Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 5 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 18 Wrz 2017 00:30 

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 916
platynowy
W sumie to był krótki wyjazd i nie miałem w planach niczego pisać. Ale wena po nocy nie daje spać a resztki rozsądku nie pozwalają mi szukać kolejnych tanich lotów, to coś jednak skrobnę.

Będzie o sakrum i o profanum. O pijaństwie i o pobożności. O (prawie) gołych tyłkach i o zakonnicach. Będzie o trąbkach i o klasztorach. Czyli krótko mówiąc będzie o wyjeździe do Gucy.

Sam pomysł pojechania na festiwal chodził za mną od lat ale co roku albo zapominałem o terminie i nie mogłem trafić na tanie bilety albo w tym samym czasie rzucało mnie gdzie indziej. W tym roku udało się wreszcie załatwić tani dolot do Belgradu, zarezerwować samochód i znaleźć względnie tanie noclegi. Nie w samej Gucy, tam za noc życzyli sobie ponad 100 euro a na spanie pod namiotem jakoś nie mieliśmy ochoty. Skoro i tak mamy samochód to dojeżdżanie codziennie 20 km jakoś przeżyjemy - tak sobie naiwnie myśleliśmy.

No to jedziemy! A gwoli ścisłości najpierw lecimy do Belgradu, lądujemy tam późną nocą. Wynajęcie samochodu zajmuje nam dobre pół godziny, obsługa jest jakaś niemrawa. Zostaję pouczony o wysokości mandatów w Serbii.
Załącznik:
20728788_10156508123004689_4139333309639729031_o.jpg

Pozycja o słuchaniu głośnej muzyki to oczywiście temat do żartów, pracownik Europcaru nie ma chyba jednak poczucia humoru i z kwaśną miną zauważa, że ta kara raczej mi nie grozi. Dopiero jak wsiadam do samochodu, orientuję się w czym rzecz. W środku nie ma radia. Nie ma żadnego wejścia na usb, nie ma wspomagania kierownicy, elektrycznych szyb i generalnie prawie niczego, do czego przyzwyczaiłem się wynajmując samochody. Przez najbliższe trzy dni będziemy mieli przyjemność jeżdżenia najprostszą możliwą wersją VW Polo. Welcome to Serbia.

Jedziemy po nawigacji z telefonu do naszego hotelu przy lotnisku. Po drodze ciemno jak cholera, latarni albo nie ma albo ledwo się palą a mijające samochody walą długimi światłami po oczach. Na szczęście nasze miejsce noclegowe nie jest zbyt daleko. Zgodnie z mailem od właściciela po pewnym czasie "mamy skręcić w prawo koło dużego drzewa (oczywiście w nocy prawie go nie widać...), potem w lewo w drogę szutrową wzdłuż wysokiego muru a po trzystu metrach zatrzymać się koło domu z niebieską bramą". Trafiamy bez blędu. Hotel okazuje się być zwykłym domem, w którym dwa pokoje podnajmowane są turystom. Ale jest czysto i schludnie, więc nie narzekamy. Szybka wymiana uprzejmości z gospodarzem i koło pierwszej w nocy wreszcie idziemy spać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Yukon - tworzy sie
Azerbejdżan - zakończona

Laponia | Komory | Bahrajn | Senegal | Santiago de Chile | Guca | Ladakh | Palestyna | Athos | Ziemia Ognista | Syberia zimą

Instagram: @podruuznik
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
malisz uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 20 Wrz 2017 23:21 

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 916
platynowy
Dzień pierwszy.

Wstajemy późnym rankiem, wciągamy na śniadanie rogale z czekoladą, pakujemy się i ruszamy w drogę.

Przed nami 150 km po serbskich drogach. Przydaje się doświadczenie jeżdżenia po Polsce w latach 90. Droga jest wąska, z reguły jest po jednym pasie w każdą stronę i często bez pobocza. Ciężarówek sporo, tylko nie bardzo jest je jak wyprzedać bo lokalni drogowcy nie żałowali farby na podwójną ciągłą linię. Wleczemy się jakieś 60km/h, mamy sporo czasu na podziwianie widoków, tylko tych widoków jakoś specjalnie nie ma. Serbska prowincja, podobnie jak drogi, przypomina nasz kraj 25 lat temu. Stare zachodnie samochody, domy w formie klocków oraz dużo szyldów reklamujących lokalny small business.

Zupełnie nieoczekiwanie wjeżdżamy na autostradę, praktycznie pustą, pewnie dlatego, że płatną. Dojeżdżamy nią prawie do Cacaka, gdzie mamy nasz hotel.

Hotel położony jest w pięknej okolicy. Z lewej strony stacja benzynowa, z prawej salon samochodowy, z tyłu parking dla ciężarówek a z przodu szeroka ulica. Z nazwy Lake Hotel a żadnego jeziora w okolicy nie widać. Ale miejsce jest tanie i schludne, więc nie ma na co narzekać. Zostawiamy nasze bagaże, jemy obiad i jedziemy w kierunku Gucy.

Droga jest kręta, prowadzi najpierw dosyć stromo pod górę, potem z góry. Ruch niewielki a do tego wszystkie samochody jadą w przeciwnym kierunku niż my. Tak jakby żadnego festiwalu na który podobno zjeżdżają się tysiące ludzi nie było. Zaczynam się na dobre zastanawiać, czy przypadkiem nie pomyliłem terminów.

Dopiero przy wjeździe do samej Gucy widzimy szlabany i policję kierującą nas na parkingi na obrzeżu miasta. Parkingi to po prostu łąki otoczone palikami, ich właściciele robią interes życia wynajmując miejsca postojowe za ok. 10 euro. Z jakiegoś dziwnego powodu od nas nikt nic nie chce więc zostawiamy samochód i idziemy w kierunku centrum miasta.

Upał, temperatura sporo ponad 30 stopni, na niebie nie ma żadnej chmury. Pomimo tego ludzie albo sami smażą kiełbasy albo kupują coś do jedzenia przy grillach rozstawionych przy drodze. Do tego obowiązkowe zimne piwo. Ktoś kąpie się w rzece, jedna z dziewczyn wchodzi do lodówki z napojami próbując w ten sposób uchronić się przed gorącem.
Załącznik:
guca6.jpg

Atmosfera jak następnego dnia po weselu, wszyscy poruszają się jakby w zwolnionym tempie, sporo osób najwyraźniej jeszcze dochodzi do siebie po szaleństwach dnia poprzedniego. W paru miejscach pod ścianą leżą instrumenty dęte, czekając na swoich właścicieli. Z głośników przy straganach leci yugo disco.
Załącznik:
guca1.jpg

Za parę godzin ma być podobno parada zespołów uczestniczących w konkursie, do tego czasu chronimy się w cieniu w jednym z barów próbując przy zimnym winie przetrwać upały.

Po pewnym czasie temperatura spada, można ponownie wyjść na słońce. Chodzimy powoli po mieście, które powoli budzi się z południowego otępienia. Na ulicach jest coraz więcej ludzi. Co parędziesiąt metrów spotykamy małe grupki trębaczy, grają w kółko parę kawałków i biorą za to napiwki. Ludzie tańczą w takt muzyki, niektórzy nawet odrywają się od swojego jedzenia i z widelcem albo talerzem w ręku podrygują i zachęcają muzyków do głośnego grania. Klimat jakby żywcem wzięty z filmów Kusturicy.
Załącznik:
guca2.jpg

Załącznik:
guca5.jpg

Załącznik:
guca 3.jpg

Zaczyna się parada oficjalnych uczestników konkursu. Głownymi ulicami miasteczka przechodzą paroosobowe kapele, każda prowadzona przez przaśne południowosłowiańskie dziewczęta. Sądząc po mętnych oczach niektórych z trębaczy, przygotowanie się do konkursu skutkowało niejedną bezsenną nocą i sporym odwodnieniem się...
Załącznik:
guca4.jpg

Załącznik:
guca7.jpg

Według oficjalnego programu o 19 na głównym stadionie mają zacząć się właściwe koncerty. Do tego czasu chodzimy po mieście i chłoniemy miejscową atmosferę.

Guca to taki spory odpust gdzieś na prowincji. Są karuzele, stoiska z tandetnymi pamiątkami i watą cukrową. Można tu też kupić garnki, noże, majtki (a raczej ogromne majtasy, rozmiar XXL), piece grzewcze a swoje towary wystawia nawet producent traktorów. Chodząc pomiędzy tymi wszystkimi straganami można nawet zapomieć o tym, że głównym powodem przyjazdu tutaj jest bałkańska muzyka ludowa.

Około 19 wchodzimy na stadion. Ludzi jakby mało. Czas mija, nic się nie dzieje. Mija pół godziny, potem drugie pół, tłum pod sceną trochę gęstnieje ale nie zanosi się na żadne występu. Tak jakby organizatorzy niespecjalnie przejmowali się jakimkolwiek harmonogramem.

Dopiero koło 21 zaczyna się coś dziać. Pojawiają się pierwsi muzycy, zapalają się światła, konferansjer zapowiada coś po serbsku. Zaczyna grać miejscowa gwiazda.
Załącznik:
guca8.jpg

Załącznik:
guca9.jpg

Już od pierwszych taktów muzyki nogi same zaczynają się poruszać, ciała zaczynają kiwać się do taktu. Publiczność podskakuje, klaszcze, krzyczy. W górę lecą kubki po piwie, niektóre nawet nie do końca puste. Z utworu na utwór zabawa rozkręca się coraz bardziej, nawet nie podejrzewałem, że ta muzyka jest aż tak skoczna i żywiołowa. Z drugiej strony spora część publiki stymuluje się napojami wyskokowymi, rekordziści są w międzyczasie nawet w stanie zasnąć przy samym głośniku. Trzeba jednak przyznać, że pomimo sporej ilości promili i słowiańskiej fantazji nie ma tu żadnych burd ani zaczepek (wspomniałem już, że na straganach można kupić noże?), wszyscy wspólnie się bawią.
Załącznik:
guca10.jpg

Po koncercie gwiazdy przychodzi czas na prezentację zespołów konkursowych. Każdy prezentuje po dwa utwory, jeszcze bardziej podgrzewające atmosferę.

Koło pierwszej w nocy zaczynamy się zbierać. Czujemy się trochę jakbyśmy wychodzili z niezłej imprezy w samym jej środku. Wszyscy dookoła tańczą a muzyka cały czas gra. Słyszymy ją nawet wchodząc do samochodu, będąc dobrych paręset metrów od sceny.

Od hotelu i wymarzonego łóżka dzieli nas tylko 20 kilometrów. Zajmuje nam to o wiele więcej czasu niż planowane - przed nami wlecze się wolno inny samochód, z gracją i dostojeństwem podchodzący do każdego zakrętu, zwalniając przy tym do paru km/h. Jesteśmy prawie pewni, że kierowca jest pod wpływem. Ale kontrola policyjna z alkomatem tuż przed samym Cacakiem przepuszcza go bez problemów.

Dojeżdżamy do naszego hotelu, resztką sił dochodzimy do pokoju i padamy na łóżka, szybko zasypiając po dniu i połowie nocy pełnych wrażeń.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Yukon - tworzy sie
Azerbejdżan - zakończona

Laponia | Komory | Bahrajn | Senegal | Santiago de Chile | Guca | Ladakh | Palestyna | Athos | Ziemia Ognista | Syberia zimą

Instagram: @podruuznik
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
malisz uważa post za pomocny.
 
 
#3 PostWysłany: 25 Wrz 2017 21:42 

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 916
platynowy
Dzień drugi

Wreszcie można się wyspać. Do tego stopnia, że przesypiamy śniadanie w hotelu, na szczęście udaje się załatwić coś do jedzenia poza oficjalnymi godzinami działania restauracji.

Myślimy co by tu w robić. Festiwal w Gucy rozkręca się dopiero popołudniem, nie ma sensu jechać tam wcześniej. Wybór pada na wąwóz Ovcar - Kablar, zwany podobno serbskim Athosem (hm, jak się później okazuje, trochę na wyrost).

W średniowieczu miejsce to było raczej ciężko dostępne, skorzystali z tego prawosławni duchowni chowając się przed Turkami. Od XIV wieku zakładali tu swoje klasztory, szło im to tak dobrze, że założyli ich parę setek. Do naszych czasów dotrwało tylko dziesięć, reszta nie przetrwała wojen i okupacji tych terenów przez Imperium Osmańskie.

Te ocalałe klasztory można podzielić na dwie kategorie. Pierwsza to stare, klimatyczne miejsca, gdzie mury pękają a freski są już troche zniszczone albo okopcone od palących się w środku świec. Druga to świeżo odnowione budynki, z jeszcze nie do końca wyschniętą białą farbą, jakby dopiero co wybudowane i oddane do użytku parę tygodni temu. Nietrudno zgadnąć, która kategoria przypada nam bardziej do gustu.

Tego dnia na dłużej zatrzymujemy się w dwóch klasztorach. Pierwszy to Blagovestenje. Położony prawie w centrum miasteczka Ovcar Banja a sprawia wrażenie, jakby stał gdzieś na pustkowiu, z dala od cywilizacji. Do środka wpuszcza nas starsza zakonnica, z miłym uśmiechem na ustach cały czas pilnuje, żebyśmy tylko nie robili zdjęć we wnętrzu cerkwii. A szkoda, bo stare freski aż proszą o to, żeby pokazać je światu. Pozostaje tylko cyknąć parę fotek na zewnątrz.
Załącznik:
Guca21.jpg

Drugi klasztor zasługujący na dłuższy pobyt to Manastir Nikolje. Trafiamy tu na nabożeństwo chrztu, gości niewielu a i tak wszyscy nie mieszczą się wnętrzu cerkwii. Czekamy spokojnie, na jego koniec podziwiając kolekcję win w miejscowym sklepiku z dewocjonaljami. Po parunastu minutach obrządek się kończy, uczestnicy przenoszą się na zewnątrz i siadają przy zastawionych stołach. Mamy całą cerkiew dla siebie a do tego nigdzie nie widać zakazów fotografowania. To korzystamy na całego.
Załącznik:
Guca22.jpg

Załącznik:
Guca23.jpg

Załącznik:
guca24.jpg

Odwiedzamy jeszcze parę innych klasztorów ale sakralnego klimatu w nich tyle, co w supermarkecie przed Bożym Narodzeniem.

Przechodzimy z jednego wszechświata do drugiego gdy późnym popołudniem przyjeżdżamy znowu do Gucy.

Znajdujemy sobie miejsce w knajpie przy pomniku trębacza i patrzymy, co się dzieje. Impreza trwa już w najlepsze, znowu są tańce na ulicach, alkohol leje się strumieniami. Zespoły grają na ulicach, ludzie tańczą.
Załącznik:
guca25.jpg

Załącznik:
Guca26.jpg

Załącznik:
Guca27.jpg

Nowym elementem krajobrazu są skąpo ubrane Cyganki (chociaż kto wie, może to Serbki o wyjątkowo ciemnej cerze). Chodzą od jednej grupki mężczyzn do drugich, obejmują ich, potrząsają tą czy inną częścią ciałą oczekując w zamian drobnej zapłaty. A potem oddalają się na chwilę na bok przekazując pieniądze jakiemuś grubemu i bezzębnemu brodaczowi odpalającemu jednego papierosa od drugiego. No cóż, każdy chce zarobić na festiwalu. Wygląda to na rodzinny biznes, przekazywany z pokolenia na pokolenie. W grupie tańczących są też młode dziewczynki, przyuczają się teraz do fachu, przejmą pewnie interes za kilka lat.

Pomimo nowej tendencji na forum i ewidentnemu zapotrzebowaniu niektórych użytkowników, zdjęć skąpo ubranych Cyganek nie będzie.

Spędzamy kolejnych parę godzin włócząc się po mieście. Tłum dzisiaj jakby większy. Podobno na Gucę co roku przyjeżdża paręset tysięcy ludzi. Liczba wydaje się trochę zawyżona ale impreza jest popularna choć chyba głównie wśród Serbów. Stosunkowo niewiele samochodów ma rejestrację z innych krajów, rzadko słyszy się też na ulicach jakikolwiek inny język, choć bez problemu można się tu dogadać po angielsku czy rosyjsku.
Załącznik:
Guca28.jpg

Pomni doświadczeń dnia poprzedniego niespecjalnie przejmujemy się oficjalnym programem i pod scenę koncertową udajemy się dopiero koło godziny 21. Koncerty dzisiaj są jakby bardziej smętne, mniej żywe a publika reaguje trochę mniej entuzjastycznie. Tak jakby wszystkich dopadło przesilenie albo zmęczenie materiału.

Wytrzymujemy do 23, potem jedziemy do hotelu. Powtarza się historia z wczoraj, przez całą drogę jedzie przed nami zygzakiem inny samochód, ale kontrolę alkomatem przechodzi bez żadnego problemu. Zresztą całe to sprawdzanie wygląda trochę jak jeden wielki pic na wodę. Dmucha się przez niecałą sekundę w kierunku urządzenia trzymanego przez policjanta jakieś 10 centymetrów od nas. Nie wiem, czy serbskie alkomaty są takie czułe, czy chodzi o to, żeby przypadkiem kogoś nie złapać, bo potem będzie kłopot, formalności i inne takie.

Koło północy zasypiamy, trzeba zebrać siły na ostatni dzień festiwalu.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Yukon - tworzy sie
Azerbejdżan - zakończona

Laponia | Komory | Bahrajn | Senegal | Santiago de Chile | Guca | Ladakh | Palestyna | Athos | Ziemia Ognista | Syberia zimą

Instagram: @podruuznik
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
malisz uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 28 Wrz 2017 23:26 

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 916
platynowy
Dzień trzeci

To w zasadzie powtórka z rozrywki - wczorajsze podejście zdało egzamin więc dziś robimy dokładnie tak samo. Czyli przed południem odwiedzamy pozostałe klasztory fundując sobie strawę duchową a potem jedziemy do Gucy, zaspokajając bardziej hedonistyczne zapędy.

Wczorajsze monastyry leżały wszystkie blisko rzeki, dziś odwiedzamy te położone w miejscowych górach.

Na pierwszy rzut idzie klasztor Sretenje. Już sam dojazd do niego jest niezłą atrakcją, na wąskiej dróżce, krętej i prowadzącej stromo pod górę nasz samochód ledwo co zipie. Ale w końcu udaje nam się dojechać na miejsce. Przechodzimy przez nowiutką bramę, obchodzimy miejscową cerkiew dookoła, jest niepozorna i odnowiona. Długo szukamy w okolicznych zabudowaniach kogoś, kto wpuści nas do jej środka. Dopiero po pewnym czasie przychodzi do nas zakonnica, bierze masywny klucz i otwiera drzwi świątyni.

W środku pierwsze co nas dopada to przysłowiowy opad szczęki. Jest przepięknie. Dobrze zachowane freski mienią się wszystkimi kolorami tęczy, krucyfiksy rzucają cienie, poruszające się na ścianach dzięki migocącym płomieniom świec. Można spędzić tu dużo czasu po prostu siedząc i patrząc na to wszystko. Tylko zdjęć nie można robić.

Dajemy zakonnicy niewielki datek na renowację cerkwii. Ta w rewanżu zaprasza nas na kawę i ciasto. Rozmawiamy trochę o trudach życia w klasztorze, posługując się mieszanką polsko-rosyjsko-serbsko-migowego. Dostajemy też butelkę wina robionego przez siostrzyczki w chwilach wolnych od modlitwy. Do samolotu go nie weźmiemy, trzeba będzie wypić wszystko po drodze.

Niecały kilometr dalej leży drugi, tym razem męski klasztor Svete Trojice. Kilometr w linii prostej, dla naszego samochodu oznacza to pokonanie chyba setki zakrętów, jadąc sporym objazdem. Ze Świętą Trójcą Turcy paręset lat temu obeszli się trochę bardziej brutalnie, ich wizytę przetrwało tylko parę malunków, za to wszystkie z wydrapanymi twarzami. Reszta została zniszczona a prawie całe wnętrze monastyru pomalowane jest teraz śnieżnobiałą farbą.
Załącznik:
guca31.jpg

Rozmawiamy trochę z mnichem, jednym z trzech, którzy tu zostali. Wychodzi na to, że prawie wszystkie okoliczne klasztory cierpią na brak nowych powołań, wydaję się kwestią czasu że niedługo je zamkną albo przerobią na muzea.

Koniec zwiedzania na dziś, czas na jakieś niezdrowe, tłuste jedzenie i piwo. Jedziemy do Gucy.
Załącznik:
guca35.jpg

Po przybyciu na miejsce od razu widać, że festiwal niedługo się kończy. Ludzi jakby mniej, na parkingach pustawo, atmosfera jakaś taka schyłkowo-dekadencka. Może to też z powodu zmiany pogody, dziś jest pochmurno i o wiele chłodniej niż wczoraj. Te same śniade Serbki, które wczoraj były bardziej gołe niż ubrane dziś otulone są puchowymi kurtkami. Ale cały czas wdzięczą się do podpitych facetów.

Siadamy w miejscowej knajpie, chwilę później niebo funduje nam prawdziwe piekło. Zaczyna padać, tak jakby ktoś z góry lał na nas całe wiadra wody. Momentami przez ścianę wody nie widać nawet budynków po drugiej stronie ulicy a chodnikami płynie prawdziwa rzeka. Nie przeszkadza to w dobrej zabawie. Nasi sąsiedzi z pobliskiego stolika urządzają sobie chyba konkurs mokrych spodenek pląsając w strugach deszczu. Co odważniejsi kładą się na asfalcie i symulują pływanie. A potem wszyscy wracają do baru na kolejną kolejkę.
Załącznik:
guca34.jpg

Godzinę później deszcz ustaje, zza chmur wychodzi słońce. Znowu ruszamy w miasto.
Załącznik:
guca37.jpg

Kręcimy się trochę wśród straganów. Niektóre powoli już się zwijają, oferując posezonowe wyprzedaże. Szczególnie intrygujące są te z koszulkami, można tu sporo dowiedzieć się o sympatiach przynajmniej części serbskiego społeczeństwa. I też o jego traumach i miejscami odmiennym sposobie postrzegania rzeczywistości. Bo o ile można zrozumieć chodzenie w koszulce z Putinem, godłem Rosji czy jej ostatnim carem, o tyle noszenie na piersiach podobizny pewnego generała i tutyłowanie go oswobodzicielem za cyniczne morderstwo tysięcy bezbronnych ludzi w Srebrenicy jest już chore.
Załącznik:
guca32.jpg

Odwiedzamy miejscowe muzeum trąbki. Główna wystawa jest raczej średnia, o wiele ciekawsza jest sala na pierwszym piętrze dokumentująca działalność miejscowego koła gospodyń, ze szczególnym uwzględnieniem ich podróży odbytych w ubiegłym wieku i poprzednim ustroju.

Zupełnie przypadkiem trafiamy na jeden z lepszych ulicznych zespołów. Poziomem i interakcją z publicznością odstaje dużo ponad średnią w Gucy. Prawie godzinę wraz z innymi ludźmi bawimy się w rytm skocznej muzyki. Przegląd utworów jest dosyć spory, od klasycznych bałkańskich kawałków po covery Beastie Boys.
Załącznik:
guca33.jpg

Wieczorem znowu idziemy na stadion. Dziś w planie są finalne występy uczestników konkursu, potem głosowanie i ogłoszenie zwycięzców. A na koniec koncert gwiazdy - grać będzie Bregovic ze swoim zespołem.

Trzeba przyznać, że jak na moje niewykształcone ucho poziom zespołów jest wysoki. Publika znowu szaleje, nogi same podskakują w rytm muzyki. Jedyny zgrzyt, bardziej organizacyjny to reklamy często wyświetlane na telebimach obok sceny. No bo jak tu pogodzić skoczne utwory i wygibasy trębaczy na scenie z sielskim i spokojnym filmem reklamującym jakąś wodę źródlaną?

Bawimy się wraz z innymi, szczególnie dobrze słuchając zwycięzkiego zespołu. A potem czekamy na koncert Bregovica. Tłum spory, ludzie tłoczą się pod sceną. Piętnaście minut spóźnienia, pół godziny, wreszcie jakoś przed 22 gwiazdy wychodzą na scenę i zaczynają grać. I... jest średnio. Zupełnie niefolkowo, piosenki są raczej w klimacie elektro-popu. Kompletnie nie pasują nam do tego festiwalu. Wytrzymujemy trzy utwory a potem decydujemy się wyjść.

Robimy sobie pożegnalny spacer uliczkami Gucy. Tak jak cały tegoroczny festiwal powoli się kończy, tak samo wypala się chyba powoli pierwotna idea, jaka kiedyś przyczyniła się do powstania całej imprezy. Coraz mniej ważna jest muzyka, coraz bardziej przypomina to wiejski festyn. Priorytetem jest opychanie się mięsem, przejechanie się na karuzeli albo kupowanie tandetnych suwenirów. Discołomot wypiera klasyczne trąbki czy tuby, wychodząc chyba naprzeciw oczekiwaniom konsumenta. Za dwa lata, pięć albo dziesięć cały festiwal zmieni się chyba nie do poznania, kto chce posłuchać dobrej muzyki dętej powinien się pośpieszyć.
Załącznik:
guca36.jpg

W trochę smutnym nastroju wsiadamy do samochodu. Droga powrotna do Belgradu jest trochę męcząca, po nocy jeździ się jeszcze gorzej niż za dnia. Sporą część trasy pokonujemy trzymając się za ciężarówką mającą za nic ograniczenia prędkości. W końcu łapie ją policja.

Wracamy do naszego hotelu koło lotniska, serwujemy sobie parugodzinną drzemkę a potem jedziemy na nasz poranny samolot. Pomimo uzgodnień nikt z biura wynajmu samochodu na nas nie czeka, skrzynki na wrzucenie kluczyków też nie ma. W końcu wciskam je w szparę pomiędzy drzwiami biura. Potem szybkie zakupy w sklepie wolnocłowym, boarding i kolejna drzemka - prosto z lotniska trzeba iść do pracy.

Przez cały następny tydzień w uszach szumi nam dźwięk trąbek.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Yukon - tworzy sie
Azerbejdżan - zakończona

Laponia | Komory | Bahrajn | Senegal | Santiago de Chile | Guca | Ladakh | Palestyna | Athos | Ziemia Ognista | Syberia zimą

Instagram: @podruuznik
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
malisz uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 30 Wrz 2017 16:35 

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 916
platynowy
Trochę praktycznych szczegółów na koniec.

Nocleg.

Można próbować znaleźć coś w samej Gucy, ale ceny będą raczej spore. Alternatywą jest namiot i kemping, ale jak powtórzy się taki deszcz jaki spotkał nas trzeciego dnia, to ta opcja może skutkować późniejszym suszeniem wszyskich rzeczy.
Należy pamiętać, że w centrum miasta wieczorem i nocą będzie dosyć głośno. Jeżeli ktoś ma ochotę chodzić spać wcześniej niż koło trzeciej nad ranem, powinien szukać noclegu raczej na peryferiach Gucy.
Mieszkanie w Cacaku wcale nie było takie złe. Trzeba tylko dodać pół godziny na dojazd na i z festiwalu. Za to do klasztorów jest stamtąd o wiele bliżej.
Możliwa jest też opcja pośrednia. Na drodze pomiędzy Cacakiem i Guca, a pewnie też przy innych drogach dojazdowych nawet w trakcie festiwalu widać było sporo tabliczek z informacją o wynajmie pokoju. Cenu i standardu noclegu nie znam.

Jedzenie.

Tłuste. Dużo mięsa i gotowanej kapusty. Wegetarianie jakoś przeżyją, na sałatkach albo gotowanych warzywach. Orgii smaków raczej nie było, stołowaliśmy się w paru restauracjach ale wszędzie stawiano raczej na ilość jedzenia a nie na jego jakość.
Do tego piwo, wino i nalewki, konsumowane hektolitrami.
Ceny na poziomie średnich polskich, w bardziej wykwintnych miejscach na poziomie średnich warszawskich.

Transport.

Samochód to chyba najsensowniejsza opcja. Dojazd z Belgradu komunikacją publiczną jest dosyć skomplikowany, można ew załatwic sobie transport busem ale koszt jest niewiele mniejszy od wynajmu samochodu samemu.
Z Gucy wieczorem można też łapać taksówkę, jeżeli mieszka się poza miastem. Cen nie znam.
Oczywisty mankament jeżdżenia samochodem to zakaz nadmiernej konsumpcji napojów wyskokowych dla kierowcy. Kontroli policyjnych jest naprawdę sporo.

Bezpieczeństwo.

Jak na taki spęd ludzi, dużo alkoholu i przysłowiową południową wybuchowość festiwal w Gucy jest super-bezpieczny. Nie widzieliśmy żadnych elementów agresji, też w stosunku obcokrajowców.
Ciągoty nacjonalistyczne miejscowych ograniczają się raczej do noszenia koszulek z odpowiednimi symbolami bądź napisami "Kosovo je Srbija". Zdrowy rozsądek podpowiada, żeby raczej nie pojawiać się na festiwalu z flagami Nato. Polskich flag widziałem sporo, nie wywoływały one żadnej niepożądanej sensacji, wprost przeciwnie.

Jako generalne podsumowanie: cieszę się, że udało nam się pojechać do Gucy i zobaczyć to całe trębaczowe szaleństwo. Czy wrócę tam jeszcze kiedyś? Nie wiem, chyba raczej jest to dla mnie miejsce, które wystarczy odwiedzić tylko raz.
_________________
Yukon - tworzy sie
Azerbejdżan - zakończona

Laponia | Komory | Bahrajn | Senegal | Santiago de Chile | Guca | Ladakh | Palestyna | Athos | Ziemia Ognista | Syberia zimą

Instagram: @podruuznik
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
malisz uważa post za pomocny.
 
 
 [ 5 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group