Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 23 Lip 2019 18:50 

Rejestracja: 26 Sie 2014
Posty: 12
Loty: 29
Kilometry: 78 867
Tytułem wstępu - ten kierunek wypadł nam nieco przypadkowo. Szykowaliśmy się na podróż poślubną, już praktycznie byliśmy zdecydowani na Gwadelupę z Levelem. Problemy z płatnością i pojawienie się promocji w Scoocie oraz JetStarze szybko zadecydowały o kupnie biletów do Singapuru i Bali. Loty z Berlina wyniosły nas razem ok 1600 zł za osobę (a dało się jeszcze niżej zbić), więc cena dość atrakcyjna. Było to nasze pierwsze zetknięcie z "dalszą" Azją. Spędziliśmy 2 dni w Singapurze, kolejne 11 na Bali i z powrotem znów nocka w SIN. Jeżeli ktoś woli oglądać i słuchać, zamiast czytać to wrzucam pierwszą część filmiku (w którym jest trochę więcej, niż na zdjęciach) - SIN i Bali, w drugiej części, która się przygotowuje będzie dalej Bali i Gili Meno. Cała relacja jeszcze niżej.




Do Berlina dostajemy się z Warszawy Flixbusem. Wylot mamy z lotniska Tegel - na Schonefeld już bywałem, tutaj jeszcze nie, więc wolałem być nieco wcześniej. Po 22 byliśmy na lotnisku, gdzie czekało nas jeszcze 8 godzin koczowania na mało wygodnych lotniskowych ławkach :) Po 9 rano nareszcie ruszamy. Lot Scootem i ich B787, był to mój pierwszy lot Dreamlinerem i to od razu dwunastogodzinny. Bagaż podręczny - plecak ok 50l + mała torba podręczna. Odprawa na lotnisku, bagaż z tego co pamiętam nie był ważony, ale na samej wadze stał. Nie było problemów z wnoszeniem swojej wody oraz lekkiego prowiantu. Miejsca zakupiliśmy wcześniej, bo nie wyobrażam sobie 12 godzin kisić się w środkowych rzędach, a uwielbiam gapić się przez okno.

Image
Standardowa pierwszo-wyprawowa fotka.

Image
Z ciekawszych rzeczy to lecieliśmy nad Teheranem - widoczny w głębi zdjęcia powyżej. Widać też teherańskie lotnisko, oraz nieco wyżej najwyższy szczyt Iranu - wulkan Demavend (5610 mnpm).


Lot przebiega spokojnie, dwanaście godzin się trochę dłuży, ale jakoś leci. Było trochę wolnych miejsc, więc można było się położyć po zmroku i drzemać. Z ciekawości zakupiłem pakiet internetu mobilnego na pokładzie - i nie polecam, niespecjalnie chciał działać (przynajmniej u mnie). W SIN lądujemy ok. 3-4 rano lokalnego czasu. Po wyjściu z samolotu (pamiętajmy, że jest noc) uderza nas fala gorącego i dusznego powietrza. A więc tak wyglądają tropiki! Na szczęście na lotnisku klimatyzacja działa bezbłędnie. Kilkanaście minut na procedury migracyjne i witaj Azjo. Plan mamy taki, żeby po wschodzie słońca podjechać do miasta i połazić sobie bez celu. Do wschodu mamy jeszcze ponad trzy godziny - to jest niemal równik, więc wschody i zachody słońca są mniej więcej w stałych godzinach i są dość szybkie, tj. szybko się robi jasno i szybko ciemno po zachodzie. Wymieniamy pieniądze w kantorze na lotnisku - od razu kupujemy też rupie indonezyjskie - 10 000 IDR ~ 2,7 zł - od teraz obracamy milionami! Mamy jeszcze chwilę, więc ładujemy baterie na lotnisku (dostępne gniazdka za free) - częścią mojego bagażu był dron. Przewóz drona nie jest jakoś specjalnie problematyczny, natomiast baterie do niego rekomenduje się, żeby podczas takiego transportu były rozładowane (a przynajmniej nie naładowane na full). W międzyczasie spacerujemy trochę po lotnisku, które jest klasą samą w sobie.
Dobra, słońce już się pokazało, więc kierujemy się do stacji metra. Bilety kupuje się w biletomatach i - ważna rzecz - kupuje się je tylko za gotówkę. Co prawda jest możliwość płacenia kartą, ale chyba tylko za bilety długoterminowe. Na szczęście przy każdej stacji w okienku można rozmienić dolary. Przy pierwszym zakupie dostajemy kartę, którą później się doładowuje przy każdym kolejnym przejeździe (do sześciu razy). Przy każdym kolejnym przejazdem jest zniżka 0.10$ (1$ ~2.8zł).
Kilkanaście minut później, wysiadamy w centrum. Kierujemy się niespiesznym krokiem do Chinatown podziwiając singapurską architekturę i rozmach. Tam łapie nas burza, którą przeczekujemy jedząc śniadanie. Burze tropikalne są dość fajnym zjawiskiem - krótkie i intensywne. Jak się później okaże, był to pierwszy i praktycznie jedyny deszcz, podczas całego naszego wyjazdu. Włóczymy się dalej po szeroko rozumianym centrum - Marina Bay. Ponad dwustumetrowe wieżowce, szalona wręcz architektura, czysto - no po prostu inny świat.

Image

Image
Marina Bay

Image
Hotel Marina Bay Sands z basenem na dachu, chyba najbardziej rozpoznawalna singapurska budowla oraz Muzeum Sztuki i Nauki

Łażenie z dziesięciokilogramowymi plecakami w takim upale nie jest przyjemne, więc podjeżdżamy do naszego hostelu i zostawiamy zbędny bagaż. Mogliśmy to zrobić od razu, jadąc z lotniska - no ale wiadomo, mądry Polak po szkodzie. Dalej podjeżdżamy metrem w rejon South Pier, gdzie można pogapić się na niezliczone statki, majaczące gdzieś na horyzoncie - wszak Singapur jest jednym z największych portów świata.

Image
Marina South Pier

Image
Widok na centrum z Marina South Pier

Po południu odwiedziliśmy jeszcze Gardens by the Bay. Można tu spędzić i pół dnia na spacerach i odpoczynku w cieniu. Wieczorem załapaliśmy się na codzienny pokaz świetlno-muzyczny - o ile dobrze pamiętam były dwa: 19.45 i 20.45. Pokaz jest za free, podobnie jak wstęp do ogrodów. Płaciliśmy jedynie na wejście na kładkę-ścieżkę między drzewami ( ok.7$). Warto przyjść tu wcześniej, bo dobre miejsca są szybko zajmowane. My byliśmy 1,5h przed i było w porządku, akurat na drzemkę na trawie :)

Image
Marina Bay Sands

Image
Pokaz światło-dźwięk w Gardens by the Bay

Image
Marina Bay nocą

Tutaj trochę zaburzę chronologię - na drugi dzień lecieliśmy już na Bali, skąd po 11 dniach wróciliśmy do znów Singapuru, gdzie mieliśmy niema dwudziestogodzinnego stopa. Przenosimy się więc kilkanaście dni w przód. Znów wybraliśmy się do centrum, polatać trochę dronem i do oceanarium, które odłożyliśmy właśnie na ostatni dzień. Oceanarium zlokalizowane jest na wyspie Sentosa, czyi na południu Singapuru. Można dostać się tam kolejką linową, lub metrem i dalej spacerem. Wybraliśmy drugą opcję. Samo oceanarium - jeżeli ktoś nigdy nie był, tak jak my, to po prostu miazga. Jeżeli już byliście w podobnym to i tak polecam, bo chyba mało które może się z nim równać. Sto tysięcy zwierząt morskich, tysiąc gatunków. Bilet wstępu to ok 32$. Dla posiadaczy kart Mastercard była promocja - chyba trzy dolary zniżki i voucher na kawę w restauracji w oceanarium. Ale warto, sporo się można dowiedzieć o oceanach i gatunkach je zamieszkujących. Zdjęć stąd nie mam, więcej nagrywałem - odsyłam więc do filmiku powyżej. Z innych atrakcji na Sentosie (Universal Park, Parki wodne itp) celowo zrezygnowaliśmy, ze względu na czas i koszty. Może następnym razem.

Image

Image

Image

Image


Chcieliśmy jeszcze na koniec spróbować słynnego duriana. Dla niezorientowanych, jest to owoc, z którym jest jak z filmami Tarantino - albo się kocha, albo nienawidzi. Żeby nie ryzykować, kupiliśmy sobie lody o takim smaku. I chyba to było dobre posunięcie, bo stwierdziliśmy, że zaliczamy się do tej drugiej grupy :) Co do jedzenia - polecano tu na forum, żeby stołować się w dzielnicy Geylang - tak też zrobiliśmy, bo i mieliśmy tam nocleg. Spory wybór knajp, dużo przystępniejsze ceny, niż w centrum.
Kilka porad ode mnie:
- warto mieć drobną gotówkę, jeżeli jeździmy metrem
- metro jako środek poruszania się po SIN jest bezbłędne, no i jest klimatyzowane, co pozwala trochę odpocząć od upałów
- kwestie żywnościowe polecam załatwiać w Geylang
- dla droniarzy - Singapur ma dość liberalne podejście do tematu. Ograniczenia to oczywiście strefy przy lotniskach (6km od granicy), a także kilka stref w ścisłym centrum. W górę można polecieć bez pozwolenia do 60m.
- na lotnisku jest przechowalnia bagażu - w zależności od jego wielkości i wagi, za plecak ok 50l na 24h cena to ok. 10-13$
- samo lotnisko jest atrakcją samą w sobie - wiosną tego roku otwarto Jewel, czyli połączenie galerii z miejscem do odpoczynku. Co wieczór przy fontannie w centrum galerii jest krótki świetlno-muzyczny pokaz - polecam!

Image
Symbol Singapuru - Merlion. Najpierw jak byliśmy to był w remoncie, za drugim razem już chlapał wodą.

Image
Singapur w pigułce

Przygód singapurskich koniec, czas na przygody balijskie! Cdn.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 23 Lip 2019 19:38 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1552
złoty
Fajny filmik z komentarzem. Widac straszna roznice w jakosci filmow z drona i z kamery. Jaki to dron? Aparat foto czy z komorki nagrywane?

Tapniete z telefonu
Góra
 Relacje PM off
walsodar lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 23 Lip 2019 20:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2013
Posty: 1475
Loty: 116
Kilometry: 316 519
złoty
Kurcze, żałuję, że nie miałem jeszcze drona będąc w Singapurze... Nie wiedziałem, że tam można latać w samym centrum, super!
Góra
 Relacje PM off
walsodar lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 23 Lip 2019 21:34 

Rejestracja: 26 Sie 2014
Posty: 12
Loty: 29
Kilometry: 78 867
Dzięki! Dron to Maivc2zoom. Reszta nagrywane aparatem, niestety w kilku miejscach nie trafiłem z ostrością, więc widać spadki jakości.
@monroe Trochę się cykałem na początku, ale sprawdziłem mapy gdzie można latać sam się zdziwiłem.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 25 Lip 2019 02:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2013
Posty: 1475
Loty: 116
Kilometry: 316 519
złoty
Świetny sprzęt, zazdroszczę. Sam mam tylko Sparka, nie wiem czy kiedyś wymienię bo moje umiejętności latania są niestety ciągle (po roku) mizerne. Brak czasu na trening :(

Filmik bardzo fajny - ujęcia i montaż.
Góra
 Relacje PM off
walsodar lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 25 Lip 2019 11:07 

Rejestracja: 06 Sie 2014
Posty: 294
Loty: 55
Kilometry: 133 290
niebieski
Wasza relacja przypomina mi po tegorocznych kiepskich wakacjach piękne zeszłoroczne - też robiliśmy Singapur i Bali dorzucając do tego Dubaj. Czekam na dalszy ciąg z niecierpliwością :D
Góra
 Relacje PM off
walsodar lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 01 Sie 2019 17:27 

Rejestracja: 26 Sie 2014
Posty: 12
Loty: 29
Kilometry: 78 867
Dzięki! Skoro się podoba, to jedziemy dalej.

Z Singapuru lecimy do Denpasar "tanimi" australijskimi liniami - JetStarem. Akurat miał promocję, więc wzięliśmy. Dużo bym dał, żeby landryna albo rajan były takimi tanimi liniami :) Na miejscu jesteśmy ok. 22. Znów procedury migracyjne, minuty lecą. Na lotnisku wymieniamy dolary singapurskie na rupie, w oddziale jakiegoś banku - nawet niezły mieli przelicznik. Kiedyś ktoś tu na tym form pisał, że jak wychodzi się na halę przylotów, to można poczuć się jak gwiazda :D Dokładnie tak było, mnóstwo ludzi, większość z kartkami, ale część już nas zagadywała o taxi. Znaleźliśmy naszego kierowcę, który miał nas zabrać do Ubud. Nocleg klepnąłem na bookingu u Jiwas House, od nich był też kierowca. Transfer nas wyniósł 300k. Do Ubud jechaliśmy dobrą godzinę, jeżeli nie dłużej - w międzyczasie zapoznawaliśmy się przez szyby z Indonezją. W samym Denpasar było trochę korków, dalej już spokój, ale kręte i ciasne drogi nie pozwalały się rozpędzić naszemu kierowcy. Zaczęło trochę padać - Bali przywitało nas zatem słabym deszczem i jak się dalej okaże, tak samo nas pożegna, za to podczas naszego pobytu nie spadnie żadna kropla deszczu. No dobra, w końcu dojechaliśmy. Kierowca zaprowadził nas do naszego pokoju - możliwość zameldowania wg informacji na bookingu, była do 23. Na szczęście właściciele są przygotowani na taką ewentualność. Pokój czysty, na piętrze z tarasem i widokiem na basen. Zmęczeni, padamy szybko.

Image
Wejście do naszego hoteliku. Tutaj prawie każdy budynek wygląda jak jakiś zabytek w dżungli

Image
Ubud z powietrza

Image
Ubud z powietrza dwa. Daleko na horyzoncie wystaje wulkan Agung


Nowy dzień, nowe przygody! Pora na śniadanie - jest dość spory wybór, ale wieczorem trzeba na stoliku na zewnątrz zostawić kartę śniadaniową, z zaznaczonymi potrawami. Wczesnym rankiem obsługa kartki zabiera i dostarcza śniadanie o wybranej godzinie. Ze zmęczenia zapomnieliśmy tego zrobić. Na szczęście mieliśmy blisko do kuchni, a ja zdążyłem zrobić obchód po ośrodku. Fajne to miejsce, taka dżungla w mieście. I nie jest tu tak duszno, jak w Singapurze - co nie oznacza, że wcale nie jest. Jest po prostu przyjemniej, w końcu jesteśmy trochę wyżej niż poziom morza, więc duchota nie jest tu tak dokuczliwa. Ostre słońce już bardziej. W pierwszy dzień łazimy trochę po Ubud, ucząc się odpędzania przewozowej mafii. Już w południe idzie nam to nieźle. Zmierzamy ku pierwszej balijskiej atrakcji, czyli Małpiego Lasu. Koszt 40k od osoby. Co tu dużo mówić, jest spoko :) Sporo makaków, można je podkarmiać, niektórzy nawiązywali jeszcze bliższe relacje. Można sobie popodglądać, jak się im żyje na "wolności". W innych rejonach wyspy też można te mały spotkać. Wiadomo, trzeba uważać, bo są rozbestwione i potrafią wyrywać rzeczy z rąk - butelki, kremy, cokolwiek. Ja aparat mocno ściskałem i nie puszczałem. Sam las bardzo klimatyczny, kilka świątyń, pozarastane to wszystko i sprawia wrażenie opuszczonego.

Image

Image

Image

Image


Później nadszedł czas na wypożyczenie skutera. Taki był nasz zamysł od początku, że wyspę będziemy zwiedzać w taki właśnie sposób. Trochę zwątpiłem, jak zobaczyłem jak wygląda tu ruch drogowy. Już kiedyś byłem częścią czegoś takiego, ale jako rowerzysta - grzecznie sobie jechałem skrajem drogi, a jak jechały na mnie ze trzy pojazdy to kulturalnie zjeżdżałem na bok. Tu natomiast miałem być jedną z tkanek tego szalonego, żywego organizmu. Oczywiście wcześniej załatwiłem formalności związane z międzynarodowym prawem jazdy. Zabawne jest to, że ani Konwencja Wiedeńska, ani Genewska nie jest uwzględniana przez Indonezję. Ale panowie policjanci już taki papier uznają. No w sumie nieważne. Na poszukiwania skutera wybraliśmy się na główną (jedną z głównych?) ulicę Ubud. Tu już nie mają, tam też nie mają. Tu facet ma, ale tylko potężnego crossa. No nie bardzo, ostatni raz na motorze jeździłem 15 lat temu i był to słynny Romet Ogar. W końcu udało się nam znaleźć odpowiedni sprzęt. Za dobę płaciliśmy 60k i dostaliśmy Hondę 125cc i dwa kaski, oczywiście. Szybko sobie przypomniałem, jak się jeździ. Właścicielka nas poinstruowała, że 3 butelki paliwa to jest full i szerokiej drogi. No to jedziemy. Początkowo delikatnie, powoli, ostrożnie. Po kilkunastu kilometrach już czułem się jak u siebie. Ruch drogowy tam, jak się okazuje, jest całkiem prosty. Trzeba po prostu jechać przed siebie i uważać na to, co jest z przodu. To co z boku i z tyłu, to już zmartwienie innych kierowców. Proste. Jedziemy więc, a raczej mkniemy na północ, do jeziora Danau Beratan i świątyni o takiej samej nazwie. Świątynia ta widnieje na balijskim banknocie pięćdziesiąciotysięcznym. Nie wiedzieliśmy tego wtedy, więc nie mamy standardowego zdjęcia świątyni i świątynnego banknotu. Wstęp, o ile dobrze pamiętam to ok. 30k.

Image
Świątynia Danau Beratan

Image

Image
Nad świątyniami nie wolno latać dronem, a nie miałem odwagi polecieć w pobliże świątyni nie będąc na jej terenie. To polatałem sobie trochę nad jeziorem.

Jutro ciąg dalszy!
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 02 Sie 2019 17:00 

Rejestracja: 26 Sie 2014
Posty: 12
Loty: 29
Kilometry: 78 867
Z Danau Beratan jedziemy do wpisanych na listę światowego dziedzictwa kulturowego tarasów ryżowych Jatiluwih. Odległość, która dzieli te dwa miejsca to nieco ponad dwadzieścia kilometrów. Tempo przemieszczania się na Bali jest dość wolne - głównie ze względu na korki. Tam gdzie korków nie ma, są kręte i wąskie drogi. Dodatkowo centralną część wyspy zajmują góry/wulkany. W uproszczeniu, sieć dróg rozchodzi się promieniście od centrum wyspy do jej krawędzi. Chyba wszystkie rzeki, potoki i inne cieki wodne spływają tak samo jak drogi (albo to raczej drogi są tak ułożone jak rzeki). Zatem poruszanie się na linii północ-południe i odwrotnie jest całkiem spoko, długie, proste drogi o momentami większym nachyleniu. Jeżeli jeździmy na osi wschód-zachód i odwrotnie, to zaczyna się zabawa - jeździmy w poprzek dolin rzecznych i wzniesień, więc non stop mamy strome zjazdy i podjazdy. Są emocje podczas jazdy skuterem, nie ma co :) Ważne jest sprawdzenie hamulców w wynajmowanym jednośladzie, żeby nie skończyć swojej wycieczki gdzieś w krzakach. Dojeżdżamy do tarasów, jest to dość spory obszar. Informuje nas o tym brama i pani pobierająca opłatę za wjazd. Jednorazowa opłata to 40k od osoby i można sobie do woli jeździć po okolicy i spacerować pośród ryżu. Warto tam być w okolicach złotej godziny, czyli rano i wieczorem, kiedy słońce jest względnie nisko.

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Wracamy do Ubud. Na następny dzień chcemy pojechać na wschód od miasta i zahaczyć o wodospad Tukad Cepung, kompleks świątynny Pura Besakih i powłóczyć się po okolicy wulkanu Batur. Ogólnie to miałem przygotowaną mapkę z wszystkimi miejscami, które chcieliśmy odwiedzić. Rzeczywistość jednak zweryfikowała te plany i trzeba było wybierać, bo na odwiedzenie wszystkich tych miejsc trzeba by było przynajmniej trzech tygodni, a nie chcieliśmy tego robić na szybko. Miało być na spokojnie i tak było. Więc na spokojnie rano wstajemy, śniadanko i w drogę. Sporo jest wodospadów na Bali i wg Internetów są naprawdę piękne, grzechem byłoby nie odwiedzić któregoś z nich. Akurat Tukad Cempung był na trasie do Pura Besakih. Dojeżdżamy na miejsce, już jakieś zaplecze turystyczne jest - parking, budka z biletami, jakiś barek. Płacimy ok. 15k za osobę i idziemy. Sam wodospad schowany jest w wąwozie, do którego spacer zajmuje ok 10-15 minut. Nie jest on tak spektakularny jak przykładowo Sekupul, ale też daje radę. Schodzi się coraz niżej, robi się coraz bardziej wilgotno. W takich miejscach dobrze jest być rano, żeby uniknąć tłumów. My byliśmy w południe i cytując klasyka było "not good not terrible". W każdym razie, kolejki do zdjęć były dość krótkie. Na jednym końcu wąwozu znajduje się wodospad główny, a na z drugiej strony jest mniejszy. Właściwie, to tam woda kapie zewsząd. Sam wąwóz jest interesujący: jest bardzo wilgotno, wręcz mokro, bardzo zielono - dodatkowo słońce wpadające przez szczeliny tworzy niesamowity klimat.

Image

Image

Image

Image


Gramolimy się na górę, droga na parking zajmuje wystarczająco dużo czasu, żeby wyschnąć. Jedziemy w stronę Pura Besakih. Jest to największy i jeden z najstarszych kompleksów świątynnych na Bali. Położony jest na wysokości niemal 1000m npm. u stóp wulkanu Agung, niestety sam wierzchołek był w chmurach. Pod samą świątynię nie można podjechać - skutery zostają na parkingu. Bilet wstępu tutaj kosztuje o ile dobrze pamiętam 80k od osoby - i w cenie wliczony jest sarong (spódnica/nakrycie), podjazd skuterem do świątyni, przewodnik i wejście. Podejrzewam, że można sobie samemu zrobić spacer do bram. Kierowcy dodatkowo proszą jeszcze o napiwek. Pod bramą otacza nas tłum kobiet i dziewczynek z informacją, że musimy, MUSIMY kupić ofiarę bo bez tego nie wejdziemy na teren świątyni. Nasz przewodnik się gdzieś ulotnił w tym momencie (został nam przydzielony na dole). Ile taka przyjemność? 50k od osoby. No fajnie fajnie :) Po chwili odmawiania i licytacji stanęło na jednej ofierze dla jednej osoby i cenie 20k. Znikąd pojawia się nasz przewodnik z uśmiechem na twarzy i rozpoczynamy zwiedzanie. Swoją drogą, gość wyglądał jak młody Morgan Freeman. Oprowadza nas po świątyni i opowiada. Gość był całkiem komunikatywny, więc było dość przyjemnie. Miejsce na pewno warte odwiedzenia, mimo całej komerchy i naciągania jakie tu ma miejsce.

Image

Image

Image

Image

Stąd już blisko do wulkanu Batur. Jest to czynny wulkan o może mało imponującej wysokości - nieco ponad 1700m, więc przy Agungu wygląda jak młodszy brat. O wiele potężniejszy był dawno dawno temu, kiedy był dojrzałym, ładnym wulkanem :) Później sobie wybuchł i utworzyła się dość duża kaldera wypełniona jeziorem, a sam Batur sobie powoli acz systematycznie rośnie. Ostatnią erupcję miał w 2000r i ślady tego wybuchu widać na jego zboczach. Okolica wulkanu jest chyba jakimś parkiem, bo pobierana była - a jakże! - opłata za wjazd, 30k. Gdybyśmy mieli więcej czasu, na pewno byśmy wybrali się na trekking na wschód słońca na Batur, albo inną górkę. Zostajemy tu na obiad w restauracji (jedynej jakiej byliśmy) z widokiem na wulkan i jezioro.

Image

Image
Punkt widokowy na trasie. Jedne miejsce, gdzie ubrałem długi rękaw nie w celu ochrony przed słońcem - zrobiło się chłodno, a wysokość plus skuterowa prędkość zrobiły swoje :)


Image

Image

Na rundkę wokół wulkanu nie mamy już czasu. Wracamy do Ubud i wieczorem szukamy jakiejś firmy, która przewiezie nas na Gili Meno. Szukamy to może za dużo powiedziane, to firmy zagadują nas. Ceny są wszędzie podobne, więc decydujemy się i wykupujemy speedboat z portu Padang Bai na Gili i przejazd z Ubud do Padang. Za tę przyjemność wyszło nam 350k od osoby. CDN!
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 02 Sie 2019 17:49 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 5072
Loty: 788
Kilometry: 741 471
platynowy
Gdybym był Twoją małżonką, to rozwiódłbym się od razu za podróż poślubną Scootem ;)

A tak na serio, to fajnie, że można w taki sposób zacząć tą nową drogę życia.

Jak ja brałem ślub w dawnych czasach, to mogliśmy gdziekolwiek wyjechać za granicę jakieś pół roku po, tyle czasu zajęły formalności ze zmianą nazwiska, dokumentów i ubieganiem się o paszport, który wtedy leżał w szufladzie, ale MSW.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 03 Sie 2019 21:59 

Rejestracja: 26 Sie 2014
Posty: 12
Loty: 29
Kilometry: 78 867
Sudoku napisał(a):
Gdybym był Twoją małżonką, to rozwiódłbym się od razu za podróż poślubną Scootem ;)


Na szczęście małżonka ma umiejętność szybkiego zasypiania w różnych niewygodnych miejscach :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 04 Sie 2019 01:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2013
Posty: 1475
Loty: 116
Kilometry: 316 519
złoty
Sudoku napisał(a):
Jak ja brałem ślub w dawnych czasach, to mogliśmy gdziekolwiek wyjechać za granicę jakieś pół roku po, tyle czasu zajęły formalności ze zmianą nazwiska, dokumentów i ubieganiem się o paszport, który wtedy leżał w szufladzie, ale MSW.


Nie wierzę Ci. Ludzie tak długo nie żyją... :twisted: ;)
Góra
 Relacje PM off
Sudoku lubi ten post.
 
 
 [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group