Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 29 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 19 Lis 2017 11:22 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
Są osoby, które od dziecka marzą o ślubie, ja za to o wiele bardziej cieszyłam się na podróż poślubną ;) Wiedziałam, że musi to być coś niezwykłego, co zapamiętamy na lata. Akurat kończył mi się kontrakt, a mąż mógł wziąć bezpłatny urlop, więc mogliśmy jechać daleko i na długo. Kiedy więc w maju pojawiła się na fly4free promocja Qatar Airways do Australii przebieg akcji wyglądał następująco:
- (Ja) Kamil, a może Australia? Jest niezła promocja.
- (Kamil) Czekaj, zaraz będę w domu to pogadamy.
Wyszliśmy na spacer, aby trochę ostudzić emocje i przemyśleć decyzję. Na trasie spaceru znalazła się biblioteka, w której przejrzeliśmy kilka dostępnych przewodników i albumów o Australii. Biegiem wróciliśmy do domu klepać bilety!

Ostatecznie kupiliśmy bilety na trasie WAW-DOH-MEL MEL-DOH-TXL za 2500zł od osoby na termin 11.10 – 14.11, co dawało nam pełen miesiąc w Australii.

Było trochę czasu na zaplanowanie podróży (które stanowiło miłą odskocznię dla planowania wesela, remontu i przeprowadzki), ostatecznie ułożyliśmy taki oto plan naszego wyjazdu:
11.10 – wylatujemy z Okęcia o 18:05
12.10 – przylatujemy do Kataru o 0:40, cały dzień na zwiedzanie Doha, o 20:15 wylatujemy do Melbourne
13.10 – przylatujemy do Melbourne o 17:40
14.10 – rano wypożyczamy samochód na 4 dni, w ciągu których odwiedzimy Great Ocean Road i Park Narodowy Grampians
18.10 – o 8:50 wylatujemy do Cairns, gdzie wypożyczamy campervana na 17 dni i jedziemy nim aż do Sydney
3.11 – oddajemy campervana w Sydney, gdzie spędzamy kolejne 3 dni
6.11 – o 14 lecimy do Hobart, gdzie wypożyczamy samochód i przez tydzień zwiedzamy Tasmanię
13.11 – o 10:20 lecimy do Melbourne i tam spędzamy ostatnie dni w Australii
14.11 – 22:30 wylatujemy do Doha
15.11 – o 5:30 przylatujemy do Doha, a o 15:15 wylatujemy do Berlina, gdzie spędzamy noc
16.11 – rano Polskibus do Gdańska

Pierwotnie w planach było jeszcze Uluru i okolice, a nawet wypad do Nowej Zelandii, ale okazało się, że Australia jest znacznie większa niż nam się początkowo wydawało ;) Ten plan się sprawdził, zobaczyliśmy bardzo dużo ale nie zamęczyliśmy się.

W relacji na pewno znajdziecie sporo zdjęć australijskich zwierzaków i informacji gdzie je znaleźć, bo są naprawdę niesamowite i jest ich mnóstwo! Prócz tego postaram się wrzucać sporo praktycznych informacji, a także subiektywne oceny gdzie warto, a gdzie koniecznie trzeba jechać ;) Na koniec wrzucę też podsumowanie kosztów. Każdy wie, że Australia nie jest tania, ale wydatki, jak zawsze, da się minimalizować.

Zaczynamy!
Góra
 Profil Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
jakub92 uważa post za pomocny.
 
      
#2 PostWysłany: 25 Lis 2017 11:46 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
Etap 1 - przylot do Australii

11.10

Deszcz, zimno, buro i ponuro - ach jak przyjemnie było opuszczać taką Polskę! :D Podróż po Australii specjalnie zaplanowaliśmy tak, żeby na początku być na północy, gdzie nie powinno jeszcze wiele padać (czy tak będzie, to niedługo sami się przekonacie), a na końcu na Tasmanii, licząc na to że rozgości się tam już wiosna. Na razie jednak czekał nas lot do Kataru, a tam 40 stopni...

Przy oddawaniu bagażu zostaliśmy poinformowani, że jeśli chcemy robić jakieś zakupy w strefie bezcłowej, to dopiero w Katarze. Jest to istotna informacja, gdyż podczas transferu na kolejny lot znowu przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa i zastosowanie mają standardowe limity jeśli chodzi o ilość płynów.

Wylot o czasie, lot spokojny, filmy na pokładzie całkiem sensowne. Dużo niepochlebnych opinii słyszałam o jedzeniu w liniach Qatar Airways, także byłam ciekawa co nam zaserwują. Niestety, to co dostaliśmy nie było dobre. Doszło do tego, że podczas lotu powrotnego powiedzieliśmy, że nie chcemy w ogóle obiadu. Na to pani stewardessa bardzo się zdziwiła i kilka razy pytała, czy na pewno. Ostatecznie przyniosła nam chipsy i batony (całkiem niezłe rozwiązanie :D). Wrzucam zdjęcie tacy z jedzeniem, ponieważ bardzo zdziwił nas pojemniczek z wodą.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Posiłek na trasie WAW-DOH
IMG_2230-1.jpg
IMG_2230-1.jpg [ 276.61 KiB | Obejrzany 6093 razy ]


Może dla częściej latających to normalny widok, ale dla nas to było niezłe zaskoczenie. Co to za woda? Czemu w takim dziwnym pojemniku, a nie w butelce czy kubeczku? Może ma jakieś nietypowe zastosowanie np. służy do mycia rąk? Na początku odłożyliśmy te pojemniczki i patrzyliśmy co robią współpasażerowie. Na złość nikt nie zabierał się za wodę. Kilka innych osób też rzucało ukradkiem spojrzenia na innych pasażerów. Ostatecznie ją wypiliśmy. Inni też wypili. Koniec stresu :P

W Katarze wylądowaliśmy o 0:40, a nawet trochę przed czasem. Nocleg zarezerwowaliśmy korzystając z Plus Qatar (Discover Qatar). Dla niezorientowanych - aktualnie linie Qatar Airways oferują darmowy nocleg pasażerom, którzy oczekują na kolejny lot powyżej 12h. Tu link: https://discoverqatar.qatarairways.com/us-en/plusqatar
Zdecydowaliśmy się na Holiday Villa Hotel and Residence ze względu na darmowy transfer z lotniska. Przy rezerwacji pojawiła się informacja o godzinach kursowania busa hotelowego, miał być o 1:30. Idealnie. Tylko jak go znaleźć i nie przegapić? Wypytaliśmy kierowców kilku busów stojących na przystanku. A owszem, bus do tego hotelu istnieje, ale gdzie jest, tego nie wiedzą. Przystąpiliśmy do pytania w informacji. Tam odesłano nas do stoiska hotelowego w budynku obok. Poszliśmy tam i zastaliśmy je puste (co nie było zbyt dziwne o 1:30). Wróciliśmy na przystanek. Dalej nic. Już bliscy wzięcia taksówki poszliśmy jeszcze raz do stanowiska hotelu. Dalej było puste, ale przy innym stanowisku pojawił się jakiś pracownik! Był bardzo miły i zadzwonił do pracownika naszego hotelu. Ten po chwili przyszedł, potwierdził naszą rezerwację i zadzwonił po kierowcę. Kierowca przyjechał po 15 minutach i zabrał nas do hotelu (była 1:50). Uff. Wniosek: nie czekajcie na busa, te godziny są chyba tylko orientacyjne. Walcie prosto do stanowiska hotelu, które jest w budynku na przeciwko przylotów.

W hotelu spytaliśmy o upgrade (w końcu podróż poślubna;), dzięki czemu zostaliśmy przeniesieni na wyższe piętro. Pokój był duży, łóżko wygodne.

W hotelu mogliśmy zostać do 14 (a nawet pewnie dłużej, jeśli byśmy poprosili - tłumów nie było), ale ponieważ był on trochę oddalony od głównych atrakcji Doha i lotniska postanowiliśmy wyjść przed południem i już nie wracać. Za śniadanie posłużyły zapasy z Polski, które i tak trzeba było zjeść przed dotarciem do Australii. Przy wymeldowaniu pan recepcjonista pytał, czy na pewno nie chcemy zamówić taksówki. A gdzie tam, pojedziemy autobusem! Tyle że przystanek naprawdę niełatwo było znaleźć. W drugą stronę, owszem, nawet 2, w naszą - nic :P Drałowaliśmy w tę i z powrotem. Zaczęliśmy już przeklinać ten upał i pył, a także siebie - sknery, które nie chcą wydać na taxi. W końcu znaleźliśmy - po prostu przystanek w stronę centrum to był sam słupek, żadnej wiaty czy rozkładu :D Na szczęście zaraz podjechał autobus. Kupiliśmy po 24-godzinnym bilecie (na 2 przejazdy), za 10 QR od osoby. Przejazd kilku km trwał jakieś pół godziny, ze względu na roboty drogowe i korki. Nie narzekaliśmy, klimatyzacja w autobusie chodziła :)

W końcu wysiedliśmy. Upał był porażający, 40 stopni, słońce i ten wszechobecny pył. Doszliśmy do Souq Waqif. Ojej, nie tego sę spodziewałam! Myślałam, że będzie to tętniący życiem bazar, że będzie co tam oglądać, może nawet coś kupimy, a może coś zjemy. Nie było nic. Sklepy pozamykane, knajpy może ze 2 otwarte, ale zupełnie puste. Kilku turystów nas minęło, zero miejscowych. Może to nie ta pora dnia? Zanim doszliśmy do słynnego pomnika perły przy promenadzie Al Corniche chłodziliśmy się z 10 minut w klimatyzowanym przedsionku parkingu :D

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z Al Corniche na city.
IMG_2248.JPG
IMG_2248.JPG [ 234.5 KiB | Obejrzany 6093 razy ]


Potem już raźnym krokiem skierowaliśmy się do Muzeum Sztuki Islamskiej słynącego z przyjemnego chłodu i darmowego wi-fi ;) Obejrzeliśmy jedno piętro zbiorów, ale jako ignorantów kompletnie nas to nie porwało. W muzeum zjedliśmy też obiad w postaci bardzo smacznego biryani z kurczakiem. Nie pamiętam dokładnie, ale kosztowało, razem z dwoma sokami, jakieś 80QR. Jedna porcja starczyła dla nas obojga. Mimo że była dopiero 14 uznaliśmy, że nie damy rady więcej chodzić po dworze. Upał niemiłosierny, a miasto wydawało się wymarłe. Największe skupisko ludzi (z 50 osób) widzieliśmy na dworcu autobusowym, poza tym tylko pojedyncze osoby. Jakoś nieswojo się czuliśmy. Autobus 747 (jeździ mniej więcej co 20 minut) dowiózł nas na lotnisko w niecałe pół godziny.

Lotnisko w Doha (Hamad International Airport) szczyci się mianem 5-cio gwiazdkowego i jest szóstym na świecie lotniskiem, któremu Skytrax przyznał to wyróżnienie. Ja wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale nas w ogóle to lotnisko nie zachwyciło, nie wiem czym sobie zasłużyło na te wszystkie gwiazdki. Może ogromnymi pustymi przestrzeniami (według mnie dość przytłaczającymi), może sporą ilością markowych sklepów, do których nikt nawet nie zagląda, a może obecnością basenu i SPA. I do tego te przerażające elementy wystroju – smutny miś i pinokio z dziurą w brzuchu (kto był, ten wie o co chodzi, kto nie był niech lepiej nie sprawdza, bo będzie się śniło po nocach).

Najtrudniejszym zadaniem okazało się znalezienie czegoś względnie smacznego do jedzenia. Knajpek w głównej części z jedzeniem jest może 6, z czego połowa to kawiarnie. Kumacie? Na takim wielkim lotnisku! No nic, zamówiliśmy sobie po bagietce z kawą (34QR), zjedliśmy i poszliśmy pod bramkę.

Po jakimś czasie usłyszałam niepokojącą rozmowę kilkorga współpasażerów. Odwróciłam się, aby spojrzeć na tablicę informacyjną i niestety, to co usłyszałam potwierdziło się – lot do Melbourne opóźniony o 4.5h. O nie! Czyli będziemy tu kwitnąć kolejne 4 godziny ☹ Zostaliśmy poinformowani o możliwości skorzystania z darmowego posiłku w restauracji Marche. Hmm, wcześniej jej nie zauważyliśmy, więc pomyśleliśmy, że może to jakaś bardziej ekskluzywna miejscówka. Nic z tych rzeczy. Był to bar, a dla pasażerów naszego opóźnionego lotu przewidziano sałatkę makaronową, kurczaka z ryżem i napój. Jakościowo przypominało to jedzenie z samolotu i naprawdę nie miałam na to ochoty, także spytałam, czy może mają jakąś zupę. Owszem mieli, ale albo zupa albo reszta. Nie ma sprawy, poproszę samą zupę! Niestety, to co dostałam w smaku przypominało mi kormę (sam sos) i nie dałam rady tego zjeść. Wiem, że strasznie marudzę, ale brak dobrego jedzenia znacznie obniża mój nastrój. Ostatecznie wróciliśmy pod bramkę i doczekaliśmy do odlotu. Przyczyną opóźnienia okazał się (podobno) jakiś problem z samolotem i konieczność sprowadzenia innej maszyny z Francji.

Samolot jaki kursuje na trasie Doha-Melbourne to Airbus A380-800, największy samolot pasażerski. Jest naprawdę ogromny, a na naszym locie wydawał się zupełnie wypełniony. Jaka jest szansa, że obok nas usiądzie inny Polak? Nie wiem, ale tak się stało :D Trafiła nam się Polka mieszkająca od 20 lat w Melbourne. Trochę pogadaliśmy, a najważniejsze co zapamiętaliśmy, to jej uwaga, że zwierząt w Australii właściwie nie widać, żeby jakieś zobaczyć, trzeba się udać do ZOO. No cóż, zweryfikujemy to już niedługo!

Bardzo się cieszyliśmy, że w końcu lecimy dalej. Katar nie przypadł nam do gustu i chcieliśmy wreszcie dotrzeć do Australii. A o tym w kolejnej części, już wkrótce :)
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
      
#3 PostWysłany: 03 Gru 2017 13:30 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
Etap 2 – Great Ocean Road i Park Narodowy Grampians

13.10

Przed przylotem sporo czytaliśmy o szczegółowych kontrolach na granicy. W samolocie dostaliśmy do wypełnienia Kartę pasażera wjeżdżającego (tu można zobaczyć wzór https://www.border.gov.au/Enteringorlea ... pol_A4.pdf). Oboje zgodnie z prawdą zaznaczyliśmy, że posiadamy leki (punkt 1). Jako adres w Australii podaliśmy adres pierwszego hotelu, w którym mieliśmy spędzić jedną noc. Kontrola graniczna trwała jakieś 2 minuty – pan spytał, skąd przylecieliśmy i czy te leki to na użytek własny. Następnie życzył miłego pobytu w Australii. Jesteśmy! ☺

Szybko odebraliśmy bagaż i poszliśmy do wyjścia. Planowaliśmy od razu kupić australijską kartę SIM w Vodafone. Wiem, że Telstra ma lepszy zasięg, ale w miejscach, gdzie planowaliśmy jechać Vodafone też powinna być ok – zasięg można sprawdzić na ich stronie, super opcja. Niestety przylecieliśmy tak późno, że punkt Vodafone był już zamknięty. Wybawiło nas stanowisko przy wyjściu, gdzie dziewczyna sprzedawała karty różnych sieci. Wzięliśmy kartę Vodafone za 40AUD, z ofertą darmowych rozmów i smsów z numerami australijskimi i 8GB internetu ważne przez 34 dni, czyli idealnie dla nas.

Pierwszy nocleg mieliśmy zarezerwowany w pobliskim Best Western ze względu na darmowy transfer z lotniska i bliskość wypożyczalni samochodowej. Poszliśmy na stanowisko, z którego miał odjeżdżać bus i, nauczeni doświadczeniem z Kataru, od razu zadzwoniliśmy do hotelu z naszego nowego australijskiego numeru ☺ Miły pan poinformował nas, że busik będzie za 15 minut. Do hotelu dotarliśmy po kolejnych 15 minutach, czyli około 24. Na recepcji miła niespodzianka – jabłka. Ach, jak miło było zjeść coś świeżego ☺ Szybka kąpiel i spać!

14.10

Obudziliśmy się o 8.30 lekko skołowani, ale wyspani. O kurczę, jesteśmy a Australii! Za oknem jakieś 15 stopni i słoneczko, a my wyruszyliśmy do wypożyczalni samochodów po drodze robiąc zapasy w pobliskim sklepie. Po drodze – pierwszy znak ‘uwaga kangury’ :D

Załącznik:
Komentarz do pliku: Uwaga kangury w Melbourne
img3.jpg
img3.jpg [ 364.2 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Zdecydowaliśmy się skorzystać z firmy Jucy, zarówno wypożyczając samochód osobowy w Melbourne jak i campervana w Cairns. Miała dobre opinie i my też możemy się pod nimi podpisać. Samochód wzięliśmy na 4 dni, co kosztowało 200 AUD z pełnym ubezpieczeniem (starszawa Toyota Corolla). Wypożyczając samochód w Australii dobrze wiedzieć o tzw. bond (kaucja). Biorąc niższe ubezpieczenie musimy się liczyć z bardzo wysoką kaucją (3000AUD w przypadku campervana). Kwota ta jest potrącana z naszego konta na czas wypożyczenia samochodu i zwracana niedługo po oddaniu. Oczywiście takie manipulacje kosztują nas kilka procent od potrącanej sumy. Dlatego my uznaliśmy, że wolimy trochę więcej zapłacić za ubezpieczenie i wtedy kaucji albo nie ma, albo jest rzędu 150-300AUD (zależy od firmy).

Tak w ogóle 1AUD = 2.7PLN

Jeszcze jedna sprawa – w Australii niezbędne jest międzynarodowe prawo jazdy. Nie wiem jakie dokładnie są regulacje, bo przy wypożyczaniu samochodu osobowego o nie nie pytali, ale przy campervanie już tak. Wyrobienie takowego trwa 3 dni robocze, więc nie ma problemu, jeśli tak jak my przypomnicie sobie o tym na tydzień przed wyjazdem ;)

No dobra, dość tego gadania. Wypełniliśmy formularze, pozaznaczaliśmy uszkodzenia, zapakowaliśmy torby i w drogę! Trochę było problemów przy wyjeździe z Melbourne, ponieważ mapy offline zaczęły do nas gadać po indonezyjsku. W końcu przypomniało mi się, że przecież wczoraj kupiliśmy kartę australijską, więc mamy internet i możemy korzystać z map Googla jak Bóg przykazał.

Na Great Ocean Road wjechaliśmy kilka kilometrów za Torquay i tam zatrzymaliśmy się na śniadanie z takim widokiem:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Okolice Torquay
img4.JPG
img4.JPG [ 391.45 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


O tak, jesteśmy w Australii. Jesteśmy w Australii!

Pierwszy dłuższy przystanek mieliśmy w Lorne, gdzie zaszliśmy do informacji turystycznej, wzięliśmy mapki i kupiliśmy pierwsze pamiątki. Ale oni mają piękne pamiątki!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok spod informacji turystycznej w Lorne
IMG5.JPG
IMG5.JPG [ 541.14 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Pod informacją turystyczną w Lorne przeżyliśmy też pierwsze spotkanie z fauną australijską.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kakadu
IMG6.JPG
IMG6.JPG [ 793.88 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Z Lorne skierowaliśmy się do wodospadów Erskine, które są oddalone od tej miejscowości o około 15 minut. Tam mieliśmy po raz pierwszy styczność z drzewiastymi paprociami, w których od razu się zakochałam. Są przepiękne, w ich otoczeniu czułam się jakbym cofnęła się w czasie o kilka milionów lat.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Wodospad Erskine
IMG7.JPG
IMG7.JPG [ 585.59 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Wodospad może niespecjalnie imponujący, ale ogólnie miejsce bardzo urokliwe i godne polecenia.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Okolice wodospadu Erskine
IMG8.jpg
IMG8.jpg [ 930.27 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Stamtąd kierowaliśmy się przepięknym wybrzeżem na zachód. Prócz przyrody bardzo podobały mi się tamtejsze domy – z widokiem na ocean, przeszklone, z dużymi tarasami. Kto by nie chciał mieszkać w takim miejscu?

Dojechaliśmy do Kennet River, gdzie jest podobno duża szansa na spotkanie koali! Zaparkowaliśmy przy Café Koala (brzmi obiecująco;) i poszliśmy w górę Grey River Road.

Na początku natrafiliśmy na grupkę lorys, które ponoć siadają ludziom na głowach.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Lorysy
IMG9.JPG
IMG9.JPG [ 594.05 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Idąc dalej w górę drogi rozglądaliśmy się uważnie. Widzieliśmy sporo malowniczych drzew, ale koali ani śladu.

Załącznik:
IMG10.JPG
IMG10.JPG [ 401.94 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


W końcu, po około 15 minutach spaceru raźnym krokiem od parkingu, patrzymy i oczom nie wierzymy – jest! I po chwili kolejna! Oczywiście były dość wysoko i ciężko było zrobić dobre zdjęcie, ale myślę, że nikt nie będzie kwestionował, iż jest to koala :D

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pierwsza koala
IMG11.jpg
IMG11.jpg [ 597.33 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Słyszeliśmy też niepokojące dźwięki typu pochrumkiwania. Trochę nas to przestraszyło, bo jednak byliśmy sami w lesie, pierwszego dnia w Australii nie chcielibyśmy się natknąć na jakiegoś wkurzonego dzika. No ale przecież tu nie ma dzików. Potem czytając informacje o koalach dowiedzieliśmy się, że takie dźwięki wydają panowie koale w okresie godowym, który właśnie trwał. No kto by pomyślał, że taki słodziak tak się odzywa :D

Ponieważ zmęczenie po podróży zaczynało już się odzywać, a udało nam się zobaczyć (i usłyszeć) koale, zawróciliśmy. Po drodze napotkaliśmy stadko kilka kangurów! Wcale nie płochliwych ☺

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kangury z daleka
IMG12.JPG
IMG12.JPG [ 830.38 KiB | Obejrzany 5874 razy ]

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kangur z bliska
IMG13.jpg
IMG13.jpg [ 654.54 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


To był bardzo udany spacer i niech mi mówi kto chce, że w Australii nie da się zobaczyć zwierzaków na wolności! A to dopiero pierwszy dzień ☺

Na nocleg udaliśmy się do motelu w Apollo Bay.

A odnośnie noclegów – standardem w pokojach motelowych był czajnik i lodówka, często również toster i mikrofalówka. Ba, koc elektryczny też się pojawiał :D Parę razy korzystaliśmy, bo dni były słoneczne i ciepłe, ale już noce zimne (niewiele powyżej 0). Jeśli ktoś ma pytania odnośnie noclegów, to chętnie odpowiem, wszystko rezerwowane z booking.com (prócz Sydney), a ceny w okolicach 100-120AUD za pokój dwuosobowy. Naprawdę ciężko znaleźć coś tańszego.

15.10
Tej nocy ciężko nam się spało. Śniadanie zjedliśmy o 5, a potem czytaliśmy, próbowaliśmy jeszcze spać, ale nic z tego.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Śniadanie o 5 rano
IMG14.JPG
IMG14.JPG [ 255.21 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Tego dnia zwiedzanie zaczęliśmy od Przylądka Otway, podobno przy drodze można spotkać koale! A i owszem, widzieliśmy całą jedną :D Niestety znowu bardzo daleko.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kolejna koala
IMG15.jpg
IMG15.jpg [ 487.61 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Dojechaliśmy aż do latarni, ale widząc, że wstęp kosztuje 20AUD zawróciliśmy. Widoki po drodze – przepiękne, a ludzi niewielu.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Przylądek Otway
IMG16.JPG
IMG16.JPG [ 735.59 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Dalej kierowaliśmy się na zachód, do 12-stu Apostołów i okolicznych atrakcji. A tam, najpierw ostrzeżenie:

Załącznik:
IMG17.JPG
IMG17.JPG [ 388.6 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Potem informacja – znajdujemy się we właściwym miejscu ;)

Załącznik:
IMG18.jpg
IMG18.jpg [ 772.23 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


I potem już tylko przepiękne widoki!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Apostołowie
IMG19.jpg
IMG19.jpg [ 250.73 KiB | Obejrzany 5874 razy ]

Załącznik:
IMG20.JPG
IMG20.JPG [ 312.38 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Prócz samych Apostołów inne okoliczne formacje skalne (Loch Ard George, Razorback, London Bridge, Grotto) są również warte zatrzymania i spaceru.

Załącznik:
IMG21.JPG
IMG21.JPG [ 292.91 KiB | Obejrzany 5874 razy ]

Załącznik:
IMG22.jpg
IMG22.jpg [ 662.13 KiB | Obejrzany 5874 razy ]

Załącznik:
Komentarz do pliku: Grota
IMG23.JPG
IMG23.JPG [ 332.2 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Co tu dużo mówić – miejsca te są naprawdę przepiękne, jest trochę turystów, ale nie są to tłumy. Wszystko jest czytelnie opisane – jak powstawały dane formacje skalne i czemu nazywają się tak, a nie inaczej (również w języku chińskim, bo turystów z tego kraju jest tu chyba najwięcej).

Załącznik:
IMG24.JPG
IMG24.JPG [ 422.28 KiB | Obejrzany 5874 razy ]


Wczesnym popołudniem zaczęliśmy już kierować się do Warrnambool, gdzie mieliśmy kolejny nocleg. Ponieważ dotarliśmy tam około 16 poszliśmy coś zjeść i przy okazji pozwiedzać miasto. Mimo, że nie jest to typowo turystyczna miejscowość, bardzo przypadła mi do gustu ze względu na bardzo duży park pełen atrakcji (place zabaw i labirynt dla dzieci, stawy z możliwością wypożyczenia łódek i rowerów wodnych, sporo ptactwa wodnego no i wszechobecne grille). Takie to wszystko przyjazne mieszkańcom. Ponieważ było dość chłodno i wietrznie dość wcześnie udaliśmy się na spoczynek. To był udany dzień :)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Park w Warnambool
IMG25.jpg
IMG25.jpg [ 434.87 KiB | Obejrzany 5874 razy ]
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
      
#4 PostWysłany: 07 Gru 2017 15:06 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
16.10

Ten dzień zaczął się inaczej niż wszystkie pozostałe. Dlaczego? A dlatego, że śniadanie zostało nam zaserwowane do pokoju! To dopiero miła niespodzianka :D

Załącznik:
Komentarz do pliku: Śniadanie w Warnambool
IMG26.JPG
IMG26.JPG [ 268.66 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Tak pokrzepieni możemy ruszać – dziś pierwszym punktem zwiedzania jest rezerwat Tower Hill, położony bardzo blisko Warrnambool. Okolice uśpionego wulkanu stanowią najstarszy park narodowy w Victorii, w którym podobno można spotkać sporo dzikich zwierząt. No skoro tak, to nie trzeba nas nakłaniać – jedziemy!

Rezerwat od razu robi na nas dobre wrażenie – bezchmurne niebo zwiastuje nadchodzący upał, ale poranek jest rześki, na parkingu pusto, a spora mapa parku informuje nas o dużej ilości krótkich tras. Wokół wszystko kwitnie, ptaki śpiewają, jednym słowem – wiosna.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Rezerwat Tower Hill
IMG27.JPG
IMG27.JPG [ 843.34 KiB | Obejrzany 5716 razy ]

Załącznik:
Komentarz do pliku: Rezerwat Tower Hill
IMG28.JPG
IMG28.JPG [ 463.54 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Jedne trasy są bardziej płaskie, inne górzyste, ale przejście żadnej nie zajmuje więcej niż godzinę. Widoki są przepiękne, mi wydały się afrykańskie (aczkolwiek nigdy w Afryce nie byłam ;). Już na pierwszej trasie spotkaliśmy obiecywane emu, ale najwięcej ich było w okolicach parkingu.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Emu w Tower Hill
IMG29.JPG
IMG29.JPG [ 869.91 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


W okolicy parkingu widzieliśmy też dwie koale i sporą jaszczurkę (na początku myśleliśmy, że to wąż, ale po chwili okazało się, że ma łapki). Dalej kolejne koale i węża (chyba nieżywego, ale nie ruszaliśmy).

Rezerwat jest piękny i godny polecenia wszystkim miłośnikom przyrody. Na jego terenie znajduje się sklep z pamiątkami i przekąskami. Chętni mogą się wybrać na płatną wycieczkę z przewodnikiem, nam wystarczyły spacery na własną rękę.

Następnie skierowaliśmy się do miejscowości Port Fairy, którą polecała właścicielka motelu z Warrnambool. A ponieważ przyniosła nam śniadanie do pokoju, czuliśmy się zobowiązani wykorzystać jej sugestię ;)

Port Fairy zostało założone w 1843 roku, także jest uważane za bardzo stare miasto (jak na Australię, oczywiście). Samo w sobie nie zrobiło na nas większego wrażenia, ale spodobała nam się wyspa Griffitts Island, która jest połączona z lądem mostkiem. Na wyspie jest rezerwat, w którym można spotkać sporo ptaków (i podobno również walabie), a spacer wokół wyspy zajmie około godzinny. Jest to bardzo przyjemna trasa – mijamy laguny z krystalicznie czystą wodą, latarnię morską, a w oddali widzimy ocean rozbijający się o falochron.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Griffitts Island
IMG30.JPG
IMG30.JPG [ 463.49 KiB | Obejrzany 5716 razy ]

Załącznik:
Komentarz do pliku: Griffitts Island
IMG31.jpg
IMG31.jpg [ 694.94 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Później kierowaliśmy się już na północ, do Parku Narodowego Grampians. Jego południowa część wygląda według mnie bardzo europejsko, dalej jednak jest coraz bardziej sucho,

Załącznik:
Komentarz do pliku: Grampians NP od strony południowej
IMG32.JPG
IMG32.JPG [ 415.24 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Do motelu w Halls Gap dotarliśmy wcześnie, także szybko się przepakowaliśmy, wypytaliśmy właściciela o to gdzie w okolicy można wieczorem coś zjeść (wiele restauracji zamyka się o 20, a w poniedziałek kilka było w ogóle nieczynnych) i gdzie można zobaczyć zwierzaki, a potem ruszyliśmy na szlak. W planie mieliśmy zdobycie The Pinnacle, najsłynniejszego szczytu Grampians.

Są dwie trasy prowadzące na Pinnacle, a ponieważ było już po 17 zdecydowaliśmy się na krótszy szlak, zaczynający się z parkingu Sundial. Po drodze spotkaliśmy łącznie 4 (!) osoby. Nie jest to zbyt wiele jak na najpopularniejszy szlak, ale rozumiem, że był poniedziałek poza sezonem. Szlak jest względnie prosty, trochę przez busz, trochę po skałach, ale wspinać się nie trzeba.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Trasa na Pinnacle
IMG33.jpg
IMG33.jpg [ 671.77 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Wejście na platformę widokową tylko dla osób, które nie mają lęku przestrzeni.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Platforma widokowa na Pinnacle
IMG34.jpg
IMG34.jpg [ 395.68 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Widoki z góry są przepiękne, choć o tej porze dnia część już zacieniona.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z Pinnacle
IMG35.JPG
IMG35.JPG [ 224.39 KiB | Obejrzany 5716 razy ]

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z Pinnacle
IMG36.JPG
IMG36.JPG [ 228.28 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Dotarcie do Pinnacle i z powrotem zajęło nam jakieś 1.5h, jest to zdecydowanie godny polecenia spacer.

Wracając zatrzymaliśmy się przy boisku w Halls Gap, zobaczyć trening miejscowych zawodników ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kangury na biosku
IMG37.JPG
IMG37.JPG [ 481.18 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Była też pani kangurzyca z małym w torbie!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Mama kangurzyca z małym
IMG38.JPG
IMG38.JPG [ 431.05 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Zwierzaki wcale się nas nie bały, a co więcej, co chwilę skakały przez ulicę nie zważając na samochody – są naprawdę niebezpieczne.

Dzień zakończyliśmy w jedynej otwartej knajpie w okolicy, a mianowicie knajpie indyjskiej. Wniosek: zawsze opłaca się pytać właścicieli motelu o to gdzie można tanio zjeść i gdzie można zobaczyć zwierzaki :)

17.10

Dzisiejsze przedpołudnie planowaliśmy spędzić jeszcze w Grampians, a następnie kierować się do Melbourne, gdzie mieliśmy oddać samochód i spędzić noc w tym samym Best Western co 4 dni temu, w okolicy lotniska. Dodatkową atrakcją miało być kupno ładowarki do kamerki GoPro, ponieważ zapomnieliśmy odpowiedniego kabla i próbując wcisnąć nieprawidłowy kabel (zwykłą ładowarkę do telefonu) zepsuliśmy wejście w kamerce...

Drugą najsłynniejszą atrakcją parku Grampians są wodospady MacKenzie i do nich się skierowaliśmy około 8 rano. Wodospady są oddalone od parkingu jedynie o kilometr, ale ponieważ idzie się ciągle w dół (a wracając w górę), dużą część po schodach, nie można lekceważyć tego spaceru ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Dojście do wodospadów MacKenzie
IMG39.jpg
IMG39.jpg [ 649.78 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Sam wodospad jest całkiem spory i malowniczy.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Wodospady MacKenzie
IMG40.JPG
IMG40.JPG [ 342.02 KiB | Obejrzany 5716 razy ]


Dalej przeszliśmy się kawałek w dół rzeki, ale ponieważ trasa miała prowadzić do polany oddalonej o 7km uznaliśmy, że trzeba zawrócić.

Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze na lody w Halls Gap, które wydawało się zupełnie wymarłe. Sympatyczny sprzedawca opowiadał nam, że jego brat jest teraz w Europie, ale on sam za mało zarabia, aby wybrać się na nasz kontynent. Cóż, widać rzeczywistość w Australii nie jest aż taka różowa, jak się niektórym wydaje.

Myślę, że do parku Grampians można spokojnie przyjechać na 3-4 dni, jest co robić i jest pięknie.

Resztę dnia spędziliśmy na dojeździe do Melbourne, poszukiwaniu ładowarki (w końcu się udało kupić i to niedrogo), następnie oddaliśmy samochód, poszliśmy coś zjeść i zrobiliśmy pranie. Był to jedyny raz podczas tej wycieczki kiedy zdecydowałam się na ręczne pranie – jest to zupełnie bez sensu, w każdym hotelu i na każdym kempingu w Australii można zrobić pranie. Jednak na początku wycieczki byliśmy bardzo skąpi i wydawało nam się, że 7AUD to sporo i tak oto spędziłam 3h piorąc, a potem prasując naszą bieliznę (żeby szybciej wyschła). Niestety, nawet podkręcenie klimatyzacji do 30 stopni nie pomogło nam wysuszyć wszystkich ciuchów. To nic, doschną w Cairns, do którego lecimy już jutro rano.
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
      
#5 PostWysłany: 17 Gru 2017 22:17 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
Jeśli ktoś czyta tę relację to przepraszam za sporą przerwę - w zeszłym tygodniu składałam filmik z Australii, a że miałam wersję próbną Adobe Premiere Pro CC, która jest darmowa przez tydzień, to musiałam się sprężać ;)

Etap 3 Campervanem z Cairns do Sydney

Od początku wiedziałam, że to, co najbardziej chcę zobaczyć w Australii to las deszczowy Daintree. Jak zaczęliśmy planować to okazało się, że w okolicach Cairns jest całkiem sporo ciekawych miejsc, a właściwie to jest ich sporo aż do Brisbane. Najpierw myśleliśmy o wynajęciu samochodu i spaniu w hotelach, potem jednak na czyimś blogu przeczytałam o dwuosobowym campervanie. Nie wiedziałam, że takie istnieją!

Dużo czasu zajęło nam czytanie ofert wypożyczalni i opinii o nich. Hippie camper, Lucky, Jucy, Wicked… Firm jest dużo, ale niestety im tańsze samochody tym gorsze opinie. Co z tego, że wypożyczymy samochód za grosze, jeśli pali benzyny jak smok, jest brudny, albo zupełnie rozklekotany? Dość tanie (600 AUD/2 tygodnie) są campervany firmy Wicked, jednak jak zobaczyliśmy jak one wyglądają… Malowane są w różnorakie wzory (widzieliśmy już w Australii m.in. z karykaturą Donalda Trumpa) z różnymi sentencjami na klapie bagażnika (większość o tematyce mniej lub bardziej erotycznej, widzieliśmy np. ‘if quizzes are quizzical than what are tests?’. To jednak bardzo łagodny przykład, bywały o wiele gorsze, i jak się okazuje wielu osobom się to nie podoba https://www.echo.net.au/2016/04/thousan ... e-slogans/ ).

No dobra, czyli Wicked odpada. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Jucy – dobre opinie, samochody odnowione, no i cena nie najgorsza. Tutaj wypożyczalnia w Cairns:

Załącznik:
IMG41.jpg
IMG41.jpg [ 563.73 KiB | Obejrzany 5409 razy ]


Problem był tylko taki, że Jucy nie ma wypożyczalni w Brisbane, więc mogliśmy albo pojeździć wokół Cairns i tam też oddać samochód, albo jechać aż do Sydney. A jest to, bagatela, jakieś 2500km. Na dodatek mieliśmy tylko jednego kierowcę, bo ja się do takich rzeczy w ogóle nie nadaję. No ale mój mąż uznał, że da radę, także zdecydowaliśmy się na tę wyprawę i uznaliśmy, że 17 dni będzie optymalnym czasem przejazdu. Już w Australii okazało się, że Jucy ma też filię w Gold Coast, której albo nie było wcześniej, albo nie zauważyliśmy, a może obsługuje tylko samochody osobowe. W każdym razie nie żałujemy, że zdecydowaliśmy się jechać aż do Sydney, a dlaczego - o tym już niedługo :)

Samochód, który wypożyczyliśmy nazywa się Jucy Crib i dlatego pieszczotliwie nazywaliśmy go Kołyską :) Możecie poczytać o nim na stronie Jucy. Pokrótce, prócz jeżdżenia i spania w nim można też w nim gotować i przechowywać jedzenie (ma lodówkę, zlew, palnik i wszystkie niezbędne sztućce, talerze, garnek, patelnię itd). Oto jak wygląda jego tył (tam gdzie stoją butelki był zlew, a po prawej na dole wysuwał się palnik):

Załącznik:
IMG43 copy.jpg
IMG43 copy.jpg [ 293.74 KiB | Obejrzany 5409 razy ]


W Jucy za wypożyczenie campervana na 17 dni wyszło 117 AUD/noc z pełnym ubezpieczeniem i dopłatą za oddanie samochodu w innym miejscu. Nocleg na polu kempingowym kosztował średnio 30AUD, także w sumie wychodziło nam około 150 AUD za noc. Czyli właściwie tyle samo, co gdybyśmy jeździli samochodem i spali w hotelach, ale jest parę niewątpliwych plusów campervana:
- przez te 17 dni tylko 2 razy jedliśmy na mieście. Prócz tego gotowaliśmy w kuchniach kempingowych, dzięki czemu sporo zaoszczędziliśmy
- nie trzeba było planować gdzie dokładnie się zatrzymamy, tylko sprawdzić na WikiCamps (świetna aplikacja!) gdzie są kempingi w okolicy, poczytać opinie i jechać
- ładowarka samochodowa działała również przy wyłączonym silniku, także zwykle wystarczało nam na kempingu miejsce bez prądu
- wzmożony kontakt z naturą na kempingu (o tym więcej później :D)
- nie trzeba codziennie sprawdzać, czy coś nie zostało w hotelu, owszem ciągle czegoś się szuka, ale wiadomo, że jest to w campervanie :P
- spanie w samochodzie to frajda :D

Nasz campervan miał też parę minusów:
- miejsca było w nim na tyle mało, że aby rozłożyć łóżko trzeba było fotele pasażera i kierowcy dosunąć na maksa do przodu, przez co nie dało się prowadzić samochodu z rozłożonym łóżkiem
- nie było miejsca na bagaże, także kiedy łóżko było rozłożone, trzeba było je umieszczać na przednich siedzeniach (gdzie, jak już pisałam, było mało miejsca), przez co dostęp do nich był utrudniony. Tak to wyglądało:

Załącznik:
IMG42 copy.jpg
IMG42 copy.jpg [ 211.96 KiB | Obejrzany 5409 razy ]


- mój mąż, wzrostu 180cm, musiał spać w poprzek łóżka, inaczej się nie mieścił
- campervan nie miał w oknach moskitier, co wiązało się z dylematem – albo śpimy z pająkami i innym robactwem (okna otwarte), albo nie śpimy ze względu na duchotę (okna zamknięte)
- kiepskie oświetlenie w części sypialnej – czytać po zmroku się nie dało

Oczywiście minusy to drobnostki i części wakacyjnej przygody. Campervana wszystkim polecam!

Nasz campervan na kempingu w Brisbane:

Załącznik:
IMG44.JPG
IMG44.JPG [ 269.35 KiB | Obejrzany 5409 razy ]
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
      
#6 PostWysłany: 23 Gru 2017 19:47 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
18.10.2017

Tego dnia miała się zacząć nasza wielka przygoda, czyli podróż campervanem. Ale najpierw musieliśmy dostać się do Cairns. Samolot mieliśmy o 9 rano z Melbourne, także o 6:30 wyruszyliśmy busikiem hotelowym na lotnisko. Przy odprawie i nadawaniu bagażu wzbudziliśmy niemałą konsternację pracownicy ze względu na naszą kulawą wymowę. Byłam święcie przekonana, że Cairns wymawia się 'kaerns' i tak mówiłam. Na co pani, że nie ma takiego lotu o 9. Hmm, o co chodzi? Okazało się, że pani myślała, że mówię Perth (nie wiedziałam, że aż tak źle jest z moją wymową :P ). Dopiero gdy wyjaśniłam, że chodzi mi o miasto na północy Queensland pani wykrzyknęła ‘oh, you mean <kiaerns>’. Tak oto dowiedzieliśmy się jak miejscowi wymawiają Cairns. Uznaliśmy to za rodzaj chrztu bojowego – teraz jesteśmy gotowi lecieć!

W Australii loty są bardzo popularnym sposobem przemieszczania się po kraju. I nie chodzi to tylko o bardzo odległe kierunki, ale również te trochę bliższe jak Canberra-Melbourne czy Melbourne-Sydney. Jest tanio i szybko, porównując do rzadko jeżdżących pociągów, jedyną alternatywą jest zwykle długa podróż samochodem. Co ciekawe bramki na loty krajowe zamykają się 10 minut przed odlotem! I wszystko odbywa się o czasie. Niesamowite.

Lot do Cairns okazał się popularny wśród rodzin z dziećmi. Również obok mnie siedziała matka z 6-cio miesięcznym dzieckiem. Dumnie opowiadała innym matkom, że jest to piąty lot jej dziecka. Cóż, każdy ma jakiś sposób na spędzenie urlopu macierzyńskiego…

Lot trwał prawie 4h. Nie chciało mi się wierzyć, aż tyle!? No niestety, Australia jest większa niż mi się wydawało. Podczas lotu, kiedy akurat przez chwilę nie trzęsło, zaserwowano nam ciastko francuskie, jogurt i batona, plus napoje. Ogólnie był to bardzo nieprzyjemny lot, ciągłe turbulencje, a przy lądowaniu… Jakiś koleś za nami powiedział, żeby się przygotować na wyboiste lądowanie – czyli to chyba standard tam. W każdym razie dowiedziałam się wreszcie po co są w samolocie pasy bezpieczeństwa, raz tak nas podrzuciło, że podskoczyłam kilka centymetrów nad siedzenie. Za to widoki piękne.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Lądowanie w Cairns
IMG45.JPG
IMG45.JPG [ 119.87 KiB | Obejrzany 5235 razy ]


Wypożyczalnia Jucy w Cairns jest dość daleko od lotniska i aby ułatwić swoim klientom dojazd oferują przejazd taksówką za stałą kwotę 20 AUD. Faktycznie się to opłaca, bo na liczniku wyszło prawie 28 AUD. Co ciekawe siedzenia taksówki były wyłożone dość grubą folią, zapewne, żeby pasażerowie ich nie zabrudzili ;)

Samochód odebraliśmy bez problemu i po krótkiej demonstracji (co jest gdzie i do czego służy) mogliśmy jechać. Pierwszym naszym celem był sklep spożywczy, gdzie kupiliśmy składniki na obiady (makaron z sosem jedliśmy aż 6 razy :P), owoce, płyn do mycia naczyń i inne takie. Zjedliśmy również obiad w postaci pieczonego kurczaka – to dopiero jest tani obiad, 8 AUD na 2 osoby :D Jedząc na parkingu pod sklepem i chowając się przed ulewą po raz pierwszy widzieliśmy ibisa, których na wschodnim wybrzeżu jest bardzo dużo.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Parking przed Coles'em
IMG46.JPG
IMG46.JPG [ 255.06 KiB | Obejrzany 5235 razy ]


Pozostawało pytanie – gdzie jedziemy? Nasze główne plany na te okolice to był las deszczowy Daintree oraz rafa koralowa. Niestety od około tygodnia w tym rejonie bardzo intensywnie padało i na razie nie było widać końca tego deszczu. Postanowiliśmy na razie odłożyć rafę (ponieważ ciągnie się ona aż do Brisbane, to chyba będzie jakiś słoneczny dzień do tego czasu!?) i udać się do Daintree. W końcu to las deszczowy, to trochę deszczu nam nie zaszkodzi ☺ Po drodze przejechaliśmy przed Port Douglas, o którym słyszeliśmy wiele dobrego, ale jakoś nas ta turystyczna mieścina nie urzekła i parliśmy na północ.

W końcu dojechaliśmy do rzeki Daintree, na której drugą stronę trzeba przeprawić się promem. Jak czytałam o tym miejscu przed wyjazdem to wyobrażałam sobie nie wiadomo co – koniec świata, mnóstwo dzikich zwierząt, jeden prom na godzinę. Nic bardziej mylnego. Po prostu w pewnym momencie kończyła się droga, wjeżdżało się na prom, który szybciutko się zapełniał, pracownik przechodził zbierając pieniądze za przejazd (26 AUD za bilet powrotny) i już zaraz byliśmy na drugim brzegu, na którym dalej była asfaltowa droga.

Niestety jak tylko zjechaliśmy z promu coś zaczęło stukać w naszym campervanie. Najpierw myśleliśmy, że przejdzie. Nie przechodziło. Gdzie by tu się zatrzymać i sprawdzić, skoro nie ma żadnego pobocza nie mówiąc już o zatoczkach? Na szczęście napatoczył się punkt widokowy Mount Alexandra. A owszem, widok całkiem ładny:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Punkt widokowy Alexandra's Mount
IMG47.JPG
IMG47.JPG [ 279.82 KiB | Obejrzany 5235 razy ]


Od razu jak wysiedliśmy poczuliśmy, że od przednich kół bije gorąco, aż parowały. Klocków hamulcowych nie dało się dotknąć. O nie ☹ Niezwłocznie zadzwoniliśmy do Jucy, o dziwo od razu ktoś odebrał. Kazali nam dojechać do kempingu i skontaktować się z nimi rano (było już po 17), to przyślą mechanika, żeby to obejrzał. No dobrze, do kempingu (Lync Haven), w którym chcieliśmy zanocować było jeszcze 8km, czyli niewiele, ale to było najbardziej stresujące 8km w życiu. Wiedzieliśmy, że z samochodem jest coś nie tak, a droga była mokra i stroma.

Na szczęście bez problemu udało nam się dojechać. Kemping był, tak jak sobie wymarzyłam, w samym środku lasu deszczowego. Poza sezonem było na nim kilka campervanów, może z 6. Prócz tego było parę domków do wynajęcia, większość pusta. Bardzo malownicze miejsce, a prócz tego wokół kempingu wytyczonych było kilka ścieżek prowadzących przez las deszczowy. Rano, jeśli nie będzie lało, miała odbyć się wycieczka z przewodnikiem w poszukiwaniu krokodyli. Na dodatek pan z recepcji powiedział, że prawie codziennie można tu spotkać kazuary. Raj na ziemi!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Na polu kempingowym
IMG48.jpg
IMG48.jpg [ 488.93 KiB | Obejrzany 5235 razy ]


Zanim po raz pierwszy rozłożyliśmy nasze łóżko w campervanie zrobiło się już prawie zupełnie ciemno (około 18:30). Wpadłam jeszcze na genialny pomysł zrobienia herbaty do termosów, żebyśmy mieli co pić wieczorem. Odradzam takie pomysły, po pierwsze, aby ostudzić herbatę musieliśmy trzymać termos otwarty, podnosząc temperaturę i wilgotność w samochodzie (a i tak były bardzo wysokie). Po drugie w campervanie nie ma toalety.

Oj ciężka była ta pierwsza noc. Zawsze myślałam, że jednym z moich ulubionych dźwięków jest stukot deszczu o szybę/parapet. Jednak jeśli ze stukotu robi się całonocne walenie ulewnego deszczu to jest to mniej przyjemne. Upał i duchota nie dawały nam spać, a otworzenie okna na więcej niż szerokość palca skutkowały krzykami mojego męża ‘zamykaj, bo pająki wejdą!’.

19.10

O 6:30 rano postanowiłam, że idę się myć. W łazience, o dziwo, było dość tłoczno (ale potem okazało się, że na campingach wszyscy chodzą spać i wstają wcześnie). Nastąpiło też moje pierwsze spotkanie z owadem w Daintree, na szczęści była to piękna ćma ☺

Załącznik:
Komentarz do pliku: Ćma w Daintree
IMG49.JPG
IMG49.JPG [ 235.04 KiB | Obejrzany 5235 razy ]


W końcu o 9 uznaliśmy, że można już dzwonić do Jucy, także złapaliśmy za australijski telefon… A tam zero zasięgu. No tak, jesteśmy w lesie deszczowym ;) Poszliśmy więc do recepcji poprosić, aby nam użyczyli telefonu stacjonarnego. Udało się, a w Jucy powiedzieli, że mechanik będzie w ciągu godziny. No super. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że wycieczki z przewodnikiem nie będzie ze względu na kiepską pogodę. Wróciliśmy więc do samochodu. Owszem, po chwili rozpętała się niezła burza, pioruny waliły naprawdę blisko nas.

O 10 przyjechał mechanik, popatrzył, dotknął, stwierdził ‘nie można tym jeździć, a ja tu tego nie naprawię’ i pojechał. No pięknie, to co teraz? Uznaliśmy, że trzeba znowu dzwonić do Jucy, niech przywiozą nam inny samochód albo nas stąd zabiorą. Poszliśmy więc do recepcji. A tam pan, bardzo miły, mówi, że niestety nie możemy zadzwonić, gdyż wskutek uderzenia pioruna telefon im padł. Zasugerował, żebyśmy pojechali na punkt widokowy Mount Alexandra, bo to jest jedyne miejsce gdzie jest zasięg. ‘Panie kochany, ale my musimy zadzwonić, bo samochód nam się zepsuł!’ mówimy. ‘A, no to nie, pieszo to za daleko. Ale możecie spróbować około kilometr w górę drogi, tam przy straganie z owocami jest czasem kreska zasięgu’. Tak więc na własne życzenie znaleźliśmy się w miejscu odciętym od cywilizacji. Niestety, akurat dziś cywilizacja była nam potrzebna, także ruszyliśmy w górę drogi mijając plantacje herbaty.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Herbaciane pole
IMG50.JPG
IMG50.JPG [ 255.43 KiB | Obejrzany 5235 razy ]


Po pewnym czasie faktycznie doszliśmy do pustego straganu, chyba wszyscy miejscowi wiedzą, że pojawia się tam zasięg, bo stał tam już samochód, którego kierowca, a jakże, używał telefonu. Nasz telefon oczywiście nie złapał zasięgu, także spytaliśmy pana, czy możemy skorzystać z jego komórki (to był chyba mój rekordowy w życiu dzień jeśli chodzi o proszenie ludzi o różne rzeczy, na szczęście Australijczycy są bardzo życzliwi ;). W Jucy powiedzieli, że mamy czekać na kempingu, oni coś dla nas zorganizują. Także wróciliśmy, a przy okazji obejrzeliśmy zwierzaki na recepcji kempingowej. Było tam takie jakby mini zoo budzące dość mieszane uczucia. I tak papugi miały otwarte klatki, więc spoko, walabie miały spory wybieg, ale węże gniotły się w mikro-terrariach – bardzo przykry widok.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Barwnica zwyczajna (samiec)
IMG51.JPG
IMG51.JPG [ 381.48 KiB | Obejrzany 5235 razy ]

Załącznik:
Komentarz do pliku: Barwnica zwyczajna (samica)
IMG52.JPG
IMG52.JPG [ 406.92 KiB | Obejrzany 5235 razy ]


Korzystając z wolnej chwili poszliśmy się przejść jedną z przyośrodkowych tras. Piękny las deszczowy, ale niestety ani jednego zwierzaka.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Las deszczowy w Daintree
IMG53.JPG
IMG53.JPG [ 456.54 KiB | Obejrzany 5235 razy ]


Ponieważ była już 12, a na nogach byliśmy od 5:30 zabraliśmy się za obiad. Kończyłam już zmywać, kiedy patrzę, że jakiś wielki samochód przyjechał na nasz kemping. Okazało się, że to laweta po nas, która zabierze nas do wypożyczalni w Cairns, gdzie dostaniemy nowy samochód :D

Tak oto zakończyła się nasza przygoda z lasem deszczowym w Daintree. Jak już pisałam, bardzo mi zależało na zobaczeniu go. Liczyłam na dłuższy kontakt – dojazd do Cape Tribulation, spacery, może kąpiel w jakimś oczku wodnym, szukanie zwierzaków z przewodnikiem. Zamiast tego mieliśmy spacer w poszukiwaniu zasięgu, 135mm deszczu przez jedną noc (dla porównania w hotelu w Katarze wyczytaliśmy, że tam przez cały rok spada 70mm) i zwierzaki w klatkach...

Załącznik:
Komentarz do pliku: Nasza Kołyska na lawecie
IMG54 .jpg
IMG54 .jpg [ 241.82 KiB | Obejrzany 5235 razy ]


Cóż, przynajmniej kierowca lawety był bardzo sympatyczny i rozmawialiśmy przez całe 2.5h drogi do Cairns. Opowiadał o tym, że dużym problemem w kraju są leniwi Australijczycy żyjący na zasiłkach. Dużo pytał o Polskę. Nie wiem, czy nasz kierowca o tym wiedział, ale Jucy zamykano o 16, a dotarliśmy tam o 15:55. Od razu dostaliśmy nowy samochód, mieliśmy przenieść rzeczy, pozaznaczać na rysunku uszkodzenia na nowym samochodzie, a na koniec wrzucić kluczyki do skrzynki, bo pracownicy szli już do domu. Kiedy powiedzieliśmy, że chcemy ubiegać się o zwrot pieniędzy za ten dzień, kazano nam powiedzieć o tym oddając samochód. Tak zrobiliśmy i mimo początkowej niechęci pani obsługującej, oddano dam pieniądze za jeden dzień (120 AUD).

Od razu postanowiliśmy, że nie wracamy już do Daintree – zostało nam 15 dni i jakieś 2500km do przejechania, nie było czasu. Postanowiliśmy skierować się na zachód, do Atherton Tablelands. I tak pojechaliśmy do kempingu w Youngaburra, gdzie dotarliśmy 10 minut przed zamknięciem (o 18:30, na prowincji australijskiej wszystko się wcześnie zamyka). To był dzień pełen wrażeń, ale niekoniecznie takich po jakie tu przyjechaliśmy ;)
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
      
#7 PostWysłany: 22 Sty 2018 22:35 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
20.10.2017

Obudziłam się bardzo wcześnie. Za oknem samochodu jak oszalałe hałasowały ptaki. Śpiewały, kwakały, gęgały, cała gama dźwięków dochodząca znad pobliskiego jeziora. Ze względu na wysokość nad poziomem morza temperatura na płaskowyżu jest o kilka stopni niższa niż na wybrzeżu i bardzo często tam pada. To prawda, tego jednego dnia padało non stop i było jakieś 22 stopnie. To jednak nie przeszkodziło nam w zwiedzaniu, a naprawdę jest tam sporo atrakcji.

Platforma do obserwacji dziobaków (Platypus viewing platform), Youngaburra

Załącznik:
IMG55.JPG
IMG55.JPG [ 964.38 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Platforma znajduje się nad rzeczką, w której podobno można zobaczyć te niezwykłe zwierzęta. Mimo że byliśmy tam wcześnie, około 7 rano, na tablicy informacyjnej przeczytaliśmy, że największa szansa zobaczenia dziobaków jest o świecie i zmierzchu. Czyli byliśmy o jakieś 2h za późno. Żadnego dziobaka nie widzieliśmy, za to przyglądaliśmy się dość długo zwierzątku, które wyglądało jak mały krokodyl, siedzącemu na gałęzi nad wodą. Deszcz lał.

Figa zasłonowa (Curtain Fig Tree), Youngaburra

Okazuje się, że niektóre gatunki fig to pasożyty – rosną na innych drzewach wytwarzając długie korzenie powietrzne sięgające aż do ziemi. Drzewo-gospodarz w końcu umiera z powodu braku dostępu do światła i przerostu pasożytniczej figi. Brzmi to dość strasznie, ale wygląda naprawdę imponująco. Wokół drzewa zbudowano ścieżkę na palach (broadwalk) i, jak zwykle, było bardzo niewielu turystów. Klimatyczne miejsce.

Załącznik:
IMG56.JPG
IMG56.JPG [ 590.86 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Załącznik:
IMG57.jpg
IMG57.jpg [ 550.4 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Jezioro Eacham

To nic że pada, czas jechać oglądać powulkaniczne jezioro Eacham. Zostawiliśmy samochód na zupełnie pustym parkingu i poszliśmy na spacer wokół jeziora. Od razu sprawdziliśmy temperaturę wody – idealna do kąpieli! A to pewnie dlatego, że jezioro Eacham jest zbiornikiem zupełnie odizolowanym od wszelkich cieków wodnych, także potrafi się nieźle nagrzać. Niestety znaki (patrz zdjęcie) i brak innych kąpielowiczów skutecznie zniechęciły nas do zanurzenia się w jeziorze.

Załącznik:
IMG58.JPG
IMG58.JPG [ 762.38 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Swoją drogą tak to napisali jakby sprawcą całego zamieszania był jeden krokodyl... My (nie)stety krokodyla nie widzieliśmy, ale główną atrakcją jeziora Eacham są żółwie i ich było pod dostatkiem! Pływały sobie pomiędzy tymi zatopionymi pniami. Przejrzysta woda ułatwiała ich obserwację (niestety nie załapały się na zdjęciu). Tablica informacyjna obok platformy do obserwacji żołwi informuje, że gatunek ten oddycha... przez odbyt! Takie rzeczy tylko w Australii ;)

Załącznik:
IMG59.JPG
IMG59.JPG [ 919.75 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Cała trasa wokół jeziora Eacham ma jakieś 4km i jest zupełnie płaska, każdy da radę się nią przejść. Po drodze spotykamy różne ciekawe formacje drzewne...

Załącznik:
IMG60.JPG
IMG60.JPG [ 895.3 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


A także sporo indyków (bush turkey).

Załącznik:
IMG61.JPG
IMG61.JPG [ 783.02 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Jest to bardzo przyjemny spacer, w pewnym momencie jednak odkrywam przyssaną do mojej łydki pijawkę! Na szczęście musiała dopiero co się przyczepić, bo po jej oderwaniu nie ma śladu, ani kropelki krwi. Teraz jednak spacer staje się stresujący, ciągle wydaje mi się, że coś po mnie chodzi. Po dojściu na parking okazuje się, że pijawki powłaziły w zagłębienia moich sandałów, bleeee. Decyduję się je wywalić, na szczęście były stare i zniszczone :(

Plantacja herbaty „Nerada”

Największa plantacja herbaty w Australii znajduje się w pobliżu miejscowości Malanda i jest kolejnym godnym polecenia miejscem. Nie dość, że fabryka jest otwarta dla turystów (czuliśmy się jakbyśmy oglądali program „Jak to jest zrobione” na żywo), to jeszcze na terenie parku przy plantacji mieszka kangur drzewny (tak, istnieje coś takiego;).

Załącznik:
IMG62.JPG
IMG62.JPG [ 664.76 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Załącznik:
IMG63.JPG
IMG63.JPG [ 767.99 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Zakład produkcyjny wygląda na niespecjalnie nowoczesny, ale wszystko wydaje się działać bardzo sprawnie. Oczywiście jest też kawiarnia, gdzie można się napić herbaty i sklepik sprzedający dziesiątki rodzajów herbaty w zupełnie przystępnych cenach.

A tutaj kangur drzewny, wcale nie tak łatwo go dostrzec (to ta kulka w górnej, środkowej części zdjęcia):

Załącznik:
IMG64.JPG
IMG64.JPG [ 662.97 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


W Australii nie ma małp, dlatego część kangurów przystosowała się do życia na drzewach i tak powstał nowy gatunek – kangury drzewne. Kolejne niesamowite zwierzaki :)

Rezerwat dziobaków (Australian Platypus Park)

No nie mogłam odpuścić. Nie udało się rano, to musi się udać po południu! Ten rezerwat to było coś pomiędzy zobaczeniem dziobaków w zoo, a na wolności. Trzeba było zapłacic 8AUD za wstęp i zobaczenie dziobaków było zagwarantowane, jednak nie były one nigdzie zamknięte, po prostu żyły w tym jeziorze ze względu na obfitość pożywienia.

Załącznik:
IMG65.JPG
IMG65.JPG [ 741.79 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Oglądać dziobaki idzie się z przewodnikiem, który opowiada trochę o ich zwyczajach i o tym jak się zachowywać w ich obecności. Cały czas niemiłosiernie lało, byliśmy zupełnie mokrzy, na szczęście było ciepło.

Przewodnik kazał nam się wpatrywać w taflę jeziora, ale jedynym co widzieliśmy były krople deszczu ją burzące. Po jakimś czasie jednak zobaczyliśmy coś! Przez środek jeziora płynął dziobak :D

Załącznik:
IMG66.JPG
IMG66.JPG [ 976.55 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


Potem widzieliśmy jeszcze kilka okazów (a może jednego kilka razy) w przybrzeżnych trzcinach i liliach. Niestety ciężko było dostrzec coś więcej niż zarys ciała czy dziób, a tym bardziej zrobić dobre zdjęcie. Mimo tego były to dobrze wydane pieniądze, bo podczas dalszych etapów wycieczki nie udało nam się więcej zobaczyć tych zwierzaków.

Wodospad Milaa Milaa

Najpierw zatrzymaliśmy się na parkingu przy wodospadzie, aby ugotować sobie obiad. Wrzaski dobiegające znad wodospadu potwierdzały to, o czym czytaliśmy w przewodniku – że w jeziorku do którego wpada wodospad można się kąpać. Może kiedy jest cieplej i nie pada jest to bardziej kusząca opcja, ale jak dla nas woda była dość brudna i zdecydowanie zimna. Za to widoki ładne :)

Załącznik:
IMG67.JPG
IMG67.JPG [ 825.14 KiB | Obejrzany 4793 razy ]


W okolicy było jeszcze kilka wodospadów, jednak uznaliśmy, że już nie docenimy kolejnych atrakcji, byliśmy po prostu zmęczeni. Postanowiliśmy zanocować w Innisfail, na wybrzeżu. Co ciekawe, jak tylko opuściliśmy płaskowyż Atherton deszcz momentalnie ustał, chmury się przerzedziły i pokazało się (na chwilę) słońce. Płaskowyż to niesamowite miejsce, według mnie jedno z najpiękniejszych w całej Australii i chyba jedyne, w którym mogłabym mieszkać.

Dojeżdżając do Innisfail mijaliśmy liczne plantacje bananów i trzciny cukrowej, o których więcej będzie w kolejnych postach. Bardzo urokliwe miejsca, nie wiem czemu aż tak mi przypadły do gustu, może przez to że tak bardzo różnią się od naszych rodzimych pól ziemniaków i pszenicy (które też mają urok, żeby nie było ;).

Camping w Innisfail był chyba najbardziej sympatycznym ze wszystkich, w których spaliśmy – cena 23AUD (!), ogromna łazienka i dobrze wyposażona kuchnia. Do tego właścicielka – równa babka, i lokalizacja tuż nad rzeką, w której mieszkają krokodyle. Niestety gady te lubią wygrzewać się w słońcu, a w deszczowe dni, takie jak te podczas naszego pobytu tam, raczej się nie pokazują.

Ponieważ był piątek postanowiliśmy przejść się „na miasto” do jakiegoś pubu. Jakież było nasze zdziwienie kiedy okazało się, że jedyne miejsca czynne o 19:30 w Innisfail to pizzeria Dominos i kilka knajp z chińskim jedzeniem. Zero pubów. Z dalszych poszukiwań zrezygnowaliśmy, bo po mieście przechadzały się grupki Aborygenów, którzy nie patrzyli na nas z sympatią (a może tak nam się tylko wydawało), a wszędobylskie głośne papugi stwarzały klimat jak z horroru. Postanowiliśmy kupić piwo w sklepie i wypić w campervanie, a co. Niedoczekanie, sklep, który mijaliśmy nie miał działu z alkoholem (chyba jeszcze nie wspominałam, że w Australii alkohol nie jest sprzedawany w supermarketach, ale w osobnych sklepikach sprzedających tylko napoje procentowe). Cóż, w takiej sytuacji zmęczeni całym dniem pełnym wrażeń poszliśmy spać o 21 :D
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
      
#8 PostWysłany: 23 Sty 2018 00:12 

Rejestracja: 02 Mar 2012
Posty: 4100
HON fly4free
Bajkowa ta wasza podróż, a zdjęcia krajobrazów wprost urzekają ,fajnie czytać takie relacje :P
Góra
 Profil Relacje PM off
zuzanna_89 lubi ten post.
 
      
#9 PostWysłany: 23 Sty 2018 05:23 

Rejestracja: 25 Lut 2012
Posty: 235
Loty: 23
Kilometry: 72 725
niebieski
Ja tez z przyjemnością czytam Wasza relację i oglądam zdjęcia. Tylko odstępy pomiędzy poszczególnymi odcinkami są zbyt duże...
A jak camper był na lawecie, to dla Was gdzie znalazło się miejsce? W kabinie kierowcy?
Góra
 Profil Relacje PM off
zuzanna_89 lubi ten post.
 
      
#10 PostWysłany: 29 Sty 2018 16:36 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
-- 29 Sty 2018 15:05 --

@julk1 @miriam Dziękuję za miłe słowa! Fajnie wiedzieć, że ktoś czyta tę relację. Przepraszam za te przerwy, obiecuję dokończyć pisanie w lutym :)

Tak, w kabinie kierowcy były 2 miejsca dla pasażerów, idealnie dla nas :D

-- 29 Sty 2018 15:36 --

21.10.2017

Kolejny raz obudziłam się o 5, ale tym razem to nie był problem. Za oknem rozgrywał się niesamowity spektakl – burza o wschodzie słońca. Po jednej stronie nieba ciemne chmury i ulewa, a po drugiej tęcza.
Po deszczu przeszłam się na spacer po kempingu, na którym rosło trochę ciekawych roślin, między innymi plumeria, z której na Hawajach robi się naszyjniki.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plumeria na kempingu
IMG68.JPG
IMG68.JPG [ 670.5 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


Głównym celem naszej australijskiej wycieczki było zobaczenie jak największej ilości zwierząt na wolności. W Australii byliśmy dopiero tydzień, a już widzieliśmy koale, kangury, walabie, emu, dziobaki, żółwie i sporo innych. Jednak wciąż nie widzieliśmy kazuarów! Największa szansa na ich spotkanie jest w parku narodowym Daintree, a także właśnie w okolicach Innisfail – rejon ten nawet nazwano wybrzeżem kazuarów (Cassowary Coast). Spytaliśmy właścicielkę naszego kempingu gdzie najlepiej się udać, aby spotkać te endemiczne ptaki, a ona skierowała nas do Etty Bay i Mission Beach.

Sama zatoka Etty to bardzo ładne miejsce – droga kończy się przy plaży, jest tam kilka domków do wynajęcia i maleńki sklepik. Plaża obwarowana jest znakami ostrzegającymi przed krokodylami i meduzami, a szkoda, bo jest piękna.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Etty Bay
IMG69.JPG
IMG69.JPG [ 487.74 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


To, że kazuary tam występują potwierdza znak:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Uwaga kazuary!
IMG70.JPG
IMG70.JPG [ 944.73 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


Niestety, przy plaży nie było żadnego kazuara, także zawiedzeni zawróciliśmy. Nie ujechaliśmy nawet kilometra kiedy... Tak, zobaczyliśmy kazuara!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kazuar w Okolicy Etty Bay
IMG71.JPG
IMG71.JPG [ 923.71 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


Siedział sobie spokojnie, ale oczywiście nie podchodziliśmy zbyt blisko. Prócz nas nie było tam nikogo, idealne warunki do obserwacji. Usatysfakcjonowani pojechaliśmy dalej :)

Kierowaliśmy się do Mission Beach, ale po drodze wstąpiliśmy jeszcze do winiarni w Murdering Point (nazwa pochodzi stąd, że w XIX wieku w okolicy brzegu rozbił się na rafie koralowej statek, a miejscowi Aborygeni ponoć zjedli kilku rozbitków...). Pomimo strasznej historii winiarnię zdecydowanie warto odwiedzić. Znajduje się w pięknej okolicy pól trzciny cukrowej (ten mini wagonik służy do przewozu skoszonej trzciny).

Załącznik:
Komentarz do pliku: Okolice Murdering Point Winery
IMG72.JPG
IMG72.JPG [ 641.6 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


Dotarliśmy do winiarni około 9:15, ale było już otwarte i właściciel powiedział nam, że jeśli decydujemy się cokolwiek kupić, to możemy próbować do woli :D Spróbowaliśmy więc dwóch rodzajów win i dwóch porto obficie zapijając wodą, żeby nie mieć kaca przez cały dzień ;) Wszystkie napoje zostały zrobione z miejscowych owoców (mango, ananas i inne mniej znane). Za 2 butelki porto i jedną wina zapłaciliśmy 70AUD, co wydało nam się niezłą ceną patrząc na standardowe ceny alkoholi w Australii. Pokrzepieni jechaliśmy dalej :D

Przed Mission Beach zatrzymaliśmy się na spacer na jednej z tras wiodących przez las deszczowy. Była to bardzo urokliwa ścieżka, na której podobno często można spotkać kazuary. Na początku trasy postawiono kilka tablic informacyjnych, z których sporo można się dowiedzieć o tych niezwykłych ptakach. Kazuary są w relacji symbiotycznej z pewnym gatunkiem palmy – ptaki jedzą owoce tej palmy (zwane śliwkami kazuara – cassowary plum), które są trujące dla innych zwierząt i wydalają pestki wspomagając wysiew palmy (pestka znajduje się w przewodzie pokarmowym kazuara na tyle krótko, że nie zostaje strawiona, a gdy wydostaje się z powrotem na światło dzienne jest już nieatrakcyjna dla innych zwierząt i może z niej wyrosnąć mała palma).
Niestety, zamiast majestatycznych kazuarów spotkaliśmy tu całe mnóstwo komarów, które nic sobie nie robiły z naszego offa. Były też ładne widoki:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Las deszczowy w pobliżu Mission Beach
IMG73.JPG
IMG73.JPG [ 951.58 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


W Mission Beach zatrzymaliśmy się na chwilę na spacer po molo (kolejne żółwie:), ale upał był nieznośny i nad wodą w towarzystwie znaków o zakazie kąpieli nie dało się wytrzymać. Pomyśleliśmy więc, że pora poszukać wycieczki na rafę skoro wreszcie przestało padać :D W samym Mission Beach była tylko jedna firma organizująca takie wyjazdy i najbliższy był za dwa dni, także zdecydowaliśmy się jechać do Townsville i skorzystać z usług tamtejszej firmy Adrenalin Snorkel and Dive (http://adrenalindive.com.au/). Zdecydowanie polecam.

Wyjeżdżając z Mission Beach natrafiliśmy na korek. Na początku trochę się wkurzyliśmy, bo chcieliśmy dojechać do Townsville przed zamknięciem biura podróży, ale kiedy zobaczyliśmy jego przyczynę...

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kazuary w pobliżu Mission Beach
IMG74.JPG
IMG74.JPG [ 644.83 KiB | Obejrzany 4529 razy ]

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kazuar w pobliżu Mission Beach
IMG75.JPG
IMG75.JPG [ 498.2 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


Kazuary, podobnie zresztą jak kangury, wydają się zupełnie nie rozumieć jakie zagrożenie stwarza dla nich ulica, czy raczej samochody. Przechodzą na drugą stronę kiedy im się zachce stanowiąc spore zagrożenie dla siebie i kierowców. Miejsca, w których niedawno widziano kazuary są oznaczane przy drodze znakami „recent crossing”. Widzieliśmy sporo takich znaków a teraz wreszcie zobaczyliśmy „crossing” na żywo! Niesamowite stworzenia.

W Townsville zaklepaliśmy wycieczkę na kolejny dzień, zrobiliśmy zakupy, ugotowaliśmy obiad i już była 20, czyli pora spać ;) Kemping na którym wylądowaliśmy dużo mniej mi odpowiadał niż poprzednie – był ogromny, zatłoczona kuchnia, a miejsca wyznaczone jedno przy drugim. Co ciekawe na wszystkich kempingach spotykaliśmy Niemców, a na tym było ich szczególnie wielu. Jakoś jadąc do Australii myślałam, że więcej będzie tam Brytyjczyków (ze względu na postimperialne sentymenty i bazując na opowieściach znajomych z UK), ale to jednak Niemcy znacznie przeważali. Być może Brytyjczycy nie lubią spać na kempingach ;)

22.10.2017

Tym razem wczesne wstawanie było nam na rękę – zbiórka w marinie miała być o 7, także po wstaniu o 5 mieliśmy sporo czasu na zjedzenie niewielkiego śniadania i przygotowanie się do wycieczki. Oboje byliśmy podekscytowani na myśl o snorkelingu na Wielkiej Rafie Koralowej, ale myślę, że oboje (a na pewno ja) byliśmy też trochę poddenerwowani. Nie pływam zbyt dobrze i ogólnie czuję niepokój na samą myśl o głębokiej wodzie. Na dodatek podczas ostatniej wyprawy łódką nie czułam się dobrze (ale tu winę zwalam na śmierdzący kanał, którym płynęliśmy).

Wycieczka z firmą Adrenalin Snorkel and Dive kosztowała 240AUD od osoby, w cenie był transport na rafę (w okolicy Townsville to aż 80km, płynęliśmy jakieś 2h), wypożyczenie sprzętu do snorkelingu, lunch, napoje i przekąski, a także trochę informacji odnośnie samej rafy i zwierząt, które na niej żyją (na pokładzie znajdował się atlas, w którym po wyjściu z wody można było sprawdzić jak nazywały się zwierzaki, które widzieliśmy :) . Zbiórka była o 7 rano, a wróciliśmy do Townsville około 17.

Na naszym statku było około 20 uczestników wycieczki i 4 osoby z obsługi, przez co można było się dość dobrze poznać i wypytać przewodników o wszystko co nas intrygowało ;) Płyneliśmy na rafę Lodestone, mnie nic to nie mówiło, ale większość uczestników wyprawy już wcześniej nurkowała, a wszyscy, którzy byli na tej rafie bardzo ją chwalili. No to super, ruszamy!

Mimo, że na rafę płynęliśmy 2h, to ten czas wcale się nie dłużył. Załoga kursowała ze smakołykami, które zapijaliśmy kawą, herbatą i sokami (dwie osoby miały objawy choroby morskiej, nas na szczęście to ominęło), odbyliśmy też szkolenie BHP i zapoznaliśmy się z kilkoma osobami. Połowa z nas miała nurkować, a połowa snurkować; gdybyśmy chcieli była też opcja dokupienia jednego zanurkowania za (chyba) 50 AUD. Po drodze widzieliśmy z daleka delfiny, a także stadko ptaków drapieżnych polujących na latające ryby.

W końcu dobiliśmy do rafy, widać było, że woda jest tu o wiele płytsza, miała jaśniejszy kolor. Podniecenie i stres sięgały zenitu. Widok na rafę z górnego pokładu naszego stateczku:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Rafa z górnego pokładu
IMG76.JPG
IMG76.JPG [ 368.22 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


W końcu zeszliśmy do wody i... dosłownie nas zatkało. To co zobaczyliśmy po wsadzeniu głowy pod wodę przerosło nasze najśmielsze oczekiwania! To był National Geographic na żywo, cud natury w każdym calu! Wynurzyliśmy głowy i zaczęliśmy krzyczeć do siebie zachłystując się słoną wodą. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co widzimy.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Rafa z GoPro
IMG77.png
IMG77.png [ 896.26 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


Koralowce, ryby, rozgwiazdy, ogórki morskie; wszystko kolorowe i, zdawało by się, na wyciągnięcie ręki. Ciężko było ocenić odległość do korali, ale po konsultacji z przewodnikiem dowiedzieliśmy się, że rafa ma głębokość od 2 do 20m. Oczywiście nic nie można dotykać.

Trochę zajęło nam przyzwyczajenie się do oddychania przez rurkę, początkowo uparcie próbowałam nabierać powietrza przez zatkany nos co chwilę łykając spore porcje okropnie słonej morskiej wody. Na szczęście jakoś to opanowałam i po 15 minutach spokojnie pływałam (czy raczej unosiłam się na powierzchni leniwie machając nogami). Dzięki Bogu za pianki (noodles), dzięki którym pływanie nie było męczące.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pierwsze snurkowanie
IMG80.jpg
IMG80.jpg [ 576.65 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


Kiedy wchodziliśmy do wody przewodnik, który zanurkował aby opuścić kotwicę poinformował nas, że widział rekina, jednak nie byliśmy pewni, czy traktować go poważnie. W każdym razie zobaczenie tego drapieżnika kilka metrów pod nami było niesamowicie ekscytujące!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Rekin
IMG78.png
IMG78.png [ 750.16 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


Jak się okazało był to rekin rafowy, który pływa w pobliżu piaszczystego dna rafy (nie bezpośrednio przy koralowcach) i zjada ranne i martwe zwierzęta czyszcząc rafę. Rzadko kiedy atakuje ludzi. Po jakimś czasie widzieliśmy go jeszcze raz (a może to jego kolega, nie wiem).

Załącznik:
Komentarz do pliku: Rekin2
IMG79.png
IMG79.png [ 797.41 KiB | Obejrzany 4529 razy ]


Pełni wrażeń wynurzyliśmy się na lunch. Kanapki z chleba tostowego nigdy nie smakowały tak dobrze! Pieczywo, warzywa, wędliny, a do tego sporo owoców i wody i byliśmy gotowi na ponowne wejście do wody.

Niestety, po przerwie, jak zwykle, nie było już tak dobrze. Było nam bardzo zimno (woda wcale nie była ciepła, dobrze, że organizatorzy zapewniali długie pianki) i czuliśmy się zmęczeni. W sumie pływaliśmy jakieś 3h, byliśmy zmęczeni ale szczęśliwi.

Wracając na ląd grzaliśmy się w promieniach słońca. To był wspaniały dzień i zdecydowanie polecam wszystkim wyjazd z tą firmą. Nurkujący również byli zadowoleni, a w opowieściach wszystkich królował oczywiście rekin.

Po powrocie na kemping porządnie się wykąpaliśmy (statek był mały i nie było na nim przysznica), zjedliśmy obiadokolację i poszliśmy jeszcze na chwilę na plażę popatrzeć na Magnetic Island, na którą jutro mieliśmy zamiar popłynąć.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok na Magnetic Island z Townsville
IMG81.jpg
IMG81.jpg [ 637.82 KiB | Obejrzany 4529 razy ]
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#11 PostWysłany: 31 Sty 2018 18:26 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
23.10.2017

Tego dnia mieliśmy w planie zwiedzanie Magnetic Island (przez miejscowych zwaną pieszczotliwie Maggie Island). Nazwa pochodzi od wpływu jaki wyspa wywarła na kompas kapitana Cooka kiedy przepływał w pobliżu (aczkolwiek żadnych złóż tu nie odkryto). Można się na nią dostać promem z Townsville za 33 AUD (bilet powrotny dla dorosłego), płynie się jakieś 20 minut, a promy odpływają co godzinę, albo częściej (zależnie od pory).

Po trzech nocach pożegnaliśmy więc kemping w Townsville, aby zaparkować przy marinie ;) Główne atrakcje Maggie Island to trasy spacerowe, plaże, a także przybrzeżna rafa koralowa. Wyspa jest spora i jeśli ktoś chce zobaczyć ją całą to pewnie opłaca się kupić całodzienny bilet autobusowy (kosztuje chyba około 10 AUD). My zdecydowaliśmy się na spacer z Nelly Bay (tam przypływa prom) do Alma Bay przez góry z widokiem na Horseshoe Bay. Było to około 6km, ale ponieważ upał był coraz większy, a teren górzysty można było się trochę zmęczyć

Załącznik:
Komentarz do pliku: Spacer na Magnetic Island
IMG82.JPG
IMG82.JPG [ 901.9 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Podczas spaceru spotkaliśmy 2 osoby. Wydawało mi się to dość dziwne, bo był to ładny spacer, dość krótki i zlokalizowany najbliżej przystani promowej. No ale to nie pierwszy raz zdziwiła mnie niewielka ilość turystów w Australii. Zwierząt właściwie nie spotkaliśmy żadnych (prócz jaszczurek i kukabur), ale roślinność była zdecydowanie niezwykła. Tu na przykład australijskie „gruszki” na zupełnie suchym drzewie:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Australijskie "gruszki"
IMG83.JPG
IMG83.JPG [ 541.39 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


A tu również suche drzewo, które kwitnie:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kwitnące drzewo na Magnetic Island
IMG84.JPG
IMG84.JPG [ 884.58 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Początkowo myślałam, że ktoś położył ten kwiat na suchej gałęzi, ale potem zobaczyłam ich więcej. Wyglądało naprawdę niesamowicie, taki przebłysk życia w tym suchym krajobrazie.

Spacer zajął nam około 2h, po tym czasie doszliśmy do Alma Bay, gdzie na chwilę zanurzyliśmy się w wodzie pomimo znaku:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Uwaga meduzy
IMG85.jpg
IMG85.jpg [ 404.58 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Marine stingers, czyli parzące meduzy, są sporym zagrożeniem dla osób pływających w wodach Oceanu Spokojnego u wybrzeży Australii. Dwa najgroźniejsze gatunki to kostkomeduza (Box jellyfish) i Irukandji, poparzenia wywołane przez nie w najgorszym wypadku mogą być śmiertelne. Na niewielkie poparzenia dobrze działa ocet, którego butelki często można znaleźć na plażach. Przyjmuje się, że sezon kiedy meduzy występują to okres od października do marca i wtedy zaleca się pływać tylko w wyznaczonych miejscach, a najlepiej w strojach ochronnych.

Przy Alma Bay był wyznaczony fragment zatoki bezpieczny do kąpieli i właśnie tam pływaliśmy.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok na Geoffrey Bay
IMG86.JPG
IMG86.JPG [ 648.04 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Na kamieniach przy zatoce podobno często można spotkać walabie. My niestety znów musieliśmy poprzestać na podziwianiu flory, fauna zapewne schowała się gdzieś przed upałem. Araukaria wyniosła (Norfolk Island Pine):

Załącznik:
Komentarz do pliku: Araukaria wyniosła
IMG87.JPG
IMG87.JPG [ 534.26 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Maggie Island to malownicze miejsce i myślę, że spokojnie można by tu spędzić kilka dni, my jednak byliśmy już trochę rozpieszczeni pięknymi australijskimi krajobrazami i może nie do końca ją doceniliśmy, a prócz tego musieliśmy przeć na południe.

Przy terminalu promowym stoi znak przypominający, że znajdujemy się na końcu świata:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Znak przy przystani na Magnetic Island
IMG88.jpg
IMG88.jpg [ 371.28 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Postanowiliśmy jechać teraz prosto do Airlie Beach, które jest bazą wypadową na najpiękniejszą plażę świata – Whitehaven Beach. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad przy drodze, to znaczy ja gotowałam makaron i podgrzewałam sos, a mój mąż-kierowca odpoczywał :)

Do Airlie Beach dojechaliśmy chwilę po 18; specjalnie wybraliśmy kemping, który prowadzi biuro podróży, żeby od razu zaklepać tam wycieczkę. Niestety okazało się, że miejsca na odpowiadający nam wyjazd (czytaj: w najniższej cenie) były dopiero na środę, co oznaczało, że czekał nas jeden wolny dzień. Kto by pomyślał!?

24.10.2017

Dzień wolny, bez jazdy samochodem i przymusowego zwiedzania, był nam potrzebny. Kto był kiedyś w podróży dłużej niż 2 tygodnie wie, że po jakimś czasie kolejny najpiękniejszy wodospad już nie zachwyca, a wspaniała plaża wydaje się identyczna do tej, którą widzieliśmy kilka dni temu. Z nami jeszcze nie było tak źle, ale łaknęliśmy relaksu. Także ten dzień zaczęliśmy od zrobienia prania (pralki są dostępne na wszystkich kempingach za kilka AUD), w międzyczasie czytaliśmy i jedliśmy któreś już śniadanie. Około godziny 10 wyruszyliśmy do centrum Airlie Beach, idąc trasą spacerową przy oceanie było to jakieś 3km bardzo malowniczą ścieżką.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Spacer do Airlie Beach
IMG89.JPG
IMG89.JPG [ 496.88 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Spacer do Airlie Beach
IMG90.JPG
IMG90.JPG [ 647.57 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Dochodząc już do centrum Airlie Beach mija się lasek namorzynowy :D

Załącznik:
Komentarz do pliku: Lasek namorzynowy
IMG91.JPG
IMG91.JPG [ 882.88 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Samo centrum miasteczka zupełnie nas nie urzekło, kupiliśmy kilka pocztówek i uciekliśmy z powrotem nad wodę. Ze względu na wszechobecne meduzy i krokodyle, a na dokładkę rekiny w Airlie Beach nie zaleca się kąpieli w oceanie. Wychodząc na przeciw mieszkańcom i turystom zbudowano więc tam odkryty basen, zwany laguną, który znajduje się w parku blisko nabrzeża. Wstęp jest darmowy, a bezpieczeństwa pilnują ratownicy. Uważam, że to naprawdę świetny pomysł, tylko woda mogłaby być cieplejsza ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Laguna w Airlie Beach
IMG92.jpg
IMG92.jpg [ 676.4 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Po ochłodzeniu się w lagunie zaczęliśmy wracać na kemping zahaczając o pobliski sklep. Tego dnia planowaliśmy zrobić słynnego australijskiego grilla (czyli barbie ;).

W Australii w bardzo wielu miejscach można zobaczyć publiczne grille (w parkach, przy plażach i oczywiście na kempingach). Zwykle nie trzeba płacić za korzystanie z nich, a czasami kosztuje to dolara. Grille są elektryczne i bardzo łatwo się je czyści polewając rozgrzaną powierzchnię wodą i trąc. Kolejny świetny australijski pomysł.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Barbie
IMG93.jpg
IMG93.jpg [ 667.4 KiB | Obejrzany 4465 razy ]


Jak widzicie skusiliśmy się na steki wołowe (uwielbiane przez Australijczyków) i wieprzowe kiełbaski. Naszym polskim podniebieniom zdecydowanie bardziej smakowały kiełbaski. Do tego świeże pieczywo, sałatka – pycha!

A po obiedzie dalszy relaks, tym razem w i nad basenem kempingowym. Zabraliśmy się też za planowanie dalszej części podróży. Wybrzeże jest przepiękne, ale zaczęliśmy czuć lekki przesyt, dlatego postanowiliśmy, że po powrocie z wycieczki na Whitehaven beach spędzimy jeszcze jedną noc w Airlie, a kolejnego dnia o świcie odbijemy wgłąb lądu do wąwozu Carnarvon.

Wieczór spędziliśmy patrząc na gwiazdy nad palmami, a później oglądając serial :) Na koniec zdjęcie naszych sąsiadów na kempingu – niesamowity wymysł australijskiej branży turystycznej :D

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kemping po australijsku
IMG94.JPG
IMG94.JPG [ 536.73 KiB | Obejrzany 4465 razy ]
Góra
 Profil Relacje PM off
SPLDER lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
      
#12 PostWysłany: 02 Lut 2018 11:32 

Rejestracja: 14 Lis 2016
Posty: 9
Cześć za 2 tygodnie ruszamy kamperem w trasę z Cairns do Sydney. Jesteś akurat w trakcie relacji z tego odcinka. Mam pytanie, czy 12 dni starczy na odcinek z Cairns do Brisbane? My kampera zostawiamy w Sydney i zostajemy tam na stałe więc odcinek do Brisbane zrobimy w późniejszym terminie

Wysłane z mojego LG-H870 przy użyciu Tapatalka


Ostatnio edytowany przez Washington, 08 Kwi 2018 23:17, edytowano w sumie 1 raz
Cytowanie - nie cytuj całego postu poprzednika, jeżeli zaraz pod nim odpowiadasz
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#13 PostWysłany: 02 Lut 2018 14:20 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
@Lazymathew my na trasę z Cairns do Brisbane przeznaczyliśmy 10 dni, także myślę, że 12 tym bardziej spokojnie wystarczy :) Jest tam naprawdę sporo do zobaczenia, radzę zaopatrywać się w mapki w punktach informacji turystycznej, na których zaznaczone są nawet mniej znane atrakcje. Pamiętajcie też o tankowaniu na zapas, szczególnie jeśli jedziecie wgłąb lądu. Miłego zwiedzania!
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#14 PostWysłany: 04 Lut 2018 19:22 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
25.10.2017

Mimo że pochodzimy z Gdańska, a mieszkamy w Gdyni żadne z nas nie jest fanem plażowania. Nie mogliśmy jednak nie odwiedzić plaży Whitehaven na wyspie Whitsunday, ponieważ stanowi ona jedną z największych atrakcji Queensland. Ciekawość nas zżerała co powoduje, że jakaś plaża zostaje okrzyknięta najpiękniejszą na świecie.

Są dwa rodzaje wycieczek na plażę Whitehaven, można wybrać się na rejs żaglówką (aczkolwiek czytałam na forach narzekanie, że zdarza się, że żaglówka większość czasu płynie napędzana silnikiem), który może trwać nawet kilka dni, albo łodzią motorową. My wybraliśmy najtańszą opcję całodniową – wycieczka łodzią motorową Big Fury była akurat w promocji i kosztowała 140 AUD za osobę. W cenę wchodził transport łodzią, snorkelling wraz z wypożyczeniem sprzętu, 2h na plaży Whitehaven, lunch, a także wyjście na punkt widokowy, z którego widać słynne wirujące piaski. Dodatkowo bezpłatnie odebrano nas z kempingu, a później odwieziono. Za dodatkową opłatą można było na łódce kupić napoje (zapewniali wodę kranową zdatną do picia, ale ta w Australii zalatuje chlorem, więc najlepiej wziąć ze sobą sporą butelkę) i wypożyczyć strój chroniący przed meduzami (coś jak pianka, tylko zupełnie cienkie; my się skusiliśmy za 8 AUD). Myślę, że to świetna cena za taką wycieczkę, a czy było warto – o tym poniżej.

Byliśmy ciekawi tej wycieczki z dwóch względów – po pierwsze, czy plaża i wirujące piaski będą faktycznie tak piękne jak na zdjęciach oraz jak wypadnie snorkeling w porównaniu do tego na Wielkiej Rafie.

Dodatkowo, w opisie wycieczki zaznaczono żeby wziąć ze sobą kurtkę. Przy 30-sto stopniowym upale brzmiało to dość absurdalnie, ale karnie zapakowaliśmy kurtki do plecaka zaraz obok ręczników i kremu z filtrem. Jak tylko wypłynęliśmy poza obszar mariny zrozumiałam po co były te kurtki, co więcej od razu swoją założyłam. Łódka była właściwie zupełnie odsłonięta, z siedzeniami na środku, przez co kiedy szybko płynęliśmy wiało potwornie. Kiedy płynęliśmy przewodnik starał się coś mówić o mijanych wyspach, ale naprawdę ciężko mu było przekrzyczeć ryk silników i wiatru. Wyspy, które mijaliśmy należą do archipelagu Whitsunday. Jeszcze rok temu na wielu z nich znajdowały się hotele, czy nawet całe ośrodki wypoczynkowe (Resorts). Niestety, wiele z nich zostało zniszczonych przez cyklon Debbie, który szalał tutaj w marcu 2017 roku. Aktualnie jedynie wyspa Hamilton przyjmuje gości w swoich hotelach.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Hamilton Island resort
IMG95.JPG
IMG95.JPG [ 544.16 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Płyniemy dalej i mijamy siedzącego na skale bielika białobrzuchego. Australia nie przestaje zadziwiać swoją przyrodą. W końcu docieramy na miejsce snorkelingu, które znajduje się między wyspami, w pobliżu Whitehaven beach.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Miejsce snorkelingu
IMG96.JPG
IMG96.JPG [ 699.58 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Wcale nie uśmiecha mi się wchodzić do wody, mimo kurtki jest strasznie zimno. Na szczęście kilka minut na słońcu działa cuda i wskakujemy do wody. O matko, ale lodowata! Okazuje się, że przewodnik który był z nami na Wielkiej Rafie Koralowej miał rację. „Rafową” poprzeczkę mamy zawieszoną bardzo wysoko i to co widzimy tutaj oceniamy kiepsko. Kolka koralowców, parę ryb, wszystko przysłonięte sporą ilością piasku. Nie ma co, wracamy na pokład się zagrzać, o dziwo wcale nie jesteśmy jedynymi, którzy się na to decydują. Mimo to jesteśmy zadowoleni, że spróbowaliśmy snorkelingu tutaj, dzięki temu jeszcze bardziej doceniamy wycieczkę na Wielką Rafę.

Po kilku minutach jesteśmy już na Whitehaven beach.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża Whitehaven
IMG97.JPG
IMG97.JPG [ 978.17 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Spędzimy tu około 2h, najpierw zjemy lunch, który zostanie wystawiony w tym małym budynku z daszkiem, następnie będziemy mieli czas wolny na rozkoszowanie się pięknem plaży.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża Whitehaven
IMG98.JPG
IMG98.JPG [ 624.08 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Okazuje się, że nie tylko my jesteśmy głodni. Wokół domku z lunchem kręcą się dwie spore jaszczurki.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Waran kolorowy
IMG99.png
IMG99.png [ 901.4 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Jak się okazuje, jest to waran kolorowy, druga największa jaszczurka w Australii osiągająca do 2m. Wygląda trochę strasznie, szczególnie kiedy dwa warany zaczynają się gonić i walczyć ze sobą. Przewodnik mówi, że bardzo rzadko je tu spotyka.

Lunch jest bardzo smaczny – sałatki, wędliny, pieczywo, a do tego sporo owoców. Kolejny etap odwiedzin najpiękniejszej plaży na świecie to drzemka :D Okazuje się, że śpi się tu bardzo dobrze – piasek jest bardzo drobny i dzięki temu można się wygodnie ułożyć. Przed drzemką nasmarowaliśmy się oczywiście kremem z filtrem 50, jednak wieczorem stwierdzamy, że jesteśmy lekko różowi. I bardzo dobrze, nie możemy przecież wrócić zupełnie bladzi!

Następnie rozglądamy się po plaży. Chyba już wiem co sprawia, że wiele osób uważa ją za najpiękniejszą – niewielu turystów (plaża jest na wyspie, dostać można się tu tylko łódką i nie jestem pewna, czy każdy dostaje pozwolenie, a na pewno są opłaty), piaseczek jest drobny i miękki, woda czysta i względnie ciepła (jakieś 26 stopni), a wokół piękne widoki. Zero sklepów, zero naganiaczy. Czysty relaks.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża Whitehaven
IMG100.JPG
IMG100.JPG [ 503.23 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża Whitehaven
IMG101.JPG
IMG101.JPG [ 682 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża Whitehaven
IMG102.JPG
IMG102.JPG [ 417.13 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


O 14:30 jesteśmy gotowi ruszać dalej. Pokażcie nam te wirujące piaski! Nasza łódka dobiła do brzegu, teraz jeszcze 15-sto minutowy spacer przez las na punkt widokowy.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Łódka Big Fury
IMG103.JPG
IMG103.JPG [ 517.2 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Gdy wdrapujemy się na punkt widokowy (Hill Inlet Lookout) pierwsze co widzimy to to:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok na wirujące piaski
IMG104.JPG
IMG104.JPG [ 579.87 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


A po prawej mamy wirujące piaski (powstają wskutek pływów, które przenoszą piasek):

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok na wirujące piaski
IMG105.JPG
IMG105.JPG [ 403.32 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok na wirujące piaski
IMG106.JPG
IMG106.JPG [ 532.59 KiB | Obejrzany 4225 razy ]


Krótko mówiąc szczęki nam opadły. Na żywo jeszcze piękniejsze niż na wszystkich pocztówkach i zdjęciach, które widzieliśmy przed przyjazdem. Niesamowite. Zdecydowanie warto tu było przyjechać!

Powrót i wieczór mijają spokojnie, idziemy spać wcześnie pełni wrażeń i zmęczeni słońcem i wiatrem.
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#15 PostWysłany: 08 Lut 2018 20:31 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
26.10

Obstajemy przy zmianie pierwotnego planu (jakim był przejazd do Brisbane trasą jak najbliżej wybrzeża) i kierujemy się do wąwozu Carnarvon, który znajduje się ponad 700km od Airlie Beach, gdzie się znajdujemy. Przed nami prawie 9h jazdy. Dlaczego zdecydowaliśmy się na taki ruch? Po pierwsze mieliśmy już trochę dość przybrzeżnych atrakcji (a przecież cała trasa z Brisbane do Sydney również będzie wiodła przy wybrzeżu), a po drugie informacje na temat wąwozu, jakie znaleźliśmy w przewodniku i Internecie są naprawdę zachęcające. Prócz tego dzięki WikiCamps znalazłam kemping, na którym podobno można spotkać wiele australijskich zwierzaków. A więc w drogę!

Ruszamy o 7. Jedzie się całkiem dobrze, kiedy radio przestaje odbierać włączamy muzykę z telefonu i śpiewamy. Drogi w głębi kraju są prawie zupełnie puste, a przecież jesteśmy jedynie jakieś 100km od oceanu. Google zaczyna głupieć, nie ma zasięgu i modlimy się żeby telefon się nie zrestartował, żebyśmy nie utracili trasy ustawionej jeszcze w Airlie Beach. Co jakiś czas każe nam zawrócić, jak się okazuje jedziemy nowowybudowaną drogą, której chyba jeszcze nie ma w systemie. Mijamy tereny odkrywkowych kopalń węgla. W końcu około południa dojeżdżamy do miejscowości Blackwater, jesteśmy już za połową trasy! Gdy wysiadamy z samochodu na stacji benzynowej okazuje się, że jest strasznie gorąco – 35 stopni. Zaczynamy się zastanawiać jak my będziemy chodzić w tym wąwozie jutro?

Za Blackwater tereny są już mniej suche, jest nawet dość zielono. Za to samochodów wciąż jak na lekarstwo.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Droga do Carnarvon
IMG107.JPG
IMG107.JPG [ 554.53 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


W końcu skręcamy w Carnarvon Highway, a z niej w drogę prowadzącą do wąwozu. Są też znaki na nasz kemping (nazywa się Takarakka;), także wiemy, że jesteśmy na dobrej drodze. Okolice są tu przepiękne, wygląda to jak sawanna – rozległe pola, w oddali kilka drzew, a jeszcze dalej góry. Po polach biegają emu (widziałam nawet rodzinkę – matkę i kilka małych drepczących za nią) i żurawie; zdjęcia robiłam w drodze powrotnej, także będą później. Jest to przejazd z przygodami, kilka razy trzeba przejechać przez rzekę, może nie bardzo głęboką (do kostek – sprawdzone), ale o rwącym nurcie (prawie straciłam klapka!). Oczywiście nikt nie każe wychodzić samochodu przy przejeździe przez rzekę, jedynie ciekawość (i ewentualnie mąż :P).

Przy wjeździe na teren kempingu pojawiają się znaki nakazujące wolną jazdę ze względu na mnogość zwierzaków. Zresztą jest to właściwie terenowa trasa, także jedziemy bardzo powoli nie chcąc znowu wylądować na lawecie... Powolność zostaje wynagrodzona – drogę przebiega nam kolczatka! Jej jeszcze nie widzieliśmy, nowa „zdobycz” na naszej liście :D

Obok recepcji kempingu jest też mały sklepik, bardzo przydatny ze względu na odległość do najbliższego sklepu spożywczego (przynajmniej 2h jazdy). Idziemy na krótki obchód kempingu. Dla fanów zwierząt to wymarzone miejsce, jesteśmy przeszczęśliwi. Po co w ogóle iść do jakiegoś wąwozu, skoro na terenie kempingu widzimy: walabie

Załącznik:
Komentarz do pliku: Walabia
IMG108.JPG
IMG108.JPG [ 982.54 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Kangury
Załącznik:
Komentarz do pliku: Kangury
IMG109.jpg
IMG109.jpg [ 860.43 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Kukabury
Załącznik:
Komentarz do pliku: Kukabura
IMG110.JPG
IMG110.JPG [ 529.33 KiB | Obejrzany 4102 razy ]



Na ostatnim zdjęciu możecie zobaczyć, że obłożenie na kempingu... nie jest zbyt wielkie. Zdecydowanie polecam podróż do Australii w tym okresie!

Spacer przerywają nam pomruki burzy. Decydujemy się wrócić do samochodu i rychło w czas – po chwili zrywa się wiatr i zaczyna się ulewa. Gałęzie się walą i zaczynamy się obawiać, że zaraz coś nas przygniecie! Na szczęście obywa się bez większych szkód (nie licząc przerw w dostawie prądu).

Po burzy idziemy do kuchni ugotować coś kolację. Słyszymy coś, ale nie wiemy co – jakby całe mnóstwo ptaków leciło w naszą stronę. Podnosimy głowy i musimy zbierać szczęki z ziemi. To nie ptaki. To nietoperze. Tysiące nietoperzy.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Nietoperze w Carnarvon
IMG111.JPG
IMG111.JPG [ 648.5 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Wybaczcie słabą jakość zdjęcia, nie było czasu lecieć po aparat, trzeba było cykać byle jakie fotki telefonem. Cały spektakl trwał kilka minut. Potem dowiedzieliśmy się, że są to nietoperze owocożerne i stanowią niemały problem dla kempingu. A pojawiły się tu ze względu na zniszczenie ich pobliskich siedlisk. Pracownicy kepmingu próbują się ich pozbyć emitując dźwięki nieprzyjemnej dla nich częstotliwości. Ja tam się cieszę, że jeszcze się ich nie pozbyli!

Już po zmroku przeżyłam też bliskie spotkanie z kangurem – szłam do łazienki, było prawie zupełnie ciemno, jedyne światło pochodziło z pojedynczych camperów, odległego budynku łazienki i księżyca. Szłam między wysokimi eukaliptasami lawirując między kałużami po popołudniowej burzy. Nagle na coś wpadłam. Prawie padłam na zawał. Po bliższej inspekcji okazało się, że jest to... kangur. Kangury w ogóle się nie boją, a do tego ich oczy nie świecą w ciemności, przez co są niebezpieczne dla kierowców, ale, jak się okazuje, również dla niczego nie spodziewających się pieszych! Było to porównywalnie stresujące do spotkania z pająkiem w łazience – siedział na kotarze prysznicowej, bleh. Na szczęście było to jedyne spotkanie z dużym pająkiem podczas całej wyprawy.

27.10

Standardowo wstajemy wcześnie, około 5:30. Sprawnie szykujemy się do dzisiejszego trekkingu – oj, ale się cieszę, że jesteśmy w górach! To jest to co lubię :) O 6:45 jesteśmy już na parkingu przy wejściu do wąwozu, jadąc tu widzieliśmy dziesiątki kangurów i walabii, nie żartuję. Na parkingu prócz nas może ze 2 samochody, a temperatura wynosi niecałe 20 stopni.

Szlak prowadzi dnem wąwozu, a od niego zostały wyznaczone liczne odgałęzienia prowadzące do różnych atrakcji – a to skał zdobionych sztuką aborygeńską, a to wodospadu, czy mniejszego wąwozu. Pracownica kempingu powiedziała nam, że tylko część wąwozu jest aktualnie otwarta dla zwiedzających ze względu na niedawne burze. Nie widzimy jednak żadnych informacji na ten temat ani przy wejściu ani nigdzie indziej.

Tak wygląda mapka szlaku w wąwozie:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kanion Carnarvon
IMG112.JPG
IMG112.JPG [ 502.8 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Na trasie, a nawet na parkingu widać oznaki wczorajszej burzy – wszędzie leżą połamane gałęzie, a nawet drzewa, czasem na szlaku trzeba się nieźle nagimnastykować żeby je ominąć. To nie koniec przeszkód – wiele razy przechodzimy na drugą stronę potoku po kamieniach. Rano kamienie ledwo wystają z wody i kończymy z mokrymi stopami. Na szczęście jest coraz cieplej :D

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kanion Carnarvon
IMG113.JPG
IMG113.JPG [ 910.1 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Kanion Carnarvon
IMG114.jpg
IMG114.jpg [ 972 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Szlak jest właściwie płaski, jedynie do atrakcji w odnogach trzeba się czasami trochę powspinać. W początkowej części wąwóz jest szeroki, jego wysokie ściany widzimy w oddali.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kanion Carnarvon
IMG116.JPG
IMG116.JPG [ 931.79 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Cały czas idziemy lasem, co prawda dość rzadkim, ale dającym sporo cienia. W pewnym momencie zauważamy, że trawa wokół nas jest spalona, a drzewa nadpalone. Pachnie pogożeliskiem. Pożary buszu w Australii traktowane są jak naturalna kolej rzeczy po której las się odradza.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kanion Carnarvon
IMG115.JPG
IMG115.JPG [ 922.36 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


W końcu dochodzimy do miejsca, w którym zaczyna się odnoga do Galerii Sztuki (Art Gallery, tak nazwano malunki skalne wykonane przez Aborygenów), gdzie skręcamy. Tak naprawdę mamy jeszcze sporo energii i wydaje nam się, że moglibyśmy iść nawet dalej, ale ostatecznie nie decydujemy się na to. Po pierwsze wracając planujemy zajrzeć do wszystkich mijanych atrakcji, więc jeszcze trochę kilometrów nabijemy, są też atrakcje poza wąwozem, które chcemy zobaczyć, do tego robi się coraz cieplej (dochodzi 9 rano), a przewodnik głosi, że dalsza trasa jest słabo oznaczona i znacznie trudniejsza. Także kierujemy się po schodkach i dochodzimy do Galerii:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Galeria Sztuki
IMG117.JPG
IMG117.JPG [ 758.66 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Galeria Sztuki
IMG118.JPG
IMG118.JPG [ 782.52 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Pod samymi malunkami widnieją tabliczki z opisami co oznaczają poszczególne symbole. Czego mi brakuje to informacji o wieku tych dzieł sztuki – muszę przyznać, że wyglądają podejrzanie świeżo. Oczywiście mogły zostać odrestaurowane, ale dobrze byłoby wiedzieć, czy patrzymy na coś co znajdowało się tu od wieków, czy to raczej sztuka współczesna.

Drugim miejscem jakie odwiedzamy jest kanion Wards (odkryty przez braci Ward), robi na nas ogromne wrażenie. Jest to boczny kanion, w którym wydaje się, że życie się zatrzymało miliony lat temu. Jest tu cicho i chłodno, rośnie wiele drzewiastych paproci, a dnem płynie strumyk.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kanion braci Ward
IMG119.JPG
IMG119.JPG [ 433.9 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Tutaj spotykamy pierwszych turystów. Nie chce mi się wierzyć, że w tak pięknym i niesamowitym miejscu jest tak niewielu zwiedzających. Ale cóż, to Australia.

Następnym punktem jest Amfiteatr – 60-cio metrowa komora wydrążona w skale przez wodę, którą charakteryzuje niebywałe echo. Krajobraz tutaj jest nietypowy i zmienny, wydaje mi się, że przenieśliśmy się do jakiejś oazy na pustyni.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Dojście do amfiteatru
IMG120.JPG
IMG120.JPG [ 761.17 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Do Amfiteatru prowadzą strome schody:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Dojście do amfiteatru
IMG121.JPG
IMG121.JPG [ 565.87 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Następnie wąskie przejście między skałami:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Dojście do amfiteatru
IMG122.JPG
IMG122.JPG [ 380.75 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


A tu już sam Amfiteatr:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Amfiteatr
IMG123.JPG
IMG123.JPG [ 407.94 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Znowu można się trochę ochłodzić, powoli zaczynamy też czuć zmęczenie.

Ostatnim punktem w wąwozie, który chcemy zobaczyć jest Ogród Mchu (Moss Garden)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Moss Garden
IMG124.JPG
IMG124.JPG [ 993.88 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Moss Garden
IMG125.JPG
IMG125.JPG [ 485.21 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Na zdjęciu mało co widać ze względu na mocne słońce kontrastujące z ocienionymi skałami. Musicie mi uwierzyć na słowo, że skały w tym miejscu były pokryte mchem, a to ze względu na sporą wilgotność. W „ogrodzie” spotkaliśmy starszą parę, która miaszkała na tym samym kempingu co my – przyjechali tu na tydzień z Brisbane i byli bardzo zaintrygowani faktem, że jesteśmy z Polski :D

Zostało nam jeszcze kilka kilometrów i już byliśmy na parkingu, na którym nie przybyło zbyt wielu samochodów. Znajduje się tam dobrze wyposażone centrum informacyjne, gdzie można znaleźć między innymi makietę wąwozu, węże w formalinie i listę gości parku. Ponieważ zbliżała się już 12 udaliśmy się do naszego campera, podjechaliśmy na parking blisko kolejnej atrakcji, którą planowaliśmy zobaczyć i zabraliśmy się za gotowanie :) W takich miejscach campervan jest nieoceniony, w okolicy parkingu nie było żadnej knajpy ani nawet sklepu, każdy mógł liczyć jedynie na własne zapasy (te podstawowe można było uzupełnić w kempingowym sklepiku). Wczesnym popołudniem udaliśmy się na jedyne kąpielisko na terenie parku narodowego wąwozu Carnarvorn o wdzięcznej nazwie Rock Pool. Co ciekawe, aby dojść do właściwego kąpieliska trzeba przejść 2 razy na drugą stronę rzeki, jest płytko, ale kamieniście.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Rock Pool
IMG126.JPG
IMG126.JPG [ 979.36 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Rock Pool to urokliwe miejsce, ale woda... jak dla mnie za zimna na kąpiel, jedynie krótkie orzeźwienie się wchodzi w grę  Trochę poczytaliśmy w tych pięknych okolicznościach przyrody, a około 15 zebraliśmy się z powrotem na kemping. Myśleliśmy, że później może wybierzemy się jeszcze do pobliskiej groty, ale szczerze mówiąc padliśmy półprzytomni i drzemaliśmy kilka godzin. Przedtem nie czułam specjalnie zmęczenia, a nagle jakbym miała grypę – ani trochę energii choćby na wstanie z łóżka. Dobrze, że w camperze wszystko jest pod ręką :P

Wieczór upłynął nam na nawadnianiu się i odpoczynku – jutro znowu jakieś 8h jazdy przed nami.

28.10

Rano kangury przyszły nas pożegnać :)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kangury o wschodzie słońca
IMG127.JPG
IMG127.JPG [ 936.81 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


A po drodze robiliśmy zdjęcia żurawiom na rozległych pustkowiach. Przepiękne! Jednak poranek i zmierzch to najbardziej fotogeniczne części dnia.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Żuraw w okolicy wąwozu Carnarvon
IMG128.JPG
IMG128.JPG [ 910.6 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Żuraw w okolicy wąwozu Carnarvon
IMG129.JPG
IMG129.JPG [ 780.74 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Po drodze zatrzymujemy się w Subwayu na drugie śniadanie, to jedno z najtańszych miejsc, gdzie można zjeść w Australii, duża kanapka (30cm) kosztuje 8 AUD.

Po drodze różne ciekawe widoki, między innymi takie ładne drzewo w jednej z mijanych miejscowości:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Drzewo w drodze do Brisbane
IMG130.JPG
IMG130.JPG [ 519.32 KiB | Obejrzany 4102 razy ]


Moją uwagę przykuła również Toowoomba – miejscowość znajdująca się na skraju łańcucha Wielkich Gór Wododziałowych, który rozciąga się z północy na południe Australii. Co ciekawe na wschód od miejscowości droga gwałtownie opada w dół dając niezwykły wodok na okolicę. Piękna jest ta Australia :)

Około 17 dojeżdżamy na kemping na przedmieściach Brisbane. W sam raz na... kolejną burzę ;) A jutro będziemy zwiedzać pierwsze australijskie miasto!
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#16 PostWysłany: 14 Lut 2018 23:22 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
29.10

To już prawie półmetek naszej podróży po Australii! Muszę przyznać, że jesteśmy zdziwieni – widzieliśmy tyle, że wydaje nam się, że jesteśmy tu zncznie dłużej :P Dotychczas jednak nie widzieliśmy właściwie żadnego większego miasta. To zmieni się dzisiaj!

Dość długo zastanawialiśmy się jak najłatwiej dostać się do centrum Brisbane. Nasz kemping był położony jakieś 15km od centrum, także spacer nie wchodził w grę. Planowaliśmy wybrać się autobusem, ale jak zobaczyliśmy, że bilet całodzienny kosztuje 18AUD od osoby to nam miny zrzedły. Zaczęliśmy rozważać dojazd samochodem i okazało się, że to całkiem niezła opcja. Ponieważ była niedziela znaleźliśmy całodzienny parking w centrum za jedyne 5AUD. Także ruszyliśmy camperem.

Nie będę się za wiele rozpisywać o Brisbane, bo było już kilka relacji na temat tego miasta na forum. Moje spostrzeżenia to:
- miasto pozytywnie mnie zaskoczyło, nie miałam specjalnie ochoty go zwiedzać, wydawało mi się, że przecież australijskie miasto nie może zaimponować Europejczykom. A jednak, jest piękne i przyjazne mieszkańcom (i turystom)
- szczególnie podobały mi się parki – Ogród botaniczny (a w nim zwierzaki!), Southbank Parkland i Roma Street Parkland
- w dużych miastach pamiątki są znacznie tańsze niż na prowincji, czy przy atrakcjach. Dodatkowo można dostać coś gratis przy większych zakupach (my dostaliśmy wisiorek z muszlą nowozelandzką oraz 10 AUD do wykorzystania przy następnych zakupach, czyli po chwili :P).

Uroku wiosennemu miastu dodawały kwitnące rośliny – tu najstarszy budynek w Brisbane (młyn) i kwitnąca jakaranda:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Młyn w Brisbane
IMG131.JPG
IMG131.JPG [ 957.11 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Plac ANZAC (Australia and New Zealand Army Corps) upamiętnia żołnierzy tych krajów poległych w wojnach. Sporo rzeźb, a także grób nieznanego żołnierza:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pomnik Nieznanego Żołnierza
IMG132.JPG
IMG132.JPG [ 384.77 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Takie pomieszanie tradycji z nowoczesnością skojarzyło mi się z Nowym Jorkiem, aczkolwiek w Brisbane zabudowa jest mniej zwarta, a centrum finansowe mniejsze:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Katedra świętego Szczepana
IMG133.JPG
IMG133.JPG [ 685.6 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Nabrzeżem rzeki wiedzie ścieżka dla spacerowiczów, biegaczy i rowerzystów (nie wiem jak w takim upale można uprawiać sporty):

Załącznik:
Komentarz do pliku: Nad rzeką Brisbane
IMG134.JPG
IMG134.JPG [ 813.36 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


A tu już ogród botaniczny, niewielki, ale bardzo zadbany:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Palmy w ogrodzie botanicznym
IMG135.JPG
IMG135.JPG [ 821.07 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Tam, jak zwykle, podziwialiśmy australijską faunę. Najpierw znany nam już ibis:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Ibis
IMG136.JPG
IMG136.JPG [ 820.05 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Ten uroczy ptaszek towarzyszący nam podczas jedzenia kanapek to miodożer maskowy:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Ptaszek
IMG137.jpg
IMG137.jpg [ 903.48 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Co ciekawe, znaki przestrzegały przed agresywnym zachowaniem ptaków w trwającym właśnie sezonie godowym:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Ostrzeżenie
IMG138.JPG
IMG138.JPG [ 914.81 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Jeśli chodzi o inne zwierzaki, to w parku towarzyszyły nam liczne iguany:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Iguana
IMG139.jpg
IMG139.jpg [ 925.89 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Fauna w Brisbane też była niczego sobie, między innymi kwitnące bugenwilie:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Bugenwilie
IMG141.JPG
IMG141.JPG [ 867.81 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


A w Southbank Parkland można zwiedzić bardzo ciekawy ogród pełen owoców i warzyw, oczarował nas ananas:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Ananas
IMG143.jpg
IMG143.jpg [ 879.44 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


W Brisbane jest też kąpielisko, podobne do laguny w Airlie Beach. Wygląda na to, że mieszkańcy je uwielbiają – w tę gorącą niedzielę było tam naprawdę sporo osób, zarówno rodzin z dziećmi, jak i młodszych czy starszych grup znajomych, nikt nikomu nie przeszkadzał. Świetne miejsce na takie upalne dni, a widok drapaczy chmur tuż za rzeką robi niesamowite wrażenie.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kąpielisko w Brisbane
IMG144.JPG
IMG144.JPG [ 627.07 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Stamtąd poszliśmy na zakupy pamiątkowe na Queen Street (tanie i ładne pamiątki, polecam!) i na lunch. Ostatnim punktem był Roma Street Parkland, również bardzo ładny park.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Roma Street Parkland
IMG145.jpg
IMG145.jpg [ 918.31 KiB | Obejrzany 3927 razy ]


Około 16 byliśmy gotowi do powrotu – 8h łażenia w upale daje w kość. Wieczorem znowu rozpętała się burza i to naprawdę niesamowita, bo wydawała się być wszędzie dookoła. Z wnętrza campervana obserwowaliśmy piękne pioruny, a także samoloty, które mimo niesprzyjających warunków niezmiennie lądowały i startowały. To był udany dzień, a jutro znowu ruszamy na południe 
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#17 PostWysłany: 21 Lut 2018 22:52 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
30.10

Tego dnia mieliśmy opuścić Queensland i przez następne kilka dni zwiedzać Nową Południową Walię. Od razu się przyznam, że patrząc na całą naszą wycieczkę Queensland zrobiło na mnie zdecydowanie największe wrażenie. Zapewne przez swoją odmienność względem Europy, obfitość fauny i flory, a także zróżnicowanie krajobrazu. Prócz tego była to pierwsza część wycieczki i byliśmy pełni entuzjazmu.

Rano wyruszyliśmy do Gold Coast, które jest swego rodzaju potworkiem – brzydkie wieżowce stoją nad samą plażą, główne atrakcje to kasyna i parki rozrywki. Przejazd z Brisbane nie zajął długo, tuż po 9 byliśmy w Gold Coast. Ruszyliśmy od razu do informacji turystycznej – liczyliśmy na to, że uda nam się wybrać na oglądanie wielorybów. Niestety, okazało się, że wycieczka wypływająca o 10 jest już pełna, a na kolejną o 13 nie uśmiechało nam się czekać. Postanowiliśmy spróbować szczęścia w Byron Bay, gdzie zamierzaliśmy dojechać po południu. Spytaliśmy więc panią w informacji co innego możemy porobić w Gold Coast przez kilka godzin. Pani szczerze nam powiedziała, że nic tu nie ma poza Domem Strachów i Oceanarium. W takim razie wybraliśmy się na plażę poczytać w cieniu wieżowców.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Gold Coast
IMG146.JPG
IMG146.JPG [ 504.33 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Po godzinie uznaliśmy, że więcej nie wytrzymamy, także wróciliśmy do samochodu i jechaliśmy dalej na południe. Zatrzymaliśmy się w Tweed Heads, polecanym przez sąsiadów z kempingu w Brisbane.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Tweed Heads
IMG147.JPG
IMG147.JPG [ 571.64 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Byliśmy stanowczo za bardzo rozpieszczeni przez ostatnie 2 tygodnie, żeby docenić taki widok. Postanowiliśmy jechać do Byron Bay, hipsterskiej osady surferów z pobliską latarnią morską.

Kemping znaleźliśmy właściwie w centrum Byron Bay, postanowiliśmy ugotować obiad, odsapnąć chwilę, a potem pójść na spacer do latarni morskiej (około 10km). Przy okazji spróbowaliśmy się zapisać na rejs w celu podziwiania wielorybów na jutro, ale okazało się... że dziś odbył się ostatni rejs w tym sezonie! A to pech, tym razem nie zobaczymy waleni.

Byron Bay faktycznie jest pełne młodych ludzi, część z nich bardziej przypomina hipisów, a część to wysportowani surferzy. Specyficzne miejsce, niemniej jednak jest tam sporo knajp z jedzeniem i drinkami w dobrych cenach i jak na Australię to sporo się tu dzieje. My jednak ominęliśmy wszystkie knajpy i objedzeni domowej roboty spaghetti ruszyliśmy w kierunku latarni morskiej.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Byron Bay (w oddali latarnia)
IMG148.JPG
IMG148.JPG [ 969.24 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Spore fale na oceanie nie pozostawiają wątpliwości, że jest to dobre miejsce do surfingu.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Fale w Byron Bay
IMG149.JPG
IMG149.JPG [ 579.01 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Trasa do latarni jest bardzo dobrze oznaczona i sama w sobie stanowi atrakcję. Wzdłuż ścieżki co jakiś czas są poustawiane przyrządy do ćwiczeń (np. drążki) z opisami sugerowanych ćwiczeń. Uważam to za świetny pomysł, a na trasie widzieliśmy sporo truchtających osób (Australijczycy to naród uwielbiający sport). Swoją drogą ścieżka ta, mająca jakieś 5km, musiała być dość trudna do „przebiegnięcia” nie tylko ze względu na ciągłe wznoszenie się i opadanie, ale i bardzo silny wiatr, przez który słona woda oceanu wręcz unosiła się w powietrzu (tworząc jakby mgłę) i oblepiając ciało. Jak dla mnie spacer był wystarczającym wyzwaniem, szczególnie, że nie pierwszy tego dnia.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Okolice latarni w Byron Bay
IMG150.JPG
IMG150.JPG [ 744.55 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Latarnia ta była pierwszą z wielu, jakie mieliśmy zobaczyć w nadchodzących dniach ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Latarnia w Byron Bay
IMG151.JPG
IMG151.JPG [ 653.12 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Spacer do latarni polecam wszystkim będącym w okolicy – idzie się dookoła, także nie da sie znudzić :D

Wracając kupiliśmy rum z miejscowości Bundaberg, którą ominęliśmy przez wizytę w kanionie Carnarvon. Rum jest dość... specyficzny ;) Warto spróbować.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Rum z Bundaberg
IMG152.jpg
IMG152.jpg [ 317.07 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Wieczorem poczuliśmy, że opuściliśmy Queensland – było dość chłodno. Wreszcie dobrze się spało w campervanie :D

31.10.

Tego dnia nie mieliśmy zbyt wiele w planach, ot jechać przed siebie, wziąć mapkę w informacji turystycznej i zwiedzać co nam się spodoba. Niestety, taki plan sprawdzał się w Queensland, ale w Nowej Południowej Walii tych atrakcji było jakoś mniej, co gorsza były podobne do siebie i w większości niezbyt imponujące.

Najpierw skierowaliśmy się do Angourie, niewielkiej miejscowości nad oceanem, w którego okolicy znajdują się słodkowodne stawy. W przewodniku brzmiało to pięknie, wyobrażałam sobie turkusową wodę zachęcającą do kąpieli. W rzeczywistości było trochę inaczej:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Jeziorko w Angourie
IMG154.jpg
IMG154.jpg [ 682.91 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Sama „plaża” była jednak odpowiednia dla nas – piasek nie wciskał się pod ubrania i można było spokojnie poczytać przez kilka godzin.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Angourie
IMG153.jpg
IMG153.jpg [ 673.25 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Angourie
IMG155.jpg
IMG155.jpg [ 838.75 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Wczesnym popołudniem ruszyliśmy dalej na południe – do Coffs Harbor. Poszliśmy na mały spacer, ale było bardzo wietrznie, także Muttonbird Island postawiliśmy na kolejny dzień. Jeśli chodzi o dzisiejsze święto – Halloween – to nic, dosłownie nic nie działo się ani na kempingu ani w samym Coffs Harbor. Cóż, jak zwykle w takim razie poszliśmy wcześnie spać. A takich mieliśmy sąsiadów (kakadu różowe):

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kakadu różowe
IMG156.JPG
IMG156.JPG [ 815.75 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


1.11

Po wczorajszym lenistwie byliśmy wytęsknieni atrakcji. Dziś musimy zobaczyć coś więcej niż tylko plaże!

Dzień zaczęliśmy, zgodnie z planem, od wizyty na Muttonbird Island. Wyspa ta jest połączona groblą z Coffs Harbor, także można się na nią dostać suchą nogą.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Muttonbird Island
IMG157.JPG
IMG157.JPG [ 575.87 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z Muttonbird Island
IMG158.JPG
IMG158.JPG [ 641.19 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Jak sama nazwa wskazuje, wyspę zamieszkują ptaki – muttonbirds (po polsku nazywane burzykami). Są to ptaki morskie, o tyle nietypowe, że mieszkają nie w gniazdach, a w norach. Wyspa była pełna tych ptasich nor, niestety żadnego ptaka nie widziałam:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Ptasie norki
IMG159.JPG
IMG159.JPG [ 991.19 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


To było udane rozpoczęcie dnia :) Orzeźwieni po spacerze udaliśmy się do miejsca, z którego słynie Coffs Harbor, a mianowicie... do parku Big Banana!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Wielki banan
IMG160.JPG
IMG160.JPG [ 818.42 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Park rozrywki Big Banana powstał w 1964 roku, aby zainteresować ludzi plantacją bananów, z których słynie ta okolica. Wielki banan był jedną z pierwszych wielkich rzeźb, z czasem powstało ich w Australii całe mnóstwo (jest też wielki ananas, homar i wiele innych „Big Things”). Akurat banan jest według mnie całkiem ładny, inne podobno niekoniecznie. Już w okolicy parkingu można z bliska przyjrzeć się bananowcom i owocom dojrzewających w workach ochronnych.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plantacja bananów
IMG161.JPG
IMG161.JPG [ 937.1 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


W kawiarni spróbowaliśmy banana w czekoladzie i gofra z bananem – oba bardzo dobre, a kalorii powinno nam starczyć na pół dnia :D Z innych atrakcji, jak zjeżdżalnie wodne, mini golf czy laser tag, nie korzystaliśmy.

Kolejnym atrakcją dzisiejszego dnia była wizyta w Nambucca Heads. Z punktu widokowego był widok na całkiem ładną plażę z jednej strony:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Nambucca Heads
IMG162.JPG
IMG162.JPG [ 567.28 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


I przepiękne ujście rzeki Nambucca z drugiej:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Nambucca Heads
IMG163.JPG
IMG163.JPG [ 537.05 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Nambucca Heads
IMG164.JPG
IMG164.JPG [ 707.12 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Uff, trochę nam ulżyło, że wciąż jesteśmy w stanie docenić piękno australijskich krajobrazów :D Spędziliśmy tu około godziny większość czasu po prostu chłonąc widoki.

No dobrze, to jak na razie był bardzo udany dzień. Czy mógłby być jeszcze lepszy? Ależ oczywiście! A to za sprawą wizyty w szpitalu dla koali w Port Macquaire!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Szpital dla koali
IMG165.jpg
IMG165.jpg [ 847.66 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Ogólnie wolimy oglądać zwierzęta na wolności, a nie w zoo, ale szpital to przecież co innego. Szczęśliwie udało nam się trafić na zwiedzanie z przewodnikiem, które odbywa się codziennie o 15. Wstęp do szpitala jest darmowy, ale ponieważ utrzymuje się on jedynie z datków to dobrze jest ich wesprzeć kilkoma dolarami, lub choćby kupić coś z uroczych koalowych pamiątek.

Przy wejściu widzimy spis pacjentów, z przyczyną pobytu w szpitalu, wiekiem i innymi informacjami:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Spis pacjentów
IMG166.JPG
IMG166.JPG [ 679.31 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Jak widać część pacjentów przebywa w szpitalu na stałe (np. zwierzaki z uszkodzonymi kończynami, czy niewidome), a część tylko na czas leczenia. Po poszkodowane koale jeździ specjalny ambulans:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Ambulans
IMG167.jpg
IMG167.jpg [ 763.61 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Podczas zwiedzania o 15 zwierzaki są karmione (abyśmy nie musieli oglądać śpiących koali;).

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pacjent szpitala dla koali
IMG168.jpg
IMG168.jpg [ 613.44 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Są tak urocze, że moglibyśmy się godzinami gapić. A przewodniczka opowiada historie poszczególnych pacjentów. Kurczę, sama chętnie zostałabym wolontariuszką w takim miejscu!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pacjent szpitala dla koali
IMG169.JPG
IMG169.JPG [ 491.56 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


W końcu zbieramy się do wyjścia. Miejsce godne polecenia każdemu kto jest w okolicy!

Na przeciwko szpitala znajduje się dom z XIX wieku, Roto House, który również warto odwiedzić. Bardzo sympatyczny przewodnik opowiada historię rodziny, która tu mieszkała, a my mamy okazję zobaczyć jak się kiedyś żyło w Australii. Całkiem nieźle ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Roto House
IMG170.jpg
IMG170.jpg [ 941.53 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Port Macquaire robi na nas bardzo dobre wrażenie – miejscowość jest pełna uroczych domków jednorodzinnych, moglibyśmy tu zamieszkać! Szybko meldujemy się na kempingu, jemy obiadokolację i idziemy na spacer do latarni morskiej :) Tym razem jest to spacer po plaży:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża w Port Macquaire
IMG171.JPG
IMG171.JPG [ 502.9 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Trasę umila nam puszczanie kaczek.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża w Port Macquaire
IMG172.JPG
IMG172.JPG [ 449.55 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Do latarni dochodzimy akurat na zachód słońca.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża w Port Macquaire
IMG173.JPG
IMG173.JPG [ 500.49 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Sam budynek nie jest może specjalnie imponujący, ale to on zmobilizował nas do spaceru ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Latarnia w Port Macquaire
IMG174.JPG
IMG174.JPG [ 475.8 KiB | Obejrzany 3739 razy ]


Tak, to był udany dzień i te okolice Nowej Południowej Walii będę wspominać bardzo dobrze. A tymczasem zostało nam tylko 1.5 dnia w campervanie!
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#18 PostWysłany: 24 Lut 2018 23:28 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
2.11

Do Sydney zostało nam jeszcze jakieś 400km w linii prostej, czyli nie musieliśmy się spieszyć. Na nocleg planowaliśmy zatrzymać się w okolicy Nelson Bay, a po drodze tam, standardowo, zwiedzać co się nawinie. Przewodnik rozpisywał się o Myall Lakes, także nastawiliśmy GPSa na Seal Rocks znajdujące się na najbardziej wysuniętym w ocean cyplu tego rezerwatu i jechaliśmy. Tereny jakie mijaliśmy przypominały nasze polskie pojezierza, tylko były bardziej płaskie. Także jechaliśmy dalej aż do Seal Rocks, gdzie najpierw wybraliśmy się na plażę:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża w Seal Rocks
IMG175.JPG
IMG175.JPG [ 488.76 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Jak widać trochę jej brakowało do najpiękniejszej plaży świata, ale można było popatrzeć na początkujących surferów.

Następnie udaliśmy się do... latarni morskiej. Tak, kolejnej latarni morskiej. Ten region wybrzeża NSW jest naznaczony wieloma latarniami, a patrząc na przybrzeżne skały wcale to nie dziwi:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Skały Seal Rocks
IMG176.JPG
IMG176.JPG [ 648.76 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Wielu marynarzy i pasażerów statków straciło tu życie. Aby zwiedzający latarnię nie podzielili ich losu wieszane są takie oto ostrzeżenia:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Latarnia w Sugarloaf Point
IMG177.JPG
IMG177.JPG [ 764.9 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Sama latarnia jest bardzo malownicza.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Latarnia w Sugarloaf Point
IMG178.JPG
IMG178.JPG [ 688.62 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Co ciekawe, jaśli ktoś chciałby się zatrzymać na dłużej, to można wynająć pokój lub domek, w których kiedyś mieszkali pracownicy latarni:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Domki do wynajęcia
IMG179.JPG
IMG179.JPG [ 663.82 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Latarnię otaczają skały:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Okolice Seal Rocks
IMG180.JPG
IMG180.JPG [ 657.35 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Ale dalej rozciąga się plaża:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Okolice Seal Rocks
IMG181.JPG
IMG181.JPG [ 498.65 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Następnie skierowaliśmy się do kolejnego kempingu. Chcieliśmy zrobić pranie i przejść się po okolicy, może nawet zjeść coś na mieście. Zdawaliśmy sobie sprawę, że kolejne 2 tygodnie będziemy zdani na jedzenie na mieście, ale spaghetti po bolońsku dosłownie wychodziło nam już uszami, a większość składników i tak już nam się pokończyła.

Zatrzymaliśmy się na kempingu w Anna Bay, blisko szerokiej piaszczystej plaży. Pan w recepcji powiedział, że jesteśmy pierwszymi gośćmi z Polski, a pracuje tu juz 8 lat. Szkoda, że nie mieliśmy flagi ze sobą! :D

Na Google maps zauważyliśmy, że jeśli przejdziemy się kawałek plażą, to dojdziemy do knajpki z fish and chips. Ponieważ jeszcze nie jedliśmy tego specjału w Australii postanowiliśmy spróbować. Aby dojść na plażę najpierw musieliśmy przejść przez wydmy.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Wydmy w Anna Bay
IMG184.JPG
IMG184.JPG [ 631.01 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Okazało się, że na plaży rozgrywane są zawody w surfingu i to nie bylejakie, bo byli zawodnicy nie tylko z Australii, ale też z Hawajów i innych dalekich miejsc. Trochę popatrzyliśmy, ale przydałaby się lornetka, nie wiem jak ci sędziowie oceniają zawodników w takim oddaleniu ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Plaża w Anna Bay
IMG182.JPG
IMG182.JPG [ 463.74 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Ryba (i owoce morza) z frytkami kosztowały nas 17 AUD, były świeże i smaczne, także byliśmy zadowoleni z zakupu. Wszystkie kalorie spaliliśmy oczywiście chodząc po piaszczystych wydmach :D

Tym razem na kempingu zamiast papug królowały kukabury. Sfotografować było je trudno, ale jedna była względnie chętna do pozowania:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kukabura na kempingu w Anna Bay
IMG183.JPG
IMG183.JPG [ 372.63 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


3.11

A więc dziś oddajemy naszego campervana. Ponieważ jednak podaliśmy, że oddamy go o 15, mieliśmy jeszcze sporo czasu do zagospodarowania. Postanowiliśmy więc wybrać się do Nelson Bay.

Najpierw zatrzymaliśmy się w okolicy (a jakże) latarni morskiej. Tam właśnie po raz pierwszy w życiu zobaczyliśmy pelikany. I to był większy szok niż zobaczenie kangura czy koali, które były dokładnie takie jak się spodziewaliśmy. Pelikany są po prostu ogromne. Wyglądają tak nienaturalnie, jak maskotki, że rodzina, której wysyłaliśmy zdjęcia pytała czy to było żywe :D Sama się przez chwilę zastanawiałam, ale się ruszały :D

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pelikan w Nelson Bay
IMG185.JPG
IMG185.JPG [ 311.79 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Pelikan w Nelson Bay
IMG186.JPG
IMG186.JPG [ 305.69 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Niesamowite.

W dziupli natomiast pozowała papuga:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Papuga w Nelson Bay
IMG187.JPG
IMG187.JPG [ 805.83 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Ach te zwierzaki, to one sprawiają, że Australia jest taka niezwykła :)

Następnie chcieliśmy wejść do muzeum przy latarni morskiej, niestety było jeszcze zamknięte. Zastanawiając się nad tym gdzie by się tu dalej udać zwróciliśmy uwagę na wzgórze (Tomaree Mountain). Niezwłocznie postanowiliśmy się na nie wdrapać :D

U podnóża wzgórza znajduje się wjazd na teren ośrodka dla umysłowo chorych (o czym informuje tablica). Góra Tomaree ma 161 metrów, a podejście ma długość około kilometra. Jest dość strome, wchodzi się głównie po schodach, ale widoki wynagradzają wszelkie trudy. Góra najduje się na cyplu, a po obu jego stronach widać puste plaże poprzedzielane skałami. Co chwilę przystajemy chłonąć widoki, robić zdjęcia i łapać oddech. Nagle zauważamy coś w wodzie. Ławicę sporych ryb.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z góry Tomaree
IMG188.jpg
IMG188.jpg [ 799.71 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Po chwili obserwacji dociera do nas, że to nie ryby – to delfiny!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Delfiny, zbliżenie
IMG189.JPG
IMG189.JPG [ 544.25 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Niesamowite, jesteśmy szczęśliwi! Takie piękne zakończenie naszej wycieczki campervanem :)

Na szczycie kiedyś znajdowały się forty obronne, a ze szczytu rozciągają się piękne widoki. Nic dziwnego, że potrzebne tu tyle latarni morskich – wszędzie wyspy, skały, przesmyki.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z góry Tomaree
IMG190.JPG
IMG190.JPG [ 474.87 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Jesteśmy ustasfakcjonowani. To był świetny poranek, a teraz możemy się już kierować do Sydney. Po drodze zatrzymujemy się na parkingu przy autostradzie po raz ostatni podgrzać spaghetti na tyłach naszego campervana. Czy będziemy za nim tęsknić? Oj, nie. Kiedyś jeszcze chętnie wybierzemy się w podróż w taki sposób, ale na razie mamy ochotę wyspać się i wykąpać porządnie. Jesteśmy jednak bardzo zadowoleni, że tyle zobaczyliśmy i sporo zaoszczędziliśmy.

Samochód oddajemy w biurze Jucy przy lotnisku. Kto czyta relację od początku ten wie, że na początku wynajmu mieliśmy niemiłą przygodę – samochód się zepsuł i większą część jednego dnia zajęło nam czekanie na mechanika, lawetę i potem transport z powrotem do Cairns, gdzie dostaliśmy nowy samochód. Już przy wymianie samochodu spytaliśmy o to, czy możemy się ubiegać o zwrot kosztów za ten dzień i pracownica Jucy powiedziała nam, że jak najbardziej, ale przy oddawaniu samochodu. Dziś nadszedł ten dzień. Oczywiście pracownica z Sydney wcale nie była chętna do oddawania nam pieniędzy, ale my byliśmy uparci i w końcu poszła spytać managera. Po chwili wróciła i powiedziała, że nie ma sprawy – oddadzą nam 120 AUD (czyli za 1 dzień wynajmu łącznie z ubezpieczeniem) i od razu to zrobili. Super :)

W takim razie byliśmy gotowi wyruszyć do centrum. Nocleg w Sydney jako jedyny podczas całej wycieczki zarezerwowaliśmy przez Airbnb. Zależało nam na dobrej lokalizacji, a hostele były bardzo drogie (od 200AUD za noc za pokój). Mieliśmy ogromne szczęście z tym Airbnb, bo mimo że wynajęliśmy tylko pokój, to mieliśmy do dyspozycji całe mieszkanie, a to dlatego, że właściciel był akurat na wakacjach, a ludzie, którzy mieli nocować w drugiej sypialni zrezygnowali jak doczytali, że mają z kimś dzielić mieszkanie:P Mieszkanie znajdowało się w dzielnicy Pyrmont, z bezpośrednim wyjściem na Pyrmont Bridge:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Budynek, w którym mieszkaliśmy w Sydney
IMG193.JPG
IMG193.JPG [ 585.8 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Nie tak źle jak na 100AUD za noc :D Do dyspozycji mieliśmy w pełni wyposażoną kuchnię, a prócz tego mogliśmy korzystać z tarasu na dachu, a także basenu i siłowni dla mieszkańców.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z naszego dachu w Sydney
IMG195.JPG
IMG195.JPG [ 671.88 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Nie muszę chyba mówić, że właściciel usilnie prosił, żebyśmy nikomu w budynku nie wspominali, że jesteśmy z Airbnb, bo nie jest to mile widziane ;)

A taki mieliśmy widok z balkonu:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z naszego balkonu w Sydney
IMG194.jpg
IMG194.jpg [ 570.96 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Jak tylko trochę odsapnęliśmy postanowiliśmy wybrać się na kolację do Chinatown, a potem na spacer po mieście. Muszę przyznać, że dobrze było być znowu wśród ludzi i poczuć gwar wielkiego miasta. Jedzenie było przepyszne i tanie.

Wieczorem pochodziliśmy jeszcze po mieście i zajrzeliśmy między innymi do Hyde Parku – z relacji z naszego forum wiedziałam, że wieczorem można spotkać tam oposy. Trochę nie chciało mi się w to wierzyć, ale to prawda! Była to śmieszna sytuacja, bo zauważyliśmy oposa i najpierw robiliśmy mu zdjęcia z daleka myśląc, że ucieknie gdy się zbliżymy. Gdzie tam, nie uciekał, pozował do zdjęć i nawet dał się pogłaskać :D Najbardziej „zaskamowała” mu mozzarella ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Opos w Hyde Parku
IMG191.JPG
IMG191.JPG [ 654.31 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Opos w Hyde Parku
IMG192.jpg
IMG192.jpg [ 911.38 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


To był dzień pełen zwierzaków – takie lubimy! A jutro porządne zwiedzanie Sydney.

4.11

Na lunch byliśmy umówieni ze znajomymi, a wcześniej planowaliśmy trochę pochodzić sami. Sporo już było relacji z Sydney więc wrzucę tylko kilka zdjęć i istotnych według mnie uwag.

Po pierwsze – źle się zwiedza w deszczu. Tak jak przez poprzednie 3 tygodnie mieliśmy piękną pogodę, nie licząc okazjonalnych burz, tak przez 3 dni jakie spędziliśmy w Sydney padało i nawet lot do Hobart mieliśmy opóźniony ze względu na burzę. Koleżanka pisała, że jak tylko wyjechaliśmy, jeszcze tego samego popołudnia, się rozpogodziło ^^ No cóż.

Po drugie – budynek opery wcale nie jest biały. Jest koloru kości słoniowej i nie zrobił na nas oczekiwanego wrażenia.

Po trzecie – Harbour Bridge jest strasznie wysoki i samo przejście nim jest przerażające (a wcale nie mam lęku wysokości), nie wiem jak ktoś może wchodzić na przęsła mostu...

Załącznik:
Komentarz do pliku: Harbor Bridge z The Rocks
IMG196.JPG
IMG196.JPG [ 618.64 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Wycieczkowiec przepływający pod Harbor Bridge
IMG197.JPG
IMG197.JPG [ 458.7 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Nabrzeże przy Operze jest bardzo ładne, a ogród botaniczny ciekawy i zadbany. Następnym razem chętnie zobaczymy te miejsca w słońcu :D

Załącznik:
Komentarz do pliku: Nabrzeże w Sydney
IMG198.JPG
IMG198.JPG [ 495.88 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


5.11

Tego dnia zamierzaliśmy popływać promami, a to dlatego, że była niedziela, a w niedzielę bilet całodniowy na komunikację miejską kosztuje jedynie 2.60AUD. Sporo osób wykorzystuje to na odwiedzenie Gór Błękitnych, my jednak chcieliśmy zwiedzić słynne plaże Sydney. Był to wyjątkowo kiepski dzień na tego rodzaju zwiedzanie – do wczorajszego deszczu doszedł silny wiatr. Całe szczęście, że przejazdy były darmowe i mogliśmy się ogrzać w autobusie czy promie, bo było tylko 15 stopni. Kubki termiczne napełnione herbatą były tego dnia niezbędne :)

Trasa jaką pokonaliśmy to:
Prom z Pyrmont Bay do Circular Quay
Prom z Circular Quay do Watson’s Bay
Autobus z Watson’s Bay do Bondi Beach (pierwotnie miał być spacer, ale nad oceanem w ogóle okropnie wiało)
Autobus z Bondi Beach do Circular Quay
Prom z Circular Quay do Manly
Powrót promem z Manly do Circular Quay
Prom z Circular Quay do Pyrmont Bay

I niech ktoś powie, że nie wykorzystaliśmy biletu za 2.60 AUD :P

Pewnie jakby pogoda była lepsza, to zamiast całego tego jeżdżenia wybralibyśmy się na spacer w jednym z tych miejsc, ale cóż. Było jak było.

Muzeum Marynistyczne w Pyrmont Bay

Załącznik:
Komentarz do pliku: Muzeum marynistyki w Pyrmont Bay
IMG199.JPG
IMG199.JPG [ 609.58 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Widok na City z Watson’s Bay:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok na City z Watson's Bay
IMG200.JPG
IMG200.JPG [ 543.69 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Bondi Beach:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Bondi Beach
IMG201.JPG
IMG201.JPG [ 518.69 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


Słynny basen na Bondi Beach:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Basen przy Bondi Beach
IMG202.JPG
IMG202.JPG [ 615.85 KiB | Obejrzany 3657 razy ]


No i co, po południu wróciliśmy do domu, wzięliśmy gorącą kąpiel i wskoczyliśmy do łóżka z równie gorącą herbatą, bo zmarzliśmy tego dnia. W Sydney! Ale to chyba niezła zaprawa przed Tasmanią, na którą lecimy kolejnego dnia :)
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#19 PostWysłany: 26 Mar 2018 17:52 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
6.11

O 14:00 mieliśmy lot do Hobart. Ponieważ na lotnisko planowaliśmy się dostać transportem składanym (tramwaj + pociąg + autobus), postanowiliśmy odpowiednio wcześnie wyjść z domu, aby zdążyć. Do 11 było jednak trochę czasu i myśleliśmy, że wykorzystamy go na jakiś spacer po Sydney. Niedoczekanie, znów padało, a ponieważ nie chcieliśy przemoczyć butów przed podróżą siedzieliśmy w domu.

Dojazd na lotnisko jest bardzo dobrze opisany w odpowienim temacie tego forum. Oczywiście, kto chce może jechać bezpośrednio pociągiem za 16 AUD. Wystarczy jednak troszeczkę pokombinować i już da się dojechać za 2,50 AUD. Dojazd ze stacji centralnej, z przesiadką w Mascot na autobus zajął nam pół godziny. Oddaliśmy bagaże i udaliśmy się pod bramkę.

Niestety, na zewnątrz robiło się coraz ciemniej i wkrótce rozpętała się burza. Wszystkie loty zostały zawieszone na czas jej trwania (około godziny). Ostatecznie jednak wylecieliśmy z jedynie niewielkim opóźnieniem, a do Hobart dolecieliśmy na czas. Niesamowite jest to, że w Australii bramki zamykane są na 10 minut przed odlotem, nikt się nie ustawia w kolejkę na godzinę przed odlotem, a przy wsiadaniu wszystko idzie niesamowicie sprawnie. Widać, że latanie to dla nich chleb powszedni.

Lot przebiegł szybko i sprawnie, a na lotnisku w Hobart czekało nas kilka niespodzianek.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Witamy w Hobart
IMG203.jpg
IMG203.jpg [ 609.26 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Po pierwsze, było to chyba najmniejsze lotnisko, jakie w życiu widziałam.
Po drugie, jak tylko weszliśmy do budynku lotniska pan celnik z pieskiem-beaglem pilnowali co wwozimy co Tasmanii. Moja próba przeszmuglowania jabłka legła w gruzach, musiałam je wyrzucić.
Po trzecie, ten sam piesek potem pracował na taśmie :)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pies na taśmie w Hobart
IMG204.JPG
IMG204.JPG [ 532.71 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Po czwarte, na naśmie dostrzegliśmy jeszcze inne zwierzę. Reklama rejsów w celu oglądania fok, ale była to naprawdę kuriozalna reklama.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Foka na taśmie w Hobart
IMG205.jpg
IMG205.jpg [ 507.97 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Po piąte, na lotnisku w Hobart znajduje się najbardziej uroczy pomnik, jaki w życiu widziałam.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Diabły w podróży
IMG206.JPG
IMG206.JPG [ 323.83 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Na lotnisku sprawnie odebraliśmy samochód i pojechaliśmy do Battery Point w Hobart, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Okolica jest przepiękna, te zdobienia!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Nasz hostel w Hobart
IMG207.JPG
IMG207.JPG [ 750.69 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


A w okolicy kwitną kasztany, w listopadzie :)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kasztany kwitnące w listopadzie, Hobart
IMG208.JPG
IMG208.JPG [ 812.91 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Na obiad poszliśmy do pubu – jedzenie było tanie jak na ich warunki (15 AUD za porcję), a atmosfera swojska. Wieczór spędziliśmy w pokoju z kaloryferem odkręconym na maxa :)

7.11

Tego dnia miała się zacząć nasza prawdziwa tasmańska przygoda. Pierwsze co zrobiliśmy, to ruszyliśmy oczywiście na zakupy spożywcze :D Od razu na parkingu spożyliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę. Kolejny nocleg mieliśmy w Tullah, a na dzisiejszy dzień brak konkretnych planów. Po tym jak rzuciliśmy okiem na mapę postanowiliśmy wybrać się do Parku Narodowego Mount Field i stamtąd pojechać do Tullah zachodnią częścią Tasmanii.

W Tasmanii sprawa parków narodowych przedstawia się inaczej niż w Australii – wstęp jest płatny, a parków jest stosunkowo niewiele, ale są naprawdę imponujące. Jeśli chce się odwiedzić więcej niż 2 parki, najtaniej wychodzi zakup ośmiotygodniowego biletu za 60 AUD (cena za samochód, a w nim do 8 osób). Bilet można kupić na terenie każdego parku, a także przez internet.

Po tym jak wyjechaliśmy z Hobart widoki początkowo były całkiem ładne, a stopniowo robiły się naprawdę piękne. Było również naprawdę zimno, a jak już dojechaliśmy do Mount Field rozpadało się na dobre i zaczęliśmy się zastanawiać czy w ogole wysiadać z samochodu. Na szczęście po chwili trochę się przejaśniło, także założyliśmy wszystkie najcieplejsze rzeczy (w tym czapki i rękawiczki) i ruszyliśmy.

Początkowo chcieliśmy zobaczyć głównie najsłynniejszy Russel Falls, jednak szło nam się bardzo dobrze i zdecydowaliśmy się na okrężną trasę zahaczając o Horseshoe Falls, wysokie drzewa (Tall Trees, tak nazywa się miejsce gdzie rosną jedne z najwyższych drzew na ziemi) i Lady Barron Falls. Cała trasa miała 6km i zajęła około 2h (z licznymi przystankami na czytanie tablic informacyjnych i robienie zdjęć).

Po 15 minutach marszu napotykamy Russel Falls. To na nim większość osób kończy wycieczkę, później widzieliśmy jeszcze kilka osób przy wysokich drzewach i to tyle. Wodospad jest przepiękny w otoczeniu zieleni.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Russel Falls
IMG209.JPG
IMG209.JPG [ 641.02 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Potem trasa wiedzie dość śliskimi schodami do szczytu wodospadu, z którego rozciąga się widok na okoliczny las.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Russel Falls z góry
IMG210.JPG
IMG210.JPG [ 898.86 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


A po chwili dochodzimy do znacznie mniejszego wodospadu Horseshoe.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Horseshoe Falls
IMG211.jpg
IMG211.jpg [ 895.93 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Następnie kontynuujemy spacer do drzew, które są jednymi z najwyższych na świecie.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Wysokie drzewa
IMG212.jpg
IMG212.jpg [ 797.04 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Ciężko jest zrobić zdjęcie wysokiego drzewa w lesie ;) A są one, eukaliptusy, naprawdę wielkie. Jakby ktoś szukał na ich czubkach koali, to od razu informuję, że koale nie występują na Tasmanii.

Pod drzewami znajduje się mnóstwo informacji na temat jak powstawał ten las, ile lat mają drzewa, a także jak zmierzyć wysokość drzewa bez specjalistycznych przyrządów. Bardzo ciekawe!

Dalej szliśmy już zupełnie sami do wodospadu Lady Barron, który nie był może bardzo imponujący, ale to przez to że największy Russel Fall był pierwszy ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Lady Barron Falls
IMG213.jpg
IMG213.jpg [ 815.36 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Ten szlak był oznaczony jako trudny i na odcinku między wodospadem Lady Barron i parkingiem skąd zaczynaliśmy przekonaliśmy się o tym dlaczego. A to dlatego, że w pewnym momencie natrafiliśmy na ścianę schodów. Dosłownie. Nie wiem ile dokładnie ich było, ale chyba z 300. Dobrze, że uprzedzają o tym i stawiają ławki co jakiś czas, bo osoby starsze, czy podróżujące z dziećmi mogłyby mieć tu problemy.

Po dojściu do parkingu zrobiliśmy sobie mały piknik i ruszyliśmy w trasę do Tullah. Była to długa trasa, ale wiodąca przez przepiękne tereny. Muszę przyznać od razu, że zachód Tasmanii podobał mi się o wiele bardziej niż wschód i gdybym miała cofnąć się w czasie to zaplanowałabym jeszcze dzień czy dwa więcej na zachodzie, a mniej na wschodzie. Oczywiście to kwestia osobista – ja uwielbiam góry, wodospady, doliny i rzeki, a także jaskinie! To wszystko jest na zachodzie wyspy. Wschód do przepiękne plaże i inne nadmorskie atrakcje przyrodnicze. Ale po kolei.

Trasa do Tullah wiodła przez lasy, łąki, nad jeziorami i w dolinach. Samochodów było naprawdę niewiele, było jakieś 15 stopni i co jakiś czas padał deszcz. Jeśli chodzi o zwierzęta, to widzieliśmy aż 3 kolczatki! Jedna przechodziła przez jezdnię, a 2 siedziały na poboczu. Nasza trasa wiodła też przez tereny górnicze – okolice Qeenstown. Krajobraz był tam zgoła nietasmański:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Górnicze okolice Queenstown
IMG214.JPG
IMG214.JPG [ 538.03 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


W końcu, około 17 dojechaliśmy do Tullah, gdzie mieliśmy spać w Tullah Lakeside Lodge. Wspominam nazwę, bo było to naprawdę świetne miejsce (i tanie!). Taki mieliśmy widok z okna:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z tarasu naszego pokoju w Tullah
IMG215.jpg
IMG215.jpg [ 858.92 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Miejscowość Tullah jest mikroskopijna i nie było innej opcji niż kolacja w restauracji hotelowej. Była ona jednak niesamowicie przytulna – ogień na kominku, ogromne okna wychodzące na jezioro, a w środku mnóswo ludzi! Część to turyści, ale również miejscowych było sporo. Świetna atmosfera zachęcała do siedzenia w części wspólnej, myślę, że spokojnie można by zostać tu przynajmniej 2 noce.

8.11

Na ten dzień czekałam właściwie przez cały wyjazd. Dziś mieliśmy w planach wybrać się do parku narodowego Cradle Mountain z ambitnym planem zdobycia samej Cradle Mountain. Najpierw jednak wybraliśmy się zobaczyć tamę Murchisona, która znajdowała się zaraz obok Tullah. Nie było tam nic ciekawego, ale poranne słabe świato pochmurnego dnia malowniczo ponurej atmosfery.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Tama w okolicy Tullah
IMG216.jpg
IMG216.jpg [ 429.01 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Następnie zatrzymaliśmy się na chwilę w punkcie widokowym.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Okolice Cradle Mountain NP
IMG217.JPG
IMG217.JPG [ 929 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


W oddali widzieliśmy już cel naszej dzisiejszej wyprawy (to ta najszersza góra w kształcie trapeza, czy, jak nazwa mówi, kołyski). Pogoda zapowiadała się przepiękna, a ja już żałowałam, że jesteśmy tu tylko na jeden dzień.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok na Cradle Mountain
IMG218.JPG
IMG218.JPG [ 645.26 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Początkowo planowaliśmy zostawić samochód przy informacji turystycznej i pojechać busikiem, ale okazało się, że nie ma żadnych szlabanów, dlatego dojechaliśmy aż do początku trasy, czyli na parking Ronny Creek. Tam trzeba było wpisać się do książki zaznaczając dokąd się wybieramy i można było ruszać na szlak :) Zrobiliśmy jeszcze zdjęcie mapki, bo nie mieliśmy żadnej innej i w drogę:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Mapka trasy
IMG219.JPG
IMG219.JPG [ 415.76 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Planowaliśmy dojść do Cradle Mountain Overland Track, a z powrotem Horse Track. Na początku trasy jeszcze zdjęcie:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Początek trasy
IMG220.jpg
IMG220.jpg [ 926.73 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Cały Overland Track ma 65km dłogości i większość osób pokonuje go w 5-6 dni nocując w chatach, jak chociażby jeden z forumowiczów. Myślę, że mogłoby to być świetne doświadczenie na jakiś dłuższy pobyt.

Nasza trasa była początkowo bardzo płaska, biegła przez łąkę stanowiącą teren "wypasu" wombatów, co można było stwierdzić po ilości odchodów. Samych wombatów nie było (może o 9 jeszcze śpią?).

Załącznik:
Komentarz do pliku: Overland Track
IMG221.JPG
IMG221.JPG [ 745.24 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Po wejściu odrobinę wyżej można było zobaczyć drogę, którą przyszliśmy od samego parkingu.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Overland Track
IMG222.JPG
IMG222.JPG [ 922.27 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Dalej szło się przez mały lasek z wodospadem, aż do jeziorka (Crater Lake). Idąc powoli rozbieraliśmy się coraz bardziej – słonce mocno grzało, a podejście początkowo niezbyt wymagające, ale jednak ciągle pod górkę.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Crater Lake
IMG223.JPG
IMG223.JPG [ 898.42 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Szlak był dobrze oznakowany, aczkolwiek dowcipnisie trochę pozmieniali nazwy ;) Niemniej jednak zgodnie z prawdą :P

Załącznik:
Komentarz do pliku: Znak
IMG224.JPG
IMG224.JPG [ 867.64 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Kiedy doszliśmy do Marion’s Lookout wreszcie zobaczyliśmy Cradle Mountain w całej okazałości. Wspaniały widok:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Cradle Mountain coraz bliżej
IMG225.JPG
IMG225.JPG [ 753.64 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Wtedy też jeszcze bardziej zachciałam na nią wejść, a mój mąż coraz bardziej nie chciał (ma lęk wysokości). Także wciąż niezdecydowani szliśmy przed siebie planując wycofać się jeśli zrobi się zbyt niebezpiecznie. Im bliżej góry byliśmy tym bardziej było widać, że nie będzie to łatwe podejście ale dopóki moj mąż nie protestował, ja się nie odzywałam ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Cradle Mountain jeszcze bliżej
IMG226.JPG
IMG226.JPG [ 784.23 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Na zdjęciu widać daszek chaty, w której można zostawić bagaże na czas wejścia na szczyt. Myślę, że to super opcja, ale nie wiem czy moja polska natura pozwoliłaby mi tak zostawić swój cały dobytek bez opieki. My mieliśmy tylko 1 niewielki plecak, także parliśmy dalej.

W pewnym momencie trasa stała się bardzo kamienista, początkowo jednak kamienie były dość małe i nie było specjalnie stromo, także... szliśmy dalej.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Droga na szczyt Cradle Mountain
IMG227.JPG
IMG227.JPG [ 993.89 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Spotkaliśmy 2 osoby schodzące z góry, ktore zapewniały, że warto i że na górze jest mnóstwo śniegu (potem, kiedy szukaliśmy tego śniegu dotarło do nas, że Australijczycy mają pewnie inne wyobrażenie o śniegu i co dla nich jest mnóstwem to dla nas jest niewielką ilością). Tymczasem trasa składała się już z samych głazów, a a gdzieniegdzie wbite kijki wyznaczały kierunek wspinaczki.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Droga na szczyt Cradle Mountain
IMG228.JPG
IMG228.JPG [ 607.07 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Tu już prawie szczyt:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Droga na szczyt Cradle Mountain
IMG229.JPG
IMG229.JPG [ 718.98 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


A tu widok na „trasę”, którą przyszliśmy.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok ze szczytu Cradle Mountain
IMG230.JPG
IMG230.JPG [ 783.98 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Na szczycie zasłużone drugie śniadanie i bluzgi od męża, że już nigdy nie pójdzie ze mną w góry.

Piszę o tej trasie ze szczegółami z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to przepiękne miejsce i podejście jest niesamowicie ekscytujące dla osób lubiących wspinaczkę (dawno nie czułam się tak szczęśliwa jak gramoląc się po tych kamieniach). Po drugie, uważam, że poziom trudności tej trasy jest źle określony. Na dole przeczytaliśmy, że jest to całodzienna trasa dla dobrze przygotowanych osób w odpowiednim obuwiu. Dla mnie jednak to nie jest jednoznaczne ze wspinaczką na czterech kończynach po chybotliwych, bardzo stromych kamieniach. Także kto chce wejść na Cradle Mountain niech dwa razy to przemyśli ;)

Zejście wbrew obawom mojego męża nie było gorsze od podejścia i z ogromną satysfakcją mogliśmy zacząć wracać do samochodu. W drodze powrotnej spotkał nas pierwszy w tym sezonie śnieg ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Horse Track
IMG231.JPG
IMG231.JPG [ 656.77 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Horse Track
IMG232.JPG
IMG232.JPG [ 525.39 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Trochę przemoczyliśmy buty, bo co i rusz zapadaliśmy się w śnieg, no ale dzielnie szliśmy przed siebie. Za to na polanie przy parkingu spotkała nas niespodzianka – wombaty! Zupełnie nic sobie nie robiły z fotografujących ich turystów.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Wombat
IMG233.jpg
IMG233.jpg [ 911.87 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


I wisienka na torcie – wombacia mama z małym w torbie!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Mama-wombat z małym
IMG234.jpg
IMG234.jpg [ 912.75 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Och, tak, to był udany dzień! Cała trasa, łącznie z fotografowaniem wombatów zajęła nam 5.5h i gorąco polecam ją amatorom mocniejszych górskich wrażeń :)

A co najlepsze, to jeszcze nie był koniec dnia. Nocleg mieliśmy zaklepany w Mole Creek, maleńkiej miejscowości, do której mieliśmy około 1.5h jazdy. Każdemu, kto będzie w okolicy polecam nocleg w Mole Creek Guesthouse – przemiła właścicielka, śniadanie w cenie, piękny budynek i ten ogród... Właścicielka powiedziała nam, że razem z mężem byli tu na wakacjach i zobaczyli, że pensjonat jest na sprzedaż. Długo się nie wahali – kupili go i przeprowadzili się na Tasmanię z Queensland. Powiem szczerze, że w ogóle im się nie dziwię – sama chętnie bym tu zamieszkała!

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pensjonat w Mole Creek
IMG235.jpg
IMG235.jpg [ 811.19 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Właścicielka opowiadała nam też, że na sezon zatrudnia młodych ludzi z różnych stron świata – aktualnie pracowała u niej para z USA, a za kilka tygodni mieli przyjechać kolejni ludzie z Argentyny. Polecam wszystkim studentom!

A tak wygląda pokój wspólny w pensjonacie, gdzie można zrobić sobie herbatę, podgrzać obiad czy po prostu posiedzieć i pogadać.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pensjonat w Mole Creek
IMG236.jpg
IMG236.jpg [ 885.3 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


No i przepiękny ogród z płynącym przez niego strumieniem, w którym podobno mieszkają dziobaki. Niestety, żadnego nie widzieliśmy, ale za to widzieliśmy zwierzątko, które po angielsku nazywa się bandicoot (a po polsku jamraj). Jest to, jak na Australię przystało, torbacz, aczkolwiek dla niewprawnego obserwatora wygląda raczej jak spory gryzoń (wielkości małego królika). Chował się pod krzakiem jak tylko nas zobaczył :)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pensjonat w Mole Creek
IMG237.jpg
IMG237.jpg [ 986.06 KiB | Obejrzany 3208 razy ]


Na kolację, tak jak w Tullah, udaliśmy się do jedynej restauracji w mieście ;) Była to knajpa hotelowa, kilka domków od naszego pensjonatu. I całe szczęście, że nie gdzieś dalej, bo po dzisiejszej wędrówce byliśmy zmęczeni :) Wspaniałe miejsce, chętnie zostałabym tu na kilka dni chociażby posiedzieć w ogrodzie i poszukać dziobaków.
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
cyberpunk64 uważa post za pomocny.
 
      
#20 PostWysłany: 28 Mar 2018 12:58 

Rejestracja: 28 Kwi 2013
Posty: 54
Loty: 114
Kilometry: 171 865
niebieski
9.11

Oj, trudno będzie przebić wczorajszy dzień pod względem ilości wrażeń. No ale będziemy się starać ;) Już sam widok za oknem wprawia nas w dobry nastrój:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Widok z Mole Creek Guesthouse
IMG238.JPG
IMG238.JPG [ 451.6 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Schodzimy na dół na śniadanie, wychodzimy jeszcze na chwilę do wspaniałego ogrodu i pakujemy się. Dziś w planach mamy jaskinię Marakoopa i ośrodek dla zwierząt Trowunna, a potem przejazd na wschód wyspy. Najpierw jaskinia Marakoopa, 20 minut jazdy od Mole Creek. Dobrze wcześniej sprawdzić o której jest zwiedzanie z przewodnikiem, żeby za długo nie czekać. Nasza grupa liczy około 20-stu osób, a tak wygląda wejście do jaskini między wielkimi paprociami:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Wejście do jaskini Marakoopa
IMG239.JPG
IMG239.JPG [ 679.2 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Wstęp do jaskini kosztuje 20AUD i dostępne są 2 opcje zwiedzania, my zdecydowaliśmy się na Underground rivers and glow-worms tour, bo to była najwcześniejsza wycieczka (o 10). Lubię zwiedzać jaskinie, ale nie ukrywam, że w przypadku jaskini Marakoopa to nie formacje skalne, a obecność świetlików była najbardziej kusząca. I nie zawiodłam się – świetliki były niesamowite! Było ich całe mnóstwo w okolicy podwodnej rzeki (bo tam znajdują pożywienie w postaci owadów), siedziały na suficie i świeciły :) Nie mam żadnych zdjęć, ponieważ w tej części jaskini nie wolno było ich robić, aby nie przeszkadzać świetlikom.

Dalej było sporo całkiem ładnych formacji skalnych.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Jaskinia Marakoopa
IMG240.JPG
IMG240.JPG [ 659.67 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Jaskinia sama w sobie nie była może jakoś bardzo imponująca, ale dzięki wspaniałemu przewodnikowi zwiedzanie było naprawdę ciekawe. Dowiedzieliśmy się jak długo powstają poszczególne formacje skalne, jakie zwierzęta żyją w jaskini (na jednym stalagmicie widzieliśmy świerszcza!), a także że w jaskini dość często zdarzają się powodzie. Najciekawsze było jednak to jak jaskinia Marakoopa została odkryta – na początku XX wieku dwaj bracia mieszkający w okolicy natknęli się na nią podczas zabawy. Przez wiele lat była to ich kryjówka, eksplorowali jaskinię i bawili się w niej. W końcu powiedzieli o niej rodzicom i jaskinia została oficjalnie odkryta. Kto jako dziecko nie chciałby dokonać takiego odkrycia? Świetna sprawa :)

Zwiedzanie trwało około godziny i zdecydowanie polecam je każdemu kto będzie w okolicy. Pamiętajcie tylko aby dobrze się ubrać – w jaskini jest zimno.

Kolejnym punktem dzisiejszego dnia był rezerwat dla zwierząt Trowunna. Liczyliśmy na to, że będzie to coś podobnego do szpitala dla koali w Port Macquarie. Częściowo tak było, wiele zwierząt, które tam mieszkają to rekonwalescenci po różnych wypadkach, jednak są też zdrowe zwierzaki mieszkające tam na stałe, dlatego ośrodek bardziej przypomina zoo. Wstęp kosztuje 25AUD, a po ośrodku można chodzić samemu lub wziąć udział w zwiedzaniu z przewodnikiem (o 11, 13 i 15). Zdecydowanie warto załapać się na zwiedzanie z przewodnikiem, który opowiada sporo ciekawostek na temat zwierząt, jest też okazja aby pogłaskać wombata czy zobaczyć karmienie diabłów tasmańskich.

W ośrodku wreszcie udało nam się przyjrzeć z bliska kolczatce, która dotychczas zawsze umykała zanim zdążyliśmy zrobić zdjęcie.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kolczatka
IMG241.JPG
IMG241.JPG [ 870.54 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Śmieszne stworzenie :)

A tutaj wombat z bliska:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Wombat
IMG242.JPG
IMG242.JPG [ 779.59 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Co ciekawe, tego wombata uratował właśnie nasz przewodnik i wombat tak sobie to zapamiętał, że jak go widział to po prostu głupiał :P Przewodnik sadzał go na półce, abyśmy mogli go pogłaskać, ale wombat był zainteresowany tylko panem przewodnikiem i gdy on na chwilę odszedł wombat zeskakiwał z półki i biegł łasić się do swojego wybawcy. Było to przeurocze :)

Ośrodek Trowunna zajmuje się ochroną i rozmnażaniem diabłów tasmańskich, podobno mają sporo zamówień na te zwierzaki od zoo z całego świata. Przewodnik opowiadał sporo ciekawostek na temat tych zwierząt, które dla wielu są powodem przyjazdu na Tasmanię, także jeśli ktoś jest zainteresowany to polecam wziąć udział w takim zwiedzaniu :) Same diabły nie są zbyt ładne, a uroku nie dodają im liczne ugryzienia i blizny (zwierzaki te lubią ze sobą walczyć, często roznosząc przy okazji zakaźny nowotwór pyska). Jak widać jednak na zdjęciu, potrafią się dogadać jeśli chodzi o jedzenie;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Karmienie diabłów tasmańskich
IMG243.JPG
IMG243.JPG [ 885.26 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Wizyta w Trowunna wzbudziła w nas mieszane uczucia – niby sporo się dowiedzieliśmy, ale na nasz gust za bardzo to przypominało zoo. No cóż, na plus, że widzieliśmy diabły tasmańskie – na wolności to raczej rzadkość.

To już było koniec zwiedzania na dziś, czas ruszyć na wschód! Nocleg tego dnia mieliśmy w Saint Helens – w pobliżu Bingalong Bay. Znacie to uczucie kiedy rezerwujecie nocleg i macie jakieś wyobrażenie o danym miejscu, a potem okazuje się ono zupełnie inne? Tak właśnie było z Saint Helens. Myślałam, że będzie to kurort, a może chociaż kurorcik, okazało się jednak zupełnie wymarłym, ponurym miasteczkiem. Po zameldowaniu poszliśmy do centrum coś zjeść – padło na tanią chińską knajpę. Polecam!

10.11

Za oknem ponuro i zimno, wygląda jakby miało zacząć padać, a my na ten dzień mamy zaplanowane zwiedzanie plaży. I co teraz? Nic, trzeba postępować zgodnie z planem :D

Jak już pisałam, żadne z nas nie jest fanem plażowania czy morza samego w sobie, no ale Zatokę Ogni (Bay of Fires) musieliśmy odwiedzić. Zaraz za Saint Helens zatrzymaliśmy się nad zatoką podziwiać nasze ulubione pelikany:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pelikany w pobliżu St Helens
IMG244.JPG
IMG244.JPG [ 333.55 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Nad wodą widzieliśmy też czarne łabędzie i... zaraz zaraz, czy to nie pingwin?

Załącznik:
Komentarz do pliku: Kormoran w pobliżu St Helens
IMG245.JPG
IMG245.JPG [ 618.91 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Bardzo podekscytowani pstrykaliśmy ptakowi sporo zdjęć. Niestety, po bliższej inspekcji doszliśmy do wniosku, że to nie pingwin, a kormoran :P Błąd był spowodowany tym, że wiedzieliśmy iż w okolicy występują pingwiny i bardzo chcieliśmy je zobaczyć :P Cóż, jeszcze nie teraz.

Po chwili dojechaliśmy do Bingalong Bay, gdzie udaliśmy się na plażę :) Turystów była tam dosłownie garstka, a kolejny pelikan i mewa dzielnie pozowały do zdjęć ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Pelikan w Bingalong Bay
IMG246.JPG
IMG246.JPG [ 566.67 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Jakby ktoś miał ochotę na piknik, to na skałach jest stół i ławki ;)

Załącznik:
Komentarz do pliku: Bingalong Bay
IMG252.JPG
IMG252.JPG [ 673.44 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Z Bingalong Bay pojechaliśmy jeszcze kawałek na północ, tam znajduje się jeszcze więcej skał obrośniętych porostami. Jednak to nie od ich płomiennego koloru wywodzi się nazwa Zatoki Ogni, a od ognisk Aborygenów płonących nad wybrzeżem, które zobaczyli Europejscy osadnicy po przybyciu tutaj.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Bay of Fires
IMG247.JPG
IMG247.JPG [ 694.07 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Załącznik:
Komentarz do pliku: Bay of Fires
IMG248.JPG
IMG248.JPG [ 678.69 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Pogoda nie sprzyjała przesiadywaniu na plaży, także uznaliśmy, że czas zawrócić na południe. Nocleg mieliśmy w Bicheno, gdzie wieczorem planowaliśmy zobaczyć marsz pingwinów, ale do wieczora było jeszcze mnóstwo czasu. Tak jak w naszym ulubionym Queensland, wzięliśmy mapkę z informacji turystycznej i planowaliśmy zatrzymać się w kilku miejscach po drodze. Niestety, może przez to że było poza sezonem, a może po prostu nie było tu zbyt wielu atrakcji, trafiliśmy na zamkniętą winnicę, browar, którego jedyną atrakcją był plakat o tym jak się robi piwo i zadziwiająco nieciekawy park narodowy (był to Douglas-Apsley NP, dojazd piaszczystą i wąską drogą był stresujący i zupełnie niewart krótkiego spaceru do jeziorka przez wyschnięty las).

No nic, przed 15 byliśmy już w Bicheno, gdzie mieszkaliśmy na kempingu, ale tym razem w domku. W Bicheno kilka firm organizuje oglądanie pingwinów o zmierzchu, my jednak chcieliśmy obejrzeć pingwiny na własną rękę. Spytałam więc Pana w recepcji, czy poleca jakieś miejsce i o dziwo, owszem, polecił! Okolice Blowhole około 20 (czyli zaraz po zachodzie słońca). Pozytywnie nastawieni kupiliśmy składniki na obiad, a po zjedzeniu wybraliśmy się na spacer.

Załącznik:
Komentarz do pliku: Zatoka w Bicheno
IMG250.JPG
IMG250.JPG [ 943.7 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Co ciekawe, porosty z Bingalong Bay są porastają również niektóre skały w Bicheno. A tu wspomniana wcześniej Blowhole:

Załącznik:
Komentarz do pliku: Blowhole w Bicheno
IMG251.JPG
IMG251.JPG [ 732.85 KiB | Obejrzany 3107 razy ]


Po spacerze niespecjalnie chciało nam się iść znowu nad ocean o 20, ale chęć zobaczenia pingwinów przeważyła. Stanęliśmy dość daleko od siebie, żeby mieć lepszy zasięg i czekaliśmy. Prócz nas stało tam jeszcze kilka osób, najwyraźniej nie tylko my dowiedzieliśmy się o pingwinach w tym miejscu  Czekaliśmy i czekaliśmy, minęła 21 i było już bardzo szaro, także naprawdę ciężko było cokolwiek zobaczyć. I wtedy, nagle, coś zobaczyliśmy. Coś przemykało między skałami! Zimno i wiatr od razu przestały nam przeszkadzać – są pingwiny! Były to pingwiny małe, osiągają one do 40cm wzrostu, ale na oko większość miała może ze 20cm. Mają one ciemne upierzenie, przez co trudno je zobaczyć na tle ciemnych skał. Ich przemarsz wyglądał zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażałam – myślałam, że będą wychodzić z wody, a następnie dumnie kroczyć przez skały w stronę plaży. One natomiast nie wiadomo jak i kiedy pojawiały się między skałami i przemykały cichutko ku plaży, skąd dochodził pisk małych. Niewskazane jest świecenie latarką w ich obecności, dlatego nie mamy żadnych zdjęć. Było to niesamowite doświadczenie, a przy okazji czekając na pingwiny poznaliśmy parę sympatycznych Australijczyków z Perth, którzy zachęcili nas do odwiedzenia tych rejonów Australii :)

Ponieważ nie mogliśmy znaleźć ścieżki na parking musieliśmy na chwilę zapalić latarkę, a co zobaczyliśmy dzięki temu? Całe mnóstwo pingwinów nocujących w krzakach przy plaży! Niesamowite :)
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 29 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group