić, co zobaczyć i tak dalej, to jednak w odpowiedzi usłyszeliśmy, że zdają się na nas i się dostosują. Dobra! Pasuje!

Nocnych rozmów nie było końca. Którą wyspę wybrać? Tak, wyspę, bo marzy nam się trochę rajskości, a tym samym mniej komerchy.
"Tajlandia przereklamowana!", "Tłumy ludzi!", "Już nie tak tanio, jak kiedyś" - trochę nas to przerażało, ale takie informacje staraliśmy się potwierdzać u wielu źródeł i opinii.

Zrobiliśmy sobie listę, takiego naszego "must see" i wyszło, że zobaczyć chcemy:
- słynną Maya Bay, na której to kręcili "Niebiańską plażę" z DiCaprio.
- sanktuarium słoni, gdzie nie będziemy jeździć na nich i ich je zamęczać, a nakarmimy, wykąpiemy i poznamy ich naturalne środowisko, takie, w którym są szczęśliwe i dobrze traktowane.
- małpy! Tak, jesteśmy animalsami gdyby ktoś pytał. Naturalne środowisko, gdzie żyją zwierzątka to jest to, co kochamy.
- Koh Nang Yuan, słynna wysepka, z której widzieliśmy przepiękne fotki.
- Bangkok, świątynie, mnisi i Khao San

Takich "obowiązkowych" punktów było oczywiście jeszcze więcej, ale zeszliśmy na ziemię, że wszystkiego przecież nie zobaczymy przez dwa tygodnie, więc drogą selekcji wyszło nam tak. Oczywiście tajska kultura i słynny Street Food z PadThaiem w roli głównej! :P

Po researchu wyszło na to, że najlepsze/ najlepiej oceniane Sanktuarium Słoni jest na północy Tajlandii, a mianowicie Chiang Mai. Jednak podróż tam jest dość długa, dlatego też poszukaliśmy alternatywy i padło na Phuket - Elephant Jungle Sancuary (4.5/5, wg Tripadvisor), tam od razu Maya Bay, Koh Phi Phi i Monkey Hills (wzgórze małp).

Wszystko zaczęło się klarować, powoli nasz Plan Podróży nabierał kształtów. Tak więc stwierdziliśmy, że od razu po wylądowaniu w Bangkoku przenosimy się na wyspy, a na koniec 2-3 dni przeznaczamy na Stolicę.

Wyszło więc tak:
Warszawa -> Bangkok -> Phuket (5 nocy)-> Koh Phangan (3 noce)-> Koh Tao (3 noce)-> Bangkok (2 noce)->Warszawa.


W międzyczasie zabukowaliśmy przez internet kilka transferów:
* Lot z Bangkoku na Phuket - LionAir, 75 zł/os
* Transfer łączony, bus + prom z Phuket na Koh Phangan ( 100 zł/os)
* Lot z Suratthani do Bangkoku - AirAsia, 70 zł/os



Zamówiliśmy też noclegi. W większości korzystaliśmy z Bookingu i Agody.
Nocleg na Phuket - 35 zł/os/doba
Nocleg na Koh Phangan - 30 zł/os/doba
Nocleg na Koh Tao - 55 zł/os/doba
Nocleg w Bangkoku - 25 zł/os/doba

Wcześniej napisaliśmy maila do wspominanego Elephant Jungle Sanctuary i zarezerwowaliśmy odwiedziny w Sanktuarium w opcji "Morning Visit". Tam po minimalnej, lecz nie nachalnej negocjacji wytargowaliśmy cenę 2000 THB/os, tj. około 210 zł (normalny bilet to koszt 2500 THB.)

Wszystkie te koszty rozłożyły nam się na przełom kilku miesięcy, także wielce nie odczuliśmy tego faktu.
Pozostałe wydatki to koszty życia na miejscu i jedynie transportu z Koh Phangan na Koh Tao, który chcieliśmy ogarnąć już na miejscu.

Pozostało nam wyczekiwać do końca roku, później już z górki...

p.s. mam ogromną nadzieję, że nie przysypiacie i dalsze części relacji chętnie przeczytacie :)
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 21 Cze 2018 16:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
WYLOT !

3 luty 2018, Warszawa Chopina.
Wylot o godzinie 17:30.
Airbus A330-200 już czeka...
Image

Szerokie i wygodne fotele. System rozrywki na wysokim poziomie, niczego nam nie brakuje. W sumie to miał być dla nas TYLKO środek lokomocji, ale czujemy się naprawdę wyśmienicie. :D
No i to co widziałem w amerykańskich filmach, w końcu miało przełożenie na realne życie - Monitor, a na nim pokazana trasa lotu na żywo - ŁAŁ ! :o :D
Jarałem się jak dziecko, co rusz przełączając opcje w monitorze, który każdy miał przed swoim nosem. Wysokość i prędkość lotu, położenie, informacje o krajach nad którymi przelatujemy, muzyka, filmy i gry...
Image

Jako, że w podróży mam problem z zaśnięciem, a po wylądowaniu chcę być na siłach, to zamawiam whiskey z colą, dzięki któremu mam nadzieję, że zasnę. Nic z tego. Ekscytacja samolotem i podróżą nie daje mi nawet myśleć o śnie.
Po dwóch godzinkach wjeżdża posiłek, który wybraliśmy już podczas internetowej odprawy.
Wybredni nie jesteśmy, a przy tym niewiele wymagający. Kurczak z ryżem w curry, do tego sałatka z ciecierzycy, sałatka z owoców i jakieś pierdoły. Całkiem smaczne, do zjedzenia.
Image


01:00 w nocy lądujemy w Doha. Godzina na przesiadkę.
Lotnisko robi wrażenie. Duże, czyste i znakomicie oznakowane.
Image

02:20 ruszamy dalej...
Za oknem takie widoki !
Image

Podczas drugiego odcinka lotu również dostajemy posiłek, który wybieramy już na pokładzie, z podanej nam karty dań.
Wybraliśmy zatem opcję śniadaniową, w której to dostaliśmy świeże bułeczki, dżemy, jogurty i owoce. Smaczne i pożywne śniadanie.

12:30 lokalnego czasu, lądujemy w BANGKOKU (BKK).
Lotnisko ogroooomne. Chyba z 15 minut idziemy do wyjścia. Wcześniej swoje odstać trzeba w kolejce do odprawy wizowej. Tam wypełniamy papiery i przechodzimy bramki. Mimo wcześniejszych uprzedzeń, że na lotnisku trzeba odstać godzinę - półtorej żeby się wydostać, w naszym przypadku było to około 25-30 minut ze wszystkim.

Zanim jednak poczujemy zapach tajskiego powietrza, to chcemy pozałatwiać karty do telefonów i wymienić kasę.
Tak więc za 500 THB (52 zł) kupujemy karty firmy dTac, które były nam polecane i faktycznie egzamin zdały na 5!
Następnie udajemy się do również polecanego kantoru (SuperRich, pomarańczowy, na poziomie -1).
Pierwsze zakupy w sklepie i ruszamy do wyjścia.
Image
Image


Po wyjściu z lotniska towarzyszy nam ogromna ekscytacja, jak również strzał dusznego, śmierdzącego powietrza.
Jesteśmy w Tajlandii !!! :D

Tego samego dnia o 17:45 ruszamy samolotem linii LionAir na Phuket.
Start mamy z drugiego lotniska w Bangkoku (DMK).
Jako, że niespecjalnie się spieszymy, nie zamawiamy taxi. Szukamy przystanku Shuttle Busa, który za okazaniem ważnego biletu na wylot z drugiego lotniska, zabiera nas za darmo.
Busy te mają odjazdy co około 30 minut, więc bezproblemowo się pakujemy i ruszamy w 50 minutową przejażdżkę.
Po drodze mijamy ogroooomne korki i setki skuterów. Zmęczenie daje się powoli we znaki, więc za wiele nie rozmawiamy, tylko podziwiamy to, co za oknem.
Lotnisko Don Muang malutkie, tak więc szybka odprawa i czekamy na ostatni już tego dnia, 45 minutowy lot na Phuket.

Na Phuket jesteśmy przed 19:00. Plecaki na plecy i szukamy transportu.
Mnóstwo nagabywaczy wita nas od samego przekroczenia progu lotniska. Jednak zgodnie ze swoimi założeniami odchodzimy dwie uliczki dalej. Akurat czas na spokojne złapanie oddechu i dotlenienia płuc :twisted:
Praktycznie z każdym pokonanym przez nas metrem cena transportu skutecznie maleje.
Od proponowanej nam przy lotnisku ceny 900-1200 THB, aż po 600 THB na którą się decydujemy, jakieś 100 metrów od lotniska.
Przemiły starszy Taj pakuje nasze plecaki do bagażnika, odpala klimę i ruszamy.
Jedzie tak, że dziewczyny z tyłu zielone z przerażenia :mrgreen: ja z kumplem wniebowzięty, a kierowca przyspiesza i bardziej szaleje, jakby wprost proporcjonalnie do naszego strachu.

Po godzinie jazdy meldujemy się w hotelu Benjamin Resort, tuż przy plaży Kamala. Meldujemy się, rzucamy plecaki i ruszamy na główną ulicę w poszukiwaniu jedzenia.
Zapachy z pobliskich knajp i garkuchni zaostrzają jeszcze nasz apetyt.
Jako, że jesteśmy padnięci po podróży decydujemy się na pierwszą lepszą restaurację.
Zamawiamy 4 PadThaie, piwka i koktajl ze świeżego mango.
Mmmm, niebo w gębie, palce lizać :D
Image
Image
Image

W takiej atmosferze, rozkoszując się klimatem i jedzeniem siedzimy do późnych godzin wieczornych i idziemy odespać dłuuuugą podróż...
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#3 PostWysłany: 21 Cze 2018 16:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 457
Loty: 220
Kilometry: 341 828
niebieski
Urocze :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 22 Cze 2018 00:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Phuket - dzień pierwszy (05.02.)

Mocne zderzenie z egzotyką! :shock: :D

Często jak czytaliśmy Wasze relacje, to przecieraliśmy oczy ze zdumienia, jakie historie Was spotykały. Zastanawialiśmy się, czy macie wyjątkowego pecha, czy to "podkoloryzowane" historie. Przecież przyjechaliśmy tu mocno przygotowani i jak dotąd każdy element podróży przebiegł bez najmniejszego problemu...

Budziki nastawione na 09:00...
Co by jednak odespać trudy podróży i naładować baterie na pierwszy, słoneczny i długi dzień.

Śpiąc, poczułem mocne szarpnięcie za barki i wystrzeliłem z łóżka jak z procy. Monika szarpie mnie i krzyczy, żebym wstawał!
Patrzę na zegarek... 05:15. Co się dzieje? O co chodzi? Ktoś z impetem uderza w drzwi od naszego pokoju. Kurła, terroryści? Atak jakiś? Chcą nas okrasć?! Przerażenie ogromne. :shock: Otwieramy drzwi, wychodzimy na korytarz, tam już stoi równie zszokowana para naszych znajomych, lecz oprócz nich nikogo więcej nie ma.
Nagle słyszymy przerażająco głośne: "pomocy! błagam, pomóżcie mi ! ". Po schodach zbiega roztrzęsiona, zapłakana kobieta, Polka. I znowu: "błagam, pomóżcie!". Bez chwili zastanowienia biegniemy za nią, piętro wyżej. Po drodze próbuje opowiedzieć nam o co chodzi, lecz jest tak zdenerwowana, że ciężko ją zrozumieć. Jedyne co do nas dotarło, to fakt, że coś nie tak dzieje się z jej mężem. Wchodzimy do ich pokoju, a tam facet leży na łóżku, wpół nagi, odwodniony, cały w wymiocinach. Widok przerażający. Nie ma z nim żadnego, najmniejszego kontaktu. Kobieta się minimalnie opanowuje i stara się nam przekazać niezbędne informacje. Jej mąż cały poprzedni dzień miał duże problemy żołądkowe, które nasiliły się w nocy. Okazało się, że cała rodzina nie zna nawet słowa po angielsku (sic!). Żadnego... Ale w tej chwili nie było czasu na dopytywanie się. Schodzimy do recepcji, dzwonią po karetkę, która jak dowiadujemy się po chwili... nie dotrze! Pracownicy hotelu mówią, że zorganizują tuktuka, który zawiezie do szpitala. W międzyczasie dalej próbujemy pomóc, gdyż kobieta nie wie nawet w jakiej firmie są ubezpieczeni. Nic, zupełnie nic. Wyciąga dokumenty, dzwonimy do ubezpieczyciela, który wskazuje szpital, do którego mogą się udać. Znosimy jej męża na dół. Stoi tuktuk! Układamy człowieka na "pace" i ruszają...

Dobrą następną godzinę siedzimy w czwórkę i dyskutujemy. W ogóle nie mamy na uwadze tego, że jesteśmy rozbici po zaledwie 5cio godzinnym śnie. Adrenalina dała nam mocnego kopniaka. Nasuwało się mnóstwo pytań:
- Jak to się stało, że rodzina z małym dzieckiem (tak, była tam jeszcze 7 letnia dziewczynka) jedzie do tak odległego kraju bez najmniejszych podstaw języka?
- Jak to się stało, że człowiek cały dzień (!) ma duże problemy gastryczne i nic z tym nie robi? Bez najmniejszej pomocy, bez nawodnienia leży po prostu w pokoju?
- Jak to się stało, że ludzie Ci nie mieli pojęcia gdzie są ubezpieczeni, jaki jest numer do ubezpieczyciela i do kogo zgłosić się w razie takiej kryzysowej sytuacji?

Absolutnie nikogo nie oceniam, absolutnie! Po prostu nad tymi pytaniami się długo zastanawialiśmy i całą sytuacją byliśmy bardzo przejęci. Pomimo ogromnych podziękowań nie doczekaliśmy się Państwa w naszym pokoju (mimo zapewnień i naszych próśb) z informacjami, jak zdrowie rodaka. Sami chodziliśmy do ich pokoju, żeby się dopytywać. Na szczęście kroplówka i kilkugodzinny pobyt w szpitalu postawił człowieka na nogi, ale zapewne była to dla nich wielka nauczka i ogromne doświadczenie. Niech to zatem będzie nauczka także dla innych, żeby choćby podstawowe zwroty czy numery emergency znać. Warto też mieć ze sobą podstawowe lekarstwa, tym bardziej w kraju, gdzie jest inna flora bakteryjna.

To na tyle.
Wybija 7 rano i wita nas piękny, słoneczny poranek, w oddalonej niespełna 8 500 kilometrów Tajlandii.
20 metrów od naszego hotelu jest 7/11 (seven eleven, nasza "żabka"). Przyjmujemy kawkę z automatu (18 THB) i tosty (22 THB/2 szt), które towarzyszą nam również podczas kolejnych dni. Tosty są w opakowaniach, w lodówce, a następnie wsadzane przez pracownika sklepu do opiekacza i serwowane na ciepło. Super sprawa!
Image
Image

Tak oto szybkim krokiem ruszamy w stronę plaży.
Długa, piaszczysta, bardzo czysta plaża. Tajskie łódki, przyozdobione kolorowymi wstążkami przycumowane przy brzegu. Widok nieco psuje ilość kolorowych leżaków, ale w tym dniu marzy nam się rozłożyć, wejść do wody i wyczilować. :D
Image

Image

Image

Image

Woda zupa, żar się leje z nieba, a my rozkoszujemy się błogim lenistwem.
Ten dzień zaplanowaliśmy jako "zapoznawczy".
Delektujemy się świeżo ściętym kokosem (4THB/szt) O tak, zdecydowanie tego nam było trzeba! :D
Image

Po kilku godzinach ruszamy wolnym krokiem znaleźć jakąś przyzwoitą kuchnię. Głodni bardzo nie jesteśmy, dlatego też szukamy miejsca, w którym zauważymy wielu lokalsów. No i strzał w 10 ! Jedzenie pyszne, ceny niskie, uśmiechnięci Tajowie i Tajki wokół.
Jadaliśmy w tym "lokalu" jeszcze przynajmniej z 5 razy.
Za 4 dania, 2 zupy i colę dla wszystkich osób zapłaciliśmy łącznie 350 thb (około 9 zł/os)
Image

Image

Image

Po obfitym obiedzie włóczymy się po okolicy.
Mnóstwo sklepów ze świeżymi owocami. Garkuchnie z kurczakami, owocami morza, naleśnikami z nutellą czy stoiska z robionymi na miejscu koktajlami z owoców. Jednym słowem - dużo się dzieje! Wracamy na plażę, złapać trochę kolorków.
Po drodze dziewczyny utwierdzają nas w przekonaniu, że na suveniry każda pora jest dobra i "buszują" po stoiskach z różnego rodzaju duperelami.
Będąc już przy plaży, pierwszy raz słyszymy słynne "taaaaj masaaaaż" i w dobrych nastrojach szukamy dobrego miejsca na wypoczynek.
Image
Image

Wieczorkiem jemy pyyyszne naleśniki ze straganu.
Nutella + banan + mango - nasze ulubione połączenie (50 thb), choć konfiguracji było baaardzo dużo.
Naleśniki prosto z patelni, chrupiące - palce lizać.
Na dokładkę tajskie lody (80 THB), które są robione z naturalnych składników i rolowane na naszych oczach. Sposób ich przyrządzania robi wrażenie.
Podane w łódeczce, z dowolnym dodatkiem. Porcje były tak gigantyczne, że w kolejnych dniach rozkładamy sobie je na dwie osoby.
Image

Ostatnie zakupy w 7/11, zgrzewka wody, trochę mocniejszych trunków i wybieramy się posiedzieć na plaży, na spokojnie.
Nasza lodówka wygląda tak:
Image

Więc czas ją nieco opróżnić...

Image
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 22 Cze 2018 02:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
-- 22 Cze 2018 01:51 --

Oho, jednak muszę "ściaśniać" relację, żeby nie było 15 osobnych postów.

Dzień drugi (06.02.)

Słonie i Jet Lag


Jak już wcześniej wspomniałem, przez internet zabookowaliśmy wejściówki do Elephant Jungle Sanctuary.
Wybraliśmy opcję Morning Visit, więc zbiórka pod hotelem była w przedziale 6:30-7:30.
Znowu średnio wyspani...
Jet Lag? coś tam słyszeliśmy, ale totalnie zbagatelizowaliśmy. Przynajmniej odczuliśmy to na własnej skórze.
Wszyscy jak jeden mąż, wstaliśmy na takim kacu, jak co najmniej po weselu u wujka Romka w Wólce Kosowskiej. :shock:
Już myśleliśmy, że dopadło nas jakieś zatrucie, bo wc okupowane było na przemian.
Jednak pożywne śniadanie, mocna kawa, dobre izotoniki i można ruszać ! :D

Bus pojawił się bez żadnego opóźnienia, a droga na spotkanie z wymarzonymi słoniami wyglądała tak:
Image

Po 45 minutach jazdy meldujemy się u celu.
Dojeżdżają kolejne busy, więc w grupie około 20 osób zaczynamy spotkanie z założycielami Sanktuarium i wolontariuszami, którzy opowiadają nam o tym wyjątkowo pięknym miejscu i opisują każdego jego mieszkańca.

Wszyscy już pod stołem przebierają nogami, żeby spotkać się z milusińskimi.
Są! Wytaczają się z "dżungli" coraz to większe okazy :shock: :D
Wolontariusze zabierają nas do pomieszczenia, w którym przygotowują specjalne jedzenie dla słoni.
Każdy dostaje po koszu owoców (banany, arbuzy) i ruszamy na pierwsze, bliskie spotkanie - karmienie. :D
Image

Image

Image

Image

Po karmieniu czas na trochę fotek i zabawy z małym, półrocznym słonikiem :D

Image

A no i z tej ekscytacji i my zrobiliśmy się głodni. Szwedzki stół, czas na lunch:
na talerzu napaćkane wszystkiego po trochu: pad thai, sajgonki, kurczak w curry. :lol:

Image

Zregenerowani i w pełni sił idziemy do pobliskiego "Bagienka" na kąpiel błotną.
Wolontariusze bardzo uczulają nas, żeby zwrócić uwagę na bezpieczeństwo, gdyż te kilkutonowe zwierzątka z radości przewracają się na bok, do wody i mogą najzwyczajniej w świecie na kogoś upaść...

Z taplania się w błocie niestety nie mam fotek, gdyż brać tam telefon to nie byłby najmądrzejszy pomysł. (będzie na filmiku, na koniec relacji)
Słonie przeszczęśliwe, unoszą trąby do góry i leją nas wodą. :D
Na koniec idziemy razem z nimi pod "prysznic" gdzie opłukujemy je z pozostałości błota po tym ekskluzywnym peelingu.

Image

Reasumując: to było NIE-SA-MO-WI-TE doznanie, móc obcować z tak wielkimi zwierzętami, karmić je i kąpać.
Najpiękniejsze było to, że słonie były wolne, a nie ogrodzone siatką jak w ZOO.
Ten dzień na długo zapadnie w naszej pamięci, jako jeden z piękniejszych. :)

O 14:00 jesteśmy w hotelu. Prysznic, obiad tam gdzie wczoraj i ruszamy wypożyczyć skutery. :D
Cena za jeden to 200 thb za dobę. W zastaw zostawić mamy paszport albo 1000 thb. Wybieramy drugą opcję.
Sympatyczny Taj, ale uczuleni przez innych podróżników na ich "naciągactwo" robimy fotki każdego szczegółu, co by później nie próbowali "Wcisnąć" nam jakiejś obcierki.
Ostatecznie wypożyczamy dwa skutery, każdy o pojemności 125 ccm, tankujemy i ruszamy zwiedzić okolicę.
Image
Image

Obieramy ster na północ i zatrzymujemy się przy coraz to piękniejszych plażach i widokach.
Image

Image

Image


Dzień trzeci (07.02.)

Monkey Hill !

W końcu odespaliśmy! Pobudka o godzinie 08:30, kawa i rozkminianie mapy.
Za cel obraliśmy sobie dziś Wzgórze Małp, które nie jest zbyt popularne wśród turystów, jednak podczas przygotowań trafiliśmy na ciekawostkę o tym miejscu i chcieliśmy zobaczyć.
Szybkie śniadanko w 7/11 (tosty i croasanty z serem i szynką, prosto z opiekacza :D ), pakowanie i zbieramy się do jazdy.

Nawigacja pokazuje 25 kilometrów do celu, a jednocześnie 1,2h - 1,5h jazdy. "Niemożliwe! " niemalże jednocześnie krzyknęliśmy i z wielkim uśmiechem ruszyliśmy w drogę.
Na ulicach SAJGON!. Ruch lewostronny, milion skuterów, wszyscy trąbią, a grupa 14 latków jedzie do szkoły w 6 na jednym skuterze :shock: :lol:

Wyjeżdżamy z miasteczka na jakąś "drogę szybkiego ruchu" 8-) :P i jest spokojniej.
Widoki... zapierające dech w piersiach. Lasy palmowe, okazałe świątynie...
Image

Godzina 10:30, 32 stopnie w cieniu, to na tych skuterkach zaczyna nam też przypiekać.
Ręce momentalnie czerwone, więc przerwa na smarowanie filtrami.
Kurde, nie dziwie się, że mało osób tu przyjeżdża - totalne zadupie! Ale zielone, piękne to zadupie.
Jedziemy i jedziemy, już godzina minęła a do celu jeszcze 7 km. Niby mało, ale przez godzinę przejechaliśmy ich 18. Hmmm..

W końcu nawigacja pokazuje 1,5 kilometra, więc rozglądamy się za bananami.
Pierwszy lepszy stragan i kupujemy chyba z 8 kilogramów :lol:
Bodajże 10 thb za kilogram, a Pani była tak szczęśliwa, że tyle kupiliśmy, że ładowała nam jeszcze więcej.
Tak więc torby upchane po brzegi, kufry skuterów też.

Uff, jesteśmy. Znak "Leave your car/motorbike here! Only walk!"
Patrzymy, kąt nachylenia drogi przed nami to jakieś 30-40 stopni, ale dobra, damy radę!
I tak uradowani ruszamy pod górę, obładowani po uszy bananami...

Idziemy 5 minut, idziemy 10 minut. Nic. Czy to na pewno tutaj?! Wokoło żadnej żywej duszy, same lasy i pośrodku droga.
Ale za to powietrze jakie czyste! Po 15 minutach męczarni spotykamy schodzące osoby, więc pada klasyczne "daleko jeszcze?" - "Kilometr, niedaleko"
Ileee? :shock: Niedaleko? Ten to ma humorek dzisiaj - pomyśleliśmy.
No ale dobra, tyle za nami, to damy radę i ten kilometr.

Gdzieś tak w połowie drogi mija nas skuter...
Nosz kuźwa! Płacz przez łzy - okazało się, że 300 metrów przed szczytem góry jest malutka knajpa, do której wolno wjechać i tam zostawić skuter.
No ale znak był?! Był! Daliśmy ciała... :lol:

Kolejnym metrom towarzyszą przeróżne, dzikie odgłosy padające z pobliskiego lasu.
Mijamy tabliczki, żeby uważać na małpy i ich nie dokarmiać. Dobra, już blisko, więc ostatkiem sił przyspieszamy kroku.
Dotarliśmy! Na przywitanie wybiegły nam pierwsze małpki, nieśmiało zaglądając nam do plecaków.
Image

Image

W końcu na ulicy zrobiło się ich naprawdę dużo, a na niektóre, w szczególności te większe musieliśmy nieco uważać.
Małpy skakały po banany, biegały po gałęziach, uwieszały się nam na plecach...
Kolejne niesamowite doświadczenie i bliskie spotkanie z dziką stroną Tajlandii. :D

Image

Image

Powrót mija znacznie szybciej.
Łapiemy obiad w stałej miejscówce i ruszamy na sąsiednią plażę, odpocząć i nieco posnurkować.
Surin Beach:

Image

Image

Image

Wieczorem próbujemy na opcję "last minute" wykupić wycieczkę na słynną MayBay.
Odwiedzamy kilka lokalnych biur i w końcu "krakowskim targiem" negocjujemy okładkową cenę z 2500 thb na 800 thb/os
Wyjazd jutro rano...

-- 22 Cze 2018 02:34 --

Dzień czwarty (08.02.)

Maya Bay !

Telefony i kamerka naładowane, pakujemy maski, rurki i ruszamy na Maya Bay!!!

7 rano zbiórka pod hotelem, to już u nas standard.
Busem jedziemy lekko ponad godzinę do przystani, na której to wsiadamy w szybką łódź i ruszamy w 40 minutowy rejs po Morzu Andamańskim.

Image

W ramach programu tej zorganizowanej wycieczki odwiedzamy też Monkey Island. Na wyspie jedna małpa, a wokół niej tłum napalonych turystów. My, po wczorajszej eskapadzie tylko uśmiechamy się pod nosem i olewamy tą "atrakcję". Następnie zatrzymujemy się w miejscu, w którym można posnurkować. Skaczemy z łodzi do błękitnej wody i podziwiamy kolorowy, podwodny świat.
Po krótkim snorkelingu udajemy się na lunch u wybrzeża Koh Phi Phi.
Image

No i główny punkt programu - ruszamy na Maya Bay.
Niespełna 10 minutowa przeprawa i wpływamy na wolnych obrotach do słynnej zatoki...
Image

Image

Image

Image :mrgreen:


Plaża mega zatłoczona, ale i tak zrobiła spore wrażenie. Widok wystających, wysokich skład, otaczających zarówno plażę, jak i wyspę - bezcenny.
O tłumie chińczyków, wysypujących się 200 osobowymi grupami ze swoich wycieczkowców wiedzieliśmy już wcześniej, a mimo to się zdecydowaliśmy. Nie żałujemy, choć wiemy, że ludzie jeżdżą o 4 rano, żeby móc w kameralnym gronie nacieszyć się widokiem. Z racji odległości nie dalibyśmy rady tak wcześnie.

Na powrocie przystanek na poczęstunek (a tak naprawdę żeby wydoić nas z kasy) na malutkiej wysepce.
Jak się okazało później .... była to jedna z piękniejszych wysp, na których byliśmy. Mega miłe zaskoczenie.
Gdzieś w pobliżu Bamboo Island.
Image

Wracamy do hotelu około godziny 17:00..
Kolację chcemy zjeść w owianym złą sławą Patong, więc ogarniamy się i ruszamy w drogę.
Podróż skuterami zajmuje nam około 20-25 minut.
Image

Skutery zostawiamy w jednej z bocznych uliczek i ruszamy z buta.
No w tym miasteczku się dzieje, oj zdecydowanie. Już wiem dlaczego tak dużo osób odradzało się tu zatrzymywać.
Mega głośno, smród, bród i szczury biegające po ulicach. Chaos.
Dochodzimy do słynnej Bangla Road. Tatuaże, piercing no i przede wszystkim Go-go. :D
Nagabywacze co 2 metry, każdy zaciąga na "darmowego szota" i "pingpong show".
Ogólnie przed wyjazdem długo zastanawialiśmy się czy iść na ten "spektakl", ale w końcu stwierdziliśmy, że nie.
Wracając do Bangla - kwintesencja "Kac Vegas w Bangkoku", tylko w nieco innej okładce. Chłopaki przyjeżdżający tam bez zbędnego balastu mogą nieźle popłynąć.
U nas kulturka, piwko i kolacja w bocznej uliczce. Swoją drogą bardzo dobra, zresztą jak cała kuchnia w Tajlandii!
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 22 Cze 2018 12:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Dzień piąty (09.02.)

Transport.

W ten dzień zaplanowane mieliśmy przemieszczenie się z Phuket na Koh Phangan.
Do pokonania jakieś +- 400 km.
Wybraliśmy bilet łączony, z firmy Lomprayah bus + prom.

Tak, była też opcja samolotu, ale pomijając fakt, iż bilet był 4x droższy, to jednak zliczając czas dojazdu do lotniska, odprawy, lotu, itd. to niewiele byśmy zaoszczędzili.

Tak więc pobudka o 07:00 i idziemy zwrócić skutery.
I co? A no przesympatyczny Taj dopatrzył się zarysowania, jednak po okazaniu mu wcześniej zrobionych zdjęć, przypomniało mu się, że jednak te ślady skuter miał już wcześniej :D
Odbieramy kaucję, robimy zakupy na drogę i po godzinie podjeżdża bus z firmy Lomprayah, żeby zabrać nas do bazy.

Po godzinie jazdy meldujemy się w głównym punkcie odjazdu autokarów do Suratthani, czyli przystani promowej skąd ruszymy dalej, w stronę wysp leżących w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej.
250 kilometrowa podróż autokarem trwa 5 godzin, z przerwą na toaletę i sklep. Jednak autokar bardzo porządny, nowoczesny i wygodny.
Około 16:00 jesteśmy więc w przystani promowej, w miasteczku Suratthani, skąd czeka nas kolejna, dwugodzinna przeprawa promowa.

Podczas drogi wodnej, wrażenie zrobiły na nas ryby z rodziny Ptaszorowatych, a najnormalniej mówiąc - latające ryby :D które wyskakiwały przed promem i leciały w siną dal. Tak więc na podziwianiu tych stworzeń minęła nam podróż i o 19:00 meldujemy się na Koh Phangan.

Na miejscu, nauczeni doświadczeniem odchodzimy od lotniska dwie alejki i łapiemy tuktuka.
Wcześniej orientowaliśmy się, że transport na tych niewielkich wyspach nie należy do tanich, więc na narzucone nam 1200 THB za 4 osoby, targujemy do 500 THB, co daje po około 12 zł za osobę. :D Z tego co widzieliśmy, niemcy czy też inni podróżni płacili bez zawahania narzucone kwoty.

11 kilometrów drogi pokonujemy w jakieś 30 minut, ciemnymi, krętymi i w połowie polnymi drogami.
Kierowca jak to mają w zwyczaju, za nic nie przejmuje się nami, a tym bardziej bagażami, które przypięte są na dachu pojazdu i co rusz, wręcz wyskakujemy w powietrze po kolejnych wybojach. :mrgreen:

Docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się w Shiraela Backpackers Resort, nieopodal plaży Haad Yao, w północno-zachodniej części wyspy.
Meldujemy się i z racji późnej już godziny jemy kolację w restauracji hotelowej.
Za małą pizzę dla jednej osoby przyszło zapłacić nam bagatela 250 thb, cola to wydatek rzędu 40 thb. Nuggetsy z kurczaka z frytkami to natomiast 320 thb. No ale dobra, raz nie zawsze.
Następna godzina upływa na czilowaniu w bardzo klimatycznej części barowej kompleksu.



Dzień szósty (10.02.)

Eksploracja, widoki i zatrucie.


Nie mogliśmy się doczekać tego dnia, po tym jak przyjechaliśmy po ciemaku, to nic nie było widać.
Otóż, budzą nas odgłosy biegających małp po dachu naszego bungalowa oraz niesamowity świergot przeróżnych ptaków.
Czujemy się jak po środku dżungli. Wstajemy i naszym oczom, w pełnym słońcu ukazuje się widok naszego lokum pośród przepięknej zieleni, palm i kolorowych kwiatów.
Image

Image

Image

Narażę się pewnie trochę Monice, ale uczciwie muszę przyznać, że na co dzień ma naturę leniucha. Na wyjazdach jednak wstępuję w nią duch prawdziwego podróżnika - odkrywcy. :twisted: Tak było i tym razem. Naciska na szybki wymarsz z miejsca zakwaterowania. Pukamy do znajomych - śpią. No dobra, ruszamy sami, rozejrzeć się po okolicy.
Wynajmujemy skuter, taka sama cena (200 thb) i te same zasady co na Phuket. Tutaj jednak decydujemy się zostawić w zastaw paszport.
Jedziemy do najbliższego 7/11 zakupić jakiś prowiant na śniadanie i wracamy po współtowarzyszy.

Jako, że jest to ich pierwszy taki wyjazd (w sumie taki to i nasz :lol: ) to zastanawiamy się czy narzucone tempo podczas pierwszych dni nie jest dla nich za duże. Fakt, też chcemy odpocząć, ale jest tutaj tyle pięknych miejsc, że aż żal byłoby siedzieć cały dzień na plaży.
Okazuje się, że dopadło coś Karolinę. Problemy z żołądkiem, wymioty - wygląda na klasyczne zatrucie. Ale jak? Przecież jedliśmy wszyscy to samo. Każdy organizm jest jednak inny, zdarza się. Idę z Sebkiem wypożyczyć tez skuter dla nich, a następnie ruszamy do apteki po ichniejsze, lokalne lekarstwa.
Z tego miejsca polecam od razu:
Image

Połączenie tego preparatu z elektrolitami skutecznie stawia na nogi.

Chwila studiowania mapy, zerknięcie we wcześniej przygotowane notatki, m.in. z miejscami, które warto odwiedzić, wsiadamy na skutery i jedziemy w stronę północnego wybrzeża.

Image

Drogi na Koh Phangan są niesamowicie piękne. Wyprzedzając trochę dalszą część relacji, to właśnie ta wyspa wywarła na nas największe wrażenie i po fakcie stwierdzamy, że gdybyśmy tylko mogli, to zatrzymalibyśmy się tam na dłużej.

Jeżdżąc zatrzymujemy się przy kolejnych plażach. Najbardziej pasowała nam Coral Beach, na której były może z 3 osoby, po drzewach biegały małpy (a mieliśmy ich na wyspach nie uświadczyć!) a woda była krystalicznie czysta.

Image

Image

Image

Po drodze zatrzymujemy się w knajpie na obiad. Smażony ryż z kurczakiem - 60 thb, 3 sajgonki z mięsem i ryżem - 30 thb, koktajl ze świeżych owoców - 40 thb. Jedliśmy jeszcze inne dania, a wszystkie te wahały się w granicach 30 - 80 thb, droższych nie było ! Jedzenie wyśmienite!

Image

Ruszamy w stronę wyspeki (?) Koh Ma, która połączona jest z plażą Mae Haad piaszczystą drogą, mającą około 50 metrów.
Niestety o tej porze jest już przypływ, dlatego też droga ta jest zalana i nie ma szans przedostania się na wysepkę. Odpuszczamy zatem i postanawiamy wrócić w dniu jutrzejszym.

Image


Na powrocie piękny zachód słońca, kilometrowy odpływ i Tajki, zbierające owoce morza do swoich przydrożnych knajpek.
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 22 Cze 2018 13:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Dzień siódmy (11.02.)

Wodospady Thaan Sadet

Rzut oka w notatki - Park Narodowy i wodospady Thaan Sadet, to właśnie cel na dziś.
No i musimy raz jeszcze podjechać na Koh Ma. Chwila zastanowienia, zaczynamy od plaży...
Karolina z Sebastianem sztywno dotrzymują nam kroku :shock: Chyba też im się podoba! :D

20 minut drogi i jesteśmy na miejscu. Naszym oczom ukazuje się przepiękny widok.
Szeroka, piaszczysta plaża Mae Haad, połączona piaszczystą drogą z wysepką o nazwie Koh Ma.
Image

Image

Przechodzimy zatem "na drugą stronę barykady" i w zacienionym miejscu, pod palmą rozkładamy ręczniki.
Karolina trochę bez sił, po wczorajszych rewolucjach żołądkowych, więc dziewczyny łapią krótką drzemkę, a my idziemy trochę posnurkować.
Miejsce do snorkelingu bardzo przyjemne. Rafa koralowa w bardzo dobrej kondycji, tak więc jest na czym zawiesić oko :)

Po miło spędzonych kilku godzinach zbieramy się na obiad i w drogę, do Parku Narodowego.
Już nie pamiętam gdzie jedliśmy, ale na pewno jakiś sztos za 7 ziko, oczywiście z colą :D

Do Parku Narodowego, a jednocześnie wodospadów Taan Sadet mamy tym razem drogę dłuższą.
Jednak z każdym pokonanym kilometrem szczęka nam opada coraz bardziej.
Drogi na Koh Phangan otoczone są gęsto rozłożonymi palmami, piękną zielenią i mnóstwem bananowców.
W takich okolicznościach przyrody jedziemy jakąś godzinkę, mega krętymi drogami, które przebiegają raz w górę, raz w dół.
Kolejny raz, zmieniając wysokość odczuwamy przyjemny chłód i znaczne oczyszczenie się powietrza.

W końcu docieramy na miejsce.
Przy wejściu zostawiamy skutery, zakładamy wygodne buty i ruszamy przez dżunglę w 10 minuty spacer.
Po chwili do naszych uszu dociera szum wody, jesteśmy blisko!
No i są, w całej okazałości, wodospady :)
Nic wielkiego, może nie tak sobie je wyobrażaliśmy, ale jest naprawdę przyjemnie...
Rozsiadamy się na kamieniach i krople zimnej wody ochładzają nasze rozgrzane od słońca ciała.
Co jakiś czas schodzimy w dół i odkrywamy kolejne poziomy wodospadu.
Swoją drogą, przejście przez śliskie kamienie nie należała do najłatwiejszych. Pomimo to obyło się bez ekscesów.
Przy wodospadach, oprócz naszej czwórki mijamy może dwie inne osoby i parę lokalsów, którzy schowani pomiędzy poziomami ucinają sobie drzemkę. :)

Image

Image

Image

Image

Tak zrelaksowani wracamy już w stronę hotelu, bo kolację zaplanowaliśmy sobie na naszej plaży.

Po drodze wstępujemy do portu i kupujemy bilety na jutrzejszy prom na Koh Tao (150 thb/os).
Będąc już niedaleko naszej lokalizacji, zatrzymujemy się przy schowanej za gąszczem drzew plaży, której w żadnych notatkach nie mieliśmy.
Plaża okazuje się piękna, klimatyczna i totalnie wyludniona. Dopiero po jakimś czasie przybiega lokalny zawodnik tajskiego boksu i robi swój trening.

Image

Image

Image

Tym akcentem kończymy pełen wrażeń dzień i jedziemy do hotelu, wziąć prysznic i spakować się na jutrzejszą, przedostatnią już podróż.

Kolację jemy w restauracji na plaży Haad Yao.
Świetne i kolorowe oświetlenie, przyjemna, delikatna muzyka w tle, świeczki i stolik na plaży - spełnienie marzeń.
Ceny troszkę wyższe, ale i tak jesteśmy miło zaskoczeni.
Dania główne w przedziale 70-120 THB.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 22 Cze 2018 20:26 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 90
Loty: 50
Kilometry: 108 659
:D Bardzo fajna relacja -bez nadęcia i prawdziwa. Czekam na resztę. 8-)
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 22 Cze 2018 23:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Dzień ósmy (12.02.)

Koh Tao!


Prom na Koh Tao startuje o 11:00, więc na spokojnie odstawiamy skutery (bezproblemowo) i dzwonimy po taksówkę, za którą płacimy tak, jak w pierwszą stronę - 500 thb za naszą czwórkę. (hotel proponował nam taki transfer za 1000 thb).

Opuszczamy Koh Phangan z bólem serca i mega wspomnieniami. Bardzo polecam zarówno wyspę, jak i Shiralea Backpackers Resort :)

Prom na Koh Tao płynie niewiele ponad godzinkę, po której naszym oczom ukazuje się niewielka wysepka, której wybrzeże pokryte jest dużymi kamieniami.
Destynację tą wybraliśmy ze względu na Koh Nang Yuan, położoną zaledwie 400 metrów od Koh Tao. Jest to kompleks trzech małych wysepek, połączonych ze sobą piaszczystym przejściem. Uchodzi podobno za jedną z ośmiu najpiękniejszych wysp świata. Ale o tym później...

Koh Tao miało być dla nas miejscem relaksu, totalnego wyczilowania i odpoczynku po pobycie na poprzednich wyspach.
Z tego też względu zabookowaliśmy najdroższy nasz nocleg w Tajlandii - Montalay Beach Resort (około 55zł/os/dobę)
Hotel znajduje się na wschodzie wyspy, z którego widok rozpościera się na Tanote Bay - kameralną, piaszczystą plażę.

No i faktycznie hotel wypas, pokoje ogromne - trochę luksusu na ostatnie dni na wyspach.
Image

Balkon:
Image

No i mamy też basen, z którego, co się później okazuje - często korzystamy :)
Image

A widok z niego jest taki...
Image

No dobra, czas na ten długo wyczekiwany reeeelaks na plaży.
Idziemy więc razem, rozkładamy ręczniki i odpoczywamy...
Mija 5 minut i słyszę: "eeeej, myślicie, że tutaj też można wypożyczyć skutery?"
"no pewnie tak, ale mieliśmy wypoczywać"
"ale to co, nie masz nic w tych swoich notatkach? Nie ma nic ciekawego tutaj?"
"oj maaam. Shark Bay, Mango Viewpoint, Sairee Beach i jeszcze kilka miejscówek..."
"no to co, ruszamy?"
"ale jak to? już? macie siły?"


Pytanie było retoryczne. :D
Zwijamy ręczniki i pędzimy poszukać wypożyczalni skuterów. :twisted:
Błądzić nie musimy długo, bo 20 metrów od hotelu widzimy tabliczkę "MOTORBIKE FOR RENT"
"No dobra, bierzemy!" - pomyślałem. Choć miejscówka nie wygląda zachęcająco. Bardziej jakiś taki prowizoryczny szałas.
Dwa skutery, na pierwszy rzut oka nieużywane od co najmniej zeszłego lata. Ale co tam, szukamy gospodarza. Mija 5 minut, mija 10 a tu nikogo jak nie było, tak nie ma. Skutery stoją, kaski na ladzie, kluczyki pewnie za ladą... O co kaman?!
W końcu pojawia się ON, zadowolony z życia młodziutki Taj, średnio ogarniający angielski i oczywiście odpowiadający na wszystko "no problem" :D
Pierwsza wypożyczalnia, w której nie wypełniamy nawet papierów z naszymi danymi. Chłopak jedną ręką zaczyna smażyć kurczaka na kuchence polowej, a drugą daje nam kluczyki i kaski.
Skutery odpalają, więc nie jest źle. Fotki otarć robimy, choć łatwiej, gdybyśmy zrobili jedną fotkę - całości :lol:
Raczej jesteśmy bez obaw przed późniejszym oddaniem.

Szybkie pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i ruszamy przed siebie, eksplorować tą malutką wyspę Zatoki Tajlandzkiej.

Pierwszy przystanek - Aow Leuk Beach.
Wjazd na plażę jest płatny po 100thb za osobę :shock: (w cenie możemy pobrać dowolny soft drink z miejscowego baru)
Próbowaliśmy negocjować na wiele sposobów, ale na nic się to zdało.
Płacz i płać, tą dewizą kończymy "targi" i wjeżdżamy.

Plaża ładna, choć zachmurzone niebo zapewne odebrało jej sporo uroku.

Image


Koh Tao to raj dla nurków, ale dla osób chcących posnurkować z rurką i maską (czyli dla nas :D ) to też podobno dobra lokalizacja.
Więc i na tej plaży uskuteczniamy snorkeling. Wiatr duży, więc i wysokie fale nie pomagały, ale jesteśmy zadowoleni.
Życie podwodne jest naprawdę piękne. Widzimy tutaj całe ławice kolorowych rybek, zarówno tych małych, jak i całkiem pokaźnych okazów.

Czas coś przekąsić. :D
Jako, że brzuchy burczą, szukać nam się niczego nie chce to idziemy po najmniejszej linii oporu.
Na plaży znajdują się dwie restauracje. Szybka wyliczanka i decydujemy się na tą, znajdującą się po naszej lewej stronie.

Na talerzach lądują rollsy (sajgonki?) i burgery (120 thb) a wszystko to w asyście meeeega słodkiej ichniejszej ice tea, liptona.
Image

Image

Godzina już późnawa, więc stwierdzamy, że wracamy powoli do hotelu a wieczorkiem wyruszymy "na miasto". :)

Widoki po drodze takie:
Image

W hotelu kawka, kąpiel i doprowadzenie się do stanu normalności.
Ogarnięci już ruszamy na kolację. Po drodze mijamy chłopaków grających w Sepak Takraw (tak tak, nazwę tego sportu wygooglowałem teraz :lol: ).
W każdym razie jest to dość popularny sport w Tajlandii, takie skrzyżowanie siatkówki i piłki nożnej.
Stoimi dobre 15 minut, przyglądamy się i podziwiamy.
W końcu zbieramy się na odwagę i wraz z Sebkiem prosimy o możliwość dołączenia się do gry. :D
Każde nasze zagranie potęguje ich śmiech, ale było sympatycznie.
Dziękujemy im za grę i udajemy się w dalszą drogę.

Jako, że na tej wysepce jest wszędzie blisko, to staramy się poszukać takiej knajpy, w której będzie mnóstwo lokalsów.
Szukając krążymy tak jakieś pół godziny, aż w końcu postanawiamy się zatrzymać.
Pamiętacie opisywaną knajpkę na Phuket? Uwierzcie, tutaj też trafiamy w dziesiątkę !

Ludzi tłum, niektóry nawet czekają przed wejściem. Zamawiamy i na pierwsze danie czekamy jakieś... pół godziny.
Było warto! :D Trochę dość mamy już tajskiego jedzenia (choć jesteśmy miłośnikami!) i chcąc zmienić smak zamawiamy coś bardziej europejskiego.
Wybieramy zatem: omlet z nutellą i bananem (50thb), burgery (50 thb) i schaboszczaki z surówką i frytkami (70thb).
Porcje takie, że szok. A ceny? Dla nas też szok, zważywszy na opinie, iż na Koh Tao jest drogo :shock: :lol:

Image

Image

Image

No i najważniejsze - knajpa nazywa się Yang Thai Food (4,5/5 wg. tripadvisor) i znajduje się w samym "Centrum" wyspy.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 23 Cze 2018 23:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Nie wiem czy interesujecie się piłką, ale jak dalej będą padać takie wyniki na Mundialu w Rosji, to kolejne wakacje spędzę co najwyżej na polu kempingowym gdzieś pod Otwockiem... :x :lol: Ech, mój nos zawodzi.


Dzień dziewiąty (13.02.)

Koh Nang Yuan !

Na dziś zaplanowaliśmy odwiedzić dobrze znaną większości miłośników podroży, tak bardzo oczekiwaną przez nas miejscówkę - Koh Nang Yuan.
Jak już wcześniej wspominałem, kompleks trzech wysepek, którego zdjęcie często pojawia się w broszurach biur podróży, na stronach internetowych poświęconych podróżowaniu czy nawet w "Kuchennych rewolucjach" pewnej tajskiej knajpy w Krakowie, w której to wisi reprezentacyjnie na ścianie, w postaci obrazu. 8-)

Dotrzeć tam można tylko i wyłącznie drogą wodną.
Hotel proponuje nam transport za 400 thb od osoby :lol:
Z racji, że dysponujemy skuterami, postanawiamy podjechać do takiego punktu, z którego będzie najbliżej do wysepek.
Docieramy zatem do Sairee Beach, zostawiamy skutery i szukamy taxiboat.

Pierwsze lepsze "stoisko" Panów, oferujących usługi wodnego transportu i zaczynamy się dogadywać.
Cena "okładkowa" to 1200 THB, za 4 osoby. Panowie oczywiście akurat dziś :lol: mają "speszial prajs" i oferują, że za 1000 thb nas zawiozą i po określonym przez nas czasie, wrócą i przywiozą z powrotem.

- "Nie nie, mili Panowie. My studenci, my nie niemcy, my nie zarabiać w ełro."
- " Ile możecie dać?" - pytają z zaciekawieniem.
- "200, przecież tu jest rzut beretem"

Chwila konsternacji i pytają skąd jesteśmy.
- "z Polski!" - odpowiadamy dumnie
- "eee, na Was to nie zarobimy. Dobra, mamy wolną łódkę, zawieziemy Was za 600"
- "400, więcej nie mamy. Stoi?"
- "Stoi, pakujcie się."

Wymieniamy się numerami telefonów, ustalamy godzinę odbioru i ruszamy przyozdobionym w kolorowe wstęgi longboatem.
Jako, że płynie się tam dosłownie kilka minut, to zatrzymujemy się i uśmiechnięty Taj cyka nam kilka, pamiątkowych fotek. :D

Image

Docieramy, a naszym oczom ukazuje się ze 100 metrowa kolejka chińczyków, odzianych w identyczne, odblaskowe kapoki. :shock: :?
Kolejka jest do kas biletowych, w których uiszczana jest obowiązkowa opłata 100thb od osoby za wstęp.

Kolejkę oczywiście sprawnie omijamy, niemalże niezauważeni przez robiących sobie 1356 selfie głośnych turystów z Azji Wschodniej.
Idąc pomostem rzuca nam się w oczy krystalicznie czysta woda z tysiącem pływających, kolorowych ryb. :)

Jesteśmy. Z racji dość wczesnej pory, tłumów jeszcze nie ma, więc czym prędzej udajemy się w stronę wejścia na punkt widokowy.

Image

Przed nami schody, schody i jeszcze raz schody.
Pokonujemy ich naprawdę wiele, ale podekscytowani nie czujemy zmęczenia i po 10 minutach meldujemy się na samej górze.
Teraz tylko niebezpieczne pokonanie kilku pokaźnych kamieni, pod którymi nie ma nic, więc mały błąd może kosztować upadek z naprawdę dużej wysokości.
Z odpowiednią asekuracją ta sztuka udaję się nam bez trudu i możemy nacieszyć się zapierającym dech w piersiach widokiem.

Image

Tak, to zdjęcie powyżej zrobiliśmy my, swoim telefonem. Jest naprawdę pięknie, a widok jest dosłownie taki, jak na tych wszystkich pocztówkach i zdjęciach z grafiki Google.
Siedzimy tam jeszcze jakiś czas i chłoniemy piękno tego miejsca.
Na szczęście zdążyliśmy porobić parę fotek, bo już wchodzące kolejne osoby też nie mogą doczekać się "zmiany".

Na górze spotykamy też naszego rodaka! :lol:

Image

Dobra, co zobaczyliśmy to nasze, czas schodzić na dół.
Mijamy dość pokaźną kolejkę osób, które czekały na schodach na "swoją kolej".
Ufff, najwyraźniej przyjechaliśmy o odpowiedniej porze :D

Rozkładamy się na drobnym, złotym piasku i napawamy się widokiem już z innej perspektywy.
Image

Trochę snurkujemy (polecam!) w płytkiej i mega czystej wodzie.
Po dwóch godzinach, trochę głodni dzwonimy po człowieka od transportu.
Ten przypływa bardzo sprawnie i wracamy na ląd.

Plaża Sairee z poziomu wody też wygląda imponująco:
Image

Image

Wsiadamy na skutery i jedziemy do knajpy, która w dniu wczorajszym skradła nasze serca :D

Ponownie zamawiamy "europejskie" dania, a wszystko to popijamy przepysznym koktajlem, który serwują nam w przeróżnych, owocowych konfiguracjach.

A mój "burger" za 50 THB wyglądał tak: :shock:
Image

Najedzeni, napici i szczęśliwi kręcimy się trochę po "centrum" w celu zorganizowania biletu na nocny prom do Suratthani, skąd pojutrze rano mamy samolot do Bangkoku.

Odwiedzamy kilka biur, które sztywno trzymają taką samą cenę, a negocjacja z nimi jest w praktyce niemożliwa.
Płacimy po 750 thb od osoby, a w cenie mamy transport z hotelu i prom.
Bilety zatem lądują w portfelu, a my już trochę zmęczeni wracamy do hotelu.
Zmęczeni jesteśmy chyba nie tylko my:
Image

Basen, krótka drzemka i odpoczynek.
Wieczorem przed wyjazdem na wyżerkę, do stale odwiedzanej przez nas knajpy, spotyka nas pierwszy podczas naszego pobytu, godzinny deszcz:
Image

Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 24 Cze 2018 01:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Dzień dziesiąty (14.02.)

Marihuanen - czyli widmo problemów.

Z ostatniego dnia na wyspach planujemy wycisnąć co się tylko da.
Budziki nastawiamy na 07:00, ale z racji Walentynek, wcześniej umówieni z Sebkiem wstajemy przed dziewczynami i przygotowujemy małą niespodziankę dla naszych ukochanych :)
Przed pokojem pompujemy przytargane z Polski czerwone balony w kształcie serc, wykupujemy hotelowe śniadanie i takim akcentem rozpoczynamy dzień. :D
Dziewczyny wniebowzięte i na pewno zaskoczone.
Po pysznym śniadanku, rzut oka w magiczne notatki i już wiemy co chcemy dziś zobaczyć: Shark Bay i Mango Viewpoint.

Chwila zastanowienia, rozrysowania drogi i jedziemy.

Na pierwszy strzał Shark Bay - znajdująca się w południowej części zatoka, polecana do snorkelingu, w której to spotkać można rekiny rafowe i żółwie wodne.
Docieramy tam dość sprawnie, choć początkowo droga dojazdowa nie napawała optymizmem. Nachylenie wynosiło 45 % albo i momentami więcej. :shock:
Często dziewczyny zsiadają i sami, na zaciśniętych na maxa obu hamulcach toczymy się skuterami w dół.
Image

Zatoka bardzo ładna, zadbana i kameralna.
Niemalże od razu zakładamy maski i rurki i wskakujemy do wody.
Miejsce do snorkelingu - rewelacja. Jednak po dość długim czasie w wodzie nie możemy namierzyć żadnych żółwi ani rekinów.
Podpytujemy miejscowych nurków i mówią, że można stworzenia te spotkać dość często, ale oczywiście jest to kwestia szczęścia.
Leżakujemy więc i zbieramy jedne z ostatnich promieni mocnego słońca.
Przecież jak wrócimy, to każdy musi wiedzieć, że byliśmy w ciepłych krajach :D :lol:

Drugie podejście i Sebek spotyka rekiny. Woła nas, ale zanim dopływamy to już "po jabłkach".

Zbieramy się do wyjazdu i... jeden ze skuterów odmawia posłuszeństwa. :evil:
Zaglądamy w bak - no tak, brak paliwa.
Najbliższy sklep gdzie dostaniemy gasoline? Kilometr pod górę, krętymi i prawie pionowymi drogami.
No nic, wsiadam więc sam na drugi skuter i jadę po butelkę paliwa.
Mija połowa drogi, jestem na najbardziej stromym odcinku drogi, skuter jedzie jak szalony. Bo przecież jadę sam, a skuter ma dość dużą pojemność silnika.
Nagle... gaśnie. Trochę spanikowałem, a przed oczami stanęło mi widmo przekoziołkowania się do tyłu. Zaciśnięte oba hamulce i staram się uruchomić silnik.
Nic z tego. Zaglądam do baku... pusto :shock: :lol: :lol:
No nic, trzeba wracać. Odwracam skuter i toczę się z powrotem w dół.
Podpytujemy ludzi o benzynę, ale nigdzie nie możemy jej znaleźć.
W końcu drogę zajeżdża nam Tajka, która bez żadnego wahania postanawia się nam pomóc.
Znajduje więc w krzakach kawałek wężyka i staramy się "przetransportować" paliwo z jej skutera do naszego.
Okazuje się jednak, że... w jej skuterze też są tylko śladowe zapasy benzyny i sztuka ta raczej się nam nie uda. :lol:
Bezradni, trochę wkurzeni ale i roześmiani z tego zbiegu okoliczności, pełni optymizmu czekamy na kolejny skuter, którego właściciel zechciałby nam użyczyć choć szklaneczki, niezbędnego nam w tej sytuacji "trunku".

Z hotelu obok odjeżdża starszy Pan. Zatrzymujemy go i opisujemy sytuację.
Bez najmniejszego problemu, a wręcz nawet z dużą chęcią proponuje nam, że podwiezie mnie na stację, a następnie wróci ze mną do naszych skuterów.
Jak powiedział, tak zrobił. Po drodze ucinamy długą i ciekawą rozmowę. Pan okazuje się być przemiłym Francuzem, który po utracie bliskiej osoby, postanowił rzucić wszystko i przyjechać do Tajlandii na bliżej nieokreślony czas. Został zatem po dziś dzień, a odkąd wyjechał minęło już ... 6 lat :shock:

Na stacji szybko załatwiamy sprawę i wracamy. Po powrocie oczywiście bardzo mu dziękujemy i z racji tego, że mieliśmy przy sobie tylko pieniądze, to oferujemy mu je w ramach podziękowania. Oczywiste było, że ich nie przyjmie, ale próbujemy, nalegamy. Nic z tego.
Żegnamy się i życzymy sobie nawzajem udanego pobytu. :D

Zatankowanymi skuterami ruszamy do kolejnego punktu - Mango Viewpoint !

Z przygotowanych przez nas informacji wynika, że warto odwiedzić ten punkt widokowy, z którego roztacza się najpiękniejszy widok na niemalże całą środkowo-południową część wyspy.

Teraz to się dopiero zacznie historia dla wytrwałych czytających. :roll: :lol:

Kręte i strome drogi na Shark Bay to był jednak pikuś. :mrgreen: Tutaj przez kilka kilometrów jedziemy niemal pionowo. O ile pod górę skutery jeszcze jakoś dają radę, to aż nie chcemy myśleć co będzie się działo na powrocie.
Tak lekkomyślni pędzimy przed siebie...

W końcu po kilkunastu minutach docieramy na szczyt.
Znak nakazuje zostawienie skuterów i w dalszą drogę idziemy pieszo.
Po 15 minutowym spacerze przez gęsty las docieramy do punktu widokowego.

Wejście, jak większość na Koh Tao jest płatne - 100 thb/os. Po oczywistych negocjacjach, płacimy 200 thb za naszą czwórkę i wchodzimy.
Jest mega wysoko, pod nami las palm, widok fajny, ale nie zrobił na nas jakiegoś wielkiego ŁAŁ.

Image

Image
(trochę podkoloryzowane, oryginał gdzieś mi wcięło.)

Jest tu bar, więc bierzemy wodę i czilujemy na hamaku i podwieszonej na wysokich palmach huśtawce.
Tak zrelaksowani postanawiamy wracać.

No i teraz się zacznie...

Jak powszechnie wiadomo, przestrzeganie prawa w Tajlandii to temat, który jest ciężko dokładnie sprecyzować.
Z tego co wiedzieliśmy wcześniej, to na pewno fakt, że za brak międzynarodowego prawa jazdy kategorii A, nie można prowadzić nawet skuterów. Oczywiście u nas nikt takiego prawka nie miał, ale w razie kontroli można wręczyć Policjantom kilka banknotów, a temat uznawany jest za zamknięty :)
Wiedzieliśmy też, że wszelkie narkotyki są zakazane, a jeden, nawet najmniejszy błąd może kosztować nawet życiem. I to dosłownie - handel, przemyt albo nawet posiadanie narkotyków przez obcokrajowca jest surowo karane, a w skrajnych przypadkach może być nawet zastosowana kara śmierci.

Ba, w pierwszą stronę do Tajlandii lecieliśmy z pewnym Kanadyjczykiem, który 4 raz leciał do tego kraju, aby ratować swojego brata, który został posądzony za posiadanie marihuany na 5 lat więzienia. :shock:
Opowiedział nam o tym, jak to miejscowi podrzucają przeróżne używki, a następnie dają cynk policji, która przeprowadza obławę. :!:
Do tematu podchodziliśmy więc bardzo poważnie, dlatego też przed każdą zmianą miejsca dość dokładnie sprawdzaliśmy swoje bagaże, czy aby nikt nam niczego nie podrzucił.

Dlaczego o tym piszę? No właśnie, czas zjechać skuterami w dół, na obiad...

Oczywiście zaciśnięte oba hamulce tak, że nawet ręce odmawiają już posłuszeństwa. Dziewczyny zatem zsiadają i idą pieszo, dzięki czemu są szybciej na dole niż my.
O ile (odpukać) przez cały wyjazd nie mieliśmy większych problemów, tak teraz niestety wykładam się skuterem, który był bez szans do opanowania na stromej i obsypanej piaskiem nawierzchni. Żaden wypadek, po prostu kładę ciężki skuter na boku, który "zjeżdża" samoistnie jakieś 3-4 metry w dół.
Z pobliskiego "reagge baru" podbiega od razu dwóch miejscowych chłopaków, którzy pomagają postawić skuter i podprowadzają pod knajpę. Niestety paliwo wyciekło, więc sprzedają mi butelkę benzyny i przy okazji nachalnie namawiają do "zajarania". Oczywiście grzecznie odmawiamy i na tym gadka się kończy.
Doganiamy dziewczyny, droga już mniej stroma, więc dosiadają się i ruszamy na obiad w stronę opisywanej wcześniej knajpy.

Kilkaset metrów po zjeździe z góry w oddali widzimy 2 oddziały policji, która blokuje drogę i sprawdza przejeżdżające pojazdy.
Trochę spanikowani zatrzymujemy się i włączając kierunkowskaz próbujemy zjechać w boczną uliczkę. Zauważywszy ten fakt, policjanci podbiegają do nas i nerwowymi ruchami nakazują wyłącznie silnika.
Pomyśleliśmy - "no nic, najwyżej zapłacimy stówkę za brak prawka i tyle, trudno".
Do głowy nam wtedy nie przyszły narkotyki.

Policjanci zadają mnóstwo pytań i zaczynają przeszukiwać nasze prywatne rzeczy i skuter. Do tego stopnia, że zaglądają nawet pod elementy plastikowe skutera, podważając je scyzorykiem. Trochę się wtedy wystraszyliśmy, przyznam uczciwie. :shock:

Po skrupulatnym przeszukaniu pozwalają nam jechać dalej. Uffff.

W knajpie, przy obiedzie dużo rozmawialiśmy o tej sytuacji i dopiero wtedy zaczęliśmy łączyć fakty.
Pozostawione u góry skutery -> facet proponujący nam zieleninę -> policyjna blokada i przeszukanie, z którym spotykamy się pierwszy raz podczas naszego pobytu w tym kraju.

Na całe szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale kto wie, ilu turystów jest w ten sposób "łapanych" i borykających się z naprawdę niemałymi problemami (?).

Po obiedzie i kolejnym dniu pełnym wrażeń wracamy do hotelu.

Postanawiamy skorzystać z bardzo ładnej, przyhotelowej plaży i przeznaczyć trochę czasu na plażing, smażing i relaksing :D
Jako, że długo nie poleżę, to na widok skaczących z wysokiej skarpy ludzi idę też spróbować swoich sił.
Image

Badam teren wokół, pod katem głębokości i ogólnego bezpieczeństwa i mozolnie wdrapuję się na skałę.
Jako, że pierwszy raz w życiu mam zamiar skoczyć z takiej wysokości - trochę się dygam :lol:
Stoję u góry dobre 10 minut i zbieram się do skoku.
W końcu udaje mi się zebrać na odwagę i BĘC, leeeeecę !
Wrażenia niesamowite! :D




Czas leci nieubłaganie, więc czas się spakować i czekać na busa, który zawiezie nas do przystani na nocny prom.

W międzyczasie oddajemy skutery. Mimo zarysowanego boku, oderwany od rzeczywistości chłopak nie zwraca na to uwagi, gdyż ich stan, kiedy je wypożyczaliśmy był daaaaleki od ideału.

Bus podjeżdża punktualnie i jedziemy do przystani.
"Odjazd" promu zaplanowany jest na godzinę 21:30, więc mamy jeszcze godzinę i postanawiamy zaopatrzyć się w prowiant na całonocną eskapadę.
Zakupy w 7/11 i można ruszać.
Każdy ma swój materac i poduszkę. Podczas rejsu praktycznie w ogóle nie trzęsie, więc wszyscy spokojnie zasypiamy...

Image

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 25 Cze 2018 15:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Dzień jedenasty (15.02.)

--> Bangkok !



Po dobrze przespanej nocy na pokładzie promu, docieramy o 06:00 nad ranem do przystani w Surat Thani, czyli miasteczka, z którego mamy lot na naszej ostatnie 3 dni w Bangkoku.
(swoją drogą bardzo polecam ten środek lokomocji)

Na ulicach jeszcze ciemno. Z tego co dowiadywaliśmy się wcześniej, w miasteczku tym nie ma zupełnie co robić, więc postanawiamy zorganizować sobie od razu transport na lotnisko, oddalone o 30-40 minut jazdy od przystani.

Jako, że przelot na przelot do Bangkoku nie wykupiliśmy bagażu rejestrowanego, a została nam butelka Grantsa, to staramy się nią zapłacić za tuktuka.
Okazało się to prostsze niż przypuszczaliśmy, a kierowcy niemalże wyrywali sobie butelkę z rąk, ażeby tylko nas zawieźć :D

Na lotnisku jesteśmy zatem około 7:00, a lot zaplanowany jest na 11:30.
Lecimy liniami AirAsia, a nasze wypchane 40 litrowe, turystyczne plecaki przechodzą bez trudu.

Godzina lotu i meldujemy się w stolicy Tajlandii. Z lotniska DMK łapiemy taksówkę, która ma włączony taksometr i jedziemy do hotelu. Za 30 kilometrowy odcinek w okolice Khaosan Road kierowca kasuje nas około 300 thb, więc wychodzi po około 7-8 zł za osobę.

Zatrzymujemy się w Erawan House, 5 minut wolnym spacerem od Khaosan Road.
Pokoje z łazienką, klimatyzacją i przede wszystkim czyste. Ponadto każdego ranka hotel częstuje nas poranną kawą.
Lokalizacja? Rewelacja!! (ale o tym później). A wszystko to, to wydatek rzędu 25 zł/os/noc.

Szybki meldunek, rzucamy plecaki i idziemy coś przekąsić. :)
Pierwsza lepsza, prowizoryczna knajpa i... jemy najlepszego padthaia (50 thb) podczas naszego dotychczasowego wyjazdu.
Image

Image


Po tej uczcie dla podniebienia wracamy do hotelu.
Szybka zmiana ciuchów, rzut oka w notatki i ruszamy.

Jako, że została nam połowa dnia to postanawiamy zobaczyć słynne China Town, a wieczorem zahaczyć o Khaosan.
Kierujemy się zatem w stronę rzeki Menam(300 metrów), skąd poruszać się chcemy tramwajem wodnym.
Jest to jeden z fajniejszych rodzai transportu po Bangkoku. Statki poruszają się tutaj po pięciu liniach, oznaczonych kolorami. Nas najbardziej interesuje linia pomarańczowa, która przystanki ma przy interesujących nas punktach.
Bilety kupujemy po przeliczeniu za jakieś 60 czy 70 gr, a obowiązują one na jeden przejazd do dowolnego punktu po tej trasie.
W oddali wypatrujemy łódkę z powiewającą, pomarańczową flagą, która po chwili zatrzymuje się przy naszym przystanku - Phra Arthit.
Sam rejs to już nie lada atrakcja. Po obu stronach widzimy przeróżne świątynie, a smród spalin z silników łódek jest przeogromny.
Image

Wysiadamy na ósmym przystanku - Rajchawongse, skąd spacerem podążamy w stronę China Town.

Jak na razie Bangkok wywołuje w nas skrajne emocje - przeraża i ekscytuje.
Niesamowity smród towarzyszy nam na każdej mniejszej, czy większej ulicy.
Nic dziwnego, jak na metr kwadratowy przypada kilka ulicznych "kuchni" z kurczakami, owocami morza - a wszystko to wystawione jest na 35 stopniowym upale. :shock:
Samo China Town jak z kadru filmu, na pewno robi wrażenie i zapamiętamy ten obrazek do końca życia.
Chińskie lampiony, przeróżne chińskie gadżety sprzedawane na każdym kroku, szczury wybiegające pod nogi z otworów kanałowych i tłuuuuum ludzi - tym jednym zdaniem mogę opisać to, co tam się dzieje.

Zresztą zobaczcie na fotkach:
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Słońce i wysoka temperatura daje bardziej się we znaki pomiędzy murami miasta, niżeli na wyspach, dlatego też zmęczeni dniem wracamy w okolice Khaosan, żeby przejść się po słynnej ulicy, zjeść kolację i powoli kończyć ten dzień.
(powrót tuktukiem za 200 thb, po oczywiście sporych negocjacjach)

Sama Khaosan Road bardzo fajna, choć głośna ulica. Tłumy pijanych młodych ludzi, z anglikami na czele.
Mnóstwo straganów i knajp z muzyką na żywo.
W jednym z takich miejsc jemy kolację i wolnym krokiem idziemy w stronę hotelu.
Stopy odczuwają długie dystanse, więc oddajemy się 30 minutom relaksu:
Image

Masaż był NIE SA MO WI TY !
Tajki są przemiłe, co rusz się uśmiechają, a w masowanie wkładają naprawdę dużo pracy i siły.
Przyjemność ta kosztowała nas 150 thb od osoby :shock:
Naprawdę zrelaksowani i bardzo zadowoleni zostawiamy 500 thb za dwójkę, czym pragniemy podziękować kobietom za dobrą robotę i wracamy do hotelu...
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 25 Cze 2018 16:10 

Rejestracja: 13 Lut 2018
Posty: 13
Super relacja! Będę w Kamali w lipcu, czy możesz podać namiary na tą knajpkę? ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 25 Cze 2018 16:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
@mixer4all - jasne.
Pierwsze zdjęcie mapy, drugie lokalu.
Nie wiem czy takie "wytłumaczenie" wystarczy, ale przy progu wejściowym "kuchnia" jest po prawej stronie.
Na końcu dwie lodówki z napojami.

p.s. często jadali tam też policjanci :)

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
mixer4all lubi ten post.
mixer4all uważa post za pomocny.
 
 
#15 PostWysłany: 26 Cze 2018 12:50 

Rejestracja: 21 Paź 2015
Posty: 34
Świetna relacja, ! Fajnie się czytało i oglądało znajome kąty.. byłam tam w 2010 , 2012 i 2017 r. pozdrawiam
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 26 Cze 2018 17:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Dzień dwunasty (16.02.)


Świątynie i shopping.


Przedostatni dzień naszej podróży do Tajlandii, więc staramy się z niego wycisnąć ile się da.

Budziki na 07:00, szybka kawa, śniadanko i lecimy na pobliskie bazarki, kupić długie spodnie i bluzki przykrywające ramiona - czyli strój odpowiedni do zwiedzenia Świątyń i miejsc sakralnych.

Za komplet, czyli spodnie + bluzka płacimy po 100 thb za osobę, nie muszę powtarzać - po mocnych negocjacjach :D
Tak przygotowani ruszamy w stronę rzeki Menam, skąd tramwajem wodnym przedostać się chcemy to pierwszego, zaplanowanego punktu.

Image


Szacuje się, że w Bangkoku jest prawie 400 świątyń buddyjskich.
Długo zastanawialiśmy się, które wybrać.
Bardzo polecany był oczywiście Wielki Pałac Królewski, jednak z powodu tłumów ludzi i długich kolejek postanawiamy odpuścić.
Wybieramy zatem dwie świątynie - Wat Arun i Wat Pho.

Wat Arun - czyli Świątynia Świtu, to jedna z najbardziej znanych, zabytkowych świątyń, która bywa nawet nazywana "symbolem Bangkoku". (ciekawostka - na każdej monecie 10thb znajduje się jej podobizna) Położona jest na zachodnim (prawym) brzegu rzeki Menam.
Aby się tam dostać należy skorzystać z promu, przepływającego na drugi brzeg rzeki (przystanie promów są od razu obok przystanków tramwaju wodnego, ale są to zawsze oddzielne przystanie). Bilet na w/w prom to koszt około 10THB.

Po kilku minutach docieramy na miejsce. Troszkę zdezorientowani wchodzimy innym wejściem niż główne, a dzięki temu unikamy obowiązkowej opłaty za wejście (przez przypadek, przysięgam! :P )

Image

W głównej alejce "wita" nas posąg siedzącego Buddy. Jedyne co nas zastanawia, to starta złota farba na brzuchu - okazuje się, że wszyscy buddyści wchodzący do świątyni pocierają go tam na szczęście.

Image

Główny budynek sakralny tworzą wysokie wieże - jedna centralna i cztery wokół niej.
Ściany świątyni pokryte są tłuczoną porcelaną, pochodzącą z Chin, która przypłynęła do Tajlandii jako balast na łodziach handlowych.
Ułożona jest ona z niezwykłą dokładnością i tworzy niesamowite, kolorowe wzory.
Cały kompleks wywiera na nas ogromne wrażenie, a na jego terenie znajduje się wiele rzeźb o charakterze religijnym.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Zobaczyliśmy praktycznie co się dało, więc pora odwiedzić drugą, zaplanowaną Świątynię.

Wat Pho - bo o niej mowa, nazywana Świątynią Leżącego Buddy to największy i najstarszy obiekt sakralny w Bangkoku.
Znajduje się na terenie Starego Miasta Królewskiego (Rattanakosin), nieopodal Wielkiego Pałacu Królewskiego (1km).
Teren, na którym znajduje się kompleks jest ogromny, a po środku przebiega droga, która dzieli go na część północną i południową.
Część północna jest najbardziej oblegana przez turystów, gdyż to właśnie tu znajduje się główna świątynia oraz miejsce, w którym odwiedzić można ogromny posąg Odpoczywającego Buddy.
Część południowa to miejsce, w którym znajdziemy szkołę i zakon buddyjski. W tej części kompleksu spotkać można mnichów, którzy chętnie porozmawiają i przypozują do wspólnego zdjęcia.

Jako, że jesteśmy po drugiej stronie rzeki, to ponownie ruszamy promem za bagatela kilkadziesiąt groszy.
Wejście jest płatne (100thb/os), a "ochrona" obiektu skrupulatnie sprawdza nasze prywatne rzeczy pod kątem bezpieczeństwa.
Mimo wielu turystów imponuje nam spokój tego miejsca. Mnóstwo zieleni pozwala zapomnieć choć na chwilę o zgiełku miasta.

Na pierwszy "ogień" wchodzimy do kaplicy, z której w głównej mierze słynie Wat Pho. Podziwiać tam możemy monstrualnych rozmiarów posąg Odpoczywającego Buddy, który mierzy około 50 metrów długości :shock:

Image

Image

Image


Chwila odpoczynku przy małym wodospadzie, napełniamy butelki z dużego dystrybutora wody pitnej i ruszamy dalej.

Image

Image

Image

Image

Image


Na koniec trafiamy na dość duże zgromadzenie, pośrodku którego trwa błogosławieństwo ludzi przez mnichów.
Podchodzimy też i przed najstarszym mnichem pochylamy głowy.
Otrzymujemy kilka "uderzeń" zimną wodą i na koniec mnich zawiązuje nam na nadgarstkach czerwoną nić, która symbolizuje szczęście i uwalnia od złej energii. Nosić ją mamy ponoć przez 3 dni... Było to wyjątkowe w swoim rodzaju, duchowe przeżycie.

Image

Image



Reasumując, świątynie, które odwiedziliśmy były niesamowite. Bardzo jesteśmy zadowoleni z tego, a nie innego wyboru.
Osobiście, bardziej przypadła mi do gustu Wat Pho, w której było bardzo spokojnie i cicho, a po całym obiekcie przechadzało się mnóstwo mnichów i innych osób duchownych.


Zwiedzanie w niemal 40 stopniowym upale daje się we znaki, dlatego wracamy do hotelu, żeby wziąć prysznic i naładować baterie na wieczorne zakupy.

Shopping zaplanowaliśmy w MBK Center, polecanym nam wcześniej, jednym z większych centrów handlowych w Bangkoku.
Do celu mamy jakieś 7 km, a jedziemy tam tuktukiem, którego łapiemy spod hotelu za 200 thb (cena początkowa to 1000thb).

Centrum handlowe oooogromne! Pięć albo sześć pięter, które mieści około 2 tysięcy sklepów, w których kupić można dosłownie wszystko !
Spędzamy tam jakieś 3-4 godziny (!), a dziewczyny są jak w raju, biegając od jednego do drugiego stoiska. :lol:
W sumie, nie ma co ściemniać, bo i nam (chłopakom) udzieliło się zakupowe szaleństwo :D
Wszystko kupujemy za 1/5 a czasami nawet 1/10 ceny wyjściowej, choć czasami negocjacje były baaardzo długie i niełatwe.
Załadowani "dobrymi podróbkami" w końcu wychodzimy i zahaczamy o pobliski Night Market, w którym jemy przepyszne, tajskie danie i w końcu próbujemy Mango Sticky Rice - meeega! :shock: :D

Image

Image


Po solidnym obżarstwie wracamy do hotelu, zostawiamy zakupy i idziemy w pobliskie uliczki na masaże.
Niesamowicie zrelaksowani i odprężeni głowimy się, czy aby w ten ostatni wieczór w Bangkoku jeszcze czegoś nie zobaczyć.

No i jest decyzja. Łapiemy taxi i krążymy trochę po nocnych ulicach Bangkoku.
Kierowca wozi nas po najbardziej znanych miejscówkach, a przy każdym "przystanku" namawia nas na skorzystanie z usług Pań (?) stojących na ulicach.
A jest ich naprawdę caaaała masa. :o

Bangkok nocą nie zachwycił nas niczym wyjątkowym.
Po godzinie, półtorej takiego krążenia zawijamy się na Khaosan i stamtąd spacerem udajemy się do hotelu.


p.s. na zakupach poszło nam łącznie około 300zł 5000 thb (520zł)na cztery osoby, a poszczycić się możemy m.in. kilkoma torebkami, 8 szt. okularów, paskami do spodni, kilkoma koszulkami, czapkami, portfelami i wieloma pierdołami, tj. olejki, mydełka, magnesu, itd.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 27 Cze 2018 10:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 Sty 2015
Posty: 50
Loty: 98
Kilometry: 151 587
Kilka słów wyjaśnienia odnośnie słoni... ciesze się, że na nich nie jeździłeś, ale one nie lubią kontaktu z człowiekiem, szorowania i mycia - są do tego zmuszane w "sanktuariach". Lepiej szukać bardziej "naturalnych" form kontaktu...

Szkoda, że zamieniłeś cudowne tajskie jedzenie na kotlet i burgera, jest tyle potraw i smaków, które warto poznać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
www.miniclassic.pl
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 27 Cze 2018 13:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
@Margita - słonie w Tajlandii to mocno kontrowersyjny temat. Uwierz mi, nam też serce pęka, jak ludzie na nich jeżdżą.
Czy w takich sanktuariach są szczęśliwe? Hmm, sam nie wiem. Takie się wydawały być. Ponoć to właśnie takie sanktuaria ratują słonie, które są traktowane jako atrakcja turystyczna, bite i zmuszane do wożenia turystów.

Dlaczego twierdzisz, że nie lubią kontaktu z człowiekiem? Jakoś uargumentujesz?

Tak czy inaczej, takie właśnie Sanktuarium wydawało nam się być najlepszym z możliwych miejsc, w których możemy bezpośrednio obcować z tymi pięknymi zwierzętami.
W przyszłości na pewno chcemy być na prawdziwym, afrykańskim Safari, ale póki dotychczas nie mieliśmy takiej okazji, to właśnie wybór takiego sanktuarium wydawał się nam najodpowiedniejszy :)

Co do jedzenia: jesteśmy miłośnikami tajskich i azjatyckich smaków. Próbowaliśmy wiele - przepyszne. Ale po 10 dniach po prostu, najzwyczajniej w świecie potrzebowaliśmy odskoczni. Czegoś, co przełamie smak i ponownie przygotuje nasze kubki smakowe na pobyt w Bangkoku, w którym to przecież jedzenie jest znakomite. Uważam, że te 2 czy 3 europejskie posiłki nie odebrały nam możliwości próbowania tajskiego jedzenia.. :)
Góra
 Relacje PM off
bozenak lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 27 Cze 2018 16:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Dzień trzynasty (17.02.)

Ostatni dzień w Tajlandii !


Tuż po wstaniu z łóżek ogarnia nas wielki smutek. Tak, to nasz ostatni dzień w Tajlandii. :(

Wylot zaplanowany mamy na 21:00, a pokoje należy oddać do 10:00.
Pytamy się zatem, czy jest możliwość wykupienia w jednym z dwóch pokoi dodatkowej nocy.
Okazuje się, że jest, więc uiszczamy opłatę 300 thb i przenosimy wszystkie rzeczy do jednego pokoju.

Po porannych przemyśleniach stwierdzamy, że... mało nam zakupów :lol: :D
Planujemy również podjechać do Parku Lumpini, w którym to spotkać można warany.
O ile czas pozwoli, to chcemy podjechać raz jeszcze do MBK Center na ostatnie zakupy.

Pyszne śniadanko w postaci Mango Sticky Rice i świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, na jednej z pobliskich uliczek i czas ruszać do Parku Lumpini.
Do celu mamy niespełna 8 kilometrów, więc z racji zakorkowanych dróg decydujemy się na tuktuka.
Proponujemy przewoźnikom 200 thb, ale żaden z zatrzymanych nie godzi się pojechać za tą kwotę.
W końcu, 6 albo 7 kierowca z kolei zgadza się i za 200 thb, szaleńczym tempem jedziemy.
Naprawdę parokrotnie mamy dość dużego pietra, gdyż "tuktukowcy" jeżdżą jak szaleni, z zawrotnymi prędkościami, wciskając się w wąskie szczeliny pomiędzy autami.

Po 30 minutach jazdy docieramy i wchodzimy na teren parku.
Kilka minut spaceru i nie widzimy żadnego warana.
Stwierdzamy zatem, że z nimi jest jak z żółwiami wodnymi na niektórych plażach - trzeba mieć po prostu szczęście..
Mijając kolejny zakręt naszym oczom ukazuje się... kilkanaście/kilkadziesiąt okazów.
One są wszędzie! - stwierdzamy.
I faktycznie - w kanałku wodnym, na ścieżkach, na trawniku - no dosłownie wszędzie.
Podchodzimy dość blisko, pstrykamy fotki i w takich okolicznościach przyrody napawamy się widokiem drapaczy chmur, które na tle zieleni ukazują się w oddali.
Park nazywany "zielonymi płucami" Bangkoku jest oogromny. Za jednym rogiem plenerowa siłownia, nieźle zaopatrzona w przeróżny sprzęt, który ma wielu chętnych do testowania; za drugim natomiast ogromny trening joggingu i fitnessu.

Image

Image

Image

Image


Doskonale zrelaksowani szukamy knajpy, w której jemy znakomite, tajskie dania.
W szczególności smakowało nam Green Curry: (50 thb)

Image


Jak planowaliśmy wcześniej, jedziemy raz jeszcze do MBK Center na ostatnie zakupy.
Około 15:00 ewakuujemy się w stronę Khaosan Road, skąd spokojnym spacerkiem idziemy do hotelu, po drodze zahaczając o ostatnie masaże i 7/11, w którym kupujemy przeróżne słodkości, RedBulle i inne duperele, które mamy zamiar wziąć ze sobą do Polski.

Pakowanie, prysznic i wymeldowanie - tymi czynnościami żegnamy już powoli Tajlandię... :(
Z powodu niesamowitego upału łapiemy pierwsze lepsze taxi na lotnisko, które mimo niewłączonego "taximeter" wiezie nas, za umówione na wstępie 400 thb.
Podróż dość szybka, bo kierowca jedzie autostradą.
Około 19:00 docieramy na lotnisko.

Lot powrotny przespany praktycznie w całości i po niespełna 20 godzinach meldujemy się w 15 stopniowym mrozie na warszawskim Okęciu.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 27 Cze 2018 18:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 34
Kilometry: 76 584
niebieski
Słowem podsumowania:


Był to nasz pierwszy, tak długi wyjazd na własną rękę.
Tajlandia to naprawdę piękny i zróżnicowany kraj, którzy urzekł nas jedzeniem, kulturą i pięknymi widokami.
Naprawdę zachwyciło nas totalnie wszystko. Tak, wszystko, bo po co na siłę szukać negatywów tam, gdzie ich nie ma? ;)

Pojechaliśmy tam solidnie przygotowani, dzięki czemu będąc na miejscu wiedzieliśmy gdzie jechać, co robić a czego nie.
Przygotowania te sprawiły nam wiele radości, a tym samym pozwoliły poszerzyć naszą wiedzę na temat tego azjatyckiego kraju.
Mimo, że mieliśmy spisane miejsca, które chcemy odwiedzić, to jednak nie musieliśmy sztywno trzymać się planu, co też dało nam psychiczny spokój i dużą elastyczność.

Często osoby wybierające się do Tajlandii pytają, którą wyspę wybrać. :?:
Czy my jesteśmy zadowoleni z tego wyboru?
W 100% TAK!
Nie zmienilibyśmy zupełnie nic.

Co ważne :!: transport jest bardzo prosty i tani. Bez żadnego, najmniejszego problemu dostaniecie się wszędzie, gdzie dusza zapragnie. A w środkach lokomocji nie musicie wcale spędzać kilkunastu godzin.

Co nam najbardziej smakowało :?: Zdecydowanie Mango Sticky Rice, które mieliśmy przyjemność jeść tylko w Bangkoku.
Ogólnie jedzenie w Tajlandii jest przepyszne, a każdy z całą pewnością znajdzie coś dla siebie.

Ludzie są bardzo mili, uprzejmi i chętni do pomocy. Naprawdę! Wystarczy po prostu nie być bucem i z uśmiechem na ustach takiej pomocy oczekiwać.
Warto też znać podstawowe, tajskie słówka i zwroty. Często po ich użyciu spotkaliśmy się z ogromnym uśmiechem miejscowych.

Sklepy 7/11 są praktycznie na każdym rogu, a zakupy tam są naprawdę tanie. Dla przykładu: puszka coli to wydatek rzędu 10thb, tosty 20-25 thb, zgrzewka dużej wody - 40-50 thb.
Świeże owoce kupowaliśmy na bazarkach, też grosze.

Mimo, że Tajlandia stała się w ostatnich latach dość popularnym kierunkiem podróży, to nadal jest tam sporo miejsc, które są niezadeptane.
Z całą pewnością wrócimy tam jeszcze nie raz !

No i koszta: mimo, że wyjazd miał być w miarę budżetowy, to na miejscu nie żałowaliśmy sobie niczego. Jeśli ktoś chce zostawić sporą kasę, to bez problemu ją zostawi. My jednak często staraliśmy się szukać lokalnych, mniej turystycznych, a tym samym tańszych miejscówek. Czy to knajpy, czy zakup wycieczki czy wypożyczenie skutera. Warto więc odejść 2-3 alejki od głównej ulicy, a wszystko zjeżdża z ceny kilkukrotnie. Poza tym NEGOCJACJE pozwoliły zaoszczędzić nam naprawdę sporo grosza.

Reasumując, każdy z nas, w zależności od osobistych wydatków czy zakupów w MBK zamknął się w przedziale 3.500 - 4000 zł za wszystko (wliczając loty, hotele - totalnie wszystko) :)

Uważam, że jest to bardzo dobra i rozsądna kwota, którą często porównuję do naszych wakacji w Grecji, gdzie podobną sumę zostawiliśmy przez tydzień.
Mimo wszystko, gdybyśmy bardzo chcieli to moglibyśmy wydać dobrych parę stówek mniej na osobę, chociażby wybierając tańsze zakwaterowania czy nie wydając kasy na zakupy w Bangkoku.


Tak, jak wspominałem kilka zdań wcześniej, bardzo chcielibyśmy do Tajlandii wrócić, jednak chęć odkrywania nowych miejsc na świecie przewyższa.
Następną podróż planujemy na Marzec 2019 - Filipiny. Aktualnie jesteśmy w trakcie poszukiwania lotu...

Bardzo dziękuję wszystkim za przeczytanie relacji :!:
Może nie było w niej niesamowitych zdjęć robionych najlepszym na rynku Canonem, może nie odwiedziliśmy 38 wysp w 5 dni, nie spaliśmy w domku po środku dżungli, ani nie ugryzła nas małpa to jednak mam nadzieję, że czytaliście relację z zaciekawieniem i poniektórym choć w części pomogła w planowaniu swojej eskapady do Tajlandii.

Gdybyście mieli jakieś pytania, sugestie czy wnioski - śmiało komentujcie!

Pozdrawiam! :D

____________________________________________________________________
Poniżej nasz krótki filmik z opisywanej wyżej wyprawy:

Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 31 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group