Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 21 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 13 Lip 2020 00:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Image

Laos od zawsze leżał na naszej liście podróżniczych marzeń bardzo wysoko. Właściwie to mało powiedziane - zajmował przecież prawie pierwsze miejsce :) Podskórnie czuliśmy, że to kraj, który na pewno pokochamy. Niestety, jakoś nam z tym Laosem nie szło. To bilety za drogie, to znowu nawet niezła cena, ale nie w tym okresie, który nam odpowiadał, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawiały się loty w takich cenach, że żal było nie skorzystać - natomiast w zupełnie inne części świata. Czyli korzystaliśmy z wszystkich możliwych powodów, aby do Laosu jednak NIE polecieć. No marudy, po prostu marudy :) Gdy wreszcie do nas dotarło, że zachowujemy się jak nastolatka przed pierwszym spotkaniem z internetowym chłopakiem ("no chciałabym, ale może jednak nie...Co ja zrobię, jeśli będzie wyglądał inaczej niż na fotkach, które mi przesyłał? To już może lepiej trwać w tym zakochaniu na odległość?"), stwierdziliśmy : teraz albo nigdy!

Image

I natychmiast okazało się, jak dużo zależy od samego podjęcia decyzji - owszem, loty z Polski do Laosu nadal były dosyć drogie, ale dotarło do nas, jakimi mato jak można to rozwiązać. Nie wiem, zabijcie mnie, naprawdę nie wiem, jak to się stało, że przez parę wcześniejszych lat nie udało się nam połączyć pewnych prostych faktów. Są tanie loty do Tajlandii? Są. A z jakim krajem graniczy Tajlandia? Bingo :/ Rekiny podróżowania, doprawdy :/

Image

Czas pobytu : 13.07.2019 - 06.08.2019
Loty : Warszawa - Pekin, Pekin - Bangkok, taki sam powrót, 1952 zł. Dokupiliśmy jeszcze lot Bangkok - Wientian, 349 zł (to, niestety, ze skąpstwa. Tak długo zwlekaliśmy, licząc, że bilety będą tańsze, aż w końcu podrożały :/ :D
Waluta : kip (LAK), 10 000 LAK = ok. 4,30 zł.

Image

W Pekinie wylądowaliśmy o 5.00 rano, wylot do Bangkoku był o 14.00, czyli, wprawdzie z duszą na ramieniu, ale można było się pokusić o szybkie zwiedzanie miasta. Planowaliśmy tylko mały rekonesans - podczas powrotnego lotu mieliśmy mieć prawie dwudziestogodzinną przerwę w Pekinie i wtedy miało odbywać się zwiedzanie "właściwe" - jednak trzeba się było spieszyć. Prosto z samolotu pobiegliśmy więc w stronę odprawy paszportowej, żeby już, jak najszybciej, znaleźć się poza lotniskiem. Robiliśmy, co mogliśmy, ale jednak...no cóż, lotnisko w Pekinie jest duże. Naprawdę duże. Poza tym, tu przesiadają się prawdziwi wyjadacze, podróżnicze wygi, jak mogą z nimi równać się osoby, którym przeszło cztery lata zajęło ustalenie z jakimi krajami graniczy Tajlandia :/ :D Gdy dotarliśmy więc do odprawy, mogliśmy co najwyżej ustawić się długiej na kilkaset metrów kolejce :/ Po kilkudziesięciu minutach natomiast, okazało się, że wcale nie musimy w niej stać. A właściwie to nawet nie powinniśmy, bo Uwaga, Uwaga - porada praktyczna : NAJPIERW trzeba podejść do osobnego stanowiska z wizami tranzytowymi (niebieskie okienko, jeszcze przed odprawą paszportową), dopiero potem, z wizą, udajemy się tam, gdzie wszyscy. Był natomiast jeden plus tej sytuacji, bo gdy po kolejnych kilkudziesięciu minutach ponownie podeszliśmy do odprawy, wszyscy pozostali podróżni już od dawna zwiedzali Pekin. Poszło więc szybko i już po 8.00 mogliśmy opuścić lotnisko :/ :D

Image

Żeby dostać się do centrum Pekinu, należy wyjechać z lotniska Airport Expressem (25 yuanów od osoby), jechać przez około pół godziny do stacji Dongzhimen, tam przesiąść się do metra numer 2 (4 yuany/osoba) i wysiąść na stacji Quian Men (jakieś dwadzieścia minut). I już. Natomiast sama podróż metrem jest niesamowicie edukacyjna, w dość nieoczekiwany sposób :D Każdy z nas pewnie kiedyś spotkał typowych Chińskich Turystów (tak, tych mających nieco odmienne zasady, niż pozostała część społeczeństwa. Tych krzyczących, pchających się i nie szanujących prawie niczego). Niektórzy się z nich śmieją, inni denerwują, różnie. Natomiast podczas jazdy metrem okazało się, że Chińscy Turyści (albo raczej pozostała część tego narodu) zdają sobie sprawę z pewnej...hmmm...niezręczności takiego zachowania i postanowili mu przeciwdziałać. Otóż na małych ekranikach w metrze puszczane są filmy edukacyjne, dotyczące tego, jak powinien zachowywać się człowiek jadący na wakacje :D Przepiękne animowane filmy, piętnujące złe zachowanie (przez przekreślenie grubą czerwoną krechą i wydawanie piskliwych nieprzyjemnych dźwięków), a zachowania pożądane nagradzające miłą dla ucha muzyką :D Tak więc, na ekranie widzimy śliczną rysunkową chińską rodzinkę, na wczasach w Paryżu (poznałam po wieży Eiffla w tle :D W kapeluszach turystycznych, żeby jeszcze bardziej podkreślić dramatyzm akcji. Stoją na przystanku autobusowym i synek, pomimo widocznego kosza na śmieci, wyrzuca kubek po coli na ziemię. I wtedy następuje dźwięk ("Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii"), a ekran jest przekreślony czerwoną krechą :D I powtórka sytuacji - tym razem chłopiec wrzuca kubek do kosza, wszyscy się uśmiechają, obrazek otrzymuje zieloną ramkę, a w tle słychać śpiewy ptaków. Albo anielskie. Oglądałam te filmiki z ogromną fascynacją (niestety, chyba tylko ja :D Pozostali pasażerowie metra mieli wzrok wlepiony w telefony) i dzięki temu dowiedziałam się, że : na wakacjach nie wolno krzyczeć ("Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii"), przez ulicę przechodzi się na zielonym świetle, nie rzucamy śmieci gdzie popadnie (tu dostrzeżono złożoność problemu, bo każda sytuacja miała własny filmik - nie w górach, nie w lesie, nie na ulicy itp.), nie wolno odrywać fragmentów rafy koralowej i, najważniejsze, nie wolno krzyczeć w teatrze (a jako przeciwwagę, pokazano filmik, gdzie można krzyczeć. Na meczu :D

Image

Ale trzeba przyznać, że przynajmniej się starają :) Te filmiki to moje główne wspomnienie z Pekinu, co do pozostałych atrakcji, to jakoś nam nie poszło. Plac Tiananmen obejrzeliśmy tylko z daleka - wylądowaliśmy ze złej strony ulicy i niezbyt udało się nam przez nią przejść. Z Zakazanym Miastem było jeszcze gorzej, ale przynajmniej jednoznacznie. Po prostu go nie znaleźliśmy :D Znaleźliśmy za to sklep z napojami, przebiegliśmy przez dzielnicę hutongów i właściwie już trzeba było wracać, żeby zdążyć na samolot.

Image

Zdążyliśmy :)

Image

Do Bangkoku dolecieliśmy około 19.00, wyjechaliśmy z lotniska pociągiem (15 THB). W odległości jednego przystanku od lotniska znajduje się parę hotelików. My trafiliśmy do Phoenix Motel i bardzo go polecam. 700 THB za pokój, a w cenie jest jeszcze podwózka na lotnisko kolejnego dnia.

Image

Kolejny dzień, kolejny lot.
I wreszcie, po 26 godzinach w podróży - Laos.

Image

"Przede wszystkim rzuca się w oczy przyroda. Wszędzie - zieleń. Wszędzie - drzewa. Wszędzie - ..."

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 13 Lip 2020 01:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Maj 2012
Posty: 1052
niebieski
Dzięki za dokarmianie będących na podróżniczym głodzie, takie relacje to jedna z niewielu rzeczy umożliwiających przetrwanie uziemienia :D
_________________
Stop making stupid people famous.
Góra
 Relacje PM off
LonDynia lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 13 Lip 2020 10:17 

Rejestracja: 04 Cze 2012
Posty: 3644
Loty: 306
Kilometry: 701 602
srebrny
czekam na więcej, bo do Laosu miałam bilet na 14.03.2020 i wiadomo co było potem :/
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 13 Lip 2020 11:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 971
złoty
Do Vientiane można się taniej dostać. My leciecieliśmy z DMK do Udon Thani za 20$ i tam na pace ciężarówki za parę groszy na przejście graniczne.
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 13 Lip 2020 11:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Maj 2016
Posty: 648
Loty: 77
Kilometry: 125 903
platynowy
@cart my zrobiliśmy tak samo w 2016 roku z lotem do Udon Thani, jednak w dalszą podróż nie udaliśmy się już niestety na pace, a autokarem i tuktukiem. Powrót już z LPQ, żeby się nie wracać.

@pestycyda też czekam na dalszą cześć, jestem mega ciekawy Waszych odczuć co do Laosu. Poza tym lubię Twoje pozytywne relacje, póki co jednak jakoś mniej emotek niż standardowo :D
_________________
Wasil10

Relacja Brunei, Singapur, Malezja
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 13 Lip 2020 12:52 

Rejestracja: 07 Lip 2012
Posty: 343
niebieski
pestycyda napisał(a):
Z Zakazanym Miastem było jeszcze gorzej, ale przynajmniej jednoznacznie. Po prostu go nie znaleźliśmy :D


Muszę przyznać, że to całkiem niezłe osiągnięcie, biorąc pod uwagę że byliście przy placu Tiananmen (nawet jeśli po "złej stronie ulicy"), który z Zakazanym Miastem sąsiaduje :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 13 Lip 2020 17:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
@Mareckipl, dla mnie takie wspominanie to też metoda walki o przetrwanie. Miejmy nadzieję, że wkrótce wszystko wróci do normy...

@maxima, nie martw się, Laos czeka, jeszcze na pewno pojedziesz :) Udało się odzyskać pieniądze za bilety?

@cart, na pewno. Ale mogłeś o tym nie pisać...Tacy byliśmy z siebie dumni...:D

wasil10 napisał(a):
póki co jednak jakoś mniej emotek niż standardowo :D
Ha! Tym razem postanowiłam, że relacja będzie epatować mrokiem. I złem :twisted: A poważnie, to aktualna sytuacja nie sprzyja. Ale pewnie się rozkręcę :D

@QbaqBA, wiem :/ :D Nawet w końcu udało się nam przejść na odpowiednią stronę ulicy (ale wtedy to nawet Placu nie znaleźliśmy :/ :D, szukaliśmy, szwendaliśmy się, mieliśmy wrażenie, że jesteśmy tuż-tuż przy murach...No. I na wrażeniu się skończyło. Ale to nie nasza wina, to na pewno przez upał i brak czasu. My przecież byliśmy doskonale przygotowani do zwiedzania. JAK ZAWSZE :/ :D
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 13 Lip 2020 21:26 

Rejestracja: 04 Cze 2012
Posty: 3644
Loty: 306
Kilometry: 701 602
srebrny
@pestycyda mam nadzieję, że dotrę w przyszłym roku, bo w tym to już chyba przestałam się łudzić w kwestii dalekich lotów ;(
w ramach chargebacku i dodatkowych odwołań w końcu bank oddał pieniądze, ale łatwo nie było. NA pewno bardziej wymagające niż wyjazd do Laosu ;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 16 Lip 2020 19:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
@maxima, jak chodzi o ten rok, to też się nie łudzę, ale już np. takie loty na styczeń kuszą :) Fajnie, że chociaż z pieniędzmi się udało :)

Może i ze zwiedzaniem Pekinu nam nie poszło, ale za to w przypadku lotniska Wientian byliśmy znakomicie przygotowani. Aż sama byłam tym zaskoczona - wszystko poszło tak sprawnie i wzorcowo, zupełnie, jak nie my :) I dzięki temu mogę zostawić parę wskazówek praktycznych :

1. Wiza na lotnisku - 30 USD + jedno zdjęcie (to w przypadku Polski. Każdy kraj ma inną stawkę).

2. Kurs w lotniskowym kantorze taki sam jak w mieście, choć nie obyło się bez drobnych..hmmm...nieporozumień (mikroskopijne naddarcia banknotów - wg pana, wg mnie to były idealne, nowiutkie pieniądze - spowodowały, że mój podróżny budżet zmniejszył się o 120 USD) (ale nie na długo :D pan pracujący w miejskim kantorze nie był aż tak drobiazgowy :)

3. Nauczeni doświadczeniem, kolejne kroki skierowaliśmy w stronę małego kiosku - karta sim 10 000 LAK, 7 GB internetu na 30 dni - 50 000 LAK.

4. Po prawej stronie lotniska znajduje się kiosk z biletami na autobusy jadące do centrum. Bilet 15 000, podróż autobusem - ok. 15 min.

Proste, prawda? Sam jestem pod wrażeniem :) Nie miotaliśmy się bezładnie po całym lotnisku, nie daliśmy się wepchnąć do żadnej taksówki ani zaciągnąć do żadnego hotelu, tylko planowo i spokojnie odhaczaliśmy kolejne punkty z listy. Czysta dystynkcja i opanowanie. A przed odjazdem autobusu zdążyłam nawet skorzystać z toalety i wypalić całego papierosa :D Jak tak dalej pójdzie, to zacznę sprawdzać, czy w moim drzewie genealogicznym nie pojawia się jakiś hrabia :/ :D

Image

WIENTIAN

Kolejne zaskoczenie. Nigdy nie widziałam takiej spokojnej stolicy. Ba - nigdy nie widziałam nawet takiego miasta w Azji. Ciche, spokojne, kierowcy jeżdżą normalnie, PRZEPUSZCZAJĄ pieszych, a czasami zdarzają się kilkuminutowe momenty, w których po ulicach nie jedzie dosłownie nikt. Nie ma gwaru, uliczki nie są oblepione straganami i garkuchniami, a "good price" i "where are you from" nie mieszają się ze sobą w zgiełku. I wiecie co? Zupełnie nie mogliśmy się w tym odnaleźć...:/ :D

Image

Jedno tylko pozostało niezmienne, jak na ten rejon przystało. A może nawet bardziej, niż zazwyczaj. Upał. Wystarczyło wysiąść z autobusu (w autobusie było nawet nieźle, jak się stało przy oknie, to człowieka przynajmniej wiatr owiewał) i przejść parę metrów, żeby przez następne parę minut odpoczywać w cieniu (i dyskretnie wykręcać koszulkę np.:) Nic więc dziwnego, że droga do naszego noclegu (nie, nie mieliśmy rezerwacji. Upatrzyliśmy sobie tylko wcześniej na booking.com parę miejsc), była lekko kręta - tu przerwa w sklepie, tu w barze, o, w tym jeszcze nie byliśmy! :D (cola - 4000 LAK, piwo - 8000, woda - źle to o nas świadczy, ale, niestety, nie wiem :/ :D Wiem natomiast ile kosztuje sztyft do inhalacji :D 6000 LAK. Kupiłam go w panice, licząc, że choć trochę pomoże mi przetrwać w tym upale i przez pierwsze parę godzin namiętnie używałam, a przechodnie pukali się w głowę :/ :D Później wylądował na stałe w plecaku. Nie pomagał, a i my trochę przyzwyczailiśmy się do innej temperatury.

Image

Gdy dotarliśmy do Sala Inpeng Bungalow, wyglądaliśmy jak kupka nieszczęścia. To znacznie nam pomogło w załatwieniu noclegu, bo pani właścicielka załamała ręce, coś pozamieniała w rezerwacjach i, pomimo, że przyszliśmy prosto z ulicy, po chwili otrzymaliśmy klucze do własnego domku. Sam ośrodek jest bardzo ładny - parę drewnianych domków z tarasami i klimatyzacją (to akurat ważne :), usytuowanych w ogrodzie. Dwa noclegi ze śniadaniem - 400 000 LAK.

Image
Kapliczka kierowców tuk-tuków.

Co można robić w Wientian? Hmmm, nie jestem zwolenniczką miast, w dodatku tak cichych i poukładanych. Jakoś, zupełnie nie wiem dlaczego, lepiej się czuję w chaosie i improwizacji :/ :D Jednak mieliśmy parę pomysłów, jak spędzić ten czas.

Image

Przed wszystkim, chcieliśmy poszwędać się po mieście i zobaczyć laotańską wersję Łuku Triumfalnego.

Image

Ale wcale nie dlatego, że jesteśmy wielbicielami architektury, czy wysokich budowli. Zupełnie nie. Najbardziej interesowała nas tabliczka informacyjna, zawieszona na pomniku.

Image

Rozśmiesza mnie do tej pory :D Zwłaszcza to, że "z bliska wygląda jeszcze gorzej" :D To chyba niezbyt dobra droga, żeby opisywać w ten sposób pomniki, z których jest się dumnym :/ :D

Image

Mnisi zawsze kojarzyli mi się z życiem prostym i w jakiś sposób odciętym od świata. Gdy widzę pomarańczowe szaty, często zapominam, że to przecież dzieci i potrzebują zabawy, rozrywek i cyfrowych pamiątek, dlatego taki widok niezmiennie mnie zaskakuje.

Image

Jak na "betonowego potwora" naprawdę nie wygląda źle :)

Image
Pałac prezydencki.

Kolejnym punktem na naszej liście był pomnik króla, wzniesiony przy promenadzie nad Mekongiem. Król ów wzniecił powstanie przeciwko Tajom w XIX w, a na pomniku wygląda, jakby wyciągał w stronę tajskiego wybrzeża rękę "na zgodę".

Image

Image

Chcieliśmy też obejrzeć sam Mekong, tu jednak spotkała nas duża niespodzianka :D Podeszliśmy do barierki "promenady nad Mekongiem" i wstrzymaliśmy oddech, bo wiecie, Mekong, rzeka-legenda, a zamiast wody zobaczyliśmy tylko ogromne połacie....ziemi :/ :D Niestety, widok na rzekę ogranicza płaska wyspa (choć wydaje mi się, że gdzieś na widnokręgu mignęło mi coś niebieskiego...jakby fala...:D
I może byłabym bardzo zawiedziona tą wycieczką, ale, na szczęście, na promenadzie znajduje się nocny targ :)

Image

Też wyjątkowo pusty. Nie wiem, czy to efekt wyjazdu "nie w sezonie", czy stan naturalny.

W Wientian można też spędzać romantyczne wieczory w małych restauracyjkach (pyszne zupy - 20 000 i odkrycie roku : piwo w litrowych dzbanach - 25 000 :), można oglądać spektakularne zachody słońca, podziwiać detale architektoniczne, zwiedzać świątynie...

Image

Można też zrobić coś jeszcze - wybrać się na parogodzinną wycieczkę poza miasto i zwiedzić Park Buddy. Wycieczka taksówką to koszt 200 000 LAK, ale tak tylko to piszę, informacyjnie (choć sama cały czas nie mogę uwierzyć, że nie wsiedliśmy grzecznie do samochodu miłego pana, tylko powiedzieliśmy : Nie, dziękuję :/ :D

Image

Budżetowy wariant takiej wycieczki zaczyna się na dworcu autobusowym Talat Sao. Trzeba odszukać autobus nr 14 (jeździ ich kilka na dzień, nasz akurat wyruszał o 13.15), kupić bilet (8000 LAK/osoba) i po około 50 minutach znajdziemy się przed samym wejściem do parku.

Image

Budda Park kryje w sobie bardzo ciekawą historię. Znajduje się nad Mekongiem i jest parkiem rzeźb sakralnych, łączących dwie religie : buddyjską i hinduistyczną. Ich twórca nie był akceptowany przez komunistów, musiał wyemigrować do Tajlandii, gdzie, na drugim brzegu Mekongu stworzył podobny park.
Bilet wstępu kosztuje 15 000, a po przejściu bramy, człowiek ma wrażenie, że znalazł się w epicentrum...no nie wiem czego :) Nie napiszę "szaleństwa", bo to bardzo krzywdzące dla artysty, który propagował zjednoczenie religii, może "szału", "abstraktu" będzie odpowiedniejsze? Coś, jakby wejść w obraz Beksińskiego - pociąga cię, jesteś zafascynowany wizjami, masz ciarki na plecach, ale nie chciałbyś w tym świecie żyć...Po ciszy, spokoju i poukładaniu Wientian, tu wreszcie poczułam się jak u siebie :/ :D

Image

Figury są zbudowane z betonu i porozstawiane na terenie parku. Mniejsze, większe, zachodzące na siebie, mieszające się i uzupełniające. Pierwsza rzuca się w oczy ogromna...dynia :/ :D

Image

Można do niej wejść przez taką oto paszczę :

Image

Żeby wejść na sam szczyt dyni, trzeba się przemieścić przez trzy wewnętrzne poziomy, symbolizujące piekło, ziemię i niebo.

Image

I jak ziemia i niebo są dosyć przyjemne w odbiorze, tak piekło...no cóż, przebywając w nim, człowiekowi cierpnie skóra. Wnętrze tego poziomu jest wypełnione betonowym przedstawieniem różnego rodzaju tortur i męczarni.

Image

Niektóre figurki są podniszczone, niektórym odpadły ręce, albo z korpusu wystaje im metalowy stelaż. Powiem tak - udało mi się tam być w samotności i nie wiem, czy chciałabym to doświadczenie powtórzyć :/ :D Ale za to z góry, jak już się przeciśniecie przez wyjątkowo małe wyjście, możecie podziwiać panoramę całego ogrodu :)

Image

Image

Nie potrafię ocenić wartości artystycznej tego dzieła. Pewnie opinie na temat parku są podzielone. Natomiast jednego jestem pewna - włożono w rzeźby ogromną ilość emocji. A sama wizja i jej rozmach - no cóż, mnie zachwyciła.

Image

Image

W parku mogłabym spędzić dowolną ilość czasu :) Wprawdzie każda rzeźba jest oznaczona numerkiem i istnieje jakaś kolejność zwiedzania, jednak nam największą przyjemność sprawiło całkowite zignorowanie zaplanowanej trasy i wyszukiwanie kolejnych rzeźb, poukrywanych w drzewach.

Image
To wygląda dla mnie jak jakiś aztecki ołtarz ofiarny. Schodki były tak strome, że w połowie musiałam zrezygnować. Natomiast Marcin bardzo ofiarnie wspiął się na samą górę. Byliśmy ciekawi, czy w środku znajdują się jakieś czaszki :/ :D Otóż nie :D

Image
To natomiast wygląda tak, jakby jakiś średnio zdolny (delikatnie powiedziane :D grafik, starał się zrobić plakat promocyjny wycieczek do Tajlandii np. A jednak nie. Tam tak wygląda NAPRAWDĘ.

Image

Park zamykają o 17.00, a powrót do stolicy jest również bardzo łatwy - dokładnie po przeciwnej stronie ulicy znajduje się przystanek autobusowy.

Image

Ten widok mnie bardzo rozczulił. Smok karmiony ryżem. Początkowo ryż wkładany był do pyska, ale dużo wypadało - na ziemi wokół leżały resztki. Więc w końcu ktoś wpadł na pomysł, że może w innym miejscu ryż się będzie lepiej trzymać i smok otrzyma swoją ofiarę. Później często widzieliśmy smoki, których wszystkie wypukłe fragmenty były poobkładane kleistym ryżem.

Image

W Wientian spędziliśmy prawie trzy dni. Było bardzo miło, były długie rozmowy, spacery i odpoczynki pod klimatyzatorem. Ale wszystko było takie...poukładane? perfekcyjne? równiutkie? Jak na wycieczce z biurem podróży. To nie był "mój" Laos. Co więcej - zaczynałam się obawiać, że "mój" Laos nie istnieje...

Image

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 21 Lip 2020 13:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Vang Vieng

Miasteczko położone około 150 km od Wientian, znane z przepięknych krajobrazów i "turystycznych" atrakcji (alkohol, imprezy, jedzenie i drinki w wersji "happy", czyli z narkotykowym dodatkiem). Ten stan osiągnął apogeum chyba w 2011, zginęło tam wówczas 27 turystów - w trakcie imprezowania korzystali z różnych form aktywnego wypoczynku, głównie wodnych. Jedna z gazet określiła sytuację jako "świat oddany we władanie nastolatków". Teraz miasteczko trochę ucichło, uspokoiło się, natomiast krajobrazy pozostały niezmienione :)

Image

Do Vang Vieng można dostać się ze stolicy autobusem. Cena biletu - w zależności gdzie kupiony :) W recepcji hotelu : 60 000 LAK, z dowozem spod hotelu : 100 000. Ale, jeśli w przerwie tradycyjnego tańca z komarami (a jest ich tu miliony, uwierzcie :/), jesteście w stanie podejść do agencji autobusowej, zapłacicie 50 000 od osoby. Sam podróż trwa około 3,5 godziny - w zależności od długości postoju po drodze.

Image

Dworzec, a przynajmniej miejsce, w którym zatrzymują się autobusy w Vang Vieng :) Trochę nas ten widok zbił z tropu, a z nieużywanego, podrdzewiałego Diabelskiego Młyna nawet powiało grozą :D
Na szczęście, zaraz za rogiem, wszystko zaczęło wyglądać inaczej.

Image

Pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji turystycznej - bardzo miły pan ofiarował nam chyba z pięć mapek miasteczka : z atrakcjami, z noclegami, z barami...Podobno od przybytku głowa nie boli, ale to się zupełnie nie sprawdza :D Planowaliśmy zostać tu niezbyt długo, trzy noce, a jak przez ten czas wybrać to, co najciekawsze? I ważniejsze : jak to zdążyć zobaczyć? :/ :D

Image

Zaczęło się więc nam bardzo spieszyć. Pan polecił nocleg w, podobno rewelacyjnym, hostelu Magic Monkey - "czuć tam atmosferę dawnego Vang Vieng". Faktycznie...wyjątkowo mocno było ją "czuć" :D Charakterystyczny zapach unosił się wszędzie, na fotelach odpoczywali "zmęczeni" turyści, a gdyby ktoś niezbyt zrozumiał zapachowy przekaz, dostawał jeszcze sygnał obrazkowy : wszystko przyozdobione było zielonymi, typowymi listkami :D Niechcący zmartwiliśmy bardzo uprzejmą panią z recepcji, nie było wolnych miejsc (to nas akurat jednak trochę ucieszyło :D Okazuje się, że jesteśmy po prostu starzy i dosyć drętwi :D Znaleźliśmy więc sobie inny nocleg, bardziej odpowiedni dla takich nudziarzy, jak my :D

Image

Keosimoon. Wygodne domki z klimatyzacją, 100 000 LAK/ doba. Bardzo polecam - cisza, spokój, piękne widoki, a właściciel pozwalał nam trzymać whisky w swojej lodówce :D

Image

Na obiad wybraliśmy się do małego baru dla miejscowych. Z laotańskiego menu (na szczęście były zdjęcia :D wybraliśmy najapetyczniej wyglądającą zupę (20 000) i, przebierając z niecierpliwością nogami, obserwowaliśmy proces przygotowywania tego smakołyku. Stojąca za ladą pani bardzo się starała, co chwilę próbowała łyżką z garnka, czy aby na pewno wszystko jest w porządku :D Nie miała jednak chyba wystarczającej pewności siebie, bo po chwili zawołała drugą panią i wspólnie próbowały, doprawiały, dyskutowały nad zupą. Strasznie to było słodkie, widać bardzo się starały przygotować coś naprawdę wyjątkowego. Szkoda tylko, że miały jedną łyżkę :) W końcu postawiły przed nami dwie miski pełne parującego przysmaku, same wróciły za ladę, skąd obserwowały nas pełnymi nadziei oczyma. Zupa...Najpierw doleciał nas jej zapach...I nie było to miłe doznanie :/ :D To, co ujrzałam w środku miski, raczej nie poprawiło mojego stosunku do zupy. Coś, jakby fragmenty jelit, serc i jakby kawałek...jeża? Panie za ladą pokiwały głowami zachęcająco. Jedzenie szło nam wolno...Zatykanie nosa też nie pomagało. Kłamliwie uśmiechaliśmy się do pań, próbując gestami pokazać, że bardzo, bardzo smaczne...W końcu, gdy uśpiliśmy trochę ich czujność i na chwilę odwróciły wzrok, zrobiliśmy coś, czego się wstydzę do teraz :/ Uciekliśmy...:/ :D Ale, niestety, niesmak (w ustach też :/ :D pozostał A do końca pobytu w Vang Vieng przechodząc koło baru, zwiewaliśmy na drugą stronę ulicy. Ze wstydu :/ :D

Image

I tak sobie teraz myślę, że my się już chyba nie nadajemy do podróżowania :/ :D Hostel, który jest pewnie powodem przyjazdu większości turystów i "kwintesencją klimatu", nam oczywiście nie odpowiada. Lokalne jedzenie - krzywimy nosy :/ (no, nie tylko. Żołądek też mi się krzywił :/ :D Jak tak dalej pójdzie, zostaną nam tylko wyjazdy all inclusive do hotelu ze szwedzkim stołem :/ :D Albo frytki. O, właśnie, frytki w Vang Vieng były dobre :D (zestaw frytki + kanapka z tuńczykiem - 20 000 LAK).

Image

Żeby poprawić wizerunek we własnych oczach, postanowiliśmy skorzystać z najbardziej turystycznej atrakcji, spływaniu rzeką w wielkich dętkach. Nie jest to jednak takie łatwe, jakby się mogło wydawać :/ :D Zwłaszcza na etapie rezerwowania wycieczki. Mam wrażenie, że jest to coś w rodzaju próby - jeśli jesteś dostatecznie wytrwały i cierpliwy, dopiero wtedy udowodnisz, że zasługujesz na wodną przygodę :/ :D Bo tak : owszem, agencji organizujących tubing jest bez liku, ale nikogo w nich nie ma :/ :D Możesz chodzić po biurze, znacząco wzdychać, później kaszleć, a na samym końcu nawet tupać, ale i tak nikt nie przychodzi :/ :D Gdy w końcu znaleźliśmy agencję z, uwaga uwaga, człowiekiem, bardzo miłą panią, rozpoczął się etap negocjacji, który trwał jakieś pół godziny :/ :D Na zdjęciu reklamującym atrakcje, widniała cena 80 000. Pani potwierdziła, następnie gdzieś zadzwoniła i orzekła, że jednak 120 000 :/ :D Natomiast gdy zaczęliśmy się wahać, uznała, że może 100 000? Nie chcieliśmy ryzykować, że pojawią się jeszcze jakieś inne, skaczące ceny, więc już chcieliśmy podać pani rękę, żeby potwierdzić umowę, gdy nagle zaczęła krzyczeć i ...wybiegła z biura :/ :D Bardzo nas to stropiło (choć do pustych biur zdążyliśmy już się przyzwyczaić :D ale tym razem nie chcieliśmy odpuścić. W końcu nie mieliśmy gwarancji, że gdzieś jeszcze znajdziemy jakiegoś sprzedawcę. Staliśmy więc w pustym biurze, jak osł prawdziwi twardziele i czekaliśmy, nie wiedząc na co :/ :D Po kilkunastu minutach pani wróciła, obmyła się pod wężem, a w rękach trzymała ogromne...nożyczki (:/ :D Musiałam obciąć dziecku włosy - rzuciła niedbale i powróciliśmy do rozmów o tubingu, jakby nigdy nic :/ :D

Image

Image

Wieczór spędziliśmy nad rzeką, w bardzo klimatycznej restauracyjce na wodzie. Niskie stoliki umieszczono na ruchomych platformach, tak, że można było moczyć nogi w rzece.

Image

Image

Piwo Lao - 15 000 LAK, a widoki przecudne :)

Image

Image

Można tam było spędzić długie godziny, po prostu patrząc i chłonąc klimat. Niestety, podobny pomysł (zwłaszcza ten o spędzaniu wielu godzin. Bo jakoś nie sądzę, żeby PO PROSTU patrzyły, a klimat to jest im zupełnie obojętny :/ ) miały komary.

Image

A podczas drogi powrotnej spotkało nas coś bardzo miłego :D Odkryliśmy istnienie laotańskiej whisky (12 000 butelka, całkiem smaczna) :D

Image

A na dowód, że to nie był jej wpływ (bo i takie mieliśmy myśli, że może nam się wydaje :D, zrobiliśmy takie zdjęcie :

Image

To pudełko śniadaniowe, normalnej wielkości :/ :D Nigdy nie widziałam tak dużego pająka. Pół nocy sprawdzaliśmy w internecie, czy przypadkiem nie jest jadowity - lubię pająki, ale nie znam ich na tyle, żeby wiedzieć, który może ugryźć. Z tego co pamiętam, ten jest całkowicie nieszkodliwy.

Image

Z agencją od tubingu byliśmy umówieni o 9.00 rano pod naszym hotelem. Przyjechali pół godziny później, ale nie stresowaliśmy się tym zbytnio - w końcu przecież trudno przewidzieć, kiedy uda im się złapać jakieś dziecko do obstrzyżenia :/ :D Razem z nami jechali inni turyści - oni zamówili wycieczkę kajakową i byli bardzo podekscytowani. Tylko jeden Laotańczyk siedział w aucie dosyć, no może nie zły, ale miał coś w rodzaju łagodnej rezygnacji na twarzy. Oj, nie dziwię ci się - pomyślałam. - Być przewodnikiem takiej hałaśliwej wycieczki, w dodatku złożonej z Chińskich Turystów, to naprawdę nic przyjemnego. Postanowiłam dodać mu otuchy i uśmiechnęłam się porozumiewawczo. Odwrócił wzrok :/ :D

Image

Auto wiozło nas w górę rzeki, gdzie każdy miał zacząć swoją wycieczkę. Pojazd trząsł się na wybojach, Chińczycy krzyczeli do siebie (to pewnie ci, którzy w metrze w Pekinie, zamiast oglądać edukacyjne filmiki, cały czas wgapiają się w telefony :/ :D, a ja się trochę bałam. Rzeka wyglądała na rwącą, opony na niezbyt solidne, a ja nadal nie potrafiłam pływać :/ :D

Image

W końcu dojechaliśmy. Chińska wycieczka otrzymała kajaki, zrobił się ruch, zamieszanie, po chwili wszyscy odpłynęli, a do nas podszedł zrezygnowany Laotańczyk z auta, wskazał opony i oznajmił : To może zacznijmy, bo nie wyrobimy się do wieczora :/ :D

Image

Wskoczyliśmy w opony (na szczęście były kapoki! Hurra!), pan wskoczył na kajak i wydarliśmy do przodu. To znaczy pan wydarł, bo ja się głównie kręciłam w kółko, w tym samym miejscu :/ :D Aż zrezygnowany pan musiał wrócić i mnie popchnąć :/ :D

Image

Wzdłuż rzeki znajdują się bary, teraz chyba nieczynne. Łatwo sobie wyobrazić, jak takie tubingowe imprezy wyglądały wcześniej. Płynęło się dużą grupą, zatrzymywało w każdym barze, skakało z mostków i zwisało nad rzeką na linach. Teraz po tych imprezach zostały tylko tablice zawieszone na przecinających rzekę mostkach : "Ostatni bar na trasie". Gdy się płynie rzeką po raz pierwszy, łatwo ulec tej reklamie - Co??? Ostatni bar??? To trzeba skorzystać! Natomiast później człowiek zaczyna rozumieć, że nie należy aż tak poważnie podchodzić do słowa "ostatni" :D

Image

Płynęło się bardzo miło, i, co najważniejsze, powoli :/ :D Z tym, że to, co dla mnie było zaletą, dla pana prowadzącego najgorszą wadą :D Pan przepłynął chyba z sześć razy długość całej rzeki, bo gdy tylko parę razy pomachał wiosłami, to, gdy się obrócił, nie mógł nas zauważyć i musiał wracać. To raczej nie wpłynęło na poziom jego satysfakcji z pracy :/ :D

Image

Jakoś wcześniej wyobrażałam sobie tubing, jako szaloną przygodę. Szybkość, wiry, wypadki za, no...oponę (?), bo przecież nie za burtę :/ :D Istne wariactwo. Ale zupełnie nie spodziewałam się tego, że będę po prostu leżeć na wodzie i liczyć przelatujące ptaki...i mijane drzewa...i trawy :/ :D

Image

W planie naszej wycieczki mieliśmy jeszcze zwiedzanie Wodnej Jaskini (pan musiał na nas czekać na brzegu pół godziny, nim dopłyniemy. W dodatku w tym jednym, jedynym miejscu moja opona akurat popłynęła trochę szybciej i NIE ZDĄŻYŁAM złapać się żadnej trawy przy brzegu, żeby wysiąść :/ :D Na brzegu znajdowało się coś w rodzaju centrum aktywności i w zależności od programu wycieczki, można jeszcze było przejść się po parku linowym. My tego nie mieliśmy w planach, natomiast pan zapytał, czy nie chcemy się czegoś napić i ODPOCZĄĆ :/ :D Nie wiem, wydaje mi się, że to była ironia :D

Image

Do jaskini wpływało się w oponach, wciągając się na przymocowanej do brzegu linie. Później szło się kawałek na piechotę. Sama jaskinia nieduża, ale bardzo ładna.

Image

Po zwiedzaniu popłynęliśmy dalej. Pan skakał z kajaka do wody, nurkował, przewoził ludzi z różnych brzegów rzeki, bawił się w Titanica (stawał na dziobie kajaka, rozkładał ręce i śpiewał :D A my płynęliśmy sobie niezobowiązująco :D Marcinowi szło jednak trochę lepiej, w którymś momencie wysunął się nawet na przód :) Co do mnie - hmmm, chyba coś źle robiłam, nie wiem, może jakoś nie umiałam złapać prądu? Ale i tak mi się podobało :D

Image

Jednak chyba mieliśmy z panem inne pojęcie, co znaczy dobra zabawa :D I cierpliwości to ten pan też nie miał za wiele :D W końcu zarządził, że od teraz mam się trzymać jego kajaka, a on będzie mnie ciągnął.

Image

A jak zaczęliśmy się zbliżać do Vang Vieng, to zaczął holować też i Marcina, dociągnął nas do wybrzeża, dużo wcześniej, niż mieliśmy wysiąść, zabrał dętki, a pod nosem mruknął, żebyśmy resztę doszli na piechotę, to może nam szybciej pójdzie :/ :D

Image

I myślę sobie, że on po prostu był jasnowidzem. Bo jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że patrzył na nas z rezygnacją jeszcze przed tym, nim nas poznał? :/ :D

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 21 Lip 2020 13:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 Sie 2019
Posty: 140
niebieski
Juz krzyczalam "frytki! frytki!"
Czytam nastepne zdanie i co widze? Frytki.
Widze, ze mamy podobne doswiadczenia z lokalnymi specjalami w tym miescie. hyhyhy!
_________________
~~~ Do or do not. There is no try. ~~~
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 21 Lip 2020 15:06 
Moderator forum

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 995
Uwielbiam Twój styl pisania. Po przeczytaniu każdej z Twoich relacji mam ochotę ruszyć Waszymi śladami, a póki co robię to tylko palcem po mapie :lol:
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 27 Lip 2020 12:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
@2catstrooper, później już było lepiej, ale faktycznie, w Vang Wieng nie skusiliśmy się więcej na lokalne specjały :D (o, przepraszam - skłamałam. Z jednym wyjątkiem, ale ten wyjątek jest, hmm....nadal nieskonsumowany :D

@Gadekk, bardzo mi miło :) teraz to chyba większość palcem po mapie :( choć jest też plus - dzięki temu byłam już właściwie wszędzie :/ :D

Vang Wieng 2

Dzięki spływowi w oponie, nabyliśmy większej pewności siebie i postanowiliśmy zaszaleć jeszcze bardziej :D W końcu, podobno, podróże rozwijają. Wybraliśmy się do baru.

Image

I zamówiliśmy frytki z bagietką z drugiego menu :D (nie dziwcie się, one były naprawdę smaczne:). W naszym przypadku szczytem szaleństwa jest najwyraźniej zrobienie takiego zdjęcia :/ :D

Dwie podstawowe atrakcje miasteczka - tubing i happy menu - zaliczyliśmy, zostały nam więc jaskinie, laguny i punkty widokowe. Opracowanie planu nie było proste, bo jest ich w okolicy bardzo dużo, a jak wybrać te najpiękniejsze? W końcu, po ożywionej dyskusji, powstał zarys koncepcji. Dokupiliśmy jeszcze jeden nocleg (100 000 LAK), wypożyczyliśmy skuter (120 000 LAK za dobę, ale za to pan nie traktował owej doby bardzo dosłownie - w sensie : jak pożyczasz skuter o 13.00, to fajnie, żebyś oddał jutro przed zamknięciem :), zaopatrzyliśmy się w benzynę (20 000 - "do pełna") i ruszyliśmy w drogę.

Image

1. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć wodospad (niestety, umknęła mi jego nazwa), który podobno jest bardzo ważny dla Laotańczyków, natomiast nie jest zbyt często odwiedzany przez turystów. Faktycznie, idąc do niego przez dżunglę, nie spotkaliśmy nikogo, a droga była wyjątkowo piękna.

Image

Image

Image

2. Restauracja Vieng Tara Willa. Czasami jest tak, że człowiek zobaczy jakieś zdjęcie w sieci (przynajmniej u mnie tak to działa :) i koniecznie-koniecznie musi tam być. Wyobraźnia zaczyna działać, doskonale już wiesz, jak to miejsce wygląda, zwłaszcza to, co nie zmieściło się w kadrze :D Dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy Marcin, po długich poszukiwaniach, oznajmił, że aby zobaczyć to :

Image

trzeba się udać do RESTAURACJI :/ :D Jak to, do restauracji??? Dla mnie ten widok, to kwintesencja, wizytówka Laosu! Ogromne połacie pól ryżowych, bezkres, przestrzeń, dzikość, prawdziwe życie.....A na pewno żadnych turystów i restauracji. Otóż nie, moi drodzy :/ W rzeczywistości wygląda to trochę inaczej :/ Żeby zobaczyć ten widok, trzeba usiąść w bardzo eleganckiej restauracji (kawa i sok - 40 000 LAK), natomiast żeby zrobić takie zdjęcie, trzeba......być gościem hotelu, który tam właśnie się mieści :/

Image

Powiem Wam, że świat trochę zatrząsł mi się w posadach, gdy się o tym dowiedziałam...W tych bungalowach, zamiast laotańskich rodzin, mieszkają najbogatsi z turystów. Wiem to, bo gdy po wielu uśmiechach i błagalnych spojrzeniach, pan z restauracji zgodził się przeprowadzić nas przez recepcję, żeby zrobić zdjęcia, sprawdziłam ceny :/

Image

Widok nadal jest piękny, natomiast dla mnie stracił trochę ze swojej "prawdziwości". W dodatku powód, dla którego wybraliśmy Laos ("tak, Marcin, popatrz na to zdjęcie! To jest TO! Musimy tam być!":D, okazał się wyimaginowany :/ :D Ech, całe życie pod górkę :/ :D Aha, a dodatkowym poniżeniem jest fakt, że nim człowiek zrobi zdjęcie, musi poczekać, aż wszyscy Chińscy Turyści pięknie na tym mostku zapozują, w dodatku nie może na nich nakrzyczeć, bo to w końcu oni są tam legalnie :/ :D

3. Jaskinia Khan Kham. Trochę trudno tam trafić, skuter zostawia się przy budce z biletami (10 000/osoba), potem chwilę idzie wyschniętym korytem rzeki (przynajmniej takie było podczas naszego pobytu), przez dżunglę i raczej nie spotyka się nikogo po drodze. Później długo szuka się wejścia do jaskini ("To musi być gdzieś tu!" :D

Image

A gdy człowiek już wejdzie i dociera do niego, że w środku jest trochę strasznie, nie ma innych ludzi, a on właściwie nie zna się na jaskiniach i lepiej, żeby dalej nie szedł, bo się zgubi, to zaczyna padać i musi tam siedzieć przez kolejną godzinę (ale przy samym wyjściu, na wszelki wypadek :D

Image

4. Blue Lagoon 1. Takich kąpielisk z błękitną wodą jest w okolicy parę. Wybraliśmy nr 1, bo na jego terenie znajdowała się również jaskinia. Wstęp - 10 000 LAK/osoba.

Image

Można uskuteczniać tam różne wodne figle - skakanie z mostków, zwisanie na linach, wodną huśtawkę...Generalnie - bardzo miłe i ładne miejsce (pod warunkiem, że lubi się takie atrakcje).

Image

Był nawet moment, w którym sama się dosyć zachęciłam do kąpieli - zauważyłam, że dużo turystów się nie krępuje i wchodzi do wody po prostu w kapokach :) Jednak nie mieliśmy na to czasu - czekała nas przecież poważniejsza atrakcja, nie takie igraszki z wodą :/ :D

Image

Zostawiliśmy więc wszystkich rozbawionych turystów za sobą i zaczęliśmy się wspinać do położonej nad kąpieliskiem jaskini Tham Phu Kam. Wejście w cenie biletu, natomiast na dole można za 5000 LAK wypożyczyć czołówkę. Jako wybitnie doświadczeni w temacie jaskiń (:/), odmówiliśmy (poza tym, mieliśmy jedną swoją).

Image

Jaskinia. Ujmę to tak - na pewno nigdy o niej nie zapomnę....Choćbym chciała. Czasami jeszcze mi się śni, budzę się wtedy zlana potem...Jaskinia była ogromna - wielkie komory połączone ze sobą wąskimi przejściami, z rzadka rozświetlana przez skalne prześwity. W pierwszej, głównej sali znajdował się olbrzymi posąg Buddy. Żeby do niej dojść, trzeba było przeciskać się przez korytarzyki, brodząc w wodzie. W tej sali kończyli zwiedzanie nieliczni turyści, dla których jednak dużo większą atrakcją okazała się kąpiel w błękitnej wodzie. Nie dla nas. My tacy nie jesteśmy...:/

Image

To jest dla mnie bardzo ważne zdjęcie. Popatrzcie na wielkość komory - to skulone na środku, to ja :/ Poza tym...To niejako zdjęcie "pożegnalne", a niewiele brakło, żeby stało się prawdziwie pożegnalnym :/ Jaskinia była przepiękna, omszałe, śliskie głazy dodawały jej klimatu, a kolejne przesmyki między skałami wołały "wejdź do mnie"...Niestety, niezbyt odpowiednie buty bardzo utrudniały mi wędrówkę, a kim jestem, żeby bronić Marcinowi spełniania marzenia ?... Złożyłam więc solenną obietnicę ("Dobrze, obiecuję, że się stąd nie ruszę i na ciebie poczekam") i zostałam w ostatniej, lekko oświetlonej sali. Marcin, zanim zniknął w czerni, odwrócił się i zrobił właśnie to zdjęcie...
Nie wiem, ile to trwało. Trudno odpowiednio ocenić czas, gdy ma się do dyspozycji tylko dźwięki spadających kropli, odbijających się echem w pustej przestrzeni... Co jakiś czas ktoś wchodził za załom, za którym zniknął Marcin, po chwili wracał ("wyjdź z nami", "Nie. Obiecałam, że tu poczekam"). Pytanie, które zadawałam nielicznym powracającym z korytarzyka, zaczęło transformować. "Czy widzieliście tam łysego chłopa?" zmieniło się w "Czy widzieliście najdroższego Marcinka?"...Odpowiedź natomiast się nie zmieniła - "Nikogo tam nie ma..." W głowie demony - może wyszedł jakąś dziurą i wylądował po drugiej stronie skał, może jest stąd drugie wyjście, może....nie! O tym nie myślimy! Pot lał mi się po plecach. I z oczu....

Image

(zdjęcie dla autowyciszenia :)
Marcin wyszedł po dwóch godzinach (sprawdziliśmy potem na zegarku, ile to trwało). Opowiadać zaczął dopiero wtedy, gdy usiedliśmy na dole, przy coli. Jaskinia jest naprawdę olbrzymia i bardzo łatwo w niej zgubić drogę - chociaż właściwie żadnej drogi tam nie ma. Z poszczególnych komór jest mnóstwo wyjść między skałami. Trafia się wtedy do kolejnej większej sali, i kolejnej, i kolejnej...Mówił, że czasem widział coś, jakby odbicie światła na suficie - próbował się wtedy wspinać w górę, liczył, że dojdzie do jakiegoś świetlika i może wtedy uda mu się dotrzeć na powierzchnię. Mówił też, że w którymś momencie wpadł w panikę i musiał usiąść na chwilę, bo zaczął działać chaotycznie...Mówił o radości, jaką poczuł, gdy zobaczył na ziemi plastikową butelkę po wodzie ("to oznaczało, że jestem gdzieś blisko, bo jacyś ludzie tu byli") i o załamaniu, gdy uświadomił sobie, że już tę butelkę widział i że kręci się w kółko. I o przepięknej sali, do której trafił ("ale do tej akurat tylko raz") (bardzo śmieszne :/ :D I o tym, że gdy na chwilkę, pomimo oszczędzania baterii, włączył latarkę, zobaczył namalowaną na ścianie czaszkę, a gdy spojrzał pod nogi, zorientował się, że stoi na przesmyku między dwoma przepaściami... I o ciszy. I o demonach w głowie. Dużo mówił. A ja się wcale nie darłam.
Bardzo polecam :)

5. Punkt widokowy Nam Xay.

Image

Bilet wstępu - 10 000 LAK/osoba. Na górę wchodzi się około pół godziny. Samo podejście nie jest wymagające, natomiast wyczerpuje upał i wilgotność.

Image

Na szczycie czeka na turystów mała wiata usytuowana na skałach (z hamakiem!) i taka atrakcja :

Image

A to dowód na dobre serce i wrażliwość mojego towarzysza podróży :/ :D

Image

W dachu wiaty jest belka. Bardzo twarda, uwierzcie :/ :D I jak myślicie, co robi empatyczny współturysta, gdy drugi się walnie w głowę tak mocno, że aż mu okulary pękną? Biegnie, pyta się, współczuje, stara się pomóc? Otóż nie :/ :D Dokumentuje ten moment. Fotograficznie :/ :D

Image

Ale wtedy to się już na niego naprawdę darłam :D

Image

6. Jaskinia Tham Chang.

Image

Jaskinia znajduje się na terenie kąpieliska. Za wejście (a właściwie za przejazd przez most) płaci się 10 000 LAK, za wejście do samej jaskini - kolejne 15 000.

Image

Samo miejsce jest naprawdę bardzo ładne. Może i miejsca do pływania nie jest za dużo, ale za to jest tam jedna, bardzo ciekawa atrakcja.

Image

Otóż po wpłynięciu w tę dziurę, jeśli komuś uda się pokonać dosyć silny prąd, dopłynie do malutkiej lagunki w skałach. Wiele osób próbowało, wiele też wystrzeliwało ze środka, jak korek z szampana :) Dla mnie to atrakcja średnia - nie dość, że woda, to jeszcze jaskinia. O nie, co za dużo, to niezdrowo :D Ale innym się podobało - dużo śmiechu, zabawy, gwar. Bardzo pozytywne miejsce :)

Zdecydowaliśmy się natomiast na wejście do jaskini, a głównym powodem był fakt, że była to jaskinia w całości oświetlona (jako jedyna w Laosie).

Image

To gwarantowało, że tym razem obejdzie się bez mocniejszych doznań, nie zgubimy się, ani nie spadniemy. Groziło nam jedynie potknięcie się o schodki, wykute dla wygody zwiedzających.

Image

Jaskinia była ładna. Naprawdę. Taka...hmm...bezpieczna :D

Zakupiliśmy też miejscowy smakołyk, a właściwie dwa jego rodzaje. Dwie butelki - 90 000. Tu się za bardzo rozwodzić nie będę, z wiadomych względów :)

Image

W ramach dodatkowych atrakcji wybraliśmy się też do bardzo zachwalanej pizzerii, ponoć prawdziwej włoskiej. Pizza 60 000 LAK, dobra, ale nie z takich, które pamiętać będę na zawsze.

Image

Pojeździliśmy wokół miasteczka, podziwialiśmy widoki, zatrzymywaliśmy się w przydrożnych knajpkach na napoje...

Image

Udało się nam też przewrócić na skuterze. Żaden tam wypadek, raczej takie słabowite osunięcie się, jak w omdleniu. Jechaliśmy naprawdę wolno i chyba po prostu poślizgnęliśmy się na jakimś kamyczku. Drobne obdarcie kolana, niestety, w tym upale i wilgoci, goiło się i rozmakało przez cały wyjazd. Natomiast jak byłam w zeszłym miesiącu u ortopedy, to trochę się zdenerwował ("Aha, to najpierw uderzyła się pani w kolano podczas wypadku na rowerze, potem wypadek na skuterze, tak? Mam nadzieję, że pani już na niczym nie jeździ :/" "Nie" - uspokoiłam go odpowiedzią. Dobrze, że nie widział, jak odjeżdżam spod przychodni na hulajnodze :D Tak więc, czas pokaże :D

Image

To był dobry czas. Było ładnie, aktywnie, miło, piękne, naprawdę imponujące widoki. Właściwie nie mam się do czego przyczepić. Ale ciągle było mi czegoś brak...To po prostu nie był "mój" Laos...

Image

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
Złoty uważa post za pomocny.
 
 
#14 PostWysłany: 30 Lip 2020 22:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Luang Prabang

Z Vang Wieng można się do niego dostać busami. Cena za bilet różni się w zależności od miejsca, w którym go kupimy :) Zapłaciliśmy po 120 000 LAK od osoby, ale w innej agencji wycenili bilety na 170 000. To nam dosyć mocno poprawiło humor, do momentu, w którym nieopatrznie zerknęliśmy na tablicę z cenami w agencji najbliżej naszego noclegu. 90 000 :/ :D

Image

Ale za to bus przyjechał po nas pod sam hotel, w dodatku godzinę przed czasem - zauważyłam go, gdy zaspana wyszłam z domku po wrzątek do herbaty :)

Image

Podróż trwała około 4 godziny, w tym dwa postoje. Przypuszczam, że widoki po drodze były przepiękne, ale nie mogę tego stwierdzić na 100 %, bo im wyżej wjeżdżaliśmy, tym gęstsza mgła nas otaczała.

Image

Jeden postój został nawet zaplanowany w punkcie widokowym. Bardzo dobry pomysł, bo każdy mógł sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie na platformie widokowej :)
Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy przez booking.com trzy noclegi w Singharat Guesthouse (40 USD, ze śniadaniem). Bardzo przyjemne miejsce - niewielkie pokoiki z łazienkami, tarasikami i klimatyzacją. W dodatku okazało się, że prawie naprzeciwko naszego noclegu znajduje się najbardziej znana restauracja w mieście - Manda De Laos. Wprawdzie opinie czytane w sieci wprawiły nas w lekkie zakłopotanie – wynikało z nich, że to baaardzo luksusowa restauracja - ale jedzenie miało tam być wybitnie smaczne. A skoro z barami dla miejscowych nam nie poszło, postanowiliśmy zatem spróbować szczęścia w typowo turystycznym miejscu :)

Image

Jest przepiękna. Naprawdę przepiękna. Stoliki (jakie stoliki? To właściwie loże!) poustawiane z dala od siebie, z widokiem na staw z lotosami. Gdy zobaczyliśmy dystyngowane ubrania kelnerów, z lekkim strachem zerknęliśmy do menu (koncentrując się głównie na cenach). Owszem, jak na Laos były wyjątkowo wysokie (dania od 70 000-80 000 LAK), jednak nie aż tak wysokie, jak się obawialiśmy. Natomiast elegancja otoczenia spowodowała, że postanowiliśmy się wreszcie odważyć i zamówić larb, znane, laotańskie danie, przypominające tatara (podawane na półsurowo lub surowo, z marynowanych ryb lub mięsa). Wcześniej, przez ową "surowość" właśnie, trochę obawialiśmy się zamówić larb w barze dla miejscowych. Zasiedliśmy więc przy stoliku i złożyliśmy zamówienie u mówiącego doskonałym angielskim kelnera. Pan wysłuchał nas uprzejmie, a gdy wymieniliśmy już wszystkie potrawy, z których miała składać się nasza uczta (i drinki! W takim pięknym miejscu należy pić drinki! :D, to dogoniło nas przeznaczenie, bo bardzo grzecznie odpowiedział, że kuchnia czynna jest od 18.00 :/ :D A gdy obejrzał sobie nas dokładnie (!!! :/ :D dodał, że wcześniej o tym nie mówił, bo myślał, że przyszliśmy sobie tylko POOGLĄDAĆ menu :/ :D Tak więc, ze zwieszonymi głowami i z naszym niereprezentacyjnym wyglądem, musieliśmy opuścić to piękne miejsce :)

Image

Ale dobrze się stało, bo poszliśmy na deptak przy Mekongu, znaleźliśmy mały bar bezpośrednio nad rzeką i najedliśmy się tam samych smakołyków (ryż z kurczakiem :) 20 000). Dodatkowo mieliśmy piękny widok, a że Mekong widzieliśmy pierwszy raz w życiu, spędziliśmy tam godzinę, wpatrując się w jego nurt.

Image

A jeszcze później spotkała nas kolejna niespodzianka, bo gdy spacerowaliśmy deptakiem, poznaliśmy sympatycznego pana (tzn. właściwie on nas sobie zapoznał :D ), który zaproponował, że może nas zabrać na godzinny rejs łodzią po Mekongu (100 000 LAK, a ponieważ nie był to sezon turystyczny, na ogromnej, wycieczkowej łodzi byliśmy zupełnie sami :)

Image

Tylko pan miał chyba dosyć niepochlebne zdanie o turystach, bo pierwsze co zrobił, to przygotował nam dwa łóżka i oznajmił "i możecie się tu przespać" :D Przespać! Na Mekongu! Na Mekong to ja akurat chcę głównie patrzeć! A było co oglądać...

Image

Image

Są takie miejsca-marzenia, miejsca-legendy. Miejsca, o których dawniej tylko czytałam w książkach podróżniczych i nawet nie byłam sobie w stanie wyobrazić, że je kiedyś zobaczę na żywo. Chyba nawet o nich nie marzyłam, tak bardzo to było nierealne. I Mekong jest właśnie dla mnie legendą...W takich miejscach zawsze się wzruszam, a ponieważ czytałam naprawdę DUŻO i nie ograniczałam się do fascynacji tylko jednym kontynentem, więc praktycznie wszędzie jestem głównie wzruszona :/ :D No, chyba że w przerwach robię coś głupiego :D

Image

Image

Pan przedłużył wycieczkę o prawie kolejną godzinę, my, zachwyceni, skakaliśmy od jednej burty do drugiej, żeby tylko zobaczyć wszystko, żeby nic nam nie umknęło. Niestety, po zachodzie słońca trzeba było wracać.

Image

A najbardziej się cieszę z tego, że to pierwsze spotkanie z Mekongiem odbyło się w tak intymny sposób - bez innych turystów krzyczących (lub nudzących się) za plecami.

W hostelu wykupiliśmy wycieczkę na kolejny dzień. Chcieliśmy zobaczyć leżące około 30 km od miasta wodospady Kuang Si. O 9.00 przyjechał po nas minivan (40 000/osoba), a za wejście na teren parku z wodospadami trzeba było zapłacić dodatkowe 20 000 od osoby. Kierowca zarządził zbiórkę za dwie godziny na parkingu, więc pospiesznie ruszyliśmy do środka.

Image

Idąc w kierunku wodospadów, przechodzi się obok ośrodka dla niedźwiedzi himalajskich. Mieszkają w nim niedźwiedzie uratowane z rąk kłusowników. Żałuję, że nie mogliśmy spędzić przy nich więcej czasu, ale cały czas tętniło nam w głowie ostatnie zdanie kierowcy "A jak ktoś nie wróci o ustalonej godzinie, to jadę bez niego" :/

Image

Image

A tak wygląda klatka, w której są przetrzymywane niedźwiedzie złapane przez kłusowników. Czasami spędzają w niej całe życie...Ośrodek jest niewielki, ale pełni też rolę edukacyjną - znajdują się tam wizerunki różnych gatunków niedźwiedzi, plansze informacyjne itp. Tym bardziej szkoda, że większość zwiedzających przemyka przez niego, żeby jak najszybciej znaleźć się w głównej atrakcji tego miejsca.

Image

Wodospady Kuang Si. Idąc w górę, mija się kolejne kaskady i jeziorka. Ale powiem Wam, że są naprawdę piękne.

Image

W niektórych zbiornikach można się kąpać - tu zatrzymuje się większość miejscowych i niektórzy turyści. Przy drodze są nawet poustawiane drewniane przebieralnie, gdzie można wygodnie zdjąć strój kąpielowy.

Image

Jednak im dalej się pójdzie, tym piękniejsze widoki się przed tobą odsłaniają.

Image

Jak dla mnie, jest tylko jedna wada tego miejsca - dużo ludzi. Nie tylko turystów. Również miejscowi często tu przyjeżdżają, żeby ochłodzić się w wodzie. Właściwie trudno się im dziwić :)

Image

Na samym końcu znajduje się główny, 25-metrowy wodospad.

Image

Na dół zbiegaliśmy z językami na brodzie. Za dużo czasu zajęło nam podziwianie natury i obawialiśmy się, że nie zdążymy do minivana. Jednak zdarzyło się coś gorszego :/ :D Cały parking był wypełniony takimi samymi, białymi pojazdami :/ :D Gdy straciliśmy już nadzieję na odnalezienie właściwego, podszedł do nas pan (jestem pewna, że "nasz"), zagonił nas do auta (hmm, tak na 80% "naszego"), ale, niestety, w środku nie rozpoznaliśmy ani jednego turysty, który tu z nami przyjechał :/ :D Oni też przyglądali się nam dosyć podejrzliwie. Trochę się baliśmy, że pan sobie nas pomylił z kimś innym - przypuszczam, że dla Laotańczyków wszyscy Europejczycy wyglądają podobnie - i że wylądujemy w innym hotelu, w dodatku w innym mieście np. :/ :D Ponadto, dziwna sprawa, kogoś zostawiliśmy przy tych wodospadach :D Pan czekał, rozglądał się, szukał, aż w końcu machnął ręką i odjechaliśmy z dwoma pustymi miejscami :D
A najdziwniejsze było to, że każdego z nas odwiózł pod właściwy hotel. Tzn. mam taką nadzieję, bo nikt z pozostałych turystów nie protestował przy wysiadaniu :D

Image

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#15 PostWysłany: 04 Sie 2020 08:27 

Rejestracja: 08 Kwi 2018
Posty: 1
Nie żebym poganiała autorkę:), w końcu są wakacje, ale nie mogę się doczekać dalszego ciągu. No i jakoś bez emotek czyta mi się to inaczej niż zwykle:)
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 05 Sie 2020 15:00 

Rejestracja: 05 Mar 2017
Posty: 710
srebrny
1 post na forum i już poganianie :o
_________________
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 05 Sie 2020 18:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 642
Loty: 254
Kilometry: 408 674
srebrny
Lepszy taki niż "jak dojechać z lotniska Bergamo do centrum"
@pestycyda dawaj do przodu :)
Góra
 Relacje PM off
katka256 lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 05 Sie 2020 22:22 

Rejestracja: 08 Kwi 2018
Posty: 1
katka2561 post na forum i już poganianie
:o
No właśnie napisałam, że nie poganiam, tylko, że czekam. Bo po prostu bardzo lubię relacje Pestycydy, które czytam od kiedy zaczęły pojawiać się na tym forum. Myślałam, że do tego nie trzeba mieć jakiejś określonej (dużej) liczby postów i że zwyczajnie autorka może nawet się ucieszyć, że ma więcej zagorzałych czytelników niż myśli:)
Góra
 Relacje PM off  
 
#19 PostWysłany: 05 Sie 2020 22:36 

Rejestracja: 05 Mar 2017
Posty: 710
srebrny
maginiak napisał(a):
Lepszy taki niż "jak dojechać z lotniska Bergamo do centrum"
@pestycyda dawaj do przodu :)

masz rację
@bedbo jeśli jesteś takim fanem/fanką relacji pestycydy, trzeba było założyć wcześniej konto i np.klikając "lubię to" lub zgłaszając relacje do konkursów, dać znać autorce, że jej relacje podobają się większej liczbie osób.
_________________
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 05 Sie 2020 23:40 

Rejestracja: 08 Kwi 2018
Posty: 1
katka256maginiak napisał:Lepszy taki niż "jak dojechać z lotniska Bergamo do centrum"@pestycyda dawaj do przodu
:)masz rację@bedbo jeśli jesteś takim fanem/fanką relacji pestycydy, trzeba było założyć wcześniej konto i np.klikając "lubię to" lub zgłaszając relacje do konkursów, dać znać autorce, że jej relacje podobają się większej liczbie osób.
Konto założyłam dużo wcześniej:) a Pestycyda, cóż, właśnie się dowiedziała:) Ale masz rację, autorzy relacji pownni wiedzieć, że się ich docenia i właśnie podjęłam działania w tym kierunku:)
Góra
 Relacje PM off
katka256 lubi ten post.
 
 
 [ 21 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group