Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 82 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5  Następna
Autor Wiadomość
#41 PostWysłany: 30 Mar 2016 01:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Lis 2014
Posty: 315
Loty: 146
Kilometry: 347 466
Cudowna relacja!!! Chociaz przyznam szczerze, ze nie jest to miejsce moich marzen, to wyglada naprawde interesujaco..! Niestety nie wiem jakie czary mary musialabym odprawic (chyba nawet Wasz szaman z Dallol by nic nie zdzialal ;)), zeby namowic meza na taki kierunek... ;) Tak wiec pozostaje mi tylko czekac na ciag dalszy i zabrac sie na te wyprawe razem z Twoja relacja :D
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#42 PostWysłany: 01 Kwi 2016 00:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@pbak, no właśnie, trzeba wybrać, co dla kogo mniej stresujące :) bardzo się cieszę, że Etiopia jest w Twojej ocenie tak wysoko. Ja się zakochałam i wróciłabym w każdym momencie :) A te dwa pozostałe afrykańskie kraje?

@chaleanthite, to naprawdę niesamowity kraj i warto go odwiedzić, może w końcu mąż się przekona :) Chociaż wiadomo, każdy ma inny gust i czegoś innego szuka w podróżowaniu, co innego mu się podoba. I to jest właśnie fajne, bo tyle miejsc na świecie, że każdy znajdzie coś dla siebie. Pozdrawiam:)

Negocjacje wycieczkowe się udały, umowa podpisana, wsiedliśmy zatem do auta - nasza piątka, kierowca, wybrany przez pana skaut i ...sam pan, który postanowił jednak z własnej inicjatywy pojechać z nami (czyli chyba nadal doskonale wzbudzamy litość :D, jako przewodnik. Jeszcze szybki obiad (restauracja hotelu Simien Park - dosyć turystyczne miejsce, ceny też trochę wyższe) i zakupy w sklepie (musieliśmy zaopatrzyć się w wodę i coś do jedzenia - w końcu z własnego kucharza i żywienia na miejscu zrezygnowaliśmy w imię oszczędności. Okazało się jednak, że nasze posiłki w górach nie będą zbyt wyrafinowane - 6 zupek chińskich i 3 butelki wody :D Jednak ceny w tym sklepie do najniższych nie należały - za tak obfite zakupy zapłaciliśmy 165 birrów).

Image
I wreszcie jedziemy. Po drodze jeszcze przystanek pod domem ochroniarza - musiał powiedzieć żonie, że nie wróci na noc i zabrać koc, bo noce w górach Semien podobno bardzo zimne.

Image

Przejechaliśmy przez bramę Parku Narodowego i nagle skończył się gwar, ruch, tłok na ulicach, a zaczęło coś przepięknego, coś bardzo pierwotnego. Olbrzymia przestrzeń, przecięta jedną, nieutwardzoną drogą. Pustka, zieleń i cisza...

Image

Trochę martwiliśmy się tym, że wjeżdżamy do parku dosyć późno i nie zdążymy za dużo zobaczyć. Jednak nasz samomianowany przewodnik, Joshua, zaproponował, żebyśmy wysiedli z auta niedaleko obozu i razem ze skautem przeszli do miejsca noclegu na piechotę. On natomiast w tym czasie przygotuje dla nas namioty.

Image
Góry Semien. Podobno to dokładnie tutaj był Eden. Może tak, może nie - jednak jedno jest pewne : warto tu być i zobaczyć te widoki. Wiadomo - szczytem marzeń byłaby wyprawa siedmiodniowa, która kończy się zdobywaniem Ras Daszen (4620 m n.p.m., co czyni go czwartym co do wielkości szczytem Afryki), ale warto być tu nawet dwa dni, ba - pobyt jednodniowy jest lepszy niż zupełne ominięcie tego rejonu.

Image
Jest w tych górach jakaś potężna magia, jest coś pierwotnego. Wydaje się, że nie maja końca...

Image
Nasz skaut - Sisaj (naprawdę nie mam pojęcia, jak to się pisze :D Cudowny, ciepły człowiek. Prowadziliśmy niesamowite rozmowy, pomimo, że nie znał ani słowa po angielsku - trochę pomagał minisłowniczek z przewodnika, bardzo pomagała mimika twarzy i mowa ciała (Etiopczycy wyjątkowo dobrze się nią posługują. To nie do uwierzenia, jak wiele można powiedzieć zwykłym uniesieniem brwi. Poważnie.).

Image

Image
Wyprawy w górach Semien są niesamowicie dobrze zorganizowane. Na całym terenie znajdują się obozy, pomiędzy którymi przemieszczają się turyści. My, niestety, mogliśmy być tylko w pierwszym obozie - każdy, kto wybiera się tu na trekking, od niego zaczyna. To Sankaber.

Image
C.d. zbierania szczęk z podłogi :D

Image
Wędruje się prawie cały czas wzdłuż takich widoków.

Image

Image
I podejście do obozu.

Image
Faktycznie, Joshua nie próżnował. Gdy doszliśmy, czekały na nas dwa rozłożone namioty, materace, śpiwory i kuchenka benzynowa. Jeśli chodzi o atmosferę, to zawsze jakoś tak wyobrażałam sobie klimat w bazie pod Mount Everest :) Wielojęzyczne grupy turystów, trzymające się raczej własnego towarzystwa, kucharze, skauci, a w powietrzu atmosfera oczekiwania, pasji i pewnej nerwowości - takiej w stylu : to ja jestem największym twardzielem tej imprezy i to ja jutro zdobędę szczyt. Łapiecie? Obserwowanie spod oka rywali, ocenianie... Nie było to nieprzyjemne, raczej nadawało pewnego "smaczku", klimatu...Tym bardziej, że niestety, nawet nie byliśmy w stanie z nikim rywalizować. My jutro wracamy, a oni? No cóż, oni pójdą dalej - i wyżej :)
Przy tych wszystkich kucharzach, kuchcikach i całej obsłudze poszczególnych grup, trochę głupio było nam wyciągać nasze chińskie zupki i gotować je na kuchence przed namiotem. Na szczęście nieoceniony Joshua znalazł wyjście z sytuacji :D Okazało się, że nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy, zgubił nasz ekskluzywny posiłek :D W ramach rekompensaty zaprosił nas na kolację przygotowywaną przez kucharzy innych grup. Była dużo smaczniejsza i dużo obfitsza, niż to, co sami sobie zamierzaliśmy przygotować, więc dobrze się stało :) Niestety, przy okazji zgubił też jedną wodę, ale postanowiliśmy to potraktować, jako dodatkową zapłatę za zaproszenie :)

Image
Turyści krzątają się przy namiotach, skauci pilnują obozowiska.

Wieczór nadszedł zbyt szybko. Wprawdzie zdążyliśmy popodziwiać zachód słońca (a wyglądał doskonale w takim otoczeniu) i pokosztować etiopskich specjałów (poznane przez nas polskie małżeństwo okazało się być prawdziwymi koneserami w tym temacie :D Mieli przy sobie zakupiony w Etiopii specyfik - podobno charakterystyczny dla tego kraju - o kolorze wściekle zielonym i smaku płynu do płukania ust :D Pić się tego nie dało, moim zdaniem. Natomiast, w ramach oszczędności butelkowanej wody, doskonale sprawdzało się jako dezynfekcja przed snem :D Było miło, dołączył do nas Sisaj, rozmowy i dezynfekcja szły pełną parą, niestety - trzeba było iść spać, bo kolejnego dnia planowaliśmy obejrzeć wschód słońca.
Noc była zimna, choć to zbyt mało powiedziane. Noc była diabelsko wprost (żeby nie powiedzieć inaczej :D zimna. Właściwie nie mogliśmy się doczekać, żeby już nastał ranek, bo wtedy moglibyśmy podgrzać sobie na kuchence wodę na herbatę - więc tym razem, wyjątkowo nie mieliśmy problemów ze wstawaniem :D I dosyć szybko, zaopatrzeni w kuchenkę i koce, znaleźliśmy się na punkcie widokowym za obozem. Wschód słońca - genialny. Gorąca herbata w taki miejscu - jeszcze lepsza. Los jednak przygotował nam dwie niespodzianki (a nawet nie usiedliśmy do pokera :D @chaleanthite, myślę, że los jest po prostu wstrętnym nałogowcem i sam, na siłę, wciąga innych w hazard :D

Image
Oto pierwsza - kruk grubodzioby. Za obozem znajdował się olbrzymi dół na odpadki, który równocześnie okazał się stołem szwedzkim dla tych endemicznych ptaków. Prawie wcale nie bały się ludzi.

Image
A oto główny winowajca drugiej. Wyobraźcie sobie, co robi człowiek, który jest niesamowicie podekscytowany takim spotkaniem i nie może uwierzyć we własne szczęście? I dodatkowo niesie w ręku kuchenkę benzynową. I aparat fotograficzny? I bardzo, ale to bardzo chce zrobić jak najlepsze zbliżenie? :D Proste - zapomina z wrażenia o kuchence i zalewa benzyną aparat:/ :D No. 1:0 dla losu :/ :D

C.D.N.

P.S. Więc pewnie teraz nie uwierzycie, bo nie mam dowodów, że wracając do obozu, spotkałam buszboki. Trzy. Wyszły zza krzaków, popatrzyły się przez parę minut, ale bez zbytniego zaciekawienia i zniknęły w kępie traw :/ :D
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda 28 Sie 2017 17:15, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
 
 
#43 PostWysłany: 01 Kwi 2016 06:21 

Rejestracja: 02 Cze 2014
Posty: 406
niebieski
Jestem wielbicielką Twoich relacji - pewnie jak połowa tego forum :-) . Oj, będziesz miała co opowiadać wnukom... :lol: Ja penie nigdy nie wybiorę się na taką wyprawę, więc super że nas tam zabierasz. Dzięki.
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#44 PostWysłany: 01 Kwi 2016 09:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Lip 2012
Posty: 3022
złoty
pestycyda napisał(a):
I nadszedł czas zemsty! :D Sziro. Na środku injery :D :D :D

:lol:
Relacja REWELACJA
Świetnie napisane, bez nadęcia z poczuciem humoru i masą cennych informacji. Jest co czytać.
Dziękuję

Ech, cudowne zestawienie kolorów w Dallol. Ląduje na mojej mapie miejsc obowiązkowych do zobaczenia.
_________________
Mam alergię na "witam" i "w mojej ocenie".
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#45 PostWysłany: 01 Kwi 2016 20:24 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 86
Loty: 50
Kilometry: 108 659
Jestem Twoją fanką.Relacja świetna -choć ta część świata jest nie dla mnie - ale czytam . Masz tak lekkie pióro, ogromne poczucie humoru i wszystko postrzegasz w jasnych barwach. No i baaaardzo lubisz ludzi. Nie piszesz czasem książek? Pierwsza kupię:)))
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#46 PostWysłany: 01 Kwi 2016 20:42 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 2406
Loty: 160
Kilometry: 255 753
jak nie Maroko, to później Kurczaki a teraz Etiopia, ciężko zliczyć, który to już raz zaliczam opad szczęki pomieszany z wybuchami śmiechu i czytaniem Twojej relacji na głos dla lepszej połówki :)
Murowany kandydat na relację roku 2016 :) i sam już nie wiem, czy najlepsze czy najgorsze jest to, że każesz nam czekać kilka dni na kolejny "odcinek".
W tym pkp do Lwowa, żądam autografu i wspólnego zdjęcia ;)
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#47 PostWysłany: 02 Kwi 2016 22:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@bozenak, @asiasz, @marcino123- bardzo dziękuję za miłe słowa, cieszę się, że relacja się Wam podoba :) (choć trochę niepokoi mnie data wstawienia komentarzy...czy to nie aby...? :D
@cypel, nawet nie wiesz, jak się cieszę. Zrób to, warto.

Po zapakowaniu namiotów, śpiworów, bagaży itp. do auta (i nerwowych próbach oczyszczenia, rozkręcenia i osuszenia aparatu z benzyny, przerywanych momentami całkowitego załamania :/), wyruszyliśmy na kolejny trekking. Tym razem przewodnik Joshua zapowiedział, że też pójdzie z nami (w końcu był przewodnikiem, ale z drugiej strony - sam się nim mianował, więc chyba nie miał obowiązku nam towarzyszyć :D

Image
Widoki nadal zachwycające. Natomiast cały czas nurtowało mnie jedno pytanie - dlaczego na teren Parku Narodowego Semien nie można wejść bez ochroniarza? Nie to, żeby nam w jakiś sposób Sisaj przeszkadzał, wręcz przeciwnie - był naprawdę przemiłym człowiekiem (a więzy między nami mocno się zacieśniły po wczorajszych wspólnych czynnościach związanych z higieną :D Po prostu byłam ciekawa, przed czym tym razem nas strzegą. Trochę głupio byłoby zapytać o to Sisaja, żeby nie pomyślał, że w jakiś sposób podważamy jego pracę (zresztą i tak nie mieliśmy takiej możliwości - mini słowniczek w przewodniku nie zawiera tak zaawansowanych słów :D Na szczęście Joshua był bardzo rozmowny i szybko zaspokoił moją ciekawość. Otóż ochroniarz jest niezbędny, bo strzeże turystów przed ... kaberu (wilkiem abisyńskim) :/

Image
Chciałabym tylko dodać, że kaberu jest najrzadszy z wszystkich psowatych i znajduje się na liście najbardziej zagrożonych gatunków :/ a jego populacja liczy ok. 50 sztuk :/ I raczej każdy turysta marzy o tym, żeby takiego wilka do niego zagonić, niż go odganiać :/ :D Chociaż może się nie znam :)

Image
Mam wielką nadzieję, że to orłosęp :)

Image
Joshua był naprawdę szczególnie rozmowny i wyjątkowo dociekliwy. Poza tym, doskonale łączył fakty i wyciągał wnioski :D Nie dało się go zwieść byle kłamstewkiem, a, jak się okazało, wybrał się z nami, ponieważ miał do wykonania pewną misję :) Najpierw musiał pozbierać dane - na pierwsze przesłuchanie poszłam ja :D Początkowe pytania były łatwe i standardowe. Joshua postanowił się upewnić, czy aby na pewno jestem tu z moim mężem Marcinem i siostrą Alą :D Wiadomo, że tak :D Ale później pytania stały się bardziej zaawansowane - ile lat jesteśmy po ślubie i czy mamy dzieci. Z małżeństwookresem jakoś wybrnęłam, ale na dzieci nie byłam przygotowana (może i mam dużą wyobraźnię, ale uznałam, że jak zacznie mnie dopytywać o ich imiona i wygląd, to na pewno się pogubię. Poza tym, trochę głupio, aż tak kłamać :D Zaakceptował odpowiedź, że jesteśmy bezdzietnym małżeństwem, trochę podyskutowaliśmy na temat powodów dla których dzieci się pojawiają lub nie i już myślałam, że stoimy na bezpiecznym gruncie, ale wtedy dosłownie zbił mnie z nóg kolejnym pytaniem (wszystkie psychologiczne metody przesłuchań miał naprawdę doskonale opanowane :D Po prostu, ni stąd, ni zowąd, nagle zmieniając temat, zapytał - aha. To dlaczego nie masz obrączki? :/ :D

Image
Trzeba przyznać, że tego się nie spodziewałam :D Niestety, pierwszy i jedyny argument, który wpadł mi do głowy (zawsze zostawiam w kraju, żeby na wyjazdach mi nie ukradli :D) był totalnie nie do powiedzenia na głos. Jąkając się i czerwieniąc (oj, niezbyt dobry ze mnie kłamca :D , coś tam tłumaczyłam na temat miłości "nie na pokaz" itp. Na szczęście to tłumaczenie Joshua zaakceptował i przeszliśmy na tematy bardziej neutralne i przyjemne (np. pokazywał roślinę, której owoc potrafi zabić w ciągu pięciu minut 10 osób :D

Image
Odetchnęłam z ulgą - kryzys zażegnany :D Jednak, okazało się, że to był dopiero początek. Dopiero teraz, po uzbieraniu wszystkich potrzebnych mu informacji, Joshua przeszedł do ataku :D Podszedł do Ali i rozpoczął umoralniającą pogadankę, której sens był mniej więcej taki, że jest powodem mojej bezdzietności :/ :D Otóż, zachowuje się bardzo nieelegancko, śpiąc z siostrą i jej mężem w jednym namiocie i, tym samym, uniemożliwia nam, no...staranie się o potomka :D Ala, przez grzeczność, nie przypomniała mu o tym, kto wziął dla nas wszystkich jeden namiot i kto go dla nas rozłożył :D Natomiast trochę obawiała się zapytać, gdzie w takim razie miała spać, bojąc się, dokąd taka rozmowa doprowadzi...:D

Image
Podobny rozdźwięk, między czynami a oczekiwaniami społecznymi, dał się zauważyć w przypadku papierosów. W każdym miasteczku można było spotkać mężczyzn sprzedających papierosy. I wszyscy ci mężczyźni usilnie mnie namawiali na ich kupno. A ponieważ (no niestety, trudno) jest to dla mnie artykuł prawie pierwszej potrzeby, często kupowałam (cena była zabójcza! 20 birrów za paczkę! Raj:). Sprzedawcy byli więc zadowoleni i ja byłam zadowolona. Natomiast gdy po chwili z rozkoszą zaciągałam się dymem, zazwyczaj podchodził inny pan i ze szczerą troską przekonywał mnie, abym jednak nie paliła, bo to niezdrowe bardzo i okropnie wygląda...:D No i jak tu żyć? :D

Image
Trekking szedł nam powolutku. Trasa nie była trudna, jednak brak aklimatyzacji dawał nam w kość. Sankaber leży na wysokości 3250 m n.p.m., a my wjeżdżaliśmy tam prosto z Shire (niecałe 2000 m n.p.m.). Szliśmy więc bardzo powoli, głośno dysząc (naprawdę - nie spodziewałam się, że tak to działa. Dziwne uczucie). To mógł być też powód zimna, które cały czas odczuwaliśmy.

Image
Natomiast udało się nam dać pstryczka w nos losowi :P Okazało się, że przewidująca Ala (ma się jednak cudowną siostrę :) zabrała do Etiopii dwa aparaty fotograficzne. Ot tak, na wszelki wypadek. I, skoro akurat teraz nadszedł ów "wszelki wypadek", postanowiła jeden z nich nam użyczyć :)

Image
I oto wodospad. Możliwe, że podczas pory deszczowej robi większe wrażenie ilością wody, natomiast teraz wrażenie robił swoją wielkością. I, nie wiem jak określić, głębokością? Trekking po Górach Semien jest specyficzny. Chodzi się niejako po szczytach, a wszystkie góry idą "w dół", to bardzo dziwne wrażenie. Jakbyś chodził po czymś płaskim, nagle patrzysz, dziura w ziemi i olbrzymia góra. Inna sprawa, że chyba nigdy wcześniej nie byłam tak wysoko i może to po prostu normalne. Nie wiem.

Image
A to przydrożni handlarze pamiątek. To, co na pierwszym planie, to nie paski. To proce uplecione z wełny, mające bronić przed małpami.

Image
Do Sankaber wróciliśmy autostopem. Nie, niestety nie tym, który jest widoczny na zdjęciu :) Okazało się, że Joshua ma wszędzie przyjaciół i wcisnął nas do busika, który przyjechał po zamożniejszych turystów (naprawdę się nami porządnie zaopiekował - nie dość, że przyjechał tu z nami bez opłaty, to otrzymaliśmy za darmo usługi, które widniały w cenniku - kolację i podwózkę po trekkingu. Poza tym, był naprawdę świetnym człowiekiem - bardzo ciepłym i sympatycznym. A do pogadanki wychowawczej pewnie czuł się zmuszony i zrobił to z troski o nas. I teraz zupełnie nie żartuję).
W Sankaber przesiadka do naszego auta i zaczęliśmy powoli zjeżdżać w dół. Smutno było nam wracać do Debark. Zżyliśmy się z Sisajem i z Joshuą - trudno się pisze o klimacie relacji, trudno opisać emocje, odebraną życzliwość i ciepło. Można tylko w kółko używać "sympatyczny", "miły" - a to nie wystarczy...Etiopczycy są naprawdę wspaniałymi ludźmi, a nasi opiekunowie w Górach Semien byli wybitni.

Image
Jeszcze ostatnie zakupy - tradycyjna czapeczka 150 birrów, proca - 70.
I czas na ostatnią niespodziankę...
Image
Dżelady...Małpy o krwawiących sercach. Ogromne stado zaraz przy drodze...

Image
To nawet nie było "oglądanie", to było po prostu "wejście w stado". Dżelady zupełnie nie zwracały uwagi na ludzi, gdy podchodziłeś zbyt blisko, po prostu się przesuwały. Samice żerowały razem z dziećmi, a bezpieczeństwa stada strzegł samiec alfa.

Image
Ich skóra na piersi i gardle jest nieowłosiona i czerwona - stąd nazwa 'krwawiące serca". Intensywność koloru zależy od cyklu płciowego i jest sygnałem dla samców. To jedyny gatunek małp, który przekazuje takie informacje klatką piersiową. Podobno dżelady są bardzo leniwe i większość czasu spędzają siedząc, dlatego nie mogą informować potencjalnych kandydatów na mężów barwą skóry na pośladkach (jak pawiany) - bo po prostu nikt by tego nie zauważył :D

Image
Chodziliśmy za stadem z dobrą godzinę (popatrzcie na małego - jest cudowny!), obserwując i ciesząc się ich towarzystwem.

Image
Dżelady żyją w stadach złożonych z wielu samic, dzieci i samca alfa. Gdy dzieci trochę podrosną, odchodzą od grupy i próbują założyć swoje stado. Często odbywa się to dosyć inwazyjnie - próbują podkradać samice z innych stad, zgodnie z zasadą "towar dotknięty uważa się za sprzedany" :D Czy jakoś tak :D I w którymś momencie doszło do sytuacji, gdy te spokojne małpy nagle zaczęły biec w naszą stronę z okrzykami złości. Nie powiem - trochę się wystraszyłam, w końcu byliśmy na ich terenie i to one tu ustalały zasady. Jednak szybko okazało się, że byliśmy świadkami próby porwania samicy, a zwierzęta nie biegły na nas, tylko goniły bezczelnego, który próbował, no powiedzmy, że dotknąć :D cudzą kobietę. "Nasz" samiec alfa szybko zakończył awanturę, przepędzając awanturnika głośnymi krzykami z widocznej na zdjęciu gałęzi (widocznie uznał, że młokos jest na tyle nieważny, że nie chciało mu się nawet z niej schodzić :D. Natomiast później, jak pewnie każdy samiec (prawda, Panowie? :P , musiał odreagować zniewagę, więc tak agresywnie skakał po gałęzi, że ją złamał. I spadł (tak, to przestroga dla Was :P Otrzepał się z dystynkcją i popędził swoje stado głębiej w las.

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 28 Sie 2017 17:58, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
Kara uważa post za pomocny.
 
 
#48 PostWysłany: 04 Kwi 2016 18:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Lis 2014
Posty: 315
Loty: 146
Kilometry: 347 466
@pestycyda -Standardowo nie mogę doczekać się kolejnego odcinka :D Przy czym Twoja relacja wciąga bardziej, niż "Moda na sukces", "Na wspólnej" i inne "Esmeraldy" razem wzięte :mrgreen:

A z przewrotnością losu cóż zrobić - można się jedynie zdystansować i pocieszyć, że bez tego wspomnienia nie byłyby takie pikantne! ;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#49 PostWysłany: 04 Kwi 2016 20:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 801
Loty: 137
Kilometry: 248 995
srebrny
Ja wiedziałam, ja wiedziałam!! Że to będzie murowany kandydat na relację roku :D
Załącznik:
Picture1.png


@pestycyda pokazujesz nam niesamowite miejsca, nigdy bym nie pomyślała, że Etiopia ma tyle do zaoferowania! dzię-ku-je-my :D


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#50 PostWysłany: 05 Kwi 2016 01:58 

Rejestracja: 14 Paź 2014
Posty: 1
Pestycydo, zlituj się i nie każ za długo czekać na dalszy ciąg, bo dzięki Tobie wszyscy odbywamy tą podróż po Etiopii.
Łoś
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#51 PostWysłany: 05 Kwi 2016 02:28 

Rejestracja: 10 Maj 2013
Posty: 483
niebieski
a moze zalozymy grupe polujaca na bilety do Etiopii ?? ja bym sie wybral....

@pestycyda relacja rewelacja :mrgreen:
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#52 PostWysłany: 06 Kwi 2016 23:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@chaleanthite, @radzio666, @Elżbieta Trusz (Łoś :D ) - dziękuję za miłe słowa :) jeśli chodzi o tempo pisania, to robię, co mogę, ale nie zawsze się udaje :)
@olajaw - gdybyś Ty wiedziała, ile strachu mi napędziłaś tym sformułowaniem "będzie się działo" :D (od razu pomyślałam, że trzeba było brać "all inclusive" i nie wychodzić zza muru hotelu, na wszelki wypadek, bo może to jakaś przepowiednia :D - wiesz jak te moje wyjazdy się zazwyczaj kończą :D Poza tym, Ty naprawdę jesteś na wysokim poziomie wstawiania zdjęć - ja bym nie potrafiła tak ładnie wstawić tekstu z forum :)

Niestety, dżelady były naprawdę ostatnim punktem pobytu w Parku Narodowym Semien. Pomału zjeżdżaliśmy ponownie do Debark, zastanawiając się, czy zdążymy na jakiś autobus do Gonderu (zależało nam, żeby jeszcze dziś się tam dostać - czas nas cały czas gonił). Trudno było się rozstawać z naszymi opiekunami z gór, tym bardziej, że Joshua postanowił chyba zawalczyć jednak o moje szczęście rodzinne i zaproponował, abym wraz z mężem oczywiście, została w górach jako przewodnik. Zachęcał do tego bardzo aktywnie - jako wabik zaproponował kozę, sztuk jeden, którą mieliśmy od niego dostać na nową drogę życia (no i nie zapominajmy o całym namiocie tylko dla nas - bo tak naprawdę to o to chodziło) :D

Image

I wiecie co? - to było naprawdę, całkowicie poważnie, niesamowite. On po prostu, zupełnie szczerze, chciał nam pomóc, bo "dzieci są sensem życia"...

Image
Sam dzieci nie miał - jego narzeczona wyjechała z rodziną do Stanów Zjednoczonych, a on nie chciał (być może nie mógł) opuścić kraju. Sisaj natomiast miał piątkę dzieci - planowaliśmy dać mu dla nich mnóstwo podarunków, jednak nie do końca się to udało. Ponieważ nasi opiekunowie widzieli, że niepokoimy się transportem do Gonderu, zrobili dla nas coś niesamowitego. Nasze auto podjechało pod dworzec autobusowy, zrobiło się małe zamieszanie - ktoś wybiegł z auta na dworzec, ktoś coś krzyczał. I za chwilę pod nasz samochód podjechał minibus, a Joshua zaczął nas popędzać z przesiadką, tak, że nawet nie zdążyliśmy się porządnie pożegnać. Nerwowo przerzucałam rzeczy w plecaku, żeby dać Sisajowi prezenty dla dzieci - i już trudno, dostał to, co się wylosowało. Trzymał te podarki kurczowo w dłoniach i bardzo się cieszył (natomiast nie sądzę, żeby żona podzieliła jego radość - w tym harmiderze trafiły mu się m.in. cztery flety :/ :D

Image
Okazało się, że to był ostatni transport do Gonderu tego dnia. Panowie złapali go, jak już prawie wyjeżdżał i tylko dzięki ich akcji mogliśmy ruszyć dalej (bilet - 50 birrów. I żadnego dodatkowego płacenia za bagaże).
Po ok. 2,5 godz. byliśmy na miejscu. Gonder to dawna stolica Cesarstwa Etiopii, czwarte co do wielkości miasto w kraju. Znajdują się tam pozostałości pałaców cesarskich z XVII w (źródło - Wikipedia, bo niestety nie ja :D jestem za to skarbnicą wiedzy odnośnie zupełnie innych gonderskich informacji :/ :D
Dojechaliśmy dosyć późno i priorytetem było po prostu znalezienie noclegu. Żeby to sprawnie poszło, rozdzieliliśmy się na grupy. To doskonały system - panowie szukają, panie pilnują bagażu (ach, te pyszne soki owocowe - 15 birrów :D Jednak szukanie noclegu w Gonderze, w dodatku niedaleko dworca (rano chcieliśmy ruszyć dalej), to dosyć niewdzięczna praca. Określę to tak - gdy aktywniej włączyłyśmy się w szukanie, trafiłam na miejsce, w którym odmówiłam zostania. Pierwszy raz w życiu. A naprawdę nie mam dużych wymagań :D
Wreszcie trafiliśmy do odpowiedniego hoteliku - trzyosobowy pokój, 300 birrów. Miała nawet w nim być ciepła woda, ale później (i tu nie możemy winić nikogo. W końcu nie doprecyzowaliśmy w hotelowej recepcji tego "później". Równie dobrze to mogło znaczyć - za dwa dni, prawda? :D Sam pokój był bardzo wygodny, a brak ciepłej wody nie doskwierał tak bardzo, zwłaszcza, że na ten wieczór zaplanowaliśmy pożegnanie z poznanym w podróży polskim małżeństwem. My planowaliśmy wyjechać rano do Bahyr Daru, a oni chcieli zostać na parę dni w Gonderze i zwiedzić go tak, jak należy. Tak więc, teraz garść praktycznych porad z tego na pewno wartego odwiedzenia miasta :D Miejscowe piwo w lokalu - 15 birrów. Miejscowe piwo w hotelowej restauracji - 15 birrów (to naprawdę ważne informacje - wiedząc to, przynajmniej nie przepłacicie :D I coś dla wtajemniczonych - butelka ginu w barze - 100 birrów (sprzedaż tylko na butelki :D Tak. Było fajnie. Poza tym, poznaliśmy mnóstwo ludzi i jednego szczególnego "pana w zielonej koszulce" (niestety, nie byliśmy w stanie zapamiętać imienia :/ :D Otóż "pan w zielonej koszulce" zaproponował nam, że jutro, o godzinie 8.00, prosto pod wejściem do naszego hotelu będzie czekał minibus do Bahyr Daru za 160 birrów. Cena trochę wysoka, ale biorąc pod uwagę, że jeszcze przez jakiś czas planowaliśmy się żegnać, uznaliśmy to wspaniałe rozwiązanie :D Poza tym, gdyby rano go jednak nie było, zawsze zdążymy dojść na dworzec i spróbować jakoś inaczej (dużą rolę w podjęciu decyzji odegrał też fakt, że takie rozwiązanie wreszcie pozwalało nam trochę dłużej pospać :)
Nowy dzień obudził nas, chciałabym napisać, że śpiewem ptaków, ale to byłoby kłamstwo :D Obudził nas bólem głowy :/ :D (kurczę, chyba muszę przestać być taka szczera, bo aż wstyd :/ :D Na szczęście "pan w zielonej koszulce" stał na stanowisku i po chwili siedzieliśmy już w minibusie. Jednak do 160 birrów musieliśmy dołożyć jeszcze po 50, za bagaże.

Image
Do Bahyr Daru dojechaliśmy ok. 12.00 i dosyć szybko znaleźliśmy miejsce noclegowe. Bardzo polecam - pensjonat Yeshi, pokoje dwuosobowe 200 birrów i, uwaga uwaga, ciepła woda! Nie "później", nie "może" - tylko cały czas :) Jednak nim zdążyliśmy dokonać podstawowych ablucji (a trochę to trwało, uwierzcie :D "na miasto" wyszła informacja, że przyjechały białasy, więc trzeba się nimi zaopiekować. I przyszedł do nas bardzo miły pan z pełną ofertą wycieczkową. Brzmiało to dosyć ciekawie - dziś wycieczka na wodospady Nilu Błękitnego, jutro śniadanie i klasztory na jeziorze Tana (i, oczywiście, oglądanie hipopotamów). Cena - 750 birrów od osoby. Ponieważ właśnie po to tu przyjechaliśmy, a nie mieliśmy zbyt dużo czasu, żeby samemu zacząć szukać i kombinować, uznaliśmy, że to dobra oferta. Jednak trochę martwiła nas sprawa hipopotamów. Podobno każdy organizator "nęci" turystów hipopotamami, a, tak naprawdę, mało kto je widział (no a trudno potem mieć pretensje do organizatora, że zwierzęta się nie pokazały). A ponieważ nam akurat na hipopotamach wyjątkowo zależało, więc okazaliśmy się olbrzymim sprytem i zadaliśmy panu bardzo podchwytliwe pytanie - czy on sam widział kiedyś hipopotamy na jeziorze Tana :D Pan odpowiedział, że i owszem, pracując w tej agencji widział je ze trzydzieści razy. To nas natchnęło dużym optymizmem co do szansy spotkania tych pięknych zwierząt. I w sumie moglibyśmy dalej nie drążyć tematu i po prostu cieszyć się na nadchodzącą wyprawę. Ale nie, oczywiście, musieliśmy sobie zepsuć całą radość ("A ile pan już pracuje w tej agencji? " "A ponad trzy lata" :/ :D

Image
Etiopskie szczoteczki do zębów.

Pan umówił się z nami pod hotelem o 15.30. Zdążyliśmy więc jeszcze wyskoczyć na obiad.
Image
Zupa czosnkowa - 30 birrów, ryż - 30. Bardzo smaczne.

W okolicach 15.00 zaczęliśmy się pomału przygotowywać do wyjazdu i, okazało się, że Etiopczycy faktycznie inaczej pojmują czas :D Równiutko o 15.10, zdenerwowany pan przyszedł po nas, "bo się spóźniamy" :D Niestety, nim spakowaliśmy się do końca, nadeszła 15.30 (godzina na którą się umawialiśmy). Nie mieliśmy więc jakichś wybitnych wyrzutów sumienia, do momentu, gdy podchodząc do auta zauważyliśmy, że jedzie z nami ktoś jeszcze (no tak, ten turysta wracając do kraju będzie opowiadał inną wersję przysłowia. Tym razem będzie to: " Etiopczycy mają zegarki, a Polacy mają czas" :D

Image
Naszym towarzyszem był starszy Japończyk. Bardzo wyciszony, ze stoickim spokojem przyjął fakt, że musiał tak długo czekać na nas w aucie. Wyglądał na pogodzonego z losem, przyzwyczajonego do wycieczek zorganizowanych (w sensie : idę tam, gdzie mi powiedzą, nie buntuję się itp) człowieka. Poza przywitanie się, nie powiedział do nikogo ani słowa, a z wyrazu twarzy nie dało się odczytać nic - czy jest zły, czy choć trochę zadowolony, że jedzie na wycieczkę. Kwintesencja zen.

Okazało się, że nasz organizator nie jedzie z nami. Umówił się tylko na jutro (7.30 - nawet nie najgorzej :D i pomachał na pożegnanie.

Image
Droga do wodospadów Nilu Błękitnego jest wyjątkowo malownicza i klimatyczna. Podobno można gdzieś wypożyczyć rower i podjechać nim do samego wejścia. Na pewno jest to świetny sposób, żeby jeszcze bardziej zanurzyć się w klimacie mijanych wiosek i ludzi i jeszcze pełniej to odczuć.

Image
Jest tylko jeden warunek - rower można wypożyczyć, jeśli śpi się w miejscu gdzie jest woda. I to ciepła :D

Image
Życie wzdłuż drogi....Niesamowite wrażenie...Mijaliśmy wioski, ludzi siedzących na progach, mecze piłki nożnej, bawiące się dzieci...Kobiety piorące ubrania w płynącym wzdłuż drogi potoku...

Image
I, przede wszystkim, mijaliśmy ludzi...Wszyscy szli wzdłuż drogi...

Image
Jeśli mogłabym jeszcze raz znaleźć się w tym miejscu, tym razem drogę chciałabym pokonać na piechotę. Myślę, że to byłoby wspaniałe przeżycie...

Image

Image
I wejście na wodospady (cena - 50 birrów, ale to mieliśmy w cenie wycieczki). Natomiast usilnie zaczęto nas namawiać na wzięcie przewodnika. Naprawdę, nie mieliśmy nic przeciwko niemu, cena też nie odstraszała (100 birrów za całą wycieczkę), ale bardzo nie chcieliśmy go brać (nie ma tego obowiązku). Chodziło o to, że, no wiecie, Nil Błękitny, wszystkie książki podróżnicze z dzieciństwa...Choć trochę chcieliśmy się poczuć jak podróżnicy, jak pierwsi odkrywcy. Chcieliśmy iść swoim tempem, tak, jak chcemy i zatrzymywać się, gdzie chcemy...Poczuć klimat...Bardzo chcieliśmy. Niestety, nasze umiejętności w dziedzinie asertywności są powszechnie znane, więc wiadomo, jak się to skończyło :D (a na kolegę z Japonii za bardzo nie mogliśmy liczyć w tym względzie :D pokiwał głową i po prostu wyjął swoją część opłaty :D

W nas natomiast trochę zaczął narastać bunt. Nie taki straszny - żadnych złośliwych okrzyków i zaciśniętych pięści :D Nic z tych rzeczy - po prostu postanowiliśmy, że no trudno, przewodnik chce z nami iść, niech idzie, ale i tak będziemy się zatrzymywać tam, gdzie chcemy i na ile chcemy. To nasza wycieczka. Koniec i kropka :D Natomiast nasz wycieczkowy kolega zachowywał się wręcz idealnie - czytaliście "Przygody Mikołajka"? To przypomnijcie sobie Ananiasza :D Szedł wszędzie tam, gdzie mu kazano, stał tam, gdzie mu kazano. I nadal nie można było poznać, czy jest w ogóle choć trochę zadowolony :D

Image
Najpierw trzeba było się przeprawić łodzią na drugi brzeg Nilu (20 birrów od osoby). Można też było iść na około, na piechotę, jednak przewodnik polecił nam przeprawę łodzią, bo podobno wtedy można podejść pod sam wodospad. To na zdjęciu, to nie jest łódź dla turystów, to łódź miejscowych, którzy też cały czas przeprawiali się przez Nil.

Image
Nasz wycieczkowy kolega postanowił sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ustawił się wzorowo do zdjęcia na tle Nilu i poprosił kierowcę, żeby go sfotografował. I niestety to był moment, kiedy zyskał nowy przydomek :D Kierowca, próbując stworzyć mu miłą pamiątkę, dobrych kilka razy zakrzyknął : "smile". Jednak on, zamiast pokazać swoje szczęście w szerokim uśmiechu, coraz mocniej zaciskał usta, aż zamieniły się w wąską kreskę. I od tej pory stał się dla nas Zaciskiem. Było to zarazem niesamowicie śmieszne, jak i dosyć smutne...

Image
Po przepłynięciu Nilu, trzeba przejść się kawałek - wydaje mi się, że około pół godziny, choć w naszym przypadku trwało to nieco dłużej. Zatrzymywaliśmy się wszędzie tam, gdzie mieliśmy ochotę. Rozmawialiśmy z kobietami, które przy drodze sprzedawały pamiątki. Zachwycaliśmy się dziećmi. No, można tak ująć, że wzorem wycieczkowiczów to nie byliśmy :D

Image
Więc dosyć szybko przewodnik i kierowca założyli wspólny front przeciw nam i, na zmianę, stanowczo nas poganiali. Tymczasem Zacisk zaczął popatrywać na nas - początkowo trochę nieśmiało, spod oka, później coraz bardziej otwarcie. W końcu, jakoś tak ciągle pojawiał się koło nas - nawet wtedy, gdy zbaczaliśmy z nakazanych ścieżek. Pochylał się z nami nad różnymi roślinami i bohatersko wysłuchiwał ponagleń przewodnika :)

Image
A to chat, roślina o lekkich właściwościach narkotycznych. Żuje się jej świeże listki, starając się to robić jak najdłużej. Na samym końcu wypluwa się resztki na ziemię. Podobno ma właściwości pobudzające. Nie mogę tego stwierdzić na pewno, bo gdy spróbowałam pożuć parę liści, jakoś szybko zniknęły mi w ustach :D Chyba się połknęły :D I nie uwierzycie - Zacisk też spróbował :D

Image
I wreszcie wodospady Nilu Błękitnego...Dla mnie - marzenie...I może ktoś sobie mówić, że ilość wody nie powala na kolana (nim wybudowano elektrownię było jej podobno dużo więcej), że nie jest super-mega-efektownie...Może i tak, ale chyba nie o to tu chodzi...Dla mnie to miejsce - symbol. Legenda...Tu nasi przewodnicy mieli już z nami konkretny kłopot :D Idealna wycieczka według nich - podchodzimy, 2 zdjęcia, wracamy :D Niestety, zrobiliśmy sobie własną idealną wycieczkę, czyli : rozchodzimy się na wszystkie strony, pałętamy się po całym terenie, rozmawiamy z dziećmi, napawamy się klimatem i uparcie ignorujemy ich nawoływania :D I koniecznie muszę Wam teraz opowiedzieć coś, z czego bardzo się cieszę. W tym miejscu Zacisk odnalazł własną drogę i zaczął się buntować na równi z nami. Chodził własnymi ścieżkami, nie słuchał nawoływań, a na twarzy zaczął pojawiać się mu uśmiech :) A już najbardziej byłam z niego dumna, gdy zobaczył wielki, wiszący most, który łączył dwa brzegi głębokiego kanionu (a przejście po nim nie było na pewno wpisane w program wycieczki przewodnika :D. Ruszył szybko w jego stronę, a gdy teraz już chyba naprawdę zły przewodnik, kazał mu wrócić, odwrócił się spokojnie, popatrzył na niego i z uśmiechem szczęśliwego dziecka przeszedł po moście, tam i z powrotem. Potem wrócił i spokojnie powiedział : "Tak, teraz możemy wracać. Teraz jestem gotowy" :D

Image
Droga powrotna minęła szybko i przyjemnie - jeszcze zakupy pamiątek u dzieci stojących przy drodze (chusta - 150 birrów), ponowna przeprawa przez Nil, pożegnalne wspólne zdjęcie (na którym Zacisk radośnie się uśmiecha i wygląda na bardzo szczęśliwego) i jedziemy z powrotem. Mam nadzieję, że od teraz nasz współtowarzysz będzie czerpał większą radość z przyszłych wycieczek i że poczuł, że może robić to, na co ma ochotę. Bardzo go polubiliśmy, a jego przemianą jestem zachwycona - pod naszym hotelem radośnie machał nam na pożegnanie i wykrzykiwał jakieś słowa po japońsku. Zupełnie nie ten sam człowiek (mam tylko nadzieję, że nie rozkręcił się za bardzo i że to nie były przekleństwa :/ :D :D

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 28 Sie 2017 18:20, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
 
#53 PostWysłany: 07 Kwi 2016 08:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1157
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
Dla mnie od teraz bohaterem Etiopii jest "Zacisk" :) nawet chyba na ostatnim zdjęciu trochę go widać :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#54 PostWysłany: 07 Kwi 2016 08:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1045
Loty: 203
Kilometry: 390 087
platynowy
@pestycyda Dziś rano okazało się, że skończyła mi się kawa. Jestem uzależniony od kofeiny, więc było ciężko. Na szczęście Twoja "palona kawa" zastąpiła mi filiżankę espresso :)
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#55 PostWysłany: 07 Kwi 2016 22:18 

Rejestracja: 14 Paź 2014
Posty: 6
Zacisk to pewnie ten na środkowym planie (ostanie zdjęcie), w białej czapeczce? Pod wodospadem Marcin (z lewej, w zielonym) i Pestycyda (z prawej, w białym) - Was poznaję. Ten w lewym rogu, w pasiaku, to pewnie okrutny przewodnik?
Łoś
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#56 PostWysłany: 08 Kwi 2016 21:14 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 86
Loty: 50
Kilometry: 108 659
:D :lol: :lol: Zacisk :lol: :lol:
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#57 PostWysłany: 12 Kwi 2016 23:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Sami widzicie - Zaciska nie da się nie kochać :D Ale gratuluję dociekliwości - na zdjęciu to faktycznie on :) Natomiast pan w lewym rogu, to, przypuszczam, idealny wycieczkowicz - stoi w odpowiednim miejscu, nie łazi nie wiadomo gdzie, tylko grzecznie robi dozwoloną ilość zdjęć :D

Wieczorem szybka kolacja (ogromna pizza i butelka niezłego wina - 200 birrów) i długie pławienie się w gorącej wodzie :)

Image
A to widok z okna naszego pensjonatu. Wracając z kolacji rozdaliśmy dzieciom flety, które przywieźliśmy jako podarunki. I teraz porada praktyczna - flety, jako prezenty, bardzo się sprawdzają. Trzeba jednak pamiętać o podstawowej zasadzie - fletami obdarowujemy w ostatnim momencie, najlepiej na postojach autobusowych, sekundę przed odjazdem w dalszą drogę. Tak jest najbezpieczniej :D Niestety, ta wiedza sporo nas kosztowała :D "Nasze" dzieci z Bahyr Daru postanowiły się odwdzięczyć (albo mama je wyrzuciła z domu :D i przez dobrą godzinę dumnie koncertowały pod oknami naszego hotelu :/ :D

Trochę liczyliśmy na to, że kolejnego dnia Zacisk również będzie nam towarzyszył. Niestety, gdy o 7.30 wyszliśmy przed hotel, czekał tam tylko nasz pan. Tym razem bez samochodu, co nas trochę zaskoczyło. Okazało się jednak, że "śniadanie w cenie wycieczki" oznacza przejście 100 metrów na piechotę do pobliskiego baru, gdzie pan zamówił nam (na szczęście nie był chyba lokalnym patriotą żywnościowym, więc uniknęliśmy injery :D ) jajecznicę (ufff...:D Potem razem podjechaliśmy motorikszą na przystań (a właściwie za przystań, w jakieś dosyć ukryte miejsce - w ogóle ta wycieczka zaczęła być trochę podejrzana. Możliwe, że to było jakieś bardzo "private tour", a żadna agencja nie miała o nas pojęcia :D Tu mieliśmy poczekać na łódź.

Image
Piękne, prawda?

Image
A teraz? :/ Na szczęście nie było bardzo źle. Śmieci zgrupowane w jednym miejscu - lepsze to, niż porozrzucane wszędzie. Nad jeziorem Tana znajduje się mnóstwo hoteli, restauracji, turystów. I oto efekt...:/

Image
I w końcu nasza łódź. Dołączyła do nas jeszcze para z Izraela, która przyjechała ze swoim "panem z agencji" - kolegą naszego. Panowie oddali nas pod opiekę sternika, życzyli miłej podróży i obiecali, że przyjadą po nas po skończonej wycieczce. Nie mogę powiedzieć, żeby się zbytnio napracowali :D

Image
I płyniemy...Pierwszym punktem programu miało być oglądanie hipopotamów. Trochę przestaliśmy wierzyć, że to się uda, zwłaszcza, że dosyć szybko sternik podekscytowanym głosem zaczął wołać : Tam są! Tam są! Rzuciliśmy się natychmiast wszyscy na jedną stronę, próbując wyciągnąć aparaty trzęsącymi się z wrażenia rękami...

Image
:/ no niestety. Choćbym nie wiem jak chciała być miła, nie mogłam przyznać racji sternikowi :/ :D Zrobiło się nam smutno i żal - uznaliśmy, że hipopotamy w jeziorze Tana są już widocznie tylko legendą. Nasz nastrój udzielił się też sternikowi - jednak dla niego stał się chyba mocną motywacją do tego, aby udowodnić białasom, że jednak się mylą.

Image
Zakręcał łodzią, pytał przepływających obok nas rybaków, wypatrywał, kluczył - robił naprawdę wszystko, co tylko się dało. W końcu udało mu się wzbudzić w nas ponownie iskierkę nadziei, więc też przyglądaliśmy się dokładnie każdemu kamieniowi.

Image
Uwierzcie, nie jest to proste, zwłaszcza gdy człowiek tak bardzo chce coś zobaczyć :D Mamy takich zdjęć tysiące, każde robione z okrzykiem - tak!!! Teraz to już na pewno one!!! :D

Aż tu nagle...
Image
No teraz to już nikt nie miał najmniejszych wątpliwości :) Niesamowite wrażenie....

Image
Sternik był bardzo z siebie dumny - i naprawdę miał z czego. Gdyby nie jego wysiłki i upartość, pewnie nie spotkalibyśmy tych pięknych zwierząt.

Image
Muszę Wam jednak zdradzić, że hipopotamy są bardzo sprytne. Nawet za bardzo :/ :D I są genialnymi strategami. A robią to tak - na wabia wystawiają najpiękniejsze okazy (na pewno to są samice :P). One się prężą i pozują, ty wznosisz okrzyki zachwytu, zapominając o całym świecie, a tymczasem...cichuteńko...od drugiej strony łodzi...

Image
Szczerze mówiąc, naprawdę nas wystraszył. Hipopotamy pływają prawie bezszelestnie, dodatkowo przepływają pod wodą dobrych parę metrów - czyli najpierw nic nie widzisz, a potem, prawie przy samej łodzi wynurza się głowa :/ Nie muszę chyba dodawać, że wyjątkowo szybko zmieniliśmy miejsce pobytu? :/ :D

Image
Płyniemy więc dalej. Kolejny przystanek, to wyspa z klasztorem, na zwiedzenie którego otrzymaliśmy od sternika godzinę.

Image
A to chłopiec, który samodzielnie kolorował repliki malowideł z klasztoru na skórach zwierząt. Ujął nas bardzo (tak, to się przekłada na kupno wyrobów :D A farby podobno były zrobione z roślin. Złożyliśmy zamówienie idąc do klasztoru, a wracając z niego mogliśmy odebrać zamówione obrazki - przemalował ramki na wybrane przez nas kolory...

Dosyć szybko obejrzeliśmy klasztor z zewnątrz i postanowiliśmy trochę zmienić plany (Zacisk byłby z nas dumny :D Przed klasztorem widzieliśmy małą wioskę, więc postanowiliśmy tam po prostu wstąpić na kawę. Poznany pod klasztorem pan zaprowadził nas do najważniejszego domu w całej okolicy.

Image
Choć, tak naprawdę, nie o dom chodziło, a o jego właścicielkę. A oto i ona - najbardziej szanowana i zasłużona kobieta w wiosce. Pełna dumy i godności - matka księdza...

Image
Prawda, że budzi szacunek? Niesamowite było to, że wszyscy zwracali się do niej właśnie "matko księdza". Niesamowita osoba - bił od niej spokój, olbrzymia charyzma i ciepło. I to, że zaprosiła nas do domu na kawę, to naprawdę dla mnie duży zaszczyt...

Image
Kawę przygotowywała dla nas jej synowa. Matka księdza obserwowała jej ruchy, sprawdzając, czy aby na pewno wszystko jest przygotowywane zgodnie z rytuałem. Czy każda filiżanka została wypłukana trzy razy, czy gesty dziewczyny nie są zbyt pospieszne i niedokładne...Niesamowite widowisko...Siedzieć tam, w oparach dymu, daleko od pośpiechu, bez słowa, obserwując tylko hipnotyzujące ruchy dłoni nalewających kawę - magia...Niestety, nasza godzina na wyspie zaczęła się coraz bardziej kurczyć. Trzeba było jakoś delikatnie powiedzieć pani, że musi się trochę pospieszyć, bo w końcu nie zdążymy tej kawy wypić :D Uwierzcie, bardzo ciężko to było zrobić pod mądrym i ciepłym spojrzeniem matki księdza. Jednak mus, to mus - białasy dowiedziały się więc, że "krótkie odwiedziny, to żadne odwiedziny", poparzyły sobie usta przepyszną kawą, a sternik i tak nie był zadowolony :/ :D Może właśnie dlatego, że nie potrafiliśmy się kulturalnie zachować, cena za trzy kawy wyniosła 150 birrów (wysoka bardzo, ale i tak nie zabiła wspomnienia magii...)

Image
Płyniemy dalej, do kolejnego klasztoru. Tym razem sternik zdecydowanie nas pouczył, że na przystani mamy być równo za godzinę i ani minuty dłużej (zupełnie nie wiem, kto wymyślił to nieprawdziwe przysłowie o Etiopczykach i że niby mają czas...Całkowicie nie trafione :D

Image
Tym razem do klasztoru prowadziła droga dosłownie usiana stoiskami z pamiątkami.

Image

Image
Wejście na teren klasztoru.

Image

Image

Tym razem byliśmy tak bardzo przejęci rozkazem sternika, że drogę powrotną spędziliśmy prawie w biegu :D Nie to, że się baliśmy, ale chyba byliśmy mu coś winni za hipopotamy :D (poza tym - gdyby się tak np. obraził, to nie mam pojęcia, jak byśmy wrócili :/ :D Jednak całe nasze poświęcenie poszło na nic, bo okazało się, że tym razem para z Izraela postanowiła się zbuntować (my natomiast nazbieraliśmy dużo plusów, bo wiernie przytakiwaliśmy, że nie przychodząc na czas, postąpili bardzo nieładnie :D

Image

I dlatego uważam, że los jednak nie jest sprawiedliwy. I lepiej się buntować, nie ma co postępować wbrew swojemu charakterowi :D Bo gdy dopłynęliśmy ponownie do przystani, na parę z Izraela czekał pan z autem, a na nas nikt. A gdy sternik (pewnie pod wrażeniem naszej nowo nabytej punktualności) zadzwonił do naszego pana, to musiał nam przekazać niezbyt miłą wiadomość. Otóż nasz pan stwierdził, żebyśmy nie przesadzali, bo mamy blisko i możemy sobie wrócić na piechotę :D I tyle mieliśmy z naszej "agencji" :D (pocieszam się tylko myślą, że Izraelczycy też by pewnie tak skończyli, ale jeszcze jutro mieli zwiedzać wodospady Nilu, więc pewnie "agencja" nie chciała ich za szybko zniechęcać :D

Image

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 29 Sie 2017 10:08, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#58 PostWysłany: 13 Kwi 2016 00:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Lis 2014
Posty: 315
Loty: 146
Kilometry: 347 466
Ehhh...coraz bardziej zaczyna mi sie tam w tej Etiopii podobac :D
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#59 PostWysłany: 13 Kwi 2016 08:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1045
Loty: 203
Kilometry: 390 087
platynowy
@chaleanthite Skończy sie tak, że niedługo będziemy czytali Twoją relację z Etiopii ;)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#60 PostWysłany: 13 Kwi 2016 08:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 801
Loty: 137
Kilometry: 248 995
srebrny
Skończy się tak, że wszyscy będą wypatrywali promocji tylko do Etiopii :lol:

Ten hipcio wymiata :D

@chaleanthite mam podobnie, w mojej głowie zaczęły powoli pojawiać się pytania typu: hmm ciekawe czy trzeba tam robić jakieś dodatkowe szczepienia, a ciekawe w jakiej porze najlepiej jechać.. itp itd :D czyli tzw. zalążek podróży :D
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 82 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group