Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 17 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 03 Maj 2020 11:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
To miał być wyjazd stricte wypoczynkowy, leżenie na piasku, opalanie się, spacery po plaży raz w lewo, raz w prawo, troszkę jakiegoś tam zwiedzania, ale tylko tyle żeby sumienie rozgrzeszyć od nicnierobienia, nie za dużo za kierownicą, taka bardziej pobytówka. Letnia, urlopowa klasyka. Taka była pra-pierwotna myśl. Chyba nawet trochę się udało… sęk w tym, że wgłębiając się w miejsce-cel podróży, każda godzina spędzona czy to nad mapą, czy w czeluściach internetu, sprawiała, że oprócz rzeczy, o których z góry było wiadomo, że są to tzw. must-see i odpuścić ich się nie da, lista miejsc interesujących powiększała się, a głód ciekawości nasilał się i kazał szperać głębiej i szukać ich dalej.

Ostatecznie cel podróży został dookreślony jako wybrzeże Litwy i Kurlandii, wypoczynek i zwiedzanie, do tego klasyczne atrakcje Litwy i części Łotwy. Całość autem nieco w ponad dwa tygodnie, na początku lata 2019, z celowym prawie-pominięciem Rygi i Wilna, bo te miasta już mamy zapoznane podczas wcześniejszych wyjazdów. Termin, przełom czerwca i lipca, to czas najdłuższych dni w roku, co było odczuwalne tym bardziej, im dalej się było na północy.

1. Na Mariampol jazda!

Granicę z Litwą przekraczamy w Budzisku. Przekraczamy to może za dużo powiedziane, raczej przejeżdżamy drogą w poprzek której biegnie sobie granica – jak się człowiek zagapi, to można i nie zauważyć. Jako, że podróż zaczęta była na południu Polski, to pierwszym celem na Litwie jest nocleg, nocleg tranzytowy. Pierwsze miejsce, gdzie wybór jest spory i w rozsądnych cenach to Mariampol (Marijampolė).

czas przejazdu:
granica – Mariampol: 30 min


Jadąc chyba z każdego miejsca w Polsce da radę dojechać nad litewski Bałtyk za jednym zamachem. My jednak po drodze zahaczamy o Łomżę i sporo czasu poświęcamy na Suwałki… a i tak do Mariampola docieramy o godzinie pozwalającej i na zakupy litewskich smaków, i na krótki spacer. Celowo nie użyłem słowa „zwiedzanie” – w Mariampolu w zasadzie nie ma czego zwiedzać, można się po nim przejść, co najwyżej coś zobaczyć. Mamy tam kościół św. Michała Archanioła (Šv. arkangelo Mykolo), który szufladkuję do kategorii „kościół jak kościół”, możemy się przejść parkiem nad leniwie snującą się rzeką Szeszupą (Šešupė). W parku umieszczono przyjemną, acz nieporywającą instalację artystyczną. Za najciekawszy punkt miasta uznałem jednak nie żaden z zabytków, ale duży, pusty plac noszący imię Jonasa Basanavičiusa (Jonas Basanavičius aikštė). O osobie dawcy nazwy tegoż placu pierwszy raz w życiu usłyszałem właśnie przy okazji noclegu w Mariampolu – podobnie jak i samo miasto, jego osoba nie zafascynowała mnie, jednak dla Litwinów to na tyle istotna persona, że ma nawet artykuł w polskiej Wikipedii.

Image
Mariampol, pomnik Tysiąclecia Litwy

Na placu znajduje się charakterystyczny pomnik Tysiąclecia Litwy: umieszczony na wysokiej kolumnie, pędzący konno włócznik celuje swój oręż, pewnie w jakiegoś wroga narodu. Z boku placu stoi hotel Mercure, a z drugiej strony jakiś urząd, miasta czy gminy. Ani urząd, ani hotel nie wyróżniają się niczym szczególnym, jedynym smaczkiem jest ładne nocne podświetlenie tego pierwszego w litewskie barwy narodowe. Jeśli będziecie kiedyś nocować w tym hotelu, proście o pokój od strony placu – będzie widok.

Image
Mariampol, podświetlony urząd przy placu Basanavičiusa

.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 05 Maj 2020 18:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
2. Nad litewskie morze… przez pustki

Kolejnego dnia ruszamy w kierunku Kłajpedy – nie najszybszą drogą, czyli nie autostradą, ale tak, żeby po drodze zobaczyć kilka wcześniej odnotowanych punktów. Pierwsze wrażenie, gdy wyjedzie się poza miasto: pusto, o jejku, jak tu pusto! Jak okiem sięgnąć tylko pola, pola, pola, czasem jakiś mniejszy lub większy las. Na tych polach gdzieniegdzie, z rzadka rzucone domy, niczym jakieś domy osadników na „dzikim zachodzie”, rzucone same sobie pośrodku prerii. Domy proste, zwyczajne, skromne, na pewno nie bogate, ale nie sprawiały też wrażenia jakoś strasznie biednych.

Najpierw kierujemy się sprawdzić, czy nad Niemnem faktycznie można popaść w melancholię... książkowego Korczyna szukać nie będziemy, bo się go znaleźć nie da, przynajmniej nie na Litwie. Niemen przekraczamy mostem w Jurborku (Jurbarkas). Miasteczko nie robi wrażenia, ani złego, ani dobrego, ale tylko przez niego przejeżdżamy. Jedziemy w górę rzeki, ku wyselekcjonowanemu głównemu punktowi programu dnia. Ale wcześniej, po drodze, wiedzeni fizjologiczną potrzebą skręcamy w przypadkowy zjazd na jakiś parking w lesie. Jako, że parkingi jednak po coś się buduje, ten też ma swój cel, a jest nim pomnik flisu (55.088947, 22.951356). Litewską nazwę, sielių kelias, translator tłumaczy jako „ścieżka dusz”… czyli można uznać, że element melancholijny się nad Niemnem znalazł. Przez ładnych parę wieków Niemnem spławiano towary, głównie drewno. Kilka pni połączonych ze sobą w tratwę i przymocowanych do sfalowanej stali, pewnie obrazującej niespokojność rzeki, tworzy pomnik, który ma przypominać to niełatwe i istotne dla tych ziem zajęcie. Pomnik znajduje się na terenie Poniemuńskiego Parku Regionalnego (Panemunių regioninis parkas). Nieopodal, przez Rezerwat Botaniczny Šilinė (Šilinės Botaninis Draustinis), poprowadzono okrężną ścieżkę przyrodniczą. Ze względu na chmary komarów spotkanie z tamtejszą przyrodą nie było jednak przyjemne i skończyło się nad wyraz szybko. Lecimy dalej… i przelatujemy obok ładnego, drewnianego budynku (55.089541, 22.956422). Ładny, drewniany budynek z XVIII w. był onegdaj zajazdem, tawerną. Z perspektywy czasu trochę głupio, że „zwiedzony” tylko z zewnątrz. W środku jest informacja turystyczna Parku Regionalnego i jakaś wystawa… o czym dowiaduję się po powrocie do Polski (efekt zwiedzania „po japońsku”).

Image
Poniemuński Park Regionalny, pomnik flisu

Image
Poniemuński Park Regionalny, zajazd z XVIII w.

Po niecałych 3 km dalszej jazdy docieramy do miejsca nominowanego do głównej atrakcji dnia. Leży ono w miejscowości o nazwie Zamek (Pilis), a tąże atrakcją jest, tu niespodzianka... zamek. W polskim nazewnictwie stosuje się na niego określenie pochodzące od jednych z jego właścicieli, zamek Giełgudów. Ród ten utracił zamek udział w powstaniu listopadowym. Wcześniej byli na tych ziemiach Żmudzini, potem Krzyżacy, przewinęli się i Billewiczowie (pewnie ci z „Potopu”), i nawet jacyś Węgrzy, że nie wspomnę o caracie i państwie litewskim. Nazwa zamku używana przez Litwinów, Panemunės pilis, odnosi się do nieodległej wsi, Poniemuń, która dała też nazwę całemu, wspomnianemu już, Parkowi Regionalnemu. Aktualnie na zamek składają się trzy klasycystyczne skrzydła, dwie wrastające w nie wieże i spinający to w całość mur z bramą wjazdową. Na dziedzińcu trochę bałaganiku, z jednej strony fasada już ładnie wyremontowana, z innej się robi, a z jeszcze innej kiedyś pewnie robić się będzie. W jednym skrzydle do dyspozycji turystów jest mini muzeum oraz możliwość wejścia na wieżę. Schody na wieżę są strome, wąskie, drewniane – dla osób, które nie byłyby sobie w stanie z nimi poradzić, na parterze umieszczono monitor, na którym wyświetla się obraz z zamontowanych na wieży kamer, fajnie pomyślane. Widok z góry: lasy, pola i przede wszystkim on, dostojnie płynący sobie Niemen. Widok przyjemny, spokojny.

Wstęp do mini-muzeum i na zamek 2 € (lato 2019 r.), na dziedziniec gratis. Ale jeśli możecie wdrapać się na górę, to warto zapłacić, aby zobaczyć Niemen z innej perspektywy i poczuć sielskość, spokojność, a może melancholijność okolicy. Przed wejściem do zamku darmowe miejsce parkingowe na kilka samochodów. Biorąc pod uwagę, że tłumów tam raczej nie ma, wszyscy chętni powinni się zmieścić.

Image

Image
zamek Giełgudów

Teraz czas przyjrzeć się rzece z bliska. Jedziemy wraz z biegiem rzeki i skręcamy w upatrzony wcześniej zjazd. Przyzwoitą drogą dojeżdżamy na parking nad Niemnem (55.090527, 22.881044). Parking spory, asfaltowy, bez żadnej infrastruktury. Na miejscu kamperują jacyś Niemcy i stoją dwie osobówki na litewskich blachach. Rzeka wydaje się tu być szeroka i wyjątkowo leniwa, powolna… ach ten motyw melancholii. Niemen ma też walory praktyczne, jedna pani brodząc wyszukuje weń kamyki, „do ogródka”, inni miejscowi myją w rzece psa. Jak można się domyśleć, nie typowałbym Niemna jako rzeki, która nadaje się do relaksującej kąpieli, szczególnie, że przy brzegu zbierała się akurat jakaś niepokojąca piana.

Image

Image
Niemen koło wsi Skirsnemunė

Godziny upływają, czas nagli – trzeba jechać dalej. O ile droga z Mariampola nad Niemen wiodła przez pola, pola, pola i lasy, to dalsza trasa, od Jurborku do następnego punktu postoju prowadzi przez lasy, lasy, lasy i pola. Tym następnym miejscem jest gród, w którym książę Bogusław Radziwiłł, okrutny zbój, więził Oleńkę, Taurogi (Tauragė) czyli róg tura. Odlew uposażonego w wielkie rogi (i nie tylko rogi) tura, stoi sobie zresztą w Taurogach przed zamkiem, a raczej budowlą, która kiedyś nim była. W wyniku licznych przebudów, ostatnia miała miejsce w połowie XIX w., zamek nabierał coraz to nowego stylu i coraz to mniej było w nim zamku. Mi przypomina raczej położone wokół dziedzińca na planie kwadratu kamienice. Do tego, że był to jednak zamek, nawiązują jedynie solidne baszty narożne i gruba brama wjazdowa.

Jeszcze krótki rzut oka na położony koło zamku, ładnie utrzymany skwer, a na nim dwie, nawet ciekawe, rzeczy. Jedna to odlew przedstawiający krzesła, stolik i umieszczoną na nim maszynę do pisania. Później gogiel powiedział, że chodzi o instalację „Ku pamięci Antanasa Naraškevičiusa, dyrektora Teatru Ludowego Tauragė”. Drugą rzeczą jest popiersie jakiegoś, na oko, wojskowego, a pod nim daty 1919-1929. Bez kolejnego gogla by się nie obeszło. Daty dotyczą uczczenia 10. rocznicy powstania Związku Strzelców Litewskich, a popiersie dodano w 1930 r. i przedstawia ono założyciela tegoż związku, Vladasa Putvinskisa. Historia Związku, szczególnie wojenna… tu ograniczę się do linków do Wiki, tego i tego.

Image
Taurogi, obelisk Związku Strzelców Litewskich i zamek

Image
Taurogi, zamkowy dziedziniec

Opuszczamy Taurogi i udajemy się w kierunku Kłajpedy, ale „Tauras”, czyli tur, będzie się nam pojawiał się na Litwie jeszcze nie raz. Już tylko w aspekcie czysto kulinarnym – jest to bowiem także marka kwasu chlebowego (gira), jedna z tych, które najbardziej mi zasmakowały.

Image
Taurogi, tur

czas przejazdu:
Mariampol – zamek Giełgudów: 1:45
zamek Giełgudów – Taurogi: 1:00
Taurogi – Kłajpeda: 2:00


.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 08 Maj 2020 21:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
3. Kłajpeda

Po Wilnie i Kownie, trzecie największe i trzecie najludniejsze miasto na Litwie to Kłajpeda (Klaipėda, niem. Memel). Jedyny litewski port morski, brama na Mierzeję Kurońską wita nas… korkiem na autostradzie na wjeździe do miasta, a wydawałoby się, że kraj mały, mało ludny, to i zatorów drogowych się nie uświadczy.

Na kwaterę dojeżdżamy jednak w miarę wcześnie, dzień jest długi, więc zwiedzamy. A w zasadzie udajemy się na spacer wiodący poprzez główne atrakcje tak zwanego starego miasta. Czemu „tak zwanego”? Kłajpeda nie sprawia wrażenia, a przynajmniej na mnie nie sprawiła, miasta wyróżniającego się jakąś ani bardzo wyodrębnioną, ani mocno porywającą starówką. Owszem, jest trochę architektury pamiętającej czasy dziadów naszych dziadów, ale większość to „na oko” bądź przełom XIX/XX w., bądź efekt przebudów i modernizacji dokonywanych w tamtych czasach. Osobną kwestią jest to, że II wojna światowa nie obeszła się łagodnie z tamtejszą substancją architektoniczną, a potem wraz z nowymi rządami przyszła „nowa myśl” i pewnie większość ludzi nie zachwyca się jej przełożeniem na styl architektoniczny.

W wyniku wcześniejszego rozeznania, znalazło się w Kłajpedzie kilka punktów na mapie wytypowanych do własnoocznego zobaczenia. Wyczytałem gdzieś, że miejsce będące w Kłajpedzie tym „naj” to Plac Teatralny (Teatro aikštė). Plac powstał w XIX w. na terenach, bodajże po zasypanej zamkowej fosie. Owszem, ładny plac, a na nim ładny budynek teatru. W ramach ciekawostek, z balkonu tegoż teatru 23 marca 1939 r. przemawiał Adolf Hitler, który pojawił się w mieście na okoliczność odebrania tych ziem Litwie. Mijamy zorganizowaną grupę starszych niemieckich turystów, jakby z rozrzewnieniem robiących sobie zdjęcia na wspomnianym placu i idziemy dalej. Parę kroków i mamy ulicę Aukštoji, a na niej kumulację domów z muru pruskiego, czyli Fachwerku. Idąc od strony Placu Teatralnego, drugi budynek po lewej, to najwyższy budynek z muru pruskiego, na pewno w Kłajpedzie, nie wykluczone, że też na całej Litwie. Natomiast naprzeciwko niego znajduje się coś, co nie jest ujęte w przewodnikach, a co na mnie – o zgrozo – wywarło najlepsze wrażenie z „atrakcji turystycznych” tamtego dnia. Mural a’la Harry Potter. Bajkowy, tajemniczy i jednocześnie po prostu ładny. Zajmuje on całą ścianę budynku, który, jak się potem okazało, mieści w sobie kłajpedzki wydział Wileńskiej Akademii Sztuki… i pewnie stąd też ten mural.

Image
Kłajpeda, Plac Teatralny

Image
Kłajpeda, Wileńska Akademia Sztuki, mural a’la Harry Potter

Image
Kłajpeda, mur pruski, ul. Aukštoji 3

Wracamy robiąc szerokie kółko i oddalając się do morza, a w zasadzie zalewu Kurońskiego. Po drodze jest jeszcze skupisko ciekawej architektury z muru pruskiego, ciągle używanej. Pod adresem Daržų 1 trafiamy na coś, co można, na siłę bo na siłę, uznać za świadectwo ogólnopojmowanej otwartości miasta. Co się stanie, jeśli pozłacanego lwa umieścić przed domem z muru pruskiego, na wejściu do którego umieścimy chiński „daszek” – wyjdzie z tego chińska restauracja w Kłajpedzie – intrygująco wyglądający globalizacyjny miks.

Image
Kłajpeda, ul. Daržų 1

Nieco z boku głównego ciągu ulic, z ciekawych budynków mamy też mały domek mieszkalny z muru pruskiego przy ul. Bažnyčių 11. A parę kroków dalej, przy ul. Pasiuntinių, coś ciekawego i poniekąd zaskakującego. Chociaż raczej to nie zabytek, budynek ten, w sumie mini-blok mieszkalny, przyciąga uwagę detalami w stylu, nazwijmy go, pewnie niezbyt fachowo, „industrialnym”.

Image
Kłajpeda, ul. Pasiuntinių

Dochodzimy z powrotem do rzeki Dange, przy której zaczynaliśmy spacer. Z mostu rzut oka na zacumowany na stałe u brzegu rzeki Danga, przerobiony na restaurację żaglowiec Meridianas. Internet podpowiada, że najtańsza to ona nie jest, a wybór dań też jakby nie do końca regionalny: kalmary, ostrygi, panna cotta… nie wchodzimy. Na drugim brzegu rzeki, tuż przy wodnej toni, ostatni tego dnia z charakterystycznych punktów Kłajpedy. Brązowy odlew miejscowej, prężącej gibkie ciało syrenki. Z syrenką związana jest legenda, legenda bez happy-endu, o dumie Kurońskiego ludu i jego uciemiężeniu przez rycerzy z krzyżami na płaszczach (klik).

Image
Kłajpeda, Meridianas

Image
Kłajpeda, syrenka

Stare miasto zwiedzone, czas uzupełnić zapasy żywnościowo-napojowe. Wspomnę o dwóch rzeczach dotyczących zakupów, które są inne niż w Polsce. Gdy korzystając z długich dni, już wszystko się zobaczy i zwiedzi, po czym pójdzie się na zakupy, warto pamiętać, że alkohol w sklepach sprzedawany jest w godzinach 10-20 od poniedziałku do soboty i 10-15 w niedziele. Minimalny wiek konieczny do jego zakupu: 20 lat. Ograniczenie nie dotyczy zawierających alkohol kwasów chlebowych – tam potrafi być nawet jakieś 1,5%. Kolejną kwestią jest zwrot butelek – Litwa, Łotwa zresztą też, jest pod tym względem duży krok do przodu. Praktycznie wszystkie butelki, i szklane, i plastikowe, po piwie, po wodzie, po kwasie, po czym tam jeszcze, obarczone są kaucją w wysokości 0,10 €. Nie jest istotne gdzie się napój kupi, a przynajmniej nie zauważyłem żeby było – butelkę można zwrócić w dowolnym sklepie prowadzącym sprzedaż butelkowanych rzeczy, bez okazywania żadnych paragonów. W Polsce z reguły działa to tylko na szklane butelki po piwie i niestety, w większości znanych mi przypadków, trzeba legitymować się paragonem z „kaucją” nabitą w konkretnym sklepie. Na Litwie punkty odbioru butelek oznaczone są jako taros punktas. Z reguły są to automaty, które wypluwają kwit, na podstawie którego odbiera się pieniądze (lub obniża końcowy rachunek zakupów), już w konkretnym sklepie, przy kasie. W przypadku większych sklepów punkty takie umieszczone są w osobnym budynku, blaszaku, dobudówce, czy czymś podobnym – przy hipermarketach często gdzieś na obrzeżach parkingu. Czasem trzeba się ich naszukać… ale gdy traci się już nadzieję można sobie powiedzieć, że za te 10 butelek można, czasem bo czasem, kupić bilet na Ryanaira w promocji.

Teraz małe czary-mary i skok w czasie – będą wrażenia z portowej części Kłajpedy, zwiedzonej dwa dni później niż „wydarzenia” opisane już w tym odcinku. Myślę, że tak będzie „schludniej”.

U ujścia rzeki Danga, na jej prawym brzegu znajduje się „stary port”, z którego pasażerskie promy przewożą chętnych na Mierzeję. Natomiast przy lewym brzegu usadowił się port morski. Idąc w jego stronę mijamy trzy hotele o ładnych fasadach, przebudowane najpewniej z jakiś magazynów z muru pruskiego. Najoryginalniej z nich wszystkich wygląda Old Mill Hotel, który zachował w sobie najwięcej elementów pruskiego muru, zaś nowsza część jego fasady skutecznie do tego budownictwa nawiązuje. Od strony stałego lądu dochodzi się do niego przez ciekawy most łańcuchowy (grandinių tiltas, 1855 r.), jedyny taki na Litwie. Nazwa ta jednoznacznie kojarzyć powinna się z mostem na Dunaju w Budapeszcie, z szacunku dla którego most w Kłajpedzie nazwijmy łańcuchowym mostkiem. Kłajpedzki mostek jest specyficzny raczej nie ze względu na to, że za utrzymywanie jego konstrukcji odpowiedzialne są łańcuchy, ale przez to, że jest to most obrotowy. O wyznaczonych porach, trzeba czy nie trzeba, dwoje pracowników portu kręcąc wielką korbą zmienia położenie mostu tak, aby w jego miejscu mogły przepłynąć omasztowane jachty i dostać się do akwenu przeznaczonego na ich cumowanie… lub z niego wydostać. Przy okazji, a może przede wszystkim, jest to niezła atrakcja dla turystów, którzy na tą okoliczność licznie się zbierają. Przy moście wystawiona jest rozpiska godzin, w których się most przekręca, więc można sobie zaplanować czas.

Image
Kłajpeda, Old Mill Hotel i przekręcony most obrotowy (w tle zamkowe wały)

Image
Kłajpeda, most łańcuchowy – tutaj rozłożony

Obok mostu, jakby z wody wychodzi wykonany z brązu czarny duch (juodasis vaiduoklis). Odlew ten nawiązuje jednej z wielu miejscowych legend. Ponoć w 1595 r. ów duch ukazał się strażnikowi kłajpedzkiego zamku i przestrzegł go by dopilnować zapasów zboża i opału. Skoro już jesteśmy przy zamku, ze względu na super pogodę odpuściliśmy go na rzecz plaży. Chociaż nie specjalnie było co odpuszczać, bo z zamku ostały się tylko wały ziemne, na których był on wzniesiony (tak przynajmniej piszą w sieci). Jakieś 300 metrów od mostu obrotowego i dochodzimy do portu. W jego północnej części znajduje się terminal statków wycieczkowych, do którego przybijają, tak mówią, ogromne wycieczkowce. Niestety, albo na szczęście, akurat terminal był pusty. W 2007 r. na nabrzeżu ustawiono rzeźbę „Sen z dzieciństwa” (Vaikystės svajonė) przedstawiającą machającego chłopca, który ponoć wita i żegna turystów przybywających na wycieczkowcach. Taka jest wersja oficjalna. Mi akurat sama rzeźba kojarzy się z dzieckiem żegnającym bądź wypływających do pracy ludzi morza, bądź emigrujących za chlebem znajomych czy dalszą rodzinę.

Image
Kłajpeda, czarny duch

Image
Kłajpeda, terminal wycieczkowców

Zwiedzaniem części portowej kończymy przygodę z Kłajpedą. Wsiadamy w auto i jedziemy na północ… a w kolejnej części relacji wrócę do chronologii i cofnę się w czasie... do tego co koło Kłajpedy, czyli mówiąc przewrotnie, do tego co w Kłajpedzie najładniejsze.

.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
jerzy5 uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 15 Maj 2020 22:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
4. Mierzeja Kurońska

Nie było nas, był las
Nie będzie lasu, nie będzie nas


… jest takie, albo bardzo podobne, powiedzenie. W przypadku Mierzei Kurońskiej (Kuršių nerija) trafia ono w punkt. Do połowy XVIII w. wycięto 90% znajdujących się tam lasów. W odpowiedzi przyroda się zbuntowała, piaski przestały być czymkolwiek związane i zaczęły zasypywać kolejne wsie. W pierwszej połowie XIX w. zorientowano się, że nie tędy droga i rozpoczęto ponowne zalesianie. Z punktu widzenia turysty – jeśli nie byłoby tej, zafundowanej przez ludzi, katastrofy, to na mierzei zamiast wydm wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, mielibyśmy co najwyżej zalesione pagórki i plaże… a tak mamy atrakcję.

W Kłajpedzie mamy dwa spędzić dwie noce. Na ten czas prawie całkowicie odstawiamy auto i koncentrujemy się na Mierzei Kurońskiej.

Na Mierzeję chyba najlepiej dostać się najzwyklejszym promem z Kłajpedy, przy czym miasto ma dwa porty, z których takowe promy odpływają. Jeden, położony w centrum „stary” (55.706228, 21.122983) obsługuje tylko pieszych i rowerzystów. Większość kursów bezpośrednio, w kilka zaledwie minut, przerzuca tłumy do położonej na mierzei części Kłajpedy, czyli Smiltynė. Kilka kursów odbija trochę na północ aby dowieźć ludzi także do położonego na północnym skraju mierzei Muzeum morza (Jūrų muziejus) i Delfinarium (Delfinariumas). Drugi port, „nowy”, położony trochę na peryferiach (55.688377, 21.138817) zabiera także samochody. Ale ciężko jest jednoznacznie powiedzieć czy jest sens pchania się tam z autem. Z jednej strony daje to komfort, a z drugiej pociąga za sobą koszty. Cena promu dla pieszych (rowery za free) jest atrakcyjna: 1 €. Jeśli powrót jest tego samego dnia, nie trzeba kupować nowego biletu. Cena przeprawienia auta jest racjonalna: 12,30 €, zasady powrotu takie same – jeśli w tym samym dniu, to powrót zawarty jest w cenie biletu. Gdyby na tym się skończyło, to byłoby fajnie, ale dochodzi jeszcze koszt wjazdu autem na teren parku narodowego. W pewnym momencie po środku lasu jest szlaban, budka… i nie ma się 20 €, przynajmniej w sezonie. Poza sezonem cena spada do 5 €. Tyle tylko, że wtedy nie da się korzystać w 100% z uroków przyrody, bo po prostu jest zbyt zimno. Jeśli nawet byłaby piękna pogoda i słońce, to woda z pewnością nie nadawałaby się do kąpieli… chyba, że ktoś jest morsem.

Image
Kłajpeda, prom do Smiltynė

Z samego rana… czyli po wyspaniu się i zjedzeniu, udajemy się pieszo do starego portu, w automacie kupujemy bilety na prom (testujemy karty, przechodzą pierwsze dwie: Revolut i Getin) i wraz ze sporawym tłumikiem wlewamy się na prom. Trzas pras i jesteśmy po drugiej stronie wody. Kto bliżej wyjścia, temu potem łatwiej o lepsze miejsce w autobusie jadącym na koniec litewskiej części mierzei, do Nidy (w zakładce BY BUS rozkład jazdy i przystanki). Jakoś wciskamy się i za 4 € od osoby (OW), płatne w gotówce, jedziemy prawie godzinę do Nidy. Bilety można ponoć kupić też na stronie autobusubilietai.lt, tyle tylko, że w całej procedurze wsiadania nie zauważyłem, aby była jakaś weryfikacja tego, czy bilet już ktoś ma, czy nie ma. Ilość osób w autobusie jest raczej nielimitowana, sporo osób stało. Dlatego wydaje mi się, że bilet lepiej kupić na miejscu, niż z biletem w ręku oglądać odjeżdżający autobus.

W końcu docieramy do Nidy. Pierwsze wrażenie, jeszcze zza okien autobusu: mini-miasteczko, leśna osada, wciśnięta w jakieś zapomniane miejsce. Nida to część większego założenia administracyjnego. Cała litewska część mierzei podzielona jest między dwa miasta. Północ, wspomniane już Smiltynė, należy do Kłajpedy. Natomiast na powierzchniowo większej, południowej części rozpościera się miasto (tak, miasto!) Nerynga (Neringa). 46 km długości, w najszerszym miejscu 3,8 km szerokości, niecałe 3 tys. mieszkańców. W praktyce to kilka rzuconych wśród lasów i wydm osad, wcześniej pełniących rolę rybackich wiosek – miano najciekawszej z nich dzierży położona przy granicy z Okręgiem Kaliningradzkim Nida.

Image
Nida, z takich domków handluje się

Image
Nida, typowa stara architektura mieszkalna

Image
Zalew Kuroński w Nidzie

Wysiadłszy z autobusu, kierujemy się wzdłuż brzegu zatoki, poprzez lokalny port ku największej i najsłynniejszej atrakcji tego regionu, ku wydmie Parnidis (Parnidžio kopa), zwanej też Wielką lub Wysoką Wydmą. Ze swoimi 52 m.n.p.m. nie jest wprawdzie najwyższą wydmą nawet w litewskiej części mierzei, ale za to robi wielkie wrażenie. Ścieżki, po których się poruszamy, są dobrze poprowadzone. Tam gdzie trzeba zrobiono ułatwienia typu schody, poręcze. Jest też kilka miejsc, w których można odpocząć lub zrobić charakterystyczne zdjęcie, np. ciekawie stylizowane huśtawki, ławki, a nawet tron…każdy ma możliwość rozhuśtać się i ponownie odkryć w sobie dziecko.

Image
rozrywko-przerywnik w spacerze

Wzdłuż ścieżki rozmieszczono tablice informacyjne, które dają możliwość zapoznania się z lokalną historią, zwyczajami i przyrodą. Można się z nich na przykład dowiedzieć, że w ciągu ostatnich 30 lat Wysoka Wydma zmalała o 10 metrów! Aż tak rozwiewa ją wiatr. Całość organizacji terenu jest dobrze pomyślana, wszystko sprawia miłe wrażenie bycia otoczonym przez unikalne piękno natury. Na szczycie wydmy mamy kilka umilaczy wycieczki. Na samym szczycie zegar słoneczny. Nieco poniżej dwie rzeźby. Jedna nazywa się „Pod wiatr” (Prieš vėją), 2018 rok. Inspirowana jest zdjęciem z 1965 r., na którym został ujęty idący po tej wydmie, pod wiatr właśnie, Jean-Paul Sartre, francuski lewicujący filozof. Druga, „Ptak”, raczej też jest w miarę nowa. Przedstawia… ptaka (jastrząb?) i ma upamiętniać francuskich jeńców z czasów I wojny światowej, których osadzono na Mierzei Kurońskiej.

Image
wydma Parnidis (Wysoka Wydma)

Image
widok ze szczytu wydmy

Image
zegar słoneczny

Image
Pod wiatr

Dalej kierujemy się na drugą, zachodnią, zalesioną stronę wydmy i schodzimy w dół ku plaży, na której spędzamy kilka godzin. Pogoda bajka. Pomimo dość sporych fal i wiatru trochę silniejszego niż lekki, bez problemu można korzystać z kąpieli, i z morskich, i ze słonecznych. Powietrze jakieś 23 st.C, woda z 19 st.C. Piasek klasyczny bałtycki, plaża szeroka, woda mokra i słona. Po plażowaniu spacer przez las, powrót autobusem i promem do Kłajpedy.

Image
Nida, plaża

W tym miejscu kilka uwag o, na pierwszy rzut oka dziwnych, podziałach litewskich plaż, nazwijmy je zbiorczo „definiowanych”. Zresztą to samo dotyczy też plaż łotewskich. Przed wejściem na plażę umieszczona jest cała masa graficznych znaków zakazu/nakazu. Większość oczywista i zrozumiała, dotyczy takich czynności jak śmiecenie, rozpalanie ognia, palenie papierosów, picie alkoholu, uprawianie sportów motorowodnych czy wprowadzanie psów. Ale są też bardziej oryginalne, np. zarys faceta w majtkach, albo zarys kobiety w bikini, a także znak ukazujący kobietę i mężczyznę, a pośrodku nich przekreślone majtki… hm.

Image

Teorie były różne, może na prawo wolno opalać się tylko kobietom, ale tylko w kostiumie, a na lewo kobietom i facetom, ale spełniającym warunki, że są jednocześnie i bez majtek i w męskim/damskim towarzystwie. Ale wtedy co z panami w gaciach, samotnymi panami bez gaci, dziewczynami bez kostiumu i parami mieszanymi w strojach kąpielowych? Potem, po kilku dniach poznawania tamtejszych plaż, miałem wrażenie, że dla każdej kombinacji jest osobny znak. Otóż Litwini i Łotysze podzielili sobie plaże na rodzinne/wspólne (bendras paplūdimys), plaże dla kobiet (moterų paplūdimys), plaże dla mężczyzn (vyrų paplūdimys), plaże nudystów (nudistų paplūdimys) i plaże dla zwierząt (gyvūnų paplūdimys). Powyższy podział dotyczy oczywiście w miarę zagospodarowanej części wybrzeża.

Po drugiej nocy w Kłajpedzie prognoza pogody zachęcająca do plażowej formy spędzania czasu. Zostawiamy auto na mieście (w dni robocze parkowanie płatne w automatach), przeprawiamy się promem na drugą stronę kanału i pieszo zmierzamy na nadbałtycką plażę w Smiltynė. I plaża, i pogoda rewelacyjne – powtórka z dnia poprzedniego. Plaża szeroka, „nieskończenie” długa, z miałkim bałtyckim piaskiem, czysta, schludna i niezbyt zapchana ludźmi. W programie dnia znalazł się też, dla rozruszania, spacer na pobliską wydmę. Chociaż w sumie nie wiem czy około 3 km to jeszcze „pobliska”, czy już nie. Wydma Hagena (Hageno kalnas) ma 36 m.n.p.m., jej nazwa pochodzi od badacza, który w XIX w. pracował nad ponownym zalesianiem Mierzei. Wydma jest prawie cała zalesiona, w niektórych miejscach zamiast lasu widziałem trawy i krzaki, ale na saharyjskie piaski nie natrafiłem, panoram i widoków też brak. Jeśli zestawić tą wydmę z tą z Nidy pod względem atrakcyjności, to wychodzi jak 1 do 10.

Image
plaża Smiltynė, w dali zbiorniki firmy Klaipėdos Nafta

Z plaży schodzimy wcześnie(j), przeprawiamy się do Kłajpedy, urzeczywistniamy zwiedzanie jej części portowej (patrz poprzedni wpis), pakujemy się do auta, uzupełniamy paliwo w jednej z samoobsługowych stacji sieci Neste (wygląda mi na najtańszą „sieciową” opcję na Litwie, do tego jakość ropy bez zastrzeżeń) i po zakupach ruszamy na północ litewskiego wybrzeża.

.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
jerzy5 uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 28 Maj 2020 23:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
5. 38 kilometrów wypoczynku Litwinów

Nie licząc Mierzei Kurońskiej, Litwa ma zaledwie jakieś 38 km wybrzeża klasycznie-turystycznie użytkowego, czyli wybrzeża z dostępem do otwartego morza, wybrzeża wyposażonego w plażę z miłym piaskiem, gdzie można wyłożyć się i klasycznie-bałtycko poopalać, o ile jest słońce, i wykąpać, o ile jest się morsem, względnie jeśli woda jest ciepła. 38 km liczone od granicy z Łotwą do wyjścia uchodzącego koło Kłajpedy kanału na pełne morze. Jeśli dodać do tego Mierzeję Kurońską, to mamy dodatkowe 50 km, a jeśli liczyć ją podwójnie, w końcu ma dwa brzegi, to nawet 100 km, ale… jest jedno ale. Mierzeja jest „dostosowana”, jako topowa atrakcja kraju, do turystów bogatszych, w znacznej mierze zagranicznych. Na przełomie XIX i XX w. rozpoczęła się tam turystyka niemiecka, zjeżdżało się sporo tzw. śmietanki, sporo było artystów, z najsłynniejszych można wymienić Thomasa Manna, który nawet zafundował sobie w Nidzie domek. Aktualnie popularność Mierzei wśród niemieckich turystów jest również duża, co przekłada się na ceny. Wystarczy wejść na stronę pierwszego lepszego bukinga i porównać stawki noclegowe na Mierzei z tymi w pozostałej części litewskiego wybrzeża. Różnicę widać i widzą ją też tzw. normalni Litwini, którzy jadąc wypocząć nad swoje morze wybierają nie Mierzeję, ale Połągę lub jej północną część, nadmorską wioskę Święta (Šventoji). Naszą stricte pobytową część tej podróży spędzamy właśnie tam.

Dawno, dawno temu, Święta było więcej niż jakąś tam osadą. Od XIII w. działał tam port morski, który ponoć skutecznie konkurował z Kłajpedą. Jednak w 1701 r. przez okolicę przewinęły się wojska szwedzkie, które port skutecznie zniszczyły i zasypały… to już historia. Z tak zwanych atrakcji turystycznych odnotowałem w Świętym (w Święta? w Świętach? ciekawe jak to się odmienia?) tylko jedną rzecz. Ustawione przy wejściu na plażę, u ujścia rzeki Šventoji do morza, rzeźby trzech dziewczyn składające się na pomnik „Córki rybaka” (Žvejo dukros). Musieli postawić coś, co potem kojarzyłoby się z miejscowością i chyba nieźle trafili, bo kompozycja jest całkiem udana. Trzy smagane bałtyckim wiatrem dziewczyny wypatrują swojego ojca, który wraca z, bądź wyrusza w morze. Jeśli chcecie mieć zdjęcie z czymś dla miejscowości charakterystycznym, to innego wyboru raczej nie ma… ewentualnie można cyknąć sobie selfiaka na głównej ulicy z widokiem na wieżę ciśnień.

Image
Święta, córki rybaka

Sama miejscowość jest nawet ciekawa, z naciskiem na „nawet”, nie na „ciekawa”. Oferuje dosyć szeroki wachlarz możliwości noclegowych, począwszy od dosyć skromnych domków z mieszaniny drewna i dykty, przez kwatery i takie sobie studia, po mniej lub bardziej wypasione hotele, kompleksy apartamentowców bądź wille. Dla każdego coś na jego kieszeń.

O plaży w zasadzie mógłbym nie pisać. Nie dla tego, że jest zła, ale dlatego, że w porównaniu do wcześniej opisanych plaż na Mierzei Kurońskiej, raczej nie da się napisać niczego nowego. Szeroka, nieskończenie długa, po naszemu, bałtycku, piaszczysta, po litewsku podzielona na dedykowane spec-sektory. Pogoda także trafiła się super. Ciepło, słonecznie, woda o nadspodziewanie atrakcyjnej temperaturze.

W ramach przerw od plażowania i krótszych lub dłuższych wypadów, ze Święta można wyskoczyć na wycieczkę do Połągi, co jest do zrealizowania nawet pieszo, Kretyngi i oczywiście Kłajpedy. Dalej są Pługniany i Kalwaria Żmudzka – te odpuszczamy na rzecz korzystania z pięknej pogody.

Połąga (Palanga) znaczenia zaczęła nabierać w 1. połowie XIX w., gdy stawała się znanym kurortem. Doszła do statusu miejsca, w którym „się bywa”. Przed I wojną światową chętnie odwiedzali ją polscy artyści, dzierżyła nawet miano „nadmorskiego Zakopanego”. Miasto wywołuje i pewnie powinno wywoływać dwa skojarzenia: molo oraz muzeum bursztynu. Jednego z poranków, przed plażowaniem, jedziemy zweryfikować ten pogląd. Pobieżne przyjrzenie się mapie miejscowości pozwala stwierdzić, że metropolia to nie jest, jakieś większe miasto też nie. W połączeniu ze sprawdzeniem stref płatnego parkowania, wychodzi na to, że najlepszą opcją logistyczną będzie pozostawienie auta tuż za nimi i spacer. O poranku znalezienie wolnego miejsca faktycznie nie sprawiło problemu.

Pierwszy punkt spaceru wiąże się z liczbą 999. Owa liczba prawdopodobnie bez Połągi nie kojarzyłaby się nikomu z alkoholem, a kojarzy się… przynajmniej z tym litewskim. Tak jak Czesi mają swoją Becherovkę, Węgrzy Unicum, a my… hm (kurcze, jaki likier ziołowy robimy w Polsce!?)... tak i Litwini mają swoją ziołową nalewkę, Trzy Dziewiątki (Trejos Devynerios). W jej składzie nie ma wprawdzie rodzajów ziół w liczbie aż 999, nie zawiera też 99,9% alkoholu. Myślę sobie, że nazwa może pochodzić od ilości prób jakie podjął pewien aptekarz z Połągi zanim wynalazł recepturę na to uniwersalne remedium. Ponoć jego „badania” nie przełożyły się ani na sukces finansowy, ani na spokojne życie jego wątroby. Spotkałem się także z innymi wersjami źródła pochodzenia tego trunku, włącznie z tak oryginalnymi jak „starożytni Litwini”. W każdym bądź razie w Połądze stoi drewniany budynek (ul. Vytauto 33), w którym mieściła się apteka, co do której mawiają, że w niej właśnie powstał przepis, na odkrycie którego miejscowy aptekarz poświęcił (zmarnował brzmiałoby nieładnie i mało optymistycznie) swój żywot. Przechodzimy koło apteki, potem szybko mijamy przez mały skwer obsadzony rzeźbami w stylu „druga połowa drugiej połowy XX wieku” (skulptūrų parkas) i kierujemy się w stronę dworku Tyszkiewiczów.

Image
Połąga, za tymi drzwiami (ponoć) trwały ciężkie eksperymenty nad miksturą 999

Image
Połąga, skwer z rzeźbami

W centrum miasta położony jest jakby „dworek”. Wystawiony przez Tyszkiewiczów budynek z jednej strony sprawia wrażenie solidnego, właśnie dworku, a z drugiej, dzięki delikatnym ażurowym podcieniom i ozdobnikom, robi wrażenie budynku lekkiego, wakacyjnego, idealnego na spędzenie w nim letnich miesięcy nad morzem. Jako miejscowy Kurhaus łączył funkcje restauracji, hotelu i miejsca „bywania”. W 2002 r. strawił go pożar, obecnie, po odbudowie mieści miejscowe centrum kultury.

Image
Połąga, aleja Tyszkiewiczów i Kurhaus

Dalej kierujemy się ulicą Jonasa Basanavičiusa – tego samego, o którym była mowa przy okazji Mariampola – w stronę morza. Jeżeli Połąga uchodziła kiedyś za „drugie Zakopane”, to ulicę noszącą imię wspomnianego człowieka nawet teraz można uznać za „połądzkie Krupówki”. Dzięki wczesnej porze można uniknąć tłumu – pierwsze kramy dopiero budzą się do życia, a w fastfudowych budach rozpalany jest ogień.

Molo w Połądze wchodzi 300 m w głąb morza, a długość całej konstrukcji wynosi 470 m. Już pod koniec XIX w. istniało tu drewniane molo i stanowiło popularny cel spacerów. Bałtyk jednak nie obchodził się z nim łagodnie. Obecne molo powstało na żelbetowych podporach w 1998 r. Od strony turystyczno-wypoczynkowej, jest o tyle fajne, że jest długie i niebiletowane. Nie wiedzieć czemu, nie ma na nim jednak ani jednej ławki, na której można by przysiąść, zachłysnąć się morską bryzą i nawdychać się jodu. Z infrastruktury, na całej długości mola są tylko… kosze na śmieci i latarnie. Tak czy siak, molo zdecydowanie otrzymuje dużego plusa, a gdyby w samej Połądze zostać na dłużej, z pewnością stałoby się regularnym miejscem spacerów, pewnie wieczornych i porannych.

Image
Połąga, molo

Dalszą trasę, ku kolejnej atrakcji miasta, pokonujemy plażą. Miejska plaża w Połądze jest naprawdę dobrze zorganizowana. Mamy i ratowników, i przebieralnie, i kibelki, całkiem czyste, że nie wspomnę o takich kurortowych oczywistościach jak plażowe bary i baro-knajpki. Na całej swej długości plaża jest wystarczająco szeroka, czysta, z przyjemnym, typowo bałtyckim piaskiem.

Niecały kilometr od mola zaczyna się teren zwany parkiem Biruty (Birutės parkas), lub parkiem botanicznym (botanikos parkas). Założenie to powstało dzięki Tyszkiewiczom i dla Tyszkiewiczów. Park w zasadzie jest, w ogromnej części, sosnowym lasem, częściowo tylko przearanżowanym dla wygody i pod gust hrabiostwa. Stanowi otoczkę dla pałacu, który wzniesiono na jego terenie. W parku wytyczono oczywiście spacerowe ścieżki, nie brakuje też ławek, a także elementów urozmaicących. Od strony morza wznosi się 22 m powyżej jego poziomu wzgórze Biruty (Birutės kalnas), kiedyś miejsce pogańskiego kultu. Aktualnie na górze stoi mała, ceglana kaplica. Na północnym zboczu wzgórza mamy sztuczną grotę, w której hrabia nakazał umieścić figurę Matki Boskiej z Lourdes. Paręnaście metrów od kaplicy stoi sobie rzeźba „Tobie Biruto” i nawiązując do stylu pogańskich rzeźb uwiecznia Birutę. Ta zresztą niewiadomo czy aby na pewno była tylko postacią z legend. Kiejstut miał bowiem żonę o takim imieniu, a ich potomkiem był, znany nam bliżej Witold, brat znanego nam jeszcze bliżej, króla Władysława Jagiełły. Odnoszę wrażenie, i dało się to zaobserwować także w innych miejscach niż park Biruty, że na Litwie z tożsamością chrześcijańską w sporym stopniu miesza się pewnego rodzaju sentyment do czasów pre-chrześcijańskich. Zakładam, że wynika to z jakiejś tkliwości do Wielkiej Litwy, wszakże dawno, dawno temu, jeszcze przed nastaniem w Polsce dynastii Jagiellonów Litwa kontrolowała nawet Kijowszczyznę.

Image
Połąga, park botaniczny, grota Lourdyjska

Image
Połąga, park botaniczny, Biruta

Po przeciwnej stronie parku, znajduje się ładnie utrzymany kwietnik z mini fontanną i rzeźbami panien, które uosabiają pory roku (metų laikai). Kiedyś pewnie świetne miejsce na odpoczynek od pałacowych spraw, albo zaciszny zakątek na jakieś romantyczne tetatet. W całym parku widać dbałość o teren. Miejsca, które mają być uformowane, wykoszone czy ułożone, takie są. Miejsca, które mają być z założenia bardziej dzikie, czy naturalne, takie są.

Image
Połąga, park botaniczny, pory roku (dwie poza kadrem)

Za najciekawsze miejsce w parku, a i pewnie w całej Połądze, uchodzi muzeum bursztynu (gintaro muziejus) mieszczące się w byłym pałacu Tyszkiewiczów. Neorenesansowy budynek wzniesiono w 1895 r., a muzeum funkcjonuje w nim od 1963 r. W części znajdują się wystroje wnętrz z tzw. epoki, owszem, ładne, ale tego typu rzeczy można spotkać w wielu muzeach. Większa część ekspozycji koncentruje się na bursztynach, sposobie ich tworzenia się, obróbce. Najciekawsze dla mnie były eksponaty z zatopionymi żyjątkami, jest tam tego… całe mnóstwo. Zdecydowanie warto wydać 4€ i odwiedzić te wnętrza.

Image

Image
Połąga, Pałac Tyszkiewiczów – muzeum bursztynu

Od powrotu z tego wyjazdu trochę już wody w Wiśle i w Niemnie upłynęło, a ja dalej nie wiem czy większe wrażenie zrobiło na mnie zrobiło to co w muzeum, czyli kolekcja bursztynów, czy to co przed muzeum, czyli rozarium (wstęp darmowy, niezależny od zwiedzania muzeum). Wiem, że okres, w którym nawiedza się takie miejsce jest bardzo istotny – pod koniec czerwca kwitła tam masa kwiatów, niektóre wprawdzie były już na „końcówce” swojej piękności, ale efekt ogólny i tak był oszałamiający… a dodam, że z reguły kwiatuszkami i roślinami niejadalnymi niezbyt się fascynuję. Jesienią, zimą, czy nawet latem nie sądzę aby temu, niewielkiemu w sumie ogródkowi, udało się wywrzeć pozytywne wrażenie. Samych odmian nie było może multum, ale wystarczająco dużo, żeby zachłysnąć się możliwą różnorodnością róż. Całość zadbana, ładnie utrzymana, każdy klomb opatrzony tabliczką informującą jaki konkretnie kwiat w danym momencie podziwiamy.

Image
Połąga, rozarium

Image
delikatne jak bezy… tylko ta nazwa jakaś taka: Sebastian Kneipp

Image
kolejna piękność… Hansestadt Rostock

Na zrobienie tej tour de Palanga zeszło 4,5 godziny, bez pędzenia, ze spokojnymi chwilami na molo, z konkretnym zanurzeniem się w alejki parku botanicznego i obfotografowaniem prawie każdego krzaczka róży w rozarium. Po zwiedzaniu nastał czas na kilka godzin na plaży, a reszta ciągnącego się popołudnia (dzień trwał 17 godzin z haczkiem) trafiła się w udziale kolejnej miejscowości.

Kretynga (Kretinga). W tym mieście Tyszkiewiczowie również mieli swoje, jakbyśmy powiedzieli dzisiaj, „udziały”. Największą atrakcją jest ich pałac, mieszczący obecnie muzeum i „doklejoną” do bryły budynku oranżerię. Całość prezentuje się bardzo przyjemnie, a szklane płaszczyzny oranżerii całkiem ładnie komponują się ze starszym (1875 r.) budynkiem. Zwiedzeni ilością słońca na miejscu odkrywamy, że godzina jest jednak dość mocno popołudniowa, wręcz wieczorna, i kasa biletowa od jakiejś pół godziny jest już nieczynna. Nic to. Do pałaco-muzeo-oranżerii przylega dobrze utrzymany, miły dla oka park. Są w nim dwa stawy, mała fontanna i ciekawa konstrukcja, kalendarz astronomiczny, dzięki słońcu wyznaczający różne daty. Tłumów tam nie ma – można sobie w spokoju pospacerować, posiedzieć i, mówiąc trochę przewrotnie, odpocząć od odpoczywania.

Image
Kretynga, muzeum – pałac Tyszkiewiczów

Image
Kretynga, kalendarz astronomiczny

I tak oto 38 km litewskiego wybrzeża mamy „załatwione”… oczywiście z grubsza i ze środkiem ciężkości położonym na nicnierobienie i wylegiwanie się na plaży. W następnej części przeniesiemy się już do innego kraju.

Pomijając aktywności plażowe, na Litewskim wybrzeżu ranking „najciekawszości” wygrywają wydmy na Mierzei Kurońskiej. Na drugim miejscu postawiłbym Połągę, głównie dzięki muzeum bursztynu, a moje podium zamyka Kłajpeda. Z perspektywy czasu coraz bardziej czuję, że chętnie bym tam wrócił, ale tym razem z dorzuceniem Obwodu Kaliningradzkiego i regionu ujścia Niemna.

.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#6 PostWysłany: 12 Cze 2020 23:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
6. Kurlandzkie pustki

Po zakończeniu litewskiej części wypoczynkowej udajemy się na północ. Trzymamy się, mniej lub bardziej, wybrzeża Kurlandii. Celem najbardziej oddalonym jest skrajny przylądek Kurlandii, a regułą jeden nocleg w jednym miejscu (o tym, że od każdej reguły są odstępstwa, to powszechnie wiadomo).

Już po wjechaniu na Łotwę tak jakby „czuć” inny kraj. Wrażenie to z początku nie było jakieś bardzo uderzające, przecież las jak las, droga jak droga – może z niewielkim plusem na korzyść łotewskiego asfaltu. Ale z każdym przejechanym kilometrem wrażenie pogłębiało się. Wrażenie to wyniknęło z… „niczego” – o ile na litewskim wybrzeżu Bałtyku miejscowości ciągną się prawie że nieprzerwanie, to po wjechaniu na Łotwę człowieka ogarnia i stopniowo pochłania totalna pustka. „Nic” tam nie ma. Tylko sosnowe lasy i lasy, pola i łąki. Co jakiś czas domek, dwa, z reguły kawałek od drogi. Wrażenie pustki znacznie większe niż podczas przejazdu z Mariampola nad Niemen. I nie powiem, taka pustka wywołuje pozytywne wrażenie, kojące, relaksujące… tylko jadąc przez te lasy trzeba uważać, żeby wrażenie nie stało się usypiające.

Pierwszy przystanek, taki żeby zobaczyć morze, wypadł w okolicy wioski Bernāti. Wcześniejsze dochodzenie wskazywało, że z atrakcji tam się znajdujących, jest automatyczna latarnia morska oraz, co w sumie oczywiste, las i morze. Dużo morza i dużo lasu – zresztą jak w prawie całej Kurlandii. Miejscowość musi uchodzić, według miejscowych standardów, za całkiem sporą, bo do położonego w lesie parkingu (56.378812, 20.985089) prowadzi asfaltowa droga. Parking zresztą też jest asfaltowy. Okolica faktycznie okazuje się całkiem przyjemnym przerywnikiem w drodze. Spacerujemy przez porośnięte miłymi sosnami spore pagóry, chociaż pewnie polodowcowe moreny brzmiałoby bardziej fachowo. Zmierzamy ku latarni położonej na „szczycie” jednej z nich. Latarnia to, hm, metalowa konstrukcja, otoczona w górnej części jakimiś żaluzjami. Może przez to, że automatyczna, wydawała mi się jakaś taka nieklasyczna. Z jednej ładnie położona ciekawostka, a z drugiej, co to za latarnia bez latarnika, gdzie tu klimat, sentyment, miejsce na historie, opowieści i materiał na powieści. Nie zauważyłem żadnej linii prowadzącej zasilanie, więc zakładam, że to poprowadzone jest z jakiegoś agregatu, który, zakładam, wciśnięty jest do znajdującego się kilka metrów od latarni betonowego mini-bunkra. Jako, że latarnia położona jest w środku lasu, na dość wybitnym i stromym pagórze, jedyną metodą dostarczania tam paliwa są ludzkie nogi/plecy… chyba, że mają osiołka.

Image
Bernāti, latarnia morska

Powrót do auta plażą. Szeroka, piękna i pusta. Do dziś nie wiem czy pusta dlatego, że generalnie kurlandzkie plaże okazały się dość pustawe, czy dlatego, że mimo słonecznej pogody i ładnego nieba, wiał mocny, nie zachęcający do plażowania wiatr.

Image
plaża w Bernāti

Po ożywczym spacerze jedziemy dalej. Okolica jest… dosyć pusta Zbliżając się kolejnego punktu wyprawy, do Lipawy, największego miasta Kurlandii, gęstość zabudowy wzrasta powoli, powolutku. Nie ma czegoś takiego, czym jest na przykład Zabierzów dla Krakowa. W Kurlandii jest inaczej, jest kilka wiosek po kilka chałup każda, a potem bach… prawie 80-tysięczne miasto.

Jeśli chodzi o atrakcje Kurlandii, Lipawa (Liepāja) opisywana jest zwykle jako tzw. must-see. Jej poznawanie zaczynamy od centrum. Parkujemy koło sali koncertowej „Wielki Bursztyn” (Lielais dzintars), i to zgodnie z duchem forum 4 Free, gratis (56.512109, 21.010063). Centrum nie powala na kolana, a obejście sztandarowych atrakcji nie zajmuje dużo czasu. Katedrę św. Trójcy (Svētās Trīsvienības katedrāle) zastajemy zamkniętą, a wokół trwają prace przy jej elewacji. Plac Różany (Rožu laukums) znany jest chyba tylko z tego, że rosną na nim róże. Fakt, ładne. Zegar bursztynowy (dzintara pulksteni), zainstalowany nad kanałem, parę kroków od naszego parkingu, okazuje się być nie zegarem, ale raczej czymś jakby rzeźbą, klepsydrą zapełnioną bursztynami. W tym samym kanale przycumowana jest mini-gratka dla fanów militariów – niszczyciel min M03 Namejs. Okręt ten pozyskano z Niemiec, aktualnie służy celom szkoleniowym. Ogólnie, tak sobie.

Image
Lipawa, zegar bursztynowy

Po pierwszej fazie zwiedzania udajemy się na plażę. Jako, że powoli czuć presję czasu, to nie po to żeby plażować, ale jedynie celem rekonesansu. Plaża szeroka, za nią pas standardowych wydm. Dzień był dość wietrzny i być może dlatego klasycznie rozumianym plażowaniem zajmował się mało kto. Co ciekawe, trochę ludzi porozkładało się na wydmach. Co trochę mnie zdziwiło, nie zauważyłem, ani żeby dla kogokolwiek był to problem, ani żeby w okolicy wejścia na plażę znajdowały się znane z Polski tabliczki „pasm wydm, obszar chroniony”. Być może mieszkańców Łotwy plus nawiedzających ją turystów jest na tyle mało, że władze nie uznały łażenia po i wylegiwania się na wydmach za ich zadeptywanie i niszczenie… a być może jeszcze tego nie zauważyły.

Image
Lipawa, plaża

Teraz jeszcze zakupy i jedziemy dalej, na północ miasta. Sporo osób za pewnego rodzaju fenomen Lipawy, za jej największą atrakcję, uznaje dzielnicę Karosta. Teren ten jeszcze za caratu, pod koniec XIX w. został pomyślany i zbudowany jako baza wojskowa. Po II wojnie światowej stacjonowała tam radziecka Flota Bałtycka, a dzielnica była de facto odrębnym, zamkniętym miastem. Obecnie dominują tam poradzieckie bloki mieszkalne, z reguły dosyć zapuszczone. Gdyby je wyremontować i zadbać trochę o otoczenie, byłaby całkiem fajna dzielnica mieszkalna. Bloki są bowiem poustawiane wbrew zasadom dziko-kapitalistycznej deweloperki, czyli nie „jeden na drugim”. Jest między nimi sporo miejsca, sporo zieleni. Presowieckie budownictwo stanowi mniejszość tkanki dzielnicy. Odnotować należy dwa starsze obiekty. Więzienie, które służyło carowi, a później partii. Obecnie jest tam muzeum. Drugim jest monumentalna cerkiew św. Mikołaja (Svētā Nikolaja katedrāle), wręcz niepasująca do swojego aktualnego otoczenia. Za tzw. komuny jej mury mieściły klub dla marynarzy Floty Bałtyckiej. Nasz „czasowy konsensus” pozwala jedynie na objazd dzielnicy i zrobienie kilku zdjęć wychodząc „na minutkę” z auta.

Image
Lipawa, Karosta, cerkiew św. Mikołaja

Image
Lipawa, Karosta, więzienie

Gdy patrzę teraz w notatki, aż dziw bierze, że na obejrzenie powyższych atrakcji miasta plus zakupy żywnościowe zeszło sporo ponad 3 godziny. Lipawa nie porwała mnie, może gdyby więcej czasu poświęcić na Karostę, może wtedy coś fajniejszego by z niej wyszło. A tak, najładniejszą i najciekawszą rzeczą w mieście okazał się być… świat widziany przez szyby „Wielkiego Bursztynu”… świat w kolorze bursztynowym. Na dole obiektu znajduje się mini muzeum (gratis) i lokal gastronomiczny (nie gratis). Warto wybrać się na pięterko, na którym są wejścia do sali koncertowej, co nas teraz nie interesuje, ale też ciekawie kolorowe widoki na zewnątrz. Wprawdzie ani widok nie jest rozległy, ani krajobraz porywający, ale kolorek niczego sobie.

Image
Lipawa, sala koncertowa „Wielki Bursztyn”

Image

Słońce wysoko na niebie sugeruje, że pora jest jeszcze wczesna, a tymczasem Lipawę opuszczamy przed czwartą po południu. A do kolejnego punktu, który w dodatku jest „trochę” nie po drodze do naszego miejsca noclegowego, mamy jakieś 100 km… do tego wiadomo, że po drodze coś tam ciekawego jest.

Pierwsze „po drodze” ułożyło się idealnie, bo leży dokładnie na trasie. Zresztą jechać specjalnie aby zobaczyć to miejsce, to byłby średni pomysł. Aizpute, bo o nim mowa, ma do zaoferowania leżące tuż przy głównej drodze ruiny zamku Kawalerów Mieczowych z przełomu XIII/XIV w. Z początku była to przydrożna strażnica złożona z wieży i murów, a także miejsce odpoczynku w drodze. W XV i XVI w. wzdłuż murów wzniesiono dwa skrzydła i założenie nabyło cech rezydencjonalnych. Można zatrzymać się na przysłowiowe pięć minut, wdrapać na górkę z tymiż ruinami, zrobić kilka fotek i jechać dalej. Wstęp darmowy, a precyzując, raczej zakazany. Ruiny grożą bowiem zawaleniem, o czym informuje stosowna tabliczka. Całość można jednak zobaczyć w miarę dokładnie z samego zamkowego dziedzińca, czyli nie wchodząc do zabudowań.

Image
Aizpute, ruiny zamku Kawalerów Mieczowych

Niedaleko Aizpute leży miasteczko Kazdanga, a mapa mówi, że jest tam pałac – czemu by więc nie podjechać. Ten neoklasycystyczny pałac z początku XVIII w. jest wymieniany wśród najistotniejszych stylowo pałaców Kurlandii. Trzeba przyznać, że sam w sobie brzydki nie jest, chociaż widać trochę ogólnego zapuszczenia w jego otoczeniu. Szczególnie nieciekawie robi się za tylną fasadą. Jakieś rozlatujące się domki kempingowe, sypiące się betonowe boisko do koszykówki i szopa na drewno pokryta eternitem. W sumie pałac to wartościowy zabytek, ale ogólne wrażenie wywarł słabe, zero ochów achów, zero klimatu, może to przez otoczenie… jedziemy dalej.

Image
Kazdanga, pałac

Image
… jego zaplecze

Zanim osiągniemy topową atrakcję dnia, trzeba się będzie jeszcze troszkę pomęczyć – nawigacja kieruje bowiem na szutrówkę. Naczytałem się wcześniej, że litewskie i łotewskie szutry to klasa sama w sobie. Szerokie, równe, gładkie i spokojnie można „cisnąć”. Albo nic z tych rzeczy, albo trafiałem na same wybrakowane. Już pierwsza „próba szutru”, tuż na północ od Kazdangi, wzbudza moje wątpliwości. Albo dziury, które trzeba omijać slalomem wlekąc się 10-20 km/h. Albo nieco gładsze odcinki, z których po rozpędzeniu się, leci grad kamyczków, że o tumanach kurzu nie wspomnę. Po kilku minutach tego typu atrakcji, zawracam auto do głównej drogi i kosztem nadłożonych 10 km cieszę się solidnym asfaltem.

Teraz top dnia! Kuldyga (Kuldīga).To niewielkie miasto, położone mniej więcej w centrum Kurlandii może poszczycić się dwoma atrakcjami, które są „naj” w całej Łotwie. Obie to wodospady, to one nas ściągają w to miejsce. Na rzece Windawie (Venta) usadowił się wodospad Ventas Rumba, najszerszy w całej Europie. Wysokością wprawdzie uznania nie ma prawa zdobyć, bo ma maksymalnie 2 metry, za to długość wywołuje cmoknięcie uznania: 250-270 m (pewnie w zależności od poziomu wody). Drugi wodospad jest z kolei najwyższym w kraju. Spada sobie w nurcie rzeki Alekšupīte i mierzy zawrotne 4,5 m wysokości… dla nas to raczej ciekawostka niż rekordzista.

Image
Kuldyga, Ventas Rumba

Nieco w cieniu wodospadu jest kolejna „najka” miasteczka. Jest nią najdłuższy ceglany most w Europie, jego długość to 164 m. Zbudowano go w 1874 r. z myślą, żeby był na tyle szeroki, aby mogły się na nim wyminąć dwa powozy. Zresztą po dziś dzień z powodzeniem używany jest jako dwupasmowa droga. Turystów przyciąga pewnie nie sam z siebie jako most, ale jako dobry punkt widokowy na wodospad.

Image
Kuldyga, ceglany most

Atrakcje miasta da się pewnie obskoczyć i w kwadrans, wszędzie jest blisko. Nam schodzi godzina. Ta Kuldyga po prostu jakoś urzeka. Nie licząc sztandarowych punktów obowiązkowych, uwagę przyciągają wymuskane, zadbane domy, czy to kamienice, czy zabudowa drewniana. Na lewym brzegu rzeki fajne chwile można też spędzić w małym parku. Po prostu urokliwe miasteczko, warto go poczuć, nic w nim nie-porobić, po prostu pobyć w nim.

Pora jest na tyle późna, że zmęczenie daje się powoli we znaki… a do noclegu jeszcze godzina drogi. Więc jedziemy, chłoniemy piękne kurlandzkie pustki, czyli pola, lasy, łąki. Choć na nocleg dojeżdżamy koło ósmej „wieczorem”, to wieczoru jakoś specjalnie nie widać, a zachód słońca ma nastąpić dopiero „późno w nocy”.

czas przejazdu:
Święty – Bernati: 0:40
Bernati – Lipawa: 0:40
Lipawa – Aizpute: 0:40
Aizpute – Kazdanga: 0:10
Kazdanga – Kuldyga (via Aizpute): 1:00
Kuldyga – Ulmale: 1:00


.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#7 PostWysłany: 13 Cze 2020 00:42 

Rejestracja: 25 Wrz 2015
Posty: 134
Loty: 84
Kilometry: 146 904
niebieski
Świetna pomoc, dziękuje, ciągle ta trasa jest przedemna
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 17 Cze 2020 18:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
7. Windawa i dużo lasu

Puściusieńko… czyli Ulmale welcome to. Po dniu wypełnionym jazdą, zwiedzaniem i gonieniem czasu przyszedł dzień bez spoglądania na zegarkię. We wspomnianej miejscowości spędzamy dwie noce z nastawieniem na odpoczynek i plażowanie. Zresztą do niczego innego ta miejscówka się nie nadaje, a stwierdzenia tego nie należy odbierać jako zarzut, ale jako… stwierdzenie, tak po prostu. Atrakcji turystycznych żadnych, nawet domów tylko tyle, co kot napłakał, do tego jeden od drugiego oddalony o hen, hen, daleko za polem. Jednym słowem, fajnie. Plaża także jest puściusieńka… w lewo jak okiem sięgnąć nikogo, w prawo jak okiem sięgnąć nikogo. W ciągu prawie całego dnia spędzonego na wylegiwaniu się w promieniach słońca i kąpielach w falach Bałtyku naliczyłem nie więcej niż 10 osób. Nieco po lewej, czyli na oko tak z 500 m dalej, na godzinkę rozłożyła się jakaś parka. Troszkę dalej po prawej, tak na granicy możliwości wzroku, kilka osób wskoczyło popluskać się w orzeźwiającej wodzie. Poza tym dwójka zapaleńców z plecakami z całym turystycznym dobytkiem maszerowała sobie przez plażę. Pomimo dosyć mocnego wiatru, z powodzeniem udało się rozłożyć, poopalać, wykąpać. Słońce i temperatura sprzyjały, jeszcze wieczorem (po łotewsku to raczej popołudnie) termometr wskazywał 25 stopni. Wybrzeże na tym odcinku jest klifowe. Klif w najwyższym miejscu osiąga ponoć 16 m. Plaża niezbyt szeroka, szczególnie w porównaniu do dotychczasowych litewsko-łotewskich doświadczeń plażowych.

Ciekawostka. Już w Polsce dowiedziałem się, że okoliczna miejscowość Jurklane nazywana jest „drugą Połągą”. Przejeżdżając koło niej dwa razy, nie zauważyłem jednak niczego kurortopodobnego. Może faktycznie domków było odrobinę więcej niż w innych wsiach… ale wciąż Jurklane odbierałem jako kolejną kurlandzką wioskę. Ciekawe czy coś przegapiłem?

Image

Image
Ulmale, plaża

Po dniu lenistwa… w drogę. Lasy, pola, poza tym standardowo – pusto. Im bliżej kolejnego punktu wyprawy, Windawy, tym więcej pól i łąk, a mniej lasu. Nie specjalnie widać jakieś większe skupiska ludności, za to widać… bociany. Wydawać by się mogło, że ojczyzną bocianów jest Polska (jeden pazerny przyczepił się nawet do zrzeszającego następców Małysza polskiego stowarzyszenia sportów zimnolubnych). Ilość tych stworzeń na Łotwie, zdaje się być jednak wielokrotnie większa, a w kategorii ilość boćków na 100 tys. mieszkańców, albo na 1 km kwadratowy, usunąłbym „zdaje się”. Jest tego pełno, ludźmi się nie przejmują. Latają wte i wewte, wyszukują sobie coś tam po polach, klekoczą, potrafią spacerować po głównej drodze, jakby wszystko miały w… dzióbie. Jeden taki próbował nawet lotem koszącym odeprzeć polską „inwazję” na Kurlandię, co w przypadku sukcesu mogłoby się skończyć niemiło – i dla niego, i dla samochodu, a może i dla jego pasażerów. W Norwegii mają znaki „uwaga, renifery!”, w Australii „uwaga, kangury!”, na Łotwie powinni poustawiać „strzeż się bociana!”.

Bez strat w ludziach i w sprzęcie dojeżdżamy do drugiego największego miasta Kurlandii. Windawa (Ventspils) ma kilka atrakcji… dosłownie kilka. Pierwszym miejscem zaznaczonym do zwiedzenia w mieście jest klasycystyczny rzymskokatolicki kościół Świętego Krzyża (Svētā Krusta baznīca). Nie jestem zwolennikiem robienia na siłę atrakcji z kościołów. Kościół ten owszem, jest zabytkowy, na fasadzie greckie kolumny, a w środku ładny, bez przesady zdobiony ołtarz. Ale całościowo, to i tak jakiegoś zachwytu nie wywołuje. Kościół jakich wiele. Jeśli jest się po drodze (tutaj), można zajść na chwilę, zrobić kilka zdjęć, a jeśli ktoś ma duchową chęć, pomodlić się.

Image
Windawa, kościół Świętego Krzyża

Jako najważniejszy zabytek i największa atrakcja miasta wymieniany jest zamek Kawalerów Mieczowych z XIII w., wielokrotnie przebudowywany. Rzut oka z linii kas sugeruje jednak, że nie ma sensu płacić 3€ za bilet wstępu. Ot, spory pałac, który kiedyś był zamkiem, a teraz wyglądem przypomina większą kamienicę. Może gdyby wcześniej wiedzieć, że w środku na turystów czekają, cytuję z pamięci za jakąś stroną, „fenomenalne freski z XV w.”. Może…

A teraz nad morze. Jedziemy dalej, zobaczyć ujście rzeki Windawy (Venta) i przejść się po falochronie. Zajeżdżamy na duży, darmowy parking (57.397111, 21.533269). Tuż przy nim, na podporach, umieszczono dwa rybackie trawlery, Azova (zbud. 1967) i Grots (zbud. 1973). Na ich pokład można sobie wejść, przyjrzeć osprzętowi, przez okienka pooglądać kabinę „pilota”. Wejście do pomieszczeń i pod pokład niestety jest zamknięte. Trochę szkoda, że dopiero niedawno doczytałem, że w mieście mają jeszcze jeden statek wystawiony do zwiedzania w tej formule. Statek-pilot Rota (zbud. 1967). Ten nie znajduje się jednak obok pozostałych dwóch, ale stoi w okolicach zamku (57.393788, 21.548338).

Image
Windawa, „Azova” i południowy falochron widziane z trawlera „Grots”

Południowy falochron ma jakieś 700-900 m długości i wraz ze swoim północnym odpowiednikiem chroni ujście rzeki stanowiące drogę wodną do tutejszego portu. A port należy do najważniejszych na Bałtyku. Odbywa się też z niego transbałtycki transfer towarów do/ze Szwecji. Na etapie planowania całego wyjazdu, jedną z myśli było zapakowanie się z autem właśnie w Windawie i przepłynięcie promem do Nynäshamn, a dalej objazdówka po Szwecji, może i po Norwegii… ale to innym razem, kiedyś. Falochron z powodzeniem może robić za miejsce spacerów i łapania jodu. Jest też na nim kilka ławek, między innymi jedna z szerokim widokiem, na samym końcu falochronu, pod latarenką mającą pomóc statkom wejść do portu. Określeniem oficjalnym „latarenka” raczej nie jest. Nie jestem pewien czy umieszczone na końcu falochronu wieżyczki, wyposażone w światła nawigacyjne, to w oficjalnym, morskim języku nabieżnik, główka wejściowa, czy jeszcze jakoś inaczej? Ale wiadomo o co chodzi.

Image
Windawa, latarenka na końcu południowego falochronu

Charakterystycznym, a może nawet najbardziej charakterystycznym elementem Windawy są… krowy, konkretnie pomniki krów. Jedna jest na falochronie. W całym mieście jest ich sporo, można nawet zabawić się w „znajdź wszyskie krowy”, ale trzeba by mieć na to więcej czasu niż tylko kawałek dnia. Windawskie krowy zainstalowały się w 2002 roku, gdy w mieście odbyła się „Parada Krów”. Wszystko wskazuje na to, że event taki polega na umieszczeniu w przestrzeni publicznej dużej ilości dziwnie umalowanych, bardziej lub mniej realnych, odzwierciedleń krowy jako takiej. A co jest jego celem? Nie wiem, może tak zwana sztuka?

Image
krowa na falochronie…

Image
… nad rzeką

Po falochronie był plan, żeby odnaleźć coś, co nazywane jest muzeum kotwic. Ale w sumie, kotwica jaka jest, każdy widzi, więc mając na względzie tą piękną pogodę, to gorące słońce, ten delikatny wiaterek i ten nadbałtycki piasek… wygrywa plaża, wcale niekrótkie wylegiwanie się na niej i morskie kąpiele. W ten oto sposób na Windawę zeszło, wliczając zrobione przy opuszczaniu miasta zakupy w centrum handlowym „Tobago” (Trynidadu obok nie zauważyłem)… prawie sześć godzin. Mam wrażenie, że Windawę oceniłem trochę po macoszemu: zamek nie, kościoły nieciekawe, kotwice be. Z perspektywy czasu, nie zmieniłbym jednak „porządku zwiedzania” na inny – taki jak był pozwolił i na „zrealizowanie” kilku głównych atrakcji i na relaks.

Dalej w programie przejazd przez las, las, las na przylądek Kolka (Kolkasrags). Las bardzo ładny, dorodny, zielony, sosnowy, ale jedzie się i jedzie, i końca nie widać, a gdy wydaje się, że to chyba koniec, to dalej jest las, las i jeszcze trochę lasu. Wreszcie jednak docieramy. Stajemy na leśnym parkingu (gratis, 57.756737, 22.591322). Paręset metrów ładną plażą i już jest się na samym czubku Kurlandii. To, co mnie tam ciągnęło, to zdjęcia długiego, zwężającego się języka piachu, który wżyna się w morze rysując granicę zatoki Ryskiej. Przykładowe zdjęcie takiego języka można zobaczyć chociażby na Wiki. Rzeczywistość była trochę inna. Morze jednak „pracuje” i nie da się go ułożyć pod zdjęcia do pocztówek. Zastajemy język ucięty, i to w okolicach migdałków, czyli drastycznie. Trochę rozczarowanie, ale cóż.

Image
przylądek Kolka

Image
zamiast piaskowego języka trochę kamieni

Przylądek jest, w pewnym sensie, przełomem wycieczki. Osiągamy bowiem jej najdalej na północ wysunięty punkt i zaczynamy wracać „w dół”. Teraz jeszcze tylko jakieś 90 km i nocleg.

czas przejazdu:
Ulmale – Windawa: 0:45
Windawa – Kolka: 1:15
Kolka – Engure: 1:30


.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 21 Cze 2020 19:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
8. Na południe

Słońce, błękit nieba, ciepło, a to wszystko nad Bałtykiem. Taka okazja nie trafia się zawsze. Po drodze do głównego punktu kolejnego dnia zatrzymujemy się na znalezionej na chybił trafił plaży. Po prostu tam gdzie z drogi widać było jakąś ścieżkę odbiegającą w las, ku morzu. Plaża szeroka, zejście łagodne, piasek taki, jakiego można się spodziewać nad Bałtykiem… fajnie bałtycki. Tym razem plażowanie nie ciągnie się jakoś strasznie bardzo długo (a jedynie długo). Z tyłu głowy gdzieś tli się myśl, że jesteśmy w tym dniu dopiero na początku drogi, która pewnie nie jest najdłuższym odcinkiem roadtripu, ale czekające atrakcje (atrakcja?) mają być zajmujące.

Image
dojście do plaży… gdzieś w Kurlandii (po lewej solidna sławojka)

Image
plaża na wybrzeżu zatoki Ryskiej

Gdy ostatnie bałtyckie plażowanie A.D.2019 jest już zakończone uderzamy w głąb lądu. A tam, uwaga, hit! … a konkretnie bagno... Ja wiem, że w słowie bagno nie zawierają się te wszystkie pozytywne emocje, które zwykle kojarzy się z czymś bardzo atrakcyjnym, z miejscem wyjątkowej urody, pocztówkowym pejzażem i fantastycznym krajobrazem, ale to konkretne bagno jest wyjątkowe. Dość powiedzieć, że na przybagienym parkingu znajduje się chyba więcej samochodów, niż naliczyliśmy dotąd na drogach całej Kurlandii (miast nie licząc). Jesteśmy w Parku Narodowym Ķemeri (Ķemeru nacionālais parks), u wrót miejsca zwanego wielkim torfowiskiem, czy wielkim bagnem. Po kilku minutach spaceru z parkingu przez niezbyt gęsty iglasty las, ścieżka rozdziela się. Jako, że wyznaczony szlak jest okrężny, to obojętnie jest czy w tym miejscu pójdzie się w lewo, czy w prawo. Po kilku kolejnych minutach las coraz bardziej rzednie i staje się niższy, aż w końcu całkowicie ustępuje, a teren z każdym krokiem staje się coraz bardziej podmokły. Już tylko gdzieniegdzie ośmielają się rosnąć małe, pojedyncze, liściaste drzewka, rzucone niczym zwiadowcy za linię przeciwnika. W odpowiednim miejscu zaczyna się infrastruktura w postaci drewnianych, szerokich kładek. Dzięki niej można sprawnie, suchą nogą, bez zastanawiania się nad trasą i bez niszczenia przyrody przejść przez bagnisko. Dalej trasa ponownie rozdwaja się, można zrobić kółko mniejsze, lub większe. Wszystko jest ładnie opisane, nie da rady się zgubić. Zdecydowanie wybieramy wariant dłuższy, warto. Kładki kluczą teraz między mniejszymi i nieco większymi, klimatycznymi bajorkami. Punktem kulminacyjnym trasy jest drewniana wieża widokowa, po wdrapaniu się na którą zyskujemy perspektywę i widok na „bezkres” bagien. Miejsce jest fenomenalne i wyjątkowe – dotąd tylko raz spotkałem się oko w oko z porównywalnym krajobrazem. Aż chce się tam być i chłonąć ten krajobraz, tą przyrodę. Całe większe kółko zajęło jakieś 1,5 godziny, z czego znaczna część na robienie zdjęć, albo po prostu stanie i gapienie się. Według Endomondo dłuższa pętla, od auta do auta, to 5,73 km. Z suchych faktów, do parkingu, który jest naszym punktem wyjściowym na bagna (56.916653, 23.465092), prowadzi szutrówka odbiegająca od drogi A10 Windawa-Ryga lub, jak kto woli, Tukums-Jurmala. Koszt parkowania to 2€ za dzień. Na obrzeżach parkingu dwie sławojki, mocno eksploatowane, co widać, słychać i czuć… przede wszystkim czuć.

Image
Park Narodowy Kemeri – wielkie torfowisko

Image

Image

Image

Image

Image

Ciąg dalszy wycieczki w tym dniu to dojazd na nocleg, prawie pod samą granicę z Litwą, oraz coś po drodze. Z tym cosiem prawie do końca nie było wiadomo, co by to miało być. W grę wchodziły wieża TV w Rydze, na którą zabrakło czasu w trakcie pierwszej wizyty w tym mieście, albo pałac w Jegławie, bo po drodze i ponoć ładny. Był jednak malutki problem – dzień długi, pogoda piękna, więc na plażę jednak zeszło sporo czasu, a bagna Kemeri swój też zajęły (nie żebym mówił, że to źle – to bardzo dobrze)… Suma summarum „coś” wyszedł bardzo przyziemny, czyli zakupy w hipermarkecie Rimi przy obwodnicy Rygi i dylematy typu w którą szparę upchnąć tą kolejną butelkę kwasu. Na A10 w Rydze trafiamy na spory korek – ruch normalnie jak w domu w godzinach szczytu, czyli prawie brak ruchu…. Na nocleg dojeżdżamy późnym wieczorem, chociaż nie na tyle późnym, żeby było już ciemno.

Jutro powiemy Łotwie do widzenia.

czas przejazdu:
Engure – bagna Kemeri: 0:45
bagna Kemeri – Ryga, CH „Spice”: 1:15
Ryga, CH „Spice” – Uzvara: 1:30


.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
#10 PostWysłany: 21 Cze 2020 20:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4774
HON fly4free
Po pierwsze, gratuluję świetnej, rzeczowej i bardzo pomocnej (i zachęcającej do wyjazdu) relacji.
Po drugie, co do tego fragmentu:

"W ten oto sposób na Windawę zeszło, wliczając zrobione przy opuszczaniu miasta zakupy w centrum handlowym „Tobago” (Trynidadu obok nie zauważyłem)…"

nie chciałbym się wcinać w nieodpowiednim momencie, więc nieśmiało zapytam, czy wątek Tobago będzie pociągnięty? To jest wspaniała historia (Jakub Kettler, itd.) i ciekaw jestem, czy tam na miejscu są jakieś związane z nią miejsca?
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 22 Cze 2020 20:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
@tropikey
szczerze mówiąc, to nie szukałem żadnych nawiązań do tamtejszych kolonialnych epizodów, ba... nawet o nich w tamtych chwilach nie myślałem. Może wpływ na to miało to, że jesteśmy o kilkaset lat "mądrzejsi" od kurlandzkich kolonistów i teraz jestem przekonany, że tego typu eskapady nie miały żadnych szans na długotrwałe powodzenie, bez wielkiego zaplecza morskiego, bez wyjścia na otwarte morze i z patrzącymi spode łba sąsiadami, którzy dysponowali dużymi lądowymi armiami.

Przeglądałem wczoraj oficjalne strony Lipawy i Windawy i nie zauważyłem żadnej wzmianki o tej historii

... a na Centrum Handlowe "Tabago" trafiłem przypadkiem i dopiero Ty mi skojarzyłeś od czego wzięła się nazwa :)
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 13 Lip 2020 22:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
9. Przez interior

Nie wspomniałem wcześniej o tym, jaka jest łotewska droga, którą dotarliśmy prawie pod samą granicę łotewsko-litewską, droga A7 z Rygi na południe, w kierunku Poniewieża. Nie wspomniałem, bo generalnie, nie ma o czym wspominać… okolice nie są porywające. Jedzie się przez lasy i dominujące w krajobrazie pola. Nie ma tego wrażenia pustki, ani monotematyczności krajobrazu, tych otaczających ścian lasu, jakie wznoszą się po obu stronach dróg w Kurlandii, czy tych pustych pól, przez które ktoś przerzucił asfaltową, też pustą, trasę. Semigalia, bo o takiej krainie teraz mówimy, ma trochę wiosek, zdecydowanie więcej niż w Kurlandii, zdarzają się i miasteczka. Spory jest ruch na A7, ale jesteśmy w końca na słynnej Via Baltica. Wszystko jedzie jednak płynnie i sprawnie, chociaż całość (lub prawie całość?) A7 „leci” nie czymś, co u nas nazywane jest autostradą, ale czymś, co można porównać z naszą „niezłą krajówką”. Wydawać by się mogło, że jeśli przy numerze drogi ktoś umieścił literkę „A”, to miał na myśli autostradę, ale tak naprawdę… to nie mam pojęcia co Łotysze mieli na myśli. Łotewski standard „A” określiłbym na drogę z jednym pasem w każdą stronę i dość szerokie asfaltowe pobocze. Od dróg, które na mapach mają „P” różni się chyba tylko szerokością pasa ruchu i tym, że pobocza, które widziałem przy „P”-etkach były albo symboliczne, albo ich nie było. Co ciekawe, i od łotewskich dróg „A”, i tym bardziej od „P”, często w bok odchodzą szutrówki, zarówno takie „niby-lepsze”, stanowiące drogi lokalne, jak i zwykłe szutry gdzieś w las, w pole, czy do domostw. Nie chciałbym, aby na podstawie tych obserwacji powstała jakaś jednoznaczna generalizacja, niemniej ja tak to odebrałem – łotewskie „A” to nasze DK, a „P” to DW.

Nocleg opuszczamy „nieco” później, niż wcześniej. Z tego tytułu odpuszczamy zamek w okolicznym miasteczku Bauska, który odpuszczony był także dnia poprzedniego (bo też było już późno) i kierujemy się prosto na Litwę. Prosto... a w zasadzie trochę bokiem, mniej więcej wzdłuż granicy, do wsi Rundale. Tam czeka nie lada atrakcja – największy, najpiękniejszy, najbardziej znany, najwspanialszy pałac w kraju, „łotewski Wersal”… do którego nie wchodzimy, bo pogoda się psuje i zaczyna padać. A co to ma do rzeczy, skoro pod dachem nie pada? Pałac ma ładne ogrody, które koniecznie trzeba też obejść, będąc tamże, a jak to robić w deszczu? Na szybko tylko krótki myk w trakcie pogodowego okienka i kilka zdjęć „zza płota”. Wiadomo – trzeba tu wrócić.

Image
Rundale, pałac

Gdy po jakimś czasie wjeżdżamy na Litwę, pogoda poprawia się. Niebo, chyba znając plan trasy, przychylnie zaprasza: wstąp wędrowcze, zatrzymaj się, nie pędź, pomyśl, zadumaj się. Najważniejszym tak zwanym not-to-miss dnia, w sumie nie tylko dnia, jest bowiem Góra Krzyży (Kryžių kalnas). Parkujemy (4F) i… w tym przypadku ciężko użyć określenia „idziemy zwiedzać”… no chyba, że jest na jakimś Chińczykiem, czy Arabem, kompletnie nieosadzonym w szeroko rozumianym kręgu cywilizacji łacińskiej. Zresztą na miejscu spotykamy i Azjatów, którzy sprawiają wrażenie, że są w jakimś muzeum rzeźby nowoczesnej. Swoją drogą, ciekawe jak bardzo my bylibyśmy daleko od ich kręgu kulturowego w trakcie wizytowania „ich” świątyń i miejsc kultu religijnego (osobiście nie miałem jeszcze okazji się przekonać). Każdy, każdy kto tkwi, lub choć trochę wywodzi albo identyfikuje się z „europejskim” kręgiem kulturowym w jakimś stopniu się zamyśli, przystanie, każdy w jakiejś części to miejsce przeżyje, a nie tylko zwiedzi. Owszem, miejsce to każdy może odebrać, może przeżywać nieco inaczej, w różnym procencie mieć do niego podejście religijne, kulturalne czy przewodnikowe, ale jestem przekonany, że każdy w jakimś stopniu się zamyśli, przystanie.

Image

Image
Góra Krzyży

W 1430 r. zbudowano tu kaplicę, ale tradycja stawiania krzyży urodziła się po powstaniu listopadowym. Za czasów sojuza kilkukrotnie podejmowano próby zlikwidowania tego miejsca kultu. Obecnie na wzgórzu i dookoła niego krzyży, większych, małych i mniejszych jest, ponoć, aż 150 tysięcy.

Image

Image

Dalej jedziemy na południe, aby zwiedzić Szawle (Šiauliai). Może i niesłusznie, ale miasto to będzie mi się kojarzyć z… zapachem fekaliów. Akurat na ulicach, którymi przejeżdżamy co kilkaset metrów pracują szambiarki z rurami wpuszczonymi do studzienek, co powoduje, że przez długi czas zapach utrzymuje się, powiedzmy, że jednolity. Uciekamy nad jeziorko o nazwie Talkša, bardzo możliwe, że sztuczne (parking tutaj). Na jego brzegu umieszczono żelaznego lisa (geležinė lapė), który zostaje na szybko obfotografowany… i pędem uciekamy do auta przed ulewą.

Image
Szawle, żelazny lis

Do ciekawych punktów miasta oprócz lisa należą też, ponoć, plac z kolumną, a jednocześnie zegarem słonecznym, zwieńczonym odlewem złotego chłopca (Saulės laikrodžio aikštė) i cerkiew Świętych Piotra i Pawła (Šv. apaštalų Petro ir Povilo cerkvė). Nie czekamy jednak na ustanie deszczu i jedziemy dalej.

Szawle drugiej szansy już nie dostanie, jest wiele ciekawszych miejsc. Godzinę drogi na południe jest jedno z nich. Cytowiany (Tytuvėnai). Gdyby nie ufundowany na początku XVII w. klasztor Bernardynów, o Cytowianach nikt dziś pewnie by nie słyszał. Dzisiaj całość założenia jest wprawdzie nieco zaniedbana, ale tylko nieco. W każdym bądź razie nie wpływa to nijak na wartość tego miejsca. Głównym obiektem zespołu architektonicznego jest kościół Matki Boskiej Anielskiej. Do jego środka udaje się zajrzeć jedynie przez kraty. Trochę szkoda, bo wnętrze mieści między innymi obraz Matki Boskiej, ponoć słynący z cudów. Wykończenie kościoła to miks baroku i gotyku. Do kościoła przylega klasztor. Część klasztorna to czysty renesans. Ściany wychodzące na dziedziniec wykończone są klasycznymi, nie przesadzonymi w rozmachu krużgankami. Najciekawszą i najbardziej moim zdaniem wyjątkową częścią zespołu jest mieszcząca się na dziedzińcu Kaplica Męki Pańskiej, zwana też Kaplicą Świętych Schodów. Wejście znajdującymi się weń schodami praktykuje się wyłącznie na klęczkach. Pokonujący je wierni raczej bardziej pielgrzymują, czy zbliżają się do Boga, niż „wchodzą” schodami. Na szczycie schodów znajduje się mała kapliczka z ołtarzem Ukrzyżowanego. Równolegle do świętych schodów, tuż za ścianą, znajdują się normalne schody, którymi można wejść na górę, jeśli ktoś jest niewierzący lub nie może użyć świętych schodów np. ze względów zdrowotnych.

Image
Cytowiany, kościół Matki Boskiej Anielskiej

Image
Cytowiany, kaplica Męki Pańskiej, święte schody

Image
Cytowiany, jeden z fresków na murach krużganków

Ogólnie, Cytowiany może i nie są miejscem, ze względu na które specjalnie wybrałbym się w podróż, ale oceniam je na miejscowość, ze względu na którą warto nadłożyć nieco kilometrów, jeśli jest się w bliższej lub dalszej okolicy.

Domknięciem programu dnia jest dojazd na nocleg w Poniewieżu, a po drodze zahaczenie o wieżę widokową Ziemi Szawelskiej (Šiaulės kalno apžvalgos bokštas). Wieża ciekawa, ładna, oddana do użytku w 2016 roku. Okolica też ładna. Sielskie, niewielkie spokojne pagórki, dużo zieleni lasu przeplatanej polami.

Image
wieża widokowa Ziemi Szawelskiej

czas przejazdu:
Uzvara – Rundale: 0:30
Rundale – Góra Krzyży: 1:15
Góra Krzyży – Szawle: 0:30
Szawle – Cytowiany: 1:00
Cytowiany – wieża widokowa Ziemi Szawelskiej: 0:40
wieża widokowa – Poniewież: 1:30


.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 16 Sie 2020 12:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
10. Auksztota

Poniewież nie jest miastem, które potrafi zachwycić. Jest za to miastem, które nada się na nocleg w trasie, co skrzętnie wykorzystujemy. Położone centralnie w Litwie, na szlaku południe-północ, a także – co stosowane jest pewnie trochę rzadziej – na szlaku zachód-wschód. No, może nie tyle szlaku, co szlaczku. Szlaczek ten ma do zaoferowania kilka ciekawych miejsc, wprawdzie nie największego formatu, ale jednak… tak po prostu ładnych i ciekawych miejsc krainy zwanej Auksztota (Aukštaitija), czyli Kraj Górny… ale bez gór.

Wpierw kilka słów o Poniewieżu – jest największy w regionie, więc mu się należy. Poniewież (Panevėžys) jest fajny, bo… hm… ma duże hipermarkety i tanie samoobsługowe stacje benzynowe, a poza tym, jak już wspomniano, bo jest po drodze. Będąc na miejscu nie wypada jednak nie rozejrzeć się za jakimiś atrakcjami turystycznymi. Są nimi właściwie tylko kościoły, a można je zwiedzić o tyle szybko, że większość zwykle jest zamknięta… przynajmniej w trakcie roadtripu tak było. Wrażenie zrobiła cerkiew Zmartwychwstania Pańskiego (Viešpaties Prisikėlimo) z 1894 roku, jej bryła, jej styl. Świątynia ta powstała jako przycmentarna, jest drewniana, ma malowane na niebiesko ściany i wywołała we mnie wrażenie kwintesencji prawosławnego budownictwa. Jeżeli będziecie tylko przejazdem w Poniewieżu i nie chcecie poświęcić na miasto więcej niż dosłownie kilka, a razem z zaparkowaniem i dojściem kilkanaście minut, to z czystym sumieniem mogę polecić właśnie ten kościółek. Zaparkować można przy skrzyżowaniu ulic: 55.726652, 24.356556. Tuż przy parkingu jest spory plac, a na nim rzymskokatolicki kościół Trójcy Świętej (Švč. Trejybės). Kolejnym sakralnym zabytkiem jest rzymskokatolicka katedra Chrystusa Króla (Kristaus Karaliaus). Ta świątynia akurat była otwarta. Z zewnątrz prezentuje się, rzekłbym, poprawnie, w środku… też poprawnie: ładnie, ale nie powalająco. Neobarok i neoklasycyzm, dużo jasnych barw. Ostatnim z oglądniętych kościołów jest kościół św. Piotra i Pawła (Šv. apaštalų Petro ir Povilo). Wejście było zamknięte, a z zewnątrz, cóż, mało poruszający zbiór cegieł... a bardziej oficjalnie, to neobarokowa, najważniejsza świątynia Starego Poniewieża – tak przynajmniej twierdzi Wiki.

Image
Poniewież, cerkiew Zmartwychwstania Pańskiego

Image
Poniewież, kościół Świętej Trójcy

Image
Poniewież, katedra Chrystusa Króla

Image

Głód atrakcji nie został Poniewieżem nasycony, ruszamy więc dalej, na wschód, ku miastu Onikszty (Anykščiai). „Słynie” ono z kościoła z najwyższą wieżą na całej Litwie, ale jakoś nie wywołuje on na mnie efektu łał, położonego w okolicy muzeum konia, ale koń jaki jest, każdy widzi i labiryntu z krzaczków, w którym można się zgubić, ale przecież fajniej jest się odnaleźć niż zgubić. Tak naprawdę to bardziej w te okolice przyciąga to, co jest dookoła miasta, czyli atrakcje Oniksztyńskiego Parku Regionalnego (Anykščių regioninis parkas). W lesie, po prawej stronie rzeki Šventoji (to znana już nam nazwa), która przepływa przez Onikszty, rzucony jest głaz narzutowy o nazwie Puntuko brolis, czyli Brat Puntuka, o którym jeszcze będzie mowa. Efekt działalności lodowca, około 1,7 m wysokości, 6 długości, 4 szerokości. Jak na miejscową skalę, to coś wielkiego. Dla kogoś kto naoglądał się różnego rodzaju skał czy głazów, sam kamień nie zrobi pewnie piorunującego wrażenia. Natomiast miejsce, w którym się ulokował, jest całkiem miłe i przyjemne. Ładny las, wijący się strumyk, urokliwa ścieżka. W sam raz na coś innego niż „typowe” zwiedzanie czy nadmorskie opalanie. Zaparkować można jakieś 200 m od kamienia (55.509373, 25.071053).

Image
Puntuko brolis

Na przeciwnym brzegu rzeki kumulują się główne atrakcje okolicy. Chociaż od wspomnianego wyżej miejsca w linii prostej to jakieś 2 km, to aby tam się dostać trzeba objechać rzeczkę, przeprawić się mostem w mieście, i po około 15 km jest się na miejscu. Po drodze wypada zajechać pod ten słynny kościół w Oniksztach, ten z wysoką wieżą, i wyrobić sobie zdanie, czy się podoba czy jest taki sobie. Dojeżdżamy do niewątpliwie centrum turystycznego regionu – świadczy o tym chociażby ilość aut na parkingu (spokojnie, miejsce raczej zawsze powinno się znaleźć bez problemu), turystów, kijków do selfie. Ba! są nawet szkolne wycieczki. Parkujemy (55.484595, 25.058521) i rzucamy się w wir turystyki masowej… litewskiej turystyki masowej (należy pamiętać o skali).

Pierwszą rzeczą przyciągającą uwagę jest on, Puntukas. Wielki głaz, największy lub drugi największy na Litwie (spotkałem się z obiema wersjami). Jego mniejszego „brata” dane było oglądać godzinkę wcześniej po drugiej stronie rzeki. Wielki głaz to i wielkie zainteresowanie. W trakcie tego wyjazdu, na Litwie tylu ludzi, co przy tym głazie, widać było tylko na Górze Krzyży i w centralnych częściach plaż. Na głazie wyryte są płaskorzeźby twarzy dwóch litewskich lotników, Steponasa Dariusa i Stasysa Girėnasa. Bez dwóch zdań można ująć, że ten duet to, pod względem świadomości w narodzie, to litewski odpowiednik naszych Żwirki i Wigury. W 1933 r. panowie podjęli się próby przelotu bez lądowania z Nowego Jorku do Kowna. Ich samolot, zmodyfikowana Bellanca CH-300 Pacemaker, czyli jak na nasze czasy mała łupinka, rozbił się w lesie nad terytorium ówczesnej III Rzeszy (czy aby na pewno rozbił???).

Image
Puntukas

Atrakcją kalibru co najmniej porównywalnego do Puntukasa jest ścieżka w koronach drzew (medžių lajų takas), jedyna na Litwie. Od kamienia prowadzi ku niej wijący się przez małe wzgórze leśny chodnik i schodki. Przy chodniku stworzono parę miejsc edukacyjnych, w których można zapoznać się z życiem lasu, np. ze znaczeniem insektów dla leśnego ekosystemu, albo z formami dziuplowania miejscowego ptactwa. Wejście na właściwą „ścieżkę” jest płatne 1 €… i tu nachodzi mnie refleksja, czy budowle podobnego typu zlokalizowane w Polsce, Czechach, czy na Słowacji są aż 10 razy lepsze, fajniejsze, ciekawsze, że wejście na nie kosztuje circa 10 razy więcej. Na Litwie nie mamy wprawdzie widoku na góry, a kawałek do przejścia jest wprawdzie niewielki, na oko jakieś 200 metrów, ale w mojej opinii wystarczający do tego, do czego ścieżka jest przede wszystkim wymyślona, czyli do bliskiego przyjrzenia się koronom drzew. Konstrukcja zakończona jest wieżą widokową, która sama w sobie jest ciekawsza od widoku z niej – dookoła wszak lasy, lasy i pola. Osoby na wózkach inwalidzkich mogą skorzystać ze ścieżki w koronach drzew udając się na nią od „drugiej” strony, czyli nie chodnikiem od strony głazu Puntukas, ale wjeżdżając nań windą umieszczoną właśnie w wieży widokowej. Pod wieżą widokową umieszczone jest lokalne, „ścieżkowe”, centrum informacyjne mieszczące sklepik z suwenirami i z WC.

Przejrzysta mapka z planem orientacyjnym okolicy ścieżki znajduje się na stronie parku regionalnego.

Image

Image
ścieżka w koronach drzew

Top dnia zakończony, teraz tylko przejazd i atrakcje „po drodze”. Po drodze zauważamy jakiś bielący się, ładny obiekt. Okazuje się, że jest to dwór we wsi Burbiszki (Burbiškis). Przy polskiej nazwie miejscowości Wiki umieściła dopisek „hist.”, zresztą na miejscu też ciężko zauważyć coś, co na pierwszy rzut chwaliłoby się swoją nielitewskością. Z dwujęzycznych tablic informacyjnych, po litewsku i angielsku, dowiadujemy się, że dwór w obecnej formie powstał w 1853 r. i był własnością rodziny Venclovavičiai (Węcławowiczów). Potem kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Obecnie jest tu restauracja i miejsce innego różnorakiego wydawania pieniędzy – można na przykład udać się do ekskluzywnej palarni pewnie równie ekskluzywnych cygar, albo zaaranżować polowanie.

Image
Burbiszki, dwór

Kolejne miejsce będące „po drodze” było upatrzone wcześniej. Dosłownie kilka minut jazdy i jesteśmy w idyllicznej, sfałdowanej przez lodowiec krainie pól, łąk i jezior. Przy drodze stajemy na parkingu, przy parkingu jest górka, a na górce jest wieża z widokiem… i z wiatrem chcącym urwać głowę. Znajdujemy się w Oniksztyńskim Parku Regionalnym na wieży widokowej nad jeziorem Rubiki (Rubikių apžvalgos bokštas). Z tabliczki przy wieży wynika, że wejście na nią wymaga posiadania „parko bilietus”. Na miejscu nie ma jednak ani kasy, ani kasjera, ani w ogóle nikogo. Jako, że w tym dniu kupowałem już za euro od głowy bilet na ścieżkę w koronach drzew, to ze samorozgrzeszeniem ducha uznałem, że nie ma się co cyrkolić i na wieżę marsz. Potem doczytałem, że bilet taki kosztuje 1 €, jest ważny pięć dni i chyba jest to ten sam bilet, który kupowany był celem wejścia na ścieżkę w koronach drzew. Co do widoku z góry, to wieża ta oferuje widok chyba najładniejszy ze znanych mi litewskich wież widokowych. Jest urozmaicenie, pagórki, pola, lasy i przede wszystkim jezioro Rubiki (Rubikiai).

Image
wieża widokowa nad jeziorem Rubiki

Image

W planach było jeszcze zajechanie do Łabonarskiego Parku Regionalnego (Labanoro regioninis parkas) i wejście na kolejną wieżę widokową, ale zrobiło się trochę późno – nie, że ciemno, po prostu późno – i szala chęci przechyliła się ku udaniu się do miejsca noclegowego. Było blisko, ale uczucie tak jakby przesytu, zwyciężyło. Teraz jest przynajmniej pretekst, kolejny, żeby wrócić w tamte regiony, tym razem trasą w kierunku wschodniej części Łotwy, na Dyneburg i dalej… ale to melodia przyszłości.

czas przejazdu:
Poniewież – Onikszty: 1:00
Onikszty – ścieżka w koronach drzew: 0:20
ścieżka w koronach drzew – wieża widokowa nad jez. Rubiki: 0:45
wieża widokowa nad jez. Rubiki – Podbrzezie: 1:45


.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 16 Sie 2020 21:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2012
Posty: 572
Loty: 43
Kilometry: 77 912
niebieski
Dobra relacja - i dobra propozycja na Covidowe wojaże - jestem w trakcie planów i na pewno skorzystam z Twojej relacji

Natomiast w lipcu popełniłem 3-dniowy trip właśnie w okolice Dyneburga. Poniżej wrzucam Ci swój plan może wykorzystasz.

Bartniki Kosciół Ruiny kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła
Dwór Antoniego Tyzenhauza
Pojeziory Pałac Zabiełłów i Gawrońskich
Kowno Klasztor w Pożajściu
Jonava Skorula - gotycki kościół katolicki pod wezwaniem św. Anny
Żejmy Zabytkowy pałac Kossakowskich
Siesikai Zamek w Siesikach siedziba Dowgiałłów od 1745
Towiany zespół pałacowy wybudowany w 1802 r. przez Benedykta Morykoniego
Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego
Rogów Cerkiew Narodzenia Matki Bożej
Raguvėlė Pałac Komarów w Rogówku
Kapliczka Raguvėlės Chapel
Traszkuny Kościół i klasztor bernardynów fundowany w 1689 r. przez Władysława Sokołowskiego
Burbiszki Dwór Burbiškisów
Punkt widokowy
Wisaginia Ignalińska Elektrownia Jądrowa
Jeziorosy Kosciół Virgin Mary of the Assumption Church
Ēģipte Zniszczony kościół, wokół cmentarz
Dyneburg Twierdza
Anspaku Ruimy dworu
Aizkalne Cerkiew
Prele Ruiny zamku Borchów
Kaplica Rotunda
Riebiņi Pałac w Riebiņi
Cerkiew Pareizticīgo baznīca
Rogoviki Cerkiew
Malta cerkiew
Lūznava dwór Kierbedziów
Rzeżyca Cerkiew św. Mikołaja w Rzeżyc
Wzgórze zamkowe
Ludza Ruiny zamku
Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Agłona Bazylika w Agłonie
Kovaļova Cerkiew polma droga
Krasław Kościół św. Ludwika
Pałac barokowy zbudowany przez Konstantego Ludwika Platera w latach 1765–1791
Vasargelišķu Punkt widokowy
Juzefova Kościół katolicki
Antuzów Pałac Ledóchowskich
Kościół z 1794 roku
Góra
 Relacje PM off
Raphael lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 17 Sie 2020 21:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
@Zibid
większości podanych przez Ciebie miejsc nie kojarzyłem, myślę, że część z nich na pewno dopiszę do mojej "mapy" kolejnego wyjazdu w tamte regiony
... najbliższy wolny termin jakoś za 2 lata ;)
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
Zibid lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 17 Sie 2020 22:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2012
Posty: 572
Loty: 43
Kilometry: 77 912
niebieski
:D
Kurlandia ..... za rok w czerwcu z mojej strony , bynajmniej taki plan ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 18 Wrz 2020 22:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 889
Loty: 71
Kilometry: 137 269
srebrny
11. Wileńszczyzna

Właściwie, to czemu jadąc na Wileńszczyznę zatrzymać się nie w Wilnie, a nieco przed głównym punktem Wileńszczyzny. Powodów może być kilka: a to że Wilno było już zwiedzone, w miarę dokładnie, podczas innego wyjazdu, kilka lat wcześniej, a to dlatego też, że po drodze jest jeszcze coś ciekawego do zobaczenia, a i dlatego, że nocleg był tańszy, a może i dlatego, bo budzimy się w takim miejscu…

Image

… które już na etapie wyszukiwania miejscówek wzbudziło jakiś uśmiech pozytywnej emocji, który faktycznie okazał się być słusznym.

Pierwszą noc na Wileńszczyźnie spędzamy w starym dworze, który pełni teraz funkcję trochę domu weselnego, trochę miejsca odpłatnie noclegowego. Sam „nocleg” nie wyróżnił się niczym szczególnym, nie było złotych klamek, kryształowych żyrandoli, lokajów w wykrochmalonych liberiach (w sumie to nikogo nie było, cały proces zakwaterowania odbył się SMS-owo), a pokój był po prostu pokojem. Chodziło bardziej o klimat miejsca, może bardziej o krajobraz. Dookoła krajobraz sielskości, bociany, konie, pola, łąki, staw i jakoś w tym wszystkim dobrze się człowiek czuł… popijając na tarasie przed snem łotewskie piwo i litewski kwas.

We wsi Pikieliszki (Pikeliškės), czyli niedaleko od naszego noclegu, jest biblioteka. Akurat wszystko było zamknięte, ale nie zmienia to faktu, że w miejscu tym czułem się trochę inaczej niż gdzie indziej na Litwie i wizualizowałem sobie jak to miejsce mogło wyglądać 90 lat wcześniej. A powodem było to, że budynek wspomnianej biblioteki, architektonicznie zresztą kompletnie nieciekawy, należał wtedy do marszałka Piłsudskiego. Ciekawe, czy lubił siadać na ganku, czy może jak ja, wpadał w zadumę stojąc nad stawem znajdującym się nie dalej niż paręnaście metrów od domu. Po kilkunastu minutach tak zwanego zwiedzania zewnętrz zbieramy się dalej.

Image
dworek Piłsudskiego

Następnie zbliżamy się, a formalnie to wjeżdżamy do Wilna. Coraz więcej aut, ruch uliczny gęstnieje, człowiek się trochę odzwyczaił. Nawet jakieś mini zatory się pojawiają, no normalnie prawie jak… jak w Rydze. Jesteśmy w północnowileńskiej dzielnicy Werki (Verkiai). Miejsce do końca XVIII w. związane było z biskupami wileńskimi, potem przechodziło z rąk do rąk. Samo mieszczące się tam pałacowe założenie też wielokrotnie zmieniało się, niszczało, było odbudowywane. Obecny wygląd to efekt przebudowy z połowy XIX w. Ówcześni właściciele mieli wystarczającą kasę, aby i doprowadzić miejsce do ładu, i zapełnić go licznymi płótnami. Z dzieł światowego kalibru na ścianach wisiał Rubens, a ponoć także Rembrandt i da Vinci. Dzisiaj budynek należy do Litewskiej Akademii Nauk, a w momencie jego zwiedzania, czyli 4. lipca, był zdominowany przez pracowników firmy szykującej uroczystości z okazji… 4. lipca, tego amerykańskiego 4. lipca. Po południu pewnie była wielka feta… na tą jednak nie mamy ani ochoty, ani czasu. Zachodzimy jeszcze na punkt widokowy, żeby z góry spojrzeć na wijącą się Wilię. Widok ładny, trochę romantyczny, nie dziw, że ktoś wpadł na pomysł, żeby obok wystawić sobie pałac i wieść niezłe życie.

Image
pałac we Werkach

Image
Werki, rzeka Wilia

Jednym z motywów całego wyjazdu, w sumie, to lepiej powiedzieć, z planowanych motywów wyjazdu, było „zrobienie” dwóch wież telewizyjnych: tej w Rydze i tej w Wilnie. W Rydze wyszło jak wyszło, no to teraz czas na tą w Wilnie… acha. W sumie wieża ta jest prawie po drodze do kolejnego istotnego punktu wycieczki, no tylko trzeba troszkę odbić z trasy w prawo, potem w lewo i już się jest… a to może w drodze powrotnej, no bo wtedy słońce będzie ładnie się kładło od zachodu, poza tym przed chwilą była dość długa przerwa na Werki, i ciągle tak wysiadać, a szczególnie w takim momencie, gdy w bliskiej perspektywie czeka kolejny szczyt do korony gór Europy… No dobrze, szczycik, i może jednak bez tych „gór”, po prostu do korony Europy.

Wieża TV musi poczekać, powiedzmy, że do popołudnia, góra do wieczora – a tymczasem jazda na górę, na górkę. Najwyższy punkt Litwy leży niedaleko wsi Miedniki Królewskie (Medininkai), w której to wsi znajduje się jeden z historycznie ważniejszych zamków Rzeczpospolitej, przynajmniej w okolicach Wilna. Wzmiankowany już w XIV w., a w wieku następnym często bywał tu król Kazimierz IV Jagiellończyk, a także jego syn też Kazimierz, ten od „kaziuków”. W sumie nie wiem co dokładnie wpłynęło na brak ochoty do wejścia do środka, czy fakt, że w sumie to większa ruina, czy może cena biletu wstępu równa 4 €, czyli równowartość niecałej butelki litewskiego wina, czy dopłata 1,50 € za możliwość fotografowania, czy może to, że niebo niepokojąco zaczęło zasnuwać się jakby deszczowymi chmurami… a przecież opodal czeka top dnia, czyli litewskie wierchy i szczyty. Jedziemy więc na te wierchy.

Litwini sami do końca nie wiedzieli, które wzniesienie jest najwyższe w ich kraju. A w zasadzie wiedzieli, ale potem uznali, że się mylili i że teraz już wiedzą lepiej. Taka jest przynajmniej wersja oficjalna. Ja mam na ten temat trochę inną teorię, bardziej marketingową… ale po kolei. Kumulacja najwyższych litewskich wzniesień, na razie nie wnikając w szczegóły które ile ma, leży w obrębie sioła – chyba tak można nazwać te dosłownie kilka domostw – Juozapinė. Całość parę kilometrów od Miedników Królewskich. Wjeżdżamy na dobrą szutrówkę i bez problemów dojeżdżamy na malutki parking (54.530696, 25.627508) ulokowany kilka kroków pod Józefową Górą (Juozapìnės kálnas, oficjalnie 292,9 m.n.p.m.). Według wcześniejszych wyliczeń góra ta miała 293,6 m. Tymczasem w 2004 roku obliczono, że wcześniejsze pomiary były błędne, w wyniku czego Józefowej „ubyło” i aż dwie inne ją wyprzedziły… tu uwaga, wchodzimy w drugie miejsce po przecinku. Wyższy jest nijaki Kruopynė, pomiar 293,65 m, a jeszcze wyższa jest Góra Aukszocka (Aukštojas), znana też jako Wysoka Góra, której wyliczono 293,84… czyli aż 19 cm więcej. Trzeba przyznać, że całe 19 cm więcej robi w tym przypadku niebagatelną różnicę. Konkretnie przekłada się na oszczędność 10 kilometrów w bliżej nieznanym kierunku, bo „przegrana” z drugiego miejsca leży właśnie gdzieś 10 km obok. Natomiast numery 1 oraz 3 są tuż tuż obok siebie – zdobywamy oba.

Z parkingu pod Józefową Górą jest tylko kilka kroków na jej południowy, a niech tam... „stok”. U podnóża „podejścia” umieszczono wyrytą w pniu podobiznę jakiegoś bożka… tak to na pierwszy rzut oka wygląda. Potem okazało się, że to pomnik księcia Medonga. Na umieszczonym obok głazie wyryto „1253” – w tym roku Medong ponoć był, czyli nie wiadomo czy był, koronowany na króla. Kolejne kilka kroków podejścia i osiągamy szczyt Józefowej Góry, a na nim… hm… jakaś studzienka, kanalizacyjna? deszczowa? czy co? Na samiusieńkim szczycie onegdaj najwyższej góry w kraju! W takiej sytuacji też bym się postarał i tak bym liczył te wysokości, żeby wyższe okazało się coś bardziej prestiżowego – stąd moja marketingowa teoria źródeł kartografii litewskiej.

Image
pomnik Mednonga

Image
podejście na Józefową Górę

Image
Józefowa Góra, szczyt

Jakieś pół kilometra na południe od Józefowej Góry jest kolejny mały, szutrowy parking (54.528362, 25.623214) – baza wypadowa na Wysoką Górę. Tutaj podejścia jest trochę więcej niż kilka kroków. I bardzo dobrze, przynajmniej czuć, że zdobywa się najwyższą górę w kraju. Na szczycie postarano się o odpowiednią oprawę, która nadałaby miejscu więcej splendoru. Mamy więc kamień z wyrytą nazwą i wysokością góry (zaokrąglili sobie do okrągłych 294 m), mamy znak geodezyjny z gatunku „to tu”, mamy miejsce do rozpalania ognia – wydaje mi się, że w zamyśle nie chodziło o ogień pod kiełbaski, ale taki odświętny, żeby nie powiedzieć rytualny – mamy wreszcie solidną wieżę widokową, dzięki której w ogóle mamy jakiś widok z Wysokiej Góry. Co więcej, chmury jakoś coraz bardziej i bardziej ustępują, a w czasie eksploracji litewskich pagórków robi się bardziej i bardziej piękny dzień.

Image
na Górze Aukszockiej (Wysokiej)

Wracamy do Wilna, gdzie mamy jeden nocleg. Zanim zajedziemy pod wieżę TV, to po drodze tylko supermarket, raczej losowo wytypowany, no a skoro już nakupione tyle rzeczy, a niektóre wymagają chłodu, to może by najpierw podjechać na kwaterę. A skoro już jesteśmy, to najpierw prysznic, a skoro pogoda ładna i słońce świeci, to aż żal się nie przejść po mieście, szczególnie, że wcześniej (parę lat wcześniej) nie byliśmy na Górze Trzech Krzyży. No ale skoro iść, to może lepiej bez robienia zbędnych kółek. Dlatego wsiadamy w trolejbus i podjeżdżamy pod atrakcję, która była, też, w planach od dawna, pod kościół św. Piotra i Pawła, a po jej zwiedzeniu spacerem wchodzimy na Górę Trzech Krzyży, po czym przez Stare Miasto wracamy na kwaterę.

Co do kościoła św. Piotra i Pawła na Antokolu (Šv. apaštalų Petro ir Povilo bažnyčia), wymaga on kilku słów, w zasadzie nie tyle komentarza, co zachwytu. Kościół zbudowano w 2. poł. XVII w., w podziękowaniu za wygraną wojnę z Moskwą. Z zewnątrz… kościół jak kościół, nawet ładny. Wnętrze swą idealną i wszechobecną bielą sprawia wrażenie jakby maksymalnej czystości, może obecności czegoś nie z tego, a z lepszego świata. Prawie cała powierzchnia ścian i sklepienia wydaje się być wręcz zapchana, ale w pozytywnym sensie, setkami mniejszych i większych rzeźb, delikatnych, białych. Chociaż wystrój to barok, to jednak barok zupełnie inny od standardowego – właśnie dzięki zastosowaniu tej bieli zamiast złota i standardowych barokowych aniołków z okrągłymi dupciami (OK, aniołki też są, ale nie rzucają się w oczy). Zdjęcia z wnętrza nie umieszczę, bo 100 razy lepsze jest chociażby na Wiki – robi wrażenie.

Image
Wilno, kościół św. Piotra i Pawła

Po zachwyceniu się kościołem św. Piotra i Pawła robimy dłuższy spacer, początkowo przez raczej niezbyt popularną część wileńskich pagórków. Najpierw idziemy na Górę Stołową (Stalo kalnas), turystycznie w zasadzie niezbyt interesujące miejsce, w którym spacerują nieliczni miejscowi, tulą się kochankowie, rodzice pchają wózki ze śpiącymi niemowlakami. Nie ma tam ani jakiś specjalnych widoków, ani zabytków, klimat taki parkowy… jak to w parku. Na górze była średniowieczna osada, z której nic nie zostało, na początku XIX w. powstały na niej fortyfikacje obronne, z których też nic nie zostało, bo w poł. XX w. szczyt góry został wyrównany i spłaszczony – stąd „stołowa” góra. Niewiele dalej dochodzimy do Góry Trzech Krzyży (Trijų kryžių kalnas). Według legendy, w czasach, kiedy na Litwę nieśmiało zaglądało chrześcijaństwo, kilku mnichów zostało zabitych przez miejscowy lud, czyli mówiąc wprost Litwinów, po czym w beczkach zrzucono, a w zasadzie sturlano ich ciała z góry do Wilejki. W miejscu tym wzniesiono potem trzy krzyże, które wielokrotnie niszczały lub były niszczone, ostatnio po II wojnie światowej. W 1989 r. odbudowano je. Miejsce to można uznać za turystyczne, ale i za warte odwiedzenia. Jest to też, a może przede wszystkim, świetny, jeden z lepszych, o ile nie najlepszy, punkt widokowy na Wilno i w dodatku jak na dłoni widać z niego wileńską wieżę TV… wizytę na której przekładamy na poranek dnia następnego.

Image
Wilno, widok z Góry Trzech Krzyży

czas przejazdu:
Podbrzezie – Pikieliszki – Werki: 0:45
Werki – Miedniki Królewskie/Juozapinė: 1:15
Miedniki Królewskie/Juozapinė – Wilno: 1:15


.
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off
SPLDER lubi ten post.
 
 
 [ 17 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group