Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 29 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 03 Gru 2021 04:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5944
HON fly4free
Jak co dzień, budzę się grubo przed dźwiękiem budzika. Dziś znowu trafiam na piękny wschód słońca. Podziwianie tego zjawiska bez potrzeby ruszania się z łóżka jest przyjemnością, której doświadczenie nie było mi jeszcze do tej pory dane :)

Image

Do spotkania z Anią mamy dużo czasu, więc jeszcze przed śniadaniem robimy drugi raz trasę na Ipanemę, tym razem z zamiarem odwiedzenia wspomnianego wcześniej Józefa Piłsudskiego. A żeby było ciut więcej kilometrów w nogach skręcamy najpierw w lewo, do skraju Copacabany znajdującego się pod fortem i stamtąd zaczynamy właściwy "spacer" (11 km).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dzisiejszy pierwszy punkt programu zwiedzania z Anią, to Favela Vidigal. Jestem nieco sceptycznie do tego nastawiony, bo czuję się trochę, jakbym odwiedzał ZOO, ale kolega nalegał na taką atrakcję po obejrzeniu filmu z wizyty w faveli nakręconego przez jakiegoś vlogera. Ania pomysł zaakceptowała i oto tu jesteśmy. Wysiadamy przy Praça do Vidigal i od razu dochodzą nas nawoływania "szoferów" motocyklowych taksówek rozwożących stąd ludzi do różnych części faveli. Nasz kurs na jej szczyt, to 10 BRL od osoby (dla miejscowych jest dwukrotnie taniej). Do tego dochodzi wypożyczenie kasku za kolejnych kilka reais, ale nie jest to obligatoryjne. W naszym wypadku ważenie ryzyka upadku z ryzykiem pojawienia się niechcianych gości we włosach spowodowało, że jedziemy z gołymi głowami. Każde z nas siada na inny motor i żwawo ruszamy w górę. Mój "szofer" jedzie szybko, ale nie szaleńczo. Wymija sprawnie pieszych, auta i inne przeszkody, a ostre zakręty wąskich uliczek pokonuje tak, że nie mam problemu z utrzymaniem równowagi. Ba! Jest do tego stopnia opiekuńczy, że delikatnie przyciąga do siebie moje mocno odstające na zewnątrz kolano, bym nim przypadkiem gdzieś nie wyrżnął.
Jazda trwa ok. 5 minut. Na szczycie wysiadamy przy niedużym kontenerze, w którym ulokowano posterunek policji. Akurat odjeżdża spod niego wóz z kogutami na dachu, zabierając całą obsadę posterunku (czyli 2 osoby). Wygląda to raczej na pewną grę pozorów, niż faktyczną oznakę dominacji struktur oficjalnych nad tymi - ujmując rzecz delikatnie - "oddolnymi".
Kilka kroków dalej spotykamy pierwszych przedstawicieli lokalnej społeczności wyposażonych w sprzęt, z którym kojarzą się favele. Znaczy, w giwery. Jeden ma coś na kształt amerykańskiego karabinu M16, a drugi zwykły pistolet, choć z chałupniczo wydłużonym magazynkiem na amunicję. Spoglądają na nas obojętnie bez przerywania rozmowy, a my podążamy jeszcze kawałek dalej, do hostelu, którego nazwy niestety nie pomnę. Ania pyta, czy możemy wejść na taras widokowy i po uzyskaniu zgody, wchodzimy wąskimi korytarzami na samą górę. Strach pomyśleć, ile w Europie, czy USA kosztowałaby nieruchomość z dostępem do takiej panoramy...

Image

Image

Hostel ten jest jednym z przejawów inwestowania w favelach przez ludzi z zewnątrz, często z zagranicy, którzy upatrzyli tu okazję do zarobku, a może po prostu urzekł ich tutejszy "piracki" anturaż.
Kręcimy się tu jeszcze chwilę delektując się widokiem i rozmawiając o różnych aspektach życia w tej i innych favelach (bo nie ma jednego modelu funkcjonowania tych osiedli - każde jest inne).
Wstępnie planowaliśmy, że na dół dostaniemy się tą samą, zmotoryzowaną metodą, ale mamy zapas czasu, więc decydujemy się na zejście na piechotę. Tutaj zdjęć już żadnych nie robimy. O ile fotografowanie widoków z tarasów hosteli, czy barów jest tolerowane, o tyle w uliczkach już nie, zwłaszcza, gdyby chciało się uwiecznić jakieś osoby. Oczywiście, niektórzy pewnie to robią, choćby z ukrycia, ale ja sam nie widzę potrzeby, by zakłócać tutejsze reguły. Tak naprawdę, mieszkają tu zwykli ludzie, a jedynie garstka z nich trudni się czynieniem zła. Ta większość, przynajmniej w "ugładzonych" favelach, takich jak Vidigal, próbuje chyba zerwać i wywalić do kosza metkę z napisem "siedlisko gangów". Warto dać im spokój, by sobie z tym poradzili. Samo to, że co jakiś czas spotykamy po drodze "wartowników" z bronią i krótkofalówkami, nie powinno działać, jak dostrzeżenie lwa na sawannie.

Niemal na końcu naszego spaceru dostrzegamy jakieś zamieszanie. Okazuje się, że jeden z kierowców moto-taksówek z jakiegoś powodu przewrócił się ze swoim pojazdem i leży teraz poobijany i krwawiący. Zaopiekowali się nim już okoliczni mieszkańcy, którzy zatamowali krew cieknącą z nogi i czekają teraz na przyjazd karetki.
Widać zatem, że jazda motocyklem nie zawsze jest tu igraszką...

Zamawiamy Ubera i po kilkunastu minutach jesteśmy przy dolnej stacji pociągu na szczyt Corcovado. Niestety, dziś już żadnej czarnopiątkowej promocji nie ma, więc zostawiamy w kasie regulaminowe 82 BRL, wsiadamy do jednego z wagoników i jedziemy na spotkanie z Chrystusem Odkupicielem. Oczywiście, na razie jedynie z tym wyrzeźbionym.

Na podstawie zdjęć widzianych w internecie miałem wizję potwornego ścisku, jaki będzie panował u stóp pomnika. Na szczęście, nie jest tak źle. Ludzi jest całkiem sporo, ale przemieszczamy się bez trudu pomiędzy poszczególnymi fragmentami tarasu. Ostre słońce świecące zza pleców Chrystusa nie pozwala na pełne dostrzeżenie jego twarzy, ale i tak wrażenia są wspaniałe. A widoki rozpościerające się w każdą stronę są równie zniewalające, jak te z Głowy Cukru.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W oczekiwaniu na kolejkę, która zwiezie nas na dół, obserwujemy małpy baraszkujące przy stacji. Wyglądają, jakby przymierzały się trochę do zejścia bliżej ludzi w celu wyłudzania jakiś smakołyków, ale ostatecznie nieśmiałość lub lęk bierze górę i pozostają na gałęziach wysokiego drzewa. Dużo bliżej nas, po kablach elektrycznych łażą sobie za to gigantyczne mrówki.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jesteśmy już na dole. Kolejny kurs Uberem i docieramy do gwarnej jeszcze o tej porze starej części Rio. Na początek wpadamy na kawę i drobne co nieco do wspaniałe udekorowanej kawiarni "Colombo", której początki sięgają jeszcze XIX w. Ogromne lustra, drewiano-szklane witryny i wielki witraż sufitowy nadają temu lokalowi lekkości i jasności. Wypicie filiżanki kawy i zjedzenie eklera w takich wnętrzach to prawdziwa przyjemność!

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przemierzamy dalej tą część miasta. Mieszanka stylów jest nie do ogarnięcia przeciętnym rozumem. Gdzieniegdzie widać starania, by nadać centrum jakikolwiek ład urbanistyczny, ale nie widzę jakiejkolwiek szansy na sukces w tym zakresie.
Architektura kolonialna została w dużej mierze wytrzebiona, a jeśli jeszcze istnieje, to w ogromnej większości jest w opłakanym stanie. Jej miejsce zastąpiły kamienice i biurowce wszelakiej maści i proweniencji. Wszystko pomieszane, jakby ktoś chciał celowo oszpecić miasto. Już nawet całkiem świeżo wybudowane wysokościowce wyglądają czasem, jakby się sypały. Nie pierwszy to jednak przypadek na świecie, że ta brzydota staje się w pewnym momencie aż urzekająca.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

ImageImage

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zmierzamy do ostatniego punktu naszego dzisiejszego zwiedzania. Po drodze zatrzymujemy się przy "A Noite" - oddanym do użytku w 1927 r. pierwszym "drapaczu chmur" Ameryki Południowej (ma 22 p.). Niestety, podobnie jak wiele innych obiektów z lat 20-tych i 30-tych XX w., także i ten pozostaje zamkniętą na cztery spusty ruiną, eksplorowaną jedyna (jak można się domyśleć ze stanu fasady) przez samozwańczych mistrzów prymitywizmu grafficiarskiego.

Image

Kontrastuje z tym znajdujący się kilkaset metrów dalej wielki mural, a w zasadzie cykl tego rodzaju prac autorstwa Kobry, przedstawiający twarze przedstawicieli wielu ras zamieszkujących świata.

Image

Image

Image

Image

Jeszcze chwila i oto jesteśmy u celu zwieńczającego dzień. Dotarliśmy do Pedra do Sal. Zapyta ktoś może, cóż też takiego ciekawego może być w Skale Soli? Cóż, w niej samej może nic specjalnego (za wyjątkiem historii), ale cóż za sąsiedztwo ją otacza! W poniedziałkowe wieczory odbywają się tu koncerty samby, a dziś jest właśnie poniedziałek. Jesteśmy ciut za wcześnie, więc siadamy jeszcze na chwilę w Angu do Gomes, by się posilić, a zaraz potem ruszamy z powrotem do skały. Występy już się zaczęły. Pod wielkimi czerwono-czarnymi plachtami (przypominającymi o piłkarskiej drużynie z Rio) siedzi za stołem skromna ekipa młodych muzyków, których występ jest oklaskiwany, obtańcowywany i obśpiewywany przez kilkaset zgromadzonych tu osób. Po bokach uliczek ustawiły się stoiska oferujące alkohol w różnych postaciach. Jedno z nich prowadzi Savio - sporej postury, rozgadany brodacz, u którego zamawiamy kilka różnych wariacji Caipirinhi.

Image

Image

Image

Image

Image

Zabawa trwa tu zapewne do późnych godzin nocnych, ale my dwaj długo nie wytrzymujemy (Ania opuszcza nas nieco wcześniej). Mikstura stworzona ze zwiedzania, słońca, temperatury, alkoholu i samby każe nam wracać do hotelu. Jutro mamy już niby czas wolny, ale trzeba się trzymać w ryzach...
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
6 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#22 PostWysłany: 03 Gru 2021 11:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5944
HON fly4free
Gdyby ktoś był ciekaw, jak brzmi samba przy Pedra do Sal, to tu jest przykład (jest jedną różnica: teraz jest zachowany drobny dystans między muzykami, a widownią):

Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
benedetti uważa post za pomocny.
 
 
#23 PostWysłany: 03 Gru 2021 13:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1211
Loty: 240
Kilometry: 448 218
srebrny
Fajna relacja, choć trochę nie w moim stylu, gdyż wolę odkrywać (lub nie) wszystko sam. ;) Rio jest super. Sam spałem w 2 favelach i widok tylko trochę gorszy niż z Hiltona. ;)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 03 Gru 2021 14:14 

Rejestracja: 19 Mar 2014
Posty: 1246
Loty: 428
Kilometry: 721 114
srebrny
Mam nocleg w Visual Rock Hostel w Rocinha i na to liczę
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
kostek966 lubi ten post.
 
 
#25 PostWysłany: 05 Gru 2021 18:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5944
HON fly4free
Zwiedzanie Rio z Anią się skończyło, ale pozostajemy w tym mieście jeszcze 2 pełne dni (i ciut 3-go), więc musimy zdać się na własne umiejętności organizacyjne i intuicję, ale i na pogodę. Ta ostatnia ma dziś fochy. Poprzednie dni były piękne, a dziś mamy dużą zmianę.
Jeszcze o świcie, za oknem wita nas śliczny wschód słońca, ale po śniadaniu robi się coraz bardziej pochmurno, a nawet popaduje.

Image

Adaptujemy się do warunków i postanawiamy odwiedzić forty znajdujące się na dwóch krańcach Copacabany. Zaczynamy od tego bliżej Hiltona. Chcieliśmy wejść tam już wczoraj, ale okazało się, że w poniedziałki obiekt jest zamknięty. Dziś jednak czeka nas niespodzianka w postaci wstępu "gratuito", o czym informuje nas żołnierz stacjonujący w bazie, na której terenie jest fort. Przekraczamy bramę koszar, przyglądamy się zdjęciom prezentującym, jak zmieniała się ta okolica na przestrzeni lat i krętą ścieżką przez las wspinamy się do góry. Okazuje się, że ścieżka pełni również rolę... drogi krzyżowej.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na szczycie wita nas niewielka fortyfikacja z nieczynną, ale pucowaną przez żołnierzy
baterią artylerii. Widać stąd całą Copacabanę, ale i wejście do zatoki Guanabara. Widać również, jakie mieliśmy szczęście do pogody. Szlag by mnie chyba trafił, gdybym na Głowę Cukru lub Corcovado trafił właśnie dziś.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ciągle delikatnie kropi i nie zanosi się na poprawę, więc żwawym krokiem idziemy na drugi kraniec plaży. Tutejszy fort jest dużo większy i obejmuje całkiem duże i zaskakująco interesujące (zwłaszcza w części militarnej) muzeum. I tu wstęp jest dziś 4free :D . W dzisiejszych warunkach pogodowych to idealne dla nas miejsce. Na pierwszy rzut idzie część artyleryjska, wyposażona w "narzędzia pracy" (podobnie, jak we wcześniejszym forcie) przez fabrykę Krupps. Idziemy coraz dalej i dalej, a końca nie widać. Jestem pod wrażeniem, bo zupełnie nie spodziewałem się tak fajnie urządzonego muzeum. Szczególną uwagę przywiązują tu do historii "osiemnastki" - grupy buntowników, którzy bronili fortu w czasie próby jakiegoś przewrotu wojskowego (niestety, informacje są tylko po portugalsku, więc wiedzę na ten temat muszę uzupełnić sobie oddzielnie).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po opuszczeniu podziemi i zewnętrznych elementów baterii, odwiedzamy ulokowaną w głównym budynku ekspozycję przedstawiającą historię Brazylii w formie kilkunastu gablot z manekinami w strojach z epoki.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Naszą szczególną uwagę przykuwa ten oto znamienity (z pewnością) reprezentant narodu brazylijskiego, którego cały majestat - za przeproszeniem - pryska w obliczu czającego się w pobliżu nocnika, który zdaje się być przedmiotem rozważań owego jegomościa.

Image

Po wyjściu z budynku aura wprawia nasze serca w palpitację.

Image

Image

Nie dość, że nic nie widać, leje teraz już całkiem solidnie. Cóż można czynić w takich warunkach? Wracamy Uberem do hotelu i idziemy na poszukiwania prezentów. Do czasu naszego wyjścia opady na szczęście ustają, ale i tak jest wciąż "zakupowo", więc odwiedzamy kilka salonów Havaianas, polując na jakieś ciekawe wzory.

Pod wieczór trafiamy ponownie do Bar S Copacabana. Dziś sprawdzamy "lakierowanego" kurczaka i ośmiornicę. Ponownie jest bardzo smacznie :)

Image

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
jaco027 uważa post za pomocny.
 
 
#26 PostWysłany: 06 Gru 2021 07:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5944
HON fly4free
Rio lituje się nad nami i kolejny dzień nie zaskakuje już takimi zjawiskami pogodowymi, jak wczoraj.
Rano, tradycyjnie już, robimy obchód plażowy, a po śniadaniu jedziemy do "centrum" Rio, by zajrzeć w kilka kątów, o które nie zahaczyliśmy wcześniej.
Pierwszym miejscem jest wspaniała biblioteka Real Gabinete Português de Leitura. Aż dziw, że wstęp tu nie jest biletowany. Starannie utrzymane i zadbane wnętrze jest wyjątkową odskocznią od chylącego się ku upadkowi otoczenia.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Robimy pieszą rundę po okolicy. Odwiedzamy m. in. teatr miejski - kolejną perełkę zatopioną w morzu anarchii urbanistycznej. Szkoda, że nie da się wejść do środka. Podejrzewam, że wnętrze może być równie zaskakująco piękne, jak biblioteczne, ale urządzono tu punkt szczepień.

Image

Image

Image

Image

Image

Spacerując wzdłuż zamienionej w wielkie targowisko ulicy Rua Uruguaiana trafiamy do króla soków. Takie miano nadał sobie samozwańczo właściciel lokalu z napojami owocowymi. Jak dla nas, nazwa jest w pełni uzasadniona. Do tego stopnia, że naszego Rei dos Sucos odwiedzamy potem jeszcze raz.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wpadamy jeszcze na nabrzeże zdominowane przez wyjęte z "Gwiezdnych wojen" Museu do Amanhã.

Image

Image

Image

Image

Tuż obok ciągną się zabudowania brazylijskiej marynarki wojennej. Jeden z głównych obiektów wygląda, jak żywcem przeniesiony z Gdyni, w której budynki o takiej właśnie architekturze powstawały w okresie międzywojennym (takich stylowo zbliżonych budynków jest w Rio więcej). . Tuż obok jest sklep z mundurami. Zwróćcie uwagę na jago nazwę ;)

Image

Image

Image

Jest też coś, co jako żywo przypomina sopocki Grand Hotel.

Image

Na koniec dzisiejszej pieszej rundy po tej części Rio docieramy pod akwedukt "Carioca". Słońce schowało się za chmury, więc jego biel jest niemal niedostrzegalna. Całe z resztą otoczenie jest szare i przygnębiające. Wrażenie to wzmagają bezdomni, których jakaś organizacja w towarzystwie policji próbuje (tak przynajmniej podejrzewam) nakłonić do opuszczenia tego miejsca i przeniesienia się do przytułku.

Image

Image

Dziś jemy w restauracji Joaquina, ale dania nie są aż tak smaczne, jak w Bar S.

Image

Image

Jutro żegnamy się z Rio i lecimy do Foz do Iguaçu.
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#27 PostWysłany: 06 Gru 2021 14:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5944
HON fly4free
To nasze ostatnie godziny w Rio. Będę nudny i samopowtarzający, jak kałasznikow, ale:
1) rano mamy znowu wschód słońca bliski "Jeleniowi na rykowisku",
2) przed śniadaniem nabijamy tradycyjną dyszkę po Copacabanie i przyległościach.

Image

Image

Image

Po porannym posiłku w Hiltonie jest jeszcze trochę czasu, który spędzamy na dachu hotelu cykając ostatnie obrazki okolicy, a potem schodzimy jeszcze do baru vis a vis na Caipirinhę.

Image

Image

Image

Image

Image

ImageImage

W oczekiwaniu na Ubera, który zawiezie nas na lotnisko SDU, robię sobie szybki rachunek plusów i minusów, które można zapisać na koncie Hiltona Copacabana.
Do pierwszych bez zająkniecia zaliczam genialną lokalizację i wspaniałe widoki. Nie ma powodu, by krytykować śniadania, a i sama cena noclegów jest (przynajmniej w tym okresie) bardzo rozsądna. Załoga jest sympatyczna i uczynna. Przymykam oko na różne oznaki starzenia się hotelu, czy fatalny stan wanny w naszym pokoju. Jest jednak jedna rzecz, która musi być wytknięta: fatalna oferta w saloniku. Te drobiazgi, które są wystawiane w ramach happy hour, to zupełna porażka. Równie dobrze mogliby ten salonik zlikwidować.
Mimo to, 5-dniowy pobyt tu uznaję za bardzo udany.

Na lotnisko Santos Dumont docieramy w kwadrans. Mamy zamiar skorzystać z saloniku (w ramach kart DC) i chcąc uniknąć wpadki takiej, jak na lotnisku Congonhas sprawdzam dokładniej jego lokalizację. Tym razem nie musimy robić obchodu po całym terminalu, by trafić do celu.
Czy warto? Cóż, widywałem gorsze, ale do końca roku pozostało już niewiele czasu i trzeba wykorzystać limit z Dinersa.

Image

Image

Image

Image

Image

Nasz samolot już oczekuje na pasażerów. Zerkam nie tylko na niego, ale zadzieram głowę również w górę i dostrzegam pracowników pucujących szklany dach terminala. Niby bywało się już tu i ówdzie, a takich cyrkowców jeszcze nie widziałem :D .

Image

Image

Image

Niestety, widoków lotniczych na Rio znowu nie mam. Siedzę po lewej stronie, ale nawet po prawej niewiele bym zyskał. Samoloty startują w kierunku Głowy Cukru i wejścia do zatoki, unoszą się bardzo szybko i odbijają od Rio, w związku z czym obrazki szybko znikają z pola widzenia. Po lewej stronie widać tylko trochę wody i satelitarnego Niterói.

Image

Image

Image

LATAM nie oferuje pasażerom żadnego cateringu. Jedynie ci z przodu dostają kubek wody. W zamian jednak, każdy może uruchomić na swoim urządzeniu kanały TV, filmowe, muzyczne itp. dostępne za pomocą kodu QR.

Do Foz przylatujemy z niewielkim opóźnieniem. Na miejscu czeka już na nas Eduardo - miejscowy przewodnik, z którego usług korzystałem już 2 lata temu.

Image

Tym razem mamy u niego zarezerwowane:
1) transfer z lotniska do hotelu (IBIS w centrum Foz), połączony z wizytą w aptece w celu zrobienia testu antygenowego oraz transfer z hotelu na lotnisko za 2 dni - łączny koszt, to 50 USD za 2 osoby,
2) całodniową prywatną wycieczkę do parków "wodospadowych" po obu stronach granicy - łączny koszt to 180 USD za 2 osoby + bilety wstępu do obu parków.

Jasne, transfer można byłoby załatwić taniej Uberem. Mamy tu jednak dość niejasną sytuację w zakresie przekraczania granicy brazylijsko-argentyńskiej, a zwłaszcza, czy można w ogóle wrócić do Brazylii drogą lądową (wg przepisów taki wjazd z Argentyny nie jest dozwolony) oraz rodzaju testu wymaganego w Argentynie. Eduardo twierdzi, że wszystko będzie w porządku, więc po prostu oddajemy całość w jego ręce i niech się wykaże :D
Po drodze do naszego Ibisa zatrzymujemy się w aptece Hiper Farm (
https://maps.app.goo.gl/7sewRWcwPCXCxu4c6), z której po około 20 minutach wychodzimy z negatywnymi wynikami. Jeszcze chwila i jesteśmy w Ibisie. Od poprzedniej mojej wizyty tutaj nie zmieniło się prawie nic (choć wnętrza się trochę zdegradowały), ale jedno zjawisko mocno mnie zaskakuje. O ile poprzednim razem miałem do czynienia w recepcji z osobami, które potrafiły po angielsku powiedzieć co najwyżej "hello", o tyle teraz, każdego dnia rozmowa nie nastręcza żadnych trudności.

Image
(żeby nie było wątpliwości - łóżko pojedyncze, bo mieliśmy oddzielne pokoje :D)

Umawiamy się z Eduardo, że rano odbierze nas o 7:30, a on w tym czasie ma za nas jeszcze wypełnić online argentyński formularz zdrowotny, na potrzeby którego robi skany szeregu naszych dokumentów (muszą być załadowywane wyłącznie, jako pdf).

Na zakończenie dnia udajemy się do stosunkowo nowego lokalu - Patio Pomare. Mają tu specyficzny sposób płacenia. Zamiast uiścić należność kelnerowi, trzeba podejść do okienka, wręczyć kasjerce swój numerek, który otrzymało się przy składaniu zamówienia i czekać na paragon. Gdy chętnych do płacenia jest zbyt wielu, robi się tu spory zator.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kończymy dzień w iście świątecznym nastroju i zastanawiamy się, czy Eduardo ma rzeczywiście rację i nasza wycieczka dojdzie do skutku? Oby tak się stało, bo pogoda w Foz jest wymarzona do oglądanie wodospadów z obu stron.

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#28 PostWysłany: 07 Gru 2021 12:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5944
HON fly4free
Eduardo zjawia się z drobnym opóźnieniem. Okazuje się, że argentyński system do przyjmowania deklaracji zdrowotnych jest dość ślamazarny, a Eduardo wypełnia je dziś o świcie i stąd półgodzinny poślizg. Mamy przynajmniej ciut więcej czasu na śniadanie. Cudów w Ibisie nie ma, ale i tak jest zaskakująco dobrze (a w zasadzie tak samo, jak 2 lata temu).

Image

Image

Image

Image

Nadchodzi chwila próby. Jesteśmy na przejściu granicznym i idziemy najpierw do okienek brazylijskich. Oddajemy nasze paszporty, Eduardo coś dodaje od siebie o krótkim wypadzie na drugą stronę i po chwili podjeżdżamy już do funkcjonariuszy argentyńskich. Tu udajemy się najpierw do biura w kontenerze (sfinansowanym przez Unię Europejską, jak wskazuje napis), gdzie sprawdzają szczepienia, testy i deklaracje zdrowotne. Nikt nie ma zastrzeżeń, że zamiast PCR, nasze testy są antygenowe. Teraz pora na ostatni etap - typową budkę graniczną, gdzie pogranicznik sprawdza jeszcze nasze paszporty. Chwilę potem jesteśmy już stuprocentowo w kraju tanga. Jak dotąd, wszystkie informacje podane przez Eduardo sprawdzają się! Tak naprawdę jednak najważniejsze jeszcze przed nami. Dopiero w drodze powrotnej poznamy odpowiedź na pytanie, czy wpuszczą nas drogą lądową do Brazylii?

Dla samego naszego przewodnika, to wielki dzień. Jest tu po raz pierwszy od marca 2020 r.! Pracuje w tym biznesie już od 20 lat, więc tak długa przerwa była dla niego istną wyrwą w życiorysie.
Z przyjemnością obserwujemy, jak serdecznie witają go wszyscy pracownicy parku i inni przewodnicy. Zaczynam się zastanawiać, czy nie powinniśmy dostać rabatu za przysługę uczynioną naszym zamówieniem :D

Organizacja pracy części argentyńskiej jest teraz trochę pokręcona i warto być elastycznym.
Niespodzianka czeka już przy bramie. Biletów nie można kupić w kasie, tylko trzeba to zrobić najpierw online, a dopiero potem podejść do okienka po wydruk. Jaki jest tego cel, nie mam pojęcia, ale najwyraźniej to rodzaj tzw. "enhancementu", którym od jakiegoś czasu podcierają się wszyscy dostawcy szeroko rozumianych usług turystycznych, tłumacząc zmiany na gorsze, jako przejaw dbałości o dobro klienta.
Druga zmiana dotyczy Garganta del Diablo. Można się tam teraz dostać tylko pociągiem (żeby można było kontrolować liczbę osób przebywających na kładce tam prowadzącej i na platformie widokowej). Niestety, częstotliwość jego kursowania jest obecnie bardzo niska. Gdybyśmy chcieli pojechać z pierwszej stacji za bramą parku, musielibyśmy czekać aż godzinę! Idziemy zatem jedną ze ścieżek prowadzących górną krawędzią, planując wejście na pokład pociągu gdzieś dalej. Magia wodospadów zaczyna działać :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wracamy do linii kolejki wąskotorowej. Na stacji pośredniej odbieramy bilety i wsiadamy do pociągu, który zjawia się po ok. 10 minutach. Wysiada tu grupa pasażerów, więc pojawiają się wolne miejsca dla naszej trójki. Dojeżdżamy do ostatniej stacji i pozostaje już tylko spacer kładkami, którymi docieramy do Gardzieli Diabła. Jest wspaniale, choć wysoki poziom wody w rzece sprawia, że wodospad wzbija w powietrze ogromne masy drobnych kropel, które ograniczają nieco widoki.

Image

Image

Image

Image

Image

Wracamy na stację kolejki. Czas oczekiwania to znowu kilkadziesiąt minut, więc wracamy na piechotę. Po drodze obserwujemy, jak kilkadziesiąt motyli sączy z ziemi wilgoć bogatą w związki mineralne, a kawałek dalej wielką (ma coś ok. 3 cm długości) mrówkę samotnicę i jeszcze większą (na oko dobre 10-12 cm) cykadę.

Image

Image

Image

Image

Świadomie odpuszczamy niektóre fragmenty parku argentyńskiego (np. część piknikową, tak bardzo lubianą przez małpy i ostronosy). Strona brazylijska jest teraz zamykana o godzinę wcześniej, a nie mamy pewności, jaka sytuacja panuje na granicy (mieszkańcy Foz tankują tanie argentyńskie paliwo i mogą być korki), więc wolimy nie ryzykować.
Po dotarciu na granicę oddychamy z ulgą. Nie dość, że jest dość pustawo, nikt nawet jednym słowem nie próbuje zakwestionować możliwości naszego powrotu do Brazylii. Przepisy zatem swoje, a życie swoje :D
Awaryjny plan zakładający powrót przez Paragwaj (z którego wjazd do Brazylii jest już od jakiegoś czasu oficjalnie możliwy), wymagający nadrobienia kilkudziesięciu kilometrów, pozostaje tylko planem.

Z przejścia granicznego do parku brazylijskiego jest rzut beretem, więc już po chwili jesteśmy na miejscu. Kupujemy bilety w kasie samoobsługowej, wbijamy pamiątkową pieczątkę do paszportów i ruszamy autem Eduardo (przywilej wyłącznie dla przewodników - inni muszą korzystać z autobusów) w kierunku wodospadów. Strona brazylijska pokazuje te same wodospady z innej perspektywy, ale to co najlepsze czeka na samym końcu. Jestem zachwycony nie mniej, niż w 2019 r.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Opuszczając wodospady zastanawiam się, czy uda mi się utrzymać dotychczasową częstotliwość wizyt w tym miejscu i przybyć tu ponownie w 2023 r., tym razem z rodziną? Ściskam za to kciuki.

Eduardo odwozi nas do hotelu, gdzie rozstajemy się do jutra, gdy ma nas jeszcze podrzucić na lotnisko. Resztę dnia spędzamy (a jakże!) na jedzeniu w Rafain Chopp (restauracji należącej, podobnie jak hotel i kolejna restauracja, do lokalnego polityka), a potem jeszcze przy Marco das Três Fronteiras.

Image

Image

Image

Image

Image

To ostatnie miejsce to typowa wydmuszka samorządowa. Stworzono tutaj cepeliową sielankę z różnymi akcentami folklorystycznymi i historycznymi, które na kilometr pachną komercją. Dla mieszkańców Foz wstęp jest bezpłatny, a dla wszystkich innych wymaga wysupłania 40 BRL. Jeśli warto je wydać, to tylko wtedy, gdy trafi się na jakiś pokaz lub koncert. W innym wypadku lepiej poczekać do 21:00, gdy brama "parku" jest otwierana na oścież dla wszystkich za darmo ;)
Warto również uzbroić się w cierpliwość, bo złapanie kierowcy Ubera chętnego na kurs z tego miejsca to długa zabawa, a powrót na piechotę raczej odpada.
Po 5(!) anulowaniach kursów przez kierowców, w końcu jeden podjeżdża po nas i trafiamy z powrotem do Ibisa. To koniec jakże udanego pobytu w Foz do Iguaçu. Jutro o 8:40 Eduardo zawiezie nas na lotnisko i zzzziu... będziemy znów w Sao Paulo.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#29 PostWysłany: 09 Gru 2021 15:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5944
HON fly4free
Jak to zwykle bywa, końcówkę relacji zamieszczam będąc już w kraju. Mam lekki poślizg, bo ledwo wróciłem, a przyplątało się do mnie przeziębienie. Pogoda jest tu po prostu ohydna, a że złapałem gumę i musiałem łazić między wulkanizacją a pracą, aura wywarła destrukcyjny wpływ na mój rozstrojony organizm. Dziś jest już lepiej, więc czas na zakończenie...

Eduardo z iście szwajcarską punktualnością podjeżdża pod hotel i odwozi nas na lotnisko.
W IGU panuje o tyle specyficzna organizacja pracy, że najpierw, jeszcze przed stanowiskami check in, trzeba oddać bagaż do prześwietlenia. Ma to prawdopodobnie związek z chęcią wyłapania tych, którzy zbyt wielkimi garściami czerpią z tańszych zakupów w paragwajskim Ciudad del Este. Oddajemy bagaż i po kontroli bezpieczeństwa przechodzimy dalej. W ogóle tego nie planowaliśmy, ale cóż to ja widzę? Na lotnisku IGU uruchomiono salonik! Czasu mamy raptem kilkanaście minut, ale co tam... Dla społeczności F4F poświęcę kolejną wejściówkę z karty Diners, bo to nie lada nowinka, ten salonik.

Image

Image

Image

Image

Image

Mimo krótkiego czasu spędzonego tutaj, mogę powiedzieć, że jest bardzo przyjemnie - kameralnie, z bardzo sympatyczną obsługą (Panie starają się w taki naturalny, niewymuszony sposób) i satysfakcjonującą - jak na to miejsce - ofertą.

Samolot już czeka. Jest nawet rękaw! Siadam na z góry upatrzonym miejscu po prawej stronie, które pozwala mi raz jeszcze spojrzeć na wodospady. Czy uda się tu wrócić w ciągu najbliższych 2 lat?

Image

Image

Image

Image

W dole majaczy już Sao Paulo. Lądując na lotnisku Congonhas widoki zdają się mniej szpetne, niż w przypadku Guarulhos. Owszem, jest dużo betonu, ale nie brakuje i zieleni parków, a same budynki poniżej bardziej są jakieś takie przyjazne oczom.

Image

Image

Image

Image

Mimo sporego ruchu, do hotelu docieramy w ok. 25 minut. Odbieramy w recepcji pakunki, które zostawiliśmy tu po pierwszym noclegu (ciepłe ubrania i zakupy przyprawowe zrobione u Pani Babci na targu), odstawiamy manatki do pokoju (identycznego, jak wcześniej, ale tylko na 12. piętrze) i ruszamy na zakupy uzupełniające oraz na rekonesans testowy.
O dziwo, w malutkim sklepiku ze zdrową żywnością znajdującym się w centrum handlowym przy Av. Paulista udaje mi się kupić coś, czego nie mogłem namierzyć dotąd nigdzie indziej - sproszkowane jagody açaí. Jadąc do Brazylii sądziłem, że będę mógł to kupić w pierwszym lepszym sklepie, ale nic z tego. Kupić je owszem można, ale w postaci mrożonki, a nie proszku. W sumie, to nic dziwnego. Nasze polskie truskawki też przecież sprzedawane są świeże lub mrożone, a nie w jakiejś innej postaci. Podobnie jest z jagodami açaí, które zbierane są w Amazonii, a następnie rozprowadzane w innych rejonach Brazylii w postaci zamrożonej (bo na świeże Sao Paulo jest chyba zbyt odległe), która zabezpiecza przed utratą właściwości tych owoców (w przeciwieństwie do proszkowania). Suszone i sproszkowane açaí idą głównie na eksport i stąd tak trudno je kupić w Brazylii. Tu jednak mi się to wreszcie udaje. Cena jest dobra, więc biorę wszystkie opakowania (część dla kolegi), a sympatyczna właścicielka zachęca mnie jeszcze do kupienia syropu z gujawy, który - jak twierdzi - świetnie się sprawdzi jako dodatek do proszku z açaí i np. schłodzonego i zblendowanego banana.
Gdybyście potrzebowali brazylijskich smaków naturalnych, to polecam ten sklepik:

Mundo Verde Center 3
https://maps.app.goo.gl/tGbmyAzVp31RfSvB9

Robimy krótki spacer po Avenida Paulista. Przy muzeum sztuki nowoczesnej rozpoczyna się akurat demonstracja przeciwko prezydentowi Bolsonaro. Jego nazwisko unosi się co chwilę w powietrze w towarzystwie słów, których brzmienie - nawet bez znajomości portugalskiego - łatwo rozpoznać, jako co najmniej nieprzychylne.

Image

Image

Image

Image

Image

Kierujemy się z powrotem do hotelu, zaglądając po drodze do kilku z bardzo licznych aptek i dopytując o możliwość wykonania testu antygenowego. Ostatecznie decydujemy się na tą, o której napisałem tu: viewtopic.php?f=744&t=155182&p=1487906#p1487906

Zbliża się pora "happy hour" w Club Lounge naszego Renaissance, a że przy okazji pierwszego noclegu tu nie zawitaliśmy, nadrabiamy straty. Cóż za pozytywna odmiana w stosunku do mizerii panującej w Hiltonie Copacabana!

Image

Image

Image

Image

Image

To może jeszcze nie poziom azjatycki, ale mają tu salonik co się zowie.

Czas się zbierać na dalsze zwiedzanie Sao Paulo. Jesteśmy na zamkniętej dla ruchu drogowego Via Elevada Presidente João Goulart. Trafiamy tu z nieocenionym Maćkiem, który jeszcze raz postanowił poświęcić nam swoje popołudnie i wieczór. Idziemy kawałek górą tej estakady, a potem wracamy dołem.
U góry jogging, pieski, murale...

Image

Image

Image

A na dole bezdomni, śmieci, hoteliki na godziny i speluny (tego już nie fotografowałem). Słowem prawdziwe Sao Paulo - miasto wielkich kontrastów. Muszę jednak przyznać, że im dłużej tu jestem (a to przecież raptem 3. doba w moim życiu, wliczając wizytę sprzed 2 lat), zaczynam rozumieć dawno tu niewidzianego @BusinessClass, który - jak pamiętam - zawsze zachwycał się tym miastem. Rzeczywiście, powoli wyłapuję szczególny jego klimat, wielkomiejskość połączoną z otwartością, sznyt luksusowych butików kontrastujący z naturalnym luzem przechodniów, tutejszy dziki, a jednocześnie kontrolowany harmider, a przede wszystkim panującą tu wolność, graniczącą gdzieniegdzie z anarchią. To może się podobać, choć pytanie, czy na długą metę?

Zaraz przy estakadzie-deptaku jest uczelnia Mackenzie, przy której - jak to zwykle bywa w miejscach uczęszczanych przez studentów - wyrosła cała zgraja różnych barów. Trafiamy do jednego z nich na degustację specyficznego drinka - Jambu Tonica, którego głównym składnikiem jest Cachaça de Jambu (https://www.mapadacachaca.com.br/artigo ... -de-jambu/).
Owe "jambu", to amazońskie zioło, które powoduje odrętwienie warg i języka. Efekt nie jest może równy stomatologicznym środkom znieczulajacym, ale warto spróbować, bo nie da się tego porównać z czymkolwiek innym (za wyjątkiem może fidżyjskiej cavy).
Nie wiem, czy to efekt działania jambu, ale w naszym barze trafiam na pamiątkę po @2catstrooper - czy nie byłaś tam przypadkiem ostatnio i nie zostawiłaś czegoś :D ?

Image

Image

Image

Teraz czas na imprezowe centrum Sao Paulo - dzielnicę Vila Madalena. Byliśmy tu już pierwszego dnia, ale było jeszcze wcześnie. Dziś mamy sobotni wieczór i jest tu czyste szaleństwo. Próbowałem ująć to jakoś aparatem, ale nie da rady, więc zapamiętajcie sobie tylko to:

Image

Na kilku skrzyżowaniach w pobliżu powyższego jest zagęszczenie lokali i ich gości takie, jakiego jeszcze nie widziałem, a jak mówi Maciek, to i tak jeszcze nic w porównaniu z karnawałem, czy sylwestrem. Bar za barem, w każdym gra jakiś zespół, ludzie tańczą i śpiewają. Pozostaje jedynie współczuć mieszkańcom, o ile w ogóle jacyś tu jeszcze są.

Na zakończenie wieczoru trafiamy do lokalu, w którym byliśmy już wcześniej - restauracji rybnej, która znajduje się niedaleko od całego tego imprezowego zgiełku. Zjadamy znowu mix ceviche, popijamy (m.in. specyficznie parzoną kawą), gadamy aż do zamknięcia lokalu i wychodzimy ze słoikami ostrej papryki w zalewie z cachaçy :D

Image

Image

Image

Image

Image

Maciek znowu wykazuje się dobrym sercem i odwozi nas wprost do hotelu. Żegnamy się z nim, mając nadzieję, że damy radę odwdzięczyć się mu i jego rodzinie, gdy przyjadą do Trójmiasta.

Nazajutrz idziemy przed śniadaniem na test. Naszym oczom ukazuje się zamknięta na cztery spusty Avenida Paulista.

Image

Na śniadaniu po raz ostatni wciągamy masę brazylijskich owoców, m. in. specyficzną, ponoć bardzo zdrową "watę" z kakaowca Cupuaçu.

Image

W drodze na lotnisko ścigamy się z jakąś, za przeproszeniem, pindą.

Image

Mamy jednak również okazję, by rzucić po raz ostatni okiem na dzieło Kobry.

Image

Po oddaniu bagażu i przejściu przez fast track, trafiamy do saloniku Espaço Banco Safra. Przy okazji pobytu na tym lotnisku GRU 2 lata temu korzystałem że świetnego (wówczas) soloniku LATAM, ale i ten dzisiejszy jest świetny. Przestronny, estetycznie urządzony, z szeroką - jak na warunki pandemiczne - ofertą gastronomiczną. Są dwie zupy (np. kalafiorowo-miętowa, bardzo ciekawa), kilka innych dań na ciepło, masa przystawek i deserów, dobry bar. Naprawdę, trudno narzekać.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Do lotu mamy jeszcze trochę czasu, więc lokujemy się na leżankach i wyczekujemy.

Image

Nadchodzi czas boardingu wskazany na karcie pokładowej, ale na tablicy informacyjnej jest bez zmian, więc pytam obsługę saloniku, czy coś wiedzą na ten temat? Okazuje się, że jest opóźnienie, bo.... załoga samolotu jeszcze nie dojechała z hotelu. Mamy czekać. Oczami wyobraźni widzę już, jak biedaki stoją w gigantycznym korku, albo, co gorsze, odebrali właśnie pozytywne wyniki testów covidowych. Na szczęście, po pół godzinie jest komunikat, że zapraszają nas na pokład.

Image

Image

Oczywiście, nie podaruję Wam kolejnych zdjęć żarcia pokładowego :D

Image

Image

I jeszcze śniadanie...

Image

Po wylądowaniu w Lizbonie mamy chwilę na odwiedzenie saloniku TAP-owskiego, ale wciskam w siebie jedynie dwa obowiązkowe tutaj pasteis de nata, które są dziś (ze względu na wczesną porę) wybitnie wprost świeże i smakowite.

Pakujemy się do samolotu do Madrytu. TAP business class wyglada tu tak:

Image

Image

Image

Image

W Madrycie, mimo że się tego spodziewałem, czeka nas spore rozczarowanie. Nasz dopiero co odebrany bagaż będziemy mogli nadać na lot do GDN dopiero ok. 12:30, więc za jakieś 3 godziny. Musimy ten czas jakoś przeżyć na twardych lotniskowych ławkach. Gdy wreszcie przechodzimy na drugą stronę, trafiamy ponownie fo saloniku Puerto de Alcala, gdzie znowu wciągamy co nieco i przez wielkie okna obserwujemy pas startowy. Gdy gdzieś tam w oddali pojawia się Embraer z żurawiem na ogonie, wiemy, że wkrótce trzeba będzie się zbierać.

Image

Trafia nam się egzemplarz z jasną tapicerką, niczym w private jet :D

Image

Jeszcze tylko ostatni posiłek na pokładzie lotu do WAW...

Image

... oraz posiadówka konsumpcyjna w warszawskim Polonezie (był m. in. wyśmienity sandacz :D ) i oto lecimy do Gdańska. Z lotniska odbiera nas Gruzin Ravi - były operator radaru wojskowego w Tbilisi, który w miłej atmosferze odwozi nas do domów. Ciężko to pisać, ale w ten sposób dobiegła końca ta dość krótka, ale jakże sycąca i udana brazylijska przygoda. Czuję, że to nie ostatnia wizyta tamże :)

Na koniec krótkie podsumowanie: nie utyłem :D
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 29 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group