Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 47 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 10 Mar 2016 20:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Lis 2014
Posty: 315
Loty: 146
Kilometry: 347 466
PERU - POKER Z LOSEM



Graliście kiedyś w pokera? Ja trochę grałam, chociaż nigdy nie na pieniądze. Ot-jakieś gierki w necie dla zabawy, a może dla zaspokojenia resztek ambicji, których moja praca laboratoryjnego szczura jeszcze nie wytępiła. ;) A czy komukolwiek z Was przyszło do głowy, by zagrać w pokera z...losem? By rzucić mu wyzwanie prosto w twarz i rzec: "I tak dopnę swego!"? Jeśli nie-to dobrze i zaklinam Was-nigdy tego nie próbujcie. ;) Bo ja tylko raz sobie coś cichutko bąknęłam pod nosem, a poszło w eter i do fortuny trafiło... Zaczęła kołem się toczyć i jak na zawołanie sypać asami z rękawa sprawdzając, ile jesteśmy w stanie zaryzykować, by spełnić swe marzenia. Odwołana całonocna podróż autobusem? Proszę bardzo. Ogólnokrajowe protesty i starcia z wojskiem? Ależ oczywiście! Opóźniony lot, strajk obsługi naziemnej? Mówisz-masz! ;) ...I kiedy wydawało się, że nie wyjdę cało z tego piekielnego rozdania, kiedy los śmiał mi się szyderczo w bladą ze stresu twarz nie pozostało mi nic innego, jak wyciągnąć na stół swoje karty... płatnicze. :) Ostatnie rozdanie, gracze mierzą się nawzajem przenikliwym wzrokiem, los mówi "sprawdzam"... Macie ochotę włączyć się do gry..? No to zaczynamy! :)



HUARAZ - MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI


"Gdyby całe życie było takie proste"-ta myśl była moim towarzyszem, kiedy w ciszy rosnących obok kaktusów kontemplowałam widoki z tarasu naszej knajpki. Bezproblemowe loty na trasie Dublin-Madryt-Lima, potem 9-cio godzinna nocna podróż autobusem-cała peruwiańska wyprawa została zaplanowana i zorganizowana w domowym zaciszu przy użyciu internetu. Loty, noclegi, autobusy, wycieczki... A wszystko po to, bym mogła w końcu ujrzeć panoramę spowitego resztką snu miasteczka Huaraz, przytulnie wciśniętego w podnóża oszałamiających łańcuchów gór.



Załącznik:
4-Huzaraz panorama gor.JPG


Załącznik:
6-ja i kaktusy.JPG




Posileni i odświeżeni prysznicem dostępnym na miejscu zabieramy swoje manatki i wyruszamy ku przygodzie! :) Przebijamy się powoli przez wąskie, kręte uliczki, by uwolnić się w końcu z okowów miasta i zakosztować otwartej przestrzeni. Oj, jak mi się ta przestrzeń podobała! Miała bowiem zapach wolności oplecionej życiodajnym słońcem, słonawy posmak potu, który chłodził rozgrzane czoła i dźwięk szemrzącego strumyka, co pędził roztańczony ku dolinie... Wszystko tworzyło jedną, spójną całość i prawdziwy błogostan na łonie nat​ury.


Załącznik:
8-okoliczne góry.JPG


Załącznik:
9-gory.JPG


Załącznik:
10- gory.JPG




W końcu docieramy do punktu, w którym musimy zostawić nasz samochód i przerzucić się na napęd rodem z Flinstone'ów-a ponieważ dinozaurom już jakiś czas temu skończył się przegląd, trzeba było zadowolić się własnymi odnóżami ;) Śmigamy więc serpentyną ścieżek, mijamy po drodze bladoróżowe i fioletowe łubiny oraz stadko pasących się krów, spieszno nam na spotkanie z lodowcowym królestwem. Bo z tego właśnie słyną okolice Huaraz-jest to świetna baza wypadowa na wszelkiego rodzaju trekkingi, pobliskie góry oferują nie tylko zieleń traw i mozaikę kwiatów , ale również krainę śniegu, w której rządzi mości król-lodowiec Ranrapalca.

Nie łatwo było jednak dostąpić zaszczytu obcowania z tym pełnym powagi władcą. Na wysokości 4000 m n.p.m.powietrze jest już tak rozrzedzone, że każdy oddech staje się błaganie o tlen, a każdy krok grozi widmem zakwasów, co to uziemiają człowieka w fotelu przez 3 dni. ;) Mieliśmy więc ciężką batalię z własnymi słabościami i ograniczeniami. A okoliczne skały tylko nam się przyglądały w bezlitosnym milczeniu testując, czy zasługujemy, by zobaczyć ich zielone serce...


Załącznik:
11-widok przez skaly.JPG


Załącznik:
22-dolina.JPG


Załącznik:
13-kwiatuszek.JPG


Załącznik:
14-łubiny.JPG



Gdy udało nam się w końcu przejść samych siebie i dotarliśmy na miejsce, naszym oczom ukazał się zachwycający w swym lodowatym pięknie widok... Pośrodku dumnie czuwa król Ranrapalca, nie ma wątpliwości, że to on tu rządzi i rozdaje karty, a los to mu może co najwyżej podsyłać ciekawskich turystów. ;)


Załącznik:
12-Huaraz lodowiec.JPG


Załącznik:
17-korona gór.JPG


Załącznik:
23-Ranrapalca.JPG


Załącznik:
24-jeziorko.JPG



Audiencja niestety nie potrwała długo, w ciągu kilku minut władca zasłonił swą twarz woalem chmur i zrobił się strasznie posępny... Cóż, może nie życzył sobie żadnych odwiedzin..? Widoki zrobiły się jeszcze bardziej nieziemski, zrobiliśmy więc parę ostatnich fotek i wycofaliśmy się sprzed oblicza jego mości, coby go nie rozsierdzić i nie prowokować niebiańskich łez...



Załącznik:
28-chmury.JPG



Po powrocie do miasteczka postanowiliśmy się trochę poszwendać i zobaczyć, co też tam u tubylców w trawie piszczy. ;) Do autobusu jadącego do stolicy zostało nam jeszcze trochę czasu, zostawiamy więc plecaki w przechowalni dworcowej i niespieszne udajemy się na obchód. :) Miasteczko tętni życiem, z otwartymi buziami chłoniemy lokalny klimat i podziwiamy rzeczy, miejsca oraz ubiory, których nasze oczy jeszcze nie widziały...


Załącznik:
32-pani.JPG


Załącznik:
34-rodzinka.JPG


Załącznik:
36-pani szydelkuje.JPG


Załącznik:
40-Kosciolek Arequipa.JPG


Załącznik:
43-handlarki.JPG


Załącznik:
46-handel uliczny.JPG


Załącznik:
48-Gory w masteczku.JPG




LIMA - ROZDANIE PIERWSZE



Zadowoleni i wypoczęci po nocnym powrocie z Huaraz idziemy do kolejnego przewoźnika, by potwierdzić nasz przejazd do Nazca i przy okazji zostawić w przechowalni nasze bagaże. Nim zdążyłam jednak dobrze rozejrzeć się po terminalu, do mojego stolika dosiadł się doświadczony i wytrawny gracz, który mrużąc oczy powiedział, że więcej chętnych nie zapraszamy i natychmiast zaczynamy grę. Nieświadoma jego potęgi czekam przy kasie na wydanie wcześniej zarezerwowanych biletów... Mija 5 minut, potem 10 i 15... Pani to sprawdza nasze paszporty, to chwyta za telefon i gdzieś dzwoni. Po 20 minutach oczekiwania zostaję poinformowana, że ich nie dostaniemy ponieważ...zostały anulowane. Anu...COOO..? Głos mi zadrżał-ale...ale jak to..? Ano pani dokładnie nie wie, ale ktoś gdzieś ogłosił jakiś strajk i niebezpiecznie jest się udawać w te rejony. Przełknęłam głośno ślinę-musimy być w Nazca, bowiem nazajutrz wieczorem wyjeżdżamy stamtąd do kolejnego miasta-Arequipy, a w Arequipie musimy być, by dostać się do kolejnej miejscówki... Ambitny i misterny plan, który przerwany w jednym miejscu zacznie się sypać niczym pęknięty sznur korali...

Rozgrywka otwarcia- ​los wygrywa. Cóż było robić..? ​Zgarnęłam nasze paszporty i pognałam szybko do innego przewoźnika, a w razie gdyby autobus odjeżdżał już-zaraz-teraz, wzięłam ze sobą nasze plecaki, podczas gdy mąż-obdarzony większą siłą perswazji-został wykłócać się o zwrot pieniędzy zamiast zamiany terminu. Nie wiem ile można wpakować do dwóch plecaków o łącznej pojemności 80 litrów, ale dam sobie rękę uciąć, że było tam z 60 kilogramów... Chociaż nie, ręki ucinać nie trzeba-sama odpadła od tego dźwigania. ;) Po publicznym spacerze drwala między terminalami (chyba sam Pudzian byłby ze mnie dumny! ;)), byłam w stanie jedynie wysapać przy okienku: "Dobry...bilety...dzisiaj...Nazca..?". Kiedy pani skinęła głową kamień spadł mi z serca, ale los nie byłby sobą, gdyby nie dodał łyżki dziegciu do mojego słoika z Nutellą. ;) Okazało się bowiem, że jedyne wolne miejsca są na 15:30, co zamiast luźnych 11 godzin w Limie zostawiało nam jedynie...3. A przecież tyle rzeczy chciałam zobaczyć!!! Będąc przypartą do muru wzięłam, co było-​ niestety nic lepszego w tej sytuacji nie mogłam zrobić. Ale jeszcze się odkuję! ;)

Po zostawieniu bagaży na dworcu wyruszamy na miasto.


Załącznik:
50-plac glowny.JPG


Załącznik:
51-Lima plac glowny.JPG


Załącznik:
52B-Lima plac glowny.JPG


Załącznik:
56-Kolonialna zabudowa.JPG


Załącznik:
60-koścółek.JPG


Załącznik:
61-pomnik.JPG



Wysiadamy z taksówki oszołomieni ulicznym ruchem, by znaleźć się przed pałacem królewskim akurat podczas zmiany warty. :)
Mogliśmy więc podejrzeć kroczących powoli młodzianów, trzymających w dłoniach broń oraz sztandar niczym święte relikwie. Po całym układzie artystyczno-satyrycznym (no bo jak nazwać nieskoordynowane pląsanie kilku gości w stylu "2 kroki w lewo, 3 kroki do przodu, 2 kroki w prawo i tak 4 razy"???) panowie zajęli wreszcie docelowe miejsca. Stoją teraz dumni i niewzruszeni niczym posągi z odległej sąsiadki-Wyspy Wielkanocnej-prezentując światu swoje kamienne oblicza... Wsuwam delikatnie aparat przez kraty pałacowej bramy chcąc uwiecznić twarz stojącego nieopodal żołnierza. Patrzy prosto przed siebie, jego lico ani drgnie-a tak bardzo bym chciała, żeby się spojrzał prosto w aparat... I nie wiem czy tak jest, że nasze myśli maja jakąś moc i czasem do kogoś trafiają, czy też to był zwykły zbieg okoliczności, ale akurat w tym momencie-na tyle sprzętu i ciekawskich turystów-ów pan spojrzał się... prosto na mnie! Palec zareagował natychmiast otwierając na ułamek sekundy oko aparatu...



Załącznik:
55-straznicy.JPG


Załącznik:
53-pałac królewski.JPG


Załącznik:
54-straz.JPG





Byłam ogromnie uradowana, bowiem moja myśl została wysłuchana i stała się ciałem! I wiecie, co jest w tym wszystkim piękne? Że jedno słowo "gracias" wywołało na twarzy tego człowieka nieopisany uśmiech. Czy ktokolwiek jeszcze dziękuje mu za jego spojrzenie..? Czy on się w ogóle patrzy na innych turystów..? Zrobiło mi się ciepło na sercu, że świat umie się porozumieć pomimo barier, że zwykłe "dziękuję" zawsze odnajduje drogę do naszych wnętrz i ogrzewa je otrzymywaną wdzięcznością...

...Mawia się, że czasu nie da się zatrzymać. A przecież my go zatrzymujemy za każdym razem, kiedy dociskamy spust migawki. Uwieczniamy chwile trwające ułamki sekundy-chwile, które już nigdy się nie powtórzą, a które mają moc, by na kawałku papieru fotograficznego trwać wiecznie...



NAZCA - ROZDANIE DRUGIE



Zajechaliśmy na miejsce wieczorową porą, jakie to cudne uczucie rozprostować wreszcie wszystkie kości..! Te wagony sypialne są wygodnie chyba jedynie nocą, kiedy człowiek nie ma poczucia, że po 3 godzinach jazdy zaczynają mu się robić odleżyny. ;)

Pan z agencji, w której wykupiliśmy lot nad słynnym płaskowyżem czekał już na nas przy bramie dworca (niech żyje internet!), znalazł nam nawet nocleg, którego wcześniej oczywiście nie było w planach. Wtedy było mi szczerze mówiąc wszystko jedno gdzie i jak, za to zaczęło mi być mniej wszystko jedno, kiedy los powiedział: "sprawdzam" i zażądał okazania karty, po czym dodał: "zielony i pin poproszę". 40$ zmieniło właściciela, ja zmieniłam pozycję ciała na horyzontalną, a umysł przeistoczył się w fabrykę marzeń sennych.

...Następny dzień przywitał nas gąszczem chmur kłębiących się nad głowami niczym ciężkie kotary. Tylko gdzieniegdzie malutkie, jaśniejsze oka mrugały do nas porozumiewawczo, że to tak tylko na chwilę, że potem będzie lepiej... Nie dałam jednak wiary tym znakom z nieba, a w moim przekonaniu utwierdził mnie telefon, że lot został przełożony z powodu niekorzystnej pogody o 2 godziny. Czyżby los znów wygrywał..? Żeby się czymś zająć włączyłam sobie telewizję-i wtem moim oczom ukazały się sceny rodem z wojny domowej. Wojsko, wielgachne kamienie blokujące drogę, latające pociski... W tym momencie się załamałam. Tak centralnie, od środka. Strajk w Arequipie, ludzie wyszli na ulice, nieciekawa sytuacja... Tylko co ja mogę? Skoro los się uwziął, skoro zamiast uczciwej walki on podrzuca mi takie kłody pod nogi, to co ja mogę..? Nieee, trzeba jakoś zmienić nastawienie, może jednak będzie dobrze..? Żeby odciągnąć myśli od niechybnej klęski poszliśmy poszwendać się troszkę po hotelowym terenie. W jednym z zakamarków ogrodu odkryłam ...2 hamaki. :) Diabeł wylazł zza uszu, iskierki zaświeciły się w oczach i po minucie można było zobaczyć dorosłą babę hasającą po hamakach niczym rozbestwione dziecko. ;) Ale muszę przyznać-nic nie robi duszy lepiej w takie ponure dni niż odrobina beztroskiego szaleństwa! :) Po skończonych harcach udało nam się dostać na dach naszego budynku, nie ma to jak podziwiać pochmurny poranek w pełnej krasie ... ;)



Załącznik:
64-Widok na Nazca.JPG



...Po 2 rzeczonych godzinach dodatkowego czekania podjechał samochód i zabrał nas na niebiańską ucztę wśród chmur. Pogoda nadal była bardzo smętna, kurtyna się nie rozstąpiła i chyba tylko cud może uratować dzisiejsze przedstawienie. I gdy tak siedzieliśmy na malusieńkim lotnisku po raz piąty oglądając ten sam film o tajemniczych liniach nagle błysnęło słońcem, poły nieba się rozstąpiły i błękit poraził nasze oczy swym anielskim majestatem, Coś zaszurało, coś zaszumiało, zrobił się harmider i wtem jeden po drugim zaczęły startować samoloty.



Załącznik:
67.jpg




Nadeszła nasza kolej-szybki instruktaż prowadzony przez Pana Pilota (hmmm...nawet przystojny...), parę pamiątkowych zdjęć (w sumie to bardzo przystojny!), nakładamy nauszniki i wzbijamy się w górę (...mmm...jaki ma seksowny głos...) i dolatujemy do pierwszego geoglifu (a te jego oczy to już w ogóle..!). Pan pilot nawija coś tym swoim elektryzującym tonem, a ja zapomniałam o bożym świecie. "Geo... bla bla bla... Nazca bla bla bla...Lines bla bla bla...". Tak, tak-cokolwiek, tylko niech pan nie przestaje mówić! ;) I pewnie cały lot upłynąłby mi na rozmyślaniach o niebieskich migdałach, gdybym w pewnym momencie nie spostrzegła, że wszyscy są wręcz przyklejeni do szyb. Kurcze-LINIE!!! ...Ale kształt..! A potem kolejny i następny...



Załącznik:
79-koliber.JPG


Załącznik:
80-drzewo zycia.JPG


Załącznik:
81-papuga.JPG


Załącznik:
82-kondor.JPG




Nikt tak naprawdę nie wie, po co ludzie je zrobili, wszak ich pełną krasę można podziwiać jedynie z lotu ptaka-dla kogo więc były przeznaczone..? Koliber, drzewo życia, pająk, małpa, kondor... Niektóre z nich mają prawie 200 metrów długości! ...I ten niepozorny, machający ludzik zwany kosmonautą, w którym od razu się zakochałam...



Załącznik:
77-kosmonauta.JPG




Człowiekowi w takich momentach brakuje oddechu, wszystkie wrażenia chłonie się całym sobą i szkoda rozpraszać się czymś tak przyziemnym jak wdech i wydech. Lecisz sobie malutką puszeczką z dwoma śmiesznymi śmigiełkami, zataczasz ósemki nad kolejnymi symbolami i zastanawiasz się czy kiedyś, tysiące lat temu ktoś inny przecinał te przestworza..? Czy to było dla nich? Czy może pradawni w swej mądrości wiedzieli, że kiedyś i my będziemy latać jak ptaki i narysowali to dla nas..?

...Lot nad liniami wprawił nas w nastrój wypełniony po brzegi ciszą oraz doprawiony egzystencjonalnymi przemyśleniami. To rozdanie okazało się jednak nasze, pomimo nieciekawych scenek w lokalnej telewizji autobus do Arequipy przyjął nas na pokład i pognaliśmy w siną, ciemną dal. Ale to się wtedy nie liczyło, silniejsze było to uczucie uniesienia pomieszanego z cierpką melancholią, które dopadło nas na kolację i konsumowało od środka. Skąd przybywamy i dokąd idziemy, co po nas pozostanie..?



Załącznik:
76-widok na plaskowyz.JPG


Załącznik:
85-widok z samolotu.JPG


Załącznik:
87-widok z samolotu.JPG


Załącznik:
90-granica na plaskowyzu.JPG



CDN...


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
40 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 10 Mar 2016 21:20 

Rejestracja: 25 Paź 2012
Posty: 739
niebieski
Po prostu-dech zapiera! Zdjęcia, tekst, miejsca-wszystko! Podróżuj, fotografuj i wstawiaj na F4F :)
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 10 Mar 2016 21:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 2497
Loty: 183
Kilometry: 285 396
HON fly4free
pierwsze forumowe zdjęcia Nazca ? ;)
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 10 Mar 2016 22:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Lis 2014
Posty: 315
Loty: 146
Kilometry: 347 466
@ewaolivka-serdecznie dziękuję za te piękne słowa!!! :D Cieszę się, że relacja Ci się spodobała :)

@marcino123-szczerze mówiąc nie mam pojęcia... Ale będę zachęcać do zobaczenia tych słynnych linii, bo naprawdę robią wrażenie-zdjęcia nie oddają im sprawiedliwości, bo okienka samolotu chociaż czyste, to nie wiedzieć czemu podrapane (panika na pokładzie?;)), w dodatku było dużo pary wodnej w powietrzu i na fotkach naprawdę to nie to samo, co w rzeczywistości...

-- 10 Mar 2016 23:05 --

(Ciąg dalszy...)

AREQUIPA - W SZPONACH PROPAGANDY





...Z autobusu wychyla się ostrożnie jeden nos. A potem drugi. Niuchamy, czy pachnie prochem i zwłokami... ;) Nie, chyba jest ok. :) Wczesny ranek, cisza i spokój, żadnych śladów walki, droga w pełni przejezdna-o co chodzi!?

Pytamy się w naszym hotelu, czy był strajk. A no...był. A ludzie-wyszli na ulice? No...wyszli. Wyszli, pomachali transparentami i poszli. Żadnych bójek, żadnych ofiar śmiertelnych, żadnego porywania turystów. ;) Okazało się, że jakaś grupka chuliganów wykorzystała strajk rolników i zaczęli robić zamieszki gdzieś na obrzeżach miasta, wytrzasnęli skądś broń, a ponieważ przez wspomniany bojkot był niejako nadzorowany przez wojsko, to właśnie ono rozprawiło się ze zbuntowaną młodzieżą. Spacyfikowali ich od razu i tyle sensacji. No ale od dawna przecież wiadomo, że telewizja kłamie... Jednak co się najesz nerwów-to Twoje. ;)

Na dzisiejszy dzień mieliśmy zaplanowany totalny spontan, włóczęga po miasteczku w poszukiwaniu fajnych miejscówek, ciekawych widoków i skarbów, które można by przytargać ze sobą do domu. :) Mijamy mnóstwo knajpek, w wielu jest grill opalany węglem, z jednej z nich pachnie tak, że nie opieramy się pokusie zamówienia kurczaka-i był to najlepszy kurak, jakiego kiedykolwiek jadłam! Na pożegnanie wzięliśmy sobie lody i z takim prowiantem udaliśmy się na podbój miasteczka. :) Sporo turystów, kilka kobiet ubranych strojnie spacerowało po uliczkach i pozowało do zdjęć... Dylemat moralny wkradł się w me serce, bo na ile jest to prawdziwy folklor ciężko było stwierdzić. Być może koło stroju ludowego to nawet nie leżało, ale... kto z nas ma tradycyjne, regionalne stroje u siebie w szafie..? A jeśli ktoś nawet takowe posiada-to ile takich osób chodzi ubranych w takie rzeczy na codzień..? Ja nigdy nie chadzałam ani na spacer, ani do pracy w haftowanej spódnicy i serdaku-ot taki znak naszych czasów, że codzienne życie robi się coraz mniej tradycyjne, zrzuca się wstążki z głowy i kapelusze z piórkami, a przywdziewa bawełnę "made in China", bo to i wygodniejsze, i nie szkoda zniszczyć. Odrzuciłam więc rozterki, uśmiech wstąpił na twarz, oko kamery ustawione i cyk-chwila została złapana! :)



Załącznik:
103-Ja i owieczki.JPG




Jedna, druga, a potem kolejne-bo szwendając się po ulicach natykaliśmy się na coraz ciekawsze rzeczy i widoki. Piękne, aczkolwiek przeważnie skromne kościółki, tętniące życiem place, kolonialne budyneczki... A spomiędzy tych wszystkich kamiennych struktur prześwitywały co chwilę ośnieżone szczyty pobliskich gór oraz wulkan "El Misti" i machały do nas wesoło mówiąc: "do zobaczenia jutro..!". :)



Załącznik:
99-Arequipa kosciol.JPG


Załącznik:
101-budyneczek.JPG


Załącznik:
105-Arquipa plac glowny.JPG


Załącznik:
106-Plac.JPG


Załącznik:
107-kosciolek.JPG


Załącznik:
110-kosciolek.JPG


Załącznik:
113-El Misti.JPG





JUTRO



Wczesna pobudka i zbiórka o 2:45 rano. Pani rozdaje każdemu pasażerowi kocyk, wtedy jeszcze myślałam, że to chyba trochę na wyrost, podobnie jak zimowy kożuch owej przewodniczki-wszak na dworze cieplusieńko! Trzy godziny później sunąc busem przez jakieś pustkowia szczękałam zębami tak głośno, że pobudziłam chyba wszystkie okoliczne lamy... ;) Na dodatek wszyscy smacznie spali, tylko ja w przypływie nie do końca planowanego miłosierdzia dotrzymywałam kierowcy towarzystwa. ;) A tak naprawdę to spragniona byłam tych półpustynnych widoków, zielonych dolin i białych szczytów, wypatrywałam ich niecierpliwie i łykałam każdy skrawek widoku, który przezierał zza zamarzniętej szyby. Wschodzące leniwie słońce przygotowało prawdziwy spektakl kolorów, by w końcu liznąć moje zmarznięte ciało swym ciepłym promieniem... Dopiero kiedy rozwidniło się na dobre spostrzegłam, że wszystkie okoliczne strumienie i małe wodospady zamieniły się w wielkie sople lodu..! No i jak tu nie dzwonić uzębieniem, kiedy na dworze mniej, niż zero..? ;)




Załącznik:
120-poranek.JPG


Załącznik:
121-poranek z kierowca.jpg


Załącznik:
122-gra cieni o poranku.jpg





...Przecinamy wstęgę drogi biegnącą pomiędzy szczytami i dolinami, widoki są absolutnie fantastyczne! Dech zapiera nie tylko od kalejdoskopu krajobrazów, jesteśmy naprawdę wysoko i czuć walkę organizmu o każdą cząsteczkę tlenu. Ciężki oddech, ciężkie bicie serca, które staje, kiedy mijamy kolejną górę ozdobioną lodowatą koroną-widać król Ranrapalca i tu ma swoich krewnych. ;)



Załącznik:
127-widoczek.JPG


Załącznik:
129-tarasy uprawne.JPG


Załącznik:
130-gory, gory everywhere....JPG





Zamarznięci i zahibernowani w tym otępiałym stanie wlewamy w siebie hektolitry gorącej herbaty podczas postoju na śniadanie, by już roztopieni wyruszyć na spotkanie z królami tutejszych przestworzy-kondorami. Już na pierwszym postoju możemy podziwiać te ogromne ptaszory, które szybują nad nami w bezruchu. Wzrok utkwiony w dal, nieruchoma sylwetka, drgające od pędu pióra-pełne są drapieżnego dostojeństwa... Latają tak na tle ogromnych gór, kołując i łapiąc kolejne podmuchy wznoszącego się powietrza. Chyba jeszcze się nie znudziły turystami, bo wydają się być zainteresowane nami tak samo, jak my nimi. A może po prostu sprawdzają, czy nadajemy się do jedzenia..? Przewodniczka nas jednak uspokoiła mówiąc, że kondory nie gustują w ludziach, wolą okoliczne krowy, ale tylko takie parodniowe-jeśli krowa jest zbyt świeża to jest po prostu zbyt twarda, ptaszyska mają wtedy w zwyczaju zostawiać taki kąsek w spokoju na parę dni, dopóki nie zacznie gnić i nie zmięknie... O fuj! W tym momencie moje śniadanie chce chyba zrobić w tył zwrot!. ;)



Załącznik:
143-kondor.JPG


Załącznik:
146-kondory.JPG


Załącznik:
145-kondory.JPG




Po spotkaniu z tymi niesamowitymi stworzeniami ruszamy do kolejnego punktu, by podziwiać następne kolonie tych ptaków i rzucić okiem na jeden z najgłębszych kanionów na świecie-kanion Colca. Ogromna dolina robi na nas niesamowite wrażenie-skąpana zielenią cudnie kontrastuje z brązowymi skałami i niebieskim niebem.



Załącznik:
132-Canion Colca.JPG


Załącznik:
156-kanion.JPG


Załącznik:
159-kanion.JPG


Załącznik:
160-kanion.JPG




Czas powrotu wywołuje u nas pewien rodzaj smutku, który staramy się przepędzić lokalnym przysmakiem-lodami z kaktusów. :) Dziwnym zrządzeniem losu zostaliśmy świadkami scenki, w której koń prowadzony na linie wystraszył się przejeżdżającego samochodu i spłoszony wzniecił wokół siebie tumany kurzu-widoki jak z westernu! :)



Załącznik:
151-kon.JPG


Załącznik:
150-sploszony kon.JPG


Załącznik:
131-Przy Canionie Colca.JPG


Załącznik:
153-pani.JPG


Załącznik:
152-lody z kaktusow.JPG


Załącznik:
138-kaktusy.JPG




Kolejny postój podczas powrotu był w pobliskim miasteczku. Sporo straganów, ludowych strojów i wszechobecnych dzieci tańczących w takt peruwiańskiej muzyki. Dla nas to kolejne doświadczenie, chociaż jak już wspomniałam można mieć zastrzeżenia co do "autentyczności" takich przedstawień-wszak są one robione tylko i wyłącznie dla turystów. Niemniej jedno trzeba tym ludziom przyznać-mają pęd do pracy. Zamiast stać gdzieś pod kościołem i żebrać, wolą wyjść na ulicę ze zwierzakiem i pozować do zdjęć, wolą przebrać się i tańczyć, szydełkować czapeczki i piec pączki, by sprzedawać je potem przechodniom... Pracowici ludzie, którzy radzą sobie, jak mogą, by związać koniec z końcem. A życie w tym rejonie z pewnością nie jest łatwe-obszar kanionu jest bowiem położony na uskoku i pewne miejsca się po prostu zapadają. Z tego powodu jedna z okolicznych wiosek musiała być ewakuowana parę lat temu. Ciuchy i sprzęt domowy można zabrać ze sobą, ścian już niestety nie. Dlatego postanowiłam wesprzeć lokalny biznes i zapozować z tubylcami oraz niektórymi zwierzakami. :)




Załącznik:
163.JPG


Załącznik:
161.JPG


Załącznik:
176.JPG


Załącznik:
165.JPG


Załącznik:
166.JPG


Załącznik:
167.JPG


Załącznik:
168.JPG


Załącznik:
170.JPG


Załącznik:
172.JPG




Po niedługim postoju ruszamy do domu-mijamy po drodze kolejne ciekawe widoczki i zatrzymujemy się jeszcze raz-na wysokości ponad 5 000 m.n.p.m. -można tu zrobić zakupy lekką ręką, ale z ciężkim biciem serca-tlenu tu ledwo co..!



Załącznik:
174.JPG


Załącznik:
175.JPG


Załącznik:
180.JPG


Załącznik:
182-5000 mnpm.JPG


Załącznik:
187.JPG


Załącznik:
189.JPG


Załącznik:
190-El Misti.JPG


Załącznik:
191.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 10 Mar 2016 23:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Lis 2014
Posty: 315
Loty: 146
Kilometry: 347 466
W DRODZE DO AQUAS CALIENTES - PRZYTULENI DO GÓR



...Wcześnie rano dotarliśmy do Cusco. 11 godzin w autobusie odcisnęło swoje piętno na każdym skrawku mojego ciała. Ledwo przytomni z racji wczesnej godziny docieramy na główny plac. Plaza de Armas zrobił na nas duże wrażenie. Piękna architektura, zadbane klomby kolorowego kwiecia, a dookoła pasma gór i pagórków pilnie strzegących tej kolonialnej perełki. Wschód słońca powoli przedzierał się przez chmury i okoliczne masywy, a głód zataczający ósemki w brzuchu dobijał się do naszego umysłu. Chyba czas na jakieś śniadanie. :) Pomimo turystycznego charakteru miejscowości i kuszących szyldów, wszystkie jadłodajnie były jeszcze zamknięte. I kiedy już, już pogodziliśmy się, że w tym uroczym zakątku przyjdzie nam jeść w McDonaldzie, dobiegł nas cudowny zapach pieczywa, który uniósł delikatnie nasze wygłodniałe ciała i poniósł w stron​ę​ maleńkich drzwiczek. Otwarte! :D

Pochłaniając w milczeniu kolejne porcje jajecznicy i pysznych bułeczek przyglądamy się przez okienną szybę miasteczku, które powolutku wybudza się z zamglonego snu, zaczyna się ruch i zgiełk codziennego życia mieszkańców. Gdy posileni wychodzimy na plac spostrzegamy żołnierzy trzymających flagę-ocho, coś się będzie dziać!



Załącznik:
194-Plac Cusco.JPG


Załącznik:
195.JPG


Załącznik:
196.JPG


Załącznik:
197.JPG


Załącznik:
198.JPG


Załącznik:
201.JPG


Załącznik:
202.JPG





Ustawiają jakieś balustrady i krzesełka, pojawia się mnóstwo osób odświętnie ubranych oraz... No właśnie kto? Potomkowie Inków..? Mężczyźni mieli kolorowe poncha i pióra we włosach, kobiety zaś były przyodziane w strojne szaty i zmyślne nakrycia głowy. Ustawili się w półokręgu i poczęli grać na flecikach, podczas gdy jedna z pań śpiewała w rytm muzyki lokalne pieśni. Cudne widowisko! Po jakimś czasie w trakcie tej barwnej ceremonii uczestnicy zaczęli składać dary, palić zioła, modlić się... I wtedy mnie oświeciło, że to musi być Pachamama, czyli celebracja Matki-Ziemi. Jest to prastara, pogańska tradycje kultywowana na długo, zanim w Ameryce pojawił się biały człowiek.Miejscowi byli do niego bardzo przywiązani, a blade twarze chcąc jakoś zakorzenić chrześcijaństwo zgodzili się, by wpleść te obchody w kalendarz oficjalnych świąt. I tak do tej pory Peruwiańczycy dziękują matce naturze za obfitość plonów składając jej najdorodniejsze okazy wszystkiego, czym ziemia w danym roku obrodziła...



Załącznik:
203.JPG


Załącznik:
204.JPG


Załącznik:
208.JPG


Załącznik:
210.JPG


Załącznik:
213.JPG


Załącznik:
217.JPG





Po uczcie dla naszych oczu i uszu postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Plan był taki, aby zajechać do Ollantaytambo, a po drodze zahaczyć o Salinas de Maras-cudnej urody solniska. Po znalezieniu taksówkarza i ustaleniu ceny na 100 soli ruszamy w drogę! Wiodła ona przez sielskie widoki, malutkie wioseczki, brązowe pagóry, zielone doliny i łany zbóż leniwie wygrzewające się w inkaskim słońcu. Wciąż towarzyszyły nam wszechobecne góry, które rozciągały się jak okiem sięgnąć. Zdecydowana większość obszarów zurbanizowanych w zachodniej i środkowej części kraju jest przytulona do gór, a życie toczy się głównie w wąskich dolinach, gdzie wszystko jest przyklejone do stromych zboczy-niewielkie poletka uprawne, domy, drogi... Moją uwagę przykuł jeden ze szczytów, miał w sobie jakąś dziwną magię... Niestety pomimo usilnych starań mojego aparatu oraz całej naszej trójki nie udało mi się zrobić mu porządnego zdjęcia, droga do Maras nie jest bowiem usłana różami i cały czas wznoszą się wokół wszędobylskie tumany kurzu...



Załącznik:
223.JPG


Załącznik:
224.JPG




Gdy dojechaliśmy na miejsce szczęka zjechała do parteru, saliny z miejsca porwały me serce, a z ust popłynął niemy zachwyt-czegoś takiego jeszcze nie widziałam!!!




Załącznik:
225-Maras.JPG


Załącznik:
226-Salinas de Maras.JPG





Zjechaliśmy jeszcze niżej słuchając opowieści kierowcy, że wszystkie te tarasy są zasilane jednym, malutkim strumyczkiem płynącym z wnętrza wygasłego już wulkanu. Kiedy się patrzy na to, jak rozległe jest to miejsce aż trudno w to uwierzyć-ów strumyczek ma bowiem jedynie... 15 centymetrów szerokości!



Załącznik:
228.JPG




...Idziemy wąziutkimi ścieżkami klucząc pomiędzy kolorowymi basenami wypełnionymi słonawą cieczą. Białe brzegi basenów lśnią w słońcu, aż kusi, żeby spróbować tej soli... Mmmm... pyszna! Niby jak sól domowa, ale głębia smaku zupełnie inna, taka jakby bardziej wielowymiarowa, pełna zaskakujących niuansów-i już wiem, że przytargam tego sporo do domu! :) Na szczęście nie musiałam latać z kilofem i ukradkiem wydłubywać kryształki-jak w każdym turystycznym miejscu jest tam trochę straganów ;) Cały obszar solnisk jest z dziada pradziada pod opieką lokalnej społeczności, która jako jedyna ma prawo do wydobywania i sprzedaży tej białej przyprawy ( 5 soli-ok.5 zł-kosztuje 100 g). Po nacieszeniu oczu tym niezwykłym miejscem i napchaniu plecaków solą znów wyruszamy w drogę. Muszę jednak przyznać, że to miejsce zrobiło na mnie naprawdę niesamowite wrażenie i zawsze będę zachęcać ludzi do jego wizyty. Tak to już chyba jest, że kiedy się widzi coś po raz pierwszy, to zostaje to z Tobą w sercu na zawsze. I choćbym widziała setki innych solnisk to wiem, że pamięcią będę wracać zawsze do Salinas de Maras.



Załącznik:
227.JPG


Załącznik:
229.JPG


Załącznik:
234.JPG


Załącznik:
239.JPG




Docieramy w końcu do Ollanta, by złapać nasz pociąg do Aquas Calientes-wioseczki położonej nieopodal Machu Picchu. Pociąg powoli wtacza się na peron, to jest dopiero biznes-cena w jedną stronę to ok 60 $ i to za najtańszy bilet!!! I w dodatku nie można mieć dużych bagaży-my jednak nie mieliśmy wyjścia, bowiem nasza droga powrotna nie wiodła przez tę stację i nie mogliśmy zostawić naszych plecaków w tamtejszej przechowalni-trudno, najwyżej będziemy coś kombinować. Czy to wszystko będzie tego warte..?

Odpowiedź przyszła bardzo szybko i wybawiła nas od wszelkich wątpliwości-w pociągu jest miejsce wyznaczone specjalnie do większych pakunków, pod siedzeniami jest bardzo mało miejsca i naprawdę niewiele da się tam upchnąć. Ufff... Rozsiadamy się wygodnie i czekamy na odjazd. Jeszcze zanim pociąg dobrze się rozpędził my już wiedzieliśmy, że będzie pięknie. Wagony mają przeszklony dach i momentami ma się wrażenie, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki, że nic Cię od tej natury nie dzieli. Katering chociaż skromny, za to naprawdę smaczny-ciastka i bułeczki plus gorący napój. Jest dobrze! :)

Mkniemy więc sobie wąską doliną porośniętą iście hollywoodzką dżunglą-nic, tylko wypatrywać King Konga ;) Tuż obok płynie rwąca rzeka, za którą cieniem kładą się ogromne skały. Z drugiej strony-ogromny masyw, chyba jesteśmy otoczeni! ;) Nagle patrzę-a tu... znajomy szczyt! Tak-to ten sam, który tak mi utkwił w głowie podczas drogi na solniska. Pani z obsługi chyba zauważyła to moje zainteresowani, bo wskazując palcem na swój identyfikator powiedziała, że jej drugie imię jest takie samo jak imię tej góry. Patrzę na tę mały kawałek plastiku przyczepiony do jej bluzki i oczom nie wierzę-toż ta góra nazywa się... tak samo, jak ja! Szturcham męża jakbym właśnie trafiła szóstkę w totka i każę potwierdzić, że nie mam omamów wzrokowych. Mąż też wielkie oczy, w końcu moje imię jest naprawdę rzadkie. A wiecie, co było jeszcze dziwniejsze..? Pani pierwsze imię było takie samo jak... moje drugie!!! Czyli nie dość, że nosimy (choć w odwrotnej kolejności) te same imiona, to jeszcze mój przepiękny szczyt nazywa się tak samo, jak ja... Aż mi się w głowie zakręciło od tych zbiegów okoliczności... Coś w tym jednak musi być, że człowiek przyciąga do siebie rzeczy i ludzi w jakiś sposób z nim związane... Siedzę więc sobie dalej przytulona do szyby, z mężem przytulonym do mnie i z pociągiem przytulonym do mojej imienniczki-góry. Patrzę melancholijnie na kolejne uskoki naszej towarzyszki-rzeki i podziwiam kolory słońca, które zawiesiło swój zachodzący blask na pobliskich chmurach. Świat bywa czasem naprawdę zaskakujący...



Załącznik:
247.JPG


Załącznik:
248-Aquas Calientes.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 11 Mar 2016 00:07 

Rejestracja: 22 Paź 2012
Posty: 156
@chaleanthite
Bajka!
Aż mi się zachciało Ameryki Południowej. Powiedz mi jak językowo? Tylko hiszpański czy po angielsku też idzie się dogadać?
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 11 Mar 2016 00:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Lis 2014
Posty: 315
Loty: 146
Kilometry: 347 466
MACHU PICCHU - W OBJĘCIACH CHMUR



Załącznik:
301.JPG




Budzik zabrzęczał wcześnie. O 6 mamy autobus na górę (12 $ w jedną stronę), trzeba jakoś się ogarnąć i spakować, bo po powrocie uderzamy na pociąg powrotny do Cusco. Powietrze przywitało nas ciemnością, zaś przystanek-300 metrową kolejką!!! Na szczęście to tylko tak groźnie wyglądało i po ok. 15 minutach siedzieliśmy już w pojeździe i podziwialiśmy okoliczności przyrody. Dzień przywitał nas kolejną gęstwiną na niebie, ale tym razem nie wyglądało na to, by ten stan rzeczy miał się zmienić-dzień był posępny. Niezrażeni tym faktem siedzimy z nosami przy szybie i podziwiamy ogromne górzyska porośnięte bujną roślinnością. Nie dziwię się, że miasto przez tyle stuleci pozostało nieodkryte, skoro zostało zbudowane w tak niedostępnym miejscu...



Załącznik:
276.JPG


Załącznik:
252.JPG




Wysiadamy i zabieramy się do pobieżnej eksploracji wioski, nie mamy jednak dużo czasu, bo zaraz czeka nas wejście na Huyana Picchu (jak coś, to nie ja wymyśliłam tę nazwę ;))-pobliską górę, z której rozpościerają się przepiękne widoki na Machu Picchu i okolice. Po sprawdzeniu biletów i szybkiej kontroli bezpieczeństwa ruszamy dziarsko na górę. Łeee, nawet nie wygląda na wysoką ;) Ale wiecie, że niewiedza jest błogosławieństwem, prawda..? ;)



Załącznik:
255.JPG




Nie jestem Wam w stanie powiedzieć ile wchodziliśmy na szczyt. Na pewno więcej niż godzinę. I nie było to beztroskie przeskakiwanie po stopniach, tylko mozolny marsz zahaczający o wspinaczkę. Malutkie, śliskie od wszechobecnej wilgoci stopnie oraz mega rozrzedzone powietrze sprawiały, że każdy osiłek wymiękał. Nie dlatego, że nogi odmawiały posłuszeństwa, ale dlatego, że brakowało tlenu dla tych wszystkich mięśni. Na nic więc godziny na siłowni, pokornie trzeba było zasuwać na górę tempem, które dyktowała sama natura.

To była droga przez samą mękę, prawdziwy test wytrzymałości i samozaparcia-czy ja nie mogę w końcu mieć spokojnych i leniwych wakacji..? ;) Po około 30 minutach marszu byliśmy przekonani, że to musi być już, zaraz za kolejnym progiem, że Eldorado jest tuż za zakrętem... Po następnych 20 minutach straciliśmy już nadzieję, że kiedykolwiek tam dotrzemy, a po kolejnych 15 byłam już autentycznie zła-też mi się Peru zachciało! Zamiast leżeć gdzieś na rajskiej wyspie i sączyć zimnego kokosa pot się ze mnie leje, sapię jak lokomotywa, a nogi są jak z waty. Bo Machu Picchu trzeba zobaczyć, bo wypada trochę ruchu pozażywać..! No ale skoro chciało Ci się czegoś innego to teraz sobie drałuj na te górę... Grrr...

Droga zdawała się nie mieć końca-czyżbyśmy odkryli schody do samego nieba..? Jedyne, co osładzało nam ten wysiłek to krajobrazy, które z każdą minutą i każdym przebytym stopniem stawały się coraz wyraźniejsze, coraz lepiej widoczne i dawały przedsmak tego, co nas czeka na upragnionej mecie...



Załącznik:
261.JPG




W końcu stało się-pierwszy taras widokowy! Boże-chyba będę żyć!!! ;) Obrazki jak z Disneya, chociaż nasza pochmurna wersja pewnie pochodziła bardziej z krainy jakiejś nieszczęśliwej wiedźmy, jednak każdy, kto widział to miejsce przyzna zapewne, że i w słońcu, i w mroku prezentuje się równie imponująco!



Załącznik:
262.jpg




Po upojeniu się widokami i porządnym odpoczynku rozpoczynamy wędrówkę powrotną licząc na to, że tym razem będzie łatwiej... Nie było. Schodzenie jest chyba jeszcze bardziej męczące, bo mięśnie są już trochę nadwyrężone wchodzeniem, ponadto jest niebezpieczniej-łatwiej się poślizgnąć na wilgotnym kamieniu czy błotnistym podłożu. I chociaż niewątpliwym plusem takiej opcji jest ultra szybkie przeniesienie się na miejsce docelowe, to pewnym minusem może być teleportacja w zaświaty w pakiecie-tak więc osobiście nie polecam ;) Trzeba uzbroić się w cierpliwość, zebrać resztkę sił i dreptać ostrożnie... Nasze kolana strasznie dostały przez to zejście po tyłku (czy ja nie jestem trochę pokręcona..? ;)), jednak w końcu dotarliśmy do celu. Po drodze mijaliśmy następną grupę, udało nam się spotkać rodaków, którzy zdążyli się nas zapytać, czy ciężko się wchodzi na górę... Cóż mogłam powiedzieć..? "Nieee, jest spoko!"-co będę biedaków zniechęcać. ;) Ostatecznie każdy z naszej wyprawy dotarł na szczyt-nawet baaardzo wiekowy pan i dziewczyna z ręką w gipsie (tak, tak-tacy nieustraszeni amatorzy wspinaczki też się znaleźli ;)).

Gdy udało nam się dotrzeć do samego miasteczka mogliśmy wreszcie delektować się nim z bliska.



Załącznik:
257.JPG


Załącznik:
279.JPG


Załącznik:
280.JPG





Przechadzaliśmy się zielonymi tarasami podziwiając złożoność całego kompleksu, które przez sto lat pozostawało praktycznie samowystarczalnym państwem-miastem. Miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie-zapewne po części dlatego, że nie spodziewałam się, iż będzie ono tak duże i tak rozległe. Niby proste konstrukcje i nieskomplikowana architektura, ale poraża swoim majestatem i niedostępnością.



Załącznik:
279.JPG


Załącznik:
284.JPG


Załącznik:
282.jpg


Załącznik:
287.JPG


Załącznik:
290.JPG





Wracając do Aquas postanawiamy nie korzystać z autobusu, tylko zejść do wioski o własnych siłach-nie chce nam się czekać w kolejce na przystanku. Dotarcie na dól zajmuje nam 30 minut i jest raczej przyjemnym spacerkiem, chociaż też trzeba uważać na wszechobecną wilgoć i ryzyko poślizgu. Jest jednak błogo i przyjemnie, jesteśmy schowani przed światem pod gęstymi koronami drzew, słychać śpiew ptaków, szum wiatru i odgłosy miejscowej rzeki, mieszanka bardzo kojąca nasze zmysły i pozwalająca zrelaksować się nawet będąc w ruchu. :)



Załącznik:
292.JPG




Popołudniem decydujemy się wstąpić do jednej z knajpek coby uzupełnić życiodajne płyny i wrzucić coś na ząb. Przy okazji łapiemy się na jakąś procesję, która wygląda na katolicką-na czele kroczy ksiądz, ludzie trzymają proporce z wizerunkami Jezusa i Maryi, lecz tuż za nimi płynął korowód muzyki, bębnów, barwnych postaci, wstążek i kolorowych przebierańców. Jawiło mi się to jako niesamowita mieszanka, w której wpływy pogańskie wymieszały się z wiarą konkwistadorów.



Załącznik:
293-Procesja w Aquas.jpg


Załącznik:
295.JPG


Załącznik:
297.JPG


Załącznik:
299.JPG


Załącznik:
300.JPG





CUSCO - SMS OD LOSU


Przez ostatnie wydawać by się mogło, że cała ta walka z losem ucichła, że karty zostały niedbale porzucone na stole, gracze zrezygnowali, a gapie się rozeszli... Naładowani pozytywną energią i niepomni niedawnych problemów wsiadamy do autobusu, który ma nas obwieźć po najciekawszych miejscach w Cusco. Pogoda piękna, cudny błękit nieba okraszony białymi obłoczkami, mózg więc maksymalnie skoncentrowany na odbieranie bodźców wzrokowych. ;) Przyglądamy się z uwagą miejscowym atrakcjom-kościołom, muralom, fontannom... Wszystko tętni życiem, wszystko pachnie peruwiańską przygodą, która ma się powoli ku końcowi. Jutro wylot do Limy, a stamtąd powrót do domu, trzeba więc dobrze wykorzystać ostatnią dobę w tym miejscu.



Załącznik:
304-Cusco katedra.JPG


Załącznik:
305.JPG


Załącznik:
310.JPG


Załącznik:
311.JPG


Załącznik:
243.JPG


Załącznik:
177.JPG


Załącznik:
325.JPG





Zajeżdżamy w końcu na punkt widokowy, by wpaść prosto w objęcia... Jezusa. Chwila, chwila-to w końcu Peru czy Brazylia..? Po chwilowej konsternacji stwierdzamy, że cosik za mały ten Chrystus, a i turyści nieliczni... No i panorama też nie ta-zamiast pięknego wybrzeża mamy jedynie panoramę miasta. Coby jednak nie powiedzieć widoczki były bardzo ciekawe, dopiero teraz zdałam sobie sprawę z wielkości tej miejscowości-jedyne, na co miałam czas do tej pory to historyczne centrum oraz okolice. A zabudowania rozlane są po calutkiej dolinie-jak okiem sięgnąć...



Załącznik:
317.JPG


Załącznik:
312.JPG


Załącznik:
314.JPG


Załącznik:
318-Sacsaywoman i Jesus.JPG


Załącznik:
319.JPG




I nie wiem-może te ciemne chmurzyska, które w pewnym momencie zaczęły kłębić się nad naszymi głowami to był jakiś znak albo coś, ale tuż po powrocie do hotelu dostajemy sms-a od Ryanaira, że w Madrycie jest strajk obsługi naziemnej i nie będziemy mogli zabrać stamtąd bagażu głównego... Ale... ale jak to..? No to co teraz..? Co mam zrobić ze wszystkimi pamiątkami, co mam zrobić z lokalnymi alkoholami-wszak w podręcznym większych pojemności się nie przewiezie... Zwiędły nam miny, i uszy, i serca. Los bowiem nie tylko nie doszedł od stolika, ale się przyczaił i zaatakował w najbardziej bolesny, czuły punkt...

Wakacje wakacjami, ale zawsze, zawsze przywożę jakieś smakołyki i zdobycze ze swoich wypraw, nie wyobrażam sobie wrócić z niczym! Rozdanie trzecie, los znów jest górą... Ale nie-nie dam się! Dopnę swego-choćby nie wiem co! Ta partia okazała się być rozbieranym pokerem, bo odarła mnie ze wszystkiego, co do tej pory było mi nieodzowne. Wszystkie tanie ciuchy-do kosza. Szampony, żele, kremy-zostawiamy. Najcięższe ciuchy założymy na siebie, kieszenie wypchamy po brzegi... Tylko co z tego, skoro stelaż plecaka i tak za wysoki jak na limity taniej linii...? Czy to nie jest walka z wiatrakami..? Ja sobie żyły wypruwam, a los potem puści mnie w samych skarpetkach... No i ten alkohol-to taki nasza związkowo-podróżniczy zwyczaj, że z każdej wyprawy przywozimy sobie lokalne procenty do naszej kolekcji. Poddać się i przerwać tę tradycję-kultywowaną od lat-czy walczyć..? Bo to już nie chodzi tylko o te butelczyny czy kolejną drewnianą figurkę-tu chodzi o honor, o waleczność, o ten rodzaj pozytywnej przekory, która nie pozwala podda się bez walki, która każe coś wymyślić i osiągnąć cel. Kolejny sprawdzian dla mnie samej, decyzja więc podjęta-losie, szykuj się! Bo idę z Tobą na wojnę...



POWRÓT - DECYDUJĄCE ROZDANIE



Los widząc moje bojowe nastawienie zdecydował się zaatakować z całą siłą. Na lotnisku w Cusco okazało się, że nasz lot do Limy-z której wylatywaliśmy wieczorem do Madrytu- jest opóźniony. Oj tam, oj tam- sam lot trwa przecież tylko godzinkę, a w zapasie mamy 10 godzin między lotami-przecież zdążymy, nie?



Załącznik:
327.JPG



Kiedy w końcu przyleciał nasz Star Peru nerwy miałam tak zszargane, że klęłam na cały świat. ;) I niestety-jak mieć pod górkę, to na całej linii-zanim samolot wylądował w stolicy, minęły ponad ​2 godziny. Lotnisko spowijała gęsta mgła i pilot musiał najpierw czekać na pozwolenie na lądowanie, a potem podchodził do niego 3 razy. Super. Zostały ​niecałe ​2 godziny do wylotu, a tu trzeba jeszcze się odnaleźć na tym ogromnym lotnisku, odebrać nasze bagaże i nadać je u następnego przewoźnika. W tym momencie autentycznie wierzyłam, że nie zdążymy​ i wszystko się posypie, niczym domek z kart​...

Kiedy dotarłam do bramki na pokład zaczęli już wchodzić pierwsi pasażerowie. A tuż obok był sklepik... z alkoholami! A przecież jak mi to wszystko ładnie zafoliują, to będę w stanie to dowieźć do domu! W te pędy pognałam i zgarnęłam kilka buteleczek lokalnych trunków... Sprzedawca szczerze stwierdza, że to​, czy mnie przepuszczą​ i tak będzie zależało od dobrej, bądź złej woli ​obsługi w Madrycie, więc ryzyk-fizyk. Wszystkie karty zostały już rzucone na stół, wszystkie torby spakowane, pozostał ostatni gracz i ostatni ruch-mój... Kupować, nie kupować..? Wygram, czy stracę..? Ok, męska decyzja-wchodzę w to. Rzucam na stół swoją ostatnią karę-Visa Debit-​i ​zdecydowaną ręką wbijam pin. Co to będzie..?



FINAŁ



W tej niepewnej drodze do domu przyszło nam przedzierać się przez podwójne zasieki-kontrole bezpieczeństwa oraz metalowy miernik Ryanaira, który bezlitośnie obnaża każdy nadprogramowy centymetr. Chcecie wiedzieć jak to się skończyło..?

Udało się! :D

Wróciłam z tarczą (yyy... to znaczy z bagażem ;)), wygrywając tę ostatnią, decydującą partię-nasza peruwiańska przygoda dobiegła końca, kolejnego rozdania już nie będzie. Dopięłam swego-pomimo tylu przeciwności losu nasz plan wycieczki udało się zrealizować praktycznie w stu procentach. Jednak dopiero z perspektywy czasu widzę, jak szalona i napięta była ta trasa, jak wiele rzeczy mogło pójść nie tak i zepsuć nam całą podróż... Takie doświadczenia uczą na pewno ogromnej pokory wobec nieprzewidywalności życia, mam nadzieję, że swoją lekcję w tym temacie już mamy za sobą ;)

... Peru ugościło nas solą zakrapianą dobrym alkoholem, pokazało cuda natury jak i rodzime obrządki. Kraj wielu kontrastów, ogromnie urozmaicony-nie da się zamknąć w jednej szufladce tego, co tam zobaczyliśmy-nawet komody by zbrakło... ;) Trzymamy więc cały ten zachwyt w naszych sercach, górskim echem będzie się odbijał w pamięci po aż po kres dni.. A los...? Po tej całej wyprawie tyle zostało nam z powiedzenia, że jesteśmy jego kowalami, ile daliśmy radę upchać w nasze bagaże podręczne...



Załącznik:
3-Lecimy.JPG


-- 11 Mar 2016 00:24 --

keram napisał(a):
@chaleanthite
Bajka!
Aż mi się zachciało Ameryki Południowej. Powiedz mi jak językowo? Tylko hiszpański czy po angielsku też idzie się dogadać?



@keram Wiesz co... Po angielsku też się dogadasz, chociaż prędzej w jakiejś restauracji, hotelu czy miejscu turystycznym, niż na np. bazarze. Nieśmiertelne "how much" zna tam jendak każdy, ja po hiszpańsku nauczyłam się tylko trochę liczyć i to mi wystarczyło, żeby się porozumieć ;) Ogólnie posługiwaliśmy się angielskim, bo oprócz liczb i paru zwrotów typu "dzień dobry" czy "dziękuję" żadne z nas nie zna hiszpańskiego. Cieszę się, że relacja się podoba! :D


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
30 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 11 Mar 2016 03:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Maj 2012
Posty: 329
niebieski
Cytuj:
a poszło w eter i do fortuny trafiło


zaprzeczam, nic do mnie nie trafilo.

P.S. super zdjecia! ;)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 11 Mar 2016 07:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 1721
Loty: 211
Kilometry: 432 570
złoty
Chaleanthite jak zwykle w wysokiej formie. Potrafisz zachęcić do wyjazdu;-)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 11 Mar 2016 09:30 

Rejestracja: 10 Sie 2011
Posty: 476
Loty: 12
Kilometry: 12 344
niebieski
Piękne zdjęcia:) Relacje czyta się jednym tchem. Przygodę mieliście niezłą, faktycznie trochę się wam spiętrzyło nieprzychylnych zdarzeń - ale jest co wspominać! Niesamowita historia z tym szczytem i Panią z pociągu :) A czy na lotnisku w Madrycie trochę przymykali oko na bagaże z uwagi na ten strajk?
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 11 Mar 2016 09:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1090
Loty: 213
Kilometry: 402 697
platynowy
Podoba mi się ta heroiczna walka o alkohol. Czymże są szampony, żele, tanie ciuchy, gdy w grę wchodzi możliwość zrobienia sobie pisco sour i wypicia na tarasie :D Nie wiem czy podjąłbym takie ryzyko - chyba bym się rozpłakał, gdyby to wszystko kazali zostawić w Madrycie. Zdjęcia super - widać, że i "sprzęt" dobry i oko niczego sobie :)
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 11 Mar 2016 10:53 

Rejestracja: 22 Sie 2012
Posty: 647
Loty: 78
Kilometry: 201 975
świetna relacja i zdjęcia! fajnie, że udało się zrealizować plan mimo tylu przeciwności, znaczy chichotów losu ;)
_________________
moje relacje:
http://www.fly4free.pl/forum/sztuka-ame ... ,212,81860
minirelacja-z-maxiwyspy-ilha-grande,212,96928&start=0
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 11 Mar 2016 11:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Wrz 2012
Posty: 1090
Loty: 113
Kilometry: 175 699
srebrny
@chaleanthite relacja mega :-) kiedy odbyliscie podróż? Bo albo jestem ślepy albo nie padł termin :)
_________________
Zapraszam na moją stronę! :) https://www.facebook.com/darekwpodrozy

Image
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 11 Mar 2016 13:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 868
Loty: 161
Kilometry: 274 127
srebrny
Dopiero doczytałam całość - powtórzę tylko, że relacja fantastyczna i cudowne zdjęcia :) Świetnie się czyta i ogląda :)
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz / Wyspy Owcze
i: https://www.instagram.com/ola.javv/
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 11 Mar 2016 15:04 

Rejestracja: 04 Cze 2012
Posty: 3644
Loty: 306
Kilometry: 701 602
srebrny
świetna relacja, przypomniała mi mój wyjazd do Peru w listopadzie :) na MP mieliście fajna pogodę - u mnie do 12 HP było we mgle ;) zdjęcia super - dokładnie tak tam jest :)
W Limie polecam jeszcze lot paralotnia w Miraflores ;)
A w Cuzco piękne widoki są z San Blas


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 11 Mar 2016 16:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Lis 2014
Posty: 315
Loty: 146
Kilometry: 347 466
Pięknie dziękuję wszystkim za odzew! :D Nie ma to jak przeczytać, że komuś się podobało, że kogoś to zachęciło-na tyle, żeby zostawić chociaż parę słów w komentarzu... Jeszcze raz wielkie DZIĘKI!!! :D

A teraz...


@fortuna-A to TY! Ty...Ty sprawco moich nieszczęść, ja Ci jeszcze pokażę..! ;) Hehe, żartuję oczywiście ;) Ale Twój komentarz rozbawił mnie do łez-no tak, przecież mamy Cię na forum :) Cieszę się, że zdjęcia się podobają! :D

@elwirka-dziękuję za miłe słowa, Peru gorąco polecam! :)

@dialam-dziękuję, cieszę się bardzo, bo trochę nad tekstem ślęczałam, a i tak nie jest do końca taki, jaki bym chciała... Przygoda ojjj, była... Ponad połowa rzeczy została w Peru, żebyśmy mogli się pomieścić do podręcznych (a na wakacje przylecieliśmy z 2 podręcznymi i 1 torbą główną...). W Madrycie przymykali oko, chociaż alkohol, który zakupiłam w Limie wyciągnęli mi z tych toreb i przebadali 2 razy w 2 maszynach...Ale ostatecznie puścili. Załoga Ryana na bagaże nie patrzyła, a sporo osób miało nawet po 3 sztuki przy sobie ( w tym i ja...), albo z daleka było widać, że torba jest za duża-ale zero reakcji, tylko miły uśmiech... Ale już sobie wyobrażam co by było, gdyby zaczęli się czepiać-tłum pewnie by urządził zbiorowy lincz, w końcu to ich obsługa strajkowała... ;)

@igore-hehe, "heroiczna walka o alkohol"-padłam!!! :lol: No tak, tak to w sumie wyglądało... Ja też bym się rozpłakała jakby mi to kazali zostawić, ale kto nie ryzykuje, ten nie ma... ;) Chociaż jak patrzę na to z perspektywy czasu to ten upór w przywiezieniu tych paru butelek wydaje mi się trochę szalony i taki hmmm...desperacki ;) Super, że podobają Ci się fotki-dziękuję za komplement! :D Niestety niektóre nie grzeszą jakością (te z Machu), bo kiedy tam byliśmy było pochmurno i jedna z chmur dosłownie zeszła na nas-zrobiło się mgliście i zaczęło mżyć i nie zauważyłam, że część tej pary wodnej osadziła mi się na obiektywie... :shock: I cykałam sobie radośnie, dopiero na komputerze zauważając, że niektóre zdjęcia wołają o pomstę do nieba...

@ara-dziękuję!!! :D Szalenie mi miło, że fotki i relacja Ci się podobają! :D ...Ja też się cieszę, że wyszliśmy obronną ręką, bo mogło wyjść różnie ;)

@Legion1-ekhm,ekhm... W maju zeszłego roku... Ma się refleks we wstawianiu relacji, nie? :lol: Tym bardziej, że była gotowa już od paru miesięcy... Jednak szczerze mówiąc nie byłam z niej do końca zadowolona, a nie lubię dawać z siebie czegoś "na odwal", dopiero mąż mnie przekonał, że być może przez mój perfekcjonizm zbyt surowo ją oceniam... Tak więc to dla mnie naprawdę szalenie miłe, że się komuś podoba-i bardzo Ci za Twoje słowa dziękuję :D

@olajaw-super, że sie podoba! I bardzo mi miło, że doczytałaś resztę-dziękuję!!! :D

@maxima-dziękuję, cieszę się, że relacja wywołała wspomnienia! :) To zawsze fajnie zobaczyć miejsce, w którym się było okiem innej osoby... No i przy okazji przeżyć swój wypad jeszcze raz! Paralotni szczerze zazdroszczę, to musiało być czadowe!!! :mrgreen: Co do pogody, to ogólnie jako wielbicielka słońca nie byłam zadowolona, ale pocieszam się, że zawsze mogło być gorzej... ;)
_________________
Image


Ostatnio edytowany przez chaleanthite 11 Mar 2016 16:23, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 11 Mar 2016 16:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Maj 2014
Posty: 137
Loty: 39
Kilometry: 102 845
swietne zdjęcia i nieprzegadana narracja - SUPER!!!!


Ostatnio edytowany przez lubietenstan, 11 Mar 2016 17:35, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 11 Mar 2016 16:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Lis 2014
Posty: 315
Loty: 146
Kilometry: 347 466
@lubietenstan-dziękuję pięknie! :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#19 PostWysłany: 11 Mar 2016 23:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Kwi 2014
Posty: 939
Też przyłączam sie do ochów i achów :) I podziwiam za upór w walce z losem...Nico ;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 12 Mar 2016 10:17 

Rejestracja: 19 Lut 2016
Posty: 13
Super relacja i zdjęcia. Gratuluję. Mam pytanie: W jakim terminie byliście w Peru i jaka była temperatura powietrza, szczególnie w Cusco?
Góra
 Relacje PM off
chaleanthite lubi ten post.
 
 
 [ 47 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group