Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 33 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 28 Wrz 2021 18:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 974
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
Kolejny poranek przywitał nas słoneczną pogodą, więc tym chętniej ruszyliśmy w dalszą drogę.

Załącznik:
IMG_2007.jpg


Według pierwotnego planu w tym dniu mieliśmy dotrzeć do Pitesti, bo tam oficjalnie kończy się droga 7C. Po głębszej lekturze postanowiliśmy jednak zmienić trasę i odbić wcześniej na zachód w kierunku kolejnej górskiej drogi, którą zamierzaliśmy pokonać, czyli Transalpiny – od pewnego momentu droga 7C staje się po prostu całkiem zwykłą drogą bez spektakularnych widoków i uznaliśmy, że nie ma sensu jechać nią do końca dla samej przyjemności jazdy. Po tej zmianie zamiast w Pitesti mieliśmy zanocować kilka godzin drogi dalej na zachód, bliżej miejsca gdzie ma swój początek Transalpina.

Co do konkretnego planu i atrakcji na trasie w tym dniu, zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, bo w ogóle nie czytałam wcześniej o południowej części Trasy Transfogarskiej. Postanowiliśmy jednak nie nadrabiać zaległości i po prostu dać się zaskoczyć.

Większość trasy wiedzie wzdłuż jeziora zaporowego Vidraru, które powstało po budowie zapory na rzece Arges w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Vidraru jest największym sztucznym jeziorem w Rumunii, ma prawie 9 km2 powierzchni a jego maksymalna głębokość to 155m.
Pierwsze wrażenia z drogi były bardzo dobre, głównie dzięki temu, że wyraźnie zostawiliśmy za sobą chaos, który towarzyszył nam w dniu poprzednim.

Załącznik:
18a.jpg


Samochody mijaliśmy okazjonalnie - miało się wrażenie, że wszyscy ludzie, którzy siedzieli nam niemal na kolanach w dniu poprzednim, jakimś cudem wyparowali (ewentualnie zjechali wieczorem w dół z powrotem północną częścią drogi.)

Jechaliśmy około 30 minut wzdłuż jeziora poszukując miejsca, w którym będzie można je obejrzeć z bliska, jednak droga biegła po wysokiej skarpie a ścieżek którymi można by zejść w dół nie było.

Załącznik:
IMG_2008.jpg


Gdy już udało nam się znaleźć miejsce, które wydawało się odpowiednie, u dołu ścieżki wylądowaliśmy na terenie prywatnej posesji. Podwinęliśmy więc ogony i ruszyliśmy szukać dalej.

I w końcu się udało – to miejsce było fantastyczne.

Załącznik:
19.jpg

Załącznik:
20.jpg

Załącznik:
21a.jpg

Załącznik:
21.jpg

Załącznik:
22.jpg


Spędziliśmy tu jakiś czas napawając się pięknem gór i wód, po czym ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu dzikiej przyrody.

I spotkaliśmy ją, znacznie szybciej niż się spodziewaliśmy.

Dla mnie był to pierwszy raz, gdy spotkałam dzikiego niedźwiedzia. I było to zjawisko dla mnie na tyle niezwykłe i niespodziewane, że w pierwszej chwili zareagowałam mówiąc do męża: No nie, popatrz, sztuczny niedźwiedź!
O sztuczności niedźwiedzia zdawała się świadczyć głównie pozycja, w której się aktualnie znajdował – siedział na pupie, oparty wyprostowanymi plecami o przydrożną barierkę, a przednie łapy miał uniesione na wysokości klaty. Wyglądało to z grubsza tak jakby siedział przy nieistniejącym stole.
Kiedy go minęliśmy, początkowo trwałam w przekonaniu, że niedźwiedź jest sztuczny, jednak mój mąż Sokole Oko przekonał mnie, że się mylę i po kilkuset metrach postanowiliśmy zawrócić, by mu się bliżej przyjrzeć. Było tam już kilka innych samochodów, które również zatrzymały się do niedźwiedzia, a ich pasażerowie, o zgrozo, podobno częstowali go bananami. Sama tego nie widziałam, ale tak twierdził mój mąż Sokole Oko.
No cóż, to się w głowie nie mieści! Ale przynajmniej wyjaśniło się, dlaczego niedźwiedź początkowo wyglądał, jakby siedział przy stole w oczekiwaniu na posiłek.



Kolejnym punktem podróży i kolejnym zaskoczeniem, okazała się Zapora Vidraru. Tak – naprawdę nie mieliśmy wcześniej zielonego pojęcia, że to cudo znajdzie się na naszej drodze.
Ale tym większy był nasz zachwyt. Bo gdybyśmy widzieli zaporę wcześniej na zdjęciach, na miejscu nie byłoby takiego efektu łał.
Miejsce to jest niesamowite, spojrzenie z zapory w dół sprawia, że w brzuchu czuć motyle.

Załącznik:
23.jpg

Załącznik:
23a.jpg

Załącznik:
24a.jpg

Załącznik:
24.jpg

Załącznik:
25.jpg


Tak jak mimo naszego niedouczenia, nie mieliśmy szans na ominięcie zapory Vidraru, tak ominęliśmy nieintencjonalnie kolejną atrakcję na trasie czyli Cytadelę Poenari. Prowadzą do niej długie schody, a z góry można podziwiać okolicę. Widok jest na pewno ładny, o czym my niestety nie mieliśmy okazji się przekonać. NIESTETY tym bardziej, że plan na ten dzień został w zasadzie wykonany, a nie było jeszcze południa. Mieliśmy przed sobą jeszcze tylko około dwóch godzin drogi do miejsca kolejnego noclegu w raczej średnio spektakularnym miejscu - i to miało być na tyle.

Nie było rady, przystąpiliśmy do zmiany planu. Tym razem nie było to już takie łatwe, bo na bezpłatne odwołanie rezerwacji było już za późno. Zadzwoniłam więc do hotelu z błagalnym pytaniem czy nam darują i pozwolą odwołać rezerwację bezpłatnie. Miła pani, mimo bardzo nikłej znajomości angielskiego, potwierdziła na migi, że nie ma problemu. I znowu mogliśmy decydować co dalej.
Z miejsca, w którym się znajdowaliśmy do miejsca noclegu w następnym dniu, czyli położonego w górach pensjonatu Poarata Raiului (co oznacza w tłumaczeniu Bramę Niebios) dzieliło nas 5 godzin drogi. Decydując się na dojechanie tam, przejechalibyśmy w tym dniu również znaczną część Transalpiny, czyli drogi 67C, która jest najwyżej położoną drogą w Rumunii - w najwyższym punkcie osiąga 2145 m n.p.m.
Słońce świeciło a my byliśmy w dobrych nastrojach, więc nie zastanawiając się długo, postanowiliśmy spędzić dodatkowe kilka godzin w trasie i ruszyć w kierunku Bramy Niebios.
Po głębszym rekonesansie na temat tego miejsca, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że decyzja była słuszna – wcześniej nie doczytałam, że by dotrzeć do Bramy Niebios, trzeba odbić z Transalpiny i przejechać 16 km szutrową drogą, której pokonanie zajmuje około godziny.
Wyglądało więc na to, że spędzimy 2 kolejne dni w miejscu nieco odciętym od świata. I to było dobre.

Zanim jednak było nam dane dotarcie tamże, mieliśmy do pokonania Transalpinę, a przynajmniej znaczną jej część.
Ogólnie panuje przekonanie, że Transalpina to brzydsza siostra Trasy Transfogarskiej. Mogłoby się więc wydawać, że jest tu mniej ciekawie pod względem widokowym.
Moje osobiste doświadczenie było inne – okolice Transalpiny są piękne i co najważniejsze wciąż nieskażone masową turystyką.

Załącznik:
58.jpg

Załącznik:
59 Transalpina.jpg

Załącznik:
60.jpg

Załącznik:
61.jpg

Załącznik:
62.jpg

Załącznik:
63.jpg

Załącznik:
64.jpg


Ja czułam się tu dużo lepiej niż na Trasie Transfogarskiej, która może i jest bardziej spektakularna, ale za sprawą dużej ilości ludzi niestety wiele traci ze swego uroku.



Po przejechaniu najwyżej położonego odcinka Transalpiny, droga jest nadal bardzo ładna.

Załącznik:
66.jpg


Z utwardzonej drogi w kierunku Poarta Raiului zjeżdżaliśmy na wysokości jeziora polodowcowego Oasa.

Załącznik:
67.jpg


Zjechaliśmy na szutrową drogę i tu nastąpił moment, w którym mój mąż się złamał i przekazał mi kierownicę. Po prostu nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście.

Na miejsce dojechaliśmy po mniej więcej 45 minutach.

Załącznik:
69.jpg

Załącznik:
70.jpg


Pensjonat nie leży w całkowitym odosobnieniu, bo jest tu jeszcze kilka innych budynków.
Niemniej, byliśmy zadowoleni – tym bardziej że do dyspozycji mieliśmy apartament z trzema balkonami, a jeden z nich znajdował się w łazience. Bardzo mi się to podobało.

Załącznik:
68.jpg


W tym dniu nie mieliśmy już siły na wiele więcej, poza uczciwym rumuńskim posiłkiem składającym się z żeberek i polenty. Karta była wprawdzie znacznie dłuższa i zawierała dziczyznę różnego rodzaju, niestety, nic z tych rzeczy nie było dostępne – i to nie tylko w tym dniu, wyglądało na to że dziczyznę przestano tu dowozić jakieś 10 lat temu. Tak czy inaczej było bardzo smacznie i mimo odosobnienia tego miejsca niedrogo, piwo w cenie 7 RON przypieczętowało dobry dzień.
W planie na kolejny dzień mieliśmy trekking, którego po prostu nie mogłam się doczekać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez maginiak, 07 Lis 2021 16:13, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
eskie uważa post za pomocny.
 
 
#22 PostWysłany: 29 Wrz 2021 11:16 

Rejestracja: 29 Wrz 2021
Posty: 1
szukam informacji na temat Rumunii bo chcemy się wybrać z żoną i dziećmi. Czy możesz coś więcej napisać na temat cen? Będziemy w cztery osoby a nie mamy zbyt dużego budżetu
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 29 Wrz 2021 12:24 

Rejestracja: 26 Maj 2014
Posty: 445
srebrny
Mi też Transalpina podobała się bardziej niż Transfogaraska. Na tej pierwszej o wiele mniej turystów, więcej miejscówek do zatrzymania się i te rozległe przestrzenie robią lepsze wrażenie :)
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 30 Wrz 2021 12:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 974
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
@craison Dokładnie nie liczyłam wydatków ale ceny są niższe niż u nas, średnio pewnie o 10-15%.
Za wakacje zapłacisz na pewno mniej niż w Polsce, szczególnie mając do wyboru Wybrzeże czy co gorsza Zakopane.
Góra
 Relacje PM off
craison lubi ten post.
craison uważa post za pomocny.
 
 
#25 PostWysłany: 30 Wrz 2021 12:39 

Rejestracja: 22 Maj 2012
Posty: 647
Loty: 312
Kilometry: 479 773
niebieski
ja bym powiedział ze ceny jak w PL, pokoj to 100zł lub wiecej, jedzenie w knajpach w Polkich cenach, wstępy raczej nie tanie. Chodz chyab płacilem tylko jeden w SIbu 20 RON w Sibiu to nawet wiecje niz w pl.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
craison lubi ten post.
craison uważa post za pomocny.
 
 
#26 PostWysłany: 11 Paź 2021 12:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 974
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
Pisanie relacji to nie jest prosta sprawa. I prawdopodobnie dopiero ten, któremu dane jest doświadczyć tego zajęcia, potrafi w pełni docenić wysiłek forumowiczów, którzy podjęli się tego zadania i co ważniejsze, postanowili je dokończyć. Może za drugim czy trzecim razem idzie łatwiej. Nie wiem.

W każdym razie ja po napisaniu dwóch pierwszych odcinków tej relacji nie do końca byłam pewna, czy wystarczy mi cierpliwości do sortowania i przycinania zdjęć, czy nie będę miała dość samej siebie, gdy przechodząc po raz enty ścieżkę „Wybierz pliki” -->„Dodaj pliki” -->„Umieść w treści relacji”, przeklinam ze złością komunikat: „Obrazek musi mieć przynajmniej 0 pikseli szerokości, 0 pikseli wysokości, i co najwyżej 1600 pikseli szerokości i 1200 pikseli wysokości. Przesyłany obrazek ma 2016 pikseli szerokości i 1134 pikseli wysokości. lub 3.jpg => Plik jest za duży, maksymalny dopuszczalny rozmiar to 1 MiB.
No ileż można, przecież już zmniejszałam! Tak, dokładnie to zdjęcie zmniejszałam! Motyla noga, nie zapisało się! I w kółko to samo!

I tak w sumie ponad miesiąc zajęło mi opisanie tak naprawdę krótkiej i nieskomplikowanej podróży. Dziś powoli zmierzam ku końcowi, chyląc kapelusza przed tymi, którzy mają siłę i ochotę na to, by opisywać większość swoich podróży.

Dzień 7
Brama Niebios

Załącznik:
1b.jpg


Za tłumaczeniem Google ze strony pensjonatu „Brama Niebios”:

Obszar Bramy Niebios
Brama Nieba to obszar wielkiego piękna, położony między szczytami Sureanu, Patru i Canciu, opisany w jego opowiadaniach przez wielkiego powieściopisarza Mihaiła Sadoveanu.
Położony na wysokości 1565 m n.p.m., oferuje naturalny śnieg przez prawie 5 miesięcy w roku, od grudnia do końca kwietnia.


Brama Niebios oferuje jednak coś więcej.

Widziałam niedawno reportaż o Kogucie Błażeju.
Błażej, jak na prawdziwego koguta przystało, pieje ile wlezie. Pieje rano, pieje w południe, pieje wieczorami. Pieje również w nocy, najchętniej o trzeciej czy czwartej nad ranem.
Kogut Błażej mieszka na wsi i zarówno on jak i jego właściciel uważają, że tak jak kogut przynależy do wsi, tak pianie przynależy do koguta. O której by miał nie piać, jest dobrze i tak jak panbógprzykazał.
Kogut Błażej ma jednak sąsiada, który jest innego zdania. Sąsiad przeprowadził się na wieś z wielkiego miasta, a przygnała go zapewne chęć zaznania spokoju od zgiełku. A tu kogut piejący o każdej porze dnia i nocy! Po prostu bezczelność! No więc sąsiad nie myśląc długo, zgłosił Błażeja na policję – że Błażej mu zakłóca i że jego właściciel ma natychmiast coś z Błażejem zrobić, a najlepiej to skrócić o głowę.
Zarówno jednak policja, jak i właściciel rzeczonego koguta, a nawet cała wieś, nie zrobili nic więcej poza pokazaniem mieszczuchowi wielkiego wała pod tytułem: Zachciało Ci się wsi, to albo słuchasz piania albo wracaj skąd żeś przyszedł. I co? I mają ludziska rację!

Tak wielką rację, jakiej ja na pewno nie miałam, gdy pierwszej nocy u Bram Niebios budziłam się z pianą na ustach mniej więcej co godzinę.
Bo te dwie istoty, które kiedyś wyglądały jak poniżej, dzisiaj wyglądają zupełnie inaczej.

Załącznik:
1.jpg


Dziś mają ogromne łby, wielkie łapy i niezwykle donośne głosy, a ich główną powinnością jest strzeżenie Bramy Niebios przed muchami, co robią z rozkoszą przez dzień cały a najchętniej w środku nocy.

No więc nie pospaliśmy za dobrze tej nocy pośród gór, ale siłą nas tu przecież nikt nie ciągnął - dostaliśmy jedynie to czego chcieliśmy.
Hmmm, dostaliśmy nawet więcej, bo poranek przywitał nas deszczem. A jak wiadomo, górskie wędrówki w deszczu są super.

Zanim jednak przystąpiliśmy do wędrowania, zjedliśmy śniadanie.
Czy było smaczne w sumie nie bardzo pamiętam, bo nie mogłam się skoncentrować na jedzeniu za sprawą maszyny, która robiła Piiiiik. Bardzo głośne Piiiiik!
To był taki dźwięk, jaki wydaje zrozpaczona lodówka, gdy zapomnimy ją właściwie domknąć.
Naprawdę nie wiem jak to możliwe, ale zdawaliśmy się być jedynymi osobami w sali śniadaniowej, które słyszały Piiiiik i którym ono przeszkadzało. Pozostali goście po prostu spożywali posiłek, my słuchaliśmy Piiiiik.
Po nocy spędzonej w towarzystwie dwóch ogromnych owczarków szczekających nam do ucha, Piiiiik było dokładnie tą rzeczą, której najbardziej tego poranka potrzebowałam.

Po śniadaniu trochę się przejaśniło, a trochę nadal padało... Mimo to postanowiliśmy wyruszyć na szlak.

Załącznik:
1a.jpg


Zidentyfikowaliśmy kilka różnych możliwości, od bardzo prostych ścieżek pośród drzew, po nieco bardziej wymagające ścieżki w górę.

Załącznik:
2.jpg

Załącznik:
3.jpg


Braliśmy pod uwagę wszystkie możliwości i na pewno skorzystalibyśmy z jednej z nich, gdyby nie komary. Komary niestety bardzo mnie lubią. Dodatkowo te tutejsze to były krwiożercze bestie, których nie spotkałam nigdzie indziej. Kąsały przez spodnie, przez bluzę, wydawało mi się że kąsają nawet przez buty.
Do tego były ich całe chmary. Spray przeciw komarom niestety został w walizce, więc po jakichś czterdziestu minutach wymachiwania rękami w bardzo ładnych skądinąd okolicznościach przyrody, postanowiliśmy wrócić do pensjonatu po broń.

Wróciliśmy pokąsani i przemoczeni. Ale to nas nie powstrzymało i po otoczeniu się chmurą DEET wyruszyliśmy ponownie w trasę, ale tym razem zamiast w prawo, poszliśmy w lewo, co dla komarów robi z pewnością wielką różnicę.

Szliśmy przez jakiś czas połoniną, licząc na to, że pojawi się jakiś regularny szlak. Wcale się jednak na to nie zanosiło.
W końcu niechcący wkroczyliśmy na teren nieogrodzonego gospodarstwa, gdzie przywitała nas babulinka z trzema owczarkami. Jeden z nich był tak wielki, że myślałam, że to smok. Babulinka ze spokojem patrzyła jak się tułamy po jej posesji, to w prawo, to w lewo, próbując przedostać się do znajdującej się po drugiej stronie drogi.
Owczarki, w przeciwieństwie do babulinki, w ogóle nie były spokojne, a ich niepokój udzielił się również nam. Postanowiliśmy się wycofać i poszukać innej drogi, a psy podążyły za nami, szczekając donośnie.

Nie twierdzę, że uciekaliśmy, o nie! Po prostu szliśmy zdecydowanym szybkim krokiem marszowym. Psy nie bardzo chciały się odczepić - im szybciej szliśmy, tym głośniej szczekały i tym bardziej czuliśmy ich oddech na plecach. Zwolnienie kroku niestety niewiele dawało. Zatrzymały się dopiero dobry kilometr od gospodarstwa, ale mimo że straciły nas z oczu, nadal szczekały, co nam wcale nie umilało wędrówki.
Przeszliśmy kolejny kilometr, może dwa, drogą, która nadal wcale nie wyglądała na regularny szlak. Wokół było mnóstwo powalonych drzew. I póki powalone drzewa były wokół, akceptowaliśmy ten fakt ze spokojem i ochoczo podążaliśmy naprzód, gdy drzewa zagrodziły nam skutecznie drogę, przestało nam być do śmiechu - bo oznaczało to mniej więcej tyle, że musimy wrócić na spotkanie z owczarkami.

Psy pojawiły się ponownie znacznie szybciej niż się ich spodziewaliśmy i nie wyglądały na zadowolone. Były na tyle agresywne i natarczywe, że przez chwilę zaczęłam się rozglądać za drzewem, na które można by uciec w razie czego. Mojemu mężowi jednak nie w głowie była ucieczka na jakieś głupie drzewo! Chwycił w rękę kij większy od siebie i dzierżąc go dzielnie w garści, ruszył przed siebie. A ja za nim. I tak sobie szliśmy w miłej atmosferze, my, psy i kij, kilka kilometrów wspólnej wycieczki, aż do gospodarstwa, z którego psy za nami wyruszyły.
Na nasze szczęście, postanowiły tam pozostać, żegnając nas donośnym hau.

Dalsza część wycieczki przebiegła spokojnie i bez udziału zwierząt. Las wokół był dziki, iglasty, było mnóstwo mchu, który uwielbiam, bo nadaje taki bajkowy klimat. Tym razem było cicho i przyjemnie.

Załącznik:
6.jpg

Załącznik:
4.jpg

Załącznik:
5.jpg


Wędrowaliśmy może z godzinkę, po czym zgodnie uznaliśmy, że zasługujemy na solidny posiłek złożony z mięsa i polenty.
Byliśmy zmęczeni - komary, psy, deszcz i całe to świeże powietrze zrobiły swoje. Wieczór spędziliśmy popijając to i owo i trochę ciesząc się na powrót do cywilizacji w kolejnym dniu.
Kładliśmy się nieco z duszą na ramieniu w nadziei, że część naszej historii z owczarkami w roli głównej dobiegła końca.
I tak też się stało – tej nocy spaliśmy jak dzieci a psy postanowiły zrobić to samo.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez maginiak 07 Lis 2021 16:56, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#27 PostWysłany: 11 Paź 2021 19:59 

Rejestracja: 10 Maj 2014
Posty: 1714
Loty: 90
Kilometry: 134 745
niebieski
Nie pocieszę Cię, przy pisaniu relacji, drugi/trzeci raz wcale nie jest łatwiej :P
Wyjazd bez przygód, to co to za wyjazd ;)
_________________
http://www.ineedatrip.pl
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#28 PostWysłany: 12 Paź 2021 10:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 1640
Loty: 70
Kilometry: 138 694
niebieski
maginiak napisał(a):
Kogut Błażej mieszka na wsi i zarówno on jak i jego właściciel uważają, że tak jak kogut przynależy do wsi, tak pianie przynależy do koguta. O której by miał nie piać, jest dobrze i tak jak panbógprzykazał.


Łączę się z Tobą w bólu. Pacholęciem będąc spędzałem lato z Tatą na wsi. Było tam takie jedno kogucie bydle, które z całego, ogromnego i urozmaiconego gospodarstwa, wybrało płot jakieś dwa mery od okna naszej sypialni. A w lecie spało się przy oknie otwartym.

Darło dzioba z pierwszym brzaskiem około 4:00. W jego kierunku lato wszystko co mogło posłużyć za pocisk, buty, jabłka, noże. Po kilku dniach tak się wycwanił, że podskakiwał omijając ciskane różności, nawet na moment nie zaprzestając upiornego piania.

Czas jakiś później ćwiczyliśmy z Tatą rzucanie widłami do starej stodoły, fajnie się wbijały. Któreś z nas rzuciło trochę za nisko i dokładnie w tym momencie, jak widły już leciały, kogut wstawił łeb ze szczelin stodoły. Dostał centralnie w czaszkę, jednym z zębów wideł, więc nie męczył się wcale. No cóż mogę więcej powiedzieć... smaczny był.
_________________
ODZYSK CZĘ!

Tęcza jest Ważnym elementem religii judeo-chrześcijańskich, kolorami czakr, symbolem dzieciństwa i różnorodności w jedności, kolorami siedmiu kontynentów, a nie tylko flagą ruchu LGBT (btw 6. kolorów zamiast 7.). Zależy mi tylko na tym, aby pamiętać o różnorodności znaczenia tęczy.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#29 PostWysłany: 24 Paź 2021 20:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 974
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
No to zmierzam do brzegu.

Dzień 9 i 10
Timisoara

Poranek dnia kolejnego upłynął nam na śniadaniu spędzonym w towarzystwie maszyny, która robi Piiiik oraz całej palety innych dźwięków w bonusie.
Tego dnia Piiik przeplatało się z dźwiękami przebojów z dawnych lat płynących z ogromnego głośnika umieszczonego tuż nad naszym stołem. Przeboje przemielono, wyżęto i rozwałkowano na placek w taki sposób, że trudno było je rozpoznać. Było to coś w rodzaju disco polo, połączonego z bardzo złym niemieckim techno podszytym popowym bitem i chorałami gregoriańskimi.
Naprawdę nie wiem jak można coś takiego wymyślić. Usiedliśmy przy tym konkretnym stole pod głośnikiem z pełnym rozmysłem licząc na to, że „muzyka” trochę zagłuszy Piiiik. W sumie prawie się udało, choć koniec końców nie jestem pewna, które dźwięki bardziej wyprowadzały mnie z równowagi.

Od razu po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku Timisoary, która miała być naszym ostatnim przystankiem w Rumunii. Pogoda była póki co taka sobie, było dość chłodno i nadal deszczowo. Prognoza dla Timisoary pokazywała jednak 28 stopni i pełne słońce więc popołudnie zapowiadało się przyjemnie.
Póki co, czekały nas jednak cztery godziny w trasie. Najpierw szutrowa droga, a niedługo potem, taaaak: AUTOSTRADA!!!! Pierwsze doświadczenie z autostradą w Rumunii i pierwsza okazja do rozwinięcia prędkości 140 km na godzinę, po prostu szał!

Wprawdzie trochę brakowało nam tutaj zataczającej się od lewa do prawa trzody chlewnej, ale na nudę nie narzekaliśmy. Jazdę urozmaiciło nam najpierw gigantyczne oberwanie chmury, a następnie mijane samochody o mało opływowych kształtach – podejrzewam, że w tak fantazyjny sposób wygiętego błotnika używa się tu do tego, by nie rozwinąć zbyt dużej prędkości. Dzięki temu na drodze jest znacznie bezpieczniej.

Załącznik:
41.jpg


Generalnie jazda po rumuńskich drogach to interesujące doświadczenie, które kosztuje tylko 35 RON za calutki miesiąc. Naprawdę warto w tę przyjemność choć raz w życiu zainwestować.

Do Timisoary dotarliśmy wczesnym popołudniem. Mieliśmy spędzić tutaj dwa leniwe dni.

Timisoara jest miejscem, w którym można się naprawdę miło ponudzić.
W zestawieniu najpiękniejszych miast w Rumunii pojawia się ona zwykle na podium obok Sighisoary i rzeczywiście na swoje miejsce zasługuje.
Nim jednak przejdę do unoszących się nad miastem oparów lenistwa, pozwolę sobie przytoczyć kilka ciekawostek. Warto bowiem wspomnieć, iż Timisoara była pierwszym miastem w Europie posiadającym elektryczne oświetlenie ulic, a także jako pierwsza wprowadziła tramwaje. Ponadto właśnie tutaj rozpoczęła się rewolucja w 1989 roku, która doprowadziła do upadku rządów Ceausescu. Z Timisoarą wiąże się zapewne wiele innych ciekawych historii, ja zapamiętałam jednak tylko te powyższe, co uznaję za ilość w zupełności wystarczającą.

Nim wyjdziemy na ulice Timisoary, jeszcze tylko kilka słów o naszym hotelu. Zatrzymaliśmy się w Mercure Timisoara i mogę śmiało powiedzieć, że był to jeden z fajniejszych hoteli, w których było mi dane nocować. Celowo używam słowa „fajny”, bo mimo swojej okropności właśnie ono mi tu najbardziej pasuje.

Hotel jest nowiutki i błyszczący. Z zewnątrz ma formę bardzo klasyczną, natomiast w środku po prostu mieni się kolorami. Niemal wszystkimi sprzętami znajdującymi się w pokoju można sterować z poziomu tabletu a panel dotykowy służy nawet do spuszczania wody w toalecie. Nawet w Japonii takiego cuda nie widziałam.
Poza tym mamy tu kabinę prysznicową w centralnym punkcie pokoju – można ją sobie zasłaniać lub odsłaniać zdalnie w zależności od potrzeb i nastroju. Wisienką na torcie okazał się ogromny taras – gdybyśmy tylko mieli rowery, wieczorami zapewne urządzaliśmy tam wyścigi. Kolejną obok tarasu wisienką, było hotelowe śniadanie. Absolutnie fantastyczne, perfekcyjne, idealne! Po prostu mniam!

W kwestii hotelu musi się jednak pojawić jedno NIESTETY. Bo niestety się nie popisaliśmy i nie zrobiliśmy tam nawet połowy zdjęcia, więc wklejam zdjęcia ukradzione ze strony hotelu <wstydzi się>
Pardon, Monsieur Accor!

Załącznik:
A.jpg

Załącznik:
B.jpg

Załącznik:
D.jpg

Załącznik:
C.jpg


No to idziemy jeść i pić. Obiad w tym dniu zjedliśmy w znajdującej się nieopodal hotelu restauracji serwującej steki z argentyńskiej wołowiny.
Ceny nam jednak trochę podcięły skrzydła – steki z górnej półki wyceniali raczej na poziomie zachodniej Europy niż Rumunii, więc zadowoliliśmy się antrykotem, który był po prostu smaczny.

Załącznik:
42.jpg


Skoro się posililiśmy, wypadało pospacerować.
Architektura Timisoary zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Nie jest to wprawdzie miasto ciasnych uliczek, które najlepiej nadają się do chodzenia donikąd, ale i tutaj można się zgubić.
Życie toczy się wokół trzech placów: Piata Unirii, Piata Victoriei i Piata Libertati.

Załącznik:
44.jpg

Załącznik:
43.jpg

Załącznik:
45.jpg

Załącznik:
49.jpg

Załącznik:
46.jpg


Mimo, że wiele budynków jest od lat w nieustannym remoncie, w mieście można się naprawdę dobrze poczuć. Jest spokojnie, ładnie i czysto, na ulicach polegują młodzi ludzie z zapałem uprawiający nicnierobienie przeplatane z paleniem papierosów i jazdą na deskorolkach.
Choć spotkaliśmy i takich, którzy z zapałem czytali, i to synchronicznie.

Załącznik:
47.jpg


Wybraliśmy się też na spacer nad rzekę Bega, która wygląda raczej jak kanałek, ale jest sympatycznym miejscem zarówno do spaceru jak i do posiedzenia sobie.

Załącznik:
57.jpg


Sielanka nasza została tylko na chwilę zakłócona za sprawą dobrego uczynku, który musieliśmy wykonać.
Otóż w śmietniku znaleźliśmy gołębia, który wlazł do foliowej torebki i szamotał się niemożebnie nie potrafiąc się wydostać. Mąż próbował gołębiowi pomóc i w mu końcu się udało, ale zrobił to w tak niefortunny sposób, że gołąb ze śmietnika wleciał mi prosto w twarz. Naprawdę nie przepadam za tak bliskimi spotkaniami z ptakami, ale ważne że biedne stworzenie zostało uratowane.

Timisoara była jedynym miastem w Rumunii, w którym trafiliśmy na knajpę z kraftowym piwem, która też była jedynym miejscem, w którym udało nam się nawiązać kontakt z tak zwaną lokalną ludnością.

Załącznik:
53.jpg


Skoro już jesteśmy przy lokalnej ludności, to wycieczka do Rumunii była dla mnie w tej kwestii delikatnym rozczarowaniem.

Moje dotychczasowe doświadczenia w kontaktach z Rumunami były zawsze bardzo pozytywne. Wielokrotnie podróżowałam służbowo do Bukaresztu i okolic, i niemal wszyscy Rumuni, z którymi było mi dane obcować, i których od wielu lat znam nie tylko służbowo, to ludzie niezwykle wręcz serdeczni, otwarci, pomocni i wiecznie uśmiechnięci. Bazując na tym doświadczeniu spodziewałam się podobnej otwartości ze strony mieszkańców podczas tej podróży. Tymczasem okazało się, że lokalny człowiek zagadał do nas z własnej nieprzymuszonej woli i z ciekawości dopiero w Timisoarze.
Zwykle w podróży, szczególnie w restauracjach, jakoś naturalnie nawiązuje się nić porozumienia, czy to z kelnerami, czy z innymi ludźmi, którzy lubią biesiadować podobnie jak my. Tutaj było inaczej. Kelnerzy raczej trzymali dystans, ograniczając się zwykle do podania menu i przyniesienia jedzenia. Byli uprzejmi, ale miało się wrażenie, że nie do końca cieszą się tym co robią, nie mają ochoty na pogawędkę i na coś więcej poza wykonaniem służbowego obowiązku. Nie mówię, że to źle, bo za przesadną otwartością też nie przepadam, ale spodziewałam się jednak czegoś innego.

Tak czy inaczej, cieszę się, że udało nam się porozmawiać choćby z tym jednym młodym człowiekiem, bo dzięki niemu wyjaśniła się zagadka, która mnie nurtowała, a mianowicie tajemnica kompletnie zakorkowanej Trasy Transfogarskiej w weekend. Bo rozumiem większe tłumy w weekend nad jeziorami czy nad morzem. Ale skąd ten pęd to spędzania weekendów na górskiej drodze? Ale tak, okazuje się, że Rumuni z Braszowa i okolic, po prostu uwielbiają tę drogę i wjeżdżają nią z własnej nieprzymuszonej woli, tak mniej więcej raz na miesiąc, by podziwiać świat z góry. A dlaczego?
Bo tak.

Tajemnica się wyjaśniła więc mogliśmy się oddać degustacji, która z biegiem czasu nabierała coraz to innych barw.

Załącznik:
50.jpg

Załącznik:
52.jpg

Załącznik:
54.jpg


Piwo było dobre i drogie - około 12-14 RON za 0,3l. Skoro jednak przez ostatni tydzień z okładem, popijaliśmy napoje piwopodobne w cenie 5-6 RON za 0,5 litra, uznaliśmy, że z czystym sumieniem możemy sobie pozwolić na rozpustę. I w sumie przez ten jak i kolejny dzień, wiele więcej nie robiliśmy.

Załącznik:
51.jpg


I w ten miły sposób nasza rumuńska przygoda dobiegła końca.

W drodze powrotnej do Warszawy, zatrzymaliśmy się jeszcze by złapać chwilę oddechu w Ostrawie w hotelu Mercure, który skądinąd bardzo polecam, głównie ze względu na salonik, który nawet w dobie wiadomoczego funkcjonuje całkiem poprawnie.

Nim jednak wylądowaliśmy w saloniku, zjedliśmy przepyszną kolację w Hogo Fogo Bistro.

Załącznik:
89.jpg

Załącznik:
90.jpg

Załącznik:
91.jpg


Świetna restauracja z cudownym ogródkiem, przepysznym jedzeniem i uśmiechniętą, pełną dobrej energii obsługą – powiew świeżości, którego nam nieco w ostatnich dniach brakowało.
Może trochę nie fair tak mówić, ale tego wieczoru poczuliśmy, że Europa ponownie mówi do nas Ahoj!

W dniu kolejnym czekała nas już tylko podróż do Warszawy, która minęła bez większych przygód.
Po drodze zatrzymaliśmy się tylko raz, by odebrać od rodziców naszego potomka. Zastaliśmy go w zaskakująco dobrym stanie - ani trochę się nie stęsknił, zresztą ze wzajemnością.

Mimo, że podróż po Rumunii nie była szczególnie spektakularna, ani ze względu na obrany kierunek ani wyjątkowość przeżyć, wspominam Rumunię ciepło.
Chwilami było śmiesznie, ani przez chwilę nie było strasznie. Było leniwie. Czasem też tak trzeba.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez maginiak 08 Lis 2021 15:49, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
eskie uważa post za pomocny.
 
 
#30 PostWysłany: 07 Lis 2021 13:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 1080
Loty: 82
Kilometry: 162 652
niebieski
Od postu, w którym jest "Dzień 5" zdjęcia się nie wczytują. Czy @maginiak możesz zerknąć czy jest ok powgrywane/poumieszczane/itd?
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
maginiak uważa post za pomocny.
 
 
#31 PostWysłany: 07 Lis 2021 13:33 

Rejestracja: 26 Maj 2014
Posty: 445
srebrny
Jest jakiś większy problem z ładowaniem zdjęć:
bledy-na-forum,19,100205?start=220
Góra
 Relacje PM off
maginiak uważa post za pomocny.
 
 
#32 PostWysłany: 07 Lis 2021 13:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 974
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
@Raphael Dzięki za informację, z mojej strony nic nie zmieniałam, wygląda na to, że faktycznie jest to związane z jakimś poważniejszym błędem na forum. Szczerze mówiąc nie wiem co z tym mogę zrobić. Czy @moderacja może coś doradzić?
Jeśli przyjdzie mi ładować zdjęcia od nowa to chyba się potnę szarym mydłem

Edit: no nic, próbuję ładować zdjęcia od nowa, ale że część zmniejszonych zdjęć mi gdzieś zniknęła, mam przy tym naprawdę dużo radości. Pisanie relacji to doprawdy przygoda sama w sobie!
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#33 PostWysłany: 12 Lis 2021 13:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Mar 2019
Posty: 261
Loty: 10
Kilometry: 11 170
niebieski
Cmentarz wymiata! :D
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
 [ 33 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group