Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 23 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 14 Gru 2017 20:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Dziś trudno być Prawdziwym Podróżnikiem (PP), choć prawie każdy ma takie ambicje. Wielu z nas sen z powiek spędzają rozmyślania o tym, co trzeba zrobić, aby wreszcie PP zostać. Prawdziwy Podróżnik - to brzmi dumnie (w odróżnieniu od : turysta) :D
Liczne dyskusje (m.in. na forum Fly4free) i badania naukowe wskazują, że są tylko dwie drogi, aby wreszcie móc spojrzeć z góry na swoich rozmówców i wycedzić : "Co ty tam wiesz....Ja jestem PODRÓŻNIKIEM".

Może to zabrzmi nieskromnie, ale dotarło do mnie, że PP jestem od dawna. Ponieważ nakłada to na mnie pewne obowiązki, wraz ze współtowarzyszami moich podróży, postanowiliśmy przygotować dla Was poniższe opracowanie - poradnik. Nie jestem przekonana, czy będziecie w stanie osiągnąć poziom mistrzowski, ale jeśli będziecie solidnie ćwiczyć, to być może, być może coś się w Was rozwinie...

W poradniku zawarliśmy porady praktyczne (wszystkie wypróbowane przez autorów - nierzadko z narażeniem zdrowia/życia). Wiedzę tę postaramy się Wam przekazać w sposób przystępny. Autorzy proszą też o nierozpowszechnianie poradnika wśród osób postronnych. Po wypowiedzeniu magicznego zdania "Jestem PP" dużo więcej satysfakcji przynosi reakcja : "O ja cie...", "Czy mogę prosić o autograf?", niż : "Ja też", "Ja też", "Ja też"....Sami rozumiecie.
Właściwie uważam, że poniższy poradnik powinien znaleźć się w Twierdzy Szyfrów, aby dostęp do niego mieli tylko ci, którzy na to zasłużyli!

Co więc należy robić, aby zostać PP? Są dwie możliwości :

1. Podczas podróżowania należy unikać miejsc uznawanych za największe atrakcje turystyczne, bo tam jeżdżą tylko turyści. Aktualnie nie jest to łatwe - wszędzie drogowskazy, oznakowania, mapki z internetu itp. Owszem, można unikać tych miejsc SPECJALNIE, ale, umówmy się - to bardzo niski poziom i takiej osoby w żaden sposób nie można nazwać PP.
PP unika atrakcji turystycznych niejako mimochodem, niechcący. To jest prawdziwe mistrzostwo i trudna sztuka. Ale tę właśnie sztukę będziemy się starali Wam przybliżyć.

2. Podczas podróżowania należy zwiedzać miejsca niedostępne i niezbadane (np. odkrywać nowe źródła Amazonki), ale tym aspektem, khm..., jakby nie będziemy się zajmować :D

Czas podróży : 27.01.2017 - 10.02.2017

Bilety : Warszawa - Kutaisi, Kutaisi - Warszawa, Wizz Air, 326 zł.
Tbilisi - Katmandu, Katmandu - Tbilisi, Flydubai, 1375 zł.

Autorzy poradnika : koleżanka Beata, kolega Marcin i ja.

Plan podróży : zupełnie inny, niż teoretycznie założono :D

Image
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
luki uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 17 Gru 2017 20:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Rozdział I. Jak nie zobaczyłam tańczących fontann w Dubaju.

Prawdziwy Podróżnik musi się przede wszystkim koncentrować na tym, aby jak najmniej zapłacić za bilety lotnicze. To jego główny i najważniejszy cel. Pamiętajcie więc, że przy wyborze biletu nic innego się nie liczy - ani fakt, że loty przesiadkowe są z różnych lotnisk, ani niedogodne godziny odlotów, ani nawet konieczność spędzenia gdzieś kilku godzin - dni, żeby poczekać na właściwy (czytaj : tani) samolot. Wygodne, bezpośrednie połączenia są dla mięczaków (jeśli, jakimś cudem, uda się Wam z takiego skorzystać - lepiej to przemilczcie. Chwalenie się tym faktem z pewnością nie przysporzy Wam sławy i raczej oddali Was od tytułu PP).

Posłuszni tej zasadzie, zdecydowaliśmy się zatem na : przylot do Kutaisi o 6.00 rano, odlot z Tbilisi o 16.40, potem 15 godzin czekania w Dubaju (od 20.00 do 12.00 - naprawdę, cudowny czas na zwiedzanie miasta :/ :D , żeby w końcu wylądować w Katmandu o 18.00. Z lotami powrotnymi udało się nam jeszcze lepiej :/ :D Tym razem siedem godzin czekania w Dubaju (w nocy - jakżeby inaczej :/ :D ), przylot do Tbilisi o 6.00 rano, wylot z Kutaisi też w jakichś masakrycznych porannych godzinach, jednak 3 dni później :/ :D Za to było tak, jak na Prawdziwych Podróżników przystało :D

Image

Trochę gorzej poszło nam z przejazdem pomiędzy lotniskami :/ :D Starania staraniami, ale okazało się, że mamy jeszcze trochę "wygodnickich" przyzwyczajeń (a, jak wiadomo, PP cechuje upodobanie do niewygody :D ) i ulegliśmy bardzo miłemu panu. Efekt - 75 GEL za podwiezienie do Tbilisi taksówką :/ :D Początkowo. Bo w Tbilisi pan powiedział, że strasznie pada i jest nieprzyjemnie i w ogóle aura nie sprzyja, żebyśmy szukali autobusu, więc na lotnisko też nas zawiezie. Za 20 GEL. Właściwie cena po podzieleniu na trójkę nie była jakaś zabójcza. Ale trochę wstyd, bo jak to tak? Taksówką? W podróży? :/ :D No i dodatkowo podraża to całościową cenę dotarcia na miejsce. Dlatego porada praktyczna : jeśli chcecie zostać PP, opowiadając znajomym o swoim wyjeździe, albo przemilczajcie wydatki na przemieszczanie się między lotniskami, albo (i to chyba lepsze wyjście :D ) mówcie, że część drogi przebyliście jakimś taniutkim miejscowym transportem (możecie rzucić kwotę - za 50 tetri np. - duża szansa, że znajomi nie będą wiedzieć dokładnie, ile to jest, a resztę drogi na piechotę (oczywiście dźwigając ciężki plecak wypełniony konserwami na cały pobyt. A nie! Czekajcie - tak chyba nie, bo pewnie tylko bagaż podręczny :/ Hmm, no nie wiem, wymyślicie coś odpowiedniego, żeby w oczach przyjaciół błysnął podziw i zazdrość :D

Image

Na lotniskach zawsze intrygują mnie wystawy przedmiotów, które zostały skonfiskowane przy próbach przemycenia. Nie mam pojęcia w jaki sposób ktoś chciał, ukrywając oczywiście, przewieźć tego typu "pamiątki". Na pierwszym planie suhak. Marzę, żeby zobaczyć go na wolności i zupełnie nie rozumiem, jak komuś może sprawiać przyjemność taka ozdoba :/

Image

I wreszcie Dubaj. Noc, nie noc, ale zwiedzić trzeba :) A że jedną z nauk wpajanych mi od dzieciństwa jest "niebezpiecznie chodzić po nocy", wzięliśmy taksówkę (znowu :/ ) Na szczęście pracownik lotniska udzielił nam jednej z tajemnych porad i odeszliśmy kawałek od lotniska, kierując się w stronę ulicy. Tam taksówki miały mieć niższą cenę. Czy miały - nie wiem, bo nie mam porównania. Natomiast za dojazd do centrum zapłaciliśmy 48 AED.

Image

Dubaj nocą jest...hmm....Bogaty? Takie przynajmniej na mnie sprawił wrażenie. Świeci, błyszczy, skrzy się od ozdób i lampek.

Image

Chcieliśmy trochę pooglądać miasto, powłóczyć się, zobaczyć Burj Khalifa (najwyższy budynek), ale naszym głównym celem było obejrzenie tańczących fontann. Oczekiwaliśmy, że właśnie w nocy będzie to olśniewające widowisko. Do fontann trafiliśmy dosyć szybko.

Image

Jednak, powiem szczerze, trochę nas rozczarowały. Przy całym dubajskim przepychu wyglądały dosyć ...skromnie? Ale co my tam możemy wiedzieć? Skoro znawcy i specjaliści internetu okrzyknęli je cudem i wspaniałością, to pewnie tak jest. A my po prostu się nie znamy. Usiedliśmy więc na ławce i podziwialiśmy ich niewielkie strumyczki.

Image

Później fontannom trochę się poprawiło, ale nadal nie chciały tańczyć. To nas nieco zbiło z tropu, ale szybko zrozumieliśmy - pewnie pokazy tańca są o określonych godzinach, na które nam, niestety, nie udało się trafić. Trudno. Podziwialiśmy więc to, co było dostępne.

Image

Rozglądaliśmy się po okolicy...Szkoda było nam odejść od tego miejsca za szybko, bo w końcu przyjechaliśmy tutaj właśnie po to, żeby zobaczyć fontanny. Zachowawczo pocieszaliśmy się nawzajem, że "w sumie ładne to jest". Może mieliśmy za wysokie oczekiwania odnośnie tej atrakcji i dlatego teraz czujemy się trochę zawiedzeni?

Image

Gdy tylko strumienie wznosiły się wyżej, podskakiwaliśmy na ławce, bo może akurat właśnie zaczyna się pokaz tańca? Niestety nie - po każdej "zwyżce" następowała "zniżka" wody :/ Czekaliśmy cierpliwie. No dobrze - za ciekawe to nie było :/ :D Na szczęście każdą porażkę umiemy przekuć na sukces (ale to dlatego, że ciągle ćwiczymy :D Głównie spotykają nas porażki :D ) i wymyśliliśmy, jaką realną korzyść (skoro estetyczna była taka sobie :/ :D ) mogą nam przynieść tańczące fontanny. Otóż (wrażliwszych czytelników uprasza się o ominięcie tego fragmentu :D ) w podróży byliśmy już drugi dzień. Ciągle w tych samych butach...Rozumiecie...Wymyśliliśmy więc, że pod pozorem fascynacji przepięknymi fontannami i olbrzymią chęcią posiadania z tego miejsca pamiątki, zrobimy sobie zdjęcie. Wchodząc pojedynczo do fontanny. Gołymi stopami. Dla lepszego kadru, oczywiście :/ :D

Image

Mocząc nogi w jednej z głównych turystycznych atrakcji, głośno wyrażaliśmy przesadny i entuzjastyczny zachwyt. Nawet pan policjant, przechadzający się obok fontanny, patrzył na nasze prężenie się przed obiektywem z łaskawym uśmiechem, zabarwionym lekką wyższością. Ze zrozumieniem pokiwał nam głową, myśląc "no tak, przyjechali z biednego kraju, pewnie takich cudów jeszcze w życiu nie widzieli. Niech mają, biedaki, pamiątkę..." :/ :D

Image
PP z bijącym od nich entuzjazmem oglądają tańczące fontanny (za to są spełnieni i szczęśliwi - z powodu czystych stóp :D Przy okazji okazało się, że naszą odwagą zainspirowaliśmy innych turystów, którzy, zazdroszcząc nam cudownej pamiątki z tego wspaniałego miejsca, również postanowili sobie takie zdjęcie zrobić (ale ich intencje były zupełnie czyste. Hmmm, w podwójnym tego słowa znaczeniu :D

Image

Jednak, jak widać, policjant był wybitnym psychologiem - wobec nich nie był tak wyrozumiały i kategorycznie kazał im zakończyć ten niecny proceder. Trochę się nam zrobiło przykro - oni NAPRAWDĘ chcieli mieć taką pamiątkę. Poza tym, zaniepokoiła nas lekcja, jaką dało nam życie. Czyżby wskazywało kierunek, jakim powinniśmy podążać? :/ :D

Image

Na szczęście zaraz przy fontannach był kolejny punkt "do zwiedzenia" z naszej listy - Burj Khalifa.

Image

Super, dwa "must see" odhaczone za jednym zamachem, zostało nam już tylko niezobowiązujące "poszwędanie się".

Image

Image

Okolica była naprawdę ładna. Może nie z takich miejsc, w których chciałabym spędzić całe wakacje, ale zdecydowanie warte obejrzenia.

Image

Image

Dużo świateł, deptaki, przechodzący ludzie. Milutko...Jakiś ładny kanał/sztuczne jezioro, wokół którego mnóstwo pięknie oświetlonych kawiarenek. Cudo. Spacerowaliśmy wzdłuż niego podziwiając widoki. Nagle zaintrygowały nas dziwne rurki znajdujące się w wodzie - hmm, ciężko powiedzieć, co to było. Może w jeziorku hodowane są jakieś dziwne ryby, a te rurki, to skomplikowany system natleniania wody? Tak to wyglądało... I tak sobie spokojnie rozmawiając i napawając się klimatem, wędrowaliśmy dalej. Bardzo spokojnie. Do momentu. W. Którym. Zauważyliśmy. Tablicę. Informacyjną :/ :/ :/ :D A na tablicy wielkimi literami wypisane : tańczące fontanny :/ :D

Tak więc, moi drodzy, oto jedyne prawdziwe zdjęcie tańczących fontann w Dubaju, jakie mamy :

Image

:D :D :D Jednak najgorszy moment dopiero miał dla nas nadejść. Otóż, dzięki tablicy informacyjnej, dowiedzieliśmy się, że dokładnie w tym momencie, w którym odstawialiśmy figle z "naszymi" fontannami, odbywał się właśnie ostatni pokaz prawdziwych tańczących fontann....Wystarczyło przejść jakieś 300 metrów.....:/ :D

No. Tak więc widzicie. To nie jest przesadne chwalenie się. Naprawdę reprezentujemy poziom mistrzowski :/ :D Ktoś się odważy podjąć wyzwanie? :D

Postanowiliśmy wrócić jak najszybciej na lotnisko. Wprawdzie podobno "co cię nie zabije, to cię wzmocni", ale obawiam się, że nasza psychika kolejnej porażki by już nie zniosła :/ :D (na szczęście, co do Burj Khalifa mamy pewność. Cztery razy sprawdzaliśmy świecący podpis przed budynkiem :D

Image
Jeden z najładniej ozdobionych samolotów, jaki widziałam.

Image

Dubaj widziany z powietrza naprawdę robi wrażenie. Poza tym, jakoś mi się wydaje, że w naszym przypadku, taki sposób oglądania jest, wbrew pozorom, bezpieczniejszy :D Gdy wracaliśmy taksówką na lotnisko, musieliśmy zapłacić 10 AED więcej. Podobno jakiś most się zepsuł i pan musiał jechać okrężną drogą :/ :D

Image

Pustynne rezydencje. Niesamowite...

Image

Image

I wreszcie widok, na który czekaliśmy....

Image

Image
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
24 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 18 Gru 2017 11:54 

Rejestracja: 01 Wrz 2017
Posty: 66
Znakomita większość PP zostaje "zwykłymi" turystami natychmiast,gdy zaczyna ich być na to stać:-)
Miło się czytało w poniedziałkowe przedpołudnie:-)
Góra
 Relacje PM off
Pacyfa lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 18 Gru 2017 23:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@zzeke, tu nie chodzi o pieniądze ;) tu chodzi o + 1000 do wizerunku :D i o podziw, sławę itp. ;)
Poza tym, nawet gdybym zarabiała nie wiem jak wysoką kwotę, to i tak nigdy nie przestanę być PP :/ :D Nie pozwolą mi na to liczne talenty, m.in. talent do błądzenia, mylenia i przypadkowego unikania typowych atrakcji (patrz : podstawowa i główna zasada PP ;) i nienegocjowalność ;) :D
Pozdrawiam :)
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 21 Gru 2017 00:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Rozdział II. Jak nie zobaczyłam starego miasta w Katmandu.

W Katmandu wylądowaliśmy ok. 18.00. Formalności na lotnisku zajęły nam niecałą godzinę - wyrobienie wizy to koszt 25 USD + jedno zdjęcie. Waluta Nepalu to rupia nepalska (NPR), a 100 NPR to ok. 3,46 zł.
Na lotnisko przyjechał po nas znajomy Nepalczyk, który właściwie był jednym z głównych powodów, dla których tak pracowicie szukaliśmy taniego lotu właśnie do tego kraju. Lalit i jego żona, Danusha, prowadzą w Katmandu rodzinny dom dziecka, który bardzo chcieliśmy odwiedzić. Żeby nie robić im kłopotu, jeszcze w Polsce zarezerwowaliśmy przez booking.com dwie noce w hostelu Khangsar, znajdującym się w dzielnicy Thamel (2530 NPR za dwie noce w trzyosobowym pokoju). Lalit zawiózł nas do hostelu, pożyczył trochę miejscowych pieniędzy i obiecał, że następnego dnia przyjedzie po nas o 7.00 i pojedziemy odwiedzić dzieci z rodzinnego domu dziecka Papa's Home.

Pierwsze wrażenie z Katmandu? Dlaczego prawie wszyscy noszą maseczki przeciwpyłowe? Drugie - już wiem, ekhe-ekhe-khy :/ :D Powietrze w mieście faktycznie było dosyć zapylone - zanieczyszczenia osiadały w nosie i zatokach. Ograniczały też widoczność - w powietrzu wirowały drobinki kurzu, powodując, że wszystko wyglądało na pokryte szarą mgłą...Gdyby nie Lalit, to wątpię, czy potrafilibyśmy znaleźć nasz hostel (mimo, albo właśnie dlatego, że jesteśmy PP :D - Thamel składa się z małych, krętych uliczek, oblepionych sklepami, straganikami i hostelami. Tam naprawdę trzeba dokładnie wiedzieć, dokąd się idzie, bo inaczej, no cóż, dojdzie się zupełnie gdzie indziej :D

Image

Widok z okna naszego pokoju. Widzicie te dwa parasole na samym dole? Bardzo mocno nas przyciągały :) Dawały dwie obietnice -po pierwsze, że wreszcie solidnie się najemy. A po drugie - że są na tyle blisko naszego hostelu, że na pewno się nie zgubimy :/ :D Nie było więc na co czekać.

Image

Restauracyjka miała bogate menu, jednak nie mieliśmy większego problemu z wyborem :D Jak myślicie, co jako pierwsze zamawia wygłodniały PP po trzech dniach w podróży?

Image
:D no co, w końcu zbliżały się Walentynki, a proponowano nam "best wine of the country" :D Odmówilibyście? :D

Image
Lokalna zupa - przepyszna.

Image
I momo - tybetańskie pierożki z mięsem, są też wersje wegetariańskie. Dla mnie - rewelacja. Za taką ucztę dla trzech osób (suto zakrapianą :) zapłaciliśmy 1500 NPR. A gdy w dodatku okazało się, że w łazience mamy ciepłą wodę, zasnęliśmy zupełnie szczęśliwi (tak. Okazuje się, że PP do szczęścia wystarczy ŚWIADOMOŚĆ, że ma dostęp do ciepłej wody. Wcale nie potrzebuje z niej korzystać :D (no dobrze, nadrobiliśmy rano, nie myślcie już o nas tak źle ;)

Image

Czyści i najedzeni czekaliśmy na Lalita o umówionej 7.00 rano pod hotelem. Czuliśmy lekkie skrępowanie, bo z Lalitem twarzą w twarz spotkaliśmy się po raz pierwszy w życiu. Nasza wcześniejsza znajomość przebiegała wyłącznie na płaszczyźnie internetowej. Nie chcieliśmy mu robić problemów, narzucać się, czy odrywać go od pracy. Nie chcieliśmy też, żeby czuł wobec nas jakiekolwiek zobowiązania. Ale bardzo, bardzo chcieliśmy poznać wreszcie dzieci, które do tej pory znaliśmy tylko ze zdjęć.

Image

Dom dziecka znajdował się w zupełnie innej, dość odległej od Thamelu dzielnicy. Lalit kluczył małymi uliczkami, skręcał, zawracał, omijał korki...

Image
Oglądaliśmy Katmandu przez szybę auta, obiecując sobie, że zaraz po powrocie wybierzemy się na porządne zwiedzanie.

Image
W styczniu 2017 r. w Katmandu dalej widać ślady trzęsienia ziemi z 2015 roku. Straszne ślady. Po wielu budynkach zostały tylko kupki gruzu, które leżą tam nadal. Inne, podparte wszystkim, co się dało znaleźć, próbują jakoś normalnie funkcjonować.

Image

Image

Image

W domu dziecka spędziliśmy całe przedpołudnie. Ponieważ kolejnego dnia chcieliśmy wyruszyć na trekking, Lalit pojechał z nami do Nepal Tourism Board, żeby wyrobić wymagane zezwolenia.

Image

I gdy sobie teraz to przypominam, to aż mi wstyd. W porównaniu z nami, kurczaki w Tajlandii były super-ekstra samodzielne :/ Lalit zaopiekował się nami w całości. Wsiadaliśmy do jego auta i byliśmy przewożeni z miejsca na miejsce, zupełnie nie wiedząc, gdzie się przemieszczamy :/ A że człowiek łatwo przyzwyczaja się do wygody, to, no jakoś tak...daliśmy się temu ponieść...:/ :D Pod biurem wysiedliśmy z wygodnego auta i, z lekkim zaskoczeniem, zauważyliśmy, że Lalit nie wysiada z nami. Trochę nas to zbiło z tropu (o. widzicie. Tacy jesteśmy. Ledwie ktoś się nami przez chwilę zaopiekuje, to od razu się uzależniamy :/ :D ), ale stwierdziliśmy, że pewnie ma jakieś ważne rozmowy telefoniczne i akurat w tym czasie sobie wszystko pozałatwia. Spróbowaliśmy więc obudzić w sobie resztki samodzielności i weszliśmy do biura.

Image

Zezwolenie na trekking w rejonie Annapurny kosztuje 20 USD od osoby. Wypełnia się odpowiedni druk, dodaje zdjęcie i, dosyć szybko, otrzymuje się coś w rodzaju legitymacji. Zezwolenia na trekking można też załatwiać przez agencje turystyczne, ale i tak główną instancją jest właśnie Nepal Tourism Board. W kolejce przed nami stał pan z agencji, który trzymał cały plik wniosków wypełnionych przez "swoich" turystów. Nie powiem, ten widok napełnił mnie pewną dumą - wreszcie mamy naoczny dowód, jakimi to sprawnymi PP jesteśmy! Sami sobie załatwiamy zezwolenie na trekking! Dużo szybciej (bo "od ręki") i taniej (bez prowizji dla agencji).

Image

I tak sobie wzrastałam w tej dumie, do momentu, w którym pani z okienka, z którą się właśnie żegnałam, oznajmiła - a teraz do drugiego pokoju proszę :/ :D W drugim pokoju okazało się, że musimy przekazać urzędnikowi jeszcze jedno zdjęcie i jeszcze jedno 20 USD :/ Bo to trekking w rejonie Annapurny. I trzeba wyrobić drugie zezwolenie - coś w rodzaju opłaty za poruszanie się po obszarze chronionym (a kto nie miał zdjęcia, ten mógł przejść do trzeciego pokoju, w którym małą kamerką robiono mu fotkę, dokładnie taką, jak do policyjnej kartoteki :/ :D ale za to za darmo :)

Image

Jako dumni właściciele dwóch zezwoleń, zrobiliśmy sobie jeszcze zdjęcie "must take" (nie to, żebyśmy czegoś nie wiedzieli, ale wiecie..., tak na wszelki wypadek,... "strzeżonego..." :D , ustaliliśmy, że nie będziemy już kłopotać Lalita - poprosimy go tylko o odwiezienie do hostelu i zaczniemy wreszcie zwiedzać Katmandu jak podróżnicy, nie tylko zza szyby auta. Podbudowani męską decyzją, wyszliśmy przed budynek i ....i wtedy się wszystko zaczęło psuć :/ :D Bo żadnego auta po prostu nie było :/ :D

Image

Fakt, faktem - skrępowani sytuacją nie odważyliśmy się zapytać Lalita, czy będzie na nas czekał. Gorzej - wysiadając z auta nawet się z nim nie pożegnaliśmy, zakładając (znowu to haniebne przyzwyczajenie do wygody :/ ), że skoro się nami zaopiekował, to opiekować się będzie do końca. Jeszcze gorzej - po chwili milczenia, koleżanka Beata wyjąkała "bo mi się wydawało, że Lalit coś mówił, żebyśmy napisali do niego na Facebooku, jak wrócimy z trekkingu. Ale nie chciałam wam mówić, bo wiecie, ja nie jestem najlepsza z angielskiego" :/ :D

Image

I najgorzej - jutro mamy wyruszyć na trekking, a nie mamy ani jednego plecaka (przywieźliśmy dzieciom prezenty, a puste plecaki po ich wypakowaniu postawiliśmy pod ścianą. W domu dziecka. Który jest "nie wiadomo gdzie" :/ :D ) Zresztą nie wiemy też, gdzie sami jesteśmy :/ :D I, o cholera, nie wiemy, gdzie jest nasz hostel, ani nawet na jakiej ulicy :/ :D Wszystko wie tylko Lalit, z którym moglibyśmy się skontaktować przez Facebooka. Ale...nie mamy internetu :/ :D :D

Image

I nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby nie było tam z nami Marcina (tzn. doskonale wiem, jakby się skończyło, gdybym była tam sama :D wolałabym napisać, że skończyłoby się twardzielskim odnalezieniem wszystkich miejsc, ale, bądźmy poważni - skończyłoby się histerią i zostałabym w Katmandu na zawsze, bo nawet lotniska bym nie znalazła. Nie wspominając o tym, że nawet nie miałabym biletu na samolot, bo dokumenty i tak zawsze trzyma Marcin. Ja nie. Ja gubię :/ :D (chyba nie muszę zaznaczać, kto wygrywa tytuł PP roku? :D

Image

Otóż Marcin ma pewien dar. To wyjątkowy i przydatny talent (chociaż, żeby być uczciwą, muszę wspomnieć, że czasem denerwujący :) Ma "nosa" do kierunków i wiele miejsc potrafi znaleźć wyłącznie na wyczucie. Dodatkowo jest niezłomny w swoim przekonaniu o wyborze kierunku ("Do cholery, czy możemy wreszcie popatrzeć na mapę?!?!?!?" "Nie.") :D Więc Marcin zaczął iść. A my karnie za nim.

Image

Najpierw znalazł jakieś manewry wojskowe (?)

Image

Potem błądziliśmy małymi uliczkami.

Image

Image

Aż w końcu (nie do wiary!) znalazł nasz hostel! Z wi-fi (to nam jednak nic nie dało, bo Lalita po prostu na Facebooku nie było :/ :D Ten sukces jednak go tak rozwinął, że zarządził poszukiwania domu dziecka :/ :/ :/ :D To nas bardzo zaniepokoiło (Papa's Home był w tak odległej dzielnicy, że nawet taksówkarze pytani o drogę stwierdzali, że nie mają pojęcia, gdzie to jest :D Jednak mężczyźnie w transie poszukiwawczym się nie sprzeciwia. Więc ponownie (wcześniej przemyślnie robiąc zdjęcie tablicy z nazwą hostelu i jego adresem) ruszyłyśmy za Marcinem w równiutkim rządku (to nie przenośnia :/ :D ulice były tak wąskie, że inaczej się nie dało :D

Image

Image

Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Skręcaliśmy w lewo, skręcaliśmy w prawo. NIKT nie wiedział, gdzie znajduje się podawany przez nas adres :/ :D

Image

Image

Wchodziliśmy w małe zaułki, w ciasne uliczki, a Marcin zawsze pozytywnie odpowiadał na pytanie, czy na pewno wie, co robi :D

Image

W którymś momencie zaczęłam być pewna, że właściwie to chyba już ten trekking zaczęliśmy, a ten okrutny poganiacz niewolników ma zamiar nas tak zagonić na samą Annapurnę :/ :D

Image

Aż w końcu, nie uwierzycie, dotarliśmy pod adres, który, według taksówkarzy, nie istniał! W domu dziecka przyjęła nas żona Lalita (jego samego nie było. Na szczęście. Stwierdziliśmy, że nim wrócimy z trekkingu, może trochę zblaknie wstyd, którego się najedliśmy :/ )

Zabraliśmy plecaki i wróciliśmy do hostelu. Taksówką. Tym razem mieliśmy adres i nawet zdjęcie naszego miejsca noclegowego :D (700 NPR) - to dużo ułatwiało :D

Image

Pod samym hotelem (naprawdę, nie mieliśmy już sił iść nigdzie dalej :D w agencji turystycznej (podróżnik, nie podróżnik. Mam to gdzieś, jak nogi odpadają :D kupiliśmy bilety do Pokhary na kolejny dzień (600 NPR). Odjazd o 7.00.

Image

I tak to nie zobaczyłam starego miasta w Katmandu. Byłam po prostu za bardzo zajęta :/ :D
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 24 Gru 2017 11:56 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Ale fajna relacja!
To znaczy - Ciekawa (specjalnie piszę przez duże C), Świetnie Napisana, Pogodna itd.

Do tej kwalifikacji: "PP" tylko niestety muszę się przyczepić. :cry:
Raczej bym tu widział: "ZZ" albo "WW".
Jedną z głównych cech "PP" jest narzekanie na nadobecność "TT" a tego brakuje.

:) Pozdrawiam
Tomek

(*)
TT - Typowy Turysta
WW - Wesoły Włóczykij
ZZ - Zawzięty Zdobywca
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 25 Gru 2017 17:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
:D @TikTak, wspaniała kwalifikacja :D Zwłaszcza adekwatna dla mnie wydaje się być "zawziętość" u ZZ :D Tak. Ten wyraz znakomicie oddaje moje podejście do podróży :D Nic się nie udaje, jednak cały czas z zawziętością (o. albo "upartość" :D ) próbuję dalej :D
Zwróć uwagę, że na razie ciężko narzekać na nadobecność TT, bo przecież świetnie nam idzie unikanie miejsc, w których najczęściej się znajdują :D Natomiast mogę Ci obiecać, że w końcu będzie narzekanie, z tym że na CT (Chińskiego Turystę) :/ :D

Pozdrawiam :)
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 25 Gru 2017 21:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Rozdział III. Jak nie zobaczyłam zachodu słońca w Pokharze.

Image

Jak do tej pory, szło nam nadspodziewanie dobrze :D Tańczące fontanny w Dubaju - załatwione. Stare miasto w Katmandu - odfajkowane. Kolejną atrakcją na liście był zachód słońca w Pokharze. Nic dziwnego, że chcieliśmy to zobaczyć - podobno gdy znajdzie się w Pokharze odpowiednie miejsce, to można obejrzeć niesamowity spektakl tworzony przez słońce nad pasmem Annapurny.

Image

Żeby na niego zdążyć, rozsądnie zdecydowaliśmy się na jeden z najwcześniejszych autobusów do Pokhary. Odjazd o 7.00 rano.

Image

Wstaliśmy na tyle wcześnie, żeby spokojnie przejść przez miasto. Chcieliśmy choć trochę pozwiedzać Katmandu, ponapawać się jego klimatem...

Image

Image

Image

Zdążyliśmy także kupić butelkowaną wodę na drogę u ulicznego sprzedawcy (50 NPR sztuka). Wszystko było pod pełna kontrolą - mieliśmy odpowiedni zapas czasu, prowiant...Mieliśmy nawet ponownie nasze plecaki :D Byłam naprawdę pod wrażeniem naszych umiejętności organizacyjnych :) To wyjątkowo dobrze rokowało...:D

Image

Trafiliśmy na dworzec, bilety kupione dzień wcześniej w agencji okazały się dobre i mieliśmy wygodne miejsca. A gdy nawet autobus wyruszył punktualnie, zaczęłam się czuć lekko nieswojo :/ :D

Image

Image

Przez Katmandu jechało się bardzo powoli. Tłok na ulicach powodował, że właściwie więcej się stało, niż jechało. Nie martwiliśmy się tym zbytnio - mieliśmy naprawdę duży zapas czasu, poza tym byliśmy pewni, że gdy tylko wyjedziemy z miasta, to tempo jazdy natychmiast się poprawi.

Image

Nie poprawiło się zbytnio :/ :D Droga miejscami nie była ...hm...zbyt dobrej jakości :)

Image

Dodatkowo nieco zaskoczył nas fakt, że dosyć szybko pan kierowca zarządził postój. Na posiłek :/ Właściwie to najpierw go trochę nie zauważyliśmy (postoju. Nie pana kierowcy :D ) - po prostu postój nie różnił się zbytnio od jazdy :D Zorientowaliśmy się dopiero wtedy, gdy w autobusie zostaliśmy zupełnie sami :/

Image

Nie byliśmy jeszcze głodni, ale skoro wszyscy, to wszyscy. Tak porcja ziemniaków (chyba), doskonale przyprawionych i z jakimiś dodatkami - 150 NPR.

Image

Zmieniać zaczęły się za to widoki za oknami. Robiło się też chłodniej, a powietrze stawało się bardziej przejrzyste. To miła odmiana po Katmandu - nareszcie można było odetchnąć pełną piersią, bez obawy o kaszel czy pył w zatokach.

Image

Image

Autobusy i samochody w Nepalu są niesamowicie, bardzo bogato zdobione. Byliśmy nimi zachwyceni. Ich urody nie tłamsił nawet wszechobecny kurz i pył, którym były pokryte.

Image

Image

To, niestety, częsty widok na drodze. Gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy rozbity samochód, natychmiast do nas dotarło, że wcześniej się pomyliliśmy. Kierowca naszego autobusu zbyt wolno jedzie? Nie, nie - on zdecydowanie jechał za szybko :) Przestały nam też przeszkadzać postoje na posiłki (w sumie, na tej nie tak ogromnej odległości - ok. 150 km. - były aż trzy). W końcu mieliśmy ogromny zapas czasu....:)

Image

Image

Image

Widoki za oknem robiły się coraz piękniejsze, coraz bardziej "górskie".

Image

Droga zaczynała się wznosić, a my, z coraz większym niepokojem, patrzyliśmy na liche słupko-barierki, które miały uchronić pojazdy przed ewentualnym osunięciem się w urwisko...

Image

Właściwie, to podróżowało się całkiem przyjemnie. Powoli (bardzo :D ) (ale : na szczęście powoli :D ) sunęliśmy do przodu. Tu przystanek na herbatę (30 NPR), tam kawa (też 30), gdzie indziej śliczny widoczek...Byłoby całkowicie rewelacyjnie, gdyby nie ten uparty głosik z tyłu głowy, który ciągle piszczał "ile jeszcze czasu do zachodu słońca?"....:D

Image

Image

Gdy autobus zatrzymał się po raz kolejny, początkowo nic nie wzbudziło naszego niepokoju. Ot, kolejny postój na posiłek. W porządku, w końcu mamy OGROMNY zapas czasu :D

Image

Image

Zaniepokoiliśmy się dopiero wtedy, gdy zobaczyliśmy, że za nami ustawia się ogromny korek.....I właściwie dlaczego pan zatrzymał nasz autobus na środku drogi, a nie przed jakimiś straganami z jedzeniem...?

Image

Zerknęliśmy do przodu i to był błąd :/ :D Widok, niestety, nie napawał optymizmem.

Image

W dodatku nikt nie potrafił wytłumaczyć, co się stało. Jeszcze próbowaliśmy się pocieszać, że to chwilowe, że zaraz ruszymy. Jeszcze mieliśmy nadzieję...Niestety, gdy po jakimś czasie po niektórych turystów ze zorganizowanych wycieczek (PP niestety ma zawsze pod górkę. Zaciskajcie wtedy zęby i powtarzajcie w myślach "sława. I podziw". To pomaga :D ) zaczęły przyjeżdżać skutery albo samochody terenowe, które z łatwością omijały korek przejeżdżając poboczami, musieliśmy się pogodzić z nieuniknionym :/ :D

Image

Tak więc, oto nasze zdjęcie z zachodu słońca nad pasmem Annapurny :D Te kamienie stały się dla nas domem na około 4 godziny :/ Nie, nie określiłam tego precyzyjnie. Powinno być - tylko my zostaliśmy na nich do końca :/ Początkowo razem z nami czekała grupa turystek z Chin. To jeszcze nie był moment w którym turyści z Chin zaczęli mnie denerwować (choć nie, trochę mnie jednak już denerwowały. Wszystkie panie ubrane były w idealnie BIAŁE dresy :/ Rozumiecie? Taka biel bieli, żadnej plamki, nic, zero. Jak można być taką idealną kobietą? :/ :D ) i w idealnym spokoju przyjmowały jakieś skomplikowane pozycje Tai Chi :/ To jednak przyniosło efekty, bo po jakimś czasie przyjechał po nie samochód terenowy i odjechały w siną dal. Razem ze swoimi białymi dresami :/

Image

Oglądaliśmy tereny, w których przyszło nam żyć przez bliżej nieokreślony jeszcze czas. Zastanawialiśmy się, czy nie warto zabrać plecaków z autobusu i do Pokhary wyruszyć jednak na piechotę (gdy próbowaliśmy podpytać pana kierowcę, okazało się, że musielibyśmy przejść jakieś 40 km. Więc jednak nie).

Image

Dowiedzieliśmy się w końcu też, co było przyczyną korka. Otóż (choć może to być plotka. Wiecie, informacja była przekazywana ustnie od pojazdu, który stał najbliżej, więc po drodze mogła zostać przeinaczona. Jak głuchy telefon :/ :D ) podobno jakiś mężczyzna potrącił dziecko. Dziecku nic się nie stało, ale mężczyźni z wioski uznali, że tak nie można tego zostawić i postanowili go ukarać. Tak bardzo szybko i spontanicznie. Gdy kierowca zobaczył chmarę mężczyzn biegnących w jego stronę z kijami, pałkami i innymi takimi, niewiele myśląc, wyskoczył z auta i zaczął uciekać w góry. A auto zostało, ustawione w poprzek drogi, tarasując całkowicie ulicę. Gdy w końcu po czterech godzinach udało się je usunąć, dowiedzieliśmy się, że mężczyzny nie złapano, a karetka, która wcześniej nas mijała, jechała tam tylko "na wszelki wypadek" (uff. To nas trochę pocieszyło, bo cały czas mieliśmy w oczach wszystkie powypadkowe samochody, które widzieliśmy przy drodze).

Image

W Pokharze byliśmy po 18.00. Po ciemku znaleźliśmy hostel (600 NPR za pokój trzyosobowy), trochę pocieszyliśmy się miejscowym piwem (350 NPR butelka) i poszliśmy spać.

Image

A zachody słońca nad pasmem Annapurny oglądane z Pokhary są podobno bardzo piękne. Nie wiem. Mi tam jakoś trudno w to uwierzyć :/ :D
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 27 Gru 2017 00:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Rozdział IV, w którym właściwie nic się nie dzieje, ale mam bardzo dużo zdjęć, które muszę gdzieś zmieścić :D

Image

Jedząc śniadanie (tosty, herbata, kawa x 3 - 520 NPR) na tarasie hostelu Ice View (który wybraliśmy specjalnie ze względu na ów "view" właśnie. Och, jak pięknie musiałby się prezentować w promieniach zachodzącego słońca....ale może lepiej do tego nie wracajmy :/ :D ), tęsknym wzrokiem spoglądaliśmy na widoki rozpościerające się przed nami. Jedyne pocieszenie stanowił fakt, że powietrze nie było idealnie przejrzyste (pocieszenie, ale i zarazem lekkie przerażenie - w końcu za moment mieliśmy wybrać się w dalszą drogę i liczyliśmy, że w końcu jednak jakieś piękne widoki zobaczymy...:)

Image

Planowaliśmy wyruszyć na krótki trekking na wzgórze Poon Hill (3210 m. n.p.m.). Poon Hill znajduje się na terenie Annapurna Conservation Area i jest częstym przystankiem podczas trekkingu do Obozu Annapurny (4130 m. n.p.m.). Na trekking do obozu, niestety, nie pozwolił nam brak czasu. Chcieliśmy chociaż trochę doświadczyć magicznych Himalajów, więc zdecydowaliśmy się na Poon Hill, trasę, którą według informacji znalezionych w internecie, można pokonać w 3-4 dni. Żeby rozpocząć wycieczkę, trzeba z Pokhary dojechać autobusem do Nayapul - internet radził też, aby wyjechać jak najwcześniej rano, najlepiej o 6.00, bo dojazd zajmuje ok. 2 godzin.

Image

Na dworcu autobusowym znaleźliśmy się przed 10.00 rano (PP nie słucha żadnych rad. PP tworzy własne :/ :D ) , w dodatku dojechaliśmy do niego taksówką (300 NPR) (oczywiście tylko dlatego, żeby być szybciej na szlaku. Przecież nie z wygody...:/ :D Okazało się jednak, że mamy znakomite wyczucie czasu, bo miejscowy autobus odjeżdżał punktualnie o 10.00. Bilet - 100 NPR.

Image

Miejscowy autobus trochę różnił się od tego, którym dojechaliśmy do Pokhary. Było w nim po prostu dużo ciaśniej - za sprawą mniejszych rozmiarów oraz ogromnej ilości współpasażerów. Właściwie większą część drogi spędziliśmy unikając (a przynajmniej : starając się unikać :D ) na zmianę, a to łokcia któregoś ze stojących w przejściu panów, a to tobołka, który z maniackim uporem spadał nam co chwilę na głowy z półki na bagaże...:) Jednak nie było to zupełnie ważne. Wreszcie jechaliśmy w Himalaje!!!

Image

Obrazy za oknem stawały się coraz bardziej surowe, dzikie.

Image

Droga wznosiła się coraz wyżej, a my byliśmy coraz bardziej podekscytowani.

Image

W końcu, ok. 12.00, znaleźliśmy się w Nayapul. To malutka wioska z której rozpoczyna się trekking. Znajduje się w niej też punkt kontrolny ACAP (Annapurna Conservation Area Project), w którym należy pokazać obydwa zezwolenia.

Image

Image

Image

Nayapul ma dla mnie bardzo specyficzny klimat - taki, wiecie, trochę "klimat ostatniej szansy". Za chwilę wejdziesz wyżej i niezbyt wiesz, co tam zastaniesz. Jeśli czegoś zapomniałeś/nie zabrałeś ze sobą, to tak jakby ostatnia możliwość, żeby to dokupić właśnie tutaj. Podobny klimat wyczuwają chyba też mieszkańcy wioski, bo wszystkie budynki są dosłownie oblepione każdego rodzaju sklepikami, stoiskami i stoliczkami, gdzie można zaopatrzyć się we wszystkie niezbędne w górach przedmioty (długo się zastanawiałam nad dmuchanymi rękawkami do pływania i wielką patelnią, ale, ponieważ jestem PP, w końcu wpadłam na to, że sprzedawcy najprawdopodobniej poszerzyli asortyment również o to, co jest potrzebne po prostu im :D

Image

Image

Image

Na samym końcu wioski znajduje się punkt kontrolny. Oprócz zezwoleń, podaje się w nim cel wycieczki i ilość dni, które planujemy spędzić w górach. Pani wpisuje wszystkie dane do wielkiej księgi - to takie trochę zabezpieczenie (a przynajmniej mam taką nadzieję). Gdybyśmy zaginęli gdzieś po drodze, może w końcu ktoś by zajrzał do księgi, zorientował się, że do Poon Hill na pewno nie idzie się 20 dni i wyruszył na poszukiwania. Naprawdę wolę tak myśleć...

Image

W każdym razie, akt wpisania danych do księgi, tak mocno poruszył naszą (no dobrze...Moją :/ :D ) wyobraźnię, że natychmiast musieliśmy coś zjeść. Z nerwów :/ :D Zaraz, obok, właściwie w punkcie kontrolnym :/ :D Później, jakoś tak, naszła nas nieodparta ochota na kawę. Później ....później zrobiła się 14.30 ("na trasie należy znaleźć się zaraz po 8.00 rano" - źródło : Internet) i uświadomiliśmy sobie, że dłużej nie możemy już odwlekać tego, co nieuniknione :D

Image

Most w Nayapul. Bardzo symboliczne miejsce. Przejście po nim oznacza rozpoczęcie trekkingu. Ruszyliśmy więc...

Image

Image

Początkowo droga wiedzie przez kamienną wioseczkę (mam nawet wrażenie, że to dalej Nayapul, choć pewności nie mam).

Image

Image

Ghorepani to wioska, w której należy się zatrzymać na nocleg, aby przed świtem wyruszyć na szczyt Poon Hill. My nie mieliśmy złudzeń - wiedzieliśmy, że do Poon Hill dziś nie dotrzemy. Nie było to problemem - po drodze znajduje się wiele innych wiosek, w których można zatrzymać się na nocleg. Postanowiliśmy więc zobaczyć, dokąd uda się nam dziś dotrzeć, po prostu.

Image

Droga przez pierwszą wioskę zaczyna się powoli kończyć. Coraz mniej domów, a kamienne podłoże zostało zastąpione przez ubity piach.

Image

Image

Tu nie ma o czym pisać. Jak dla mnie, ta droga była jedną wielką emocją. Napawałam się widokami, zachwycałam, rozglądałam...Nie jestem bardzo doświadczona w górskich wędrówkach, więc sama trasa nie była dla mnie najłatwiejsza - ale nie była też bardzo trudna, w końcu jakoś szłam. To nic, że na szarym końcu i z zadyszką. To nic, że robiłam postoje co parę kroków. To zupełnie nieważne. Wszystko rekompensowały przepiękne widoki. A jest tam naprawdę przepięknie....

Image

Image

Image

Wiem, zazwyczaj o większości miejsc mówi się "chcę tam wrócić". Ale jeśli chodzi o Himalaje, to po prostu MUSZĘ tam wrócić. I wejść wyżej i dalej...

Image

Image

Image

Po drodze mija się malutkie, przydomowe restauracyjki - raczej słabo zaopatrzone. Ale śmierć z głodu czy pragnienia nikomu nie grozi. Wprawdzie im wyżej, tym wyższe ceny - ale nic dziwnego. Tu każdy towar trzeba wnieść na własnych plecach. Kawa - 100 NPR, cola - 85.

Image

Image

Image

Magiczne, cudowne miejsce....

Image

Image

Image

Image

W końcu, jakimś cudem, udało się nam doczłapać do Birethani (ja człapałam. Współtowarzysze lecieli jak skowronki. Ale w ogóle się tego nie wstydzę :) w takim miejscu mogę nawet człapać. Byle tam po prostu być....). Zdecydowaliśmy się przenocować w wiosce - była już 17.30 i baliśmy się, że do kolejnej wioski przed zmrokiem już nie dojdę. Lepiej/bezpieczniej zostać tutaj.

Image

Po zapytaniu o nocleg w pierwszym hostelu, przeżyłam lekki szok - trzyosobowy pokój 300 NPR. W takiej sytuacji PP nawet nie życzy sobie obejrzeć pokoju przed wynajęciem, tylko bierze klucze. I od razu płaci, żeby przypadkiem pani właścicielka się nie rozmyśliła :)

Image

Pokoiki były proste, ale czyste i ciepłe. Nie mieliśmy śpiworów, ale w pokoju dostępna była niezliczona ilość kołder i koców. Dodatkowo na dole była restauracja, więc niczego więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy. Chociaż, czekajcie...było coś, co uszczęśliwiło nas jeszcze bardziej :D W restauracyjnym menu zauważyliśmy bardzo interesującą pozycję, "local wine". Można było kupić szklankę (80 NPR) lub cały dzbanek (200). PP podróżnik się nie rozdrabnia, więc wiadomo, co postanowiliśmy wybrać :D Wprawdzie trochę nas zbił z tropu pan kelner, który doradził, żebyśmy najpierw kupili jedną szklankę i sprawdzili, czy nam smakuje. W dodatku zapytany o to, czy "local" jest słodkie czy wytrawne, odparł - nie wiem. Nigdy tego nie piłem :/ :D Nastawieni na ucztę dla zmysłów, oczekiwaliśmy naszego zamówienia. I okazuje się, moi drodzy, że Himalaje nie są dla mięczaków, francuskich piesków, które delektują się odczuwaniem na języku nuty "cierpkiej wiśni" w winie "semi-dry" :D Pan kelner postawił przed nami po prostu elegancką szklankę, wypełnioną ... przezroczystym, parującym płynem :D Gorący, najprawdziwszy bimber :D Nie było wyjścia - dokupiliśmy dzbanek herbaty, miód i, po opracowaniu odpowiednich proporcji (zapamiętajcie : 2 łyżeczki na szklankę herbaty. Nie więcej :D ) jakoś dało się to wypić :) Za ucztę : 3 zupy, 3 x ryż z dodatkami, kawy, niezliczoną ilość herbaty i dwie (tak, tak :D) ogromne szklanice bimbru zapłaciliśmy 2000 NPR. I uważam, że to było znakomite zakończenie dnia :)

Image
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 27 Gru 2017 16:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Rozdział V. Jak nie zawsze wszystko się udaje.

Image

Po śniadaniu (omlety z warzywami i serem, kawy, herbaty, wszystko razy 3 - 720 NPR) ruszyliśmy dalej. Wprawdzie była 8.30, ale to i tak duży rozwój w stosunku do wczorajszej godziny wymarszu :/ :D Długo przed nami (a dokładnie w momencie, kiedy przed śniadaniem stałam w sklepiku i zastanawiałam się, czy przypadkiem 300 NPR za paczkę papierosów, to nie jest za dużo :/ :D ) (śmieszne. W porównaniu do polskich cen, to nadal atrakcja. Ale w Nayapul kosztowały 80. Ten fakt włączył mój czujnik skąpstwa :D), tak więc, długo przed nami wyruszyła nawet wycieczka chińskich turystów. Taka doskonale przygotowana - wiecie, muły niosące bagaże, przewodnicy niosący bagaże, pomocnicy niosący bagaże i na samym końcu sami turyści, niosący reklamówki :/ :D To się im jednak szybko znudziło i wypchane do granic możliwości reklamówki, trafiły również w spracowane ręce obsługi trekkingu. I to był moment przełomowy dla mojej emocjonalności :D Zazwyczaj wszystko mi się podoba i wszystkich lubię, a tu nagle, poczułam, że jednak to nie jest do końca prawda.

Image

Otóż dotarło do mnie, że jest na świecie (jak do tej pory : jedna. Ale lista pewnie się jeszcze nie zamknęła :/ :D ) pewna grupa, której nie cierpię. To pewien rodzaj chińskiego turysty (oczywiście nie każdy mieszkaniec Chin jest taki. Wierzę, że są też Chińczycy empatyczni i pokorni, ale oni mieszczą się w całej reszcie świata, którą lubię :D ), zachowujący się, jakby cała kula ziemska należała tylko do niego i jakby był najważniejszy. Taki Chińczyk zapakuje tysiąc niepotrzebnych rzeczy do reklamówki, bo przecież nie on ją będzie niósł. Nie zdziwiłabym się, gdyby wszystkie, oczywiście niezbędne przedmioty, zakupił w Nayapul PRZED wyjściem na trekking (ok, każdy robi zakupy, kiedy chce, ale te tysiące żeliwnych patelni, to naprawdę mogliby zapakować przynajmniej do jakiegoś plecaka. Ułatwiłoby to pracę tragarzom). Takiego Chińczyka nie obowiązują ani zakazy, ani normy społeczne, czy nawet zwykłe, ludzkie odruchy. Po zjedzeniu swojej mega-super-wypasionej energetycznej przekąski, potrafi bez mrugnięcia okiem wyrzucić opakowanie za siebie. I nie ma to znaczenia, że znajduje się w jednym z najpiękniejszych miejsc, w bajkowych Himalajach (i tak. Za każdym razem, gdy tylko to widziałam, krzyczałam na winowajcę. Ale niestety po polsku. Z nerwów :/ :D ). Taki Chińczyk, w najbardziej magicznym miejscu, gdzie każdy inny kontempluje widoki po cichu, trajkocze bez przerwy i odpycha cię, bo akurat stoisz w miejscu, gdzie on MUSI sobie zrobić "selfie". Nie, takich Chińczyków, to ja naprawdę nie lubię.

Image

Mam teraz pytanie. Czy według Was 3500 to dużo, czy mało? Wiadomo, wszystko zależy od dopowiedzenia : 3500 czego :) 3500 pensji, to całkiem nieźle, choć każdy pewnie wolałby więcej :D A 3500 schodów? Nie brzmi bardzo strasznie, prawda? Niestety, straszne JEST :/ :D Zaraz po wyjściu z Birethani zaczyna się strome podejście, składające się właśnie z dokładnie 3500 kamiennych schodów. Podobno niektórzy liczyli i ilość się zgadza. Ja zaczęłam, ale dość szybko się zgubiłam (trudno pamiętać wyliczoną aktualnie liczbę, gdy odpoczywa się dosłownie co minutę :/ :D

Image

Image

Za to można kontemplować widoki :) Porada praktyczna - gdybym miała tę trasę przejść jeszcze raz, to poprzedniego dnia wczołgałabym się po tych schodach choćby na czworaka i zostałabym na noc w kolejnej wiosce, Ulleri. Wydaje mi się, że lepiej zaczynać następny dzień z zapasem sił, niż wypluwać płuca na samym początku trasy. Schody nie są równe - niektóre wyższe, inne niższe, jeszcze inne - zupełnie zniszczone. To powoduje, że nie da się iść tak zalecanym "równym krokiem" i, w rezultacie, zmęczenie jest jeszcze większe. Chociaż - to przecież tylko przemyślenia niezbyt wysportowanej dziewczyny, w dodatku palaczki, więc może nie warto mnie słuchać :)

Image

Image

I wreszcie Ulleri. I oczekiwany postój na jednym z tarasów widokowych. Dzban herbaty - 240 NPR.

Image

Ulleri jest przepiękną, kamienną wioską, w której dominuje kolor niebieski. W wiosce jest dość dużo hostelików i malutkich, domowych restauracyjek. Ale, przede wszystkim, wrażenie robią widoki...

Image

Image

Image

Po wyjściu z Ulleri, droga jest jakby trochę łatwiejsza. Wprawdzie trzeba przejść jeszcze trochę kamiennych schodów, ale w niektórych momentach idzie się po zupełnie płaskim podłożu, a gdzieniegdzie (o, dzięki, dzięki! :D ) nawet w dół.

Image

Kolejny postój, obiadowy. Zupy w okolicach 220 - 300 NPR, przy czym, jako namiętna wielbicielka czosnku, muszę podkreślić, że tak doskonałej zupy czosnkowej, jak właśnie podczas trekkingu, nie jadłam nigdzie indziej. Nie było mowy o jakichś smętnie pływających dwóch ząbkach na krzyż - w jednej miseczce znajdowały się przynajmniej dwie główki czosnku. Na tyle poprawiła mi humor, że z dużym optymizmem ruszyłam w dalszą drogę. I natychmiast otrzymałam nagrodę za pozytywne podejście do sprawy, bo rozpoczął się właśnie odcinek, który dla mnie był najcudowniejszy.

Image

Baśniowy las.....Władca Pierścieni, Hobbit i Wiedźmin w jednym. Czegoś tak pięknego dawno nie widziałam. Tu już zupełnie nie miało znaczenia, czy ciężko się idzie, czy jest pod górę i sapię jak parowóz. Chciałam tu być. Ze wszystkimi konsekwencjami.

Image

Image

W końcu dotarliśmy do Ghorepani, wioski leżącej u stóp Poon Hill.

Image

I tu mała porada praktyczna - choćby nogi nie wiem jak odmawiały Wam posłuszeństwa, a ciało mówiło : koniec. Nie idę dalej, przełamcie to zmęczenie i podejmijcie jeszcze jeden, króciutki wysiłek. Dlaczego? Otóż Ghorepani składa się z dwóch części - dolnej i górnej. Do górnej prowadzą dodatkowe, tak, tak :/ , schody. Ale jeśli się jeszcze po nich wespniecie, w nagrodę rano będziecie mogli wstać troszeczkę później i będziecie mieć bliżej na Poon Hill.

Image

Image

I wreszcie Ghorepani "górne". Robiło się coraz zimniej. I coraz ciemniej. W dwóch hostelach nie było miejsc...W trzecim, Snow View Lodges, okazało się, że został ostatni, dwuosobowy pokój. Pan obniżył nam na niego cenę (sic!!!), bo "przecież będziecie spać w trójkę, więc będzie niewygodnie". Płacąc 300 NPR za pokój, dostaliśmy jeszcze materac dla Marcina i mnóstwo koców.

Image

Pokoik był malutki, ale miał wszystko, co potrzeba. Była nawet własna łazienka, z której jednak nie dało się skorzystać w pełni. Robiło się bowiem coraz zimniej. Zwykłe wyjście do sklepiku z pamiątkami, oddalonego od drzwi naszego hostelu, powoli stawało się wyzwaniem. Została więc jedyna alternatywa spędzenia wieczoru - w salonie hostelu, przy piecyku.

Image

Nie myślcie jednak, że było tak idealnie :D Mieliśmy tam jedno miejsce na spółkę, a efekt kanapy "tylko dla nas" wynika z wyjątkowego zrozumienia przez Chińczyków potrzeby "selfie" - zaproponowali, że usuną się z pola widzenia na minutę, ale liczyli na rewanż :/ :D Z tym, że było ich dużo więcej, więc kolejne pół godziny spędziliśmy stojąc :/ :D

Image

Kolacja : ryż, sałatki, herbata, miód i "local wine" (już trudno. Odkryliśmy, że ta mieszanka doskonale rozgrzewała :D ) - 2050 NPR. W hostelu był nawet dodatkowo płatny internet - 100 NPR za, o ile pamiętam, pół godziny. Działał doskonale.

Żeby zdążyć na wschód słońca na Poon Hill, trzeba było wyruszyć o 5.30 rano. Wieczorem upewniliśmy się u pracowników hostelu - wschód miał być o 6.45, więc taka ilość czasu powinna nam wystarczyć (powinna :/ nie znali przecież mnie bliżej :/ :D ). Ubraliśmy wszystkie posiadane przez nas ubrania i wyruszyliśmy. Nie jest trudno trafić na szlak. Wystarczy iść za, przed i w środku chińskich turystów :/ :D Odpoczywać też trzeba z nimi, bo nie ma innej opcji - gdy zatrzymuje się kawalkada ludzi, w środku której jesteś i ty, po prostu nie masz innego wyjścia :/ :D Na szczęście (dla mnie :D ) kawalkada stawała dosyć często (gdy pan Li kończył pić gorącą herbatę z termosu, pani Song właśnie zaczynała otwierać batonik, a pan Jiang upuścił aparat :/ :D No. ) Przed samym wejściem trzeba uiścić opłatę - 50 NPR od osoby.

I, no właśnie, niestety, czasami nawet najlepszemu PP nie wszystko się udaje :D Sama jestem tym zaskoczona :D Pech chciał, jakoś się wczołgałam na sam szczyt (ale to nie do końca moja wina :D Chińczycy mnie wepchnęli :D ) i teraz, pomimo planu unikania turystycznych atrakcji, posiadam zdjęcia z chyba największej atrakcji dla typowych turystów w Himalajach :/ :D Ale nie bierzcie ze mnie w tej kwestii przykładu ;) :D

Image

Na samym szczycie znajduje się wieżyczka obserwacyjna i budka, w której można kupić gorącą herbatę (140 NPR). Z kubkiem w ręku można było zająć się zbieraniem szczęki z podłogi....

Image

Image

Image

Image

Z widocznością na Poon Hill jest różnie. Wszystko zależy od pogody. W hostelu spotkaliśmy mężczyznę, który już od tygodnia czekał, żeby zobaczyć panoramę Annapurny - codziennie wchodził na szczyt, jednak za każdym razem przejrzystość była fatalna. Podziwiam taka determinację, jednak my mieliśmy tylko jedną próbę. Nie liczyliśmy więc na za wiele...

Image

Image

Image

Zapalnie szczytów......W pełnej widoczności......

Image

Image

Image

Po prostu magia.......
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 27 Gru 2017 21:23 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 86
Loty: 50
Kilometry: 108 659
relacja jak zawsze super . :D :D :D
Proszę o wysyłanie powiadomień jak zaczynasz pisać nową ;) ;) ;) :lol:


Ostatnio edytowany przez bozenak, 28 Gru 2017 21:36, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 28 Gru 2017 20:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Rozdział VI. Jak nie zobaczyłam atrakcji w Pokharze.
(level : hard. Tylko dla zdeterminowanych).



Image

Image

Na Poon Hill można byłoby spędzić długie godziny - oglądając, napawając się, fotografując...Niestety, dwa bardzo poważne argumenty zmusiły nas do zejścia : olbrzymie zimno i fakt, że przed nami jeszcze trasa w dół - chcieliśmy zejść jak najdalej, najlepiej na noc zostać w Nayapul (o Pokharze raczej nie śmieliśmy marzyć).

Image

Zaczęliśmy więc powoli staczać się do hostelu w Ghorepani - niechętnie i co chwilę zerkając za siebie :)

Image

Dopiero teraz, gdy zrobiło się jasno, mogliśmy docenić urodę samego podejścia na Poon Hill. Warunki pogodowe były znakomite, aż nie do uwierzenia, że akurat nam się tak trafiło :) Mam szczerą nadzieję, że mężczyzna, który tydzień koczował pod szczytem, wyjątkowo nie pomyślał : "Co mi tam, pośpię sobie dziś dłużej, mam dosyć chodzenia tam i z powrotem bez efektów" :/ :)

Image

Właściwie z każdego miejsca drogi do Ghorepani można było podziwiać pasmo Annapurny. Szliśmy więc bardzo powoli, noga za nogą, przystając co drugi krok...

Image

Powiem szczerze - Poon Hill wywarło na mnie tak wielkie wrażenie, że bardzo poważnie zaczęłam rozważać, czy przypadkiem nie warto z Prawdziwego Podróżnika zdegradować się samodzielnie do poziomu Zwykłego Turysty :D Oni to maja jednak fajnie - te ich atrakcję są naprawdę imponujące :D

Image

Jednak szybko do mnie dotarło, że nic z tego :D Kto się urodził z talentem do PP, ten z tym talentem umrze, niestety :/ :D

Image

Poranek uświadomił nam również, jaki widok z okna hostelowego pokoju przegapiliśmy :/

Image

Ogrzaliśmy się chwilę w naszym hostelu i, około 9.00, byliśmy gotowi do wyruszenia w drogę powrotną. Przykro i trudno było zacząć wracać - tym bardziej, że dla większości osób Poon Hill stanowiło tylko przystanek w trekkingu do Bazy Annapurny. Nawet dla Chińskich Turystów :/ (tak. Teraz sami widzicie, jacy oni są koszmarnie denerwujący :/ :D

Image

W dół szło się łatwo i przyjemnie. Szczególnie dla mnie - okazało się, że tak, jak w chodzeniu "na" szczyt jestem beznadziejna, tak w schodzeniu "z" wręcz rewelacyjna (mam tylko nadzieję, że ta tendencja nie utrzyma się w obrębie mojej kariery zawodowej :/ :D

Image

Muszę powtórzyć raz jeszcze - przepiękne, magiczne miejsce....

Image

I znowu baśniowy las...

Image

Image

Image

Po drodze zatrzymywaliśmy się na posiłki w małych restauracyjkach. Każdy z nas maniacko trzymał się swoich ulubionych dań. Ja - zupa czosnkowa (w granicach 220 NPR), wracając, zjadłam chyba 4 :D Moi współtowarzysze natomiast mieli trochę inne upodobania kulinarne (a na podtykany pod usta czosnek reagowali...no, niezbyt pozytywnie...:D Choć tłumaczyłam im, że lepiej, żeby choć jedną zupę zjedli, bo i tak będą musieli ze mną, naczosnkowaną, spać w jednym pokoju. Nie dali się przekonać :/ :D W każdym razie ich ulubioną potrawą podczas trekkingu były....jajka na twardo (nie będę tego nawet komentować. Jak można wybierać jajka na twardo, gdy wokół tyle pysznych dań...np. zup na "cz" :/ :D Jajka na twardo upodobała sobie zwłaszcza Beata - nie liczyłam dokładnie (na zasadzie wzajemności - w końcu ona nie liczyła mi każdego ząbka czosnku :/ :D ), ale wracając zjadła ich chyba z 10.

Image

Szło się naprawdę bardzo przyjemnie. Bajkowy las pachniał świeżością, zbutwiałymi roślinami i, no dobrze, trochę czosnkiem :/ :D Dla mnie to była zdecydowanie najwspanialsza część podróży...

Image

Przez długi czas myślałam, że to jaki, tylko takie trochę wyliniałe (może strzygą im sierść w tym okresie?). Jednak trochę nie podoba mi się układ rogów i teraz sama nie wiem (mówię o tym brązowo-szarym. Nie tym w niebieskiej czapce :D )

Image

Gdy doszliśmy do Ulleri, okazało się, że mamy doskonały czas marszu. To pozwoliło nam odwiedzić miejsce, które widzieliśmy tylko z daleka, idąc w górę. Miejscową szkołę.

Image

Piękne, niesamowite momenty. Obejrzeliśmy klasy, po których oprowadzała nas pani nauczycielka z malutkim synkiem na rękach, bawiliśmy się z dziećmi, które, początkowo nieśmiałe, szybko przełamywały zawstydzenie i włączały się do wspólnych szaleństw...
W szkole można też zostawić datek na książki, pomoce naukowe itp. - w podzięce nauczyciel maluje darczyńcy bindi na czole.

Image

Dzieci w Ulleri były przecudowne. Bardzo żałowaliśmy, że nie mamy przy sobie więcej drobiazgów, które moglibyśmy im ofiarować. Aparaty do baniek mydlanych daliśmy więc nauczycielom najmłodszych klas - tak było najbardziej sprawiedliwie.

Image

W szkole spędziliśmy ponad godzinę. Moglibyśmy dużo dłużej, niestety - trzeba było ruszać dalej.

Image

Schody, które mnie tak pokiereszowały dzień wcześniej. Oglądanie ich z innej perspektywy daje dużą satysfakcję :D

Image

Marsz szedł nam nadspodziewanie dobrze. Gdy mijaliśmy kolejne wioski, dotarło do nas, że spokojnie na wieczór dojdziemy do Nayapul. Planowaliśmy zostać tam na noc, a kolejnego ranka znaleźć jakiś autobus powrotny do Pokhary.

Image

Image

Mijały kolejne godziny marszu - przepiękna sceneria i fakt, że idzie się tylko w dół, powodowały, że czas w ogóle się nie dłużył.

Image

Jednak w końcu dopadło nas przeznaczenie :/ :D Mijając jedno z zabudowań, zauważyliśmy zaparkowany przy drodze samochód. Za ogrodzeniem paru mężczyzn zasiadało właśnie do posiłku (ale na stole więcej było napojów :D No dobrze - "local wine" było :D ), a napis na aucie aż bił w oczy. Na szybie, akurat od naszej strony, naklejone były wielkie litery, układające się w wyraz : "Taxi" :D Wprawdzie do Nayapul zostało nam jakieś 3 kilometry, ale skoro spotkała nas tak niespodziewana sytuacja (lasy, kamienie, potoki i w środku tego wszystkiego stoi sobie taksówka. W dodatku panowie jeszcze nie zaczęli konsumować - gdybyśmy przyszli kilkanaście minut później, pewnie byłoby po wszystkim :D ) , to widocznie jest w tym jakiś cel, a naszym obowiązkiem jest dać losowi szansę :D
Przynajmniej zapytamy, w końcu to nas do niczego nie zobowiązuje, prawda? :D Panowie okazali się bardzo mili i, jakoś tak, zupełnie nie wiem kiedy, znaleźliśmy się w aucie gotowi do drogi :D Ale było warto - pan zadeklarował, że zawiezie nas do samej Pokhary za 4000 NPR. To było duże udogodnienie, bo oszczędzaliśmy czas. Jedna noc do przodu, w przypadku naszego naprawdę bardzo krótkiego pobytu w Nepalu, dawała szansę, że zobaczymy coś więcej. Np. samą Pokharę i jej atrakcje...:/ :D

Image

W Pokharze byliśmy ok. 20.00. Dotarliśmy do hostelu - niestety, były tylko dwuosobowe pokoje, więc wzięliśmy dwa (każdy 600 NPR). Ciepła woda, wygodne łóżko i, no dobrze, piwo :D ukołysały nas do snu. W końcu od rana planowaliśmy zwiedzać Pokharę, trzeba więc było nabrać sił.

Ranek jednak wyglądał zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy....Koleżanka Beata oznajmiła, że bardzo źle się czuje - wyglądała niezbyt zdrowo, skarżyła się na mocny ból żołądka i, no cóż, to przecież ludzkie, nie mogła się wypróżnić. Pierwsze kroki skierowaliśmy więc do apteki. W Nepalu z lekami nie ma żadnego problemu - na prawie każdym rogu stoją punkty apteczne, gdzie, jeśli tylko wiesz, czego potrzebujesz, możesz kupić wszystko, włącznie z antybiotykami. Jednak jest pewien problem :D Nie we wszystkich aptekach porozumiesz się po angielsku, pozostaje więc mowa ciała. I teraz uruchomcie wyobraźnię i zobaczcie taką scenę : trochę brudna dziewczyna, z dużym zażenowaniem, próbuje kalamburami przekazać miłemu panu aptekarzowi, że koniecznie potrzebuje lek na zatwardzenie....:/ :D Następnie, ponieważ pan nie był jednak w kalambury zbyt dobry, pokazuje, jaki efekt po zażyciu leku chce uzyskać...:/ :D Tak. Z dźwiękami. Żeby było łatwiej zrozumieć...:/ :D Wiem. Nie musicie się do mnie przyznawać :/ :D Ale w końcu efekt został osiągnięty - pan aptekarz, ocierając z oczu łzy ze śmiechu, podał nam upragnioną buteleczkę leku. Po zażyciu Beata postanowiła zostać w hostelu i czekać, aż lek zacznie działać. My z Marcinem (i z dużymi oporami, ale Beata uznała, że sama sobie poradzi, a dobrze by było, gdyby ktoś z nas w końcu tę Pokharę jednak zwiedził) wybraliśmy się na zwiedzanie.

Image

Doszliśmy do jeziora Phewa Tal, ale cały czas dręczył nas niepokój i jakoś w pełni nie mogliśmy się skoncentrować na tym całym zwiedzaniu. I w momencie, gdy właśnie podjęliśmy decyzję, że wracamy jednak do hostelu, zadzwonił telefon Marcina. Beata. Ból się nasilił, lek nie pomógł. Do hostelu wróciliśmy biegiem. Beata wyglądała bardzo źle - nie mogła siedzieć, nie mogła leżeć. No co Wam mogę powiedzieć? Bez wdawania się w zbędne szczegóły - kamień kałowy. Decyzja mogła być tylko jedna - jedziemy do szpitala.

Wtrącenie wyjaśniające : ponieważ tej części relacji, z przyczyn wiadomych, nie mogę zilustrować odpowiednimi zdjęciami, od tej pory obraz będzie się bardzo rozmijał z treścią :D Poza tym, myślę, że takie zdjęcia wprowadzą trochę relaksu w tę straszliwą opowieść :)

Image

W pierwszym odruchu zadzwoniliśmy do ubezpieczyciela, żeby dowiedzieć się, do którego szpitala w Pokharze możemy jechać (czyli pobyt w którym szpitalu jest objęty refundacją ubezpieczenia). I bardzo szczerze odradzam Wam takie działanie. Dlaczego? Ano dlatego, że pani konsultantka, po wysłuchaniu relacji z sytuacji, powiedziała, że sprawdzi i oddzwoni. Zdążyliśmy ją tylko poprosić o "naprawdę szybkie oddzwonienie" - Beata w tym czasie coraz bardziej bladła i słabła.

Image

Taksówka była już przygotowana, pan kierowca czekał z nami tylko na adres. Wpatrywaliśmy się uparcie w telefon, tak, jakby nasze zdenerwowane spojrzenia mogły przyspieszyć połączenie. Gdy po pół godzinie (do diabła, ile może trwać sprawdzenie nazwy szpitala w komputerowej bazie???), a koleżanka prawie zwijała się z bólu na chodniku, podjęliśmy męską decyzję - wsiadamy do auta, szpital wybiera pan kierowca.

Image

Ruszyliśmy z piskiem opon. Pan zaproponował szpital, który, jak nas zapewniał, jest bardzo dobry i ma "zachodnie warunki". Szczerze - było nam wszystko jedno, byle tylko zakończyły się cierpienia Beaty.

Image

Wbiegliśmy do rejestracji z uczuciem ulgi, gdy nagle dotarło do mnie "kurczę, teraz się zaczną dodatkowe kłopoty" :/ :D Uważam, że nasz system oświaty nie spełnia do końca swojej roli :D Bo tak - na lekcjach angielskiego uczymy się wielu przydatnych,według nauczycieli, słówek, jak np. jeść, pić, policja itp. Jednak, tych najbardziej potrzebnych, nikt nie uczy (mam na myśli takie słowa jak : kał, jelito grube albo odbyt :/ :D :D Grzecznie więc poprosiłam panią w recepcji o kartkę, na której narysowałam długą rurkę (wiadomo. Jelito :D ), a w środku czarną, wstrętną kropę (też przecież jasne - kamień kałowy :D ). Dla pani jednak nie było to takie jednoznaczne :/ :D Patrzyła na nas nierozumiejącym wzrokiem. Cóż było więc robić - przeprosiłam, z rumieńcem na twarzy oznajmiłam, że niestety, znam tylko takie słowa i, szeptem, oznajmiłam pani : "shit is in the ass" :/ :/ :D :D I strasznie się tego wstydzę :/ :D

Image
(prawda, że przy tak ordynarnym momencie, takie zdjęcie doskonale uspokaja? :D

Pani, zaraz po tym, jak otarła z oczu łzy ze śmiechu (świetnie mi w tym Nepalu szło :/ Może warto rozważyć karierę komika :/ :D poinformowała nas, co musimy zrobić. Najpierw skierowała nas do recepcji. Tam należało zapłacić za wizytę prywatną (nie pamiętam dokładnie, ale chyba coś koło 100 zł) i z potwierdzeniem wpłaty udać się pod gabinet lekarski.

Image

Pan doktor przyjął nas natychmiastowo (weszłam do gabinetu w roli tłumacza i jako obserwator - Beata nie byłaby w stanie sprawdzać, czy są zachowane standardy higieny. W tym momencie ból osiągnął chyba apogeum). Wprawdzie nasza znajomość nie zaczęła się zbyt dobrze (gdy pan doktor zaproponował Beacie, żeby usiadła, zupełnie spontanicznie opowiedziała : nie mogę :/ :D , a następnie tym razem my się popłakałyśmy - ze śmiechu :D Na szczęście w gabinecie znajdowała się profesjonalna plansza przedstawiająca ludzkie wnętrzności, więc oszczędziłam lekarzowi rysunków poskręcanych rurek i brzydkich wyrazów :D

Image

Zarówno pan doktor, jak i cały gabinet był naprawdę profesjonalny - doskonały angielski i perfekcyjna czystość. Po wysłuchaniu historii, zadał Beatce bardzo znaczące pytanie - czy, przypadkiem, nie jadła ostatnio .....jajek (ekhm, ekhm...:/ :D Za przepierzeniem usunął kłopotliwy kamień i, przy okazji, wytłumaczył nam, w jaki sposób dochodzi do jego powstawania. Za dużo mięsa, za dużo jajek (no to, to akurat zdecydowanie. A mówiłam - jedzcie czosnek :D ), za dużo chodzenia (bo wtedy masa kałowa się ubija) i za mało wody. Zalecane - dużo zielonych, liściastych warzyw. Zaakceptował zakupione przez nas lekarstwo, wypisał receptę na jeszcze jedno, a my, z wdzięczności, chciałyśmy całować go po rękach.

Image

Gdy wyszliśmy ze szpitala, zaczęło się robić ciemno. Nie szkodzi, i tak wszyscy byliśmy zadowoleni - Beata, bo ból wreszcie się skończył. My - bo skończyło się uczucie strachu o koleżankę i bezsilności. I wtedy właśnie zadzwonił telefon. Pani z ubezpieczenia.

Image

Bardzo mnie to ucieszyło, bo od momentu, gdy Beata została uratowana, strasznie się nastawiałam na tę rozmowę, więc byłam doskonale przygotowana. I gdy zdziwiona pani zapytała, czy może rozmawiać z właścicielką ubezpieczenia, odpowiedziałam : Nie. Leży na stole operacyjnym. Wiem. Poniżej poziomu. Ale gdy później pani powiedziała, że możemy jechać właśnie do szpitala, w którym byliśmy, a na pytanie, czemu tak długo trwało sprawdzanie, oznajmiła : Długo? My mamy na to 5 godzin :/ uznałam, że naprawdę się jej należy.

Image

Nazajutrz rano wróciliśmy autobusem do Katmandu (wyjazd o 7.30, przyjazd ok. 16.00). Nie udało nam się obejrzeć Pokhary, pewnie jest piękna. Dowiedzieliśmy się za to wielu innych, pożytecznych rzeczy - tego, że nie warto aż tak bardzo przejmować się ubezpieczycielem i jego dziwnymi wymogami i tego, że nie trzeba bać się szpitala w Nepalu. No i oczywiście poznaliśmy tak modny ostatnio w branży rękodzieła artystycznego "efekt kamienia" :/ :D
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 29 Gru 2017 12:10 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 225
Loty: 18
Kilometry: 92 755
niebieski
Pięć godzin to i tak super, nie wiem zupełnie dlaczego narzekacie.

My przed wyjazdem do Nepalu zarejestrowaliśmy się w rekomendowanym przez MSZ systemie Odyseusz.
I tak się złożyło, że dopadło nas trzęsienie ziemi.

Zadzwoniliśmy do Odyseusza, żeby się poradzić, co się robi, kiedy hotel się zawalił, na lotnisko wejść się nie da,
bo żołnierze straszą karabinami a drogi dojazdowe do Kathmandu są nieprzejezdne.

Elektryczna sekretarka kazała nam zostawić swój numer i powiedziała, że jak ktoś do pracy przyjdzie, to zatelefonuje.

W maju będą już trzy lata, jak czekamy ...
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 29 Gru 2017 18:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@bozenak, żebyś Ty wiedziała, jak bardzo chciałabym móc chociaż raz napisać inną relację...Taką, w której np. dokonuję odkrycia drugiego Angkor Wat....Albo przemierzam pieszo Amerykę Południową. Całą :D Taką, która pokaże moją mężną i waleczną duszę... Niestety, nie ma o czym marzyć :/ - taka karma :/ :D :D

@TikTak, :D :D :D (przepraszam, ale przy całej tragedii Waszej sytuacji, nie mogłam się opanować). Naprawdę wiesz, jak pocieszyć człowieka :D

Rozdział VII, zupełnie nie na temat.

Jednym z głównych powodów wyjazdu do Nepalu, były odwiedziny rodzinnego domu dziecka Papa's Home w Katmandu. Nasza znajomość z założycielem - Lalitem i jego żoną, Danushą - rozpoczęła się przez internet, przy pomocy magii (bo inaczej naprawdę nie da się tego nazwać). Bez zbędnych szczegółów - znajomość zaczęła się zacieśniać, a w nas zaczął kiełkować pomysł, aby wreszcie zobaczyć się twarzą w twarz. Pomysł kiełkował, kiełkował, aż wreszcie (solidnie podlany świetną promocją lotniczą) stał się faktem. W Papa's Home spędziliśmy trzy dni - Lalit zaprosił nas, abyśmy z nim zamieszkali. Z jednej strony - bardzo chcieliśmy pomieszkać z wielką rodziną, którą do tej pory znaliśmy tylko ze zdjęć. Z drugiej natomiast, czuliśmy się bardzo skrępowani - nie chcieliśmy odbierać jedzenia czy miejsca w domu, gdzie każda rupia się liczy....Oczywiście mogliśmy zaproponować opłatę, ale akurat w sytuacji naszej znajomości mogłoby to być wielkim nietaktem.

Image

W momencie naszego pobytu w domu dziecka przebywało 25 dzieci. Trójka z nich to rodzone dzieci Lalita i Danushy. Pozostałe to dzieci uratowane od życia na ulicy lub gorszych rzeczy...Lalit, zapytany o to, w jaki sposób trafiają do niego poszczególne dzieci, odpowiedział - czasem sam znajdę jakieś dziecko, czasem ludzie mnie informują, że trzeba gdzieś pojechać. Niestety, ilość potrzebujących dzieci wzrosła po trzęsieniu ziemi w 2015 - wielu dorosłych straciło wtedy życie...My nie mamy już miejsca, nie mam gdzie przyjmować nowych......

Zaraz po naszym powrocie do Polski okazało się, że w Papa's Home zamieszkała kolejna, 26-ta mieszkanka - malutka, mocno poparzona dziewczynka (najprawdopodobniej ofiara zemsty rodowej...).

Dom dziecka nie otrzymuje żadnej pomocy rządowej. Jego funkcjonowanie zależy wyłącznie od wsparcia ludzi dobrej woli, datków i pomocy z różnych stron.

Image

Na pytanie, dlaczego to robi, Lalit opowiada historię swojego dzieciństwa - zaopiekował się nim "wujek", który zapłacił za jego wykształcenie. Dzięki temu mógł skończyć studia i zyskał szansę prowadzenia normalnego życia. To olbrzymi dług, a długi należy spłacać.......

Image

Dom, w którym mieścił się Papa's Home uległ zburzeniu podczas trzęsienia ziemi w 2015 r. Przez jakiś czas rodzina przemieszkiwała w namiotach, później udało się wynająć aktualny budynek. Niestety, utrzymanie takiego domu jest bardzo kosztowne, dodatkowo czynsz co jakiś czas wzrasta. Generalnie jest bardzo ciężko...

Lalit zakwaterował nas w pokojach, które znajdowały się w budynku "przyklejonym" do pleców Papa's Home. To pokoje w których mieszkają wolontariusze (do Papa's Home można przyjechać jako wolontariusz - trzeba uiścić opłatę za nocleg i wyżywienie). Gdy stanęliśmy pod drzwiami do dwóch pokojów, nie chcąc robić kłopotu, zaprotestowaliśmy - oczywiście, że wystarczy nam jeden. Lalit spojrzał i łagodnym głosem wytłumaczył - ależ nie możecie mieszkać w jednym. Nikt z was nie jest małżeństwem....

Image

Drugiego pstryczka w nos otrzymaliśmy zaraz po tym. Z Polski przywieźliśmy mnóstwo podarunków dla dzieci - zarówno zabawek, słodyczy, jak i lekarstw. Przygotowując się do wizyty, podzieliliśmy wszystko na dwie części. Jedna, dużo większa, była dla dzieci z domu dziecka. Druga - dla prywatnych dzieci Lalita. Gdy wręczaliśmy mu pakunki, popatrzył na nas łagodnie, przesypał wszystko do jednego, wielkiego wora i powiedział - one wszystkie są moimi dziećmi.....

Image

Faktycznie - "prywatne" dzieci Lalita mieszkają wspólnie z pozostałymi i funkcjonują na takich samych zasadach. Dom podzielony jest na pokoje. Młodsze dzieci mieszkają w gęściej zaludnionych pokojach, starsze - ponieważ potrzebują więcej intymności - w dwu- trzyosobowych. Dziewczynki oczywiście osobno od chłopców. Marzeniem Lalita jest zorganizowanie osobnego pokoju dla najstarszych dziewcząt - niestety, na razie fundusze na to nie pozwalają.

Image

Pokój młodszych chłopców.

Image

Pokój, do którego zaprosili nas najstarsi chłopcy. Bardzo chcieli się pochwalić swoimi największymi skarbami. A nie było to takie proste :) Kluczykiem ukrytym w szafce przyjaciela otwiera się własną szafkę. Z niej trzeba wyjąć kolejny kluczyk i wysunąć spod łóżka metalową skrzyneczkę. Dopiero wtedy skrzyneczkę można otworzyć i, z uśmiechem ogromnej dumy na twarzy, pokazać, co zawiera... Świadectwo ukończenia kolejnej klasy, dyplom i medal z jakichś zawodów sportowych....
Przepraszam, nie potrafię o tym pisać...............

Image

Lalit ogromną wagę przywiązuje do wykształcenia dzieci. Tylko wykształcenie zapewni im szansę normalnego życia. Widać to na każdym kroku - na ścianach wiszą dyplomy dzieci, świadectwa, zdjęcia ze szkolnych uroczystości...Dlatego też, tak bardzo mu zależy, aby dzieci uczęszczały do półprywatnej szkoły. Wprawdzie płatnej (10 USD za dziecko miesięcznie i trzeba kupić mundurek), ale poziom nauki, zwłaszcza angielskiego, jest dużo wyższy niż w publicznych, niesamowicie zatłoczonych szkołach.

Image

W domu obowiązuje ścisły plan zajęć. Śniadanie wszyscy jedzą wspólnie, na dachu budynku.

Image

Image

Po śniadaniu dzieci myją naczynia, sprzątają i zaczynają się szykować do wyjścia do szkoły.

Image

Najpierw trzeba znaleźć czystą koszulę i bieliznę do szkolnego mundurka :)

Image

Potem wypastować buty :)

Image

I proszę, jak się pięknie prezentujemy :) Dopiero z bliska widać, że buty mają wytarte na wylot podeszwy, a ubrania są pocerowane i bardzo zużyte...Nowych w tym roku raczej nie będzie.....Brak pieniędzy......

Image

Wszystkie dzieci zbierają się pod budynkiem. Czekają na najstarszych chłopców, którzy odprowadzą ich do szkoły.

Image

I droga do szkoły.

Image

Przed lekcjami wszystkie klasy, nauczyciele i dyrektor zbierają się na placu apelowym. Ustawieni w równiutkie rządki odśpiewują hymn Nepalu.

Image

Codziennie jeden z uczniów (to duże wyróżnienie) staje przed wszystkim i zadaje uczniom parę przygotowanych przez siebie pytań. Po angielsku. Odpowiedzieć może każdy, kto tylko zna odpowiedź. Czasami wywiązuje się przy tym rozwijająca dyskusja :) - jak wtedy, gdy pewny swego maluch, odpowiedział, że największym zwierzęciem na świecie jest słoń :) Gdy usłyszał, że jednak nie, zrobił buzię w podkówkę i wkroczyć musiał pan dyrektor, który załagodził spór, tłumacząc, że na lądzie owszem, tak, ale ogólnie, wodnie, to wieloryb jest większy :) To malca trochę uspokoiło - w końcu miał CZĘŚCIOWO rację :) Podanie prawidłowej odpowiedzi jest bardzo ważne, bo taki mędrzec zostaje uhonorowany wyjściem przed cały szereg i wszyscy biją mu brawo. I jeszcze dostaje cukierka od zadającego pytanie :)

Image

Bardzo się wzruszyliśmy, gdy zauważyliśmy, że przed wyjściem do szkoły Danusha daje jednemu z "naszych" chłopców drobną monetę. Gdy przechodziliśmy koło sklepiku, cały rządek dzieci czekał na niego, bo długo wybierał trzy malutkie cukierki z okrągłego słoja stojącego na ladzie. Obstawialiśmy, że poczęstuje swoich najlepszych przyjaciół. Jednak chłopczyk cały czas trzymał cukierki w zaciśniętej piąstce - sprawdzał i liczył co chwilę, czy żaden mu nie wypadł....Po przyjściu do szkoły okazało się, że akurat tego dnia "nasz" chłopiec zadaje pytania. Zupełnie bez żalu oddał swoje trzy cukiereczki tym, którzy znali odpowiedzi na jego pytania. I bardzo szczerze im gratulował...

Image

Klasa szkolna.

Po zakończeniu apelu następuje przegląd mundurków. Każde dziecko musi wyglądać schludnie i czysto. Gdy nauczyciel znajdzie jakieś niedociągnięcie w czyimś wyglądzie, delikwent musi zostać po apelu i wysłuchać wychowawczej pogadanki....Dzieci bardzo się starają, żeby do tego nie dopuścić.

Image

Po szkole natychmiast zdejmują mundurki, starają się je oczyścić i, jeśli sytuacja tego wymaga, naprawić. Starsi pomagają młodszym, a gdy sytuacja jest naprawdę poważna - do akcji wkracza Danusha...

W Papa's Home znajduje się jeden pokój wspólny - zarówno do nauki, jak i zabawy. W skrzyneczkach pod ścianą dzieci przechowują podręczniki, a na stojącej półce leżą zużyte od częstego używania gry...

Image

Image

Dosyć często gaśnie światło. Przyzwyczajone do takich sytuacji dzieci, nieruchomieją i czekają - czasem 10, czasem 40 minut....

Image

Tu akurat udało się nam przyświecić latarkami. Dzieci były wniebowzięte :)

Image

Image

Nie potrafię ubrać w słowa, jak wiele radości sprawiły nam zabawy z dziećmi. Nie potrafię też policzyć, ile razy odwracaliśmy się od nich, żeby ukryć łzy w oczach. Nie spotkałam dzieci, które miałyby tak mało, tak ciężko byłyby doświadczone przez los, a równocześnie tak bardzo potrafiłyby się cieszyć z najmniejszej nawet rzeczy i tak bardzo cieszyłyby się z możliwości nauki.......A najgorsze jest to, że z powodu braku pieniędzy, nawet to może być im odebrane......

Image

Image

Zwróćcie uwagę na kluczyk na szyi.....Jest od skrzynki z najważniejszymi skarbami malucha - książkami do nauki.....

Image

Image

Image

Pobyt w Papa's Home był dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Przepraszam, ale nie potrafię o tym pisać, to chyba za bardzo emocjonalne dla mnie....

Image

Lalit i Danusha. Jak dla mnie - niesamowicie skromni bohaterowie Nepalu....

Image

Ponieważ słowa ciężko dziś mi idą, może łatwiej będzie obrazem :



A na filmie dzieci śpiewają : "Jesteśmy tysiącem kwiatów"...........


P.S. A gdyby ktoś pytał - miesięczny koszt utrzymania jednego dziecka to 45 euro.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#15 PostWysłany: 29 Gru 2017 22:38 

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 799
złoty
@pestycyda, dobro wraca ;)
A za zdjęcia z Poon Hill jestem gotowy polecieć do Nepalu choćby i na przedłużony weekend... Magia! :D
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 30 Gru 2017 19:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@Gadekk, :* :) a Nepal polecam bardzo gorąco. Sama sobie też obiecałam, że w Himalaje wrócę na pewno :)

Rozdział VIII. Jak nie zobaczyłam Bhaktapur. Prawie :D Ale się starałam :D

Podczas mieszkania w Papa's Home, jak najwięcej czasu staraliśmy się spędzać z dziećmi. Jednak gdy były w szkole, mieliśmy też czas na małe wycieczki - nie było go jednak zbyt dużo. Musieliśmy więc ustalić, na czym nam najbardziej zależy. Wybraliśmy trzy miejsca (choć przy wpisywaniu ich na listę, długo się wahałam :D Dotarło do mnie, że Prawdziwy Podróżnik ma większą gwarancję zobaczenia miejsc, których na listę NIE WPISZE :D

Image

Jednak mieliśmy też pewne wsparcie - Lalit zaproponował, że nas podwiezie, a to dawało nadzieję, że przynajmniej on nie pomyli lokacji z naszej listy :/ :D

Image

Pierwszym przystankiem była Swayambunath, znana też jako Świątynia Małp. To jedno z najbardziej znanych miejsc pielgrzymek buddyjskich w Nepalu. Bilet wstępu - 200 NPR.

Image

Na szczyt prowadzi 365 stopni. I wiecie co? Jak naprawdę nie cierpię schodów, tak czym jest 365 przy 3500? :D W każdym razie, po trekkingu nie były żadnym wyzwaniem i wyjątkowo szybko udało się nam po nich wspiąć.

Image

Na szczycie znajduje się stupa, świątynie, muzeum i mnóstwo straganików z pamiątkami.

Image

Image

Nazwy - Świątynia Małp - nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Makaki uważane są w tym miejscu za święte i mogą się poruszać, gdzie tylko zechcą (włączając w to ciała zwiedzających :D I oczywiście skwapliwie z tego korzystają :D

Image

Niezmiennie wzrusza mnie widok małpki jedzącej z dłoni Buddy.

Image

Image

Nieco niepokoją mnie te podwójne łapki pod pachami małpki. Nie mam pojęcia, czyje są :/ trochę wyglądają jak mutacja :/

Makaki mają tam faktycznie jak w raju, a obserwacja ich figli i naturalnych zachowań dostarcza dużo radości.

Image

Ze wzgórza rozciąga się też przepiękny widok na Katmandu. Szczerze mówiąc, wiedziałam, że to miasto jest olbrzymie, ale tego, że aż tak, to się nie spodziewałam...

Image

Image

Czas jednak gonił. Jeśli chcieliśmy (a chcieliśmy. Bardzo. Właściwie to była główna pozycja na naszej nowej liście "do zwiedzenia". Na nowej, bo stara się...jakby...ekhm....zdezaktualizowała :D ) zobaczyć Bhaktapur, to nie mogliśmy pozwolić sobie na spokojne napawanie się i spacerowanie po wzgórzu świątynnym. Lalit podwiózł nas pod samą bramę (ufff. Jesteśmy bezpieczni :D i poszedł załatwiać swoje sprawy. Kupiliśmy bilety (1500 NPR ) i rozpoczęliśmy zwiedzanie.

Image

Bhaktapur jest niewielkim miastem z XII wieku, położonym około 16 km od Nepalu. Ta dawna stolica kraju pociągała nas przede wszystkim ze względu na wspaniałą architekturę. Niestety, i tu trzęsienie ziemi mocno dało się we znaki....

Image

Obeszliśmy wokół coś w rodzaju niewielkiego ryneczku.

Image

Przez przypadek weszliśmy w jakąś bramę, gdzie znaleźliśmy coś w rodzaju basenu (?) - pięknie zdobionego.

Image

Image

Pokręciliśmy się w kółko, zrobiliśmy sobie mnóstwo zdjęć z kamiennymi posągami...

Image

Przyglądaliśmy się ludziom...

Image

Image

Tradycyjna nepalska gra "w kamienie". Mimo najszczerszych chęci nie byliśmy w stanie opanować zasad.

I, w końcu, ktoś z nas wreszcie się przełamał i dość nieśmiało powiedział : Wiecie...spodziewałem się czegoś trochę innego..." :/ :D Owszem, wszyscy tak pomyśleliśmy - po bardzo entuzjastycznych opiniach wyczytanych w sieci, rzeczywistość okazała się, jakaś taka mało interesująca? Niby w sumie ładnie, ale trochę mało do zobaczenia. I sam "ryneczek" jakiś taki mały. I, po prostu, trochę nudno...

Image

Na wszelki wypadek sprawdziliśmy bilety (taaak, nawet do tego się posunęliśmy. W końcu wejście do zupełnie innej atrakcji, niż się planowało, to dla PP pestka :/ :D Jednak wszystko się zgadzało. Co drugi sklep i kawiarnia także nazywały się "bhaktapuriańskie"...Hmmm. Czyli na pewno jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy...Żeby jakoś przełknąć ten nieoczekiwany zawód, wstąpiliśmy do jednej z nich. Pyszna kawa (140 NPR) rozjaśniła nam umysł - po prostu nie znamy się na architekturze i dlatego nie jesteśmy w stanie docenić nepalskich budowli z XII w. Trudno, nic z tym nie zrobimy. Po prostu w kawiarni przeczekamy do powrotu Lalita i tyle. Nie każdy musi się na wszystkim znać przecież.

Image

Po drugiej kawie, moi lekko znudzeni współtowarzysze, postanowili się przejść po placu jeszcze raz (ha! Przejrzałam ich! Tak naprawdę, to liczyli na to, że jednak jakaś struna w nich drgnie i zaczną doceniać dawną sztukę :D Ja nie - nie miałam w stosunku do siebie żadnych złudzeń :/ :D Jednak po 5 minutach świat zadrżał w posadach :D Do kawiarni wbiegli moi towarzysze (a 50% z nich nawet z rozwianym włosem :D ) i już od progu zaczęli głośno krzyczeć : szybko! Musisz tam iść!!!

Image

Tak. Czemu mnie to nie dziwi...? :/ :D Okazało się, że placyk, na którym zakończyliśmy zwiedzanie, był jakby "przedplacykiem". Wystarczyło przejść z niego wąską uliczką i człowiek znajdował się w głównej części Bhaktapur.....A tam, to naprawdę było co zwiedzać....

Image

Image

I chciałam oficjalnie przeprosić to przepiękne miasto, za wcześniejsze kłamstwa na jego temat :/ Że nudne? Że mało? Nic podobnego!!! Szkoda tylko, że tak dużo czasu zmarnowaliśmy na zwiedzanie jego "przedpokoju" i teraz została nam tylko chwilka...

Image

Image

Image

Przepiękne zdobienia, drobne ornamenty - niestety, aby w pełni to docenić, potrzeba czasu na zwiedzanie. My niestety pewnie moglibyśmy się stać autorami przewodnika pt. "Jak zwiedzić Bhaktapur w 20 minut" :/ :D wróć...lepiej, żebyśmy żadnych przewodników nie pisali :/ :D :D

Image

Image

Image

Image

Szkoda. Piękne miejsce i, jeśli ktoś chciałby je zwiedzić, to spokojnie może przeznaczyć na to cały dzień. Nawet, jeśli nie jest znawcą XII-wiecznej architektury :D

Image

Kolejnego dnia postanowiliśmy odwiedzić ostatnie miejsce z naszej listy. Patan. Dawniej jedno z trzech największych miast Doliny Katmandu, aktualnie - jego dzielnica. Wielbicielem głównego placu Patanu, był zwłaszcza Marcin. Przed przyjazdem obejrzał chyba wszystkie zdjęcia, jakie można spotkać w internecie i wymógł na nas obietnicę, że na pewno, ale to na pewno pójdziemy go obejrzeć. Na piechotę (to trochę przerażało. Już raz przegonił nas na piechotę po Katmandu i nie było to miłe wspomnienie :/ :D Przerażało, ale zarazem było najsensowniejszym wyjściem - Papa's Home leżał niedaleko Patanu, dodatkowo taki spacer pozwoliłby nam na zobaczenie czegoś więcej. Chcieliśmy jeszcze choć trochę dotknąć miasta, zobaczyć tyle, ile się da, podczas tak krótkiego pobytu.

Image

Nie była to całkowicie przyjemna wycieczka. Wszędzie widać było efekty tragedii sprzed prawie dwóch lat...Budynki podparte kijami, gruz i cegły, czasem spośród ruin wystawały fragmenty jakiegoś posągu....Ogromna tragedia. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak wiele dorobku kulturowego zostało bezpowrotnie zniszczone...

Image

Image

Nie mieliśmy więc dobrych humorów. Dodatkowo nie mieliśmy mapy. Kluczyliśmy zatem wąskimi, małymi uliczkami, za przewodnika mając tylko "nos" Marcina i jego nieodparte pragnienie zobaczenia Durbar Square w Patanie.

Image

Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Marcin wpadł w rodzaj amoku - nic do niego nie docierało. "Choroba Patanowa" :D Nie pomagały nawet nasze nieudolne próby zakończenia tej wędrówki bez celu. Nieudolne, ale jednak sprytne - za każdym razem, gdy z małych uliczek wychodziliśmy na otwarty placyk, któraś z nas mówiła z ogromnym przekonaniem : "Marcin, to jest to. Pamiętam ze zdjęć" :D

Image

Marcin rozglądał się uważnie i (niestety, niestety :/ :D ) , oznajmiał - nie. Ale gdzieś tu, gdzieś tu. Po czym wchodził w kolejną, wąską uliczkę, zmuszając nas do truchtania za nim bez przekonania.

Image

W końcu, sekundę przed buntem na pokładzie, znaleźliśmy się na ogromnym placu. Wreszcie na tym, o który chodziło.

Image

Przypuszczam, że to miejsce było naprawdę piękne przed trzęsieniem ziemi. Teraz każda budowla jest podparta i naprawiana...Smutny widok..... Obejrzeliśmy za to pokaz taneczny, który akurat odbywał się na placu, a wracając do Papa's Home przeżyliśmy lekkie zaskoczenie - schodząc z placu minęliśmy budkę z biletami wstępu. Wchodząc od innej strony (a właściwie to zygzakiem i małymi uliczkami :/ ) nie mieliśmy pojęcia, że wstęp jest płatny.

Image

Tego samego wieczoru Lalit odwiózł nas na lotnisko. Przykro było się żegnać, tyle jeszcze rzeczy zostało do powiedzenia, tyle miejsc do zobaczenia....

Image

I to był niestety koniec naszego pobytu w tym pięknym kraju. Więcej głupot nie popełniliśmy. W Nepalu :D Przynajmniej jak do tej pory, bo całkiem poważnie planuję tam wrócić :/ :D

Image
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 31 Gru 2017 10:08 

Rejestracja: 10 Maj 2013
Posty: 1437
srebrny
@pestycyda Powinnaś wydać jakąś książkę ze wspomnieniami z wypraw, bo każda Twoja relacja to mistrzostwo świata. :)
Gdybyś założyła zbiórkę na jakiejś platformie crowdfundingowej, sam chętnie coś dorzucę do wymaganej kwoty.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 31 Gru 2017 19:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@sranda, bardzo dziękuję za tak miłe słowa :* z książką to może nie jest taki zły pomysł ;) Mam już nawet tytuł : "Podróżnicze wpadki i porażki" :/ :D :D

Rozdział IX. Jak nie zobaczyłam zabytków w Tbilisi.

Ponieważ powrót do Polski, ze względu na prawdziwie podróżnickie bilety, miał potrwać parę dni, postanowiliśmy skorzystać z tej okazji i pozwiedzać jeszcze więcej (tak, dla PP zawsze istnieje "więcej" i "bardziej" :)

Przesiadka w Dubaju trwała tylko parę godzin, w dodatku znowu w nocy, więc zwiedzanie Dubaju sobie odpuściliśmy (poza tym, przecież największe jego atrakcje już zwiedziliśmy, więc spokojnie można już wydrapać Dubaj na mapie-zdrapce. A co! :D

Dłuższy postój czekał nas w Gruzji. Lądowaliśmy w Tbilisi, a lot do Warszawy mieliśmy z Kutaisi. Za trzy dni. Zaplanowaliśmy więc bardzo gruntowne zwiedzanie gruzińskiej stolicy. Byliśmy już w Gruzji, ale w Tbilisi tylko przejazdem, więc był to doskonały moment, żeby poznać dokładnie dorobek kulturowy tego pięknego kraju.

Samolot wylądował o 5.00 rano. Na lotnisku poczekaliśmy na pierwszy autobus i, ok. 6.00, za 50 tetri dojechaliśmy do centrum. I wtedy do nas dotarło, że chyba niepotrzebnie się tak spieszyliśmy :/ :D Zima, 6.00, prawie noc :/ Nie mamy noclegu, dorobku kulturowego też za bardzo podziwiać nie można, bo : 1. ciemno (dotyczy obiektów zewnętrznych), 2. pozamykane (dotyczy wewnętrznych ekspozycji) :/ :D Szliśmy więc sobie uliczkami i liczyliśmy na cud. I cud się zdarzył - Marcin przypomniał sobie, że "gdzieś tutaj, gdzieś tutaj" jest hostel, który oglądał na booking.com. I nie wiem, komu dziękować za "nos" naszego współtowarzysza, bo doprowadził nas dokładnie pod hostel Georgia. W dodatku w hostelu świeciła się lampa - w jednym, jedynym budynku całej dzielnicy :) Z przepraszającym wyrazem twarzy, zdecydowaliśmy się więc zapukać. Otworzył nam przemiły właściciel i, mimo wczesnej pory, dostaliśmy od ręki dwa pokoje. W sumie 120 GEL za dwie noce.

Image

Ogrzaliśmy się, odpoczęliśmy i, gdy tylko zrobiło się jasno, pełni wiary i optymizmu, wyruszyliśmy na zwiedzanie. I wtedy wszystko zaczęło się psuć...:/ :D

Wiadomo, przed zwiedzaniem należy nabrać sił i energii. Wiedzą o tym nawet Zwykli Turyści, a co dopiero PP. Pierwsze kroki skierowaliśmy więc do miejscowej piekarni. Gdy zasiedliśmy przy stoliczku oczekując na chaczapuri, przyszła nam do głowy bardzo błyskotliwa myśl - wiadomo, piekarnia, ale to przecież Gruzja. Może wino też mają? Zapytaliśmy więc o to miłą panią w okienku, wywołując u niej, nie wiedzieć czemu, atak śmiechu. Jednak po chwili pani zdjęła ze stojącej w małej salce szafki, kamienny dzbaneczek, wyszła z nim na zaplecze i przyniosła ponownie. Tym razem wypełniony po brzegi :)

Image

I się zaczęło. Dzbaneczek magicznie się sam napełniał, do stolika zaczęli się dosiadać panowie - bracia i kuzyni właścicielki. W końcu sama właścicielka usiadła razem z nami, zdjęła wiszący na ścianie ozdobny instrument i zaczął się koncert...Jestem niesamowicie dumna, że mogłam w nim uczestniczyć (choć trochę nie udało się nam godnie zaprezentować Polski. Na usilne żądanie gruzińskich przyjaciół zasady koncertu wyglądały tak : oni jedną piosenkę, jedną piosenkę my. Tradycyjną, ludową. I, niestety, tak jak oni śpiewali cudownie, tak my wspólnie znaliśmy tylko "Szła dzieweczka do laseczka". W dodatku z głównym tekstem : lalalalala :/ :D Właścicielka wysyłała panów do sklepu po piwo, prowadziliśmy długie rozmowy w oparach dymu papierosowego, a do piekarni co chwilę wchodziły dzieci, żeby kupić sobie bułkę do szkoły....Cudowne momenty, niesamowity klimat.....Jednak największe zaskoczenie przeżyliśmy w momencie, gdy trzeba było zapłacić. Rachunek wydał się nam podejrzanie niski...Po przejrzeniu, nie znaleźliśmy na nim wina....Gdy zwróciliśmy na to uwagę rozśpiewanej właścicielce, zaczęła ocierać z oczu łzy, aż w końcu, krztusząc się śmiechem, wyszeptała : "To jest PIEKARNIA. Tu nie ma wina. Wzięłam dzbanek i przyniosłam z domu".......

Image

Gdy, zaskoczeni i lekko zawstydzeni, próbowaliśmy zaproponować jakąś rekompensatę, odparła dumnie : "This is Georgia".....

Dotarło do nas wtedy, co jest największym dorobkiem kulturowym tego pięknego kraju. I zwiedzaliśmy, o tak, zwiedzaliśmy. Można powiedzieć, że nawet wpadliśmy w pewnego rodzaju "ciąg zwiedzania" :D
Tak więc, oto najpiękniejsze zabytki Tbilisi :

Image

Image

Image

Trzy dni. Trzy kilo do przodu :D Za to wspomnień, magicznych momentów i wzruszających chwil, nikt mi nie odbierze. Do "naszej" piekarni wpadaliśmy codziennie. Właściwie - właściwie, to nawet parę razy na dzień :D Zawsze czekał na nas stolik, dzbanek wina i przyjaciele....Magia Gruzji.

Image

Czasami chodziliśmy też na spacery. Takie wiecie, żeby trochę pobyć na świeżym powietrzu i poprawić trawienie :/ :D

Image

Wjechaliśmy też kolejką do pomnika Matki Gruzji (1 GEL).

Image

Wybraliśmy się też do łaźni siarkowych. W końcu jak rozpusta, to rozpusta :D 30 GEL za wynajęcie jednej kabiny przez godzinę + 1 GEL za prześcieradło.

Image

Image

Zwiedziliśmy też jedno muzeum, ale to akurat nie był najlepszy pomysł :/ :D Poszedł z nami poznany w hostelu Irańczyk i trochę zepsuł mi przyjemność z oglądania ekspozycji. Po pierwsze, przy kasie okazało się, że zapomniał portfela i musiałam za niego zapłacić :/ :D A po drugie - chodząc za mną po salach ekspozycyjnych cały czas natrętnie szeptał mi do ucha : "To naaaasze...Naszeeee...Nie gruzińskie....To irańskie skarby....Naaaszeee..." :/ :D

Image

Później już tylko pozostała nam szaleńcza jazda taksówką (138 GEL) do Kutaisi na lotnisko - przez noc i śnieżycę. Poważnie, warunki pogodowe były fatalne. Pan kierowca ocierał pot z twarzy i próbował cokolwiek zobaczyć przez szalejącą za szybą zawieruchę. Gdy o 4.00 rano zatrzymaliśmy się na lotnisku, wyglądał na poważnie zmęczonego i zestresowanego. Obiecał, że prześpi się w samochodzie i poczeka, aż zrobi się jasno i spokojnie. Mam szczerą nadzieję, że obietnicy dotrzymał.

Image

Potem lot do Warszawy i powrót do naszego miasta. Za krótko i za mało :) Ale chyba każdy tak czuje, wracając....

Image


Epilog finansowy

Krótkie podsumowanie kosztów :

TRANSPORT : ok. 116,31 zł (Nepal) + ok. 106 zł (Gruzja) = 222,31 zł

NOCLEGI : ok. 63,36 zł (Nepal) + ok. 54,71 zł (Gruzja) - ale w Nepalu dwie noce spędziliśmy w Papa's Home = 118,07 zł

ATRAKCJE : ok. 288,72 zł (Nepal - wliczyłam tu też wizę i zezwolenia na trekking) + ok. 24,62 zł (Gruzja) = 313,34 zł

JEDZENIE : ok. 304,36 zł (Nepal. Pamiętajmy o ogromnej ilości napitkach :D + ok. 71,12 zł (Gruzja. Jak wcześniej :D = 375,48 zł

Czyli w sumie : ok. 1029,20 zł

Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali ze mną do końca relacji. Dziękuję za komentarze i polubienia - to naprawdę mocno motywuje do dalszego pisania.
Z okazji Nowego Roku chciałabym Wam złożyć jeszcze życzenia. Wiem, nie mam złudzeń - nie sądzę, żebyście stali się Prawdziwymi Podróżnikami na wysokim poziomie, bo to naprawdę trudne. Ale życzę Wam, żebyście w 2018 roku choć trochę zbliżyli się do tego poziomu. Mam nadzieję, że niniejszy Przewodnik pokaże Wam, do czego powinniście dążyć ;) :D :D

Image
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
22 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#19 PostWysłany: 01 Sty 2018 20:01 

Rejestracja: 09 Cze 2014
Posty: 3
Świetna relacja. Dziękuję za to, że zabrałaś mnie na tę wyjątkową wyprawę 😁.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
K Marek Trusz uważa post za pomocny.
 
 
#20 PostWysłany: 03 Sty 2018 18:38 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 86
Loty: 50
Kilometry: 108 659
:D :D ;) ;) Jesteście niesamowici :lol:
Gdzie następna wyprawa. Jeżeli można coś wplacić na Nepalskie dzieci to daj znać.
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
 [ 23 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group