Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 33 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 08 Wrz 2021 14:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 976
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
Lipiec tego lata miałam spędzić w Kanadzie.

Kanada to taki kraj, gdzie są niesamowite jeziora, w których żyją wspaniałe ryby z połyskującymi w słońcu łuskami. Są tam też piękne góry i lasy, w których mieszkają niedźwiedzie.
Niestety Kanada to również taki kraj, który na jakiś czas będzie musiał pozostać moim marzeniem. Nobowiadomoco.

Ponieważ wiadomoco pokrzyżowało mi plany nie po raz pierwszy, nawet zbyt długo się nie smuciłam. Zamiast tego przystąpiłam do poszukiwania jakiegoś podobnego do Kanady kraju, takiego w którym również są góry i lasy, i jeziora, i ryby i niedźwiedzie.
I całkiem szybko okazało się, że jest taki kraj jak Rumunia. Tak tak, wierzcie mi, Rumunia jest prawie jak Kanada. Prawie.
Nie zastanawiając się ani przez chwilę jak wielką różnicę robi prawie, spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy w trasę.

Celem były głównie rumuńskie góry (i lasy, i jeziora…), a przy okazji kilka miast i miasteczek, które od dawna chciałam zobaczyć.
Podróż trwała 11 dni (termin 14-24 lipca), przejechaliśmy 3200 km, nie spiesząc się zbytnio. Zresztą nawet gdybyśmy chcieli się spieszyć, to rumuńskie drogi by nam na to nie pozwoliły. No to ruszamy!

Trasa: Warszawa – Szedmak Borhaz – Satu Mare – Sapanta – Sigisoara – Braszów – Trasa Transfogarska – Transalpina – Timisoara – Ostrava - Warszawa
Załącznik:
Mapka.JPG


Dzień 1

Warszawa – Satu mare

Dzień pierwszy nie zapowiadał się szczególnie wypoczynkowo.
Do przejechania mieliśmy ponad 700 km - przy czym w planie był postój w celu pozostawienia potomka na przechowanie w piwnicy rodziców, oraz przystanek na Węgrzech w winnicy Szedmak w Tokajskim regionie winiarskim.

Niemal zawsze przed wyruszeniem w długą trasę odbywam niezwykle stresującą interesującą rozmowę z moim mężem. Bo mój mąż to jest ogólnie bardzo miły człowiek, dopóki ktoś nie próbuje odebrać mu kierownicy.
I tak po raz kolejny na nic się zdały moje zaklinania i przeklinania - ponownie całą podróż spędziłam siedząc mocno na prawo od kierownicy (wróć, był jeden wyjątek ale tak niewielki, że się nie liczy).

Większość trasy wiodła przez nasz wspaniały kraj, a później przez Słowację i Węgry. I choć umilaliśmy sobie czas słuchaniem słowackiego radia - co zawsze dobrze wpływa na poprawę humoru - to było, co tu dużo mówić, trochę nudno.

Z tym większą ulgą przekroczyliśmy granicę słowacko – węgierską i po mniej więcej godzinie dotarliśmy do celu pośredniego w tym dniu, czyli do winnicy Szedmak.

Załącznik:
2.jpg


Winnicę Szedmak prowadzi Węgier, mówiący płynnie po polsku.

Zdecydował się opanować tę trudną sztukę ze względu na licznych gości z Polski, którzy z angielskim byli na bakier. Na spotkanie i degustację warto się wcześniej umówić.
A potem można już rozkoszować się „winem królów i królem win”... To znaczy niektórzy mogą. Dokładnie ci niektórzy, którzy nie siedzą za kierownicą, hahaha.

Załącznik:
1.jpg


Ale może zanim o rozkoszach degustacji, warto powiedzieć kilka słów o Tokaju.

Tokaj to region winiarski wpisany od 2002r. na listę Unesco - na listę wpisano zarówno region w znaczeniu geograficznym jak i tradycje winiarskie z niego pochodzące.
Swój charakterystyczny smak i aromat wina tokajskie zawdzięczają wulkanicznej glebie oraz specyficznemu klimatowi, który tu panuje – upalne lato, mglista jesień oraz mroźna i słoneczna zima.

Co chyba jednak najważniejsze, Tokaj jest jednym z niewielu regionów winiarskich na świecie, w których regularnie pod koniec sezonu winogrona atakowane są przez szlachetną pleśń, której rozwojowi sprzyjają jesienne mgły sunące znad rzek Cisy i Bodrogu. Zjawisko to nazywane jest - uwaga! będzie trudne słowo - botrytyzacją i pochodzi od nazwy samej pleśni, która jest jeszcze trudniejsza i myślę że możemy ją sobie darować.
Skórki zainfekowanych przez pleśń owoców stają się bardzo cienkie, dzięki czemu w krótkim czasie odparowuje z nich większość wody, natomiast cały smak i aromat pozostają skoncentrowane w rodzynce.

Jednym z najważniejszych produktów regionu jest wino Aszú, które powstaje poprzez macerowanie rodzynek w młodym winie. Tokaj aszú może mieć różną ilość puttonów, od 3 do 6. Puttony to specjalne wiadra (ok. 23 kg), którymi odmierza się tzw. ciasto aszú dodawane do bazowego wina.
Im więcej puttonów, tym wino Aszú jest słodsze, przy czym wina 6 puttonowe zawierają od 150 do nawet 180 gramów cukru na litr. Aż trudno to sobie wyobrazić.

Na niezwykłość smaku tokaju wpływa również sposób przechowywania dojrzewającego wina – beczki składuje się w głębokich, bardzo starych piwnicach, których ściany pokryte są niczym innym jak kolejnym rodzajem grzyba, który wyglądem przypomina gąbkę. Taki sam jest zresztą w dotyku.

Załącznik:
3.jpg

Załącznik:
20.jpg

Załącznik:
22.jpg


Chciałoby się powiedzieć a fuj! Ale oczywiście nic z tego, bo wręcz przeciwnie, całkiem mniam!
Miałam okazję spróbować siedmiu win – wszystkich win Aszú z karty oraz Forditas i Edesz Szamorodni.
1000 HUF ~ 13 PLN

Załącznik:
Menu.png


Tokaj 3 puttonowy był dla mnie w zasadzie niepijalny, ni to słodki, ni to wytrawny. Za to tokaj 4 puttonowy już miał bardzo dobry stosunek jakości do ceny.
5 puttonów to już znaczny przeskok jakościowy (cenowy również, ale mimo to zdecydowaliśmy się na zakup).
Z kolei nie umiałam docenić Aszú 6 puttonowego – prawie nie widziałam różnicy w porównaniu do 5 puttonów. Składam to jednak na karb tego, że po prostu nie mam zielonego pojęcia o tokaju.

Po degustacji była możliwość zwiedzania winnicy, na co niestety nie mieliśmy czasu, ponieważ Rumunia głośno wzywała.

Na granicy zastaliśmy całkiem sporą kolejkę, w której spędziliśmy prawie godzinę. Granicę w formie pieszej przekracza sporo pracowników ze strefy przygranicznej, którzy w późnych godzinach popołudniowych przemieszczali się wyłącznie w jednym kierunku, chyba łatwo się domyślić którym.

Załącznik:
4.jpg


Od granicy pozostał nam już niewielki skok do Satu Mare, w którym zamierzaliśmy spędzić noc przed kolejnym długim dniem w podróży.

Satu Mare to miasteczko, w którym nic się nie dzieje.

To jedno z tych miejsc, w których czas się dawno zatrzymał i nic nie wskazuje na to, że jeszcze kiedyś ruszy. My zatrzymaliśmy się w niewielkim hoteliku, który nazywał się Vila Class. Nie dość że Vila, to jeszcze Class, czego chcieć więcej.
W Vila Class zastaliśmy sterylnie czysty i nowoczesny pokój oraz naprawdę fantastyczny prysznic, którego po długiej podróży trudno było nie docenić.
Poza tym w hotelu jest bardzo dobrze oceniana restauracja z przyjemnym ogródkiem, z których nie omieszkaliśmy skorzystać.

Zapowiadający się niezwykle kameralnie ogródek, okazał się być miejscem licznych spotkań mieszkańców, przybywających tu tłumnie po rodzinnych uroczystościach okolicznościowych, w pięknych błyszczących strojach i wysoko upiętych fryzurach, skropionych niewyobrażalną ilością lakieru do włosów – to głównie Panie.
Panowie natomiast podążali za swymi Paniami w idealnie dopasowanych garniturach, objuczeni wiązankami kwiatów i wszelkich niezwykle praktycznych artefaktów, którymi zostali obdarowani przez krewnych. Są tu nawet specjalne podesty przeznaczone na kwiaty, między którymi kwiaty te wciąż wędrują, by świętujący mogli sobie zrobić na ich tle zdjęcie przy sztucznym wodospadzie.

Obserwując to wszystko naprawdę byłam szczęśliwa, że wcześniej wzięłam prysznic, bo inaczej czułabym się nieswojo w otoczeniu tej wielkiej odświętności.

Mimo całego tego zamieszania kolacja nam bardzo smakowała - dziczyzna i żeberka doprawdy pierwszorzędnej jakości!

Załącznik:
Menu.png

Załącznik:
20210714_194832.jpg


Ten długi dzień postanowiliśmy zwieńczyć zwiedzaniem terenu, a konkretnie wyruszyliśmy do „CENTRUM”.
Droga była bardzo prosta, absolutnie bez zakrętów. My jednak musieliśmy wyglądać na niezwykle zagubionych, ponieważ co rusz ktoś próbował nam wskazywać drogę, zupełnie niepytany.
Jeden miły starszy pan pociągnął mnie do „CENTRUM” niemal za rękę, jakby obawiając się, że zbłądzimy i nie obejrzymy tego cudu architektury.

Kiedy w końcu dotarliśmy, usiedliśmy w jednej z knajpek przy głównym deptaku. W restauracji obok pieśniarka śpiewała melodię z „Titanica”, a widok mieliśmy taki:

Załącznik:
5.jpg


To nie mogło się skończyć inaczej niż jak poniżej, w ilości znacznie większej niż pojedynczej.

Załącznik:
20210715_194312.jpg


Na koniec próbowaliśmy jeszcze wypłacić walutę z kilku pobliskich bankomatów, ale ponieważ niestety żaden nie chciał z nami współpracować, spasowaliśmy i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
29 ludzi lubi ten post.
eskie uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 08 Wrz 2021 15:01 

Rejestracja: 31 Paź 2017
Posty: 265
Zapowiada się super, proszę o więcej.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 08 Wrz 2021 18:07 

Rejestracja: 10 Maj 2014
Posty: 1714
Loty: 90
Kilometry: 134 745
niebieski
Bardzo fajnie się czyta :D Czekam na te jeziora, lasy, góry ;)
_________________
http://www.ineedatrip.pl
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 09 Wrz 2021 13:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 976
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
Dzień 2

Satu Mare – Sapanta – Sigisoara

Kolejny dzień nie zaczął się zbyt dobrze.
O 6.30 obudziły mnie pojękiwania mojego męża, który rozpaczliwie próbując mnie „przypadkiem” obudzić już od jakiegoś czasu, przeżywał jeden z największych bóli głowy w swym życiu. Gdy później próbował go dokładniej umiejscowić, wstawił go wyraźnie na podium – nie był tylko pewien, czy to miejsce drugie czy trzecie. To, że nie pierwsze wcale nie było dobrą nowiną, bo naprawdę nie wyglądało to najlepiej.

Kolejną złą wiadomością było to, że w naszej wyjazdowej apteczce, w której jest ZAWSZE to co należy, nie znalazło się nawet pół aspiryny ani czegokolwiek innego, co mogłoby ją przypominać – mimo że naprawdę bardzo dokładnie pamiętałam moment, w którym zamierzałam to cholerstwo spakować. Ale widocznie coś bardzo ważnego mi wówczas przeszkodziło.
Ponieważ było dobrze przed siódmą, a mapy Google nie pokazywały w okolicy żadnej całodobowej apteki, to choć mąż zaklinał się, że prędzej sobie głowę odrąbie niż wytrzyma choćby 10 minut dłużej, zaczęłam szukać czegoś co byłoby czynne choćby od siódmej, ósmej, którejkolwiek.
Po czym jakby mnie olśniło i przypomniałam sobie co mawiał mój dziadek, a później mój ojciec: „Koniec języka za przewodnika”. Tak! Eureka! Recepcja! Zapytać w recepcji!

Potem poszło już prawie gładko.
Pani recepcjonistka pokierowała mnie do apteki, która miała być czynna od wczesnych godzin rannych i znajdowała się gdzieś na tyłach hotelu. Skierowałam się więc na tyły i rzeczywiście znalazłam tam budynek opisany jako Farmacie, z którego po prostu wylewali się ludzie. Kolejka na zewnątrz i to jeszcze zawinięta w ogonek. Mimo chwilowej paniki jaka ogarnęła mnie na myśl o odcinającym sobie w desperacji głowę mężu, bardzo rozsądnie nie ustawiłam się posłusznie na końcu kolejki, ale postanowiłam zajrzeć bezczelnie do środka.

I jak się okazało, ci wszyscy ludzie wcale nie chcieli do apteki ale do punktu szczepień, który znajdował się dokładnie w tym samym pomieszczeniu.
Uffff, byłam więc w ogródku. Prawie. Bo w tej aptece nie znali czegoś takiego jak terminal do płatności bezgotówkowych - nie było kompromisów, brali tylko żywe pieniądze do ręki. A ja, no cóż, po przygodach z bankomatem z dnia poprzedniego, byłam nadal bez lei przy duszy.
Liczyłam trochę na to, że znajdę bankomat gdzieś bliżej niż w „CENTRUM”, ale Google nadal uparcie milczało, a nawet kiedy coś mówiło, to kompletnie bez sensu. No więc pobiegłam do „CENTRUM”.

Tak ogólnie to ja bardzo lubię biegać i biegam całkiem sporo, ale tym razem jakoś nie było przyjemnie, a japonki wcale nie ułatwiały sytuacji.
Niemniej, dobra wiadomość była taka, że bankomat, który wczoraj odmawiał posłuszeństwa, tym razem zrobił co do niego należało. Pozostało mi więc jeszcze tylko 1,5km przebieżki z powrotem do hotelu, nakarmienie męża ogromną ilością lokalnego apapu i udanie się na śniadanie. Mąż sobie spał, a ja się relaksowałam, tym razem w zupełnie pustym restauracyjnym ogródku, i w sumie nie miałam na co narzekać.

Załącznik:
41.jpg


Po jakichś trzech godzinach, mąż obudził się prawie jak nowy, więc mogliśmy ruszać do Sapanty. Celem był Cimitirul Vesel, czyli tak zwany Wesoły Cmentarz.

Jedyna wesoła rzecz, jaka kojarzyła mi się dotąd z cmentarzem, to komentarz mojego 5-letniego wówczas syna, który na wiadomość o tym, że idziemy odwiedzić prababcię na cmentarzu, zapytał czy ma zabrać ze sobą łopatkę bo przecież trzeba ją będzie wykopać.

Cmentarz w Sapancie jest wesoły inaczej i wydaje się, że stereotypy dotyczące śmierci są mu obce. Swą unikalnością przyciąga on oczywiście tłumy turystów – i w tej kwestii po raz pierwszy i nie ostatni podczas tego wyjazdu, moje wyobrażenia zderzyły się nieco boleśnie z rzeczywistością. Wyobrażaliśmy sobie to miejsce jako prawdziwą oazę spokoju, a przed wejściem zastaliśmy jarmark – handel tam kwitnie, cała masa straganów z mydłem, powidłem a nawet z ogórkami kiszonymi.
Lecz kiedy już miniemy stragany i spróbujemy zapomnieć o jarmarcznej atmosferze przed wejściem, objawia się nam miejsce z całą pewnością wyjątkowe.

Załącznik:
7.jpg

Załącznik:
9.jpg

Załącznik:
11.jpg


Cmentarz wyróżnia się przede wszystkim kolorowymi nagrobkami przepięknie rzeźbionymi w drewnie. Kolorem dominującym jest odcień błękitu, który posiada nawet własną nazwę: albastru din Săpânţa, czyli błękit Sapanty.
Na Cimitrul Vesel śmierć przestaje być anonimowa. Nagrobki okraszone są epitafiami, które opisują przyczynę zgonu delikwenta i robią to zwykle w pierwszej osobie, tu na przykład wiadomość od Stefana:
Tutaj spocząłem. Nazywam się Stefan. Przez całe życie piłem. Kiedy zostawiła mnie żona, piłem, bo byłem smutny. Potem zacząłem pić jeszcze więcej, żeby zacząć się śmiać. Właściwie nie było to takie złe, że żona ode mnie odeszła, bowiem mogłem upijać się z przyjaciółmi. Piłem naprawdę dużo, ale teraz jestem wciąż spragniony. Więc proszę, gdy będziesz mnie odwiedzał, zostaw tutaj choć małą butelkę wina.

Jak się domyślacie, Stefan mimo całej swej sugestywności nie przekonał mnie, by mu zostawić mojego 5 puttonowego tokaja.

Załącznik:
28.jpg

Załącznik:
29.jpg


Miejsce to z pewnością warto odwiedzić. Trochę szkoda, że dla zagranicznego turysty wrażenia są głównie wizualne, bo nie znając rumuńskiego niewiele można zrozumieć z epitafiów.
Aż się prosi o naklejenie na nagrobki QR kodów z tłumaczeniami na angielski – choć z drugiej strony to doprawdy okropny pomysł.

Po zwiedzeniu cmentarza obraliśmy cel na Sigisoarę.
Do pokonania mieliśmy około 300 km w około 6 godzin. I trzeba przyznać, że drogi krajowe DJ 186 czy DJ154J dostarczyły nam całkiem ciekawych przeżyć.

Załącznik:
14.jpg

Załącznik:
15.jpg


Osły, konie, kaczki, kury i krowy są tu na stałym wyposażeniu.
Ponadto kierowcy rumuńscy mają w głębokim poważaniu te głupie przepisy i ochoczo wyprzedzają dokładnie tam gdzie chcą, zajeżdżają drogę (bo tak!), trąbią bo ich zdaniem jedziesz za wolno, i tak dalej.

Droga do Sigisoary na prawie całej długości wiedzie przez wsie.
Jeśli ktoś ma czas i ochotę, na pewno warto zatrzymać się w Parku Narodowym Maramures, czego my jednak nie zrobiliśmy.

Załącznik:
16.jpg

Załącznik:
17.jpg



Zatrzymaliśmy się tylko raz, na wysokości skansenu prowadzonego przez parę staruszków. Normalnie pewnie byśmy tam nie wstąpili, ale że ja bardzo potrzebowałam do toalety a mąż właśnie jadł kanapkę, tośmy weszli.
I miły pan pokazał nam na przykład jak się pierze koc w wodzie z młyna. Naprawdę dobrze wiedzieć.

Załącznik:
12.jpg


Poza tym widzieliśmy żarna, przędzarkę i kilka innych sprzętów oraz prawdopodobnie największego karalucha w życiu.

Do Sigisoary dojechaliśmy późnym popołudniem.
Nocleg zarezerwowałam w hotelu Mercure Sigisoara Binderbubi Hotel&Spa. Po przybyciu na miejsce okazało się jednak, że naszej rezerwacji nie ma w systemie hotelu. Taka sytuacja zdarzyła mi się w sumie po raz pierwszy, ale nie wyszliśmy na tym najgorzej, bo zamiast opłaconego pokoju najtańszej kategorii, otrzymaliśmy dwupokojowy apartament.

Ponieważ po oglądaniu przez cały dzień krów, kaczek i kur byliśmy dość mocno wygłodzeni, skierowaliśmy swoje kroki na kolację. I ponieważ się nieco zasiedzieliśmy, wieczorem wystarczyło nam czasu jedynie na krótki spacer.

Załącznik:
18.jpg


Miasteczko robiło bardzo sympatyczne wrażenie po zmroku, więc kolejny dzień, który mieliśmy tu spędzić zapowiadał się miło i leniwie.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 09 Wrz 2021 14:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 2301
Loty: 288
Kilometry: 555 591
srebrny
Nie trzymaj nas w takiej niepewności. Napisz, co było pite w Mercurym. Węgierski tokaj czy jednak rumuńskie alkohole;-)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 09 Wrz 2021 16:59 

Rejestracja: 09 Mar 2014
Posty: 3217
złoty
Cytuj:
Aż się prosi o naklejenie na nagrobki QR kodów z tłumaczeniami na angielski – choć z drugiej strony to doprawdy okropny pomysł.

Cudowne! :)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 09 Wrz 2021 20:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 1640
Loty: 70
Kilometry: 138 694
niebieski
elwirka napisał(a):
Nie trzymaj nas w takiej niepewności. Napisz, co było pite w Mercurym. Węgierski tokaj czy jednak rumuńskie alkohole;-)

istnieje opcja, że nie pamiętają :lol: :lol: :lol:
_________________
ODZYSK CZĘ!

Tęcza jest Ważnym elementem religii judeo-chrześcijańskich, kolorami czakr, symbolem dzieciństwa i różnorodności w jedności, kolorami siedmiu kontynentów, a nie tylko flagą ruchu LGBT (btw 6. kolorów zamiast 7.). Zależy mi tylko na tym, aby pamiętać o różnorodności znaczenia tęczy.
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 10 Wrz 2021 09:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 976
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
@elwirka @eskie Haha, mądrale…. Otóż możecie mi wierzyć lub nie, ale po tym co się działo rankiem tego dnia, i co - nie oszukujmy się – było żałosnym następstwem piwa o nazwie Ursus, akurat tego wieczoru byliśmy bardzo grzeczni i chyba nie piliśmy nic oprócz oranżady - co oczywiście nie zmienia faktu, że jest to do nas zupełnie niepodobne :lol:

A skoro już jesteśmy przy temacie alkoholu (ponownie!), to Rumunia niestety nie była dla nas zbyt łaskawa w tym zakresie. Bo my lubimy DOBRE piwo i nawet sami je warzymy – to znaczy małżonek warzy, a ja trzymam sitko.
No i ogólnie nasza bajka to piwa rzemieślnicze, których w tej części Rumunii było jak na lekarstwo - jedynym miejscem, gdzie je spotkaliśmy, była Timisoara, dopiero pod koniec wycieczki.

Na szczęście jeśli chodzi o Ursusa, mąż się szybko zahartował i po kłopotach na pierwszej randce, potem poszło już z górki :D
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 10 Wrz 2021 10:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 1640
Loty: 70
Kilometry: 138 694
niebieski
Piwo piję sporadycznie i raczej mało. Ale w Braszowie naszło mnie na kupno 1-2 puszek/buletek piwa. Ale w pobliskim sklepiku, były tylko sześciopaki po 6x1,5 lub 6x2,5 litry. Mniejszych litraży nie było :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
ODZYSK CZĘ!

Tęcza jest Ważnym elementem religii judeo-chrześcijańskich, kolorami czakr, symbolem dzieciństwa i różnorodności w jedności, kolorami siedmiu kontynentów, a nie tylko flagą ruchu LGBT (btw 6. kolorów zamiast 7.). Zależy mi tylko na tym, aby pamiętać o różnorodności znaczenia tęczy.
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 13 Wrz 2021 11:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 976
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
Dzień 3

Sighisoara

Ten dzień mieliśmy spędzić snując się leniwie po miasteczku.
Najpierw jednak zjedliśmy śniadanie, które składało się z chleba z cebulą oraz z Nectaru piersici. Ta druga pozycja tak zaintrygowała mojego męża, że wziął nawet kilka butelek na wynos.

Załącznik:
20210716_101355.jpg
Załącznik:
20210716_102038.jpg


Chcąc oddać sprawiedliwość Mercurowi Binderbubi, trzeba powiedzieć, że w menu śniadaniowym było jeszcze kilka innych pozycji, ale te dwie powyższe szczególnie podbiły nasze serca.

Po śniadaniu byliśmy gotowi do włóczęgi po mieście.

Bo miasta to takie przestrzenie, które nam służą głównie do włóczenia się.
My nie umiemy zwiedzać. Zamiast tego przełączamy się na zwolnione tempo i się po prostu snujemy. Cieszymy się tym co ładne, a często nawet bardziej tym co brzydkie, przesiadujemy z kotami na krawężnikach, wylegujemy się na murkach lub bardzo kulturalnie siadamy na parkowych ławkach, obserwujemy ludzi i obgadujemy ludzi.
Budynki oglądamy głównie z zewnątrz, a do środka wchodzimy tylko wtedy, gdy zewnętrze wyda się nam w jakiś sposób intrygujące lub kiedy po prostu słyszeliśmy coś ciekawego na jego temat.

Wszystko co słyszałam dotąd o Sighisoarze sprowadzało się w zasadzie do dwóch słów – że jest średniowieczna i że jest piękna.
Tak jak ze średniowiecznością trudno dyskutować, piękno to kwestia uznaniowa. Ale tak, Sighisoara jest niezwykle ładnym i klimatycznym miastem, a jej średniowieczność po prostu powala – gdyby tylko móc wyrzucić stamtąd wszystkie samochody, można by naprawdę poczuć jak w miejscu, które jest bardzo dawno dawno temu.

Turystów było niewielu, miało się wrażenie, że większość znajdujących się tam ludzi to regularni mieszkańcy, którzy nie martwią się niczym innym poza tym, by nie zapomnieć umówić się do dentysty lub nie spóźnić się do fryzjera.
I by robiąc to wszystko, nie spieszyć się za bardzo.

Załącznik:
37.jpg

Załącznik:
39.jpg


Centralnym punktem miasta i jego prawdopodobnie największą atrakcją jest Wieża Zegarowa.

Załącznik:
51.jpg


No i wiadomo, skoro coś jest wieżą, to w środku pewnie zawiera schody, którymi można, a wręcz należy, wspiąć się na górę a następnie pocałować księżniczkę.

Załącznik:
35.jpg

Załącznik:
50.jpg


W środku wieży, oprócz schodów, znajduje się również muzeum, w którym umieszczone są różne średniowieczne przedmioty codziennego użytku – ale ja z nich wszystkich zapamiętałam tylko jeden.
I nie, to nie są średniowieczne strzykawki do szczepień. Chociaż w sumie jakby spojrzeć na to z odpowiedniej strony…

Załącznik:
32.jpg


U szczytu wieży, niestety nie było księżniczki, za to był bardzo ładny widok na miasto i okolice.

Załącznik:
33.jpg

Załącznik:
34.jpg

Załącznik:
40.jpg


Po wykonaniu najważniejszego obowiązku w tym dniu, mogliśmy już zupełnie na luzie porozglądać się po okolicy (a przy okazji zrobić małe zakupy).

Od jakiegoś czasu mam taką umowę z samą sobą, że z każdego wyjazdu wolno mi przywieźć jako pamiątkę tylko jedną rzecz.
Umowa jest pokłosiem pewnej mojej słabości, którą jest niekontrolowane nabywanie tak zwanych ładnych rzeczy, szczególnie podczas podróży. No niestety – jeśli znajdę coś błyszczącego, kolorowego i miłego w dotyku, i jeśli dodatkowo pachnie to godzinami czyjejś pracy, po prostu nie umiem się oprzeć.
W związku z tym moje mieszkanie zaczyna powoli wyglądać jak muzeum rękodzieła z całego świata, przez które coraz trudniej się przedrzeć. Więc po prostu musiałam wprowadzić jakąś samokontrolę, i dlatego podczas tego wyjazdu kupiłam tylko jedną rzecz: krzesło. Mała rzecz, a cieszy!

Załącznik:
43.jpg


Popołudnie spędziliśmy snując się po sennym mieście, ciesząc się, że nic nie musimy.

Załącznik:
36.jpg

Załącznik:
38.jpg


Obiad zjedliśmy w restauracji La Perla z przyjemnym tarasem i bardzo dobrym tradycyjnym rumuńskim jedzeniem.
I tu po prostu muszę wspomnieć o deserze, bo choć nie przepadam za słodyczami i w zasadzie w ogóle ich nie jadam, to temu zjawisku trudno było się oprzeć. Te pączuszki nazywają się Papanasi i smakują jak niebo.
Jeśli ktoś ma skojarzenia z Nectarem piersici, to chyba całkiem słusznie.

Załącznik:
20210716_164445_resized_1.jpg


Po obiedzie włóczyliśmy się dalej, piliśmy WODĘ a na koniec wylegiwaliśmy się na parkowej ławce. I niestety nie pamiętam co dokładnie w tamtej chwili robiliśmy, ale pamiętam, że naraz podeszło do nas młode dziewczę i oznajmiło, że Bóg nas kocha.
Do dziś nie wiem, czy kocha nas za to co robiliśmy, czy mimo tego.

Dzień 4

Braszów

Zanim o Braszowie, dygresja na temat zasadniczej części naszej wycieczki, czyli przejazdu najbardziej znaną samochodową trasą Karpat, czyli drogą Transfogarską.

Trasę po Rumunii planowałam w dość sporym pośpiechu, żeby nie powiedzieć, zupełnie na wariata. Planując przejazd Trasą Transfogarską doszukałam się gdzieś informacji, by jak ognia wystrzegać się przejazdu nią w weekend.
I w sumie w pierwszej wersji planu samo mi wyszło, że będziemy tam w poniedziałek.
Rankiem przed wyjazdem do Braszowa upewniałam się jeszcze czy górska część naszej trasy na pewno ma sens, no i okazało się, że niestety zupełnie nie ma sensu. A to dlatego, że planując nocleg pomyliłam koniec Trasy Transfogarskiej z początkiem! (tak tak, można się śmiać), i zamiast na końcu trasy, zarezerwowałam nocleg na samym jej początku. W efekcie, w tym dniu przejechalibyśmy jedynie 100 km co miało nam zająć jakieś 1,5h.
A potem, no potem teoretycznie mogliśmy zająć się nicnierobieniem, ale tym zajmowaliśmy się przez ostatnie dwa dni i na więcej chwilowo nie bardzo mieliśmy ochotę.
Zmiana planu nie wiązała się wprawdzie z kosztami, bo nadal mogliśmy odwołać nocleg bezpłatnie, ale wiązała się z tym, że Trasą Transfogarską mieliśmy ostatecznie przejechać w niedzielę. A że niedziela to weekend, a weekendu trzeba się wystrzegać się jak ognia, to cały plan się nieco posypał. Mimo to, wzięliśmy byka za rogi i plan został zmieniony – ostatecznie sobotę mieliśmy spędzić w Braszowie a w niedzielę wyruszyć w góry.

Najpierw więc o Braszowie.

Z całej naszej wycieczki, Braszów okazał się miejscem, które wspominamy z najmniejszym entuzjazmem.

Pierwsza przyczyna jest taka, że wpadliśmy tam w zasadzie na pół dnia i po prostu mieliśmy za mało czasu, żeby się zaprzyjaźnić.

Po drugie – ponownie doprawdy nie wiem co mi przyświecało, ale zarezerwowałam hotel położony w odległości 40 minut spaceru od centrum.
Wróć – wiem co mi przyświecało! Ogromna, w całości przeszklona łazienka z fantastyczną wanną!

Załącznik:
15103403.jpg

P.S. Zdjęcie skradzione ze strony hotelu, bo my zapomnieliśmy zrobić.

Kronwell Brașov to tak naprawdę świetny hotel, z basenem, pięknymi dużymi pokojami, doskonałą obsługą i pysznym śniadaniem. Jednak poza dużą odległością od centrum, która zaskoczyła mnie dopiero na miejscu, z hotelem wiązało się jeszcze jedno zaskoczenie, już w momencie rezerwacji.

Jak już wspomniałam, pokój, który zamówiliśmy wyglądał naprawdę imponująco, ze szczególnym naciskiem na łazienkę. Cena na booking.com za ten konkretny pokój (na stronie hotelu znacznie droższy niż pokój standardowy), wynosiła dokładnie tyle samo ile za pokój standardowy czyli 520 zł. Nadal nie była to cena powalająco niska, ale akceptowalna. Szkoda tylko, że po kliknięciu przycisku „rezerwuję”, Revolut powiadomił mnie o obciążeniu karty na 730 zł. Po kilkukrotnym kontakcie z infolinią booking.com i w sumie co najmniej 45 minutach tłumaczenia, udało mi się odzyskać różnicę w cenie, ale tylko dlatego, że w chwili rezerwacji coś mnie tknęło i zrobiłam printscreen z ceną 520 zł.
To tyle emocji związanych z hotelem, przenieśmy się do centrum Braszowa.

Załącznik:
55.jpg

Załącznik:
56.jpg

Załącznik:
57.jpg


Braszów jest miastem ładnym, czystym, uporządkowanym. I z całą pewnością zasługuje na to, by poświęcić mu więcej czasu, niż parę godzin. My niestety tego czasu nie mieliśmy.
W Braszowie udało nam się w zasadzie jedynie zjeść obiad i nie wjechać kolejką linową na wzgórze Tampa, które jest jedną z największych atrakcji tego miasta.
Wszystkich tych, którzy kiedyś planują być w Braszowie i zrobić coś przeciwnego niż my, czyli na wzgórze Tampa wjechać, informuję, że kolejka linowa operuje w godzinach: 9.30 – 16.00
My byliśmy pod stacją kolejki o 16.04 i zaproponowano nam, żebyśmy przyszli jutro. To naprawdę nie było miłe!

Ale cóż, nie bardzo mieliśmy wyjście i musieliśmy się zadowolić widokiem z dolnej stacji kolejki.

Załącznik:
60.jpg


Resztę wieczoru spędziliśmy sprawdzając czym różni się od siebie woda podawana w różnych tutejszych restauracjach, a jak nam się już znudziło to wróciliśmy do hotelu (tym razem nie spacerem lecz uberem), sprawdzić czy ta wanna jest naprawdę taka fajna, na jaką wygląda.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 13 Wrz 2021 12:12 

Rejestracja: 09 Mar 2014
Posty: 3217
złoty
Zawieszenie akcji wskazuje, że następny odcinek będzie chyba o przygodach w wannie? ;)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 13 Wrz 2021 12:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1292
Loty: 255
Kilometry: 459 938
złoty
maginiak napisał(a):

Bo miasta to takie przestrzenie, które nam służą głównie do włóczenia się.
My nie umiemy zwiedzać. Zamiast tego przełączamy się na zwolnione tempo i się po prostu snujemy. Cieszymy się tym co ładne, a często nawet bardziej tym co brzydkie, przesiadujemy z kotami na krawężnikach, wylegujemy się na murkach lub bardzo kulturalnie siadamy na parkowych ławkach, obserwujemy ludzi i obgadujemy ludzi.
Budynki oglądamy głównie z zewnątrz, a do środka wchodzimy tylko wtedy, gdy zewnętrze wyda się nam w jakiś sposób intrygujące lub kiedy po prostu słyszeliśmy coś ciekawego na jego temat.



Bardzo mi się podoba Twoja relacja. Dobrze się czyta w pracy. Dodatkowo, cieszę się, że inni też nie umieją zwiedzać. ;)
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 13 Wrz 2021 13:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 2301
Loty: 288
Kilometry: 555 591
srebrny
Ja to nazywam zwiedzaniem w emeryckim tempie. Nieśpiesznie, nóżka, za nóżką. Odpoczynki na każdej napotkanej ławeczce. I lanczyki co dwie godziny, bo zawsze coś kusi zapachem. I w efekcie połowa zaplanowanych punktów nie dochodzi do skutku z braku czasu. No nic. Zawsze będzie powód, by tam wrócić.
ps. Wciągnęłam się w relację. Nie przestawaj pisać;-)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 14 Wrz 2021 10:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 976
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
Misiatek napisał(a):
Zawieszenie akcji wskazuje, że następny odcinek będzie chyba o przygodach w wannie? ;)

CHYBA nie. Obawiam się, że w tym zakresie niestety zupełnie brak mi talentu :lol:

igore napisał(a):
Dodatkowo, cieszę się, że inni też nie umieją zwiedzać. ;)

Ty mi też poprawiłeś humor :)

elwirka napisał(a):
Ja to nazywam zwiedzaniem w emeryckim tempie.

@ elwirka Czy Ty mnie obrażasz? No dobra, masz rację :D
Góra
 Relacje PM off
sko1czek lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 19 Wrz 2021 10:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 976
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
Dzień 5

Trasa Transfogarska

Ten dzień zaczęliśmy od wspinaczki pod stację kolejki na wzgórze Tampa. Tak tak, nie daliśmy za wygraną i pokornie przyszliśmy JUTRO.
Tyle że niestety jutro, też nie było dobrze, bo pod dolną stacją kolejki stała długa kolejka chętnych, którzy też chcieli na to p%#@*&$+^# wzgórze.

Zawsze gdy widzę ludzi stojących w długiej kolejce zadaję sobie jedno pytanie: Czy możliwym jest aby miejsce, do którego ci ludzie tak pokornie czekają, okazało się w rzeczywistości tak oszałamiająco piękne, że doświadczenie owego piękna warte jest dwóch godzin mojego czasu spędzonego w oczekiwaniu. W 99% przypadków odpowiedź brzmi NIE lub RACZEJ NIE.
I wówczas w poczuciu większego lub mniejszego zawodu wymieszanego z wyrzutami sumienia, przemieszczam się gdzieś, gdzie można się jakoś pocieszyć. Tym razem ze względu na wczesne godziny ranne niestety nie było to możliwe, więc nie pozostało nam nic innego jak zmierzenie się z przeznaczeniem, czyli Trasą Transfogarską w weekend.

Trasa Transfogarska, czyli droga krajowa DN7C to jedna z dwóch najbardziej spektakularnych pod względem widokowym dróg Rumunii, jak również jedna z piękniejszych dróg w Europie, żeby nie powiedzieć na świecie.
Liczy 151 km długości, ciągnąc się z północy na południe (lub jak kto woli z południa na północ) między dwoma najwyższymi szczytami Gór Fogarskich – Moldoveanu i Negoiu oraz łącząc miasta Sybin w Siedmiogrodzie i Pitesti na Wołoszczyźnie. Po Transalpinie jest drugą pod względem wysokości drogą kołową Rumunii, w swym najwyższym punkcie osiągając 2042 m. n.p.m.
Droga została zbudowana na początku lat siedemdziesiątych na polecenie Nicolae Ceausescu, który dzięki niej chciał sobie zapewnić drogę ucieczki w razie inwazji radzieckiej.
Jak wiadomo uciec mu się nie udało, ale droga się ostała.

Jechaliśmy więc w stronę gór, które z oddali wprawdzie straszyły nieco wiszącymi nad sobą chmurami, ale nadal nastrajały pozytywnie – bo góry to przecież przyroda w swej najczystszej postaci, bo góry to cisza i spokój.

Załącznik:
1a.jpg


Na początkowym odcinku trasa wiedzie przez las i w sumie nic nie zapowiada tego, co będziemy mogli oglądać później.
Oczywiście prócz map Google, które dobrze wiedzą, że będzie się działo.

Załącznik:
1.jpg


W miarę wspinania się wyżej i wyżej, robi się coraz ciekawiej, aż w końcu jest naprawdę pięknie.

Załącznik:
3.jpg

Załącznik:
4.jpg

Załącznik:
5.jpg


Muszę przyznać, że chyba największe wrażenie to miejsce zrobiło na mnie z dolnego poziomu trasy, zanim zaczęliśmy się jeszcze na dobre wspinać w górę. Ogromna przestrzeń, piękna zieleń i delikatny nastrój grozy spowodowany wiszącymi nisko chmurami, wprowadziły mnie w entuzjazm i narobiły apetytu na więcej.

No więc wspinaliśmy się coraz wyżej…..

Załącznik:
5a.jpg


I wyżej…..

Załącznik:
5b.jpg


I wyżej……

Załącznik:
5d.jpg


A potem się zatrzymaliśmy.

Załącznik:
6.jpg


Tak, tu spotkaliśmy się z przeznaczeniem – znaleźliśmy się w miejscu, gdzie ten święty dzień postanowiło święcić prawdopodobnie 99% rumuńskiej populacji.
Miało się wrażenie, że zjechali tu wszyscy wraz ze swoimi ciotkami, wujami, dziadkami, babkami, synami, córkami a nawet z teściowymi. Byliśmy świadkami wielopokoleniowego święta – wśród gwaru i śmiechu jedzono kiełbasę i ser i cieszono się tym wspaniałym dniem, nie bacząc na przeciwności. Wielkie święto odbywało się w każdym stojącym w korku aucie z osobna, choć były i takie, które łączyły się w pary i świętowały wspólnie.

To wszystko działo się jakieś 3,5km od szczytu. Samochody początkowo wydawały się stać w miejscu, co właściwie pozbawiło nas nadziei, że dokądkolwiek w tym dniu dotrzemy.
Potem zaczęliśmy się poruszać w ślimaczym tempie, zatrzymując się jednak po kilkudziesięciu metrach na kolejne 10 minut postoju.
To mi się nie podobało na tyle, że bez dłuższych negocjacji z moim uwięzionym za kierownicą mężem, zabrałam się i ruszyłam w kierunku szczytu na piechotę.

Załącznik:
8.jpg


Początkowo całkiem przyjemnie się szło, choć z delikatną konsternacją obserwowałam znikający coraz bardziej w tyle samochód z mężem środku - miałam wrażenie, że obejdę cały świat dookoła a kiedy wrócę, on będzie tkwił nadal w tym samym miejscu. W końcu pogodziłam się jednak z jego losem i wspinałam się dzielnie do góry.
Po jakichś 30 minutach zaczęłam wprawdzie troszkę żałować, że wyszłam tak jak stałam, w koszulce i w klapeczkach – a tu przecież góry a ja coraz wyżej i wyżej. Mimo to pięłam się w górę.

Załącznik:
9.jpg


Do czasu.

Zaczęło się od niegroźnego kapuśniaczku, który następnie przeszedł w drobny deszczyk a chwilę później w całkiem spory deszcz.
Po 10 minutach zaczęło już regularnie lać.
Byłam już całkiem niedaleko szczytu, ale dalsza wspinaczka w górę w deszczu jakoś mi się nie uśmiechała i lepszą opcją wydawał się mimo wszystko powrót do ciepłego samochodu.
Nie potrafiłam jednak zlokalizować męża i nie wiedziałam jak daleko się znajduje, nie mogłam się też dodzwonić, bo nie było zasięgu. Postanowiłam więc poszukać schronienia w przyrodzie i udało mi się całkiem szybko znaleźć zagłębienie w skale, które wprawdzie nie pozwalało na rozpalenie ogniska, ale dzięki niemu przynajmniej przestało padać mi na głowę.

Po mniej więcej 30 minutach udało mi się wreszcie skontaktować z mężem. Był już całkiem niedaleko, a że przestało trochę padać, wyruszyłam w kierunku samochodu.
Kiedy dotarłam, wyglądałam jak nieszczęście, ale i tak byłam szczęśliwa, bo chwilę później zaczęło się to:



Burza trwała kilkanaście minut, i o dziwo, po jej zakończeniu samochody ruszyły nieco sprawniej i po jakichś 20 minutach byliśmy na górze.

A tam co? Tak, jarmark!

Załącznik:
10.jpg


Ludzi było mnóstwo, a prawdopodobnie część z nich i tak została wcześniej wypłoszona przez burzę. Ci którzy pozostali kontynuowali wielkie świętowanie zajadając grillowany ser i gofry.

Ale szczerze mówiąc było mi już wszystko obojętne.
Miejsce to bez tych wszystkich ludzi jest na pewno bardzo ładne. Niestety w moim przypadku tłumy psują wszystko. Jednak sami tego chcieliśmy, było się tu nie pchać w niedzielę.

Mimo wszystko zrobiliśmy kilka zdjęć - starając się celować w odstępy między ludźmi.

Załącznik:
11.jpg

Załącznik:
12.jpg

Załącznik:
13.jpg

Załącznik:
13a.jpg


Następnie ruszyliśmy w kierunku miejsca kolejnego noclegu, czyli Vila Balea, która znajdowała się jedynie kilkanaście minut drogi stąd.
Pozostało jeszcze minąć tunel, w którym znajduje się najwyższy punkt trasy i mogliśmy zjeżdżać w dół po południowej stronie.

Trasę Transfogarską podobno najlepiej pokonywać od strony północnej ze względu na znacznie ciekawsze widoki – i w sumie jeśli się faktycznie jedzie, to prawdopodobnie tak jest. Jeśli się stoi w korku, to nie wiem czy ma to jakiekolwiek znaczenie. Informacyjnie podam jednak, że w drugą stronę też był korek, ale z pewnością znacznie mniejszy niż ten, w którym staliśmy my jadąc od strony północnej.

Kiedy ruszyliśmy, znowu zaczęło padać, ale widoki i tak były ładne.

Załącznik:
14.jpg


Kiedy po kilkunastu minutach dotarliśmy na miejsce wyszło słońce.

Załącznik:
15.jpg


Jeśli chodzi o nocleg w Vila Balea to mogę polecić. Można wziąć domek lub pokój w murowanym budynku. My wzięliśmy domek i nie żałujemy – oprócz tego, że woda w brodziku kabiny prysznicowej w zasadzie zatraciła umiejętność spływania do kanalizacji, nie można się było do niczego przyczepić.
Na kolację wybraliśmy się do restauracji na miejscu – tak jakbyśmy mieli inny wybór ;) Nie było jednak łatwo. Próbowaliśmy zamówić kilka pozycji z karty i dopiero za piątym czy szóstym razem, trafiliśmy na coś, co według kelnera było dostępne. Po pięciu minutach kelner wrócił jednak z informacją, że tego co wybraliśmy też już nie ma. Na koniec powiedziano nam wprost, że mamy zamówić TO i TO. Mnie się trafiła polenta z kozim serem a mężowi jakieś mięso. W sumie nie narzekaliśmy, tym bardziej, że ptaszki śpiewały a okolica była piękna.

Po kolacji wybraliśmy się na spacer i wreszcie znaleźliśmy się w górach, które były takimi, jakimi być powinny.

Załącznik:
17.jpg

Załącznik:
18.jpg

Załącznik:
16.jpg


W drodze powrotnej ze stanu błogiego relaksu wytrącił nas alert otrzymany na telefon, który ostrzegał o niedawno widzianych w okolicy niedźwiedziach – przy czym nie był to tylko niewinny sms o zagrożeniach, jakie rozsyła się u nas, ale bardzo głośny alarm połączony z wibracją.
Uznaliśmy więc że nie ma żartów i pokornie przyspieszyliśmy kroku.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez maginiak 07 Lis 2021 15:34, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
eskie uważa post za pomocny.
 
 
#16 PostWysłany: 19 Wrz 2021 11:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 1640
Loty: 70
Kilometry: 138 694
niebieski
Misiatek napisał(a):
Zawieszenie akcji wskazuje, że następny odcinek będzie chyba o przygodach w wannie? ;)

maginiak napisał(a):
CHYBA nie. Obawiam się, że w tym zakresie niestety zupełnie brak mi talentu :lol:


Dziwne, przecież masz dzieci, więc i jakąś, choćby minimalną, praktykę takoż. Ale fakt, masz rację, praktyka a talent, to dwie różne rzeczy. :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:
_________________
ODZYSK CZĘ!

Tęcza jest Ważnym elementem religii judeo-chrześcijańskich, kolorami czakr, symbolem dzieciństwa i różnorodności w jedności, kolorami siedmiu kontynentów, a nie tylko flagą ruchu LGBT (btw 6. kolorów zamiast 7.). Zależy mi tylko na tym, aby pamiętać o różnorodności znaczenia tęczy.
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 21 Wrz 2021 09:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 976
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
@eskie Jakkolwiek bym nie była utalentowana w dziedzinie, którą masz na myśli, to jedno jest pewne - gdybym spróbowała zmaterializować tę aktywność w formie pisemnej, to by Wam wszystkim oczy popękały przy czytaniu :D
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 21 Wrz 2021 09:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1292
Loty: 255
Kilometry: 459 938
złoty
maginiak napisał(a):
Zawsze gdy widzę ludzi stojących w długiej kolejce zadaję sobie jedno pytanie: Czy możliwym jest aby miejsce, do którego ci ludzie tak pokornie czekają, okazało się w rzeczywistości tak oszałamiająco piękne, że doświadczenie owego piękna warte jest dwóch godzin mojego czasu spędzonego w oczekiwaniu.
.


Tu chodzi o to, że jak się stoi długo w kolejce, to potem musi się podobać. Dodatkowo masz wrażenie, że uczestniczysz w czymś wyjątkowym. ;)
Góra
 Relacje PM off
maginiak lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 21 Wrz 2021 10:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 1640
Loty: 70
Kilometry: 138 694
niebieski
maginiak napisał(a):
@eskie Jakkolwiek bym nie była utalentowana w dziedzinie, którą masz na myśli, to jedno jest pewne - gdybym spróbowała zmaterializować tę aktywność w formie pisemnej, to by Wam wszystkim oczy popękały przy czytaniu :D


Całkowi OT, ale może by założyć temat w którym, w sposób zawoalowany i trochę jak w TW, opisywać nasze "przygody" podróżnicze, miejsca, zwyczaje, osoby (delikatnie i anonimowo).

Np.Sardynia, pusta dzika, piaszczysta plaża, pacholę zostało w hotelu. Romantyczna atmosfera zrobiła swoje, drobny pasek niestety też :(. Zalecam brać duży ręcznik lub koc na piaszczyste plaże.

co sądzisz @maginiak, chwyciłby taki temat?

Potem zgłoszę mój post do Modów, aby go gdzieś przenieśli, aby Ci nie zaburzać ciekawej relacji.
_________________
ODZYSK CZĘ!

Tęcza jest Ważnym elementem religii judeo-chrześcijańskich, kolorami czakr, symbolem dzieciństwa i różnorodności w jedności, kolorami siedmiu kontynentów, a nie tylko flagą ruchu LGBT (btw 6. kolorów zamiast 7.). Zależy mi tylko na tym, aby pamiętać o różnorodności znaczenia tęczy.
Góra
 Relacje PM off
marttynna lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 22 Wrz 2021 09:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 976
Loty: 306
Kilometry: 490 334
srebrny
@eskie Szczerze mówiąc jedyna odpowiedź jaka przychodzi mi do głowy to: NIE MAM POJĘCIA!
Ale kreatywność forumowiczów jest wielka więc próbuj, kto wie co z tego wyniknie ;)
Góra
 Relacje PM off
eskie lubi ten post.
 
 
 [ 33 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group