Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 75 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4
Autor Wiadomość
#61 PostWysłany: 05 Lut 2019 17:44 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 957
platynowy
Czas w końcu zakończyć relację z Penangu i przejść do Kuala Lumpur:-)

Po opisanym w poprzedniej części relacji turnee po najważniejszych świątyniach na wyspie, podjechałem do kolejnej atrakcji na Penang – przystani klanowych (clan jetties). Nazwa być może jest trochę dziwna - ma ona jednak pewne konotacje historyczne. Bez zagłębienia się w historię tego miejsca, nie do końca można też zrozumieć skąd się ono wzięło i rozwinęło do obecnych rozmiarów.

Przystanie klanowe to osiedla domków zbudowanych na palach wzdłuż wychodzącego w morze mola – przy czym na przystań składa się nie tylko samo molo z domkami po obu jego stronach ale cały labirynt bocznych „uliczek”, w których kryją się domy mieszkańców, warsztaty, różnego rodzaju mniejsze lub większe firmy, knajpki, restauracje a nawet świątynie.

Historycznie są to miejsca, gdzie pierwotnie (około 100 lat temu) osiedlili się imigranci z Chin. Dzisiaj jest to jedna z atrakcji turystycznych Georgetown.

Przystani klanowych jest w sumie 6, kiedyś wokół każdej z nich gromadziła się społeczność związana z innym chińskim klanem – stąd nazwa miejsca. Najbardziej znana z nich to „Chew Jetty”:

Image

A tak wygląda to osobliwe „miasto na palach”:

Image

Image

Głównym molem każdego dnia przelewa się dosłownie rzeka turystów. Przylegające do niego domki zostały zamienione w większości na różnego rodzaju atrakcje turystyczne – w większości sklepiki, bary i restauracje:

Image

Z kolei w bocznych „uliczkach” można zobaczyć wejścia do domów mieszkańców oraz oznaki normalnego życia - wywieszone pranie, zaparkowane motory i skutery, donice z kwiatami czy odpoczywających mieszkańców:

Image

Image

Przy bocznych pomostach można podpatrzeć również rybaków rozładowujących połów lub rozkładających czy naprawiających sieci:

Image

Image

Wydaje się to nieprawdopodobne ale ten dziwny świat jest naprawdę zamieszkały. Dotarły tu zresztą zdobycze cywilizacji takie jak elektryczność, klimatyzacja czy anteny satelitarne:

Image

….niestety nie wszystko jest takie kolorowe.

Wizycie w Chew Jetty towarzyszy cały czas jakiś dziwny pojawiający się i znikający odorek. Jego tajemnica okazuje się banalna – wystarczy tylko wypuścić się na któryś z tylnych pomostów i zobaczyć jak wygląda „zaplecze” tej atrakcji turystycznej. Nie owijając w bawełnę, jest to jeden wielki ściek:

Image

Jak widać kanalizacja do tego miejsca jeszcze nie dotarła :-(

Miejsce niewątpliwie jest ciekawe, głównie ze względu na jego historię oraz funkcje. Z drugiej strony można na to patrzeć również w ten sposób, że przystanie klanowe są skomercjalizowanym dla celów turystycznych współczesnym slumsem . Uczucia po wizycie w tym miejscu mam w związku z tym mieszane…

Georgetown to miasto, w którym w wielu miejscach można zobaczyć pozostałości zabudowy kolonialnej. Niestety zdjęć najładniejszych miejsc nie umieszczę - widziałem je tylko przez okna taksówki jadąc do centrum – ale naprawdę robiły wrażenie. Poniżej wrzucam jedynie kilka fotek uliczek starego Georgetown z pozostałościami po zabudowie kolonialnej:

Image

Image

Warto na koniec wspomnieć o tym, że o wielokulturowym charakterze miasta świadczy fakt, że w jego ramach do tej pory funkcjonuje m.in. dzielnica chińska czy hinduska.

O różnorodności religijnej z kolei świadczy to, że na jednej z głównych ulic miejskich, w odległości niewielkiego spaceru można minąć główny miejski meczet:

Image

…świątynię Hindu:

Image

…świątynię buddyjską:

Image

…i anglikańską katedrę:

Image

Do powyższego dodam, że katedra katolicka znajduje się w odległości kolejnych kilkuset metrów przy innej ulicy.

Penang jest znany jeszcze dzięki dwóm innym – nie wymienionym wcześniej atrakcjom.

Pierwszą jest bardzo zróżnicowana gastronomia, z wieloma ulicznymi punktami a także dużymi hawker center (podobnie jak funkcjonuje to w Singapurze – pisałem o tym w początkowej części relacji):

Image

Za sprawą tutejszej kuchni, w wielu przewodnikach Penang jest wymieniany jako stolica gastronomii całej Azji Płd.-Wsch.

Drugą z atrakcji, której jeszcze nie wymieniłem jest uliczna sztuka – głównie różnego rodzaje murale oraz instalacje. Za sprawą „street art” Penang stał się znany na całym świecie. Zresztą jedna z mapek dostępnych w porcie była adresowana do miłośników „street art” – zamieszczała dokładne lokalizacje oraz opisy wszystkich najbardziej znanych murali w Penangu.

Najsłynniejszym (chociaż mało kto sobie z tego zdaje sprawę) muralem pochodzącym z Penangu jest „chłopiec na rowerze”:

Image

W rzeczywistości mural jest uzupełniony o prawdziwy rower przymocowany do ściany. Powyższe zdjęcie było wykonać naprawdę bardzo trudno. Kolejka do sfotografowania się w tym miejscu w różnych pozach (z siedzeniem na rowerze włącznie) była bardzo długa :-)

A to jeszcze dwa inne wybrane dzieła powstałe ramach tego nurtu:

Image

Image

W drodze powrotnej na statek minąłem jeszcze ratusz Georgetown oraz tutejszy magistrat:

Image

Image

…i dosłownie na około 30 minut przed wypłynięciem w dalszy rejs wróciłem na Costa Fortunę.

Podsumowując wizytę w Penangu mogę spokojnie powiedzieć, że pod wieloma względami była to perełka na naszej trasie – miejsce absolutnie warte odwiedzenia, w którym nie sposób nie znaleźć dla siebie coś ciekawego.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#62 PostWysłany: 06 Lut 2019 12:51 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 957
platynowy
Kolejny i ostatni już postój w trakcie mojego rejsu przypadł w Port Klang czyli na przedmieścia Kuala Lumpur. Sam port położony jest dosłownie „pośrodku niczego” – nie licząc dźwigów, kontenerów i statków towarowych, wokół nie ma dosłownie nic, co warte byłoby choćby minimum zainteresowania. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że sam terminal pasażerski prezentuje się całkiem przyzwoicie:

Image

Na szczęście sama odległość do Kuala Lumpur nie jest tak duża jak to było wcześniej w przypadku portu w Laem Chabang i Bangkoku. Dla chętnych zwiedzaniem miasta Costa udostępniła odpłatą możliwość transferu (35 EUR w dwie strony). Można było również skorzystać z taksówek portowych a także zamówić Graba – z informacji od Polaków wiem, że podjeżdżał bez problemu do samego terminala a kurs z portu do stacji kolejowej Port Klang kosztował nieco ponad 10 ringgitów czyli niewiele. Dalej – do samego Kuala Lumpur można się dostać pociągiem, który jest śmiesznie tani (kilka ringgitów), kursuje bardzo często ale jedzie (opieram się tutaj na relacji innych) przeraźliwie wolno. Warto wziąć na to poprawkę.

Ja akurat tym razem dylematów logistycznych nie miałem. W Kuala Lumpur wziąłem ostatnią z wycieczek ze statku w ramach której było zaplanowane zwiedzanie Batu Caves oraz zaliczenie kilku innych punktów w samym mieście.

Ponieważ dzień naszej wycieczki przypadał akurat na „sylwestra” z punktu widzenia świętowania chińskiego Nowego Roku, na drogach nie było praktycznie żadnych korków. Przewodnik przekazał nam, że około 2 mln pracowników przyjezdnych pracujących w KL, na ten czas wyjechało i miasto wydaje się w wielu miejscach dosłownie wyludnione.

Pierwszym punktem naszego programu były odwiedziny przed Pałacem Królewskim. Przy okazji przewodnik kwieciście opowiedział nam o jedynym w swoim rodzaju ustroju politycznym Malezji, która jest monarchią rotacyjną. Funkcję króla państwa pełni rotacyjnie jeden z 9-u królów prowincji; zmiana następuje co 5 lat. Przy okazji dowiedzieliśmy się o historycznych korzeniach tego oryginalnego rozwiązania a także ostatnich perturbacjach na tronie (król w tajemnicy poślubił byłą miss Rosji, co skończyło się jego abdykacją).

Image

Sam pałac z zewnątrz sprawia wrażenie iście królewskiego, żeby nie rzec sułtańskiego. Z racji tego, że sam pałac nie jest dostępny dla zwiedzających, musieliśmy się zadowolić widokami z zewnątrz:

Image

Image

Przy pałacowej bramie można zobaczyć żołnierzy w tradycyjnych malezyjskich mundurach:

Image

Image

Po „wizycie u króla”, ruszyliśmy do jaskiń Batu, będących jedną z największych atrakcji KL a zarazem świętym miejscem dla wyznawców hinduizmu.

Jaskinie są „schowane” w tych wyglądających z daleka trochę dziwnie skałach, które wyrastają z ziemi równie nagle jak się kończą. Tak jakby jedynym zadaniem tej niewielkiej góry było ukrycie wewnątrz kilku jaskiń:

Image

Image

Mówiąc o Batu Caves zazwyczaj ma się na myśli trzy główne jaskinie. I chociaż oprócz nich można jeszcze wyróżnić kilka mniejszych, to właśnie na trzech głównych koncentruje się uwaga wszystkich zwiedzających.

Patronem świątyni jest hinduistyczny bóg wojny i śmierci – Murugan. To właśnie jego gigantyczny posąg (ok. 42 metry wysokości) stoi przed schodami prowadzącymi do jaskiń:

Image

Pierwsza z jaskiń jest umieszczona na wysokości około 100 metrów powyżej poziomu parkingu. Prowadzą do niej strome schody, których pokonanie jest dla niektórych sporym wyzwaniem. Sprawy nie ułatwiają wszechobecne małpy, które nie tylko szwendają się pomiędzy wchodzącymi ale również interesują wszystkim co potencjalnie może nadawać się do jedzenia. Co ciekawe, interesujące są dla nich również plastikowe butelki, dlatego ich wyjmowanie na schodach (lub trzymanie w ręku) nie jest najlepszym pomysłem.

Pewne kontrowersje może wzbudzać fakt pomalowania schodów na różne kolory. Patrząc na starsze zdjęcia wygląda to trochę dziwnie – ale z drugiej strony nawiązuje do bardzo kolorowej bramy prowadzącej na schody oraz znajdującej się na lewo od wejścia świątyni hinduistycznej:

Image

Image

Po wyjściu na górę warto się chociaż na chwilę odwrócić i popatrzyć na to co za nami z góry:

Image

A to już widok na pierwszą jaskinię – bezpośrednio po wyjściu na górę:

Image

Na ścianach oraz w niewielkich wgłębieniach na terenie całego kompleksu można zobaczyć liczne rzeźby oraz sceny nawiązujące do patrona Batu Caves:

Image

Image

Image

Środkowa jaskinia zwana jako Jaskinia Świątynna (Temple Cave) jest naprawdę ogromna. Poniższe zdjęcia wykonane zostały z dwóch jej stron:

Image

Image

Wewnątrz znajduje się m.in. główna świątynia - Sri Velayuthar Temple.

Ostatnia z jaskiń jest otwarta z góry – wpada do niej światło słoneczne co nadaje jej specyficznego klimatu:

Image

Image

W niej znajduje się również kolejna świątynia hinduistyczna:

Image

Image

Uwagę zwracają ciekawe formy skalne, gigantyczne stalaktyty itp.

Image

Podczas zwiedzania kompleksu trzeba uważać na małpy – poza największą jaskinią są dosłownie wszędzie:

Image

Image

Image

Batu Caves (zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz – o schodach nie wspominając) biją po oczach nieprawdopodobnie żywą i pełną paletą kolorów. W tutejszej ornamentyce, miejsce wszechobecnych w buddyzmie smoków zajęły m.in. pawie:

Image

Dopiero po powrocie do autobusu, nasz przewodnik rozdał nam wodę – jak powiedział, wcześniej nie chciał drażnić małp :-)

Kolejny przystanek naszej wycieczki przypadł na Petronas Tower. Obiekt ma już 20 lat i z zewnątrz zaczyna na nim odciskać swoje piętno czas, jednak na stałe wpisał się do historii miasta jako symbol Kuala Lumpur.

Ze względu na brak miejsca, z przodu trudno zrobić jakieś sensowne zdjęcie:

Image

Dużo lepiej obiekt wygląda od strony sztucznego zbiornika i parku:

Image

W Petronas Tower mieści się obecnie siedziba narodowego malezyjskiego koncernu naftowego – firmy Petronas. Zaraz za wejściem można zobaczyć bolidy Formuły 1 (Petronas jest jednym ze sponsorów cyklu):

Image

Dolne 6 pięter budynku zajmuje gigantyczna galeria handlowa:

Image

Akurat trwały w niej ostatnie przygotowania do świętowania chińskiego Nowego Roku:

Image

Bardzo przyjemne wrażenie robi sam park zlokalizowany na tyłach Petronas Tower. Można w nim zobaczyć powtarzany regularnie pokaz fontann (po zmroku w wersji „światło i dźwięk”):

Image

…jest minibasen dla dzieci:

Image

…oraz mnóstwo zieleni. Całość naprawdę bardzo czysta i zadbana.

Sama nowatorska koncepcja bliźniaczych wież połączonych mostem znalazła zresztą w Kuala Lumpur naśladowców – jeden z nich stoi praktycznie po sąsiedzku:

Image

Po tej części wycieczki zaliczyliśmy lunch (głównie dania kuchni malezyjskiej) i ruszyliśmy dalej.

A korzystając z kilku godzin oczekiwania na samolot do Warszawy (niestety już wracam do domu), postaram się do końca nadrobić zaległości – zarówno z Kuala Lumpur jak i Singapuru.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#63 PostWysłany: 06 Lut 2019 14:32 

Rejestracja: 10 Mar 2017
Posty: 0
wocialgosiap27 napisał:@greg2014 - zastanawiam się nad rejsem malediwy sri lanka indie w przyszłym roku, czy może masz więcej informacji lub podpowiesz gdzie takowych poszukiwać? Jakieś relacje, opisy portów, czyli jak to w miarę tanio, na własną rękę ogarnąć? Kierunek wydaje się ciekawy i w miarę cenowo fajnie wychodzi. DziękujęMogę co nieco podpowiedzieć, płyneliśmy rok temu.Wysłane z mojego SM-G955F przy użyciu Tapatalka
@wocial dziękuję za odpowiedź. W zasadzie to już zadatkowaliśmy rejsik i zabieram się za zgłębianie portów na trasie. Czasu co prawda dużo ale już widzę, że po polsku niewiele w temacie. Czy sami organizowaliście doloty i zwiedzanie? My sami, więc każda wskazówka cenna. Jak to wygląda cenowo w portach? Czy po wyjściu bez problemu zorganizuję transport, głównie w Indiach i Sri Lance,? Co warto zwiedzić? Pozdrawiam. Pozdrawiam też tych @greg2014, którzy już muszą się zderzyć z Polską zimą :-) My niestety po powrocie chorzy.
Góra
 Relacje PM off  
 
#64 PostWysłany: 06 Lut 2019 14:57 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 957
platynowy
Do kolejnego punktu na trasie naszej wycieczki podchodziłem początkowo sceptycznie i traktowałem go jako sztuczny wypełniacz czasu połączony z wizytą w bardzo drogim sklepie z nie wiadomo z czym. Jak się okazało, byłem w wielkim błędzie…

Mowa o firmie Royal Selangor. Większość osób raczej jej nie kojarzy, jednak dla Malezyjczyków jest to swojego rodzaju narodowa duma i synonim najwyższej możliwej do uzyskania jakości. Jest to zresztą jedyny zakład produkcyjny w kraju, który uzyskał zgodę na używanie królewskiego dodatku w nazwie. W Malezji nie znajdziemy żadnej innej firmy, która posiadałaby prawo do bycia „royal”.

Royal Selangor to największy na świecie zakład produkcyjny specjalizujący się w wytwarzaniu wyrobów z pewteru – specyficznego stopu cyny z antymonem i miedzią. Polska – mocno niefortunna zresztą nazwa tego stopu to cynoołów – podkreślić jednak należy, że ołowiu w stopie tak naprawdę nie ma. Co istotne, do dzisiaj w Royal Selangor produkcja zdecydowanej większości wyrobów odbywa się ręcznie, wiele z nich jest realizowane wyłącznie na zamówienie, czasami w pojedynczych egzemplarzach – a ich ceny potrafią być astronomiczne.

Przed wejściem na teren zakładu przywitał nas wykonany z pewteru wielki kufel – oficjalnie zarejestrowany w księdze rekordów Guinnessa jako największy na świecie:

Image

W ramach zwiedzania zakładu, można zobaczyć galerię historyczną oraz techniczną, przejść przez część jednej z hal produkcyjnych, w tym obok kilku stanowisk, na których „coś się dzieje” a także odwiedzić naprawdę robiący wrażenie show room, pełniący również funkcję salonu sprzedaży:

Hala produkcyjna to generalnie dziesiątki niewielkich stanowisk do pracy ręcznej. Zdecydowana większość pracy do dziś odbywa się ręcznie – elementy są odlewane, młotkowane, wykuwane, zdobione, szlifowane itd. w całości ręcznie przez pracowników:

Image

Image

Na jednym ze stanowisk można było zobaczyć nieskomplikowaną produkcję (wykonywanie odlewu) ucha do kufla (nieco dalej można zobaczyć zdjęcie całego kufla) – jednego z najbardziej popularnych wyrobów oferowanych przez Selangora:

Image

Na innym odbywało się szlifowanie kubka na zaawansowanym etapie produkcji:

Image

Jeden błąd i element wraca do początku procesu – kotła z roztopionym metalem.

Tak wygląda jeden z gotowych elementów – pojemnik do przechowywania herbaty. Muszę przyznać, że wykonanie było perfekcyjne a dopasowanie głównego pojemnika i wieczka aż trudne do uwierzenia biorąc pod uwagę, że zostało wykonane ręcznie:

Image

Mówiąc krótko: całkowite zaprzeczenie popularnej i widocznej na każdym kroku chińszczyzny.

Jeżeli jakiś pracownik przepracuje w firmie 5 lat, otrzymuje prawo umieszczenia w specjalnej galerii odcisku dłoni – oczywiście w pewterze:

Image

Royal Selangor jest mistrzem w wykonywaniu m.in. trofeów i pucharów:

Image

Image

Image

Przewodnik przekazał nam, że wśród wykonywanych w zakładzie trofeów są również (ale nie ma ich na ekspozycji) repliki pucharu świata w piłce nożnej dla FIFA.

W show roomie można zobaczyć również wyroby, które inspirację zaczerpnęły ze świata filmu oraz komiksów. Należy do nich np. replika Iron Man-a naturalnych rozmiarów:

Image

…czy kolekcja gadżetów nawiązujących do Gwiezdnych Wojen z mieczem świetlnym Luka Skywalkera włącznie:

Image

Image

A to wspomniana wcześniej kolekcja kufli:

Image

…czy naprawdę mistrzowsko wykonane łabędzie:

Image

Nie wiem na ile ceny umieszczone przy poszczególnych elementach mają charakter transakcyjny ale jeśli tak jest, to najdroższe z produktów wystawianych w tym miejscu są warte tyle, ile bardzo wysokiej klasy samochód sportowy.

Zakupów nie zrobiłem ale przyznam szczerze, że miejsce mi się bardzo spodobało. Na ewentualne pytanie, skąd tego typu nietypowe miejsce w planie wycieczki odpowiedź jest zaskakująco prosta: dla Malezyjczyków to element budowania wizerunku Royal Selangora oraz tego, aby Malezję kojarzono z najwyższą jakością a nie tylko olejem palmowym :-) Na jakąś specjalną sprzedaż w czasie takich wizyt nikt tam specjalnie nie liczy.

Jeśli chodzi o mnie, powyższa taktyka zadziałała i założony cel został spełniony :-)
Gdyby ktoś był bardziej zainteresowany firmą, jej historią czy wyrobami, więcej informacji znajdzie na https://sg.royalselangor.com/

Po wizycie w królewskiej wytwórni, odwiedziliśmy najstarszą część miasta.

Zaczęliśmy od wizyty w katedrze anglikańskiej położonej przy placu Merdeka:

Image

Chociaż plac Merdeka (Plan Niepodległości) jest obecnie w trakcie remontu, co trochę utrudnia zwiedzanie, cała okolica, w której jest położona katedra to zagłębie najstarszych budynków w mieście, których piękno nie może nie zachwycić.

Należą do nich m.in. dawne budynki rządowe z czasów brytyjskich:

Image

…obecne Muzeum Techniki:

Image

…Sultan Abdul Samad Building z charakterystyczną wieżą, przylegający do dawnego budynku poczty głównej:

Image

… Muzeum Włókniennictwa:

Image

…czy obecna galeria sztuki:

Image

Z kolei Plac Niepodległości jest jednym z niewielu punktów w mieście, z którego można zobaczyć jednocześnie cztery wieże, które w różnych okresach były symbolami Kuala Lumpur: Old Tower, Kuala Lumpur Tower (wieża telewizyjna) oraz bliźniacze wieże Petronas Tower:

Image

Przy okazji można było zapoznać się z wizerunkami królów Malezji od czasu uzyskania przez kraj niepodległości:

Image

…oraz zobaczyć dawną siedzibę firmy Petronas – przed przeniesieniem do Petronas Tower:

Image

Bliskie okolice Placu Niepodległości są zresztą w ogóle uważane za „zarodek” miasta, od którego zaczęło ono swoją historię. Brytyjczycy dotarli tutaj wraz z rzeką od strony morza (z okolic dzisiejszego portu Klang, w którym cumuje Costa Fortuna) – w tym miejscu jest dzisiaj uporządkowane już koryto rzeki wraz z niewielkim meczetem:

Image

…oraz znak, oficjalnie wyznaczający punkt zerowy miasta:

Image

Nasza wycieczka zakończyła się na Pasar Seni znanym również pod nazwą „Central Market”, w którym funkcjonują setki drobnych sklepików z pamiątkami oraz typowo malezyjskimi produktami:

Image

Image

Image

Image

Okolice Central Market są zresztą również ciekawe i bardzo żywe:

Image

A ponieważ akurat trwało odliczanie do nowego chińskiego roku – tym razem roku świni, przy okazji można było w wielu miejscach zobaczyć wizerunki zwierzaków symbolizujących kolejne lata w chińskim kalendarzu z wyjaśnieniem, skąd się wzięła cała ta tradycja:

Image

Tymczasem nasza wycieczka dobiegła końca i niespełna godzinę przed planowanym odpłynięciem z Port Klang wróciliśmy na statek. Była ona może bardzo intensywna ale jeśli chodzi o mnie to spokojnie mogę ją zaliczyć do jednej z najlepszych w wykonaniu Costy w jakich miałem okazję brać udział.

Na statku odebrałem paszport potrzebny do zejścia ze statku w Singapurze. Jak się okazało, stempla z Malezji nie ma – to pierwszy kraj w tej części świata, który nie ostemplował mi paszportu :-)
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#65 PostWysłany: 06 Lut 2019 17:39 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 957
platynowy
Każdy rejs ma swój koniec – nie inaczej musiało być i tym razem.

Po dwóch tygodniach żeglowania, Costa Fortuna zawinęła ponownie do portu w Singapurze. Dogadałem się ze stewardem, że mogę zostać trochę dłużej w kabinie i nawet o dziwo się wyspałem. Nie chciałem wystawiać bagażu - tak jak zazwyczaj się to robi – ostatniej nocy przed kabinę. Wolałem spakować się rano na spokojnie a potem oddać bagaż do statkowej przechowalni i – gdy przyjdzie czas na zejście, zabrać go ze sobą. W Singapurze zazwyczaj zejście ze statku zajmuje trochę więcej czasu – do odprawy imigracyjnej ustawia się mega-kolejka, która posuwa się w miarę sprawnie, jednak przy tej ilości ludzi procedury widocznie trochę czasu muszą zająć. W związku z tym po śniadaniu nie spieszyłem się na ląd ale wybrałem się jeszcze do jednego z barów, pożegnałem z polską rezydentką, poplotkowałem i widząc, że w zasięgu wzroku nie ma już kolejki, zabrałem się w końcu do schodzenia na ląd:

Image

Poszło sprawnie – 20 minut później byłem już „po drugiej” stronie terminala. Niestety ze względu na chiński Nowy Rok, autobus 402 z terminala kursował znacznie rzadziej niż zwykle. W związku z tym powoli podreptałem do stacji metra.

Po drodze zrobiłem jeszcze ostatnie zdjęcie Costa Fortuny:

Image

Akurat tym razem zacumowała po drugiej stronie terminala i widać było tylko komin :-) Tak jakby się czegoś wstydziła :-) Ale na podsumowanie statku przyjdzie jeszcze czas…

W metrze pierwsza niespodzianka – nieprawdopodobne pustki. Wczorajsze świętowanie chińskiego Nowego Roku chyba wszystkich musiało porządnie zmęczyć :-) Bardzo sprawnie przemieściłem się do hotelu i stwierdziłem, że trzeba zobaczyć jak świętowanie Nowego Roku wygląda w chińskiej dzielnicy, do której miałem akurat z hotelu przysłowiowy rzut beretem (tzn. dwie stacje metra):

Image

Znowu zaskakujące pustki. Na ulicach, przez które normalnie trudno przejść, teraz tylko co jakiś czas pojawiają się pojedyncze samochody. Po drodze, przy Mohamed Ali Rd mijam ciekawe murale – w Singapurze street art też się ma dobrze :-) :

Image

Image

Powolutku docieram do hinduskiej świątyni Sri Mariamam Temple:

Image

Dalej nic się nie dzieje. W końcu staję przed najważniejszą świątynią buddyjską w mieście: Buddha Tooth Relic Temple:

Image

Tu w końcu jest ruch, przez wejście trudno się przecisnąć:

Image

Wnętrza pięknie przystrojone, mnóstwo mnichów i wiernych:

Image

Image

Honorowe miejsce wśród kwiatów i owoców zajmują figurki i obrazki świnek:

Image

Chiński Nowy Rok to szczególna okazja dla Buddystów, aby prosić Buddę o szczęście, fortunę i wsparcie. A ponieważ w tej świątyni posążków Buddów jest dobre kilkadziesiąt (o ile nie więcej), najpierw trzeba się zdecydować, kogo konkretnie prosić o wsparcie:

Image

Rozwiązano to bardzo pomysłowo. Każdy posążek Buddy został ponumerowany, a pod nimi ustawiono dziesiątki skarbonek z numerkami odpowiednich posążków. Składając datek do odpowiedniej skarbonki, wiadomo którego Buddę mamy na myśli:

Image

Problem braku drobnych został rozwiązany równie pomysłowo: przy dedykowanych stanowiskach można było rozmienić 10 lub 50 dolarów singapurskich na odpowiednio 100 lub 500 monet o nominale 10 centów:

Image

Z miseczką lub woreczkiem monet w ręku nie było problemu, aby złożyć datek nawet do każdej skarbonki.

Chinatown w Singapurze nie zmienia się od lat. Kilka uliczek pełnych straganów z typową chińszczyzną oraz wątpliwej jakości pamiątkami. Wszystko w oparach atakujących ze wszystkich stron zapachów z kadzideł połączonych z perfumami i durianowym odorkiem. Klimat jedyny w swoim rodzaju:

Image

Image

Image

W zasadzie tylko w świątyni buddyjskiej oraz na okolicznych uliczkach można było powiedzieć, że coś się działo. Wiele punktów handlowych oraz gastronomicznych było zresztą całkowicie zamkniętych – wywieszki informowały, że ze względu na świętowanie Nowego Roku będą one nieczynne przez 3 dni – do 7-ego lutego włącznie.

Odpowiednio okadzony stwierdziłem, że czas opuścić Chinatown i zobaczyć coś innego – w tym celu obrałem kierunek na stację Harbourfront i wyspę Sentosa.

Image

Nie do końca wiem jaki był pomysł na Sentosę i czy to co tam powstało spełniło zamierzenia jej twórców. Jak dla mnie jest to takie singapurskie połączenie Las Vegas, Miami Beach, Disneylandu i pewnie czegoś tam jeszcze. Takie lokalne centrum rozrywki.

Na Sentosę można dojechać z miasta kolejką gondolową na trasie Mount Faber – HarbourFront – Sentosa. Sama kolejka robi z zewnątrz niezłe wrażenie – gondole są zawieszone naprawdę wysoko a widoki z nich muszą być niesamowite:

Image

Image

Drugą metodą jest Sentosa Express:

Image

…do tego dochodzi kilka autobusów…i piechota:-)

Ja widząc kolejki do autobusów i pociągu (w sumie to powinno to być dla mnie ostrzeżeniem, co się dzieje na wyspie) wybrałem tę ostatnią opcję – tym bardziej, że ze stacji HarbourFront nie jest tam wcale bardzo daleko.

Na Sentosie wszystko jest dokładnie oznaczone – nie sposób się zgubić:

Image

Czego tam nie ma…dziesiątki hoteli, kasyno (jedno z dwóch w Singapurze – w zasadzie dostępne tylko dla obcokrajowców, lokalni muszą na wejściu uiścić zaporową opłatę), oceanarium i delfinarium, park rozrywki Universal Studios, kolejka górska, fontanny, sklepy, ileś plaż…:

Image

Image

Image

Image

Image

Oczywiście cały ten biznes byłby niekompletny, gdyby zabrakło w nim porządnej galerii handlowej:

Image

Na Sentosie można również zobaczyć statuę symbolu Singapuru - Merliona w wersji maxi:

Image

O tym, aby nikt nie zapomniał, że trwają obchody chińskiego Nowego Roku przypominają na każdym kroku wszechobecne świnki:

Image

Image

Image

Image

W miarę jak posuwałem się coraz bardziej w głąb wyspy, stawało się coraz tłoczniej. Powoli zaczynało stawać się jasne, gdzie podziali się wszyscy ci, których nie widziałem wcześniej w metrze czy w Chinatown – wybrali się na cały dzień właśnie na Sentosę.

Na plaży wszystko już było jasne:

Image

Image

Image

Image

Do wejścia na wiszący most prowadzący na jedną ze sztucznych wysp ciągnęła się kolejka na dobre kilkaset metrów:

Image

Jeśli chodzi o same plaże na Sentosie to warto wspomnieć, że wszystkie są sztuczne i bardzo nienaturalne (nawet piasek bardziej przypomina ten z piaskownicy niż z prawdziwej plaży). Ale większym moim zdaniem problemem jest to, że dosłownie małe kilkaset metrów od plaży stoją na kotwicach wielkie kontenerowce, zbiornikowce i inne jednostki pływające. Plaża co prawda oddzielona jest od morza pływającymi separatorami ale to chyba najlepszy dowód, że woda przy plażach niekoniecznie musi być najwyższej czystości.

Podsumowując: całodniowy biwak na Sentosie trwał w najlepsze:

Image

Nie miałem okazji być na wyspie wcześniej i moje pierwsze zderzenie z Sentosą jest trudne do jednoznacznej oceny. Z jednej strony nie mam najmniejszej wątpliwości, że jest to nieprawdopodobna maszynka do robienia pieniędzy, z drugiej zapewne można tu naprawdę odpocząć – ale nie w taki dzień, w którym przyszło mi tutaj przyjechać.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#66 PostWysłany: 07 Lut 2019 09:19 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 957
platynowy
Ostatni dzień w Singapurze spędziłem spokojnie: postanowiłem się wybrać do położonych stosunkowo blisko siebie dzielnicy arabskiej i hinduskiej. A ponieważ tak wybrałem hotel, że do każdej z nich miałem spacerową odległość, nie było to przedsięwzięcie wymagające jakiegoś wielkiego wysiłku.

Pierwsza – rzutem na taśmę poszła dzielnica arabska albo – jak ktoś woli – muzułmańska. Z dwóch stron otoczona jest wysokimi wieżowcami, przy których uchowała się niska zabudowa z wieloma motywami arabskimi:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Muszę powiedzieć, że byłem tym trochę zaskoczony, ale w dzielnicy arabskiej uliczna sztuka ma się całkiem dobrze. Soczyste kolory, pełna paleta barw – z daleka przyciągały wzrok:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zresztą to nie koniec. Malowanie kolejnych elewacji było właśnie w toku:

Image

Image

Dzielnica muzułmańska (znana również pod nazwą Kampong Glam) nie jest duża – w pewnym uproszczeniu koncentruje się ona wokół Arab Street. Jej centralnym punktem jest Masjid Sultan Mosque:

Image

Image

Meczet jest dostępny dla zwiedzających poza godzinami modlitw. W przypadku odkrytych kolan i łydek (dotyczy to również mężczyzn), przy wejściu otrzymuje się odpowiednią „spódnicę”, po założeniu której można wejść na teren obiektu:

Image

Meczet jest na swój sposób bardzo nowoczesny :-) Posiada wydzielone miejsca do ładowania urządzeń oraz swoje własne wifi:

Image

W bliskim sąsiedztwie meczetu, można zwiedzić Malay Heriitage Centre – obiekt o funkcji kulturalnej i muzealnej gromadzący zbiory dotyczący historii tej części miasta, okolicznościowe wystawy itp.

Image

Z dzielnicy muzułmańskiej do hinduskiej – znanej głównie pod nazwą Little India jest dosłownie duże kilkaset metrów. To pierwszy mural, który zasygnalizował jednoznacznie, że wszedłem w nowy rewir:

Image

Uliczki Little India to królestwo chaosu, masa sklepików ze wszystkim, bardzo dużo ludzi (aż dziwne, że chiński Nowy Rok tutaj nie dotarł). Żeby zrobić niektóre zdjęcia musiałem chwilę poczekać, aby było coś widać oprócz ludzi, samochodów lub innych pojazdów:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Główną świątynią tej dzielnicy jest Veeramakaliamman Temple położona przy Serangoon Rd:

Image

Image

Image

Image

Image

Little India ma jeszcze jedną twarz – wpuszczając się w boczne uliczki można zobaczyć mnóstwo jedynych w swoim rodzaju, czasem bardzo dynamicznych ale prawie zawsze bijących pełną paletą kolorów murali. W przypadku niektórych budynków zmieniają one całkowicie ich wygląd:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na koniec zaliczyłem wizytę w Tekka Hawker Centre. Z racji chińskiego Nowego Roku czynna była niewielka część stoisk (to samo widziałem w innych miejscach tego typu poprzedniego dnia):

Image
Image
Z tego powodu do tych barów, które były otwarte formowały się całkiem konkretne kolejki. Zresztą chiński Nowy Rok ma jeszcze jedną stronę – w tym czas ceny wszystkiego znacznie rosną. Pomiędzy moją wizytą przed rejsem a tą po jego zakończeniu, ceny butelkowanej wody wzrosły przykładowo o około 50% - aczkolwiek w dużej części wynika to prawdopodobnie z tego, że otwartych było niewiele sklepików (głównie 7-11 i podobne), które korzystały z okazji. W Hawker Centers (również w galeriach handlowych) w tych dniach obowiązywała specjalna dopłata do każdego głównego dania w wysokości 1-2 dolarów singapurskich, co przy niektórych daniach (np. laksa za 3 SGD) było istotną podwyżką.

Ja na ostatnie danie w Singapurze (nie licząc tego co zjadłem na lotnisku) wybrałem sobie zupkę z kluseczkami:

Image

Image

…po czym pomaszerowałem do hotelu zbierać się na lotnisko.

I w ten sposób cała moja wyprawa dobiegła końca. W kolejnych postach wrzucę jeszcze kilka informacji o podróży powrotnej i podsumowanie. Tym samym mój rejs po portach Azji Południowo-Wschodniej powoli przechodzi do historii…

PS. Tego posta piszę już po wylądowaniu w Warszawie. Właśnie aklimatyzuję się do zupełnie innej temperatury :-)
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#67 PostWysłany: 07 Lut 2019 09:26 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1553
złoty
Witamy w Polsce ;)
Obiecałeś jeszcze cos o statku.
Mnie zachwycają kolory w twojej relacji i podbudowała mnie informacja ze te rejony to nie tylko ping-pong show!!
Wiekie dzieki i czekam na jakies podsumowanie.

Tapniete z telefonu
Góra
 Relacje PM off
Don_Boorak lubi ten post.
 
 
#68 PostWysłany: 07 Lut 2019 09:34 

Rejestracja: 02 Maj 2017
Posty: 66
Cudowne. Wszystko. Dziękuję.
Góra
 Relacje PM off  
 
#69 PostWysłany: 07 Lut 2019 09:59 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 957
platynowy
@brzemia - na temat statku napisze w podsumowaniu chociaż uprzedzam, że jakaś laurka to nie będzie:-)
A kolory w realu wyglądają nieprawdopodobnie. Chciałoby się stać i patrzeć bez końca. Wielu miejscom ciężko zresztą zrobić fotkę - trzeba zwykle poczekać, aż nikt niczego nie będzie zasłaniał. Polecam ten kawałek świata wpisać na listę miejsc do zobaczenia:-)
Góra
 Relacje PM off
brzemia uważa post za pomocny.
 
 
#70 PostWysłany: 07 Lut 2019 10:51 

Rejestracja: 01 Wrz 2017
Posty: 66
Dziękuję za kolejną rewelacyjną relację! Czekam również na opinię o samym statku. Jakoś nie mogę się przełamać i szukając propozycji na kolejne rejsy, z jakiegoś powodu zawsze omijam Costę. Twoje dotychczasowe relacje ociepliły mi nieco jej wizerunek,ale to chwilowe ocieplenie chyba zniknie po tej recenzji;-) A wracając myślami do Singapuru, utwierdzam się z kolei w przekonaniu,że to ścisła czołówka moich ulubionych miast na świecie. Pozdrowienia!
Góra
 Relacje PM off  
 
#71 PostWysłany: 07 Lut 2019 18:56 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 957
platynowy
Powrotów z urlopów z reguły się nie lubi – przynajmniej tak jest u mnie. Take zło konieczne.

Wracałem do Polski z naszym narodowym przewoźnikiem – bezpośredni lot do Warszawy był zaplanowany dzisiaj nieco po północy lokalnego czasu.

Około godziny 18-ej przyjechałem na lotnisko i w oczekiwaniu na rozpoczęcie odprawy zameldowałem się do jedynego dostępnego dla posiadaczy PP saloniku po stronie landside – w terminalu T3 (The Haven by JetQuay):

Image

Salonik nie powala ale przynajmniej był spokój, jakieś minimum do jedzenia i picia i prąd :-) W spokoju skończyłem tam relację z Kuala Lumpur i pierwszą część z Singapuru, które wrzuciłem wczoraj.

Samą odprawę na lot zrobiłem on-line. A ponieważ lot powrotny z różnych powodów miałem do Londynu z przesiadką w Warszawie, kluczowym było nadanie bagażu tylko do Warszawy, gdzie planowałem zakończyć podróż. W punkcie check-in nie było z tym żadnego problemu – w ogóle obsługa handlingowa LOT-u na lotnisku w Singapurze mocno odbiega in plus od tego, co do tej pory kojarzyło mi się z tą linią (aczkolwiek moje doświadczenia z ostatnich lat dotyczą wyłącznie krótkich lotów europejskich). Miło, bardzo sprawnie, bez kolejek i szybko.

Czas pozostały do odlotu spędziłem w saloniku SATS – tam nie brakowało ani jedzenia ani napojów :-) Dla koneserów był dostępny nawet czarny JW, którego raczej rzadko widuję w salonikach PP :-)

Boarding odbył się punktualnie i nieprawdopodobnie sprawnie. Nie wiedziałem, że w ogóle można przeprowadzić boarding jednak całkiem sporego samolotu tak szybko – tym bardziej, że po drodze odbywała się jeszcze kontrola bezpieczeństwa, którą w Singapurze przechodzi się dopiero na bramkach.

Image

Sam lot rozpoczął się z niewielkim opóźnieniem – mówiąc delikatnie, kilku pasażerów było w zbyt kiepskim stanie i zakończyli swój lot szybciej niż zaczęli. Grzecznie wyproszono ich z samolotu. Obłożenie klasy ekonomicznej przekraczało moim zdaniem dobrze 90% - a gdyby nie wycofani pasażerowie to pewnie wolnych byłoby max. 5 miejsc.

Image


Udało mi się dostać miejsce w rzędzie awaryjnym, więc sporą część lotu przespałem. Jeśli coś mi doskwierało to nieprawdopodobnie twarde siedzenie :-) To chyba ten najnowocześniejszy ultracienki i ultralekki fotel, którym tak bardzo chwalił się ostatnio LOT….

12 godzin jakoś minęło:

Image

…i jeszcze przed planowanym czasem wylądowaliśmy w Warszawie.

Na spokojne śniadanie wybrałem się do saloniku Preludium (do czegoś się przydała karta pokładowa do Londynu) a po jakiejś godzince po odbiór bagażu – na taśmie jeździło już tylko kilka walizek takich spóźnialskich jak ja.

A potem wszystko poszło już standardowo – pociąg na dworzec centralny, krótkie oczekiwanie i szybki przejazd do Krakowa na pokładzie pendolino:

Image

Trafił mi się egzemplarz z działającym Internetem – aczkolwiek z jego dostępnością na większości trasy był duży problem. Ale wifi było :-)

I w ten sposób szczęśliwie dotarłem do domu :-)

Pogoda trochę inna niż jeszcze wczoraj w Singapurze – ale muszę się jakoś przyzwyczaić. Dobrze, że nie ma mrozu :-) Na razie siłuję się sam ze sobą próbując jakoś wytrzymać do wieczora, żeby się przestawić na polski czas.

W kolejnym poście wrzucę jeszcze podsumowanie kończące całą relację.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#72 PostWysłany: 07 Lut 2019 19:35 

Rejestracja: 05 Mar 2017
Posty: 486
srebrny
Dzięki Tobie, czuję się, jakbym sama widziała te wszystkie miejsca.
Jeśli możesz napisz w podsumowaniu +- koszty całości oraz ile wcześniej bukowałeś wszystko.
_________________
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej
Góra
 Relacje PM off  
 
#73 PostWysłany: 07 Lut 2019 19:36 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1553
złoty
Zanim podsumujesz statek, przeczytałem na seascanner.com : In December 2018 Costa Fortuna is going to be renovated in Singapure before it comes to the Mediterranean.
Odnowili?

Tapniete z telefonu


Ostatnio edytowany przez brzemia, 07 Lut 2019 19:55, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off  
 
#74 PostWysłany: 07 Lut 2019 19:54 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 957
platynowy
Tak, statek przeszedł renowację po odebraniu go przez Costę od Chińczyków (pływał przez długi czas na czarterach z chińską obsługą i był w ogóle niedostępny dla europejskich turystów; europejska była wówczas tylko załoga marynarska i kapitan). Renowacja polegała na tym, że statek poszedł na tydzień do stoczni, gdzie przez 24h/dobę pracowało na nim około 1000 ludzi doprowadzając go do standardów Costy. Wyszło im tak sobie, chociaż jakiejś katastrofy nie było. Problem Costa Fortuny to jednak nie tylko kwestia stanu statku jako jednostki pływającej ale drobnych rzeczy związanych z jego funkcjonowaniem. Napiszę o tym jak będę trochę bardziej przytomny :-)
Góra
 Relacje PM off
brzemia lubi ten post.
 
 
#75 PostWysłany: 08 Lut 2019 18:14 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 957
platynowy
Wyprawa zakończona zatem przyszedł jeszcze czas na małe podsumowanie:

Trasa

W moim przypadku o wyborze tego rejsu zdecydowała wyłącznie trasa. Jeśli chodzi o statek byłem od początku przygotowany na niespodzianki (bardziej negatywne niż pozytywne – dlaczego, o tym dalej). Po powrocie mogę spokojnie powiedzieć, że trasa w pełni odpowiadała temu, czego się spodziewałem – jeśli pod tym względem zdarzyły się jakieś niespodzianki to raczej na plus.

W mojej ocenie trasa rejsu była bardzo ciekawa i zróżnicowana jeśli chodzi o to, co można było zobaczyć w poszczególnych miejscach. Być może lokalizacje portów w Laem Chabang oraz Port Klang nie są najszczęśliwsze ale nie można też przesadzać – wbrew wielu opiniom z Internetu wydostanie się z tych portów za rozsądne pieniądze było jak najbardziej możliwe.

Ten rejs był sprzedawany w wersji jedno- lub dwutygodniowej. Gdybym miał do wyboru tylko jeden tydzień, w mojej ocenie zdecydowanie lepszy był ten z Malezją na trasie – ale to moje subiektywne zdanie. Malezja w ogóle robi nieporównanie lepsze wrażenie niż Tajlandia. Dosłownie inny świat.

Najbardziej mi się podobało na Langkawi i Penangu. Świetna była również statkowa wycieczka do Kuala Lumpur. Kambodża – poza bardzo ciekawą wycieczką do parku narodowego była dla mnie swojego rodzaju szokiem kulturowym. Z kolei Koh Samui w mojej ocenie jest mocno przereklamowane a „zdzieranie” tam z turystów najbardziej rozwinięte porównując ceny obowiązujące w tym miejscu z innymi odwiedzonymi lokalizacjami w Tajlandii. O Phuket w sumie nie wiem co napisać – bardziej ciekawe dla mnie było wnętrze wyspy niż imprezowy Patong. Jeśli to ode mnie by zależało, to lepiej gdyby statek dwa dni spędził na Langkawi albo Penangu niż na Phuket - ale to już luźne spekulacje.

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wyprawa do Bangkoku na jeden dzień ze względu na wielkość miasta to raczej kiepski pomysł. Mi sprzyjał brak korków w dniu, w którym się tam wybrałem ale jednak odległość od portu jest spora i warto o tym pamiętać. Zresztą mogące stanowić alternatywę dla Bangkoku okolice Pattaya (ale już nie sama Pattaya) wbrew obiegowym opiniom potrafią być ciekawe. Świątynię Prawdy w tej okolic uważam za prawdziwą perełkę i absolutne „must see”.

Statek

Wchodząc na statek w Singapurze, w rozmowie z polską rezydentką, z którą znaliśmy się już z innego rejsu powiedziałem wprost, że znając historię statku nie spodziewam się na nim cudów – ale od początku była to dla mnie kwestia drugoplanowana – jak wspomniałem wcześniej kluczowa była trasa rejsu i porty po drodze.

Costa Fortuna nie jest statkiem ani nowym ani starym – to jednostka w średnim wieku, jakich po morzach pływa zdecydowana większość. Niestety ale fakt, że przez wiele miesięcy (o ile nie lat-tego już nie pamiętam) pływała ona głównie na czarterach dla chińskich biur podróży, na pewno dobrze jej nie zrobił.

Warto wspomnieć, że taki czarter (przynajmniej u Costy) wygląda tak, że operator czarterujący jednostkę wstawia na statek wszystko co widzi pasażer – swoją obsadę hotelu (od szefostwa po stewardów), obsługę baru, cenniki i menu, obsadę kuchni, wszystkie ekipy odpowiedzialne za rozrywkę, animatorów itd. Costa jest odpowiedzialna podczas czarteru jedynie za pilnowanie tego, aby statek pływał i od strony technicznej trzymał się kupy. Niestety ale taka praktyka powoduje dużo większą degradację statku niż normalna eksploatacja przez armatora, którego standardy utrzymania statku są wyższe.

Tak jak wspominałem wcześniej, po zakończeniu czarterów statek przeszedł renowację ale powiedzmy sobie szczerze: naprawiono to, co było w najgorszym stanie a poza tym to głównie „pomalowano trawę na zielono”. Nie da się w tydzień zrobić czegoś, co wymaga kilka razy dłuższego czasu. Zresztą prace renowacyjne na statku na różnych odcinkach trwały cały czas podczas naszego rejsu – np. w czasie postoju w portach wymieniano fragmentami płytki w Grand Barze, poręcze na schodach czy wykładziny w niektórych miejscach.

Jak dla mnie statek odstaje nadal od standardu Costy – ale sam jego wygląd wcale nie jest jakiś problematyczny. Dużo bardziej mnie drażniła (chociaż chciałoby się powiedzieć dosadniej) cała masa drobnych rzeczy, na które być może zwracałem uwagę dlatego, że mam porównanie z innymi statkami Costy i tym jak one funkcjonują. Obsługa statku w wielu miejscach jest niestety niezgrana, nie do końca przeszkolona i porusza się po nim niepewnie. Z kolei szefostwo hotelu, które powinno być odpowiedzialne za wdrażanie i utrzymanie standardów jakości robi niewiele, żeby dorównać do standardu Costy – co moim zdaniem jest konieczne, ponieważ statek wkrótce wraca do Europy.

Jakie rzeczy mam na myśli: wyłączenie głównego basenu z powodu gruntownego czyszczenia podczas dnia na morzu – tak jakby nie można tego było zrobić dzień wcześniej/później, gdy statek stał w porcie i większość pasażerów i tak była na zewnątrz. Także basen rufowy przez ostatnie 2 dni był wyłączony bo w jego okolicy coś wymieniano i w związku z tym ogrodzono go taśmami. W bufecie praktycznie nie było w ogóle owoców z tego rejonu i co wkurzało najbardziej - praktycznie codziennie połowa automatów do wody (różnych w różnych dniach) była nieczynna – można to było zgłaszać w nieskończoność. Od wielu osób na nietypowe pytania najłatwiej było usłyszeć odpowiedź, że coś jest niemożliwe, chociaż wiedziałem, że to nieprawda – i dopiero drążenie powodowało, że niemożliwe nagle stawało się możliwe. Trudno mi także zrozumieć dlaczego w trakcie rejsu Costa wysłała mi wiadomość o zmianie trasy mailem zamiast przekazać ją do kabiny (przecież mogłem nie odbierać maili). Pomijam już kwestie kuriozalne jak np. podwójne naliczenie rachunku w pizzerii. I całkowite drobnostki – jak brak tradycyjnego tabla z zdjęciami kapitana oraz oficerów (może się wstydzili), brak możliwości zakupu przyszłych rejsów na statku (z tym spotkałem się pierwszy raz na statku Costy), wydrukowane ceny na biletach na wycieczki niezgodne z informacją z katalogu wycieczek, trudny do zrozumienia wielodniowy chaos przy próbie zmiany stolika w restauracji czy zlikwidowanie najspokojniejszego miejsca na statku czyli biblioteki (jest tam obecnie biuro osoby odpowiedzialnej za Costa Club – swoją drogą człowiek był biedny bo ciągle stała do niego kolejka ludzi z różnego rodzaju utyskiwaniami). Wszystkie te rzeczy to drobnostki jednak ich natężenie na Costa Fortuna było zatrważająco duże.

To moje drugie doświadczenie ze statkiem, który niewiele wcześniej pływał na czarterach z biurami podróży i drugie negatywne. Podsumowując: Costa Fortuna w moim odbiorze w konkurencji „najgorszy statek, na jakim byłem” zajęła mało chwalebne drugie miejsce – i zadecydował o tym w dużo większym stopniu chaos organizacyjny i niezgranie/brak odpowiedniego przeszkolenia załogi niż jej ogólny wygląd i wrażenia estetyczne. Gdyby chodziło tylko o te drugie, na pewno nie „wylądowałaby” tak nisko. I żadnym pocieszeniem nie jest, że byłem na jeszcze gorszym statku (też zresztą z czarterową historią).

Dla mnie jest to cenna wskazówka, że jeśli kiedyś Costa zdecyduje się na wycofanie pływających w Azji od wielu lat na czarterach (głównie dla chińskich biur podróży) dwóch innych statków: Costa Serena i Costa Atlantica – aby trzymać się od nich z daleka. Mam również bardzo duże obawy o jeden z najmniejszych a zarazem najładniejszych i najwygodniejszych (kiedyś) moim zdaniem statków Costy: Costa NeoRomantica, która od dłuższego czasu bazuje w Japonii i bardzo dużą część czasu również pływa na czarterach. Teraz pomimo, że wspominam ten statek bardzo pozytywnie, pewnie będę się bał na niego wybrać…

Przygotowania

Ten rejs jak mało który pokazał mi również, że aby jak najbardziej efektywnie spędzić czas w poszczególnych potach kluczowe jest wcześniejsze przeprowadzenie rozpoznania – szczególnie pod kątem możliwości transportowych oraz atrakcji do zobaczenia. To moja wskazówka dla wszystkich, którzy będą wybierali się w ten region – być może moja relacja będzie w tym mogła być jakimś wsparciem.

Ważną sprawą jest posiadanie mobilnego dostępu do Internetu, zainstalowanie przed rejsem odpowiednich aplikacji do korzystania z taksówek itd. – bez tego nie ma w ogóle mowy o jakimś budżetowym przemieszczaniu się na miejscu.

Bardzo dobrze we wszystkich miejscach, w których byliśmy spisywała się aplikacja MAPS.ME i mapy off-line. Uważam, że bez nich w wielu miejscach ogarnięcie się zajęłoby mi znacznie więcej czasu.

Koszty

Rejs rezerwowałem w maju 2018 roku. Za rejs w wersji 2-tygodniowej w kabinie wewnętrznej premium z uwzględnieniem dopłaty do jedynki zapłaciłem ok. 860 EUR (gdyby w kabinie były 2 osoby, koszt wyniósłby ok. 705 EUR/os.). W cenie otrzymałem pakiet napojów Brindiamo ważny w restauracjach i wszystkich barach.

Przelot na pokładzie PLL LOT na trochę dziwnej trasie KRK-WAW-SIN-WAW-LHR kosztował mnie ok. 1900 zł, przy czym jak wspominałem wcześniej, ostatniego odcinka z Warszawy do Londynu nie wykorzystałem.

Hotele w Singapurze przed i po rejsie rezerwowałem z wykorzystaniem punktów w programie lojalnościowym Accora z niewielkimi dopłatami.

Koszt wizy do Kambodży pobrany na statku wyniósł 33,45 EUR.

Cztery wycieczki zakupione na statku (Kambodża, Bangkok, Langkawi i Kuala Lumpur) kosztowały ok. 357 EUR ale ponieważ otrzymałem od Costy 325 EUR z różnych tytułów, zapłaciłem za nie tylko różnicę (32 EUR).

Do tego należy jeszcze wspomnieć o obowiązkowej opłacie service chargé, zwanej dawniej „napiwkami” w wysokości 10 EUR/noc czyli 140 EUR.

Komunikacja w Singapurze (metro, autobusy) kosztowała mnie w sumie ok. 20 SGD za 5 dni (z uwzględnieniem dnia przylotu i odlotu). Korzystałem tutaj z normalnej karty EZ Link i naprawdę sobie nie żałowałem. Moje doświadczenie pokazuje, że przy takim stylu zwiedzania jak mój, kupno nielimitowanych biletów turystycznych nie ma najmniejszego sensu. Przy tej ilości przejazdów nie opłaca się moim zdaniem korzystać z biletów jednorazowych w metrze (tzw. Standard Ticket) – wychodzą znacznie drożej.

Jeśli chodzi o inne koszty, które poniosłem w poszczególnych portach starałem się o nich pisać na bieżąco w relacji.

Chyba o niczym istotnym nie zapomniałem…

Gdybyście mieli jeszcze jakieś pytania, pytajcie śmiało:-)

Jednocześnie chciałbym podziękować wszystkim śledzącym relację, którzy towarzyszyli mi na trasie i dotrwali aż do tego miejsca:-) Dziękuję :-)
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 75 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group