Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 82 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 14 Mar 2016 22:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Wrz 2012
Posty: 2459
Loty: 119
Kilometry: 174 534
HON fly4free
może wstyd się przyznać, ale rzadko czytam relacje,
chyba dlatego, że informacje jak wygląda salonik, co podawali w samolocie albo ile kto ma wzrostu średnio mnie interesują,
natomiast Twoja jest dla mnie kwintensęcją podróży,
podziwiam, zazdroszczę i życzę powodzenia!
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
d.wasowicz92 uważa post za pomocny.
 
 
#22 PostWysłany: 15 Mar 2016 19:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Wrz 2014
Posty: 18
Loty: 34
Kilometry: 88 311
Świetna relacja jestem pod wrażeniem, czekam na ciąg dalszy z niecierpliwością ;-).

Pozdrawiam
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 16 Mar 2016 22:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1157
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
Mimo tego, że nigdy ten kierunek mnie nie ciągnął, czyta się z zapartym tchem. Świetnie piszesz , czekam na ciąg dalszy:)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 17 Mar 2016 00:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Bardzo dziękuję za komentarze, w dodatku tak sympatyczne:) Niezbyt wiem, co powiedzieć:/ aż się zarumieniłam :) To bardzo miłe wiedzieć, że ktoś to czyta. I, co więcej, że odczuwa podobnie... Dziękuję.

Dziś będzie więcej zdjęć, niż tekstu. Nie da się inaczej. Z resztą - sami zobaczycie:)

Żeby dzień zaliczyć do zakończonych, trzeba jeszcze oczywiście obejrzeć zachód słońca. Pojechaliśmy więc dalej, w głąb pustyni.

Image

Auta ustawiły się w zgrabne kółeczko, a nas wypuszczono "na podziwianie" :)

Image

Image
Białasy zachwycone widokami :)

Image
A naprawdę było czym...Olbrzymia przestrzeń, pod nogami zaskorupiała sól ugina się i skrzypi, w oddali widać sznury wielbłądów, a w powietrzu czuć zapach morza...Nikt właściwie nie miał ochoty rozmawiać, bo i o czym, skoro stoi się w obliczu czegoś tak niesamowitego...

Image

Biel i spokój były jednak tylko dla białasów. Żeby mogli napawać się widokami, atmosferą i natrzaskać sto tysięcy zdjęć, ktoś musiał pracować. Trzeba przyznać, że nasza ochrona była w 100% profesjonalna, cały czas dyskretnie obserwowała i turystów, i widnokrąg. Zwłaszcza w kierunku Erytrei. Poważnie jestem pod wrażeniem. Ośmiu mężczyzn, otaczając dużą grupę turystów, potrafiło sprawić, że wszyscy zapomnieli o wcześniejszym obawach i po prostu rozkoszowali się urokiem miejsca.
Image

Początkowo dziwnie było przechodzić obok uzbrojonych mężczyzn, jakoś nie jestem przyzwyczajona do codziennego widoku broni :) Później stało się to całkowicie normalne - jak widać, człowiek potrafi się przyzwyczaić do wszystkiego :) Poza tym, skauci byli wyjątkowo sympatyczni - wprawdzie nieszczególnie chcieliśmy ich odrywać od pracy i wciągać w rozmowę, ale znaleźli czas i na zapozowanie do zdjęć (poważnie, urodzeni z nich modele:), i na uśmiechy.

Image

Image

Każda osoba, która postawiła stopę na solnej pustyni, była zachwycona. Ba - była wniebowzięta. Jednak organizatorzy wycieczek widocznie uznali, że białasy potrzebują od życia czegoś jeszcze, żeby być w pełni szczęśliwymi :D I tu jestem bardzo dumna z naszej pani, bo właśnie ona okazała się inicjatorką całej akcji (albo, po prostu, chciała się wkupić w łaski pozostałych agencji :D Nasz kierowca wyjął z bagażnika cały transporter wina, bardzo sprytnie zrobił szklaneczki z plastikowych butelek po wodzie i zarządził wieczorek integracyjny :D Integrowali się wszyscy - turyści, przewodnik i nawet niektórzy kierowcy. Były i śpiewy, i tradycyjne tańce :)

Image
Tylko ochrona integrowała się wyłącznie duchowo i z pewnej odległości. Pełen profesjonalizm. Taka integracja z pewnością utrudniła im pracę, zwłaszcza, że co poniektórzy, wyjątkowo uszczęśliwieni turyści, zapragnęli podczas powrotu podziwiać panoramę z dachów aut :/
Image

Do obozu wróciliśmy jak było już ciemno (na szczęście wszyscy - choć "dachowicze" trochę się poobijali :) Szybka kolacja (przy świetle z czołówek), odprawa przed jutrem i do spania (no wiem, przy wyliczance wieczornych czynności powinno jeszcze znaleźć się "mycie". Ale, no cóż, tym razem się nie znalazło :D

Image

Kolejnego poranka śniadanie zarządzono na 5.00, jeszcze przed wschodem słońca. O 5.30 mieliśmy wyruszyć do Dallol, miejsca, którego w Polsce obiecaliśmy sobie nie zobaczyć :D Już nie mogliśmy się doczekać :D

Image
Szybkie składanie materacy i śpiworów, pobieżna toaleta (dzięki Boże, za nawilżane chusteczki i wodę w butelkach :D i ruszamy. Po jakichś piętnastu minutach drogi, jeden z powodów tak wczesnego wyjazdu stał się jasny. Karawany. Tym razem powracające po sprzedaży płytek soli, aby ponownie zakupić towar.

Image

Image

Image
Podobno tę trasę rocznie pokonuje ponad milion wielbłądów. Dwa dni z płytkami soli, dwa dni powrót. Tam, i z powrotem, tam, i z powrotem, tam i....

Image
Jedna płytka (30x40 - to stały wymiar) waży ok. 6,5 kg. Wielbłąd może unieść do 30 płytek. Osiołek - połowę z tego. Właściciel zwierząt na jednej płytce zarabia ok. 8 birrów.....

Image
Tu nie da się więcej napisać, nie da się nic powiedzieć mądrego...............

Image

Image

Image

Image
To bardzo ubogi region, nawet jak na Etiopię. I bardzo, bardzo niegościnny. Jest najcieplejszym miejscem na ziemi - średnia roczna temperatura to prawie 35 C. Tylko niewielki procent Afarów ma pracę (głównie w kopalni soli). Jeśli ktoś ma wielbłąda - może się uważać za szczęściarza....

Image
Wschód słońca w Kotlinie Danakilskiej (widziany z wygodnego auta - wtedy jawi się, jako wyjątkowo piękny, prawda?.......

Image
Jedziemy dalej. Coraz bliżej do Dallol.

Dallol to wulkan znajdujący się w jednym z najbardziej aktywnych tektonicznie rejonów na ziemi. Jest położony wyjątkowo blisko granicy z Erytreą. Przed wyjazdem oglądaliśmy wielokrotnie zdjęcia z tego rejonu (ba - byliśmy w nich zakochani :D, ale, tak do końca, nie wiedzieliśmy, czego się możemy spodziewać. W głowach łomotały się tylko strzępki zdań zapamiętane z wczorajszej odprawy "nie oddalać się", "co najmniej 2 litry wody na głowę" i "nie chodzić po żółtym" (trzeba się było nie integrować tak aktywnie :D (Hmmm...wodę mamy, oddalać się nie mam sił, tylko, do diabła, co to, to "żółte"? :/ :D
Dallol trzeba odwiedzać jak najwcześniej rano z dwóch powodów, a każdy z nich związany jest ze słońcem. Po pierwsze, w porannych godzinach upał jeszcze aż tak nie doskwiera, po drugie - słońce nie razi ochroniarzy obserwujących granicę z Erytreą (później ochroniarze odmawiają wyjścia - gdy słońce świeci im prosto w twarz i nic nie widzą, nie są w stanie wykonywać swojej pracy).
Dopiero po wyjściu z samochodów uświadomiliśmy sobie tak naprawdę z jakim ryzykiem ta wycieczka się wiąże (przepraszam, Mamo, jednak trochę Cię jakby okłamałam :D Okazało się, że oprócz ochrony fizycznej (skauci), mamy też zabezpieczoną ochronę wyższej instancji. To nie jest żart - dołączył do nas człowiek, który, po przywitaniu się z przewodnikiem, cały czas się modlił, korzystając z małego niby-różańca. Nie mam pojęcia, jakiego był wyznania, wiem jednak, że ochrona, kierowcy i przewodnik darzyli go dużym szacunkiem, a gdy szczęśliwie powracaliśmy z Dallol, cały konwój zatrzymał się pod jedną ze skał na pustyni. Tam wysiadł na chwilę i pomodlił się dziękczynnie pod skałą...

Image
Cała nasza grupa ruszyła za ochroniarzami. Początkowo - owszem, ciekawe wrażenie. Idziemy skałami, widok trochę jak księżycowy, ale to tyle. Jednak gdy wyszliśmy zza skał...

Image
Po prostu odebrało nam mowę....

Image

Image

Zobaczyliśmy krajobraz księżycowy, magiczny, nieistniejący...Krater wulkanu wypełniają gorące, kolorowe baseny. A "żółte", to po prostu siarka, więc faktycznie, lepiej na tym nie stawać :)

Image
Takie twory znajdują się na samym początku. I dobrze - gdybyśmy zobaczyli je wracając, nie zrobiłyby już na nas żadnego wrażenia. A tak, to spędziliśmy tam dobrych kilkanaście minut, mówiąc : "Ach" i "Och" :D

Image

Image

Image

Image
Księżyc.

Image

Image
Cóż mogę powiedzieć? Tego się nie da skomentować.....

Image

Image

Image

Image

Image
To nie jest nieudolnie zrobione zdjęcie :D To para unosząca się nad gorącym basenem.

Image

Image

Image

Image
W trakcie naszego zbierania się z szoku, ochroniarze podzielili się na grupki, niektórzy zajęli pozycje obserwatorskie na skałach, inni - zaganiali nas, żebyśmy się tak bardzo nie rozpraszali.

Image
Ale tu naprawdę nie dało się "nie rozpraszać" :D

Image
W oddali widać porzuconą bazę amerykańską, w której wydobywano fosforan. Po bazie pozostały puste budynki (niestety, nie poszliśmy tam. To byłoby chyba już zbyt duże rozproszenie, jak na nerwy naszych ochroniarzy :D i piękna, asfaltowa droga do Dallol, która podobno została wybudowana właśnie po to, aby fosforan transportować.

Image

Image

Image

Image
Chciałabym tylko dodać, że zdjęcia z tego miejsca wybierałam chyba z pięciu tysięcy, więc miejcie to na uwadze, proszę, nim pomyślicie "po cholerę dała tyle zdjęć" :D Potraktujcie to jako ogromne ograniczenie z mojej strony, dobrze? :D

Image

Image

Image

Image

Image
Punkt obserwacyjny.

Image
I, niestety, musimy wracać. Nie wiem, ile czasu tam spędziliśmy, bo po prostu chyba "urwał mi się film" z wrażenia :/ :D

Image
Żegnaj, Dallol....A na horyzoncie kopalnia soli...

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda 23 Sie 2017 16:44, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
34 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#25 PostWysłany: 17 Mar 2016 08:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1157
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
Wygląda to wszystko jaki film z gatunku S/F , krajobrazy iście nieziemskie, a do tego w oddali czają się jacyś "obcy", w każdej chili gotowi zrobić ziemianom krzywdę. W właściwie niebezpieczeństwo wynika ze strony Erytrejczyków czy ze strony tubylców. Porywają? Zabijają czy to może wszystko jednak trochę na wyrost?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#26 PostWysłany: 17 Mar 2016 09:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Lis 2015
Posty: 1626
Chyba nie. 2007: http://news.bbc.co.uk/2/hi/uk_news/6415697.stm. 2012: http://www.theguardian.com/world/2012/j ... d-ethiopia.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#27 PostWysłany: 17 Mar 2016 09:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 801
Loty: 137
Kilometry: 248 995
srebrny
O żesz.. zdjęcia niesamowite :shock: Coś pięknego! @pestycyda normalnie rozwaliłaś system :D i mnie od rana, od samego śniadania :D
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#28 PostWysłany: 17 Mar 2016 11:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Paź 2013
Posty: 365
Loty: 58
Kilometry: 144 870
niebieski
@pestycyda dobra, miałam nie komentować do momentu zakończenia relacji, bo szczerze powiedziawszy myśłałam, że poza tym że oczywiście podziwiam wybór kierunku podróży nie będę mogła niestety napisać, że mnie zainspirowałaś do podobnej wyprawy.. relacja pierwszych dni utwierdziła mnie w przekonaniu, że jestem za słaba w uszach na podbój takiej Afryki... nie to, żebym była salonowym pieskiem, ale ta bieda, brud, ścisk, ciągle unoszący się w powietrzu piach i absolutny brak zieleni to raczej krajobraz, którego bym nie udźwignęła... Nie doczekam jednak do końca relacji, żeby wrzucić swoje trzy grosze, bo wiem, że wszystkie komentarze motywują do dalszego pisania :) więc pisz kochana, bo chociaż uświadomiłaś mi, że do Etiopii jeszcze nie dojrzałam to jednocześnie sprowokowałaś do myślenia i za to Ci dziękuję :)

P.S. przez Ciebie spóźnię się do pracy!
_________________
Moje relacje:
2017 - Tajlandia/Kambodża
2016 - Bałkany
2015 - Zachodnie Wybrzeże USA
2014 - Maroko
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#29 PostWysłany: 17 Mar 2016 12:03 

Rejestracja: 25 Paź 2012
Posty: 680
niebieski
WOW! Inaczej nie umiem wyrazić zachwytu zdjęciami, miejscem i tym, że nas tam zechciałaś zabrać :) :)
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#30 PostWysłany: 17 Mar 2016 12:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 23 Lip 2013
Posty: 472
Loty: 31
Kilometry: 61 615
@pestycyda wymiata,jak zwykle!
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#31 PostWysłany: 17 Mar 2016 13:00 

Rejestracja: 09 Cze 2014
Posty: 3
dziabulek napisał(a):
niebezpieczeństwo wynika ze strony Erytrejczyków czy ze strony tubylców. Porywają? Zabijają czy to może wszystko jednak trochę na wyrost?


Ostatni konflikt między Etiopią a Erytreą rozpoczął się w 1998 roku i dotyczył przebiegu granicy między tymi dwoma państwami. Tereny ze złotem pustyni czyli solą (na ziemi Afarów bryły soli nadal są środkiem płatniczym), złożami potasu i innych minerałów, powodują, że ten najbardziej niegościnny obszar ziemi, jest jednocześnie niezwykle atrakcyjny ekonomicznie. Dallol, ErtaAle z uwagi na bliskość granicy z Erytreą, wzdłuż której utrzymuje się napięcie, przyczynia się do wzrostu zagrożenia porwaniami i atakami grupy Al-Shabaab (kilka lat temu zabito 12 francuskich turystów, zdarzają się incydenty ostrzeliwania – odstraszania grup podróżników).
Do tego wszystkiego mit o Afarach - dzikich, niebezpiecznych, bezwględnych, wojowniczych, mściwych mieszkańcach tego terenu. Prawda jest taka, żeby przeżyć w takim miejscu, gdzie z popękanej, wysuszonej ziemi wydobywają się różne, często szkodliwe dla zdrowia wyziewy, gdzie wydobywana ze studni słodka woda w kolorze kawy z mlekiem jest szczytem szczęścia, gdzie w najgorętsze dni w roku temperatura sięga 50 stopni, trzeba być niewątpliwie odważnym i twardym człowiekiem. Tylko najsilniejsi mogą przetrwać. Afarowie do dzisiaj walczą między sobą, porywają kobiety, zwierzęta, walczą o tereny z wodą. Całkowicie kontrolują ruch na swoim terenie. Mimo, że ostatnio jest już coraz mniej napaści na przyjezdnych, strach powoduje sama ich postawa, pełna dystansu do świata „obcego”, pełna dumy i godności. Myślę, że nie ma osoby, która wjeżdżając na teren Afarów, nie będzie czuć niepewności. Większość biur turystycznych oferujących podróże do Etiopii na swych stronach ma taką oto informację: UWAGA! Ze względów bezpieczeństwa na tę chwilę wszystkie wycieczki w rejon Danakil zostały zawieszone do odwołania.
Nawet biorąc pod uwagę wszystko co powyżej, cały teren depresji Danakilskiej jest bez wątpienia jednym z ostatnich miejsc na ziemi, w którym odnaleźć możemy „własną legendę”…
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#32 PostWysłany: 19 Mar 2016 22:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Bardzo Wam dziękuję za miłe słowa:)
@dziabulek, moi poprzednicy trafili w sedno - tak to niestety wygląda. I powiem jeszcze, że choć wg mnie podczas całego pobytu na tym terenie było bardzo bezpiecznie, to jeszcze o niczym nie świadczy. Nie odważyłabym się nikomu powiedzieć "spoko, jedź, nie przejmuj się". Każdy musi sam zdecydować i ocenić ryzyko. Chociaż... Dla tych widoków naprawdę warto :)
@Maxima0909, podobno pobyt w Etiopii zmienia ludzi. Wcześniej myślałam, że to taki pusty zwrot, po prostu. Ale jednak to prawda. Zmienia. Pewnie każdego inaczej. Mnie, tak jak i Ciebie, sprowokował do myślenia - w taki głębszy sposób, "do wewnątrz". A od Etiopczyków nauczyłam się (mam nadzieję :) większej pokory i pogody ducha. No i doceniania takich zwykłych, drobnych rzeczy :)

Ostatnim etapem naszej wycieczki było, jak powiedział pan przewodnik, "zwiedzanie" kopalni soli. I nie była to przyjemna wycieczka...

Image

Luksusowe auta zatrzymały się w zgrabnym rządku przy drodze. Ze środka wyskoczyła grupa roześmianych, dobrze odżywionych, no, może tylko trochę brudnych, białasów, aby pooglądać kolejną "atrakcję". Na ogromnej, płaskiej przestrzeni, pracowało na oko kilkuset Afarów. Niektórzy w grupkach, niektórzy - samotnie. Daleko, po horyzont, widać było pracujące grupy. Pełne słońce, potworny upał, nigdzie ani skrawka cienia. Gdzieniegdzie leżały wielbłądy, dając trochę cienia małym osiołkom, które skwapliwie wykorzystywały okazję i przytulały się do wielbłądzich boków.

Image
Przypomnę - sztabka soli waży ok. 6,5 kg.

Image
Nie mamy z tego miejsca za dużo zdjęć. Najzwyczajniej w świecie głupio nam było podchodzić do pracujących grup i przymierzać się do najciekawszych ujęć (O, tak - najlepiej byłoby złapać grymas zmęczenia na twarzy i ściekający pot...Nie wiem, wydało się nam to takie...wyzyskujące cudze emocje? Coś w tym rodzaju...
Było nam głupio prosić o narzędzie do wykuwania sztabek i w udawanym wysiłku pozować do zdjęcia, którym można by się później pochwalić na Facebooku....Było nam głupio i po prostu jakoś wstyd........

Image
W taki sposób Afarowie kruszą słoną skorupę na sztabki soli.

Image
Praca w takim miejscu i w takich warunkach szybko człowieka wykańcza. Upał, wykraczający prawie poza granice wytrzymałości, zmęczenie fizyczne, szkodliwe opary...Średnia życia Afarów pracujących przy kopaniu soli, to trochę ponad 40 lat.

Image

Image
I jak wcześniej myślałam, że najgorszą pracą jest wędrowanie z karawaną soli, tak teraz zmieniłam zdanie. Afarowie to lud pasterzy, na pewno dużo łatwiej im przemierzać duże odległości, niż kopać, kopać, kopać.....

Image
I po raz kolejny pojawia się pytanie : skoro program wycieczki obejmuje też kopalnię soli, to dlaczego moje pieniądze nie trafiają do tych, których praca m.in. mnie tu przyciągnęła? Skoro przewodnik zachęca do robienia zdjęć, trzymania młotka, pozowania z pracownikami, odrywając ich tym samym od własnych zajęć, czemu owa "atrakcja turystyczna" na tym nie zarabia?...

Image
Sztabki przygotowane do zapakowania. To chyba przydział dla osiołka.

Image

Image

Image
Podobno nocą na wyrobisku pojawia się diabeł. Patrząc na tę nieludzką, właściwie niewolniczą pracę, łatwo w to uwierzyć...

Image


Zwiedzanie skończone, możemy jechać dalej. Tym razem już naprawdę wracamy.
Image
Najpierw do wczorajszego hotelu - trochę się, hm...odświeżyć? :D Potem do wioski militarnej. Trochę nerwowy moment. Trzeba zapłacić ochroniarzom. Jeśli mogą być gdzieś jeszcze jakieś niesnaski, to właśnie tu. Podobno zdarza się, że mimo umówionej wcześniej ceny za wjazd na teren i za ochronę, przy wyjeździe Afarowie żądają więcej pieniędzy i uniemożliwiają wyjazd z wioski. Jak było u nas? Nie wiem, chyba w porządku. Czekaliśmy grzecznie w autach, a nasz przewodnik naprawdę wyglądał na znającego się na rzeczy twardziela. Po jakichś 15 minutach wrócił zadowolony, więc chyba poszło zgodnie z umową. Jedziemy zatem dalej.

Jeszcze tylko obiad w wiosce, w której jedliśmy wcześniej. Do tego właśnie miejsca dojeżdżają karawany z solą. Oni - dwie doby, my - jakieś trzy godziny.
Image

Image

I to już koniec naszej wycieczki. Na znajomym rozjeździe dróg opuszczają nas pozostałe auta i ponownie jesteśmy sami.
Image

Image
Przepiękny rejon, w którym niestety bardzo ciężko żyć.

Image

Image
Barwy domów nieustannie nas zachwycały.

Do Mekele dojechaliśmy około 15.00 (jak to?! Tyle dziś zobaczyliśmy, a dopiero 15.00?!! Aaaaa, no tak, wszystko przez barbarzyńską porę pobudki :D Czyli jednak, choć trochę udało się nam zdążyć na Timkat! :)
W agencji czekał już na nas bardzo elegancki przewodnik. Jakoś wcześniej wyobrażałam sobie, że, dzięki jego pomocy, wmieszamy się w kolorowy tłum i w ten sposób obejrzymy/poczujemy świętowanie. Jednak pan miał inny pomysł. Nad naszą agencją znajdował się bardzo elegancki hotel (czytaj : drogi :D (wiem, bo licząc, że może tę noc spędzimy w nim, zapytałam - no cóż, nie spędzimy w nim ani tej, ani żadnej innej nocy :D I ów hotel miał równie elegancką kawiarnię, z dużym tarasem zwieszającym się nad ulicą. Pan zaplanował, że najlepszym miejscem do oglądania obchodów, będzie właśnie ten tarasik. Hmmm, trochę się to nam wydało podejrzane (mieliśmy obawy, że pan jest po prostu nieco leniwy i nie chce mu się chodzić. Ale z drugiej strony - nam też się niezbyt chciało po pobycie w Danakil, więc przystaliśmy na jego propozycję).
Taras rzeczywiście był przygotowany profesjonalnie. Okazało się, że pan zrobił nam rezerwację - nie trzeba było nic płacić, musieliśmy tylko zamówić jakieś napoje. Wzięliśmy dwie kawy i dwie herbaty, choć drżeliśmy o cenę - właściwie byłam pewna, że jej wysokość będzie zawierać i opłatę za rezerwację krzeseł i nawet cenę ozdobnych materiałów, którymi z powodu święta pokryte były krzesła :D

Image
W tak niesamowicie przygotowanej loży (spójrzcie na okrycia krzeseł! :D, czułam się prawie jak biskup na Timkat :D
Okazało się, że pan przewodnik miał rację. Taras znajdował się dokładnie nad głównym rondem, na którym spotykały się procesje ze wszystkich kościołów w Mekele. Stojąc w tłumie, nie zobaczylibyśmy za wiele. A tak mieliśmy doskonały widok na wszystko, co odbywało się pod nami. Natomiast cena za napoje zaszokowała mnie tak bardzo, że prawie spadłam z biskupiego krzesła - za wszystko, w tak eleganckiej i przygotowanej kawiarni, zapłaciliśmy...27 birrów :)

Image
Timkat to Święto Objawienia Pańskiego, najważniejsze święto w Etiopii. Jest obchodzone 19 stycznia. Wierni uczestniczą w procesjach i odnowieniu chrztu świętego. Największe i ściągające najwięcej turystów procesje odbywają się w Aksum (podobno właśnie wtedy wynoszona jest, wg Etiopczyków jedyna i prawdziwa, Arka Przymierza). Ale takie same procesje, za to bez turystów, odbywają się w każdym z miast (z tym, że wynoszone są wtedy repliki Arki).

Image
Pani przygotowana na świąteczny obiad. Spójrzcie na fryzurę :)

Do ronda prowadziły cztery duże ulice. Każdą z nich szła procesja z innego kościoła.
Image
Przed każdą z procesji szła grupa porządkowa - tańcząc i śpiewając.

Image

Image
Później rozkładano czerwony dywan, po którym mieli przejść dostojnicy kościelni. Jednak nie było to takie proste - dywan obrzucano zielonymi łodygami, które były szybko zamiatane przez grupy kobiet. Dopiero wtedy ważni kościoła mogli postawić na nim swoje stopy.

Image
Tłum tańczył, śpiewał, skandował...Wrażenie niesamowite...

Image

Image

Image
Procesje z różnych kościołów łączyły się na rondzie, aby wspólnie iść piątą ulicą, która prowadziła do najważniejszego kościoła. Tam wierni mieli pozostać na całonocnym czuwaniu, aby rano uczestniczyć wspólnie we mszy i odnowieniu chrztu świętego.

Image
Obserwowanie barwnego tłumu z góry było wręcz mistycznym doświadczeniem.

Image
Każda grupa miała własne kolory strojów, trochę inne ozdoby.

Image
Organizacja niesamowita - grupy porządkowych sterowały ruchem. W odpowiednim momencie zamykały określone ulice sznurami i własnymi ciałami.

Image

Image

Image
Bez porządnego parasola nie ma prawdziwego dostojeństwa.

Image
Pan przewodnik był naprawdę niesamowity - gdybyśmy chcieli to święto oglądać z "poziomu 0", nie zobaczylibyśmy nic, z wyjątkiem cudzych pleców:) Poza tym - był skarbnicą wiedzy, którą chętnie i szczegółowo się dzielił. Z chęcią spędzilibyśmy w jego towarzystwie na tarasie cały wieczór - niestety, procesje przeszły dalej i widowisko się skończyło.

Image

Zabraliśmy więc z agencji duże plecaki i chcieliśmy wyruszyć na poszukiwanie noclegu, jednak pan bardzo się obruszył i nie pozwolił nam tego zrobić samodzielnie :) Zaprowadził nas do bardzo miłego pensjonatu w centrum, przedstawił jako rodzinę (Ha, jednak kłamliwością się można zarazić! :D i dopiero wtedy zgodził się pożegnać. Naprawdę, bardzo miły i mądry pan. Szkoda tylko, że nabył od nas brzydką cechę :D

Image
Pensjonat był naprawdę super. Pokój dwuosobowy - 250 birrów, jednoosobowy - 230. A w pokoju niespodzianka! Łazienka! Z ciepłą wodą! To było naprawdę coś - pierwsza ciepła woda w Etiopii. Oj, przydała się :)

Image
Wieczór spędziliśmy na zwiedzaniu Mekele. Ale tak bardziej w pomieszczeniach :D (piwo - 14 birrów). Znaleźliśmy też kafejkę internetową (5 min - 3 birry), gdzie wreszcie odważyłam się napisać do bliskich : Jesteśmy w Mekele, jest super. A, i zapomniałam wam powiedzieć - byliśmy w Danakil :D (po co się mieli denerwować wcześniej, prawda? :D

Image

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 23 Sie 2017 17:55, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#33 PostWysłany: 21 Mar 2016 14:26 

Rejestracja: 24 Cze 2012
Posty: 51
Loty: 68
Kilometry: 171 612
@pestycyda rewelacyjna relacja, dzięki! :D
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#34 PostWysłany: 21 Mar 2016 21:34 
Site Admin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Sty 2011
Posty: 6403
Loty: 300
Kilometry: 518 197
Krótko - WOW :) czekam na więcej
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#35 PostWysłany: 24 Mar 2016 19:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Pensjonat musieliśmy opuścić do 10.00 rano kolejnego dnia. Bardzo chcieliśmy obejrzeć odnowienie chrztu, więc wstaliśmy przed 6.00 (znowu :/ ) i pognaliśmy do głównego kościoła w Mekele. Pewnie część wiernych czuwała tam przez całą noc, ale jednak większość postanowiła przespać się we własnym domu, bo na drodze do kościoła spotkaliśmy tłumy zmierzające w jednym kierunku(dzięki temu nie sposób było się zgubić :)

Image
To akurat grupa porządkowych - uzbrojeni w kije, ze śpiewem biegli w stronę kościoła.

Image
Timkat jest najważniejszym świętem w Etiopii. Żeby podkreślić jego wyjątkowość, miejscowi ubierają nowe stroje (jeśli tylko ich na to stać) i przykrywają się idealnie białymi chustami.

Image
Na tle białości szczególnie wyraźnie wyróżniali się wyjątkowo ubodzy. Trzeba przyznać, że Etiopczycy często dają jałmużnę. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że dużo częściej, niż Europejczycy. Sami mają niewiele, a potrafią się tym dzielić. Przykład z Timkatu może nie jest do końca wiarygodny (wiadomo, podczas święta pewnie każda moneta ofiarowana ubogim przybliża do zbawienia), ale podobne zachowania widziałam wszędzie - i w dużych miastach, i w mniejszych.

Image
(to a'propos najbardziej banalnych zdjęć z artykułu z głównej :)

Razem z innymi doszliśmy do ogromnego placu pod kościołem. Na trawie, wszędzie - tłumy. Barwne stroje, radość na twarzach i klimat wzniosłości.
Image

Image

Na centralnym miejscu znajdował się basen, w którym miało nastąpić odnowienie chrztu (tak przynajmniej przypuszczaliśmy) oraz hierarchowie kościoła, przemawiający przez mikrofon.
Image

Basen otoczony był wokół przez wiernych. Służby porządkowe bardzo dbały, aby nikt nie przekraczał "pasa bezpieczeństwa" - co rusz cofali w tłum kogoś, kto, chcąc lepiej widzieć, odważył się postawić nogę na pustej przestrzeni.

Image
Blisko centrum święta mogły stać tylko specjalne grupy (najprawdopodobniej reprezentanci poszczególnych kościołów - każda grupa ubrana w inne, charakterystyczne stroje).

Image
Jednak ponieważ byliśmy jedynymi białymi w tym tłumie (widziałam jeszcze tylko jedną parę - prawdopodobnie dziennikarze, biegali po terenie z identyfikatorami na piersiach i ogromną ilością sprzętu fotograficzno-filmowego), tłum oraz ochrona zapałali do nas chyba ponownie czymś w rodzaju sympatii (nie łudź się, dziewczyno:) znowu litość i chęć zrobienia dobrego uczynku na drodze do zbawienia :D i sami wręcz nas zachęcali do przekraczania niedozwolonej granicy :) Skończyło się tak, że siedziałam na trawie na pustej przestrzeni, a tłum zaczynał się dopiero jakieś dobre parę metrów za moimi plecami. Mogliśmy chodzić wszędzie (ze szczególnym uwzględnieniem okolic basenu i głów kościoła), a wszyscy uśmiechali się do nas życzliwie.

Image
Widać było, że Etiopczycy są bardzo dumni ze swojego święta i umożliwiając nam tak wyjątkowe przywileje, chcą się nim pochwalić i okazać życzliwość "przybyszom". Cieszyli się, że białasy oglądają i uczestniczą w czymś dla nich tak ważnym. Poza tym, nasza obecność akurat tam (nie w Aksum, nie w Gonderze i nie w najbardziej oczywistej Lalibelii) w jakiś sposób ponosi rangę całych obchodów.

Image
Dla uważnych - jaki napis mam na koszulce? :) (w końcu święto i każdy ubierał swoje najlepsze stroje :D + bonus - świeżo umyte włosy, w dodatku w ciepłej wodzie, co później nie zdarzało się tak często :D (właściwie to nie mogę sobie przypomnieć, czy w ogóle się jeszcze zdarzyło :D

Image
Niesamowicie rozczulały mnie nakrycia głowy zrobione z papieru. Na niektórych właściciele, najprawdopodobniej własnoręcznie, rysowali kredkami krzyż...

Image

Cały czas trwała polowa msza święta. Atmosfera trochę jak podczas pielgrzymek czy wizyty papieża, jednak z olbrzymim dodatkiem egzotyki. Klimat cudowny - szczerze mówiąc, to był ten moment, kiedy resztki (już naprawdę resztki) moich obaw dotyczących pobytu w tym kraju zupełnie pierzchły. Było coś w tym klimacie, co spowodowało u nas uczucie współuczestniczenia, współbycia - nie wiem, jak to wyjaśnić. Wiem jedno - od tej pory każdy nasz uśmiech skierowany do miejscowych, był w 100% szczery. Przestaliśmy też się przejmować tym, że wszędzie wszyscy na nas patrzą (to może być trochę uciążliwe dla niektórych). Zaakceptowaliśmy to, jak i pozostałe "obce" dla nas elementy kultury.

Image

Image
Niestety, coraz bardziej nerwowo zerkaliśmy na zegarki - zbliżał się czas opuszczenia pensjonatu, a jeszcze plecaki czekały na zapakowanie :(

Image
Najbardziej było nam szkoda odnowienia chrztu - to musi być wspaniałe przeżycie i widowisko. Niestety - czas gonił i musieliśmy opuścić obchody Timkat w trakcie ich trwania.

Image
W ten sposób zbierane są pieniądze na kościół. Parasole, oprócz roli reprezentacyjnej, pełnią więc też funkcję praktyczną :)

Image
Chociaż opóźnialiśmy wyjście, ile tylko mogliśmy ("To poczekajmy jeszcze parę minut. Może akurat się zacznie" :D i tak okazało się to bezcelowe. Byliśmy jedynymi osobami, które wracając, szły w stronę centrum. Do kościoła nadal kierował się tłum, blokując prawie całą ulicę. To raczej oznaczało, że do rozpoczęcia "głównego punktu programu" zostało jeszcze bardzo dużo czasu...

Image

Image
I oto miejscowe ślicznotki zmierzające na Timkat. Festiwal strojów i fryzur.

Image
Ideałem urody u etiopskiej kobiety, jest "wysokie czoło". Te, które chcą być najpiękniejsze, podgalają sobie włosy jak najwyżej. Zysk : adoracja panów i zazdrość pań :)

Pośpiech się opłacił - z hostelu wyszliśmy punktualnie o 10.00. Kolejnym miejscem, do którego chcieliśmy się dostać, był Debark. Miasto położone na wysokości 2800 m n.p.m. , w którym znajduje się biuro Parku Narodowego Semien. To tam właśnie można załatwiać wycieczki w góry Semien - a to planowaliśmy zrobić. Niestety, do Debark nie ma bezpośredniego połączenia. Najpierw trzeba się dostać do Shire, zanocować tam (uciążliwe, ale przynajmniej wiemy, że to się stanie. Nie zostaniemy nagle ponownie zaskoczeni postojem autobusu gdzieśtam), a dopiero drugiego ranka szukać autobusu do Debark. Na dworzec autobusowy podjechaliśmy motorikszą (30 birrów) - nie mieliśmy już czasu na szukanie odpowiedniego dworca (w Mekele są dwa i z każdego z nich odjeżdżają autobusy w inne strony).

Image
Choć powiem szczerze - w pierwszym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze zrobiliśmy ufając kierowcy :D

Image
Ale jednak tak - dworzec autobusowy w Mekele. Bilet do Shire - 110 birrów + 20 za bagaże. Autobus (ostatni tego dnia) miał wyjechać o 11.00 (wyjątkowo późno. Dziwne. Chyba nie na darmo ten akurat dworzec określało się mianem "nowy" - to duży progres w stosunku do etiopskich zwyczajów autobusowych :D W Shire mieliśmy się pojawić o 16.40, ale nauczeni doświadczeniem zbytnio sobie tego do serca nie wzięliśmy :D

Image
I okazało się, że słusznie :D Wyjechaliśmy dopiero po wpakowaniu wszystkich paczuszek, pudeł i łoża małżeńskiego z zagłówkiem na dach :D (i tak, oczywiście zapalić nie zdążyłam :D

Image

Image

Po drodze standardowa przerwa w podróży na jedzenie. Ceny napojów na takich dworcach raczej stałe - 15 birrów cola, 10 birrów woda.

Image

Image
W niektórych miejscach autobus znacząco tracił prędkość, żeby przejechać przez tłumy świętujących Timkat. Więc i tak nie było co liczyć, że dojedziemy o czasie, prawda? :)

Image
Poza tym, co chwilę się ktoś dosiadał - tym razem nie na przystankach, tylko bezpośrednio z drogi. Autobus zatrzymywał się wszędzie - pod domami, na zakrętach, według zapotrzebowania :)

Image
Nawet w momentach, gdy myślałam - no nie, teraz nie ma szans, żebyśmy jeszcze kogoś zmieścili...:D Jak zwykle się myliłam :D

Image
A za oknem takie widoki...

Image
A teraz porada praktyczna dla wszystkich chcących podróżować miejscowymi autobusami w Etiopii. Otóż, jeśli tylko Wam się uda, zajmujcie w nich ostatnie miejsca. To bardzo ważne (zwłaszcza dla szczególnie wrażliwych), choć ma też swoje minusy :D Etiopczycy rzadko podróżują i nie są do tego przyzwyczajeni. A co za tym idzie - często i dość efektownie chorują na chorobę lokomocyjną. Ogólnie jest to dość przykre, bo gdy przydarzy się im coś takiego, naprawdę są zażenowani i bardzo im głupio. Ostatnie miejsce w autobusie gwarantuje, że nikt znienacka nie zwróci Wam na plecy. Minus jest zaś taki, że przed Wami rozpościerają się widoki na cały autobus. Sami zdecydujcie, co ważniejsze :)

Image

Image

Wymiotowanie w autobusie jest tak normalne, że kierowca ma przygotowany cały zwitek woreczków foliowych i , w odpowiednim momencie, podaje je do tyłu autobusu. Każdy pasażer zabiera sobie tyle, ile przewiduje wykorzystać i podaje zwitek na następne siedzenie. To bardzo dobry zwyczaj, bo pozwalał nam się zaopatrywać w woreczki foliowe podczas całej podróży (taki woreczek zawsze się do czegoś przydaje i zawsze ich za mało :D Natomiast sama sytuacja naprawdę nie jest miła - a zwłaszcza nieprzyjemne jest wrażenie "po". I nie chodzi mi zupełnie o wymioty - jakoś na to wrażliwa nie jestem. Po prostu bardzo szkoda mi było "winowajców", czuli zazwyczaj naprawdę duży wstyd. Nie dość, że samopoczucie ich dobijało, to jeszcze w dodatku doznawali ujmy na honorze, w dodatku w obecności białych.

Image
Trudno się zresztą dziwić. Dla kogoś, kto ma wrażliwy żołądek, takie zakręty, to zabójstwo. A co dopiero mówić o nieprzyzwyczajonych do nich pasterzach...

Image

Image
W Etiopii autobusami podróżuje się długo, nie da się ukryć. Dużo lepszym/szybszym sposobem przemierzania odległości wydają się być loty, zwłaszcza, jeśli ma się tak mało czasu na zwiedzenie tego kraju. Dla nas loty wewnętrzne nie wchodziły w grę ze względu na cenę (ale tak, jest jedna promocja - jeśli do Etiopii dolatujesz Ethiopian Airlines, to masz zniżkę 50% na wszystkie loty wewnętrzne). Jednak chyba bym się nie zamieniła. Podróż autobusem pozwala na lepsze, przynajmniej według mnie, poznanie kraju. I, przede wszystkim, ludzi, z którymi podróżujesz. A jadąc autobusami miejscowymi, nie poznajesz biznesmenów, tylko zwykłych mieszkańców - pasterzy, kobiety jadące na targ, rodziny, które podróżują wspólnie...Nie. Jestem pewna, że bym się nie zamieniła.

Image

Poza tym, jest jeszcze jeden plus - nigdy, przenigdy się nie zgubisz. Nikt cię nigdzie nie zostawi i, gwarantuję, nie zapomni o tobie :D Po pierwsze - jesteś główną atrakcją przejazdu (czasem na postojach nasi kierowcy rozmawiając z innymi z dumą wskazywali na nas, potakując głowami). No i nie ma żadnych szans, żeby autobus odjechał bez ciebie, bo po prostu nie jesteś w stanie wtopić się w tłum :D

Image
A w autobusie wcale nie jest nudno. Przeciwnie - cały czas jesteś tak zajęty, że nie wiesz, w co ręce włożyć :D Bo tak - masz obowiązki turystyczne (musisz się uśmiechać, oduśmiechiwać, machać i odmachiwać, dawać do dotknięcia włosy, pokazywać skórę na dłoni itp. Dodatkowo odpowiadasz na próby zagadywania i musisz się uczyć podstawowych słów w miejscowych narzeczach - poważnie, to bardzo przyjemne, że miejscowi zawsze chcą cię nauczyć jak np. mówi się : krowa). Równocześnie masz dylematy moralne - czy oczy trzymać szeroko otwarte (i podziwiać niesamowite widoki za oknem), czy zamknięte (żeby nie krępować tych, co wymiotują). A jak do tego dodasz jeszcze obowiązek gospodarski (mycie szyb w autobusie w celu robienia zdjęć), no to sami widzicie, że taka podróż, to bardzo pracowity okres :D

Image
No i w końcu Shire (o 19.30, zamiast o 16.40:) Ale nie obyło się bez drobnych utrudnień. Przed Aksum (podobno jakieś 20 kilometrów), wysadzono nas z autobusu i kazano się przesiąść do małego busika. Oczywiście szybko-szybko (ale tym razem kierowcy przeszli samych siebie - nim dobiegliśmy do busu, nasze plecaki już były przywiązane do jego dachu :D. Ale, niestety, nawet "szybko-szybko" i popychanie w plecy nie pomogło - bus był tak zapchany, że naprawdę nie było możliwości, żeby włożyć do niego nawet jedną rękę, a co dopiero mówić o ciele. W dodatku trzech :D Więc musieliśmy się trochę zbuntować :D Kierowcy pokiwali z politowaniem głowami (wiadomo - białas zawsze musi coś zepsuć :D i, na szczęście, podstawili jeszcze jednego busa :D (ale chyba mieli dosyć tego, że jesteśmy tacy problemowi, bo gdy UBŁAGAŁAM, żeby chwilę poczekali, bo muszę iść do toalety, to podczas mojej nieobecności podobno były zakusy, żeby już szybko-szybko jechać i zostawić to głupiutkie ferenji tam, gdzie jego miejsce :/ :D :D (o nie! nie będę więcej akceptować wymiotów w autobusach! Jakoś dla moich potrzeb fizjologicznych nikt nie jest tak wyrozumiały! :D

W Shire przywitał nas pan z bronią. Dla naszej ochrony (?) - jak stwierdził. Niezbyt wiedzieliśmy przed czym, ale na szczęście bus zatrzymał się pod jakimś hostelem, więc zaraz poszliśmy zapytać o pokoje. Za pierwszym razem się nie udało (pan zażądał 15 euro za pokój trzyosobowy. Trochę mnie to teraz śmieszy, ale wtedy wydało się nam za drogo :D Po paru minutach zrobiliśmy drugie podejście - inny pan pokazał taki sam pokój i zażądał 150 birrów (no, takie ceny, to ja rozumiem :D W dodatku obok był bar (tak, też sprawdziłam, oczywiście organoleptycznie :D Wstyd byłoby mi podawać nie sprawdzone informacje :D 13 birrów za butelkę :D

Każdy pokój miał wyjście na podwórko - niby patio. Bo obejrzeniu naszego, hm...lokalu, zgodnie stwierdziliśmy, że może wieczór spędzimy jednak po prostu na powietrzu :D

Image
Nasza łazienka. Ale na zdjęciu jest dowód, że z niej skorzystaliśmy :D Czerwone reklamówki na stopy na dnie, yyyyyyy....kabiny prysznicowej? :/ :D

Okazało się, że pozostałe pokoje są zajęte przez studentów, którzy wracali do domów z obchodów Timkat. I gdy tak sobie spędzaliśmy czas na świeżym powietrzu (były stoliczki i krzesełka, więc całkiem wygodnie się testowało napoje :D , jakoś powoli, najpierw pojedynczo, zaczęli się do nas dosiadać. I z samotnego wieczoru szybko zrobiła się wielojęzykowa impreza. Świetni ludzie, rozmowy z nimi uświadomiły nam wiele rzeczy (zwłaszcza otworzyły oczy na niektóre stereotypy o Etiopii funkcjonujące m.in. w Polsce). Wycięli nam jednak straszny numer. Było bardzo miło, ale gdzieś, z tyłu głowy (to właśnie jeden z tych stereotypów), czaiła się myśl - no tak, "studenci", znana śpiewka, pewnie zaraz poproszą o pieniądze na książki. I nie będziemy się umieli ich pozbyć, będą nachalni itp. (wstyd mi teraz bardzo, że tak pomyślałam, no ale niestety, to się działo niejako "poza mną"). I wiecie co nam zrobili? Nagle, jakoś w połowie bardzo ciekawej rozmowy, wstali, stwierdzili, że pewnie chcemy pobyć we własnym towarzystwie i odpocząć, pięknie podziękowali za rozmowę i po prostu sobie poszli do baru :/ :D :D :D Zostawili nas samych, z olbrzymim poczuciem niedosytu, odrzucenia i uczuciem wstydu ("jak mogłam tak pomyśleć?:/ :D Mało brakowało, a sami pognalibyśmy za nimi z ogromną nachalnością :D :D :D I to tyle w kwestii stereotypów :D

Image

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 26 Sie 2017 10:38, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
Kara uważa post za pomocny.
 
 
#36 PostWysłany: 24 Mar 2016 19:23 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 2406
Loty: 162
Kilometry: 257 065
pierwsza koszulka f4f, która zawitała do Etiopii ? :)
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off
marcant lubi ten post.
 
 
#37 PostWysłany: 24 Mar 2016 21:48 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 3114
Ojeju, ale Ci Etiopczycy to są ładni ludzie. Nawet nie przypuszczałam.
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Relacje PM off
gosiagosia lubi ten post.
 
 
#38 PostWysłany: 25 Mar 2016 13:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1157
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
Ale ta miejscowość faktycznie nazywała się Shire? Ciekawe czy jakiś fan Tolkiena ją tak nazwał, bo jak rozumiem Hobbitów nie było:)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#39 PostWysłany: 29 Mar 2016 19:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@marcino123, nie mam pojęcia:) niestety, nie była zbyt praktyczna - za szybko na niej widać brud :D
@Japonka76, bardzo. Naprawdę - niesamowicie harmonijnie zbudowani ludzie z pięknymi twarzami, a na dodatek przepięknie się poruszają. Ja byłam zachwycona. Nic chyba dziwnego, że mnóstwo kobiet i mężczyzn z Etiopii pracuje jako modele.
@dziabulek - tak, Shire to chyba "zangielszczona" nazwa i dodatkowo trochę inaczej się czytało:) oprócz tego - Szirie albo Inda Selassie. Hobbitów, niestety, nie zauważyłam. Odpowiednich pagórków również nie :)

Ranek był standardowo ciężki (nie dość, że znowu trzeba było wstać o 5.00 - te pory odjazdów autobusów są naprawdę męczące :D , to jeszcze wieczorne "przełamywanie stereotypów" to ciężka praca i potrafi nieźle dać w kość :D

Image

I chyba tylko tym porannym zmęczeniem mogę tłumaczyć błąd, jaki wtedy popełniliśmy. Ledwo, wlokąc nogę za nogą, wypełzliśmy z naszego pokoju, a zaraz podszedł do nas miły pan (w dodatku niesamowicie rześki i energiczny, jak na tę porę dnia) i oznajmił, że ma dla nas transport do Debark. Zabrzmiało interesująco, więc poszliśmy za nim. Okazało się, że podprowadził nas do dużego dostawczego samochodu, który z tyłu miał coś w rodzaju chłodni :/ :D I prawie zgodzilibyśmy się pojechać (choć zastanawiało nas mocno, gdzie będziemy siedzieć :D, ale zniechęciła nas cena. Początkowo pan zażądał 600 birrów za naszą trójkę, później, gdy powiedzieliśmy, że za drogo - obniżył cenę do 500. Nadal wydawało się to nam zbyt dużą kwotą (:/ do tej pory nie mogę w to uwierzyć. "Zbyt dużo", "negocjacja" - przecież te słowa zupełnie nie pasują do "nam" :D ) (poza tym - to naprawdę nie była "zbyt duża kwota". Nie wiem, co się nam stało w głowy :/ :D , podziękowaliśmy więc i ruszyliśmy w stronę dworca.

Image

Do tej pory trochę żałujemy - taka podróż samochodem dostawczym mogłaby być niezłą przygodą. Choć, z drugiej strony, gdyby umieszczono nas w chłodni bez okien, moglibyśmy stracić dużo ze wspaniałych widoków.
Na dworcu byliśmy przed 6.00, rozmowy z panem trochę nam zajęły, więc tym razem nie stawiliśmy się karnie o jedynej słusznej porze - 5.00 :/ :D Niewiele to zmieniło, bo dworzec wyglądał standardowo - tłum ludzi pod zamkniętą bramą :D Jednak i tym razem wzbudziliśmy czyjąś litość (zaczynamy się powoli w tym specjalizować :D i jakiś miły pan (bardzo miły) wprowadził nas do środka przez małą, boczną bramkę (a'propos - wydaje mi się, że to wyjątkowa informacja praktyczna. Wygląda na to, że każdy dworzec ma takie małe, magiczne bramki. Jednak informacją praktyczną o wyższej wartości byłaby porada, jak zrobić, żeby na zawołanie wywoływać litość :D Gdyby ktoś miał jakiś pomysł - oczekuję na privie :D To bardzo przydatna umiejętność, bo pozwala na spokojne znalezienie swojego autobusu. Tym razem nam się udało i po chwili siedzieliśmy w autobusie, dworcowy armagedon oglądając spokojnie zza szyby (bilet do Debark - 135 birrów. I tym razem nie kazano płacić za bagaże - oj, musieliśmy wzbudzać wyjątkową litość :D

Image

Widoki - jak zwykle zachwycające. Natomiast, nauczeni doświadczeniem, postanowiliśmy nie zadawać nikomu naiwnego pytania "o której będziemy w Debark?" :D Właściwie mottem tej podróży mogłoby się stać : nie oczekuj, to się nie zawiedziesz :D

Image

I pierwszy postój - początkowo myśleliśmy, że na toaletę. Jednak później okazało się, że to...granica. Otóż Etiopia podzielona jest na osiem stanów i przejazd przez granicę poszczególnych stanów wymaga kontroli, a od miejscowych - specjalnego zezwolenia? czegoś w rodzaju wizy? Trudno powiedzieć. Smutno i przykro było patrzeć, gdy nasi współpasażerowie wychodząc z autobusu byli przeszukiwani przez uzbrojonych pobratymców, a ich bagaże dokładnie przegrzebywane. Wygląda to tak - autobus zatrzymuje się przed sznurem rozpiętym w poprzek drogi, wszyscy wysiadają (miejscowi przy wyjściu podlegają kontroli osobistej, białasy są ignorowane), następnie wszyscy pasażerowie czekają pod autobusem (próbowałam palić, niestety, nie pomagało. Ot, służbiści :/). Kontrolerzy wchodzą do autobusu, przeglądają bagaż (jeden raz i mi się to przytrafiło - z niewiedzy zostawiłam podręczny plecak w środku. Później zawsze zabieraliśmy rzeczy ze sobą - miejscowi nie mieli takiego przywileju). Następnie kontrolerzy wchodzą na dach, przeglądają bagaże główne i dopiero wtedy, pokazawszy wcześniej zezwolenia na podróż, pasażerowie mogą do autobusu powrócić. Czasem może to trwać i ponad godzinę...

Image

Za pierwszym razem nas zaskoczyli, ale postanowiliśmy, że następny raz już im się nie uda. Mamy dosyć silnie rozwiniętą potrzebę "bycia w grupie i z grupą", więc wychodząc z autobusu za drugim razem, zdecydowanie stanęłam przed panem od osobistej kontroli. Najpierw udawał, że mnie nie widzi. Więc rozłożyłam ręce do przeszukania i trąciłam go zachęcająco (wiem, trochę głupie, ale uwierzcie - dużo bardziej głupio nam było korzystać z uprzywilejowanej pozycji). Pan najpierw się stropił, później wybuchnął śmiechem - to rozładowało nerwową atmosferę i całe przeszukiwanie autobusu przeszło dużo szybciej i w dużo bardziej przyjaznej atmosferze. Marcin i Ala poszli jeszcze dalej, stając się bohaterami autobusu :D Gdy zobaczyli, że panowie wchodzą na dach kontrolować olbrzymie ilości przykrytego plandeką bagażu głównego (wyobraźcie sobie ile to mogłoby trwać :/), z oburzeniem oznajmili, że to nasz bagaż :/ :D A ponieważ bagażu białasów się nie kontroluje, plandeka pozostała nienaruszona, my przyspieszyliśmy podróż o jakąś godzinę, a współpasażerowie pokochali nas tak bardzo, że w podzięce poszerzyli lekcje miejscowych języków o nazwy poszczególnych gatunków bydła :/ :D (swoją drogą, niezłe muszą mieć tam zdanie o białasach:/ nie wiem, jak ktoś mógł uwierzyć, że trójka turystów potrzebuje całego, olbrzymiego bagażnika dachowego na swoje klamoty:D Z drugiej strony - to trochę smutne...

Image
I postój na posiłek. Na injerę się nie skusiliśmy, za to na kawę i herbatę - owszem (5 i 3 birry).

Image
Ulica w miasteczku postojowym. Miejscowych to nie dziwiło, więc i my udawaliśmy, że to normalne.

Image
W miasteczkach cały czas można było zauważyć jeszcze końcówkę Timkatu. Przejazd przez niektóre miejsca był zdecydowanie utrudniony.

Image
Ale trochę przerażająco to może wyglądać, zwłaszcza, gdy się nie wie, że kije to atrybut grup porządkowych podczas obchodów święta.

Image
Etiopczycy bardzo dbają o obuwie. Wszędzie, nawet w najmniejszych miasteczkach, są stanowiska pucybutów. W ten sposób najczęściej zarabiają dzieci i młodzież.

Image
W tym rejonie był to dosyć częsty widok - broń nosili prawie wszyscy.

Image
A tak wygląda strażnik granicy.

Image
Jedziemy coraz dalej, coraz wyżej. Za oknami - bajeczne widoki.

Image
Niestety, w tym rejonie znacznie wzrosło zapotrzebowanie na woreczki foliowe wśród naszych współpasażerów :/

Image

Jednak dość szybko się okazało, że to wszystko, to dopiero wstęp do prawdziwych atrakcji. Dosyć szybko droga zaczęła się zmieniać...
Image

Image
Mniej więcej w tym miejscu zgasł silnik naszego autobusu...I zaczęliśmy się bardzo powoli staczać do tyłu...I to był moment, w którym stwierdziłam, że te woreczki od kierowcy, to być może bardzo dobry pomysł...:/ :D

Image
Cóż mogę powiedzieć - może droga i nie najlepsza, za to widoki.....

Image
I jesteśmy. Godzina 14.00 - Debark. Okazało się, że w autobusie podróżuje z nami bardzo sympatyczne małżeństwo z Polski, które również planuje wybrać się w Góry Semien. Postanowiliśmy więc połączyć siły - czyli najpierw znaleźć jakąś kawę i zastanowić się, co robimy dalej :D Kawa znalazła się dosyć szybko (5 birrów), dosyć szybko znalazło się też mnóstwo osób, które chciało nas w owe góry zabrać :D Jednak ceny za dwudniową wycieczkę (na dłuższą po prostu nikt z nas nie miał czasu) szybko okazały się zaporowe - 200 dolarów od osoby. Mogę się pochwalić, że weszłam tu na wyżyny nowej umiejętności negocjacyjnej, czyli tzw. "negocjacji upartej" :D Polega ona na tym, że uparcie, nie zważając na swojego współrozmówcę, powtarza się w kółko wybraną przez siebie cenę. W tym przypadku było to 50 dolarów (zgodnie uznaliśmy, że tyle jesteśmy w stanie zapłacić). Cena ta jednak nie zyskała uznania w oczach sprzedawcy (jednak moja upartość już tak - na końcu zszedł do 85 dolarów), więc pożegnaliśmy się (mam nadzieję, że w zgodzie. Nie wiem, jakoś od czasu Maroka boję się klątw :D
No dobrze, nie będę przed Wami zatajać - poszło tak łatwo (w sensie : jednak nie kupiłam tej wycieczki, pomimo moich zdolności w tym kierunku :D, bo byliśmy wyposażeni w wiedzę tajemną, pozyskaną od pana Briggsa z przewodnika. Otóż najtańszy sposób na zorganizowanie wyprawy w Góry Semien, to samodzielne wybranie się do biura parku narodowego w Debark i zorganizowanie tego na własną rękę, bez pośredników. Do biura bardzo łatwo trafić - mieści się ono przy drodze do Gonderu, jakieś 10 minut piechotą od hotelu Simien Park.

Image
Skauci czekający przed biurem na zlecenia.

Wizyta w biurze jest bardzo wskazana - można wtedy ułożyć sobie wycieczkę dopasowaną do własnych potrzeb i zasobności portfela. Z niektórych rzeczy można zrezygnować, inne dołożyć - wszystko według wywieszonego w biurze cennika. Nie można tylko zrezygnować ze skauta (żeby chodzić po Parku Narodowym Semien, trzeba mieć własnego ochroniarza), samochodu (bo trzeba jednak czymś tam podjechać), biletów wstępu i namiotów (jeśli wybiera się wycieczkę z noclegiem). Cała reszta - według uznania.
I oto dokładne ceny:

Image

Image

Image

Po spędzeniu kilkudziesięciu minut na dyskusjach i analizach, udało się nam złożyć dwudniową wycieczkę dla pięciu osób (zrezygnowaliśmy z przewodnika, kucharza, jedzenia itp - czyli wszystkiego, co generowało dodatkowe koszty) za....78 dolarów od osoby :D No tak, rekiny biznesu, to samo mogliśmy mieć 2 godziny wcześniej za 85 dolarów, gdybyś zakontraktowali wycieczkę u sprzedawcy napotkanego przy autobusie :D No ale z drugiej strony, satysfakcja z "samodzielnego" działania - bezcenna....

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda 27 Sie 2017 11:16, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
 
 
#40 PostWysłany: 29 Mar 2016 20:02 

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 786
platynowy
Widze, że są dwie różne szkoły jeżdżenia etiopskimi autobusami i minibusami. My woleliśmy siedzieć z przodu, najlepiej w pierwszym rzędzie. Dzięki temu nie widzieliśmy tych wszystkich wymiotujących ludzi a tylko ich słyszeliśmy :-) i na prośbę kierowców podawaliśmy tylko do tyłu torebki foliowe...

Zazdroszczę Danakilu, generalnie rzecz biorąc Etiopia to póki co jeden z moich top 3 w Afryce.
_________________
Azerbejdżan - zakończona
Laponia - zakończona

Komory | Bahrajn | Senegal | Santiago de Chile | Guca | Ladakh | Palestyna | Athos | Ziemia Ognista | Syberia zimą

Instagram: @podruuznik
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
 [ 82 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group