Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 26 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 23 Kwi 2016 21:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
Właśnie minął miesiąc odkąd wróciłam z mojej ostatniej podróży po Ameryce Południowej i kiedy wreszcie (!!!) postanowiłam rozpakować plecak, wysypał się z niego stos notatek, ulotek i wszelkiego sortu biletów wstępu. Zbierałam je pieczołowicie przez cały wyjazd i kosztem pary klapków przywiozłam do domu. Z uwagi na fakt, że o Paragwaju mówi się mało, a pisze jeszcze mniej, mam nieśmiałą nadzieję, że ktoś z Was z tych informacji skorzysta.

SKĄD POMYSŁ NA PODRÓŻ DO PARAGWAJU?

W zasadzie nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie w jakiś wyrafinowany sposób. Kocham Amerykę Południową i odkąd pojechałam tam po raz pierwszy, kilka lat temu, nie potrafię przestać wracać. Byłam już w Peru, Chile i w Argentynie. Można powiedzieć, że liznęłam też Boliwię. Nie rozgadując się za bardzo, planuję odwiedzić wszystkie kraje tego kontynentu, więc podróż do Paragwaju jest tylko naturalną konsekwencją miłości do tej części świata.
Korzystając z genialnej promocji TK na loty do Sao Paulo http://www.fly4free.pl/tanie-bilety-lot ... od-778pln/, kupiłam bilety na trzy tygodnie i w zasadzie... postanowiłam do Brazylii nie jechać. A przynajmniej nie spędzać w niej całego urlopu. W południowo-wschodniej części kraju zobaczyłam to, co według mnie zobaczyć po prostu trzeba (wodospady Iguazu, Kurytybę, Sao Paulo i Rio de Janeiro), a resztę czasu przeznaczyłam na Paragwaj. Nie dość, że byłam blisko, to na dodatek tanie przeloty z Europy do Asuncion praktycznie nie występują. Był jeszcze jeden powód, dla którego wybrałam się do Paragwaju właśnie teraz. A właściwie nie tyle powód, co jego brak. W zasadzie mało kto jeździ do tego kraju, niewiele osób potrafi coś o nim powiedzieć (mam na myśli coś sensownego), a pytając w google o największą atrakcję Paragwaju otrzymacie odpowiedź - wodospady Iguazu. Informacji w sieci jest naprawdę jak na lekarstwo, przewodniki po polsku nie istnieją (a przynajmniej nie znalazłam takiego). Niech ostatecznym dowodem tego jak marny i niewiele znaczący to kraj, będzie fakt, że ani Lonely Planet ani Rough Guide nie wydały o tych ziemiach osobnego przewodnika ;). Tym bardziej mogłam się poczuć jak prawdziwy odkrywca, co w dobie internetu (gdzie w zasadzie zanim pojedziesz w dane miejsce to już i tak wszystko zobaczyłeś na zdjęciach umieszczonych w sieci) jest raczej trudne do zrealizowania.

Relacja będzie w odcinkach, ale postaram się szybko wrzucić kolejne części.

W Paragwaju spędziłam równiutkie 10 dni w marcu br. Przez mniej więcej 2 tygodnie miałam zamiar zobaczyć dużo więcej niż to, co w rzeczywistości się udało, ale nauczona doświadczeniem zebranym w Ameryce Łacińskiej nie planowałam zbyt wiele na sztywno. Właściwie to miałam tylko ramowy schemat całej podróży. Wiedziałam gdzie chcę dotrzeć i ewentualnie jak mogę to zrobić :). Rzeczywistość i tak miała wszystko zweryfikować. No i się nie pomyliłam. W zasadzie zrealizowałam może z połowę moich pierwotnych zamierzeń, ale za to właśnie uwielbiam ten kontynent. Każdy dzień to niespodzianka :).

Załącznik:
trasa.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez travelerka, 30 Kwi 2016 20:01, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 23 Kwi 2016 22:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lut 2014
Posty: 321
Loty: 294
Kilometry: 552 520
niebieski
Czekam z niecierpliwoscią :) Byłem zaledwie przez jeden dzień tylko i bardzo żałuje,że tak krótko...
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
travelerka lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 24 Kwi 2016 01:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
Pomimo że robiłam to już wiele razy, przekraczanie granicy nowego państwa jest dla mnie zawsze niesamowicie ekscytujące. Ludzkie zachowania, lokalna waluta i savoir-vivre - wszystko jest potencjalnie nowe i co za tym idzie, bardzo interesujące. O Paragwaju nieco już wiedziałam, jednak kilka informacji w dalszym ciągu było sprzecznych, czasem nieco niepokojących. Już w Chile po raz pierwszy usłyszałam, że to jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc na kontynencie. Tę wiadomość potwierdziło kilku, spotkanych w okolicach wodospadów, Brazylijczyków. Zważywszy na to, że sami żyją w kraju, gdzie napady z bronią w ręku to całkiem zwyczajny obrazek, zaczęłam wątpić w swój zdrowy rozsądek. Zdecydowanie jednak bardziej cenię sobie wiedzę empiryczną niż taką opartą jedynie na przypuszczeniach. Jest ryzyko, itd. :)

Most, który łączy Brazylię z Paragwajem, tzw. Most Przyjaźni (pomiędzy Foz do Iguazu a Ciudad del Este) to podobno jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w kraju (polemizowałabym...). Jakiś czas temu ujęto na tym przejściu szajkę handlarzy narkotyków i zarekwirowano prawie 1500 kg czystej kokainy. Można go przejechać autobusem, a można pokonać spacerkiem w niespełna 5-10 minut. Po dokonaniu formalności paszportowych po stronie brazylijskiej, w obliczu kilometrowego korka na drodze i przy braku perspektyw na szybki transport lokalnym busikiem, niepewnie postawiłam stopę na moście. Potem drugą i znów pierwszą... i tym oto niewyszukanym sposobem przetransportowałam się na drugą stronę rzeki Parana.
Załącznik:
CdE2.JPG

Pozwolę sobie w tym miejscu na małą dygresję, bo inaczej co kilka akapitów będę musiała wylewać swoją frustrację na nowo. Cała ta otoczka niebezpiecznych miejsc wygląda z mojej perspektywy jak wielka, nadmuchana bańka mydlana. Ktoś powie, że gdzieś jest niebezpiecznie, ktoś inny to podchwyci, a następny wykoncypuje, że nie można tam jechać, bo wszyscy tylko czyhają na biednego turystę, żeby go obrabować, zabić, zgwałcić itp. Zgadzam się z tym, że są miejsca mniej lub bardziej narażone na akty przestępcze. Wszędzie jednak wystarczy rozsądek, który każdy z nas przecież posiada. Nie da się przewidzieć wszystkiego i wszystkiemu przeciwdziałać. A Most Przyjaźni to po prostu zwykły most, z którego korzystają zarówno zmotoryzowani jak i piesi. Prawdopodobieństwo, że ktoś Was tam napadnie (a takie otrzymałam przestrogi) oczywiście istnieje. Czy to oznacza, że nie warto przekraczać go pieszo? Zapytajcie o zdanie te wszystkie kobiety z dziećmi, nastolatków i mężczyzn, którzy każdego dnia pokonują tę trasę w drodze do/z pracy. Formalności wjazdowe po stronie paragwajskiej trwałyby w zasadzie tylko tyle, co wbicie pieczątki do paszportu, gdyby nie wielki zielony stempel z końca świata, który jeszcze nie tak dawno temu z dumą pokazywałam rodzinie i za który zapłaciłam zawrotne 3 USD. Nie spotkałam jeszcze pogranicznika, który nie uległby pokusie i nie zagaił na ten temat rozmowy. To były najlepiej ulokowane pieniądze dolary w moim życiu.
Załącznik:
Stempel.jpg

Na odchodne poradził, żeby uważać na krążących po okolicy agentów DEA czyli rycerzy Amerykańskiej Agencji Antynarkotykowej. Do tej pory nie mam pojęcia dlaczego mnie przed nimi ostrzegał ;).

Pierwsze chwile w Ciudad del Este to kakofonia płynących zewsząd dźwięków wszelkiego rodzaju i setki straganów z mydłem i powidłem.
Załącznik:
Chickenbus.jpg

Sprzęt elektroniczny i chińskie podróbki wszystkiego co tylko się da podrobić to chyba dwa najważniejsze atrybuty tego miasta. Ciudad del Este to takie trochę centrum handlowe w tej części kontynentu. Zakupy przyjeżdżają tu robić Brazylijczycy i Argentyńczycy. Jest tanio, dużo i “markowo”. Latynosi to uwielbiają. Najbardziej uwiódł mnie jednak sposób w jaki traktowali mnie Paragwajczycy. Tutaj wcale nie czułam się jak biały przybysz z Europy. Dla nich nie byłam gringa tylko kolejnym potencjalnym klientem na gumowe zabawki do basenu, kamienne krasnale do ogrodu czy wysadzane cekinami sukienki. Przedmioty idealne w trakcie dalszej podróży ;). Od razu poczułam się lepiej.Naturalnie pierwszym celem i najważniejszym zabytkiem w mieście był kantor wymiany walut, których w zasadzie w całym mieście sporo, a najwięcej właśnie w centrach handlowych nieopodal granicy i rozłożonych równolegle do rzeki. Formalności związane z wymianą gotówki to w tym kraju niemal rytuał. Prawdopodobnie jakiś wysoko postawiony włodarz państwowy uznał, że sprzedaż/kupno waluty wymaga celebracji godnej japońskiej sztuki parzenia herbaty, bo obrót gotówką rzędu 200 zł (wymieniałam na początek 200 reali brazylijskich) trwał niemal 20 minut i wymagał spisania chyba wszystkich danych z paszportu.

Na tą noc (jak i na żadną inną w Paragwaju) nie miałam zarezerwowanego noclegu więc zaraz po wymianie pieniędzy ruszyłam wzdłuż głównej ulicy z zamiarem odnalezienia lokalnej informacji turystycznej. Na miejscu dostałam stos mapek, folderów reklamowych, ulotek i namiary na teoretycznie fajny i niedrogi hostel. Fajny to jednak w przypadku tego miejsca czysty eufemizm. Casa Alta to jeden z najciekawszych hosteli w jakich spałam, utrzymany w lekko kolonialnym stylu, na uboczu, z dala od wielkiego miasta. Trochę trudno go przez to odnaleźć, ale warto sobie ten trud zadać. [i]W Paragwaju w cenie noclegu jest zazwyczaj zawarte śniadanie. Nie ma jednak co liczyć na porządny posiłek, bo z reguły na stole ląduje pieczywo (jakiś chemiczny substytut chleba tostowego, który już sam w sobie jest chemicznym zamiennikiem normalnego zwykłego chleba), naparstek dulce de leche (popularny w całej Ameryce Płd. super słodki mleczny krem - ja akurat lubię), czasem plasterek sera żółtego i/lub plasterek wędliny (raczej drugiego sortu). Na szczęście zawsze jest kawa z mlekiem :) i czasem, przy odrobinie szczęścia można trafić na świeżo wyciskany sok z owoców.

Tego samego dnia zdążyliśmy jeszcze zobaczyć słynną Zaporę Itaipu. Wybudowano ją na granicy paragwajsko-brazylijskiej kosztem prawie 20 mld USD. Pieniędzy nie dał oczywiście biedny jak mysz kościelna Paragwaj, ale bogata Brazylia, dla której ta zapora jest chyba jeszcze ważniejsza niż dla Paragwaju. Jest to druga największa (pierwsza jest oczywiście od niedawna w Chinach) elektrownia wodna na świecie i rocznie produkuje nawet do 95 terawatogodzin prądu. Znaczy to tyle, że ilość produkowanej tu rocznie energii elektrycznej wystarczyłaby, aby całkowicie pokryć światowe zapotrzebowanie na prąd przez dwa dni. Dzięki tamie, Paragwaj zaspokaja niemal 95% swojego rocznego zapotrzebowania na elektryczność, a wszystkie nadwyżki “odsprzedaje” Brazylii. Tym samym Itaipu dostarcza jednocześnie aż 20% całej rocznej energii dla liczącej 200 mln mieszkańców Brazylii. I teraz najciekawsze. Brazylia płaci Paragwajowi 1 mln USD dziennie czyli 365 mln USD rocznie za otrzymywaną energię. Śmiesznie mało biorąc pod uwagę ceny rynkowe, ale przecież nie od dziś wiadomo, że w południowoamerykańskich rządach kwitnie korupcja.

Aby dostać się do tamy z Ciudad del Este wystarczy wsiąść w jakikolwiek autobus miejski z napisem Hernandarias i poprosić kierowcę, żeby nas wysadził przy wejściu do elektrowni.Wycieczka trwa ok. 2 h. Na początku wyświetlany jest 30 min filmik (w języku hiszpańskim) o historii zapory, jej znaczeniu dla obu krajów, ekologii itp. itd., a po wyjściu z sali projekcyjnej wsiada się w autobus, który objeżdża najciekawsze miejsca elektrowni. Niestety nie można opuszczać pojazdu podczas trwania wycieczki. Wyjątkiem jest tylko punkt na samym początku trasy, z którego rozciąga się fantastyczny widok na tego giganta.
Załącznik:
Itaipu1.jpg

Załącznik:
Itaipu2.jpg

Załącznik:
Itaipu3.jpg

Załącznik:
Itaipu4.jpg

Załącznik:
Itaipu5.jpg


Podobnie jak to jest w przypadku wodospadów Iguazu, tak i tutaj żadne zdjęcie nie odda rzeczywistości. W autobusie jechał z nami przewodnik. Nasza grupa była niewielka, bo składała się z pary Paragwajczyków i naszej dwójki, więc czułam się niemalże jak na prywatnej wycieczce :). Na dodatek, Ci sami ludzie zabrali nas potem na stopa do samego Ciudad del Este. Nadgryziony zębem czasu samochód, okna otwarte na oścież, w radio najznamienitszy latynoski pop, a na prędkościomierzu ile fabryka dala. Tak mogę w skrócie podsumować tą krótką aczkolwiek niezwykle ekscytującą przejażdżkę ;). Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo stęskniłam się za tym kontynentem.

INFORMACJE:
1. nocleg w Casa Alta - 150.000 guarani/pok.2-os, bez rezerwacji, płatność gotówką lub kartą; http://www.casaaltahostel.com/hostel/
2. bilet na autobus do elektrowni - 5.000 guarani w jedną stronę
3. wycieczka po elektrowni - darmowa po okazaniu paszportu przy wejściu na teren kompleksu; odbywają się regularnie co godzina (ostatnia o 16:00)
4. Shopping Zumi - centrum handlowe z dobrym jedzeniem
Załącznik:
CdE.jpg


UWAGA:
Rząd paragwajski zezwala na bezwizowy ruch ludności, aby ułatwić życie miejscowej ludności i zachęcić bogatych Brazylijczyków i Argentyńczyków do wydawania pieniędzy w tutejszych centrach handlowych. Teoretycznie można więc przekroczyć granicę bez śladu w paszporcie, ale w przypadku kontroli to na turyście spoczywa obowiązek zdobycia pieczątki i to on ponosi konsekwencje w przypadku jej braku. Istnieje jednak niepisana zasada, że nie trzeba brać stempla wjazdowo/wyjazdowego jeśli jeszcze tego samego dnia planujemy wracać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
sko1czek uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 24 Kwi 2016 13:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
W nocy przyszła iście tropikalna ulewa, która przynajmniej na chwilę dała wytchnienie od palącego skwaru, o tej porze roku omiatającego cały kraj. Choć bezapelacyjnie należę do stworzeń ciepłolubnych, paragwajski upał już po jednym dniu niemal zupełnie odbierał mi radość życia. W takim klimacie pocenie się przybiera inny wymiar :).
Załącznik:
Wdrodze.JPG

Paragwajczycy radzą sobie z tą nadprogramową temperaturą w bardzo prosty i ciekawy (z punktu widzenia turysty) sposób. Zawsze i wszędzie noszą ze sobą oprawiony w skórę termos i przyczepiony doń kubeczek zwany potocznie matero (lub guampa w lokalnej paragwajskiej). W termosie przechowują lód, a do naczynka wsypują pokruszone liście ostrokrzewu paragwajskiego czyli nic innego jak popularną nawet u nas yerba mate. O dobroczynnych właściwościach tej rośliny nie będę się rozpisywać, bo idę o zakład, że większość z Was wie o czym mówię. Wielokrotnie widywałam już Latynosów leniwie sączących swój ukochany napar przy niemal każdej nadarzającej się okazji, nie wyłączając z tego górskiej wspinaczki, jazdy skuterem czy mszy świętej :). Yerbę popija się gorzką lub z cukrem, naturalną albo z sokiem owocowym, z dodatkiem innych ziół lub bez, z reguły na gorąco. Ta zasada nie obowiązuje jednak w Paragwaju (często również w południowej Brazylii oraz północno-wschodniej Argentynie), gdzie najbardziej popularne jest tzw. tereré czyli yerba mate z kostkami lodu. Rewelacyjnie gasi pragnienie, a na dodatek stanowi nietuzinkowe uzupełnienie każdej, zarówno męskiej jak i damskiej, stylizacji ;). Widok nastolatki w różowej sukience z wielkim termosem obszytym tak samo różową skórą jest bezcenny. Moda męska to temat godny niemal pracy naukowej.W Paragwaju tereré pije w zasadzie każdy bez względu na wiek, płeć czy status społeczny. Nie dziwi więc napis “vendo hielo” (hiszp. sprzedaję lód) w każdym sklepie czy na drzwiach warsztatu samochodowego. Nie mam pojęcia ile kosztuje, ale też nigdy nie widziałam, żeby ktokolwiek kiedykolwiek za hielo płacił. Może wykupują jakiś abonament? :)
Załącznik:
Terere1.JPG

Załącznik:
terere2.JPG

Co kilkadziesiąt metrów natykałam się na stragany obłożone wszelkiej maści ziołami. W zależności od preferencji (lub dolegliwości) można sobie taką mieszankę nabyć jako dodatek do tereré i oprócz wspomnianego orzeźwienia, leczyć jednocześnie choroby układu krążenia, poprawiać potencję, przeciwdziałać wypadaniu włosów czy zrzucać zbędne kilogramy. W razie wątpliwości sprzedawca udziela fachowych i całkiem darmowych porad :).

Tego dnia dotarliśmy do Salto del Monday, dużo mniejszego brata wodospadów Iguazu. Choć samo miejsce jest bez wątpienia bardzo ładne, to niestety oferuje tylko marną namiastkę widoków, które zapewnia Brazylia i Argentyna. Zdecydowanie lepiej oglądać te cuda natury w odwrotnej kolejności. Na niekorzyść Salto del Monday działa też zbyt wygórowana, moim zdaniem, opłata za bilet wstępu, zwłaszcza że wodospad można podejrzeć i usłyszeć już z drogi prowadzącej do parku, i to bez bez drenażu kieszeni. Z kolei z tarasu widokowego można zjechać windą do samej rzeki, ale nie za darmo. Czy warto? Tego nie wiem, bo w cenie zjazdu dla jednej osoby nabyliśmy dwa cudownie zimne piwa w przywodospadowej knajpce, skąd słychać było elektryzujący szum płynącej wody. A może to w mojej głowie szumiało? :)
Załącznik:
SaltoDelMonday.jpg

Załącznik:
SaltoDelMonday2.jpg

Załącznik:
SaltoDelMonday3.jpg

Z wyprawą nad Salto del Monday wiąże się najprzyjemniejsze z moich doznań kulinarnych w Paragwaju. A w zasadzie jedyne przyjemne.

Kuchnia paragwajska bazuje na wołowinie i soi. Podstawową potrawą są jajka z kukurydzą i wołowiną, czasem w towarzystwie jakichś warzyw. Najczęściej jadanymi potrawami są parrillada - różne kawałki mięsa opiekane nad ogniem, mazamorroa - kleik kukurydziany, sopa paraguaya – chlebek kukurydziany z cebulą i serem oraz chipa – bułka z manioku i jajek z dodatkiem sera żółtego. W rzeczywistości na ulicy ciężko dostać coś innego niż kawałki śmierdzącego spalenizną mięsa niewiadomego pochodzenia, które cały dzień piecze się na osmalonym sadzą rożnie. Do tego wszędobylskie frytki i pizza, która nawet przy ogromnej ilości dobrej woli smakuje smakuje starą drewnianą deską, na której jest podawana. Na szczęście dla mnie jestem wielbicielką ketchupu do wszystkiego :) więc potrafię uratować każdą potrawę, o ile mam w zasięgu wzroku jakąś czerwoną buteleczkę. W Paragwaju padł jednak mój ostatni bastion nadziei na smaczne jedzenie. Tamtejszy ketchup to nieokreślona w smaku wodnista ciecz o bardziej różowym niż czerwonym zabarwieniu, która zamiast poprawiać, psuje smak i tak już niedobrej potrawy. Dodam jeszcze, że od jakiegoś czasu staram się żyć po wegetariańsku, a resztę możecie sobie dopowiedzieć sami :). Z mojego punktu widzenia, Paragwaj pod względem kulinarnym to niestety dramat. Nawet bezmięsne, teoretycznie zjadliwe rzeczy tj. sopa paraguaya czy mazamorra to żadne rarytasy.
Załącznik:
IMG_0554.JPG

Wracając jednak do pozytywnych wrażeń kulinarnych, na drodze prowadzącej do Salto del Monday stał sobie jak gdyby nigdy nic, niewielki, biały budynek z napisem “Restaurante Vegetariano”. Przez ten upał obawiałam się, że właśnie przeżywam fatamorgana, ale po bliższych oględzinach, ten niespodziewany cud okazał się ja najbardziej realny. Knajpka była jeszcze nieczynna, ale na widok wygłodniałych gringos, właścicielka przybytku zaproponowała, że zrobi dla nas coś extra. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to będzie najlepszy i w zasadzie jedyny normalny posiłek jaki będę miała okazję zjeść w Paragwaju. W niecałe 20 minut seniora Maria wyczarowała fantastyczną tartę z warzywami i sałatkę z pomidorami. Na koniec dostaliśmy ulotki informujące dlaczego warto zostać wege :). Całość kosztowała w przeliczeniu na złotówki ok. 30 zł.
Załącznik:
Jedzenie.JPG

Choć w planach był tego dnia przejazd na południe kraju do Encarnacion, recepcjonista hostelu namówił nas na wspólną kolację i relaks w hamaku na patio. No i plany wzięły w łeb.

INFORMACJE:

1. bilet na autobus do wodospadów - 1.500 guarani; należy jechać w stronę miejscowości Presidente Franco (z tej samej ulicy co do zapory) i po ok. 40 minutach wysiąść na skrzyżowaniu Av Guarani i Av. Monday skąd do parku prowadzą drogowskazy
2. bilet wstępu do parku Salto del Monday - 35.000 guarani; czynne 8:00-19:00
3. winda w dół wodospadu - 10.000 guarani
4. piwo Brahma w “restauracji” przy wodospadzie - 5.000 guarani


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 24 Kwi 2016 16:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
Kolacja z winem, relaks w hamaku, nocne rozmowy o życiu i skończyło się na tym, że przegapiliśmy dwa pierwsze autobusy jadące do Encarnacion. Pojechałby i trzeci, ale nasz włodarz Sergio wykonał jeden szybki telefon i 15 min później siedzieliśmy już w wygodnym hostelowym busie, który zawiózł nas prosto na dworzec autobusowy. Normalnie taka przyjemność kosztuje 20.000 guarani (tyle samo co taksówka), ale dla amigos z Polski była za darmo :).
Dworzec w Ciudad del Este jest stosunkowo niewielki, ale zaskakująco czysty i zadbany. Przed głównym wejściem stoi szereg żółtych taksówek, a nad nimi wisi wielka tablica informująca o cenach za konkretne kursy. Zero niedomówień. To mi się podoba.
Z racji przygranicznego położenia, w Ciudad del Este pracuje wielu koników. Widać to szczególnie na dworcu. Kurs wymiany waluty jest bardzo zbliżony do tego w oficjalnych kantorach, ale pomniejszony o szereg formalności i nie obarczony złodziejską opłatą jak podczas wyjmowania gotówki z bankomatu.
Wzdłuż dworcowych ścian znajdują się stanowiska różnych firm autokarowych pogrupowane zgodnie z kierunkami jakie oferują przewoźnicy. Wystarczy zjawić się na miejscu o odpowiedniej godzinie, a odpowiedni autobus sam Was znajdzie :). W zasadzie nie ma (lub są bardzo nieznaczne) rozbieżności cenowych na daną trasę pomiędzy poszczególnymi przewoźnikami. Można się jednak targować, zwłaszcza jeśli do odjazdu zostało tylko kilka minut, a w pojeździe są nadal wolne miejsca.

Dalekobieżne autobusy w Paragwaju to nadgryzione zębem czasu maszyny pamiętające jeszcze wiek ubiegły, choć wyglądają całkiem zwyczajnie. W niczym nie przypominają swoich komfortowych odpowiedników z Brazylii czy Chile, ale też nie ma tragedii. Czasem nawet da się rozłożyć fotel do pozycji półleżącej. Zawsze mają na drzwiach naklejkę, że jest wifi, które i tak nigdy nie działa. Ale prestiż pozostaje. Za to klimatyzacja temat na osobną historię. W skrócie ujmę to tak: klimatyzacja zabija. Jeśli działa, zabierajcie na pokład co tylko macie ciepłego, bo inaczej zamarzniecie. Brak klimatyzacji zabija jeszcze bardziej. I jeszcze jedno. Jeśli nie straszne Wam trudy dalekiej podróży, w sprzedaży są też miejscówki stojące ;).

No i ruszyliśmy do Encarnacion. Widoki z okna bardzo uprzyjemniały podróż. Niesamowicie zielone ogrody, liczne palmy, gdzieniegdzie drzewa mangowe, stada koni i doglądający je kowboje to typowe krajobrazy Paragwaju.
Załącznik:
IMG_0551.JPG

Załącznik:
Wdrodze2.JPG

Załącznik:
Konie.jpg

Załącznik:
Konie2.jpg

Moje wcześniejsze podróże po Ameryce Południowej nauczyły mnie jednego. W tym rejonie świata lepiej planować z kalendarzem w dłoni niż z zegarkiem. To samo tyczy się rozkładów jazdy. Są czysto orientacyjne. Paragwaj nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Jeśli kierownik autobusu mówi, że będziemy na miejscu za 6 godzin, równie dobrze może to oznaczać, że dotrzemy godzinę przed czasem lub spóźnimy się trzy.
W autobusie co jakiś czas pojawiali się sprzedawcy z koszami pełnymi gorących chipas (w zasadzie jedyny paragwajski przysmak, który był miły dla podniebienia), a kierownik kilkukrotnie pytał pasażerów czy wszystko jest OK. Naprawdę ciężko jest wierzyć, że sami Paragwajczycy ostrzegają, że handel narządami kwitnie i straszą napadami w hotelach i uprowadzeniami.

Encarnacion to według wszelkich znalezionych informacji paragwajska “perła południa”. I rzeczywiście jak na standardy tego kraju, miasto jest dość urokliwe, zwłaszcza część położona nad Paraną, z widokiem na położone po drugiej stronie granicy - argentyńskie miasto Posadas. Zawiodą się jednak poszukiwacze kolonialnych perełek, bo oprócz kilku ciekawych budynków, Encarnacion nie rzuca na kolana. Mimo wszystko zapamiętałam to miejsce jako najładniejszą “metropolię” całego kraju.
Załącznik:
Spichlerz.jpg

Załącznik:
Posadas2.jpg

Załącznik:
Posadas.jpg

Załącznik:
PlażaParana.jpg


Jest to jednocześnie doskonała baza wypadowa do zwiedzania ruin pobliskich misji jezuickich - moim zdaniem największej atrakcji Paragwaju.

Znalezienie noclegu w Encarnacion nie jest trudne, gdyż ze względu na słynne na cały kraj imprezy karnawałowe, miasto posiada dość bogate zaplecze hotelowe. Niestety przy założeniu, że nie chcemy płacić za nocleg więcej niż w Ciudad del Este, musielibyśmy spać w czymś na kształt sutereny. Za 80.000 guarani przeżyłabym zapach stęchlizny i grzyb zasiedlający ¾ ściany nad toaletą, ale braku wifi już nie dałam rady przełknąć ;). Stanęło na tym, że śpimy w normalnym hotelu, który na drugi dzień zmieniliśmy, bo pokój był depresyjny ;).

INFORMACJE:
1. przejazd Ciudad del Este - Encarnacion - 50.000 guarani (wyjściowo 60.000); ok. 6 h
2. nocleg w Hotel Parana - 170.ooo guarani, bez rezerwacji, płatność tylko gotówką


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 25 Kwi 2016 18:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
Ruiny misji jezuickich rozsiane są wzdłuż tzw. Ruta Jesuitica czyli Drogi Jezuickiej. Są to podobno najrzadziej odwiedzane miejsca ze wszystkich znajdujących się na liście UNESCO. Patrząc z perspektywy czasu, nie ma pojęcia dlaczego tak jest. Moim zdaniem są to jedne z ciekawszych punktów w Ameryce Południowej. Może właśnie dlatego poczułam się tak niesamowicie wyjątkowo zwiedzając ruiny, kiedy wokół mnie nie było żywej duszy :).
Załącznik:
Ruta.jpg


Traktując Encarnacion jako bazę wypadową można zwiedzić trzy najciekawsze i najlepiej zachowane misje nazywane również redukcjami - Santisimia Trinidad del Parana, Jesus de Tavarangue oraz San Cosme y Damian. Nie wdając się zbytnio w szczegóły warto wiedzieć, że wspomniane redukcje były po prostu społecznościami Indian Guarani (to stąd wzięła się nazwa waluty Paragwaju), nad którymi sprawowały opiekę katolickie zakony ojców Jezuitów. Celem takich misji było naturalnie nawracanie Indian na chrześcijaństwo, ale również ich ochrona przed niewolnictwem i pracą w ówczesnym systemie pańszczyźnianym. Innymi słowy, zakonnicy zapewniali Indianom podstawowe wykształcenie, uczyli ich jak efektywnie uprawiać rolę oraz wykonywać proste prace rzemieślnicze, a w zamian zyskiwali nowe owieczki w swoim Kościele. Symbioza idealna :). Wszystko to działo się mniej więcej w XVII i XVII w. Jeśli chcecie wiedzieć dlaczego misje jednak upadły, koniecznie obejrzyjcie film “Misja” z Robertem de Niro i Jeremym Ironsem. Świetne kino i doskonała lekcja historii trochę mniej znanej w jednym.

Z racji tego, że w planach było zobaczenie wszystkich trzech redukcji w ciągu jednego dnia, zebraliśmy się z hotelu dość wcześnie. Złapaliśmy autobus z pobliskiego dworca głównego (nota bene jedynego) i mniej więcej godzinkę później wysiedliśmy przy ścieżce prowadzącej prosto do ruin w Trinidad. Chmury dość skutecznie zasłaniały słońce i na dodatek było niesamowicie duszno i parno, ale na pocieszenie w powietrzu unosił się boski, kwiatowy zapach. Kupiliśmy bilet zintegrowany do wszystkich trzech redukcji (w zasadzie innej możliwości i tak nie było) i ruszyliśmy na spotkanie z historią. Trinidad położone jest z dala od ruchliwych dróg i dużych skupisk ludności więc panuje w nim nieskazitelna cisza.
Wielokrotnie spotkałam się w internecie ze stwierdzeniem, że to tylko zwykłe ruiny, ale przy odrobinie dobrej woli bez problemu można zobaczyć oczami wyobraźni piękno tego miejsca z jego posągami, kolumnami, misternymi rzeźbami i wąskimi korytarzykami. Jezuici stworzyli coś naprawdę niesamowitego. Dodatkowo od czwartku do niedzieli odbywa się tam wieczorem spektakl światła i dźwięku, który za pomocą tych środków wyrazu pokazuje jak wyglądało życie w misji za czasów jej świetności. Niestety wybraliśmy zły dzień, aby wziąć udział w tym na pewno niezwykłym przedstawieniu.
Załącznik:
Trinidad1.jpg

Załącznik:
Trinidad2.jpg

Załącznik:
Trinidad3.jpg

Załącznik:
Trinidad5.jpg

Załącznik:
Trinidad7.jpg

Załącznik:
Trinidad8.jpg

Ruiny puściliśmy dopiero wówczas, gdy na horyzoncie pojawiła się trójka innych zwiedzających. Uznaliśmy, że pora na kolejną misję :).

Ruiny redukcji Jesus de Tavarangue znajdują się mniej więcej 13 km na północ od Trinidad. Można się tam dostać mototaxi za bagatela 20.000 guarani w jedną stronę (!!!) lub złapać collectivo ze stacji benzynowej przy Ruta 1. Pomysł z taksówką odrzuciłam od razu, natomiast na collectivo nie było sensu czekać na przystanku (podobno kursują na tej trasie co 1-2 godziny), bo w Ameryce Południowej te pojazdy zatrzymują się dosłownie wszędzie na wyciągnięcie ręki. Ruszyliśmy więc przed siebie mając w perspektywie 10 km spacer w gigantycznym ukropie lub jakiś cud. Cud się pojawił pod postacią rozklekotanej osobówki, która zabrała nas dokładnie pod samo wejście do ruin. Nawet nie mogę powiedzieć, że złapałam stopa, bo przecież nie zdarzyłam jeszcze wyciągnąć ręki. Ba, nawet nie słyszałam, że coś za nami jedzie :). Redukcja Jesus de Tavarangue zrobiła na mnie nie mniejsze wrażenie niż ruiny w Trinidad. I była tak samo pozbawiona turystów jak ta pierwsza :).
Załącznik:
Jesus1.jpg

Załącznik:
Jesus2.jpg

Wracaliśmy piechotą tą samą drogą, którą jechaliśmy autem, mając tym samym nadzieję, że ktoś się po drodze zlituje i zabierze nas z powrotem do cywilizacji.
Załącznik:
Droga.jpg

Dobrą wolą wykazała się lokalna nauczycielka fizyki i podwiozła nas do samego Encarnacion, bo akurat miała coś w pobliżu do załatwienia :). Przy okazji, bardzo zdziwiona tym, że podróżujemy “a dedo” (dosłownie na kciuka) udzieliła krótkiej pogadanki o roli Paragwaju na arenie międzynarodowej. Boliwia to fabryka narkotyków, Kolumbia jest dystrybutorem do krajów północnych, a Paragwaj rozprowadza je na południe. Jakże prosta i cenna lekcja stosunków międzynarodowych na kontynencie południowoamerykańskim.
Bardzo chciałam zobaczyć również ruiny San Cosme y Damian i tamtejsze obserwatorium astronomiczne, ale niestety dzień bardzo szybko zamienił się w wieczór i niestety na dwóch misjach musieliśmy poprzestać.

INFORMACJE:

1. bilet na autobus Encarnacion-Trinidad - 5.000 guarani; czynne 7:00-19:00; autobusy kursują od 6:00
2. bilet do 3 ruin (do 72 h godzin od wejścia na pierwsze ruiny) - 25.000 guarani


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 27 Kwi 2016 14:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
Czas trochę gonił, więc następnego dnia pojechaliśmy już prosto do stolicy kraju - Asuncion.
Zanim jednak kupiliśmy bilet na autobus, odbyliśmy bardzo ciekawą rozmowę z lokalnym sprzedawcą mydła i powidła - Octavio. Najpierw nieśmiało próbował mi sprzedać selfiestick do telefonu, ale kiedy uznał, że na naszej dwójce nic nie zarobi, postanowił umilić sobie i nam czas pogawędką :). Zaskakująco dużo wiedział o Polsce, zważywszy na to, że przeciętny Polak o Paragwaju nie wie prawie nic. Sława Solidarności, Wałęsy i oczywiście naszego papieża to niezawodny wytrych do serc Latynosów.

Podróżując po Ameryce Południowej zawsze towarzyszy mi uczucie, że przepłacam. Nawet jeśli coś kosztuje przysłowiowe grosze, bardzo często mam wrażenie, że moja biała twarz i tak zawyża cenę, nawet jeśli nieznacznie to jednak. Octavio uspokoił mnie na szczęście, że w Paragwaju na turystach jeszcze się nie zarabia. Tutaj gringo póki co nie oznacza chodzącego bankomatu. Okazało się nawet, że bilet na autobus wytargowaliśmy po lepszej cenie niż udaje się to niektórym lokalnym mieszkańcom :).
Pod wpływem dobrego humoru wydałam wszystkie, zaoszczędzone na bilecie, pieniądze na pamiątki u Indianki siedzącej nieopodal dworca - dwie cudowne, ręcznie rzeźbione drewniane figurki przypominające miniaturowe maski.
Załącznik:
Pamiątki.JPG

Sprawa pamiątek w Paragwaju jest w ogóle nieco skomplikowana. Z racji tego, że kraj ten nie został jeszcze skażony masową turystyką, ciężko znaleźć w nim coś co można uznać po powrocie do domu za typową podróżniczą przypominajkę. Z drugiej jednak strony, Paragwaj to raj dla tych, którzy podczas swoich wojaży szukają czegoś nieszablonowego ale typowego dla danego regionu i przede wszystkim nie chińskiego. Nie ma w zasadzie sklepów z pamiątkami w naszym tego słowa rozumieniu. Praktycznie zawsze jednak, czy to na dworcach czy rzadziej na targowiskach, można spotkać Indian Guarani sprzedających swoje rękodzieło. Oprócz typowych dla całego plemienia wyrobów rzemieślniczych, które posiadają praktycznie wszyscy (bardzo ładne i praktyczne kolorowe torebki z włóczki, bransoletki i naszyjniki z nasion, orzechów cy z bambusa, proste instrumenty muzyczne czy kamienne rzeźby) można również trafić na prawdziwe perełki, tj. jak moja “zdobycz” :) czy łapacze znów - najpiękniejsze, jakie dotąd widziałam w Ameryce Płd. Z Paragwaju można też przywieść akcesoria do parzenia yerba mate (oprawiony w skórę termos i matero) jak i samą yerbę, od której w sklepach uginają się półki.
Jeśli lubicie zbierać magnesy (sama wpadłam w ten nałóg jakiś czas temu), to naprawdę ciężko je kupić. Oprócz centrum Asuncion i pobliskiej miejscowości San Bernardino nie widziałam ich w zasadzie nigdzie. Na szczęście te, które znalazłam to prawdziwe cudeńka - wycinane i rzeźbione w drewnie, bez wątpienia made in Paraguay :).

Załącznik:
Pamiątki2.JPG

Do stolicy kraju dotarliśmy opóźnieni jakieś 2 godziny, mijając po drodze wiele tablic z nazwami miejscowości, za którymi nie było w zasadzie nic prócz soczyście zielonej trawy rosnącej aż po horyzont.
Załącznik:
WDrodze3.jpg

Załącznik:
WdRodze4.jpg

Wysiadając z autobusu poczułam na sobie suche i super gorące powietrze, które niemal parzyło moją skórę. Na użytek Paragwaju powinnam chyba rozważyć rozszerzenie definicji upału. Ten, który panował w Asuncion udowodnił mi nie po raz pierwszy z resztą, że tutejsza pogoda nie mieści się w moich kategoriach pojmowania świata.

Zapach zwęglonego mięsa i starego tłuszczu, kolorowe ale obdrapane fasady domów, rozklekotane chickenbusy to pierwsze widoki jakie zastaję w stolicy. Nawet spodobał mi się ten klimat ;). Zbliżał się już wieczór, a kolejnego dnia w planach było niewielkie miasteczko niedaleko stolicy, więc postanowiliśmy poszukać noclegu w bezpośredniej okolicy dworca.
Nie jestem wymagająca i potrafię się przystosować do każdych warunków, jednak “hotele” liczne rozsiane wokół stacji autobusowej przypominały raczej pokoje na godziny. Nie zaprzeczam, miało to swój urok ;) i w zasadzie niczego lepszego się nie spodziewałam, ale w ramach szeroko pojętej polityki oszczędnościowej, postanowiliśmy wybrać najtańszy z nich :). Tym sposobem, po 30 min poszukiwań osiedliśmy w końcu w hotelu Real. W porównaniu do pozostałych był rzeczywiście królewski i co najzabawniejsze - najtańszy! 40 zł za pokój z łazienką i śniadaniem w stolicy to była “raczej” rozsądna cena.
Tym razem odpuściłam zwiedzanie. Wentylator na suficie rozgarniał powietrze jak metalowa ośmiornica. Cienki snopki światła z patio wpadały przez szczeliny nad drzwiami. Wokół panowała niesamowita cisza. Padłam tego wieczora jak mucha :)

INFORMACJE:

1. pokój w hotelu Real - 60.000 guarani ze śniadanie
2. autobus Encarnacion-Asuncion - 50.000 guarani; 8 godzin


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 27 Kwi 2016 20:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1053
Loty: 203
Kilometry: 390 087
platynowy
Ciekawa relacja i oryginalny kierunek wyprawy. Paragwaj jest gdzieś na mojej liście podróżniczych życzeń i może dzięki Twojej relacji przesunie się w rankingu miejsc do odwiedzenia choć trochę wyżej :)
Góra
 Relacje PM off
travelerka lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 27 Kwi 2016 20:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
Dziękuję @igore za miłe słowa. Jeśli lubisz Amerykę Południową to w Paragwaju też Ci się spodoba :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 27 Kwi 2016 20:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 Lut 2012
Posty: 976
Loty: 615
Kilometry: 678 143
niebieski
W Paragwaju rzeczywiście ciężko kupić jest jakieś pamiątki. Pamiętam ile szukałem czegokolwiek w Ciudad del Este w czasie jednodniowej wycieczki do Paragwaju z Brazylii. Kto był na targu w Ciudad, ten wie o czym piszę :-)
Za dość dużą kasę kupiłem oto takie cacko. Coś mam wrażenie, że z tej samej fabryczki, w której wyprodukowano jeden z tych na fotce wyżej :-)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 27 Kwi 2016 20:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
Tak, tak. To zdecydowanie ten sam rzemieślnik ;)


Ostatnio edytowany przez travelerka, 27 Kwi 2016 23:28, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 27 Kwi 2016 23:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1130
Loty: 410
Kilometry: 640 394
złoty
Bardzo ciekawa relacja. Tak jak ty travelerko uwielbiam Amerykę Południową, chociaż żadnym znawcą nie jestem, spędziłem trochę czasu w Peru, Wenezueli, Kolumbii i parę godzin w Brazylii na granicy z Wenezuelą. I chętnie dotrę kiedyś do Paragwaju, zachęciłaś mnie :D
Natomiast- bez obrazy- irytująco pretensjonalny dla mnie jest tytuł Twojej relacji, w zamyśle miał być pewnie prowokujący- mnie drażni. Paragwaj to nie jest żadna terra incognita ani bezludzie ani koniec świata. Rzeczywiście, dolot z Europy ani tani ani prosty zazwyczaj nie jest, choć w zeszłym roku znalazłem dla znajomych bilet z Wiednia do Asuncion < 2000 zeta, dziewczyny, podróżując we dwie, były krajem zachwycone. Podrzucam link do relacji innej koleżanki, wędrującej samotnie po Ameryce Południowej przez 2 wakacyjne (czyli zimowe) miesiące 2014 roku. Do dzisiaj twierdzi, że Paragwaj był najlepszym fragmentem jej latynoskich peregrynacji. Najbardziej podobało jej się "na bagnach" (Pantanal).
http://www.travelbit.pl/forum/viewtopic ... t=paragwaj
Relacja jest rozwlekła, wiem, ale świadczy o tym, że ludzie po coś do Paragwaju jeżdżą.
Góra
 Relacje PM off
travelerka lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 27 Kwi 2016 23:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
@sko1czek tytuł nawiązuje do słów mojej znajomej, która mniej więcej tak określiła tamte rejony :). Na pewno nie miałam zamiaru nikogo nim drażnić :)
Mnie się w Paragwaju bardzo podobało, ale chyba sam musisz przyznać, że nie jest to kraj o którym się marzy i myśli, gdy mowa o Ameryce Południowej. Taka była w zamyśle interpretacja tytułu. W porównaniu do dużo bardziej turystycznie rozwiniętych sąsiadów, Paragwaj jest jeszcze raczkującym brzdącem. Dla niektórych to zaleta, dla innych wada. Ale chodzi mi przede wszystkim o to, jak postrzegają ten kraj osoby mniej zainteresowane regionem.

A co do Pantanalu to niestety tym razem nie dotarłam, ale mam w planach na kolejną podróż :)
Góra
 Relacje PM off
sko1czek lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 28 Kwi 2016 15:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
Następne dni to powolne odkrywanie Asuncion i dwie wycieczki poza miasto. Na pierwszy ogień poszło San Bernardino - ulubiony kierunek lokalnych Paragwajczyków na weekendowe wypady. Miejscowość położona jest nad brzegiem jeziora Ypacarai, mniej więcej 40 km na wschód od Asuncion. Teoretycznie taką trasę można pokonać w godzinę lub mniej. Praktycznie, jechaliśmy lokalnym chickenbusem prawie 2,5 godziny. Miało to jednak swoje plusy. Całkiem przyjemnie było obserwować codzienne życie przez otwarte na oścież okno, a w zasadzie przez dziurę, w której normalnie powinna być szyba :). Po mieście całkiem licznie kręcili się policjanci w swoich jasnych mundurach. Miałam wrażenie, że są strasznie znudzeni swoją pracą i generalnie życiem. Wcześniej wielokrotnie słyszałam, że obok polityków, jest to najbardziej skorumpowana grupa zawodowa w kraju. Po tym co widziałam, jestem w stanie w to uwierzyć.

San Bernardino okazało się niewielką, senną wioseczką z klubem żeglarskim dla bogaczy. Oprócz wylegiwania się nad jeziorem nie ma tam zbyt wielu rozrywek, ale za to można się porządnie zaopatrzyć w tanie hamaki i gigantyczne (1 metr średnicy) indiańskie łapacze snów :). Bez wątpienia warto w San Ber, jak nazywają je mieszkańcy, doczekać do zachodu słońca.
Kolejną i niewątpliwą zaletą późnego powrotu do stolicy jest dużo mniejsze natężenie ruchu na drogach i praktycznie brak ulicznych korków.
Załącznik:
ZachódSłońca2.jpg

Załącznik:
ZachódSłońca.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
Charles lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 28 Kwi 2016 23:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Kwi 2011
Posty: 1356
niebieski
Fajnie piszesz, dziękuję za miłe wrażenia, relacja wciąga i zostawia niedosyt kolejnego odcinka.
Dziękuję też za informację o filmie, właśnie oglądam i naprawdę wciąga.

Ale za @sko1czek - przepraszam za słówko dziegciu - mnie w sumie też tytuł trochę razi, bo jakoś nie przystaje jakościowo do treści.
Pewnie tytuł miał prowokować infantylnością właściwą dla lokalnej społeczności?
Jednak to coś w stylu "Kali kochać, Kali nienawidzić" - może to miało tak być w zamyśle, ale jakoś do mnie nie trafia.
Fakt, mówi się potocznie "gdzie jedziesz", ale w formie pisanej lepiej wygląda "dokąd".

Jeśli już musi być takie przesłanie, to np.: ""Donikąd nie pojechać, niczego nie zobaczyć... czyli 10 dni w Paragwaju."
byłoby mniej kolące w oczy ;-)
Albo "Byłam tam, gdzie jeszcze nie poluje się na białą rasę..." itp.

Wiem, czepianie się do tytułu świetnej relacji to tak jakby czepiać się do koloru opakowania ulubionych czekoladek - mam nadzieję, że nie zdemotywuje Cię to do dalszej pracy, bo efekty są miłe dla czytelnika.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 29 Kwi 2016 08:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Sty 2013
Posty: 2611
srebrny
Takie NIC to jednak prawdziwe COŚ :)
Góra
 Relacje PM off
travelerka lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 29 Kwi 2016 09:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
@jobi dzięki za dobre słowo :)

A ten tytuł to mnie będzie chyba teraz prześladował ;). Jak nie drażni, to irytuje. Obym nie zaczęła dostawać listów z pogróżkami ;)

A tak na serio to zabieram się do pisania. Czas skończyć już tą podróż po Paragwaju :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 29 Kwi 2016 10:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
Kolejny dzień spędziliśmy w Aregua, która podobnie jak San Bernardino, leży nad brzegiem jeziora Ypacarai tyle tylko, że po jego zachodniej stronie. Wioska, oprócz malowniczych krajobrazów, słynie przede wszystkim z charakterystycznych wyrobów ceramicznych. Styl tej raczej niecodziennej sztuki ma w sobie coś z kiczowatości ale i tak warto odwiedzić to miejsce choćby dla kolonialnych posiadłości czy kościoła wybudowanego na wzgórzu z widokiem na jezioro. Wybrukowane uliczki, stare drzewa i stoiska z ręcznie wykonanymi przedmiotami sprawiły, że poczułam się trochę jak mała dziewczynka na odpuście. Mimo wszystko bardzo podobał mi się spacer pomiędzy ogrodowymi krasnalami, pokemonami i figurkami wszelkiego rodzaju kultów religijnych.
Załącznik:
Aregua1.jpg

Załącznik:
Aregua2.jpg

Uciekając przed wszechogarniającym upałem trafiliśmy na okoliczną plażę i tam nieco odpoczęliśmy w licznym towarzystwie lokalnych mieszkańców. Zaczęłam doceniać ten nieśpieszny styl życia Paragwajczyków. Niestety zbyt łatwo się niego przyzwyczaić :).
Załącznik:
Aregua.jpg

Załącznik:
Aregua4.jpg

Załącznik:
Aregua5.jpg

Załącznik:
Aregua6.jpg

Załącznik:
Aregua7.jpg

Załącznik:
Aregua8.jpg

Tego dnia zdążyliśmy jeszcze zobaczyć nieco lepszą stronę Asuncion jednak oprócz kilku, całkiem z resztą ładnych budynków rządowych, nie zachwyciłam się ani panującą tu atmosferą ani lokalną architekturą.

INFORMACJE:

autobus do San Bernardino - 3.000 guarani, odjazd co 1-2 godziny z dworca autobusowego; czas przejazdu do 2 godzin
rejs łódką po jeziorze Ypacarai - 20.000 guarani/os
autobus do Aregua - 2.000 guarani; odjazd autobusem nr 11 z Mecado 4; czas przejazdu ok. 1,5 godziny
wstęp na plażę w Aregua - 1.000 guarani/os


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
SPLDER lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 29 Kwi 2016 18:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Gru 2013
Posty: 582
Loty: 210
Kilometry: 502 731
srebrny
W Asuncion złapaliśmy autobus jadący do Santa Rosa del Aguaray. To właśnie stamtąd miały odjeżdżać collectivos do Laguna Blanca. W przewodniku wyczytałam, że można się do niej dostać tylko do południa. Zważywszy na to, że kiedy ruszaliśmy ze stolicy było już po 10:00 mieliśmy marne szanse, żeby cokolwiek złapać. Pozostawał nocleg w Santa Rosa. Niby nic wielkiego, ale na mojej mapie miejscowość ta składała się z dwóch krzyżujących się ulic. Z uwagi na fakt, że mijane po drodze wioski i wioseczki na tej samej mapie wyglądały niemal jak miasta wojewódzkie zaczęłam się nieco martwić. Wyjechaliśmy z Asuncion w zasadzie bez żadnego prowiantu, z nadzieją na późny obiad i podstawowe zakupy właśnie w Santa Rosa. Niestety z każdym przejechanym kilometrem ta wizja coraz stawała się bardziej pobożnym życzeniem niż namacalną przyszłością.
Nie potrafię opisać ulgi, którą odczułam na widok Santa Rosa del Aguaray. Jak na warunki paragwajskie była to całkiem spora mieścina, z normalnym sklepem, całkiem przyzwoitym hotelem i atmosferą rodem z latynoskich telenoweli.
W poszukiwaniu czegoś do jedzenia trafiliśmy do miniaturowego supermarketu na drodze wylotowej z miasta. Zmęczona podróżą i nieznośnym upałem klapnęłam na ławce nieopodal i chciwie chłonęłam toczące się wokół mnie normalne życie :). Z całego dnia najbardziej zapamiętałam jedną rzecz. A właściwie trzy. Tatę, syna i córkę (odpowiednio może z 8 i 5 lat) wychodzących z tego sklepu. To co zwróciło moją uwagę, to wielgachny parciany wór (taki jak na ziemniaki, tylko dwa razy większy) ciągnięty nie bez wysiłku przez seniora rodu. Zatrzymali się niedaleko mnie i powoli zaczęli przepakowywać wiktuały z jednego wora do drugiego. Kiedy wszystko zostało podzielone mniej więcej na pół, przemieścili się w kierunku parkingu, na którym stały zakurzone motocykle. Nie znam się na tego typu pojazdach, ale wyobraźcie sobie taki mikry jednoślad, na którym od biedy zmieszczą się dwie szczupłe osoby. Przy takim mniej więcej sprzęcie stanęła rodzinka. Wzrokiem szukałam matki tej dwójki. Uznałam, że pewnie wróci z dzieciakami na piechotę, podczas gdy jej małżonek jakimś cudem załaduje dwa pełne wory na motor i może uda mu się z tym wszystkim wrócić szczęśliwie do domu. Jak się pewnie domyślacie, nikt więcej się nie pojawił.
Chwilę to trwało, ale kiedy oba pakunki wylądowały na siedzeniu, usiadł i tata, a przed sobą posadził najmłodszą latorośl. Wymagało to niezłej gimnastyki, ale się udało. Byłam pod ogromnym wrażeniem, ale szczęka opadła mi dopiero wówczas, gdy na workach za plecami seniora rodu ulokował się chłopiec. I tak sobie z całym tym majdanem odjechali w siną dal. Z uśmiechem na ustach i beztroską w oczach.

W hotelu nikt nie potrafił nam powiedzieć kiedy odjeżdżają busy do Laguna Blanca, więc zaraz po śniadaniu poszliśmy na dworzec szukać szczęścia w bardziej odpowiednim miejscu. Okazał się, że jeden collectivo już dawno pojechał, a drugi MOŻE pojedzie za 2 godziny. Choć temperatura powietrza rosła w zastraszającym tempie, postanowiliśmy złapać stopa. W końcu to tylko 10 kilometrów. Tak jak poprzednio, tak i tym razem to Paragwajczycy złapali nas, a nie my ich. Po kilku minutach siedzieliśmy sobie wygodnie na pace dużego pickupa prowadzonego przez małomówną panią. Podwiozła nas kilka kilometrów, do czegoś na kształt stacji benzynowej i ruchem ręki wskazała dalszy kierunek jazdy. Tuż obok zatrzymał się inny, “nieco” starszy samochód z paką załadowaną po brzegi beczkami wypełnionymi czymś strasznie śmierdzącym. Świadomie i z premedytacją zrezygnowaliśmy z proszenia właściciela tego przybytku o podwózkę i poszliśmy we wskazanym kierunku licząc na kolejny szczęśliwy traf. Długo tak nie wędrowaliśmy. Może z 10 minut później, tuż obok nas pojawiła się ogorzała i uśmiechnięta twarz pasażera ze śmierdzącego samochodu, który gestem dłoni zaprosił nas (a jakże!) na pakę. Głupio było odmówić, więc wsiedliśmy :). Nie dość, że jazda po piaszczystych wertepach wykręcała kręgosłupy na wszystkie możliwe strony, to ulatniający się z beczek odorek wyciskał łzy z oczu. Jedną ręką próbowałam amortyzować wstrząsy, a drugą bezradnie podtrzymywałam śmierdzący plastik z niebezpiecznie chlupoczącą zawartością.
Bardzo było przyjemnie zeskoczyć wreszcie z paki, kiedy samochód zatrzymał się przy niewielkiej ścieżce prowadzącej już bezpośrednio do laguny.
Załącznik:
Droga1.jpg

Do pokonania zostały jeszcze tylko 3 kilometry, początkowo przez jałowe pole, a potem przez miło zacieniony las. Nie dane nam jednak było rozprostować kości, bo chwilę po tym jak zsiedliśmy z pickupa, pojawił się kolejny samochód (choć tym razem osobowy) i przemiła para Paragwajczyków zaproponowała transport pod same wrota białej laguny. Skorzystaliśmy :).

Na miejscu okazało się, że biała laguna nie jest wcale taka biała. Mimo wszystko widok kremowego piasku i niebieskawo-zielonej toni jeziora był nie byle jakiej obietnicą leniwego odpoczynku. Nie zaprzeczę - bardzo mnie ten fakt uradował.
Jak na najbardziej rozchwytywaną atrakcje turystyczną Paragwaju, ciekawym jest fakt, że oprócz nas i wspomnianej pary nie było tam żywej duszy. Jeśli nie liczyć właścicieli kempingu, na którym się zatrzymaliśmy, jedynymi świadkami naszego pobytu zostały niezliczone gatunki ptaków i motyli, które opanowały niewielką plażę. Woda w lagunie była ciepła jak zupa ale paradoksalnie cudownie chłodna w porównaniu do skwaru, który panował na zewnątrz. Mając w perspektywie niechybny powrót do cywilizacji, zostaliśmy na noc w jednym z betonowych bungalowów, w których bez skrępowania grasowały miniaturowe jaszczurki i wszędobylskie motyle.
Załącznik:
LagunaBlanca1.jpg

Załącznik:
LagunaBlanca2.jpg

Załącznik:
LagunaBlanca3.jpg

Strasznie ciężko było się zebrać do powrotu następnego dnia. Choć przeciągałam tę chwilę jak tylko mogłam, w końcu trzeba było zebrać toboły i ruszyć w drogę powrotną. Tak jak przyjechaliśmy, tak też postanowiliśmy wrócić. Z jakiegoś jednak powodu nikt tego dnia nie jechał w stronę Santa Rosa. Początkowe 3 kilometry pokonaliśmy przez wspomniany las, pełen super kolorowych owadów i dziko pasących się koni. Później było gorzej. Plecak, gorąca i sucha ziemia oraz niewyobrażalny upał to strasznie kiepskie połączenie w trakcie “spaceru”. Miałam wrażenie, że idziemy już 100 lat, a na horyzoncie w dalszym ciągu nie było widać celu wędrówki. Na szczęście, na horyzoncie pojawił się wybawiciel - stara, prawie przedpotopowa półciężarówka z moją ulubioną paką :). Radość, że złapania stopa na tym pustkowiu nie trwała jednak długo. Jak tylko ruszyliśmy poczułam, że to nie będzie miła przejażdżka. Paka została wyłożona drewnianymi deskami, gdzieniegdzie poprzecinanymi metalowymi prętami. Kto jechał czymś takim po twardym, wyboistym podłożu ten wie. Kto nie jechał, niech się dobrze zastanowi zanim spróbuje. Tylu siniaków za jednym razem nie nabiłam przez całe swoje życie, a ból mięśni jaki sobie wtedy zafundowałam odczuwałam już do końca pobytu w Ameryce. Z pewnością jednak zdobyłam kolejne cenne doświadczenie :)
Załącznik:
Droga2.jpg

Załącznik:
Droga3.jpg

Tego wieczora postanowiliśmy wracać do Ciudad del Este, a stamtąd już prosto do Brazylii.
Ostatnia podróż nocnym autobusem była też najlepszą w trakcie tego wyjazdu. Bo cudownie jest siedzieć na miękkim fotelu i obserwować niesamowicie rozgwieżdżone niebo przez otwarte na oścież okno pędzącego autokaru. I tylko trzy razy zatrzymywało nas wojsko w celu kontroli dokumentów. Podobno w nocy ktoś na tej trasie szmuglował narkotyki. Tak przynajmniej powiedziała kobieta siedząca obok.
Do Ciudad del Este dotarliśmy godzinę przed czasem. Tym razem jednak żałowałam tego pośpiechu. Dobrze się bawiłam w Paragwaju.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
Arekkk uważa post za pomocny.
 
 
#20 PostWysłany: 12 Kwi 2018 17:24 

Rejestracja: 12 Kwi 2018
Posty: 2
To, co napisałaś w związku z cenami (poniżej) jest po prostu głupie (choć nie polemizuje z tym, że jest w dużej mierze prawdziwe, też to przeżyłam m. in. w Ameryce Środkowej) i mam wrażenie, że tak odwiedzasz te kraje z pozycji obywatelki już nie kraju "3-go świata"

Podróżując po Ameryce Południowej zawsze towarzyszy mi uczucie, że przepłacam. Nawet jeśli coś kosztuje przysłowiowe grosze, bardzo często mam wrażenie, że moja biała twarz i tak zawyża cenę, nawet jeśli nieznacznie to jednak.

Przecież, jeśli jedziesz do biednego kraju, to chyba liczysz się z tym, że niejednokrotnie turystyka to jak nie najważniejsze źródło dochodu tubylców, to jedno z ważniejszych. Czym biedniejsze społeczeństwo, tym trudniej się dziwić, że próbują zarobić na bogatych (w tym wypadku "gringos").

Zdanie, które napisałaś ma jeszcze wymowniejszy wydźwięk, zestawione z Twoimi relacjami o złapaniu stopa, albo co więcej: o zaproponowaniu Wam podwózki przez Paragwajczyków. Rozumiem, że nie miałaś problemów z zaakceptowaniem tych darmowych autostopów?...

Obłuda i protekcjonalizm: takie słowa przychodzą mi do głowy.

Tak na marginesie: jestem również podróżniczką i również staram się oszczędzać. Ale moje oszczędzanie zawsze ogranicza się do miejsc spania: mogę zaakceptować kiepską jakoś hotelu. Ale na innych kwestiach nie oszczędzam. Przynajmniej nie w ten sposób, że zawsze towarzyszy mi uczucie, że przepłacam. Nawet jeśli coś kosztuje przysłowiowe grosze, bardzo często mam wrażenie, że moja biała twarz i tak zawyża cenę, nawet jeśli nieznacznie to jednak
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 26 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group