Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 16 Maj 2019 10:21 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 69
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Hej hej. Pomęcze was kolejnymi swoimi wypocinami ;)

Ta podróż wyszła tak troche przypadkiem. Kierunek bardziej wybrał nas, niż my jego.
Zeszły rok był bardzo intensywny- zwłaszcza pierwsza połowa. W styczniu obroniliśmy inżyniera, w lutym polecieliśmy do Maroko skąd wróciliśmy jako narzeczeni, pod koniec kwietnia była Malezja i Singapur z promocji QR, no a potem... na potem, w miesiące wakacyjne nie mieliśmy zaplanowane nic.
Przewijało się wiele pomysłów, co by tu zrobić, codziennie grzebałem po fly4free i skyscanner rozpatrując wszystkie kierunki. W końcu pod koniec lipca samemu znalazłem ciekawą ofertę one-jaw do Am.Pd. Lecimy? Lecimy- odpowiedź przyszła z Peru, bo akurat Asia była tam z mamą.


Za 2503zł, na miesiąc przed wylotem kupiłem dla nas WRO-FRA-IAH-EZE, SCL-IAH-FRA-DRS co umożliwiało podróż "bez wracania się" czyli tak jak lubimy najbardziej. Dodatkowy achievement- to będzie dla mnie piąty kontynent w ciągu roku.

Image

Jako że było to 9 miesięcy temu to niestety nie będę pamiętał wszystkich szczegółów, ale postaram się nadrobić zdjęciami ;)



Część pierwsza: Buenos Aires

Image

Stosunkowo rzadko udaje sie nam wylatywać z Wrocławia. Do tej pory najczęściej WAW, oraz oczywiście BER i PRG. Raz nawet się zdarzył BUD. Niesamowity luksus- można się wyspać przed podróżą, nawet pomimo że odlot o 6:25. Dwa razy oglądam każdą ciężko zarobioną, złotówkę jaka mi przechodzi przez ręce- stąd nie będzie fotek z saloników itp.

Image

Lufthansa ma w zwyczaju raczyć EPWR ciekawymi typami samolotów bezpośrednio przed ich wycofaniem. W 2012 latał do nas RJ-85 z MUC, W 2014-2016 737-300/500 z FRA, a w 2018 Fokker 100 z MUC- za każdym razem po zakończeniu sezonu, te samoloty były kompletnie wycofywane a na trase wracał standardowy CR9. Mocno się starałem aby ułożyć nasz routing przez MUC zamiast przez FRA tylko po to żeby się przelecieć Foką- niestety taki bilet był o 800zł droższy i aż tak strasznie mi nie zależało.

Image

Nasz lot natomiast jest obsługiwany przez CR9 w nowym malowaniu. Dla mnie pierwszy lot CRJtem.

Image

We FRA mamy cztery godziny przesiadki. Moja czwarta wizyta, ale pierwsza w celach czysto przesiadkowych. W 2011 i lipcu 2018 byłem autem na spottingu, a w listopadzie 2017 zaliczyłem durnolota 747 LH z TXL.

Image

Podstawiają nasz 772 UA:

Image

Wnętrze stosunkowo stare, dzięki temu wciąż w coraz rzadziej spotykanej konfiguracji 3-3-3 w 777. Dodatkowo wybraliśmy miejsca na końcu, i nie mamy trzeciego współpasażera.

Image

Lot do Houston trwał 10,5 godziny. Nie mam fotek paszy- szału nie było (poprzeczka wysoko postawiona, bo dotychczasowe loty long-haul miałem EK, QR, TK oraz BA w P) aczkolwiek wybredny nie jestem i mi smakowało. IFE natomiast bardzo skromne.

IAH podczas dowinwind:

Image

Fortress hub UA na całą Amerykę Centralną, Południową i Meksyk.

Image

Nie mógłbym wybrać tej opcji dostania się do Argentyny, gdybym nie miał wizy w paszporcie. Na immigration gość przyczepił się do ilości pieczątek w paszporcie, pytał się w jakim celu tak często podróżuje, zwłaszcza jeśli powiedziałem że do niedawna byłem studentem (!!!). Co go to obchodzi. No ale musiałem się wyspowiadać.

Mamy kolejne 4 godziny do odlotu. W Houston mamy się spotkać moim (przyszłym) teściem, Asi tatą który dolatuje do nas od siebie z TPA i razem lecimy do EZE. Jego ksywa- Stefan. Część czasu spędzam na spottingu.

Odlot 789 do SYD, szóste najdłuższe połączenie świata:

Image

Dla mnie ciekawy, bo każdy reg jest nowy- ale tak ogólnie to spotting w USA jest mega nudny (poza wyjątkami jak MIA, LAX, JFK). Na zmiane cztery linie- i to na każdym lotnisku.

Image

737-700 wygląda świetnie z wingletami split scimitars:

Image

A E145 ogólnie jest super:

Image

Dostarczony kilka dni wcześniej 737MAX9, ostateczny zabójca 752 na transcon w US:

Image

Jest problem- burza nad FL i samolot Stefana przyleci opóźniony o 70 minut, zmniejszając czas przesiadki do 23 minut. Zgłaszamy to przy naszym gate. Ostatecznie zdąża na styk- i w trójkę wchodzimy do samolotu jako ostatni. My do Y, on do C (lata na standby).

Image

Image

Wylot 22:20, przylot o 10:20. Lot prawie w całości przespany.

Image

Wszystkie samoloty z USA do południowej Ameryki Południowej (EZE, SCL, GRU, GIG itp) przylatują z rana, stoją cały dzień na płycie i odlatują wieczorem. Niektóre linie utworzyły centra serwisowe (DL w EZE, AA w GRU) po to aby przez ten czas wykonać przeglądy. Po przylocie do EZE na płycie stoją już 3 772 AA, 2 763 DL i 764 UA.

Image

Image

Pieczątka do paszportu i witaj Ameryko Południowa. Ten kontynent jest idealny do podóżowania na polskim paszporcie- wiza nie jest potrzebna do żadnego kraju!

Wsiadamy do zwykłego miejskiego autobusu do centrum (czas jazdy z Ezeiza- ponad godzina). Po drodze przygoda. W połowie drogi zaczynam się coraz gorzej czuć. Stwierdzam, że wytrzymam. Chyba jednak nie. Jest przystanek, tuż obok stacja benzynowa- daje nagle sygnał że wysiadamy i pełne ukłony dla ekipy bo w 5 sekund wyszliśmy z autobusu. Ja pobiegłem na stacje, na szczęście była toaleta. Jednak mogłem wziąć wołowine zamiast kurczaka w UA.

Wchodzimy do następnego autobusu. Piździ. Strasznie piździ. Przylecieliśmy tu w sierpniu, ale tutaj to jest końcówka zimy. W dodatku krajobraz po drodze (biedne, zaśmiecone przedmieścia) mocno nie zachęcał. Gdy tylko dojeżdżamy do centrum, na piechotke do hotelu i spać. Długo spać- w końcu za nami 3 loty: 1,5 + 11 + 10 godzin i łącznie 8 godzin przesiadek. Ponadto różnica czasu -5h.


Dzień 1: 31.08
Nie mamy żadnej gotówki- trzeba wymienić. W hotelu mówią że banki mają bardzo dobre kursy i śmiało można tam wymieniać, nie trzeba szukać kantoru. Znajdujemy pierwszy lepszy bank- a tam spora kolejka każdy wymienia pieniądze. Okazało się że tego dnia, kurs argentyńskiego peso do dolara nagle spadł o 1/4.
https://www.xe.com/currencycharts/?f...to=USD&view=1Y

Dla nas dobrze, bo będzie jeszcze taniej- ale miejscowi wyglądają na wkurzonych, i wcale im sie nie dziwie.

Image

Image

Image

Image

Image

Stefan nas zaprasza aby pozwiedzać miasto autobusem hop on hop off.

Image

Image

Image

W pewnej części trasy objazd, bo ulica zablokowana przez protestujących obywateli, którym się nie spodobał dzisiejszy kurs. Pełno policji, jest ciekawie.

Image

La Boca:

Image

Image

Image

Image

Następnie pod mechaniczny kwiat, który otwiera się o wschodzie, i zamyka o zachodzie.

Image

Image

Każda ciężarówka i autobus ma układ dopompowywania ciśnienia.

Image

Image

Image

Musimy się na chwile udać na lotnisko AEP (Aeroparque) bo jutro mamy lot krajowy do Iguazu linią Andes Lineas Areas i nie da rady dokupić bagażu online- nie przechodzi żadna z naszych kart. Przy okazji namawiam ekipe na krótki spotting:

Image

Image

Aerolineas Argentinas to jedna z niewielu linii, która w ostatnich 10 latach zmieniła malowanie zdecydowanie na plus. Inne (imho) to Finnair, Air Canada, Etihad.

Image

A tutaj przykład mega zmiany na minus.

Image

Image

Image

Nasz samolot (dzień przed lotem):

Image

Image

Image

Image

Na koniec dnia- La Recoleta.

Image

Nie mamy w zwyczaju zwiedzać cmentarzy- lecz tutaj jest naprawde warte zobaczenia nekropolis. Bardziej klimatyczne niż w Bonifacio na korsyce.

Image

Image

Image

Image

Dzień 2: 2.09
Po jednodniowym zwiedzaniu boskiego Buenos, lecimy do Iguazu.

Image

Image

Do końca miałem nadzieje, że coś sie wysypie w naszym 738 i polecimy MD83. Andes ma flotę 4 + 4. Niestety do IGR nie było rozkładowych lotów M83 tylko wszystkie na 738, i takim też ostatecznie polecieliśmy.

Image

Image

Andes- typowy LCC. A na pokładzie poczęstunek niespodzianka- paczuszka która w europejskim LCC by kosztowała z 10 euro- soczek, duże ciastko i chrupki.

W Iguazu, dużo gorsza pogoda niż z rana w BA.

Image

Lotnisko ma dwie bramki, przy czym druga jest zapasowa i wszystkie loty odbywają się z tego samego, jedynego rękawu na lotnisku.

Image

Koniec części pierwszej.

W kolejnych częściach Iguazu, Cordoa, Jujuy, przejazd do Chile, region Atacama, Antofagasta, Valparaiso oraz Santiago. Zapraszam do śledzenia.
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 16 Maj 2019 12:02 

Rejestracja: 07 Kwi 2014
Posty: 500
niebieski
sevenfiftyseven napisał(a):
Pieczątka do paszportu i witaj Ameryko Południowa. Ten kontynent jest idealny do podóżowania na polskim paszporcie- wiza nie jest potrzebna do żadnego kraju!

Do Gujany i Surinamu też nie trzeba? :-)
Tak czy inaczej czekam na dalszy ciąg bo na forum mało relacji z Argentyny
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu:
#3 PostWysłany: 16 Maj 2019 12:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Mar 2016
Posty: 621
Loty: 57
Kilometry: 111 075
srebrny
Ay, caramba!
Zapowiada się super. Za każdym razem gdy widzę ARG przypomina mi się tam moja własna wizyta. Piękny region
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 19 Maj 2019 11:00 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 69
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Część druga: Puerto Iguazu

2.09.2018
Nagle znajdujemy się w klimacie subtropikalnym wilgotnym- rzeczywiście jest tropikalnie i wilgotno. Po przylocie z AEP, zostawiamy rzeczy w pensjonacie i pieszo udajemy się pare kilometrów w dół Puerto Iguazu, do miejsca gdzie spotykają się trzy państwa.

Image

Tres Fronteras- tak nazywa się to miejsce. Stojąc na Argentyńskiej stronie, na lewo widać Paragwaj, a na prawo Brazylię.

Miasta:
Argentyna: Puerto Iguazu, ok. 80 000 mieszkańców: Lotnisko IGR
Brazylia: Fos do Iguacu, ok. 260 000 mieszkańców: Lotnisko IGZ
Paragwaj: Ciudad del Este, ok. 300 000 mieszkańców

Image

Image

Wkroczyliśmy w rejon Yerba Mate. Każda, ale to naprawdę każda napotkana osoba siorbie Yerbe, w sklepach są całe regały różnych gatunków tej herbaty.

Image

Następnego dnia, również pieszo wybieramy się do szpitala dla zwierząt Guira Oga, gdzie trafiają m.in potrącone ptaki i małpy z całego regionu. Nie jest to zoo, co powtarzają nam na każdym kroku. Zwierzęta są leczone, i tak szybko jak tylko to możliwe wypuszczane spowrotem do lasu tropikalnego. Wstęp kosztuje równowartość 40zł. Zwiedzanie jest tylko w grupach z przewodnikiem- co ciekawe, są grupy po Angielsku.

Image

Image

Image

Image

Image

Jest i on- Tukan. Symbol tego regionu, bohater każdego lusterka i deski rozdzielczej w miejscowych taksówkach.

Image

Image

Klatki dla zwierząt są porozmieszczane w pewnych odległościach od siebie w lesie, pomiędzy nimi wędruje się wyznaczonymi ścieżkami przez las tropikalny co samo w sobie jest atrakcją.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



Kolejnego dnia w końcu pogoda jest lepsza i wybieramy się do głównego powodu dla którego tu jesteśmy- Cataratas del Iguazu, Jeden z 7 cudów natury.

Image

Wstęp kosztuje 700 peso (ok. 14$). Jest możliwość wejścia następnego dnia za połowę ceny, jeśli pod koniec pierwszego podbijemy bilet w odpowiednim punkcie. Całość jest jak najbardziej do obejścia w jeden dzień (bez korzystania ze spływów ani rejsów łodziami). Pomiędzy trasami (jest ich 3) kursuje wąskotorówka, do której żeby wejść czekaliśmy godzinę (pomimo że byliśmy poza sezonem). Na szczęście potem nigdzie nie było juz tłoków.

Image

Image

Zaczynamy od "gardła diabła" czyli najwyższego poziomu wodospadów. Od stacji kolejki, trzeba przejść ok. kilometra pomostami nad rzeką. Całość jest fajnie pokazana na tej mapce:

Image

Po drodze można napotkać pełno fauny- wiele gatunków ptaków, a także żółwie, oraz ogromne zbrojniki w wodzie.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Strona Brazylijska- Nawet tam się nie wybieraliśmy, ponieważ 90% wodospadów jest w Argentynie.

Image

Ostronosy rude- utrapienie tego parku. Ostro żebrzą o jedzenie, są wszędzie. Potrafią zaatakować i naprawde ostro pokaleczyć (pazurami mogą rozciąć skóre na głębokość centymetra). Są przed nimi ostrzeżenia i absolutny zakaz dokarmiania i próby bawienia się.

Image

Image

Image

Środkową trasę (upper circuit) pominę, natomiast największe wrażenie robi trasa najniższa (lower circuit). Dosłownie Eden.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kolejnego, ostatniego już dnia pobytu w regionie Missiones, chcemy zaliczyć nowy kraj- Paragwaj. Dla zasady. Jedziemy z naszym taksówkarzem- dzień wcześniej umówiliśmy się z nim gdy wiózł nas a potem przywoził z wodospadów. Żeby z Argentyny dostać się do Paragwaju trzeba przejechać przez Brazylie- niestety nie stemplowali paszportu (kolekcjonuje pieczątki ;) )

Image

Dowiózł nas do początku mostu między Brazylią a Paragwajem, co już musieliśmy pokonać pieszo; natomiast w drugą stronę (powrót) miał na nas czeka na granicy po stronie Argentyńskiej.

Paragwaj- Ciudad del Este- jeśli kogoś nie jara "zaliczanie przy okazji"- nie ma żadnego powodu żeby tam jechać. No chyba że chcesz robić zakupy- elektronika albo kicz odzieżowy.

Image

Image

Image

Image

Po prawej stronie Paragwaj, po lewej Brazylia, w oddali- Argentyna.

Image

Przez granicę da się przejść bez pieczątek, natomiast można wejść na posterunek i poprosić. I tak też zrobiłem ;)

Image

Przy okazji zaliczyliśmy też Brazylie- W drodze między granicami, zjedliśmy obiad w mieście. Asua dostała największe Empanadas jakie widziałem!

Image

Z Fos do Iguacu do granicy BR-AR trzeba dojechać autobusem, bo to dystans kilkunastu km. Tam, po drugiej stronie czekał na nas umówiony kierowca, który zabrał nas do hotelu żeby wziąć bagaże, a następnie zabrał na lotnisko.

Do Cordoby (COR) lecimy linią Fly Bondi. W chwili gdy lecieliśmy (wrzesień `18) linia miała raptem 9 miesięcy.

Image

Ciekawostka- Austral pomalowany w Skyteam. Dla wyjaśnienia- w sojuszu jest Aerolineas Argentinas, a nie Austral Lineas Aeras- ten jest tym czym dla LOTu był Eurolot- linią regionalną. To tak jakby był swego czasu był Eurolot w malowaniu Star Alliance ;)

Image

No i nasz samolot:

Image

Lądowanie w COR:

Image

Koniec części drugiej.
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 04 Cze 2019 08:16 

Rejestracja: 11 Lut 2017
Posty: 20
Loty: 45
Kilometry: 125 336
Będzie część trzecia?
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 04 Cze 2019 08:38 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Maj 2011
Posty: 7321
Cytuj:
Brazylia: Fos do Iguacu, ok. 260 000 mieszkańców: Lotnisko IGZ

Port lotniczy Foz do Iguaçu (IATA: IGU, ICAO: SBFI)
_________________
Odpoczynek od forum
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 04 Cze 2019 11:31 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 941
platynowy
Wielkie dzięki za świetną relację z Iguazu - w tym za mapki dające wyobrażenie tego co można zobaczyć na miejscu.
Mam pytanie do tych, którzy byli również po stronie brazylijskiej: czy w porównaniu do tego co widać od strony Argentyny warto tam w ogóle zaglądać i czy może jest tam jakieś szczególne "must see". Jeśli będę jechał do Iguazu to raczej na pewno z Buenos Aires i po tym co zobaczyłem powyżej zaczynam mieć wątpliwości, czy w ogóle warto jechać na stronę brazylijską.
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 04 Cze 2019 12:58 

Rejestracja: 31 Sty 2014
Posty: 1817
złoty
Strona Brazylijska zapewnia widok z zupełnie innej perspektywy. Po stronie
Argentyńskiej podobały mi się pomosty którymi można było podejść pod sam wodospad, niemniej widok z dołu robi ogromne wrażenie. Myślę że obie strony są warte odwiedzin, może z minimalnym wskazaniem na Brazylię. Must see to oczywiście Gardziel Diabła. Szykuj się na to że wrócisz mokry bo "mgiełka" z wodospadu dociera do szlaku.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
greg2014 lubi ten post.
greg2014 uważa post za pomocny.
 
 
#9 PostWysłany: 04 Cze 2019 13:50 

Rejestracja: 31 Paź 2017
Posty: 129
niebieski
Obie strony trzeba koniecznie zobaczyć!!!
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 10 Cze 2019 02:31 

Rejestracja: 17 Wrz 2015
Posty: 160
niebieski
SPLDER napisał(a):
Myślę że obie strony są warte odwiedzin, może z minimalnym wskazaniem na Brazylię.


No to ja bym się raczej nie zgodził :) To znaczy pełna zgoda co do tego, że warto odwiedzić obie strony, ale jak dla mnie to prawdziwe wodospady poznaje się dopiero po stronie argentyńskiej, kiedy jesteś ich dużo bliżej i czujesz tę moc.

Podobno wśród miejscowych jest powiedzenie, że wodospady po stronie brazylijskiej to oglądanie imprezy, a po stronie argentyńskiej uczestnictwo w niej. I moim zdaniem coś w tym jest. Tak że @greg2014 - jeśli zdecydujesz się na obie strony, to polecam pierwszego dnia oglądać stron brazylijską, a drugiego argentyńską. Ja to robiłem w takiej kolejności i bardzo się cieszę, bo wydaje mi się, że po zobaczeniu strony argentyńskiej, brazylijska może robić już mniejsze wrażenie. Ale jak widać po różnicy mojego zdania i kolegi @SPLDER, różne są gusta. Warto się przekonać samemu.
Góra
 Relacje PM off
greg2014 lubi ten post.
greg2014 uważa post za pomocny.
 
 
#11 PostWysłany: 17 Cze 2019 10:27 

Rejestracja: 23 Maj 2015
Posty: 69
Loty: 162
Kilometry: 232 835
niebieski
Po dłuższej przerwie, pora na część trzecią.
Cordoba- San Salvador de Jujuy- Purmamarca- Paso del Jama- San Pedro de Atacama

Przylatujemy z Iguazu do Cordoby ok. 22:00, odbieramy bagaże i idziemy na autobus. Mam dejavu i wydaje mi się że jestem w OPO, terminal zdawał mi się złudnie podobny. Po dojściu na przystanek czekają na nas dwie niemiłe niespodzianki: 1. autobus będzie dopiero za 50 minut; 2. trzeba kupić karty magnetyczne. Nie mamy tyle gotówki aby kupić trzy razy bilet + karta.
Pieniędzy starcza nam na styk, aby dojechać w pobliże hotelu taksówką.

Hotel się okazuje bardzo miłym zaskoczeniem. Jest w stylu lat 70, w pozytywnym znaczeniu. Wyposażenie z lakierowanego drewna, dużo kwiatów, obsługa w garniturach. W tle słychać hiszpańską muzyke klasyczną, a w powietrzu jeszcze się unosi zapach kolacji w hotelowej restauracji.

Następnego dnia, zwiedzamy Cordobe. Miasto jak każde inne, najbardziej mi się spodobał park w którym było tyle pierścieni ile miasto liczy sobie lat, i na każdym były wygrawerowane najważniejsze wydarzenia w danym roku. Bardzo oryginalne.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kolejnego dnia, tzn 6.09.2018 z rana żegnamy się ze Stefanem. On leci z Cordoby do Santiago (SCL), skąd po dwóch dniach z powrotem do Tampy, FL. My od tej pory możemy podróżować nieco bardziej w naszym stylu. Planu (trasy) póki co brak, ale ma być autostop, namiot i przygoda.
Nakreśla nam się pomysł aby odwiedzić rejon Atacama. Decydujemy się, że przejedziemy autobusem z Cordoby do San Salvador de Jujuy, skąd już będziemy próbować łapać stopa do Chile. Poza zaplanowaniem dalszej części podróży ten dzień nie był najbardziej produktywny bo po prostu czekaliśmy na dworcu na odjazd autobusu. Odjazd o 18, przyjazd o 7 rano następnego dnia. Pojechaliśmy Andesmar- wnętrze bardzo komfortowe- WC, AC, poczęstunek i gorące napoje, fotele rozkładane praktycznie na płasko. No ale tanio nie było, z tego co pamiętam ok. 120zł (kupione na dworcu na 4 godziny przed odjazdem).



Obudziłem się o wschodzie słońca. Byłem zaskoczony jak bardzo zmienił się krajobraz za oknem. Jesteśmy prawie 1000km na północ- pojawiły się kaktusy, poza pojedynczymi wioskami jedziemy głównie po pustkowiu. Jest mega sucho dookoła.
Widoki z okna autobusu:

Image

Image

Plan zakładał aby przeżyć totalny adventure time- przedostać się do Chile autostopem. Postanowiliśmy zacząć już w mieście dokąd dojechaliśmy autobusem z Cordoby, czyli San Salvador de Jujuy- chcieliśmy dojechać do Purmamarca.
Przeszliśmy pieszo na wylotówkę w prawidłową stronę... Przez 2h nie zatrzymał się nikt. Słyszeliśmy inne historie o stopie w Ameryce Południowej, że zazwyczaj jest mega łatwo... Decydujemy się nie marnować więcej czasu i wrócić się jednak na dworzec, dojechać do Purmamarca autobusem. Wystarczająco dużo czasu straciliśmy; ok. 5 godzin.

Jedziemy do Purmamarca. Dlaczego tam, a nie do Tilcara albo Humahuaca? Chcieliśmy dotrzeć do drogi w strone Chile dla zwiększenia szans na powodzenie...

Image

Image

Po dojechaniu na miejsce, czuć klimat. Jest tak jak tu miało być, tak w dzieciństwie sobie wyobrażałem całą Amerykę Południową. Kaktusy, skały...
Image

Szukamy pola namiotowego. Najbliższe oficjalne jest ponad 2km od centrum. Powoli zmierzając w tamtą strone, zaczepia nas chłopak i się pyta po angielsku czy mamy nocleg. Zazwyczaj spuszczamy takich na drzewo, ale ten mówi o campingu 300m stąd, nieopodal stadionu. Postanawiamy zaryzykować i idziemy za nim. Doprowadza nas do hipisowego obozu, gdzie wolno płynie czas. Podejrzewam że teren został przez nich zajęty w formie samowolki ;)

Image

Image

Image

Purmamarca i okolice:
Image

Image

Image

Image

Image

Image

W środku nocy jest bardzo chłodno, temperatura spada do ok. 5 stopni. Za to niebo... w życiu nie widziałem tyle gwiazd. Jak nie mam w zwyczaju wpatrywać się w sklepienie przez dłuższy czas, tam nie mogłem oderwać wzroku. Fotki jakie są takie są, starałem się jak mogłem- ale oczywiście zupełnie nie oddają tego widoku.

Image

Image

Następnego dnia, powolny poranek. Yerba w jedynej pamiątce jaką sobie przywiozłem- kubku z iguazu. Towarzyszy mi jeden z kotów zamieszkujących ten obóz, oprócz tego mieszka tam też całe stado psów, które szczekały praktycznie całą noc.

Image

Zwijamy się w miare wcześnie rano aby zacząć łapać stopa w stronę Chile. Podchodzimy ok. 30 minut do potencjalnie "idealnego miejsca" na łapanie... Znów pare godzin bez jakiejkolwiek podwózki- mimo że ruch wcale taki mały nie był, co 4-5 minut coś jechało, tiry także. No może nie tak zupełnie bez jakiejkolwiek okazji- zatrzymał się pickup i wsiedliśmy z nadzieją na jakiekolwiek posunięcie się do przodu. Po pięciu minutach kierowca mówi że jedzie do Tilcara. Hola Amigo, Tilcara jest nie w tą stronę, to jest RN52 na Chile. Zatrzymał się, zawrócił, zawiózł nas w to samo miejsce skąd nas zabrał. Po sześciu godzinach stwierdzam że rezygnujemy, to i tak jest mega ryzyko i lepiej będzie także tą trasę przejechać autobusem.

Z tym także wcale nie jest tak łatwo. Andesmar jeździ z trzy razy w tygodniu z Purmamarca do San Pedro de Atacama... ale nie można kupić biletów w Purmamarca, nie prowadzą tutaj sprzedaży. Przez internet też nie pójdzie, bo nie przechodzi karta płatnicza- potrzebna by była argentyńska. Musimy się wrócić spowrotem do San Salvador de Jujuy, żeby tam na miejscu kupić bilet w kasie, po czym w drodze do S.P de Atacama przejedziemy przez Purmamarca. Trasa: 10h, odjazd o 02:45.

Na granicę Argentyna-Chile, przyjeżdżamy o 7:00 rano. Jak tu jest pusto. Oprócz naszego autobusu, jest posterunek, i postój tirów na którym stoją DWIE ciężarówki. Granica jest na wysokości 4200mnpm, zwie się Paso de Jama. Miałem problemy z oddychaniem bo podróż zaczeliśmy od wysokości 1259 mnpm. Z autobusu trzeba zabrać cały swój bagaż i go prześwietlić. Całość zajmuje około 1 godziny.

Nadchodzi pora na coś, na co najbardziej czekałem. Trasa od Paso de Jama do San Pedro de Atacama- Chile Route 27. W pewnym miejscu wjeżdża się na 4800. Przez 160 km nie ma kompletnie niczego. Miało być nieco inaczej, mieliśmy to przeżywać siedząc w szoferce jakiegoś tira albo na pace jakiegoś pickupa, ale i tak jest klimat.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Około 12 dojeżdżamy do San Pedro de Atacama. Szukamy wpierw jakiegoś pola namiotowego... większość pozamykana, albo ma ceny porównywalne jak w hostelu. Ogólnie jest tu bardzo drogo. Bardziej nam się opłaca pójść jednak na tę noc do hostelu.

Image

Image

Image

S. P. de Atacama znajduje się na 2400mnpm, i leży w klimacie chłodnym pustynnym. Jest to najbardziej suchy rejon na świecie. Ten dzień spędzamy na włóczeniu się po mieścinie i chillowaniu na hamakach w hostelu, siorbiąc yerbe.

Image

Image

Image

Pizza z Avokado:
Image

Image

Image

Decydujemy się wykupić na jutro dwie wycieczki zorganizowane- strefa geotermanla El Tatio z samego rana, oraz Valle de la Luna popołudniu.

Prawie kupiliśmy także 3 dniową wycieczkę do Uyuni w Boliwii. Ostatecznie nie decydujemy się z dwóch powodów. Po pierwsze, nie ma efektu lustra. Po drugie, sama nie wiedząc czemu, Asia wjechała do Chile na Amerykańskim, zamiast na Polskim paszporcie. Biuro podróży nie chciało się zgodzić na to, aby wpisać jednak dane z Polskiego paszportu- obchodził ich ten, gdzie była pieczątka wjazdowa. A wiza do Boliwii dla obywateli USA to... 160$. W sumie i tak zupełnie nie planowaliśmy Uyuni w tej podróży, kiedyś wrócimy troche bardziej na północ (Peru, Boliwia, Kolumbia) i wtedy się tam pojedzie.

Następnego dnia, do gejzerów El Tatio wyjeżdżamy na tyle wcześnie, by dojechać tam przed wschodem słońca.

Image

Image

Image

Wpierw przewodnik oprowadza po całym terenie, następnie jest śniadanie. Pół godziny potem, wstaje słońce. Przynajmniej o tej porze roku o której tam byliśmy- czyli we wrześniu. Rano jest potwornie zimno. Znowu znajdujemy się bardzo wysoko, 4320m n.p.m.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Z tej wycieczki wracamy ok. 13:00, a do Valle de la Luna jedziemy o 15:00. Jest chwila na wciągnięcie paru empanadas.

Image

Drugą wycieczkę mamy z przewodnikiem który nas dosłownie zalewa informacjami. Mega, mega dużo wiedzy naraz- co niestety szybko nas zmęczyło i już po chwili nie chciało się go słuchać :D
Valle de la Luna to w dosłownym tłumaczeniu księżycowy kanion- różnego typu formacje skalne i piaskowe, wydrążone przez wodę i wiatr.

Image

Image

Image

Image

Image

Krajobraz jest rzeczywiście jak na księżycu. Swego czasu Pink Floyd chcieli zagrać koncert właśnie tam, m.in ze względu na akustykę- przewodnik opowiadał że nie dostali na to zgody z obawy o niszczący wpływ na środowisko.

Image

Image

Image

Na koniec tego dnia jedziemy na wzgórze, skąd będziemy obserwować zachód słońca nad pustynią Atakama.

Image

Image

Image

Image

Koniec części trzeciej.
_________________
2016: Gruzja, USA (FL), Rosja
2017: Tajlandia, Kambodża, Laos, Wietnam
2018: Maroko, Malezja, Singapur, Argentyna, Chile,
2019: Nepal

Image Image
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
Garmond uważa post za pomocny.
 
 
 [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group