Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 71 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
#41 PostWysłany: 02 Wrz 2016 13:42 

Rejestracja: 22 Sie 2012
Posty: 632
Loty: 78
Kilometry: 201 975
niebieski
mam wrażenie, że czytam kolejne rozdziały książki :D
super przygoda! kiedy więcej? :)
_________________
moje relacje:
http://www.fly4free.pl/forum/sztuka-ame ... ,212,81860
minirelacja-z-maxiwyspy-ilha-grande,212,96928&start=0
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#42 PostWysłany: 12 Wrz 2016 11:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
@ara Cześć! Troszkę musiałaś poczekać, bo nie mogliśmy się zdecydować na co teraz poświęcić czas... Tym razem poruszyliśmy temat, który na tym forum raczej w ogóle nie jest popularny. Czyli więcej o jachtostopie, ale ze strony praktycznej, jak my to zrobiliśmy i w ogóle. :)

Zachęcam do lektury wszystkich tych, którzy myślą o zrobieniu czegoś "innego", niż lataniu samolotem. ;)

Cytuj:
Podróż jachtostopem od początku plasowała się wysoko na naszej liście podróżniczych marzeń. Będąc w Nowej Zelandii nie mogliśmy przegapić wielkiej szansy. Właśnie podczas naszego pobytu w tym kraju trwał sezon żeglarski, co dało nam połowę sukcesu. Do tego musieliśmy wyposażyć się w dużą dawkę determinacji i dać sobie trochę czasu. Bo chodziło nie o to, żeby gonić króliczka, ale faktycznie go złapać. Tekst mówi właśnie o tym, co zrobiliśmy, żeby stać się załogą jachtu płynącego na którąś z wysp Oceanu Spokojnego. Czy było łatwo? Nie bardzo, ale w końcu nikt nie obiecywał, że będzie.

Hotel dla jachtów - marina
Image

Przygotowanie do łapania jachtu na stopa

W naszej podróży głównym środkiem transportu jest autostop. Stajemy przy drodze
i wystawiamy kciuk zatrzymując samochody lub pytamy kierowców na stacjach benzynowych. To proste, wszyscy rozumieją. Analogicznie, zamiast aut można łapać łodzie, tylko wtedy już kciuk
i uśmiechnięta buzia się nie sprawdzą. Ponieważ nie mieliśmy doświadczenia w polowaniu na jachty, całe poszukiwania były dla nas ważną lekcją. A przygotowaliśmy się do niej gromadząc wszelką dostępną wiedzę o tym gdzie szukać, kiedy szukać, jak szukać i jak przekonać kapitana, żeby wziął właśnie nas.

Już przed podróżą, w moim niebieskim zeszycie z notatkami o krajach, które chcemy odwiedzić zanotowałam sezony żeglarskie, czyli okresy w roku, w których pływa się w określonych kierunkach. Czas poza sezonem oznacza niekorzystną pogodę, burze, tajfuny, czyli krótko mówiąc warunki, w których żeglowanie nie jest bezpieczne.

Oto co zebrałam odnośnie Nowej Zelandii:

Z Nowej Zelandii pływa się najczęściej w dwóch kierunkach – do Australii lub na wyspy Oceanu Spokojnego (Polinezja Francuska, Nowa Kaledonia, Tonga, Vanuatu, Fidżi). Do wyboru, do koloru. Sezon żeglarski trwa od kwietnia do czerwca.

Ogłoszenie

Kolejnym krokiem przygotowań było wykonanie ogłoszenia. Ogłoszenie to taki osobisty plakat reklamowy. Wesołe zdjęcie, opis, dane kontaktowe. Krótko, zwięźle, przejrzyście i na temat. Wszystko po to, żeby zwrócić uwagę kapitana, który potrzebuje załogi, żeby wybrał właśnie Ciebie. A może i po to, żeby przekonać takiego, któremu wydaje się, że nikogo nie potrzebuje, że jednak się myli. :) Na podstawie zebranych przez nas informacji oraz własnych doświadczeń przygotowaliśmy kilka rad, jak powinno wyglądać takie ogłoszenie. Sami na pewno ulepszymy swoje następnym razem, wykorzystując wiedzę zdobytą od poznanych wilków morskich.

Na jednej stronie A4 wkleiliśmy nasze wesołe zdjęcie, napisaliśmy dokąd chcemy płynąć
i najkrócej jak się dało opisaliśmy sobie. Opisać siebie… Hmm… Co tu napisać? W naszym ogłoszeniu kierowaliśmy się zdrowym rozsądkiem oraz poradami internetowymi. Mamy jednak dużo więcej spostrzeżeń na ten temat po obejrzeniu dziesiątek innych kartek na tablicach ogłoszeń i po rozmowach z żeglarzami o tym, co zwraca ich uwagę.

Nasze wnioski:

- Ogłoszenie powinno zajmować jedną stronę A4;
- Może być wydrukowane jako czarno – białe, ale na pewno kolorowe zdjęcie przykuje więcej uwagi;
- Większą czcionką należy napisać dokąd chcesz płynąć. Jeśli nie jest to konkretnie jedna wyspa, można napisać Wyspy Południowego Oceanu Spokojnego. Kierunek „dokądkolwiek” nie brzmi zbyt dobrze;
- Jeśli Twój czas poszukiwań jest ograniczony, grzecznie będzie uwzględnić do kiedy jesteś dostępny. Po tym terminie pracownicy mariny będą mogli je zdjąć, a kapitanowie nie będą bez sensu wydzwaniać. Jeśli masz czas aż do końca sezonu, można to pominąć;
- O sobie. To najważniejsza i najtrudniejsza część. Zwłaszcza jeśli trzeba zmieścić opis dwóch osób na jednej stronie. Najbardziej przejrzyste jest wypisanie cech w myślnikach. U nas każdy myślnik przedstawiał zbiór cech dotyczących jednej dziedziny.

Pierwszy dotyczył nas obojga, bo tak się składa, że mamy tyle samo lat i oboje jesteśmy inżynierami produkcji. Dołączyliśmy do tego też kilka ogólnych cech, które oboje posiadamy, np. to, że szybko się uczymy, szanujemy innych, jesteśmy sprawni fizycznie, zdrowi i czyści (nie chodzi tylko o mycie się i stan duszy ;) ).

Istotna będzie informacja o znajomości języków. Jeśli znasz francuski znacznie zwiększasz swoje szanse, ponieważ wielu Francuzów pływa z Nowej Zelandii do Nowej Kaledonii. Wiemy
z obserwacji, że szybciej wezmą kogoś bez doświadczenia, a mówiącego w ich języku, niż odwrotnie. Znajomość angielskiego pominęłabym, zachowując sobie trochę miejsca na tej jednej, cennej stronie.

W kolejnym myślniku można opisać doświadczenie w żeglowaniu, jeśli takie się posiada. My nigdy nie pływaliśmy po oceanie, ale Piotrek żeglował całe życie po naszych cudownych, mazurskich jeziorach. Ma też patent żeglarski i pierwszy stopień motorowodniaka. Zdarzyło mu się żeglować po Morzu Śródziemnym. Razem braliśmy udział w jednodniowych regatach żeglarskich w Mandurah, w Australii Zachodniej. Nawet małe rzeczy mają tutaj znaczenie.

Jeśli nie masz doświadczenia, nic straconego. Skup się wtedy na tym, co możesz dać od siebie lub na czym się znasz. Być może Twoje zdolności majsterkowicza albo talent kulinarny będą bardziej atrakcyjne, niż umiejętność żeglowania. Jeśli nie masz pojęcia o żeglowaniu i nigdy nie miałeś kontaktu z jachtem, mam dla Ciebie dobrą wiadomość. Dla niektórych kapitanów może być to duży atut, bo będą mogli Cię „wytresować” po swojemu. Przepraszam za słowo, ale tak to działa. Tak jak w swoim domu lubisz mieć wszystko po Twojemu, tak na jachcie kapitan lubi, żeby pracować i zachowywać się tak, jak on chce, zgodnie z jego nawykami, przekonaniami i jego szkołą żeglowania. Nie będzie zadowolony, kiedy po każdym jego poleceniu będziesz wspominać: „aaa w poprzednim rejsie robiłem to tak i tak”;

Napełnamy zbiorniki wodą - bez niej ciężko na oceanie.
Image

Na koniec można dodać jeszcze kilka innych cech, którymi chcemy się pochwalić, a które wydają się być atrakcyjne z punktu widzenia kapitana. Może to być zdolność do szybkiego rozwiązywania problemów czy doświadczenie w komunikacji z różnymi osobowościami, co dla autostopowiczów nie powinno stanowić problemów. :)

Warto podzielić się zainteresowaniami. Z tym ogłoszeniem jest jak z CV, nigdy nie wiadomo czy pracodawca jest maniakiem Star Warsów czy ma artystyczną duszę i wyrabia gliniane naczynia. Znajdzie się też tutaj miejsce na jedno zdanie o Twojej podróży.

Jasne jest, że kapitan musi w tym wszystkim znaleźć powód, czemu ma wybrać właśnie Ciebie. Niektóre przepisy na ogłoszenie mówią, że zupełnie nie istotne jest to, co lubisz i jak długo jesteś w podróży. Liczy się to co potrafisz i jak bardzo mu się przydasz. Podczas poszukiwań poznaliśmy wielu kapitanów i z ręką na sercu powiem, że oni zapamiętują przeróżne rzeczy z tych karteruszek, które czytają na tablicach ogłoszeń. Jarają się niesamowicie, kiedy widzą, że ktoś przejechał pół świata autostopem albo rowerem, że ktoś zarabia grając na gitarze albo skacze ze spadochronem. Takie pojedyncze rzeczy, które budzą w nich emocje, dzięki czemu nawet jeśli nie potrzebują załogi, powiedzą o Tobie swoim kolegom. A żeglarze są jak rodzina, wszyscy się łatwo zaprzyjaźniają i pomagają sobie wzajemnie.

W naszym przypadku, wydająca się niepotrzebną informacja o tym, że jesteśmy inżynierami produkcji (co to w ogóle jest??), dała nam wielkiego plusa, bo zadzwoniła do nas właśnie para inżynierów: kapitan inżynier produkujący mikroprocesory oraz kapitanowa doktor inżynier chemii.

- Nie zapomnij o danych kontaktowych. Warto podać numer telefonu oraz adres mailowy, nigdy nie wiadomo co będzie wygodniejsze dla kapitana. Można też podzielić się adresem strony na facebook’u, jeśli taką prowadzisz.

Filipiaki gotowi na podbój świata
Image

Co zrobić z przygotowanym ogłoszeniem?

Najlepiej przygotować je w formie elektronicznej. Będzie czytelnie, zawsze można wprowadzić zmiany, wielokrotnie wydrukować i przede wszystkim można je wysłać mailowo do biur marin. Ostatnia opcja jest przydatna wtedy, kiedy nie możesz odpowiednio wcześnie zjawić się osobiście w marinie, żeby przypiąć je do tablicy ogłoszeń.

W Nowej Zelandii jachty wypływają z północy Wyspy Północnej. My naszą podróż zaczęliśmy od środka Wyspy Południowej, więc było nam tam zupełnie nie po drodze. Chcieliśmy jednak zacząć działać dosyć wcześnie. Żmudną pracą znalazłam kontakty i wysłałam maile do wszystkich marin na Północnej Wyspie Nowej Zelandii oraz do wszystkich klubów jachtowych. Być może i była to przesada, ale nigdy nie wiadomo. Szczęściu trzeba pomagać! W wysłanej wiadomości grzecznie nas przedstawiłam i poprosiłam o wywieszenie naszego ogłoszenia na tablicy.

Jeśli zaczynasz podróż od Wyspy Północnej, sam pofatyguj się i przyczep ogłoszenie. Będzie to na pewno bardziej efektywne. Masz pewność, że ono tam jest.

Gdzie wywiesić ogłoszenie?

W Nowej Zelandii znajdują się tylko dwa miejsca, w których łodzie mogą opuścić terytorium kraju. Tylko tam jest biuro urzędu imigracyjnego. Taka nasza odprawa paszportowa. Oznacza to tyle, że nie ważne, w którym porcie znajduje się łódź i tak przed wypłynięciem musi przedostać się w okolice jednego z tych dwóch portów. Tam właśnie należy szukać króliczka.

Nasze ogłoszenie wywiesiliśmy w kilku miejscach. Najważniejsze pogrubiono.

1. Bay of Islands Marina, Opua (urząd imigracyjny) – biuro mariny, pralnia, klub jachtowy
2. Hardstand przy Bay of Islands Marina – biuro warsztatu, gdzie naprawia i konserwuje się łodzie
3. Town Basin w Whangarei – biuro mariny
4. Riverside Drive Marina w Whangarei – biuro mariny, pralnia
5. Hardstand Dockland 5 w Whangarei – biuro warsztatu
6. Hardstand Norsand w Whangarei – biuro warsztatu
7. Marsden Cove Marina (urząd imigracyjny) – biuro mariny, pralnia

Do roboty, czyli rozmowy z kapitanami

Najważniejszy i najbardziej wymagający etap to odwiedzanie marin w celu poznania ludzi i pytania kapitanów czy nie potrzebują załogi. Być może nie będziesz potrzebował przechodzić przez niego, jeśli już dzięki ogłoszeniu ktoś zaprosi Cię na jacht.

Nasze poszukiwania były bardzo intensywne. Rozpoczęliśmy je zaraz po sprzedaży auta. Oznaczało to dla nas nic innego, jak codzienne przejażdżki autostopem do mariny i z powrotem do miejsca, w którym akurat mieszkaliśmy. Korzystaliśmy z Couchsurfingu i nie znaleźliśmy ostoi w miastach portowych, dlatego dzień w dzień powtarzaliśmy ten sam schemat. Wcześnie rano pobudka, stopowanie do miejscowości Opua lub Whangarei, miłe rozmowy z kapitanami, stopowanie do domu, byle zdążyć przed zmrokiem.

Podczas naszych poszukiwań gościły nas trzy różne osoby. Wszyscy dzielnie nam kibicowali. :)

Będąc w marinie spacerowaliśmy wzdłuż doków i obserwowaliśmy, w którym jachcie znajduje się ktoś, z kim możemy porozmawiać. Powtarzając się troszeczkę, każdemu zadawaliśmy podobne pytania. Czy płynie i czy potrzebuje załogi. Chociaż wszyscy byli bardzo mili, zauważyliśmy, że chętniej wchodzą w rozmowę, kiedy przed jakimkolwiek pytaniem powiedzieliśmy dosłownie kilka słów o nas: jak mamy na imię, że jesteśmy z Polski i podróżujemy po świecie. Na początku wydaje się to niezręczne, bo człowiek patrzy na Ciebie, a Ty czujesz, że po raz setny powtarzasz to samo. Tak jest po prostu grzecznie. Jeśli znają Twoje imię, traktują Cię jak Kogoś, już nie jesteś obcym, któremu można odburknąć i sobie pójdzie.

Kiedy wiedzieliśmy, że ktoś kontynuuje rozmowę, sami wtedy staraliśmy się, by trwała ona na tyle długo, abyśmy mogli przemycić więcej informacji o sobie, żeby mogli się czegoś o nas dowiedzieć, być może coś im w głowie zaświta, nigdy nie wiadomo. :)

Ważne jest budowanie kontaktów. Po kilku dniach poszukiwań staniesz się rozpoznawalny. Zaczną o Tobie mówić. W Nowej Zelandii bardzo łatwo wejść w dyskusję z obcym i wiele osób lubi sobie tak po prostu pogadać. Dlatego nawet jeśli nie potrzebują załogi, pytają się jak Ci idzie, polecają inne łodzie, które warto odwiedzić. Każda kolejna zaczepiona osoba, to zwiększona szansa na sukces. Nawet jeśli odpowiedź jest negatywna, ta osoba może znać inną, może przemyśleć temat i jednak się do Ciebie odezwać, a przede wszystkim może podrzucić Ci nowe pomysły. Od takich przypadkowych ludzi dowiedzieliśmy się, że w Opui codziennie rano można wystąpić ze swoim ogłoszeniem w radiu. Młodzi Australijczycy z łodzi o wdzięcznej nazwie Albatros wskazali nam nowe miejsca poszukiwań – hardstandy, czyli warsztaty, w których remontuje się łodzie. Starszy żeglarz opowiedział nam jak wygląda dzień po dniu samotny rejs do Nowej Kaledonii. W skrócie brzmiało to tak: 1 – ekscytacja, zimno, 2 – nadal zimno, zaczynasz czuć zmęczenie, 3 – czujesz, że jesteś w tropikach, bo zaczyna być ciepło, ale właściwie jesteś bardzo zmęczony i wszystko Ci jedno, 4 – robi się gorąco, jesteś wyczerpany, 5 – jesteś u celu, hurra! A jednak skubany pływa. Samotnych kapitanów nigdy nie zrozumiesz. :)

Marina – jak to wygląda technicznie

Wejścia na doki są zabezpieczone bramkami. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że w ciągu dnia i tak wszystko jest otwarte, więc spokojnie można wejść. W Opui zaczepiła nas raz pracowniczka biura, która powiedziała, że nie możemy zaczepiać kapitanów, bo oni płaca za marinę, jak za hotel i być może sobie nie życzą niepokojenia. Była to jedyna osoba, która stanęła nam na drodze. Niemka.

A co Ci spokojnie żyjący żeglarze mają innego do roboty. Oni się bardzo cieszą, kiedy ktoś do nich zagada, zwłaszcza młodzi ludzie. To jest dla nich jakieś urozmaicenie. A przede wszystkim, w kulturze żeglarskiej każdy nawiązuje kontakt z drugim człowiekiem. Oni często nie mają domów, jacht jest ich życiem i ostoją, więc załoga statku obok to ich bracia. Nie spotkaliśmy się ani razu
z nieprzyjemną reakcją na nasze „przeszkadzanie”, wręcz przeciwnie, ludzie byli tak kontaktowi, że aż zachęcało nas to do dalszego działania.

Niestety, z każdym kolejnym bezowocnym dniem, potrzebowaliśmy więcej i więcej wzajemnej motywacji. W ciągu 7 dni dostaliśmy trzy propozycje. Pierwsza: samotny kapitan, powiedział, że weźmie nas tylko wtedy, kiedy znajdziemy jeszcze jedną, doświadczoną osobę, wtedy on będzie mógł spokojnie nas uczyć. Druga: bardzo obiecująca, po długiej, luźnej rozmowie para z katamaranem obiecała nam dać odpowiedź kolejnego dnia – niestety odpowiedź negatywna. Trzecia oferta wymagała od nas niemałej zapłaty za każdy dzień pobytu na łodzi (bez względu na to czy płyniemy, czy kotwiczymy lub stoimy w marinie) – kapitan wydawał się nas po prostu wykorzystać, bo tak naprawdę nie szukał załogi.

Płyniemy, czy nie płyniemy?

Cierpliwości i spokoju jest we mnie dużo, ale jak tu się nie martwić, kiedy za kilka dni masz opuścić kraj (koniec ważności wizy), a tu na żaden rejs się nie zanosi. Spadek motywacji oznacza spadek aktywności, po prostu już się nie chce pytać.

Tu zacytuję fragment mojego wpisu o podróży w Nowej Zelandii, bo znakomicie odda to, co chcę w tym momencie przekazać.

„Nasza wiza była ważna do 5 czerwca 2016. Poszukiwania zaczęliśmy 22 maja (nie biorąc pod uwagę dużo wcześniej wysłanych listów do marin z prośbą o wywieszenie naszego ogłoszenia na tablicy). Dzień w dzień odwiedzaliśmy na zmianę mariny i pytaliśmy kapitanów, czy nie potrzebują załogi. Dzień w dzień stopowaliśmy kilkadziesiąt kilometrów z Waipapa, Kerikeri albo Kaikohe (w zależności, gdzie akurat mieszkaliśmy) do portów i z powrotem. Dzięki temu w tydzień poznaliśmy więcej nowych osób, niż przez całą naszą podróż w Nowej Zelandii. Wiedzieliśmy, że sezon na żeglowanie w stronę wysp Południowego Pacyfiku jeszcze się nie skończył, więc nadal mamy szanse. Wiedzieliśmy też, że większość jachtów wypłynęła dwa tygodnie wcześniej i została już tylko garstka, ostatni rzut czekających na dobrą pogodę. Nie traciliśmy wiary. Nauczyliśmy się już, że jeśli czegoś chcemy to musimy na to zapracować, nic się samo nie dzieje. Minęło 8 dni, dokładnie za 3 dni odlatywał nasz samolot (niestety w razie niepowodzenia z jachtem musieliśmy mieć zapewniony transport na opuszczenie kraju). Byłam już zrezygnowana, już miałam dosyć. Nawet jeśli się ktoś zgodzi, to mało prawdopodobne, że wypłynie akurat za chwilę, żebyśmy zdążyli jeszcze przed datą ważności naszej wizy. Piotrek, chociaż też zasmucony, nie poddał się. Już mieliśmy wracać do domu i szykować się do podróży do Auckland, kiedy nagle zadzwonił telefon. Kapitan ze swoją żoną znaleźli nasze ogłoszenie w pralni w marinie i zaprosili nas na spotkanie. Rozmawialiśmy dwie godziny, nie pozwalając sobie za wcześnie się ucieszyć. Mieliśmy dostać odpowiedź w ciągu kolejnych dwóch dni czy chcą, żebyśmy im towarzyszyli w podróży do Nowej Kaledonii. Jak na szpilkach sprawdzaliśmy co chwilę skrzynkę mailową…

31 maja dostaliśmy telefon – PŁYNIEMY!!!"

Jeśli mijasz kogoś w marinie, zaczep go! Być może jest kapitanem i być może właśnie Ciebie szuka. Widzisz, że ktoś przypłynął pontonem do brzegu – grzecznie zapytaj czy ma łódkę i czy płynie tam, gdzie chcesz. Wydaje Ci się, że Ta osoba na pewno Cię nie weźmie, nie ma co pytać? Właśnie ona może stać się Twoim pierwszym nauczycielem żeglarstwa oceanicznego. Z każdą kolejną zapytaną osobą pewność siebie wzrasta. Z każdą pominięta osobą – maleje, bo pojawia się poczucie winy za brak odwagi.

Każdy dzień w marinie czegoś nas nauczył. Był to dla nas intensywny czas, pełen pytań i rozterek. Jak z wieloma rzeczami, nigdy nie wolno się poddać. Człowiek traci motywację i chęć do działania, gdy mu się nie udaje. To normalne. Należy postawić tylko pytanie, jak bardzo zależy Ci na spełnianiu Twoich marzeń?

Załoga - naprzód! Będziemy bardzo wdzięczni za inne pomysły, jak poprawić efektywność szukania jachtu na stopa. Dzielimy się naszym doświadczeniem (chętnie odpowiemy na pytania), ale wciąż jesteśmy początkujący, głodni wiedzy i kolejnych wrażeń. :) Pozdrawiam!

Daria


O jachtostopie więcej w naszej galerii oraz filmik
Kod:

!


Ostatnio edytowany przez Piotras_5 14 Cze 2017 05:53, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Profil Relacje PM off
Pabloo lubi ten post.
 
      
#43 PostWysłany: 30 Wrz 2016 05:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Cześć!
Okey podróżnicy kochani! Wakacji ciąg dalszy. :)


Pora się znów ruszyć. Udało nam się wgrać na internety 320 GB zdjęć, filmów i tak dalej, dzięki czemu po 10 miesiącach podróży mamy w końcu backup w Polsce - uff!!
26 września opuściliśmy Australię, nasz ukochany kraj-kontynent. :) Również 26stego wybiło nam 10 miesięcy w podróży, więc pora na kolejne przygody i nowe znajomości!

Pozdrawiamy serdecznie z pięknego Singapuru:

Cytuj:
Pora na "zwyczajny dzień" w roli Filipiaków. Będzie jazda. :)
Pobudka o 3 w nocy, bez problemu, nie takie rzeczy robiliśmy. Na lotnisku zgubiliśmy mój portfel, który szczęśliwie się znalazł po 20 minutach. Aby tego było mało, moja zawsze niewinna żonka została najpierw dokładnie przebadana na obecność materiałów wybuchowych, a następnie oczywiście "przypadkiem" wzięli ją na dokładne prześwietlenie... Przypadek? Chyba nie wiem z kim się zadaje. :D O 6 lot, po 4,5h - Singapur przywitał nas niesamowicie przyjaźnie. Piękna pogoda - 28 C, pani na lotnisku powiedziała, że nie da się dojść do głównej drogi - żeby zacząć łapać stopa. Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych i na wyjeździe z parkingu zatrzymało się pierwsze auto! Piszę ten wpis pod wpływem bardzo pozytywnych emocji, więc wybaczcie ewentualne błędy. Dzień dopełnił długi i męczący, ale warty wysiłku spacer po centrum Singapuru. Zdania nie zmienię (w sensie Piotrek :P), nadal nie lubię ogromnych metropolii...
Ale za to mamy niesamowitego hosta, który jest pozytywny do bólu i ma interesujące historie podróżnicze. Cóż, chyba wykorzystaliśmy nasz limit szczęścia na co najmniej kilka dni.

Image

Cytuj:
Marina Bay w Singapurze - jedno z najpopularniejszych miejsc na spacer czy randkę. :)

Image

Cytuj:
Troszeczkę przytłoczeni milionem centrów handlowych i otoczeniem ludzi chodzących jak roboty, gapiących się w telefony, znaleźliśmy drogę ucieczki. Chociaż Coney Island nie powala rajskimi plażami, bardzo ucieszyło nas otoczenie natury, bez dźwięku aut i widoku wieżowców.
Właśnie mieszkamy z młodym małżeństwem ze Sri Lanki. Jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji spotkać osób z tego kraju, więc nasze pytania o życie na wyspie nie mają końca. Tak właśnie poznajemy świat - dzięki ludziom, którzy chcą wiedzieć jak wygląda Polska, a jeszcze bardziej pragną podzielić się swoją kulturą.

Image
Góra
 Profil Relacje PM off
ara lubi ten post.
 
      
#44 PostWysłany: 08 Paź 2016 12:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Post pod postem, ale to co!

2 miesiące w JAPONII czas zacząć!

Będzie się działo, będą fotki i relacja, zapraszamy serdecznie, poniżej smaczek po pierwszych trzech dniach. :)

Cytuj:
Tak sobie chodzimy po Osace, strzelamy zdjęcia ludziom, świątyniom i innym dziwnym rzeczom (o tych dziwnych rzeczach jeszcze napiszemy :) ), aż w jednym z parków spotykamy pana grającego na gitarze. Niewiele się zastanawiając podchodzę i pstrykam mu zdjęcie. Pan się uśmiecha i zagaduje mnie, oczywiście po japońsku. :) Jakimś migowym doszliśmy do zrozumienia, że ja to z Polski i turysta. Pan pokazuje na gitarę i na mnie, a ja się zaczynam śmiać i odsyłam Darię do tegoż ulicznego grajka. Co się dzieję? Dziadek jest w siódmym niebie, mimo iż nic nas nie rozumie to cieszy się jak dziecko, a Daria dla niego gra i śpiewa. Przez właśnie takie chwile wiemy, że w TEJ podróży najważniejsi są dla nas ludzie. I zawsze będą. :)
Image


Cytuj:
Czy wiecie co to Kenjutsu? My dzisiaj przypadkiem trafiliśmy na trening! Czad :)
"Kenjutsu była sztuką walki bardzo cenioną przez samurajów. Miecz (zwany katana lub tachi)na przestrzeni całej historii Japonii był uważany za symbol i główną broń stanu rycerskiego, nazywano go często „duszą samuraja”."
Zdjęcie stylizowane na dawniejsze lata, pomyśleliśmy że taki klimat jest bardziej "właściwy". Mamy nadzieję, że się spodoba!
Image



Pozdro podróżnicy! :)
Piotrek
Góra
 Profil Relacje PM off
ara lubi ten post.
 
      
#45 PostWysłany: 25 Paź 2016 11:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Siemano lotnicy i globtroterzy! :)

W końcu wypadła nam "wolna chwila" i moja kochana żonka skończyła relację z Singapuru. 5 dni w tym mieście-kraju. Sprawdźcie co nas urzekło, co jest fajne, a co do kitu. Nie ściemniamy, mówimy jak jest! ;)

Cytuj:
Singapur, otoczony sławą bogactwa, okazuje się nie taki, jak go malują. Dajemy sobie pięć dni na wtopienie się w azjatyckie życie, którego jeszcze w podróży porządnie nie zaznaliśmy. Sprawdzamy gdzie jadają miejscowi, uczymy się jeść pałeczkami i rękoma, obserwujemy pędzących do pracy biznesmenów, wpatrzonych w telefony nastolatków i wypoczywających przy kawie staruszków.

Pożegnanie z Australią

12 września wylatujemy z Australii. Chociaż pokochaliśmy ten kraj całym sercem, nie lecą nam łzy pożegnania. Chcemy już przeczytać kolejne rozdziały książki i poznać nieznane odmęty świata.

Samolot do Singapuru startuje o 6.00 rano z lotniska w Darwin. Oznacza to pobudkę w środku nocy. Niewyspany organizm potrzebuje dużo więcej skupienia, żeby ustrzec się przed niechcianymi błędami i wpadkami. Paszporty są? Portfele są? To najważniejsze. Pierwsza kontrola przechodzi gładko. Po niej jednak zatrzymuje mnie celnik i oznajmia miłym głosem: „Przeprowadzę badanie na obecność materiałów wybuchowych, to losowa, wybiórcza kontrola, miała Pani już kiedyś taką? Proszę otworzyć plecak”. Mija kilka sekund zanim przetwarzam, czego Pan ode mnie chce. Ten przejeżdża pałką wzdłuż i w szerz i upewnia się, że raczej marna ze mnie terrorystka. Na tym jednak nie koniec przygody lotniskowej. Jako obcokrajowcy musimy jeszcze raz przejść kontrolę bagażu podręcznego. Tego nie przewidzieliśmy, więc już po pierwszej kontroli napełniliśmy nasze puste bidony wodą. Celniczka cofa mnie z taśmy, a jak tylko wracam z opróżnionymi ponownie butlami, zostaję skierowana do maszyny skanującej całe ciało. Wchodzę do komory, ręce do góry jak przed policją, w środku poruszające się w lewo i w prawo skanery. „Ruszyła się Pani, nie powinna, ale ok, przeszła Pani test". Pomiędzy tymi wszystkimi kontrolami Piotrek poszukiwany jest z powodu zagubionego portfela. Już trochę odpraw przeszliśmy i jeszcze nigdy nam się nie zdarzyło tyle atrakcji na lotnisku. Jedno, że niewyspanie dało nam w kość, drugie... To chyba australijskie lotniska budzą lekki stres przez swój rygor zarówno przy wjeździe jak i wyjeździe.

Singapur – brama do Azji

Widok na Marina Bay, po lewej słynny hotel z basenem na dachu - Marina Bay Sands
Image

Singapur to dla nas brama do Azji. Wcześniej byliśmy tylko sześć dni w Manili – stolicy Filipin, więc nadal uznajemy Azję za nieznaną, inną, intrygującą i pełną wyzwań. Przygodę w tym mieście – państwie zaczynamy od stopowania z lotniska do mieszkania naszego Couchsurfingowego hosta - Bryana. Już pierwsze auto zatrzymuje się i starszy pan, kierowca, opowiada nam jak żyje się w Singapurze. Mówi, że edukacja jest najważniejsza, bez dobrych studiów nie ma szansy na dobre pieniądze w przyszłości. Każdy dba o swoją karierę i to pod nią dostosowuje wszystkie inne dziedziny życia. Oprócz tego dowiadujemy się, że panuje moda na tatuaże i kolczyki, młodzi ludzie wieczorami imprezują, starsi siedzą w domach. Jak większość kierowców, którzy nam pomagają, i ten pyta o nasz zawód, co jest jednoczesnym pytaniem o to czy mamy dużo pieniędzy. W takich sytuacjach słowo inżynier pomaga nam czasem uniknąć zbędnego tłumaczenia.

Bryana nie zastajemy w domu, ale wita nas jego wychudzony i przesympatyczny tata w towarzystwie gosposi. To on poleca nam kilka miejsc, które warto zwiedzić i dyskutuje o naszej podróży, jedzeniu i polityce w innych, azjatyckich krajach. Gosposia – Indonezyjka, mówi tylko trochę po angielsku, więc większość czasu po prostu szeroko się do nas uśmiecha i na każde „dziękuję” odpowiada „ok”. :) Bryan, po powrocie do domu, zabiera nas na osiedlowy Food Court, czyli miejsce, gdzie stołują się miejscowi. Wygląda to jak wielka stołówka. Wzdłuż jednej ściany rozciąga się szereg stoisk z potrawami z różnych, azjatyckich krajów. Pełni determinacji, walczymy z pałeczkami. :)

Tradycyjny Food Court
Image

Mało kto je śniadanie w domu
Image

Little India i Chinatown

Z pełnymi ryżu i nudli żołądkami wsiadamy do metra i ruszamy na pierwsze spotkanie z miastem. Singapur jest bardzo młodym krajem, więc jego kultura to mieszkanka kultur narodowości, które tam mieszkają, głównie Malezji, Chin i Indii. Na początek decydujemy się na dzielnicę Little India, gdzie na małym obszarze dostajemy urywek tego, jak naprawdę wygląda kraj Hindusów. Jest kolorowo, panie przechadzają się w tradycyjnych ubraniach, sklepikarz wciska nam kaszmirowy szalik. „Tylko 5 dolarów, prawdziwy kaszmir”. „Co to do cholery jest kaszmir?" - pyta po wszystkim Piotrek.

Targ w dzielnicy hinduskiej Little India
Image

Z Little India spacerujemy w stronę Chinatown. Ależ tam kiczowato. Wzrok przykuwają kolorowe, ogromne ozdoby zawieszone nad główną ulicą. Nie mam pojęcia czy wiszą tam cały rok, czy teraz, na specjalną okazję. To właśnie w Chinatown znajdujemy najtańsze dotąd miejsce na jedzenie, gdzie porcja mięsa, dwa rodzaje warzyw i ryż kosztują 8 zł. Singapur jest niestety drogi, więc żeby ustrzec się przed wysokimi kosztami, uczymy się wyłapywać miejsca, gdzie jest dużo miejscowych, nie turystów.

Chociaż nasz plan na dzisiejsze popołudnie zakłada jeszcze dłuższy spacer, postanawiamy dać sobie odpocząć i wróciliśmy do domu. Te kilka kilometrów nam wystarczy, a przed nami kolejny, długi dzień. Jeden wniosek jest taki: Singapur wcale nie okazuje się miastem oszklonych wieżowców, nie pokazuje nam się, jako miejsce dla bogaczy. Wręcz przeciwnie, widzimy wiele typowych, azjatyckich, małych knajpek, gdzie mieszkańcy chodzą na kawę i owocowe soki, widzimy kolorowe stragany ze „wszystkim”, starszych ludzi śmigających na rowerach. Może na wielkomiejskość Singapuru przyjdzie jeszcze czas.

Ogród Botaniczny

Ponieważ przyroda zawsze daje nam poczucie szczęścia, w naszej krótkiej wycieczce nie możemy pominąć zwiedzenia Ogrodu Botanicznego, który został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nazwa robi reklamę, tego nie da się ukryć. Park jest ogromny, można do niego wejść bez opłaty (jedynie do ogrodu z orchideami trzeba kupić bilet). Nie znamy się na roślinach, ale bardzo nam się podoba tamtejszy klimat. Można błąkać się pomiędzy różnymi ogrodami. Najciekawszy według nas był Fregrant Garden, gdzie pielęgnowane są rośliny o specyficznych zapachach. Bardzo chcieliśmy zobaczyć Healing Garden, w którym podobno można zostać uzdrowionym z różnych dolegliwości. Informacja podaje, że konkretne gatunki roślin wpływają pozytywnie na organizm, lecząc go między innymi z reumatyzmu czy bólu mięśni. Niestety nie dane nam jest skorzystać z darmowego sanatorium – akurat tego dnia tygodnia (wtorek) ogród jest zamknięty.

Ogród Botaniczny - przyrodniczy zabytek UNESCO
Image

Marina Bay – pocztówkowy Singapur

Dopiero tego wieczora odkrywamy Singapur znany wszystkim z internetowych obrazków. Nie ukrywam, że widok robi na nas ogromne wrażenie. Nie jesteśmy wielbicielami miast, ale nowoczesna panorama centrum, w nocy wygląda nieziemsko. Umawiamy się z Bryanem, naszym hostem, na oglądanie tańczących fontann z pokazem świateł nad zatoką. Za nami sława Singapuru – hotel z basenem na dachu Marina Bay Sands, przed nami zatoka z pomnikiem lwa, tryskającym wodą. Ponieważ przychodzimy równo z rozpoczęciem pokazu, siadamy sobie po cichu na ziemi, przed kilkunastoma rzędami widzów wgapionych w obraz rzucony na wodę tryskającą z fontann. Piotrek pożycza od Bryana statyw, więc może spokojnie nagrać to, co się dzieje. Przedstawienie kończy piosenka „Wonderful world”, co wprowadza wszystkich w radosny stan ducha.

Pokaz świateł w Marina Bay
Image

To jednak jeszcze nie koniec atrakcji tego dnia. Zaraz po tym pokazie, tuż obok, w Gardens by the Bay, rozpoczyna się kolejny. Ten już bez fontann. Gardens by the Bay to także jedno z głównych miejsc do odwiedzenia w Singapurze. Same ogrody to jedna atrakcja (płatna), jednak na placu przed nimi znajduje się przedziwna, artystyczna kompozycja magicznych drzew (Supertree Grove). Są to sztuczne, wysokie na kilkanaście metrów drzewa, które tak naprawdę nie wyglądają jak drzewa. W nocy oświetlone są jak lampki choinkowe. Podczas pokazu ludzie kładą się na ziemi, żeby widzieć migoczące w rytm muzyki neony. Podkład muzyczny to seria hitów z przeróżnych kategorii – od tanecznych lat 60. po operowe arie. Jest pięknie! :)

Supertree Grove - wieczorny pokaz świateł
Image

A po tym wszystkim Bryan i jego (prawie) dziewczyna wyśpiewują wszystkie piosenki Singapuru po kolei. Okazuje się, że co roku w Singapurze, na święto państwowe, komponowana jest pieśń. Niektóre są bardzo wzniosłe, przy innych aż chce się klaskać i tupać nóżką. Bryan to bardzo w porządku gość. Dużo opowiada nam o Japonii, gdzie jeszcze niedawno spędził kilka miesięcy pracując na farmie w zamian za mieszkanie i wyżywienie. Bardzo miłe jest to, jak prosi: noo, opowiedzcie mi coś o Polsce! To on jako pierwszy pokazuje nam co się je w Singapurze, jak się je pałeczkami, jak działa komunikacja miejska, na początku daje nam nawet własne karty przejazdowe. Na nasze ulubione pytanie: czemu robisz Couchsurfing, odpowiada krótko: tyle dobroci dostałem od ludzi podczas podróży po Japonii, że teraz chcę się odwdzięczyć. To młody, 24 letni chłopak, którego marzeniem jest rzucić wszystko i ruszyć w daleką podróż. Niestety singapurskie wychowanie nakazuje myśleć tylko o karierze. Zwłaszcza płeć męska musi się na tym skupić, bo odbywając dwa lata służby wojskowej, mężczyźni są dwa schodki niżej od kobiet, które w tym czasie pną się wysoko, zdobywając doświadczenie.

Jak zawsze ciekawy temat polityki musi zostać przysłonięty ironią i tajemnicą. W Singapurze nawet najmniejszy wyraz niezadowolenia z władzy grozi więzieniem. Dlatego też wszyscy wyrażają się poprawnie o partii rządzącej, lekko tylko wspominając że od kilkudziesięciu lat rząd się nie zmienił.

Co nas zaskoczyło w Singapurze

Singapur ma niesamowicie dobrze działający transport publiczny. Chcąc, nie chcąc musimy z niego korzystać. Nawet jeśli uwielbiamy chodzić i odległości kilku kilometrów w mieście nie są nam straszne, czasem po prostu musimy. Nigdy bym nie pomyślała, że ludzie w metrze mogą być tak intrygujący. Gapię się na nich bez końca i analizuję. Zadziwiające jest to jak każdy, co do jednego, całą drogę siedzi wgapiony w telefon. Jedni grają w gry, inni przeglądają po kolei wszystkie portale społecznościowe (facebook to nie wszystko, trzeba też sprawdzić co tam na Twitterze i Google+). Niektórzy oglądają filmiki na youtube albo po prostu cieszą mordkę wymieniając się wiadomościami. Taki świat.

Nasza rozrywka w Singapurze - obserwowanie ludzi w metrze. Można by się tłumaczyć, że jedzie się samemu, więc szkoda tracić czas na bezczynne siedzenie. W porządku. Tylko co powiedzieć na to, że dwaj kumple stoją obok siebie, rozmawiają i jednocześnie pstrykają w telefonie ze słuchawkami w uszach. Telefon oczywiście już podłączony do power banku, bo na cały dzień internetowania bateria na pewno nie wystarczy.

Image

Co dalej? Taki człowieczek wysiada z metra i idzie tunelem do wyjścia lub innej linii, nie patrzy przed siebie, cały czas gapi się w ekran. Jestem pełna podziwu, jak oni wszyscy się zgrabnie wymijają i patrząc w dół wcale na siebie nie wpadają. Niesamowity naród. Niewielki procent osób, które nie mają potrzeby śledzić Internetu non stop, czyta książki. Najczęściej w oczy rzucają się poradniki o samodoskonaleniu i dbaniu o swoje zdrowie. Wszystko po to, żeby być lepszym, przez to i bogatszym, a przy tym wszystkim nie zwariować i dbać o swój organizm.

Jeżdżąc komunikacją miejską można zauważyć jak bardzo Singapurczycy są porządni i poukładani. Czekając na pociąg ustawiają się w specjalnie wyznaczonych polach po prawej i lewej stronie drzwi, pozwalając przejść wysiadającym. Grupa wysiadających układa się w kolejkę do schodów ruchomych, a będąc już na nich, wszyscy starają się trzymać jednej strony, żeby pozwolić wchodzić po schodach tym, którzy się spieszą.

Na większych, miejskich stacjach autobusowych, przygotowane są barierki, pomiędzy którymi tworzy się kolejka do konkretnego autobusu. Kto się pierwszy ustawi, na pewno wejdzie pierwszy. Bez przepychania. Ludzie są wygodni i nie lubią się do siebie zbytnio zbliżać – nie upychają się jak sardynki, żeby pozwolić wsiąść jeszcze kilku osobom więcej.

Zetknięcie z kulturą Sri Lanki w Singapurze

Przez kolejne dni, w wielkim mieście gości nas młoda rodzina ze Sri Lanki. Dwójka programistów z dwuletnią córeczka. Przyjechali do Singapuru po lepszą pracę, ale nie chcą tu żyć wiecznie. Oszczędzają ile się da i za kilka lat wrócą do siebie, do rodziny, tam czują się dobrze. „W Singapurze każdy dzień wygląda tak samo. Praca, dom, praca, dom, w piątek wieczorem spotkanie z kumplami” - mówi z żalem w głosie Dulip, nasz host. Wieczorem, to znaczy około 23.00, bo z pracy wraca się zazwyczaj o 20.00 (jeśli nie ma żadnego błędu do znalezienia w napisanym w kodzie programu). Nasi hostowie wychodzą z domu o 8.00 i wracają też o 8.00. Tak wyćwiczyli małą w drzemkach, że do północy biega pełna energii. W ten sposób mogą spędzić z nią trochę czasu, a resztę dnia Mindi jest pod opieką całodobowej niani.

Dulip i Ane są przekochani. Dbają o to, żebyśmy się dobrze czuli, a najlepszy jest tekst dziewczyny po kolacji: „zjedz więcej”. Jak u babci. :). Mówią, że na Sri Lance tak mają, każda kobieta tak mów. Dzięki nim mamy okazję spróbować ich tradycyjnej kuchni, która składa się głównie z różnego rodzaju ryżu i mięsa z curry. Nawet na śniadanie. Oczywiście dla nas wszystko przygotowane jest dwa razy mniej pikantne. Mimo to, pali jak cholera...

Dzięki nim wiemy już trochę o Sri Lance
Image

Mieszkając z nimi, wykorzystujemy nasze położenie i wybieramy się na wycieczkę do Coney Island. To mała wyspa na północy Singapuru, na którą da się wejść pieszo przez most. W godzinę można ją przejść spacerem i wyjść w innym miejscu miasta. To dobra odskocznia od miastowego gwaru. Wyspa jest pełna drzew i plaż.

Wspominałam, że piątek to dla Dulipa dzień spotkania z kumplami. Łapiemy się na nie i my. Odwiedzamy Erica, który mieszka z kilkoma innymi kolegami, dwa bloki dalej. Jacy oni są zainteresowani naszymi opowieściami! I to nie koniecznie tylko o podróży. Gromadka mądrych chłopaków zadaje nam bardzo trudne pytania typu: „Powiedzcie mi, bo ja nie bardzo rozumiem, dlaczego Polska nie walczyła u boku Rosji, skoro i oni i Wy byliście przeciwko Niemcom”. Może to brzmieć głupio, ale oni naprawdę mieli dużą wiedzę o tym, co się teraz dzieje w Europie. Historii też uczyli się sami, nie mówili tego wszystkiego w szkole, stąd te braki. Dużo im opowiadamy o Polsce, jesteśmy całkiem dobrymi ambasadorami naszego kraju w tej podróży. Dowodem na to jest wiadomość od Dulipa dzień po naszym wyjeździe: „Po spotkaniu z Wami marzy nam się zobaczyć Polskę”. Wyobrażacie sobie naszą radość? :)

Daria


Mamy nadzieję, że się podobało! W podróży czas nam ucieka strasznie szybko, już ponad 20 dni jesteśmy w Japonii...
Zapraszamy do bycia z nami i przeżywania przygód wspólnie! :)

Pozdrawiamy,
Daria i Piotrek
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
#46 PostWysłany: 03 Lis 2016 04:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Siemano!

My dalej w Japonii, za chwilę będzie już miesiąc. Jak ten czas leci szybko, masakra...
Miłego oglądania i czytania :)

Autostop autostopem, przygoda przygodą, ale dobre żarełko musi być. :) Mieliście tak kiedyś, że czuliście się jak w raju jedząc? Niesamowite.
Surowa ryba, tempura, zielona herbata i na deser lody - też z zielonej herbaty. A obok fortepian, który sam przyciska swoje klawisze. Takie rzeczy tylko w Japonii!
Image

Nie przypadkowo przyjechaliśmy do Japonii w październiku, wystawiając się do walki z mroźną jesienią (6 stopni, brr). Właśnie teraz liście przybierają najpiękniejsze kolory czerwieni, żółci i brązu. Jesteśmy w prefekturze Fukushima, gdzie uciekliśmy z zatłoczonego Tokio. Odpoczywamy przechadzając się po lesie i oddychając świeżym powietrzem. To, co tygryski lubią najbardziej. :)

Japonia otwiera się przed nami coraz bardziej. Autostop idzie całkiem sprawnie, tylko niestety mało kto jedzie dalej niż 50 kilometrów. Ludzie są bardzo otwarci i życzliwi. Co chwilę udaje nam się obalić kolejne mity. Po długim czasie spania pod namiotem, skorzystaliśmy ponownie z Couchsurfingu. Dzisiaj śpimy na ciepłym materacu z podgrzewaną elektrycznie matą. O jak dobrze!
Image

Zupełnie nieświadomy dzisiejszego, polskiego święta, nasz host zabrał nas na festiwal chryzantem. Tutejsi artyści tworzą rzeźby z kwiatów. To niezła sztuka, bo jedna roślinka potrafi mieć nawet 1700 kwiatów. Niby robi wrażenie, ale nie możemy zwalczyć w sobie dziwnego uczucia. Chryzantemy? Zwłaszcza te duże, okrągłe, z pojedynczym kwiatem, kojarzą nam się tylko z cmentarzem. No cóż, to po prostu jesienne kwiaty. Jednego tylko jesteśmy pewni, nigdzie indziej takiej formy artyzmu nie widzieliśmy. :)
Skojarzenia psują obiektywny odbiór otoczenia. Trzymajcie się ciepło...
Image

Japonia? Oo! Wow! Ale czad! Takiego szoku wrażeń jeszcze nigdzie nie zaznaliśmy. Jesteśmy tu już prawie miesiąc i cały czas pamiętamy nasze otwarte szczęki i śmiejące się pyszczki, przechadzając się pierwszego dnia przypadkowymi ulicami Osaki. Dzisiejszy film składa się z ujęć głównie z początku podróży w Japonii, więc pokazujemy ją tak, jak widziały ją nasze oczy, kiedy jeszcze niewiele wiedzieliśmy co się tu z czym je. Bez zagłębiania się w temat, czyste, pierwsze wrażenie. Ludzie jak opętani grający na maszynach, jelenie biegające po centrum miasta, żebrzące o jedzenie od turystów, automaty do napojów co dwa metry i darmowa podwózka policyjnym radiowozem.



Pozdro, Piotrek
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
#47 PostWysłany: 29 Gru 2016 01:13 

Rejestracja: 25 Lut 2012
Posty: 235
Loty: 23
Kilometry: 72 725
niebieski
Ciekawie czyta się Wasza relację, ale od prawie dwóch miesięcy brak wiadomości. Napiszcie choć kilka słów czy jesteście w Japonii czy gdzieś dalej.
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#48 PostWysłany: 02 Sty 2017 22:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Gru 2016
Posty: 128
Loty: 36
Kilometry: 71 768
niebieski
Musze przyznać, ze podziwiam Waszą podróż, pozostaje mi napisac tylko chapeau bas! Czy powoli planujecie osiedlic się gdzieś stałe lub też wrócić do PL ?
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#49 PostWysłany: 06 Sty 2017 12:24 

Rejestracja: 03 Sty 2017
Posty: 103
Świetna relacja, dajcie znać co teraz robicie ;)
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#50 PostWysłany: 06 Sty 2017 14:09 

Rejestracja: 06 Lip 2011
Posty: 2231
złoty
Porzuci forum na rzecz fajsa :roll: . Tam relacja na bieżąco. Chyba teraz Filipiny
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#51 PostWysłany: 15 Sty 2017 09:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Siemano asy!

Przepraszamy serdecznie, już odpisuję!

@‌julk1‌ W Japonii byliśmy do 4 grudnia, następnie polecieliśmy na 10 dni na Tajwan, a potem na 28 dni na Filipiny. Przylecieliśmy 12 stycznia z Manili do Singapuru, gdzie spędziliśmy tylko jeden dzień, a teraz jesteśmy w Kuala Lumpur u starego znajomego. Będziemy tutaj około 2-3 tygodnie - w sensie w Malezji. :)

@‌halczyn‌ dziękujemy serdecznie, ale już wiele razy pisaliśmy - my na serio jesteśmy zwykłymi ludźmi. Wielkie dzięki za takie miłe słowa, staramy się po prostu czerpać garściami z naszego życia i żyć tak jak lubimy, a nie jak rząd czy społeczeństwo chce. :) Zapraszamy serdecznie do podążania za nami! Może da się zmotywować czy zainspirować Cię. ;)

@‌Moher‌ tak jak wyżej, w tym momencie Azja południowo-wschodnia, zaczęliśmy Singapur, teraz Malezja, za jakiś czas Tajlandia, Kambodża, Wietnam i tak dalej. ;)

@‌greg1291‌ bardzo mi przykro i przepraszam, że zawiedliśmy! Niestety internet nie wszędzie jest dobrem "podstawowym". Jak sam zauważyłeś przez miesiąc na Filipinach wrzuciliśmy chyba 5 czy 6 zdjęć. Na ten moment chcemy nadrobić zaległości, ale też zwiedzamy i podróżujemy dalej, więc.... Musimy to jakoś pogodzić!
Tak czy siak nie zapomniałem o Was, po prostu nie było czasu i Internetu.

Obiecuję poprawę. :) Jak macie jakieś pytania to piszcie śmiało, wiele osób pisało do nas pytając o rady na temat Australii i Nowej Zelandii, zastanawiam się czy nie zrobić jakiegoś FAQ czy coś w ten deseń.
Co o tym sądzicie?

Pozdrawiamy serdecznie z Kuala Lumpur! Ciepło tutaj, ponad 30 C, a jak tam w Polsce? ;)
Pozdro!

P.S. Na dowód, że wciąż Was uwielbiamy wrzucam nasze ulubione zdjęcie z Filipin:
Załącznik:
Tło.jpg
Tło.jpg [ 374.42 KiB | Obejrzany 5780 razy ]

P.S.2. Myślę, że wszyscy rozumiecie, że prowadzenie FB jest dużo łatwiejsze i szybsze, niż forum. Ale staram się ziomki, serio. :)
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#52 PostWysłany: 16 Sty 2017 14:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Siema podróżnicy!

Na dziś podrzucam Wam nasz filmik na temat ciekawostek w Japonii. Zobaczycie czym zajmują się Japończycy w wolnych chwilach, co jest na każdym rogu, czym jest Pachinko i kilka innych ciekawych rzeczy. :)
Zapraszam serdecznie!



W następnej wolnej chwili szersza relacja plus... Ponad rok podróży! Tak właściwie to zaraz nam zleci 14 miesięcy. :)

Pozdro!
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#53 PostWysłany: 26 Lut 2017 12:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Siemano!

Obiecana relacja z roku w podróży. Trochę inaczej, nie będziemy pisać o kilometrach, o miejscach, będzie za to o ludziach! :)
Wprawdzie dzisiaj mija już 15 miesięcy w podróży, kurde, jak ten czas leci... Aktualnie jesteśmy ostatni dzień w Tajlandii, jutro już Laos. Miłego czytania! :)

Cytuj:
Wow! 365 dni tułaczki za nami! 26 listopada, dokładnie rok od opuszczenia polskiego domu, siedzimy sobie w japońskiej, górskiej wiosce Tsuwano i uśmiechamy się do siebie myśląc: ale mamy piękne życie. Podróżujemy, żeby poznać ludzi, przez to kraj, a nie na odwrót. Poznajcie osoby, które odegrały ważne role w naszej rocznej tułaczce przez dziewięć krajów świata. Przeczytacie tu też o tym czego się nauczyliśmy z każdym kolejnym krokiem. Na końcu odpowiadamy na najczęściej padające w naszym kierunku pytania, czyli przede wszystkim - kiedy wracamy do domu. :)

Polska

26 listopada 2015
Noc przed wielkim wyjazdem była niezbyt przespana. Od rana stres mnie tak zżerał, że ciężko było dopasować do siebie dwie połówki kanapki. Czym się stresowałam? Nie wiem konkretnie, ale coś mi w środku cały czas mówiło: kiedy już dotrzemy do Australii, to dalej będzie tylko lepiej!

„If you are brave enough to say goodbye, life will reward you with a new hello.” [Jeśli jesteś wystarczająco odważny by powiedzieć żegnam, życie nagrodzi cię nowym dzień dobry.] - któż inny mógłby to być jak nie P. Coehlo :)

Polska flaga zawsze z nami
Image

Węgry – Budapeszt

26 – 28 listopada 2015

27 listopada 2015

„Czy znasz to uczucie, gdy budzisz się rano i nie masz nic zaplanowanego, żadnych obowiązków i zobowiązań? Ja też nie. Dzisiaj jest ten pierwszy dzień. Coś niesamowitego!" - napisał Piotrek na pierwszej stronie swoich podróżnych zapisków.

Zjednoczone Emiraty Arabskie

28 listopada – 4 grudnia 2015r.

28 listopada 2015


„Już od przylotu pozytywnie rozpoczyna się nasza przygoda. W ostatniej chwili zgłosił się do nas Ahmed, chłopak z Couchsurfingu i zaoferował, że odbierze nas z lotniska. Nie może nas u siebie gościć, ale chce się po prostu spotkać. W ten prosty sposób zyskaliśmy najlepszego kumpla w wielkim Dubaju.”

Ahmed to 23 letni Egipcjanin urodzony w Dubaju. Pracuje dla linii lotniczych Emirates. Szybko okazał się być naszą bratnią duszą. To on uratował nas od przytłaczającego obrazu wieżowców i dróg bez możliwości wejścia na nie pieszo. Wczoraj dostaliśmy od niego kolejną porcję zdjęć z jego nową, gruzińską, ognistowłosą dziewczyną. Tak właśnie utrzymujemy kontakt, wysyłamy sobie fotki i nawzajem sobie zazdrościmy. On lata swoją linią lotniczą gdzie tylko zechce z 40% zniżką! Śledzi naszą drogę, żeby w końcu gdzieś nas złapać.

Poznajcie wiecznie uśmiechniętego Ahmeda
Image

Od niego dowiedzieliśmy się wielu intrygujących, często zadziwiających rzeczy na temat Dubaju, a właściwie o tym, jak się tam żyje ludziom. Prawo jest bardzo specyficzne. Ahmed, jako urodzony w Dubaju, nie dostanie tamtejszego paszportu, bo jego rodzice są Egipcjanami. Trzeba udowodnić kilka pokoleń obywatelstwa Emiratów, żeby dostać paszport.

Dubaj to miasto bardzo międzynarodowe. Mówi się tam po angielsku, ponieważ 89% mieszkańców to imigranci. To ludzie, którzy w większości przyjechali ciężko pracować, żeby wspomóc swoje rodziny w ojczystym kraju i jeśli dobrze pójdzie, sprowadzić je do siebie. Tylko 11% rodowitych obywateli Emiratów może cieszyć się takimi przywilejami, że głowa mała. Nie płacą podatków, rachunków za wodę, prąd oraz czynszu za mieszkanie. W przypadku udowodnionej potrzeby, mogą dostać w prezencie od Szejka swojego emiratu nowe mieszkanie albo samochód.

Po tygodniu w Emiratach wiem bardzo dużo o ludziach, bo z nimi zwyczajnie rozmawiam, mieszkam, poznaję ich znajomych, widzę jaki tryb życia prowadzą. Poznaliśmy życie trzech różnych osób, dzięki czemu mamy idealne porównanie. Adel– 20-paro letni chłopak, prawdziwy Arab, który pracował chyba tylko dla pracy, nie dla pieniędzy. Ahmed – urodzony w Emiratach Egipcjanin, ma dobrą pracę, ale nie stać go na to, żeby kupić samochód bez kredytu. Nie chce żyć w Emiratach, dusi się tam. Ostatnia osoba to Sid – Hindus, który przyjechał do Dubaju kilka lat temu ze swoją żoną, żeby zarobić na lepsze życie. Pracują ciężko, dostają minimalną płacę, nie stać ich na to, żeby mieszkać w samym Dubaju. Wynajmują małe mieszkanie w Szardży – sąsiednim emiracie.

Adel - kumpel z Abu Dabi
Image

Sid (po prawej) i polski kolega Piotr
Image

To jak się żyje tym ludziom? Z naszych obserwacji nasuwa się jeden wniosek: Arabowie żyją jak pączki w maśle, pozostali ciężko harują na normalne życie. Jest bardzo drogo, więc przeciętnego kowalskiego nie stać na samochód albo mieszkanie w centrum miasta. Niestety często brak pieniędzy nie oznacza, że sobie tego auta nie kupią. Kredyt załatwia sprawę.

Wiemy na pewno, że Dubaj to nie jest miejsce do życia dla nas. Zero parków, chodników, całe życie toczy się w burze, w domu i w centrum handlowym. Chociaż każdy nas zapewniał, że jako biali inżynierowie moglibyśmy zarobić kupę forsy, to podziękujemy za takie "dobrowolne więzienie".

Filipiny

4 – 9 grudnia 2015

5 grudnia 2015

„Mamy mieszane uczucia odnośnie Manili. Dla nas to zupełny szok. Będąc z kimś lokalnym czujemy frajdę i bezpieczeństwo. Nie potrafimy jeszcze sami odważyć się i ruszyć w zatłoczone miasto, korzystać z szalonej komunikacji miejskiej."

Każdy kiedyś zaczyna. Nie wszystko od początku było dla nas łatwe. Zostaliśmy wrzuceni w totalny kocioł. Manila to jeden wielki chaos. Nie wiesz dokąd jedzie autobus, nie ma żadnych oznaczeń, nie wiesz gdzie i o której wsiąść. Autobus to właściwie nie autobus, tylko Jeepney, czyli stary, przerobiony jeep z otwartym tyłem, którym się wskakuje do środka. Jadąc autem, na drodze koleś próbuje Ci sprzedać papier toaletowy, a korki nie mają końca. Do tego wszyscy straszą złodziejami. Chociaż było nam głupio przed samym sobą, baliśmy się ruszyć w ten dziki tłum. Żeby tego było mało, w domach otaczało nas zawsze milion mrówek, a karaluchom sprawiałam frajdę, krzycząc na ich widok.

Wiemy, że Azja rządzi się swoimi prawami. Nasze europejskie życie jest bardzo luksusowe i potrzeba trochę czasu, żeby się przestawić.

Będąc w Manili nie raz odczuliśmy, że ludzie się na nas gapią. Byliśmy celebrytami. Każdy tutaj chce być biały. To głupie. Stosują kremy wybielające, a nawet tabletki. Dla nich biali są piękni, a białe kobiety są jak lalki Barbie. Nauczyliśmy się doceniać to co mamy, jak wyglądamy oraz to, jak bezpiecznie jest w Polsce.

Chociaż poznaliśmy w Manili kilka osób – naszych hostów, ich rodzinę albo dziewczynę, która zechciała nam pokazać miasto, z żadnym z nich nie utrzymujemy stałego kontaktu. Gdybyśmy jednak mieli pewnego dnia pojawić się tam znowu, podejrzewamy, że zostalibyśmy miło przyjęci.

Julie Ann i jej chłopak Allen, byliśmy ich pierwszymi gości z Couchsurfingu
Image

Australia

9 grudnia 2015 – 4 marca 2016

11 grudnia 2015

„Lądujemy w Austrarii. Marzenie spełnione. Udaje nam się złapać stopa w 2 minuty (juhuuu!), w dodatku na piękną plażę Cronulla. Jak tam cudnie, można sobie siedzieć na ławce, na trawie albo gorącym piasku. Już pierwszego dnia bawimy się z falami oceanu”.

Sydney

Dostaliśmy się do Australii. Uff, już teraz miało być tylko lepiej!

Australia to zdecydowanie najważniejszy kraj na naszej trasie, jeśli chodzi o ludzi. Już pierwszego dnia zakochaliśmy się w tamtejszych plażach, a drugiego poznaliśmy kobietę o złotym sercu, która oddała nam swój dom na Święta i wpisała nas na listę członków swojej rodziny.

Tai, 40 letnia mama z dwójką dzieci – bo o niej mowa, wzięła nas na stopa i po kilku minutach rozmowy zaufała nam tak bardzo, jak jeszcze nikt w żadnej naszej wcześniejszej podróży. Czy to odpowiedzialne zostawiać obcych ludzi w mieszkaniu przez tydzień, podczas gdy Ty jesteś kilkaset kilometrów od domu? Wydawałoby się, że nie…

Nie chcieliśmy być obcymi ludźmi w czyimś domu, więc zostaliśmy u niej kilka dni jeszcze na początku grudnia, żeby móc się poznać. A właściwie, żeby ona mogła poznać nas. Przed świętami wróciliśmy do jej domu ponownie, klucz odebraliśmy od jej znajomej. W środku czekała na nas niespodzianka: klucz do auta. Cała rodzina Tai powiedziała jej, że jest szalona i niepoważna, ale ona i tak wierzy swojej intuicji.

Poznajcie Tai - najszaleńszą kobietę na świecie
Image

Święta spędziliśmy przy choince z Adamem i Asią. Sylwestra świętowaliśmy przy słynnych fajerwerkach pod Operą, w poszerzonym, polskim gronie. Adam życzył nam całego roku 2016 spędzonego w podróży. Już niedługo może się okazać, że życzenie się spełniło. :)

Melbourne

W Melbourne poznaliśmy Agę - młodą dziewczynę, która przyjechała do Australii jako studentka, teraz już pracuje i zadomawia się na dłużej. Aga odwiedziła nas w Sydney w Sylwestra i gościła nas u siebie w Melbourne przez tydzień. To odważna, polska dziewczyna, która znalazła swoje miejsce na ziemi. Aga udowodniła, że Polacy spotykający się w podróży, wcale nie unikają siebie nawzajem, wręcz przeciwnie. Brawo dla niej za pierwszą w życiu podróż autostopem i skok ze spadochronem. Nauczyliśmy się od niej, żeby cały czas szukać tego, co da nam prawdziwe szczęście i satysfakcję, nie przystawać przy tym, co łatwe i znajome. Zawsze można więcej, tylko trzeba pokonać pewne bariery.

Razem z Agą (po prawej), Asią i Adamem podbijaliśmy okolice Melbourne
Image

Adelaide

Po raz kolejny autostop przysporzył nam znajomych na długo. Łapaliśmy stopa tylko na kilkanaście kilometrów. Do miasta podrzuciła nas Helen ze Stephenem – para tak zafascynowana naszą podróżą, że zaprosili nas na wspólną wycieczkę po okolicy kolejnego dnia. Będąc w stałym kontakcie, zaprosili nas do siebie miesiąc później, kiedy ponownie przejeżdżaliśmy przez Adelajdę.

Helen i Stephen to 60-paro latkowie, którzy cieszą się życiem na emeryturze. On – nauczyciel, ona – pielęgniarką, zapracowali na to, żeby jeździć teraz dobrym autem i pić kawę z najdroższego na świecie ekspresu do kawy. Dużo czytają i podążają za informacjami ze świata. Stephen jest mistrzem rozwiązywania krzyżówek. Helen wyśmienicie opanowała sztukę komputera i Internetu, więc szpieguje do tej pory nasze posty na Facebooku, nie rzadko zostawiając komentarz tak skomplikowany, że ciężko pojąć o co chodzi. ;) Raz napisała nawet mały list do naszych rodziców z wyrazami współczucia, że muszą się tak o nas martwić, zaznaczając jednocześnie, że z nimi jesteśmy bezpieczni. I jak tu nie kochać ludzi!

Perth

To nasze ulubione duże miasto w Australii. Mamy stamtąd najlepsze wspomnienia. Chociaż do tej pory poznaliśmy wiele osób, które gościły nas przez Couchsurfing, to rodzina Solomon z Perth pozostała z nami do dzisiaj. Charlotte, Richard i ich trójka dzieci to cudowna banda niesamowitych ludzi. Oboje wykonują pracę biurową, dzieciaki jeszcze uczą się w szkole. Byliśmy ich pierwszymi gośćmi z Couchsurfingu. Po roku widzimy, że są bardzo aktywni w społeczności couchsurfingowej, co chwilę zapraszają nowych podróżników i sami też korzystają z gościnności ludzi w innych krajach. Aktualnie Charlotte zaczęła studia – szalona kobieta, jakby jej czasu było za dużo!

Poznajcie szczęśliwą rodzinkę Solomon z Perth (skład okrojony)
Image

Nie raz i nie dwa usłyszeliśmy przed podróżą: mam ciocię/siostrę/kolegę w …., pewnie może wam pomóc. Fajnie, tylko wcześniejsze doświadczenie pokazało, że to się NIGDY nie sprawdza. Właściwie rozumiemy dlaczego. Przecież przeciętna ciocia/siostra/kolega nie ma w zwyczaju wpuszczania do swojego domu przybyszów znikąd, obcych. Poza tym, zazwyczaj jest to po prostu siódma woda po kisielu albo ktoś z kim nie ma bieżącego kontaktu.

Znaleźliśmy jednak wyjątek od tej reguły. W Perth mieszka (uwaga!), kuzyn koleżanki Piotrka mamy, czyli nawet nie woda po kisielu. Bronek ze swoją żoną Sabiną przyjechali do Australii uciekając przed polską biedą czterdzieści lat temu. Gościli nas u siebie przez tydzień prawdziwą, polską gościnnością. Niesamowite jest to, jak można się zakumplować z ludźmi z pokolenia naszych rodziców. Sabina i Bronek bardzo dużo podróżują. Każdej zimy uciekają na północ Australii, do gorącego klimatu. Wsiadają w swoją Toyotę 4x4 i śmigają po pustyniach, tam gdzie my na razie nie jesteśmy w stanie dotrzeć, dlatego zawsze wsłuchiwaliśmy się pilnie w ich opowieści z terenu.

Różnica pokoleń nie stanowi problemu :)
Image

Przez trzy miesiące podróży po Australii poznaliśmy kilkadziesiąt osób, które dobrze wspominamy, kilkunastu z nich chętnie byśmy spotkali ponownie i podziękowali po raz setny, ale tylko (albo aż) ta mała garstka kilku osób stała się naszymi bliskimi. Nie odważymy się tego nazwać przyjaźnią, ale wiecie o co chodzi. Zapukać w dzień i w nocy zawsze możemy.

W Australii bardzo dużo korzystaliśmy z Couchsurfingu, nie wiedząc jeszcze za bardzo jak spać na dziko. Nie można tak sobie rozłożyć namiotu w mieście, trzeba znaleźć miejsce, w którym nie znajdzie Cię strażnik wlepiający mandat 300 zł na osobę. Powiedzmy, że opanowując nawet to, mieliśmy duży problem z pozbyciem się plecaków w ciągu dnia, żeby móc spokojnie zwiedzić okolicę. Teraz wydaje się to banał, wtedy było kulą u nogi.

Tak jak Manila była dla nas szokiem kulturowym, tak Australia zdecydowanie finansowym. Sporo czasu minęło zanim nasze mózgi przestały przeliczać ceny na złotówki. To miła ulga, kiedy w końcu zrozumieliśmy, że musimy jakoś żyć, nie możemy się ograniczać do puszek z mięsem i chleba tostowego.

Jedyne, co dobrze ogarnialiśmy od początku to autostop. :) Ludzie, którzy nas zabierali mówili, że wyglądamy NORMALNIE, dlatego nas wzięli. Potraktujemy to NORMALNIE jako komplement. :)

Nowa Zelandia

5 marca – 14 czerwca 2016


Nowa Zelandia to nowa przygoda, bo przestawiliśmy się z autostopowania na zabieranie autostopowiczów. Ale frajda!

Ponieważ chcieliśmy zwiedzić Południową Wyspę razem z Adamem i Asią, musieliśmy przemyśleć kwestię wynajmu samochodu. Piotrek przeszukał cały Internet i znalazł super opcję – czemu by nie kupić autka? W ten sposób weszliśmy w posiadanie pierwszego, własnego samochodu w naszym życiu. Najlepsze w tej historii jest to, że sprzedaliśmy naszą Hondę z zyskiem, więc starczyło na cukierki dla wszystkich. :)

Nie pominęliśmy żadnego autostopowicza :)
Image

Ponieważ w tym wpisie skupiam się na poznanych ludziach, którzy w pewien sposób na nas wpłynęli, nie pojawi się tu wiele. Samochód dał nam wolność, mogliśmy dojechać wszędzie, do najmniejszego wąwozu, wodospadu, na polną dróżkę oraz do darmowego kempingu. Dawał nam schronienie, a w ulewnym deszczu stał się nawet salą kinową, gdzie oglądaliśmy Poranek Kojota. Wszystko to kosztem doświadczenia z lokalnymi ludźmi.

Zawsze jest coś za coś. Zupełnie tego nie żałujemy, Adam, Asia i Orthia dali nam mnóstwo śmiesznych przygód, a niekończących się pięknych krajobrazów nigdy nie zapomnimy.

Pod koniec naszej przygody z Nowej Zelandii poznaliśmy jednak kilka osób, które gościły nas po tym jak sprzedaliśmy auto. Jedną z nich był William – Maorys (rdzenny mieszkaniec Nowej Zelandii). Podróżując w jego maoryskiej okolicy mieliśmy bezpośrednie spotkania z tamtejszą społecznością. Maorysi, trochę jak Aborygeni w Australii, mają niezbyt dobrą opinię wśród białych Nowozelandczyków. Są postrzegani jako Ci z problemami alkoholowymi, powodujący wypadki samochodowe pod wpływem silnych trunków lub narkotyków, wybijający szyby w mieszkaniach, otyli, mający niewielką wiedzę o świecie. Nie mam tu miejsca na rozstrzyganie tego problemu. Chcę tylko powiedzieć, że wszyscy Maorysi, których spotkaliśmy stopując byli bardzo pomocni i ciekawi naszej przygody. Nie da się jednak ukryć, że w jednym przypadku mama, tata i nastoletni syn jarali papierosy w aucie, że ręki nie było widać, inna maoryska dziewczyna pytała nas czy w Polsce mamy teraz wojnę i czy są tam misie polarne (serio chciałbym! - Piotrek). Nie zgadzam się jednak z włożeniem wszystkich do jednego worka. William nie pasuje w ogóle do opisanej wcześniej łatki "gorszego". To człowiek o dobrym sercu, który nawet krowy zagania prosząc je grzecznie: przejdźcie do sąsiedniej zagrody.

Czy te loki mogą kłamać?
Image

Jachtostop do Nowej Kaledonii i Australii

14 czerwca – 18 lipca 2016


Jachtostop, oprócz wielkiej przygody i doświadczenia, dał nam wartościowych znajomych, od których warto czerpać wiedzę. Gary i Jan (kapitan i jego żona, którą nazywaliśmy admirałową) to para Amerykanów wkraczających w lata 70-te swojego życia. Sprzedali dom, samochody, meble rozdali rodzinie i kupili jacht. Wakaya stała się ich domem. I jak tu się nie inspirować? Chyba nas trochę polubili, bo nadają co jakiś czas z dalekich wód Indonezji czy Malezji. Marzy nam się wejść jeszcze raz na pokład pięknej łodzi i w zacnym towarzystwie cierpliwych nauczycieli pływać od wyspy do wyspy, odkrywając lądy, do których nie da się dotrzeć bez prywatnego środka transportu.

Jan i Gary Macie (oryginalnie Maciejewski)
Image

Australia ponownie
18 lipca – 26 września 2016

Ponieważ nasz jacht płynął właśnie do Australii, w lipcu 2016 dotarliśmy szczęśliwie do Darwin. Tym razem naszym celem było odwiedzenie Alice Springs i Uluru. Żeby się tam znaleźć pokonaliśmy autostopem 1500 km przez australijski Outback. Czy watro było? No warto, bo przypadkiem w McDonaldzie czekał na nas Radek – chłopak artysta, który wszędzie wejdzie, żeby zrobić nagrywkę z drona albo fotkę taką, że szczena opada. Jak nie wpuszczą drzwiami to wejdzie oknem. :) Z nas artyści marni, musicie wybaczyć, ale uczymy się cały czas i pragniemy spotykać takich ludzi jak Radziu. Mamy kolejny (i nie ostatni) przykład na to, że Polacy są niesamowici. Bo z kim mamy się dogadać najlepiej jak nie z Polakiem! :)

Poznajcie Radka - najbardziej pozytywną osobę, jaką poznaliśmy
Image

Singapur

26 września – 1 października 2016

Singapur reklamuje się nowoczesnością. Nie cały przecież taki jest. To bardzo tradycyjny kraj, tylko jego kultura składa się z mieszanki innych kultur azjatyckich. Singapur dopiero niedawno oddzielił się od Malezji.

Podczas kilku dni pobytu poznaliśmy Bryana, który dopiero co wrócił z wolontariatu w Japonii, więc na świeżo dostaliśmy od niego relację. Opowiedział nam też jak wygląda życie w Singapurze. Nie brzmi to zbyt kolorowo: praca, praca, praca i zakaz rozmawiania o polityce (skandal według mnie! - Piotrek).

Gościła nas też rodzina ze Sri Lanki – Dulip, Ane i Mindi, co dla nas było zupełną nowością. Pierwszy raz jedliśmy ryż paluchami i dowiedzieliśmy się, że już parę lat temu skończyła się tam wojna domowa.
Image

Zarówno Bryan, jak i rodzinka ze Sri Lanki są idealnym przykładem ludzi, których chcielibyśmy znać lepiej i dłużej, bo mają dużo do przekazania, ale nie trzymamy z nimi bieżącego kontaktu. Wracamy jednak do Singapuru za dwa miesiące, więc może jeszcze nic straconego.

Malezja

1 października – 5 października 2016


Pobyt w Malezji ograniczał się tylko do autostopowania z granicy do Kuala Lumpur – stolicy, skąd lecieliśmy do Japonii.

Tutaj wielkie podziękowania dla naszych polskich znajomych Domy i Bartka za zapoznanie nas z Marcinem, który mieszka i pracuje w KL. Marcin to drugi i ostatni jak do tej pory przypadek osoby, która została naszym kumplem z polecenia kogoś znajomego. Pierwszymi byli Sabina i Bronek z Australii.

Słysząc w rozmowie Internetowej: „wiecie co, mam kolegę w Kuala, może możecie się spotkać”, zareagowaliśmy bez fajerwerków, wiedząc jak to jest ze znajomymi znajomych. Jak to dobrze, że zawsze zdarzają się wyjątki od reguły. Dzięki Marcinowi namiętnie czytamy teraz artykuły prywatnej agencji wywiadu Stratfor (sprawdźcie sami) i kminimy jak tu w życiu zarobić i się nie narobić. ;) A właściwie jak zarobić na tym, co byśmy naprawdę lubili i chcieli robić. Jeśli go jeszcze nie zamęczyliśmy naszymi pytaniami, może wpuści nas do siebie jeszcze raz na układanie puzzli, bo w styczniu przyjeżdżamy do Malezji ponownie!

Marcin - światowy człowiek, szuka swojego miejsca na Ziemi
Image

Japonia

5 października – 4 grudnia 2016

Japonia – chociaż najbardziej nowoczesny i zaawansowany technologicznie ze wszystkich krajów, które odwiedziliśmy, jest dla nas rajem kempingowania. To tutaj przez miesiąc, dzień w dzień rozkładaliśmy nasz domek w przedziwnych miejscach, zazwyczaj w centrum miasta. Nikomu to nie przeszkadza, nam też ludzie nie przeszkadzają. Październik był całkiem ciepły, listopad przyniósł chłodek, więc staraliśmy się już szukać miejsca do spania pod dachem.

Cały czas się uczymy. Na początku podróży mieliśmy problem z szukaniem dobrego miejsca pod namiot, a przede wszystkim z dużymi plecakami, które czasem uprzykrzają życie. Teraz czujemy, że to daje nam jeszcze więcej wolności i dłuższy dzień, bo z namiotu trzeba się zebrać wcześnie rano, w ciepłym łóżku potrafimy kimać do 10. Jesteśmy takie dwa śpioszki. :)

Ponieważ w Japonii autostop działa specyficznie, poznajemy bardzo wiele osób. To dlatego, że mało kto jeździ tu daleko. 100 kilometrów to trasa - wyzwanie dla przeciętnego Japończyka. Żeby dojechać z miejsca A do B, najczęściej zmieniamy kierowcę kilka razy.

Śmiechowe dziewczyny podrzuciły nas na wyspę Sikoku
Image

Tyle emocji się kotłuje na myśl o Japonii, że nie wiem jak to ująć. To pewnie dlatego, że mamy te wspomnienia na świeżo. Ludzie tutaj są po prostu cudowni! Bardzo pomocni, odważni, nawet jak nie mówią po angielsku to kombinują na wszystkie możliwe sposoby. A jeśli już któryś mówi, to tak poprawnie gramatycznie, że oczy nam się szeroko otwierają z podziwu.

Ciężko w tym momencie powiedzieć z kim uda nam się zostać w kontakcie, bo czas bardzo mocno to weryfikuje. Poznaliśmy tu Johna, amerykańskiego nauczyciela, który w wolnym czasie udziela japońskim parom młodym reżyserowanych ślubów w stylu chrześcijańskim, które nie mają żadnego podłoża prawnego ani religijnego, chodzi tylko o bajeczny ślub w białej sukni. Może kiedyś o tym opowiem, bo to niewiarygodne, co tu się dzieje. John ze względu na to, że zapuszcza wąsa, ma umowę z agencją reklamową i występuje od czasu do czasu w spotach. Chcesz zarabiać hajs? Bądź biały, zapuść wąsa i przyjedź do Japonii!

John - człowiek z wąsem
Image

Dwa razy podczas pobytu w Japonii zdarzyło nam się, że ludzie zabrali nas jako autostopowiczów i zaprosili do siebie do domu. Niektórym ludziom załącza się matczyny instynkt, kiedy słyszą, że chcemy spać pod namiotem. :D Ludzie na świecie są po prostu dobrzy. Nie wiem czy zdołamy do końca życia dać innym tyle pomocy, ile sami dostajemy.

Rodzinka z Hiroszimy wzięła nas na stopa i zaprosiła do domu
Image

Ludzie na świecie są wszędzie tacy sami. Różnimy się tylko dlatego, że w każdym kraju mamy inne wychowanie. Poza tym tak samo cieszymy się na uśmiech przyjaciela i tak samo smucimy, kiedy trzeba się pożegnać.

Odpowiadając Wam na najczęściej zadawane pytania, odpowiadamy też sami sobie.

Czy tęsknimy za domem?
Mamy ogromną ochotę wpaść na dwa dni, wysłuchać opowieści, wypić kawę i jechać dalej. Z rodzicami kontaktujemy się na bieżąco, dostają informacje z pierwszej ręki. Dzięki Internetowi nie czuje się tego, że jesteśmy daleko. Będąc w Polsce bylibyśmy przecież też w innym mieście. Ubolewamy tylko nad tym, że omijają nas ważne wydarzenia, ja nie mogę obserwować jak moje nastoletnie siostry przechodzą przez okres największej zmiany, co chwilę dostajemy informacje o planowanych ślubach, rodzą się dzieci, a my... Możemy tylko pomachać przez kamerkę.

Czy podczas podróży mieliśmy momenty zwątpienia?
Nie. Nie przydarzyło się nam nic takiego, co by spowodowało, że zechcielibyśmy wrócić do domu. Oprócz problemu Piotrka z zapaleniem mięśnia i silnym bólem w szyi, nie złapały nas żadne choroby czy wypadki. Nie zawsze jest wygodnie, nie zawsze pogoda sprzyja, ale mimo to nie pragniemy stałego, bezpiecznego miejsca.

Kiedy wracamy do domu? (najczęstsze pytanie) :)
Nie prędko. Mamy plan na drugi rok w podróży!

Co nas trzyma tak długo w podróży?
Nie chcemy jeszcze stabilnego życia. Nie chcemy wrócić i martwić się o dom, pieniądze, wstawanie rano do pracy, beznadziejną politykę i biurokrację. Chcemy podróżować dłużej, bo jesteśmy w takim wieku, że możemy sobie na to pozwolić, dzieci jeszcze poczekają. A pieniądze? Z nieba przecież nam nie spadły. Pracowite z nas krasnoludki, a w międzyczasie uczymy się jak inwestować kasę w Internecie.

26 listopada, dokładnie rok od opuszczenia polskiego domu, siedzimy sobie w japońskiej, górskiej wiosce Tsuwano i uśmiechamy się do siebie myśląc: ale mamy zajebiste życie! :)

Daria

Piotrek filozof mówi tak:

Oczywiście oprócz poznanych ludzi przytrafiły się nam niesamowite przygody. To jest czynnik ryzyka podróży, którego nigdy, a tym bardziej jeżdżąc autostopem, nie da się przewidzieć. Przez rok odwiedziliśmy pustynie, oceany, lodowce, wspięliśmy się na kilka ładnych szczytów, a wszystko to dla satysfakcji z życia. Wszystkie nasze wspomnienia do tej pory są tylko pozytywne. Rok temu pisałem w pamiętniku, że to dziwne uczucie nie mieć obowiązków, być wolnym jak ptak. Dziś, siedząc w zupełnie nieplanowanej Japonii, śmieję się ze swoich słów. Dlaczego? Bo teraz nie umiałbym podróżować według ścisłego harmonogramu czy planu. To właśnie wolność otwiera nam drzwi do ludzkich serc i żyć. W żaden inny sposób nie poznalibyśmy takich ludzi i miejsc. Dziękujemy za niesamowite wsparcie i zaufanie jakim nas obdarzyliście. Byliśmy, jesteśmy i zawsze będziemy z Wami szczerzy, bo "niektóre rzeczy się nie zmieniają". :)


Mam nadzieję, że nie będziecie źli za mały poślizg, staram się łapać chwilę wolnego, ale czasami trudno, czy to o Internet, czy o siły, żeby po nocach siedzieć i pisać.
Obiecuję, że coś tu jeszcze będzie!

Na zakończenie fotka pod tytułem "tak się jeździ autostopem w Tajlandii!"
Image
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#54 PostWysłany: 27 Lut 2017 11:47 

Rejestracja: 22 Sie 2012
Posty: 632
Loty: 78
Kilometry: 201 975
niebieski
świetnie! tyle historii, tyle ludzi, tyle przygód...:)
_________________
moje relacje:
http://www.fly4free.pl/forum/sztuka-ame ... ,212,81860
minirelacja-z-maxiwyspy-ilha-grande,212,96928&start=0
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#55 PostWysłany: 13 Mar 2017 11:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Dzięki Ara!

Ale ten czas leci, my już na południu Laosu. :) Korzystamy z pogody i suchej pory, zwiedzamy. :)
W Polsce wiosna idzie, a to mój ulubiony czas. :)

Miłego Wam życzę, pozdrowienia!
Piotrek
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#56 PostWysłany: 30 Mar 2017 14:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Cześć wszystkim!

Chwila ciszy tu była, ale biegnę z najnowszym wpisem od mojej żoneczki.
Wprawdzie my już w Kambodży, ale jeszcze wspominamy Laos i jego atrakcje. Tym razem podsyłam tekst o jaskini Kong Lor i jak tam się dostać. :)

Cytuj:
Laos budzi w nas dużo skrajnych emocji. Z jednej strony zachwycająca, niezniszczona jeszcze ręką człowieka przyroda. Z drugiej wielka lekcja cierpliwości dla autostopowicza. To opowieść o tym jak w ciągu dwóch dni śmigamy stopem, motorkiem i łódką. Wyprawa do jaskini Kong Lor, żeby przepłynąć podziemnym tunelem ciągnącym się ponad siedem kilometrów, jest dla nas jedną z lepszych atrakcji w tym klimatycznym kraju. A sama, niełatwa droga do celu to dopiero smaczek!

"Nie, nie jedziemy autobusem!"

Na wylotówkę z Wientian docieramy całkiem sprawnie, dzięki pomocy nowych, laotańskich znajomych. Po drodze zaopatrzyliśmy się w dwie ogromne, bagietkowe kanapki, które służyły nam jako pierwsze i drugie śniadanie. Ponieważ autostop w Laosie to wielka loteria, zawsze szukamy miejsca, obok którego znajdzie się skrawek cienia, a najlepiej jeszcze ławka sklepowa. Już od rana słońce i duchota dają o sobie znać, więc łapiemy na zmianę, dając drugiej osobie odpocząć. Kiedy zaczynamy się niecierpliwić, stajemy razem, czując, że w kupie siła. Mija pół godziny, godzina, dwie. W międzyczasie dzieją się prawdziwie komiczne sytuacje. Pani ze sklepu wpatruje w nas zdziwione oczy pełne niezrozumienia. "Stoją z kartką "Paksan", a jak przyjeżdża autobus, nie wsiadają – nienormalni" – pewnie jej się w głowie kotłuje. Z pomocą przybywa „pan lodziarz”, który do skutera ma przyczepioną wielką lodówkę, a z jego głośnika wydobywa się dziecięca melodia, niczym z wesołego miasteczka. Początkowo nieśmiało zatrzymuje się on koło nas na ulicy, gasi silnik, czeka kilka sekund i cedzi przez zęby: "Ice creamo?". Po szybkiej odmowie oddala się, ale coś nie pozwala mu nas zostawić samych z problemem i po 10 minutach wraca. Nie pytając nas o nic, bo przecież i tak byśmy nie zrozumieli, staje kilka kroków przed nami i spogląda w stronę nadjeżdżającego ruchu samochodów. Wiemy dobrze co to oznacza, więc zanim przyjedzie autobus, który pan pragnie dla nas zatrzymać, staramy się z translatorem przetłumaczyć, że nie chcemy nim jechać. Efekty są jednak marne. I to jest właśnie ta bezsilność, którą czujemy w Laosie. Czasem jest to śmieszne, czasem męczące, a momentami nawet smutne, bo wiemy, że ludzie chcą nam z dobrego serca pomóc, a nie są w stanie zrozumieć naszych poczynań.

Image
Nie poddajemy się! (zdjęcie z innego, przypadkowego autostopu w Laosie)

Po trzech godzinach zatrzymuje się mini van, więc podbiegam szybko powiedzieć, że dziękujemy, nie skorzystamy. Szczęśliwie jednak się składa, że kierowca i jego kilkanaście lat młodsza druga żona nie zajmują się przewozem turystów, podrzucą nas kilkanaście kilometrów dalej. Para pochodzi z Tajlandii, o której już co nieco wiemy, więc rozmowa się ładnie klei. Pan jest artystą i przyjechał rzeźbić betonowe słonie, których w buddyjskich krajach jest mnóstwo. Pani nie mówi po angielsku, więc sprawiamy jej radochę rzucając chociaż dzień dobry i dziękuję w jej języku. Takie małe, a cieszy.

Podróż z nimi szybko się skończyła i tym razem przypadło nam czekać na zupełnym pustkowiu. Zatrzymał się Laotańczyk, który całkiem ładnie śmigał w międzynarodowym języku. Ooo, jak dobrze, bo bardzo nie lubimy tych niemych autostopów, które niestety w Laosie często się zdarzają. Pan prowadzi hotel w stolicy, więc znajomość angielskiego zwyczajnie w świecie przynosi mu kasę. Ponieważ ma dosyć miejskiego gwaru, jedzie właśnie z synem na działkę nad rzeką, gdzie hoduje drzewa i relaksuje się w ciszy. Dzięki niemu dostajemy się na skrzyżowanie głównej drogi nr 13 i lecącej na wschód, do Wietnamu, drogi nr 8. Ta już świeci pustkami, ale co jakiś czas pojawia się jakaś Toyota, więc jest nadzieja. Przed nami już tylko 40 kilometrów do Nahin.

Image
Przygoda się kręci - mimo wszystko :)

Zanim zdążyłam zrobić napis, zatrzymała się ciężarówka, której kierowca to Wietnamczyk wracający właśnie do kraju. Siedzimy wpatrzeni w piękny krajobraz gór, a nasz zachwyt przerywany jest co chwilę śmiechem. Kto by się nie śmiał podskakując tak wysoko ponad siedzenie, że dachu można dotknąć. Stan dróg daje wiele do życzenia.

Po kliku kilometrach zatrzymuje nas policja. Porozumiewawczo spoglądamy na kierowcę z pytaniem czy wszystko w porządku. Mundurowi otwierają tylko pakę, w której zamiast ładunku znajdują dwa, przykryte niebieską powłoką przeciwdeszczową plecaki. Taka kontrola zdarza się jeszcze dwa razy, wszystko na tak krótkim odcinku drogi.

Ban Nahin

Nahin to wioska położona wzdłuż drogi nr 8, która jest punktem wypadowym do słynnej już jaskini Kong Lor. Przejeżdża się przez nią robiąc kilkudniową wyprawę motocyklową, najczęściej zaczynającą się w Thakhek.

Naszym celem jest jednodniowa wycieczka do Kong Lor, więc zatrzymujemy się w hostelu i od razu pytamy czy mają skutery do wynajęcia. - "Tak, oczywiście. 80 KIP za dzień (40 zł)." - "Nie najdrożej, nie najtaniej" – myślimy. Ok, bierzemy.

W samej wsi nie ma nic ciekawego. Pół godziny zajmuje nam spacer, podczas którego mijamy lokalny targ, na którym sprzedaje się pełno warzyw, ryżu i mięsa, które kobiety dzielnie chronią przed muchami machając sznurkiem zawieszonym na kijku. Obok nas przejeżdża może 9 – letni chłopiec na motorku. Już nas to nie powinno dziwić po kilku miesiącach w Azji. A jednak, ciągle myślimy po europejsku.

Zawsze wesoło odpowiadamy na wołania dzieci. Takie pocieszne krzyczą "Sabaidee – cześć!" Jedna grupka macha do nas energicznie, my odwzajemniamy uśmiechy, po czym miny nam rzedną słysząc: "Sabaidee, money!" Już nie pierwszy raz w naszym życiu spotykamy dzieci nauczone, ze biały człowiek niesie pieniądze, ale w Laosie jeszcze nam się to nie zdarzyło.

Image
Skuter idealny

W Lasie pojęcie 'sprawny' przybiera nowego znaczenia. Właściciel hotelu przygotował dla nas motocykl. Okazuje się, że to jedyny, jaki ma – swój. Coś nie chce gazować, po chwili gaśnie. Szef przynosi śrubokręt, pokręcił, pokręcił – działa, obroty podwyższone. "Na ekran nie patrz, bo prędkościomierz i tak nie działa. Nie widać też kiedy jest na neutralnym biegu, ale mi to nie przeszkadza. Lusterka? Wszyscy inni wypożyczali na kilka dni i nie narzekali." Po długim zastanowieniu decydujemy się nim jechać, ale licytujemy cenę 10 tysięcy KIPów mniejszą. Mechanicznie jest sprawny, a w razie coś się zepsuje, pan zapewnia, że naprawi, my za to nie płacimy. Ważnym argumentem "za" jest to, ze szef nie chce od nas paszportu, a przez tą głupią zasadę zatrzymywania paszportu jako zabezpieczenie już raz straciliśmy planowaną wycieczkę, bo po prostu się na to nie zgadzamy.

Piotrek, mistrz dwóch kółek, nigdy nie miał do czynienia z półautomatem, czyli rodzajem pojazdu, który w Azji jest bardzo popularny. Kilka minut i temat ogranięty – ruszamy w drogę!

Image
Juhuu, cóż za zawrotna prędkość!

Sama droga do Kong Lor to atrakcja

Suniemy przez wioski, obserwując cuda budownictwa. Małe, drewniane albo bambusowe chaty to normalka, jednak widok nowej Toyoty Hilux pod werandą już jakoś nie pasuje do tego obrazka. W oddali ostro zakończone szczyty gór chowają się we mgle, a przed nami co chwilę przechadza się stado krów albo kóz.

- Mam Ci mówić, jak będzie dziura?
- Trzymam się mocno, ale mów!


Największy zastrzyk adrenaliny dają mosty. Drewniane konstrukcje wydają się całkiem szerokie dla dwóch mijających się motocykli. Myk jednak w tym, że ścieżka dla dwóch kółek wytyczona jest trzema wąskimi deskami, więc jest to na pewno pole do trenowania równowagi i skupienia. Jeden most pobija wszystkie inne pomysłowością – chociaż drewniany, wąski szlak dla motoru wylano betonem. Można? Można.

Jaskinia Kong Lor

Po godzinie naprawdę wesołej jazdy pełnej pięknych widoków docieramy do wioski Kong Lor. Atrakcja turystyczna jest całkiem porządnie przygotowana. Wszędzie wkoło wiszą tablice z napisami: nie śmiecić, dbajmy razem o czystość. Okazuje się, że patronat nad parkiem sprawuje rząd Nowej Zelandii.

Przed bramą wjazdową zostawiamy nasz pojazd i kupujemy dwie wejściówki do parku. Przypomina nam on trochę polski las i daje dużo miłego chłodu. Idziemy jednak tylko kilka minut, po czym pojawia się przed nami rzeka, która wpada do jaskini.

Image
Kamizelka zapewni Ci ciepło w zimnej jaskini - podaje instrukcja wycieczki

Wynajmujemy łódkę na romantyczny rejs we dwójkę. No dobra, nie we dwójkę – bo ktoś musi sterować. A z romantyzmem to też przesada, bo silnik dudni, że aż strach. ;)

Wchodzimy do chyboczącej się, bardzo wąskiej, długiej łódki i czujemy przyjemny chłodek jak tylko zagłębiamy się w zupełnej ciemności. Po pokonaniu kilku zakrętów jesteśmy pewni, że Leo – kapitan, czuwa nad naszym zdrowiem i nie zamierza nas wrzucić do wody. Momentami wydaje mi się, że zaraz łódź uderzy w stalagmit i przepołowi się. Szalony Leo chyba jednak wie co robi, bo zgrabnie omija przeszkodę w ostatniej chwili. Oczywiście rzeka nie jest tak głęboka, żeby miała nam się stać krzywda, ale zamoczyć sprzęt fotograficzny byłoby nam bardzo szkoda.

Image
Wyeksponowana część jaskini

Dosyć szybko suniemy wysokim tunelem wyżłobionym przez wodę w skale wapiennej. Daje nam to dużo frajdy. Wzorowo przygotowaliśmy się do wyprawy i zabraliśmy ze sobą latarki czołówki i sandały, których nie szkoda było zamoczyć, kiedy trzeba było pokonać płytką wodę. Piotrek dzielnie pomaga Leo w przenoszeniu łódki.

Image
Za płytko - trzeba ciągnąć

Ponieważ jaskinia stała się całkiem popularnym miejscem turystycznym (ale jeszcze nie przepełnionym), postarano się o oświetlenie jej najbardziej atrakcyjnej części. Można przechadzać się pomiędzy rzeźbami skalnymi i obserwować z bliska naturalną sztukę. Po krótkim spacerze ponownie wskakujemy do łódki, kapitan odpala silnik i ruszamy pokonać drugą połowę 40-minutowej trasy. Nie raz czujemy, że należałoby wstać i przenieść łódkę, ale Leo mówi: "ok, ok", dodaje gazu i szurając po dnie, jakimś cudem przepływamy płyciznę. Zdarzy się, że brzeg drewnianej skorupy przytrze się o skałę, nie szkodzi.

Image
Stalaktyty, stalagmity i stalagnaty - uczyli w podstawówce :)

Płyniemy dalej w stronę światła, które oznacza dotarcie do wioski. Kiedy robi się zupełnie jasno, wokół nas pojawia się mnóstwo zieleni. Takiej miłej dla oczu i duszy. Płyniemy jeszcze kilka minut, odwzajemniając pozdrowienia dzieci siedzących nad brzegiem.

Image
Światełko w tunelu

Image
To lubimy :)

Image
Interes się kręci - chętnych nie brakuje

Po dotarciu do wioski, przygotowanej oczywiście na przyjście gości, Leo oznajmia, że mamy 10 minut, po czym wracamy. "10 minut? W planie wycieczki było napisane, że godzina" – myślimy. Tak naprawdę to i 10 minut wystarczy, żeby napić się zimnej Pepsi i zrobić kilka ładnych zdjęć.

Image
Wioska po drugiej stronie jaskini

Image
Gospodyni zaprasza na zimne co nieco

Image
Postęp technologiczny czy wielka różnica statusów?

Powrót jest nieco mniej fascynujący, bo przecież już to widzieliśmy. Leo chyba o tym wie, więc pędzi dwa razy szybciej, wyprzedza wszystkie wlokące się przed nami grupy. Bywa, że płynie pod prąd. Nie przeciwnie do nurtu rzeki, tylko nie po tym „pasie”, którym powinien. Bardzo nam się to podoba, przecież płynąc szybciej też zobaczymy wszystko co mamy zobaczyć, a jest chociaż wesoło. Nie raz obrywamy wodą spod silnika łodzi obok.

Image
Polecamy Kong Lor! Filipiaki

W świetnych nastrojach, z poczuciem dobrze wydanych pieniędzy, wychodzimy na brzeg, gdzie grupka Laotańczyków pluska się w wodzie. Oczywiście nie w strojach kąpielowych, oni zawsze wskakują tak, jak są ubrani. Przy upalnej pogodzie to idealny ratunek dla ciała.

Image
Zimna woda zdrowia doda

Koszt wyprawy:
wynajęcie skutera 70 000 KIP (35zł)
paliwo 19 000 KIP (9,50zł)
parking 5 000 KIP (2,50zł)
wejście na teren parku 2 000 KIP/os (4zł/2os)
wejście do jaskini 10 000 KIP/os (10zł/2os)
wynajęcie łódki 100 000 KIP (50zł)
obiad 15 000 KIP/os (15zł/2os)
kawa 10 000 KIP (5zł)
suma: 258 000 KIP (129zł)


W dwie osoby zdecydowanie bardziej opłacał nam się opcja ze skuterem. Transport do Kong Lor kosztuje 25 000 KIP/osobę w jedną stronę, więc wyszłoby nas to drożej. W dodatku godziny transportu są wielką niewiadomą i nie widzieliśmy żadnego na naszej drodze. A właściwie sam skuter to jest frajda i można jeszcze go wykorzystać do końca dnia.

Image
Tylko tak możesz zboczyć ze ścieżki

Zakwaterowanie:
Pokoje w samym Kong Lor są droższe niż w Nahin i warto je zarezerwować wcześniej.
W Nahin bez problemu można dostać pokój, bez rezerwacji na bookingu cena jest niższa.
Koszt hotelu: 80 000 KIP (40zł) za pokój dwuosobowy/noc.
Nasz miał bardzo dziwną nazwę: Xokxaykham Gesthouse. Był za to pięknie położony, z ładnym widokiem. Dla nas samo wygodne łóżko to luksus. :)
Przy Guesthousie jest restauracja prowadzona przez właściciela i jego żonę. Koszt posiłku od 12 zł w górę, drożej niż przeciętnie w Laosie, ale porcje duże.

Miejsce bardzo sympatyczne, sprzyja odpoczynkowi, a nawet zdalnej pracy, jeśli ktoś potrzebuje, bo jest dobre Wi-Fi. Mimo iż spotkało nas kilka niespodzianek, musimy przymknąć na nie oko, bo to po prostu Laos. Dwa razy w ciągu dnia nie było wody w kranie, więc nici z prysznica. Do tego pani domu wymieszała nasze pranie ze swoim, więc przed samym wyjazdem wysypano mi rodzinną bieliznę, żebym szukała w niej jednej pary majtek. Właściwie to… Akurat te były kupione w Tajlandii, a jeśli ktoś z was zna temat, azjatyckie gatki są specyficzne, na pewno pani pomyślała, że to nie moje. Takie tam nieszkodliwe perypetie, bo ludzie byli dla nas przemili.

Mam nadzieję, że udało mi się przemycić w swojej opowieści trochę laotańskiego życia i przekazać wartościowe treści zainteresowanym. Jeśli Tobie w jakiś sposób posłużył ten artykuł, daj znać w komentarzu.

Daria


Tym czasem pozdrawiamy z Kambodży! Angkor Wat zaliczone, było przepięknie. Poniżej fota ze wschodu słońca. :)
Image

Pozdro asy!
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#57 PostWysłany: 05 Kwi 2017 13:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Siemano podróżnicy! :)

Wiosna w Polsce, a u nas już początek pory deszczowej... Niestety w tym roku przyszła znacznie wcześniej i nie jest super miło. Siedząc w hostelu podczas jednego z takich deszczowych dni moja żoneczka opisała nasza przygodę na granicy Laosu z Kambodżą. Pierwszy raz w życiu spotkaliśmy się z taką korupcją, zakłamaniem i oszukiwaniem. Przeczytajcie co nam się przytrafiło i kto wie, może praktyczne wskazówki Wam kiedyś pomogą. :)

Miłej lektury!

Cytuj:
Drogowe przejście graniczne pomiędzy Laosem a Kambodżą (Norg Nokbiane - Trapaing Kreal) to najbardziej skorumpowane miejsce, jakie spotkaliśmy w podróży. Jest pełne ludzkiej chciwości, z którą trzeba stanąć twarzą w twarz. Przyda się morze cierpliwości i niezłomność. Oto historia o tym, jak z pomocą poznanej parki Polaków poradziliśmy sobie z celnikami. Jeśli czeka Cię to wkrótce, podajemy kilka praktycznych rad o transporcie i samym przejściu. Nie dajmy się robić w bambuko!

Transport turystyczny z Don Det

Najprostszą i zazwyczaj wybieraną opcją przez turystów jest mały bus, nazywany w Laosie vanem. Z Don Det odjeżdżają oficjalnie co pół godziny. Nieoficjalnie – kiedy uzbiera im się odpowiednia liczba osób, tak żeby się opłacało. Cena jest elastyczna, w zależności od tego jak się targujesz, na jakiego przewoźnika trafisz i przede wszystkim – gdzie kupujesz. Za bezpośrednio kupiony bilet płaci się około 12 $. UWAGA! Na samej wyspie, firmy wycieczkowe oferują bilety za 18$. Postój busów i bezpośredni sprzedawcy znajdują się na lądzie, przed przepłynięciem rzeki i dostaniem się na wyspę. Wtedy najlepiej zorientować się w rzeczywistych cenach.

Autostopem czy jednak nie?

Po przeczytaniu kilku relacji z prób przekraczania granicy autostopem, byliśmy w stanie uwierzyć, że to naprawdę jest masakra. Sami z resztą wdzieliśmy jaki ruch jest na drodze, zmierzając do Don Det. Nam udało się dotrzeć na wyspę tylko dzięki temu, że kierowca zdecydował się nadrobić kilkanaście kilometrów, widząc, że mamy znikome szanse dotarcia do celu.

Rozeznaliśmy się w cenach busów. Przemyśleliśmy za i przeciw. "Co będzie to będzie – jedziemy stopem. Do granicy na pewno nam się uda, a dalej zobaczymy."

Łódki z Don Det na druga stronę rzeki mają wypływać już od wczesnego ranka. Będąc o 7.30 w przystani, zwykłym fartem łapiemy jedną, która właśnie przywiozła turystów z drugiego brzegu. Nie ma nawet pana sprzedającego bilety.

Po drugiej stronie jemy zupę z nudlami w jakimś lokalnym barze, kupujemy dwie kanapki na długą drogę i maszerujemy 4 kilometry do głównej trasy. W połowie udaje nam się złapać mini ciężarówkę. Miny kierowcy i pasażera są bezcenne – jak oni się śmieją! Pewnie dlatego, że spotyka ich coś takiego pierwszy raz w życiu. Wskakujemy na pakę i z ulgą obserwujemy jak droga zmienia się z całkiem przyzwoitego asfaltu w czerwoną, dziurawą, lekko podmokłą szutrówkę. Teraz już nam kałuże niestraszne.

Hej przygodo! Tylko...yyy... Mija nas tylko kilka skuterów. Nie ma jeszcze 9.00, a słońce już daje się we znaki. Cienia brak. Skoro nie ma aut to szkoda stać i czekać. Jeszcze pełni sił idziemy w stronę granicy. W końcu to tylko 20 km, może kiedyś dojdziemy. :P Krok za krokiem, nastroje całkiem pozytywne, plecak jeszcze nie ciąży. Zatrzymuje się koło nas ciężarówka do przewozu ludzi - sawngthaew. Na Filipinach zwą to Jeepney. To po prostu mała ciężarówka z paką, w której zainstalowano dwie ławki dla pasażerów. Nie liczymy na płatny transport, więc luźno rozmawiamy z kierowcą. W ogóle... Co on tu robi? Tutaj nie ma już lokalnego środka transportu. Może wraca do domu.

- 80 tysięcy! - Rzuca swoją propozycję kierowca. (czyli około 40 zł)
- Możemy dać 40.
- 70!
- Nie, dziękujemy.

Zamykamy drzwi i maszerujemy dalej. W pół minuty pan zdążył przekalkulować sobie, coś albo nic, i zdecydował się jeszcze raz rozpocząć negocjacje.

- Wezmę Was za 60 tysięcy!
- 50 i jedziemy.
- Ok :)

Wniosek z tego taki – jak Ci nie zależy to targowanie idzie łatwo i przyjemnie.
Wsiadamy do pojazdu, a tam naprzeciwko nas odzywają się polskie głosy. Ostatnio mamy szczęście do Polaków. Oprócz Gosi i Marcina siedzi jeszcze kilka młodych osób.

- Gdzie wy go złapaliście, skąd on w ogóle jedzie? - Nadal nie możemy zrozumieć o co tu chodzi.
- Nie chcieliśmy dać się wrobić w straszną cenę busa, więc ogarnęliśmy grupkę osób i namówiliśmy kierowcę. Daliśmy dwa razy więcej niż wy. W ogóle, ile wy już tak idziecie?

Huk maszyny nie pozwala na swobodną rozmowę, ale dajemy radę wspólnie ustalić, że będziemy razem walczyć z bezprawnym łapówkarstwem na granicy. Hurra! Mamy wsparcie. W kupie siła.

Image
Trzy dni później mogliśmy się już tylko śmiać. :) Ekipa spotkała się w Angkor Wat.

W międzyczasie spoglądamy z ciekawości czy mija nas jakieś auto. Co jakiś czas pojawia nam się w zasięgu wzroku jedno, to samo. Przy granicy pustki, nawet busów z turystami nie ma. Zatrzymuje się jednak koło nas właśnie to jedno auto. Wysiada z niego mundurowy i zagaduje do naszego kierowcy. "O oł, będą problemy" – myślę sobie. "On tu chyba nie ma prawa przewozić ludzi." Chyba nie ma, ale zapomniałam, że w Laosie parę groszy w łapkę zmyje wszystkie grzechy. Kierowca bierze od nas umówione 50 tys. kipów (25zł) i wręcza policjantowi. Sprawa załatwiona. Wilk syty i owca cała.

Opuszczenie Laosu

Zanim podchodzimy do biura imigracyjnego Laosu, ustalamy z Gosią i Marcinem plan działania i kwotę jaką ostatecznie jesteśmy w stanie zapłacić. Drobne resztki kipów i jednodolarówki mamy uszykowane.

Biuro składa się z dwóch okienek. Jedno dla każdej pary. Podajemy paszporty, po czym słyszymy mało zaskakujące nas "dwa dolary za stempel". Żeby przeciągnąć wszystko w czasie i pokazać, że się na to nie zgadzamy, powtarzamy w kółko to samo. Że mamy odłożoną kasę na wizy, że według prawa nie ma opłaty za stempel. Pan patrzy na mnie, ja dzielnie na niego i jak katarynka grzecznie proszę o stempel.

Szczerze mówiąc, wygląda to wszystko jednocześnie przygnębiająco i śmiesznie.
Siedzi dwóch celników, każdy obsługujący jedno okienko. Pomiędzy nimi jak król zasiada milczący szef imprezy i straszy grobową miną. Panowie obsługujący po kilkunastu minutach nie mogą sobie poradzić z presją, jeden zaczyna się śmiać mówiąc swoje "2 dollars", a drugi po prostu wychodzi, spaceruje albo siada z tyłu pokoju i udaje, że coś pisze. W pewnym momencie, jak gdyby nigdy nic, bierze nasze paszporty i stempluje. Coś za szybko to poszło. Wbił stempel „USED” (użyta) na laotańskiej wizie. Idę do czekającego obok przewoźnika i pytam czy to wystarczy. „Nie… Pójdziesz po wizę kambodżańską i Cię tutaj cofną. Nie ma stempla wyjazdowego z Laosu” - mówi uczynny kierowca. Tak myślałam, to nie koniec walki. Ktoś chciał ze mnie zrobić debila. Paranoja. Skoro obsługujący mnie celnik wyszedł, próbuję złapać wzrokiem jedyną kobietę, schowaną w rogu panią celnik. Ta jest tak wystraszona, że nie odpowiada nawet słowem. Nie wychodzi jej z ust "2 dollars, please". Cyrk polega na tym, że panowie już dawno by odpuścili, widać, że jest im nawet trochę wstyd, ale nie mogą, bo stoi nad nimi el bosso.

W międzyczasie robi się tłoczniej. Nie ma kolejek, ale co chwilę wtrąca się przed nas agent albo kierowca autobusu z plikiem paszportów do podstemplowania. To oznacza, że wszyscy właściciele tych paszportów zapłacili 40 dolarów zamiast 30, żeby nie musieć wysiadać z busa i załatwiać sprawy osobiście.

Mija pół godziny, może 40 minut, nie wiem. Czujemy, że już dosyć tego ślęczenia. Zaczynamy odgrywać scenkę, Piotrek otwiera portfel i mówi, że naprawdę nie mamy dolarów, ale zobaczy ile mu zostało laotańskiej waluty. I tutaj dzieje się najgorsze wspomnienie z tego dnia. Olewający nas do tej pory celnik porusza się, jakby Red Bulla wypił, podchodzi do nas energicznie i przez szybę wlepia swoje ślepia w otwierający się portfel. Ten jego wzrok, taki chciwy. Buu!

Image
UWAGA! W okolicy rozprzestrzenia się choroba chciwości. Zaleca się założyć maskę.

Piotrek liczy, liczy… (wiedząc dokładnie ile pieniędzy uszykował)
- Mam 19 tysięcy kipów (2,32$), ok?
Wzięli, wbili co trzeba. Zgodzili się też na 2 dolary od Gosi i Marcina.

Nie wiemy czy da się przejść tą granicę bez płacenia chociaż grosza. Jeśli macie jakieś doświadczenie, podzielcie się. My wyszliśmy z założenia, że nawet Ci którzy się kłócą godzinami, zazwyczaj kończą płacąc dolka na odchodne. Nie było sensu tego męczyć tak długo.

Granica Kambodżańska

Zniesmaczeni doświadczeniem z laotańskimi celnikami i dumni, że nie wybuchnęliśmy wściekłością wobec takiej bezceremonialnej chciwości chamów, musieliśmy ochłonąć i przebrnąć kolejny, chyba trudniejszy etap.

Najpierw zaczepia nas pan z małej budki, dając nam do wypełnienia formularz zdrowotny. Grzecznie też oznajmia, że jeśli mamy książeczki szczepień, nie musimy nic płacić. Mamy książeczki, więc nie chcemy marnować czasu na kłócenie się dla zasady. Fakt jest taki, że jak nie masz książeczki, też nie powinieneś zapłacić. Dla świętego spokoju warto ją mieć.

Kolejny krok to wypełnienie wniosku o wizę. Nic trudnego. Pamiętaj, że trzeba wpisać adres pobytu w Kambodży. Celnik pospiesza nas, nawet jeśli jesteśmy zupełnie sami w biurze. Podchodzimy do okienka, pan rzuca „35 dolarów od osoby” (koszt wizy to 30$). I znowu się zaczyna. Teraz celnik jest dużo mniej cierpliwy, już po minucie rzuca naszymi paszportami i wydobywa z siebie trudny do powtórzenia dźwięk wściekłości, po czym wychodzi i znika na pół godziny. W tym czasie kręcimy się po budynku, pytamy w innym okienku, tam jednak tylko stemplują, każą wypełnić kartę wjazdu. Nic nam po tym, jak nie mamy wizy.

Nie ma co czekać, wracamy do punktu wyjścia, czyli okienka wydawania wiz. Zaczynają się negocjacje, pan ma chrapkę na jakieś resztki laotańskiej waluty albo nawet i tajlandzkiej. Pozbyliśmy się jej już wcześniej, więc zostały tylko dolary. Proponujemy po dolarze od osoby i pan wydaje się być całkiem zadowolony. Dodatkowe dolany idą oczywiście do oddzielnej szuflady. W tym przypadku większość czasu zmarnowaliśmy na nie negocjacjach, a na czekaniu aż pan łaskawie wróci na swoje stanowisko. W sumie oba przejścia zajęły nam ponad dwie godziny.

Image
Mamy wlotkę do Kambodży. Z łaską wlepiona, ale jest.

Tak się życie toczy na granicy. Nawet jeśli celnikowi raz na jakiś czas trafi się uparty plecakowicz, to i tak na nim zarobi. Może nie 5 dolarów, ale 1 to też przecież dużo. Jak z tym walczyć? Nie wiem. Wyszliśmy stamtąd niby zwycięsko, bo dużo „zaoszczędziliśmy”, ale tak czy siak zostaliśmy pokonani przez bezprawie.

Jedna tylko kwestia nas bardzo ciekawi. Przed nami w kolejce stał Włoch. Był za nami na laotańskiej granicy i po minucie zapłacił tego dolara zamiast dwóch. Na kambodżańskiej był przed nami i powiedział, że bez kłótni i negocjacji nie zapłacił nic. Co mi się bardzo podobało, kolega mimo że pochodzi z kraju Euro, był bardzo oburzony i jakby nieświadomy, że tutaj takie łapówkarstwo się dzieje. Czemu mi się to podobało? Bo większość osób z krajów posługujących się dolarem czy euro ma gdzieś walkę z przestępstwem. Co to dla nich dolar czy siedem.

Wychodząc z biura celników zawiązaliśmy krótką rozmowę z przypadkową dziewczyną, która wyglądała na zmęczoną i równie zniesmaczoną jak my.
- Ile zapłaciliście, bo ja jakimś cudem tylko 37 dolarów.
Zapadła chwila ciszy…
- Yyy, właśnie tyle wołają łapówki, 30 dolarów wiza, 2 za stempel laotański i 5 za stempel kambodżański.
- Aaa, bo ja tak naprawdę nie wiedziałam ile kosztuje wiza.

I jak tu walczyć, kiedy towarzyszą nam tacy ignoranci.

Z granicy do Stung Treng

Z transportem do granicy jakoś nam się udało. Nie autostopem, ale nie żałujemy. Gosia i Marcin mają umówionego busa z granicy do Siem Reap za 20$. To dla nas zdecydowanie za dużo. Stwierdzamy, że poczekamy z nimi w knajpie i będziemy obserwować czy jadą jakieś auta. Jesteśmy zaskoczeni, że można zarezerwować sobie busa z samej granicy. Myśleliśmy, że w grę wchodzi tylko cała trasa z Laosu do Kambodży. Okazuje się, że nie. Marcin mówi, że pytał mailowo o ceny i możemy powiedzieć kierowcy, że też pytaliśmy. Za 7$/osobę weźmie nas do Stung Treng, czyli najbliższego, cywilizowanego miejsca, skąd możemy dalej stopować. 7$ to też nie mało, ale w braku jakiegokolwiek ruchu ulicznego jest to dobry ratunek.

Wszyscy pasażerowie czekają w barze/sklepie, jedynym przygranicznym. Kto to wie, czy bus się spóźnia, czy może ktoś bardzo chce, żeby klienci zdążyli właśnie tam zjeść zakąskę w tym czasie.

Praktycznie o transporcie, autostopie i samym przejściu

- Bus z Don Det do Stung Treng to koszt ok. 12$/osobę (nie wiemy ile da się utargować, bo nie skorzystaliśmy).
- Jak wiemy od Gosi i Marcina, można ugadać się z lokalnym przewoźnikiem - sawngthaew’em, że zabierze kilka osób na granicę, im więcej osób tym lepiej. Przy 5 czy 6 osobach zapłacili po 50 tysięcy kipów (25zł/osobę). Według mnie super pomysł i dobra inicjatywa.
- Pomiędzy Don Det a granicą nie ma nic, prócz małych wiosek, ruchu niemalże brak. Możliwe, że jedna osoba mogłaby złapać skuter na stopa. Przy samej granicy nie ma wioski, więc kierowca musiałby z dobrej woli podrzucić Cię do celu, nie jadąc tam. Przez granicę mogą przejeżdżać auta, więc bardzo dziwne jest to, że nie jechały tamtędy żadne. W przeciwną stronę widzieliśmy kilka.
- Przy granicy laotańskiej nie ma sklepu, ani żadnego miejsca z jedzeniem, tylko pusta stacja benzynowa.
- Nie znamy najlepszego sposobu na pokonanie chciwości celników, my zastosowaliśmy metodę spokoju i upartości oraz resztek pieniędzy w portfelu. Mamy nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto powie, że nie zapłacił nic. Jedno jest pewne: nie ma opcji zapłacić więcej niż 1$ laotańskim służbom i 1$ kambodżańskim. Tzn. negocjacje z 1$ prędzej czy później zakończą się sukcesem. Na pewno nie należy manifestować godzinami, jeśli masz wrażenie, że i tak zapłacisz tego 1$. Wierzę, że żaden Polak nie zgodzi się wlepić całej łapówki. :)
- Za granicą kambodżańską jest bar/sklep.
- Z granicy można jechać do Stung Treng za 7$ lub do Siem Reap za 20$. Są to jednak ceny w przypadku wcześniejszego uzgodnienia. Jeśli nie masz nic ugadane, tak jak my, zapytaj kogoś, kto ma i zna cenę. Najlepiej przyłączyć się do takiej osoby. Gosia i Marcin skorzystali z tej firmy: Asian Van Transfer.
- Podróż do Stung Treng trwa około godziny.
- Podróż do Siem Reap trwa dodatkowo 5 godzin ze Stung Treng, przy czym dają przerwę na obiad godzinę albo dwie.
- W Stung Treng na pewno przewoźnik wskaże restaurację, w której możesz zjeść obiad. Wystarczy odejść kilka kroków, dojść do targu i tam lokalne jedzenie serwują za 1$. Można tam też wymienić walutę. Przyjmują laotańskie kipy. Warto mieć i kambodżańskie riele i dolary.
- Ze Stung Treng można stopować do Phnom Penh albo Siem Reap. Autostop jest jak najbardziej możliwy. W stronę Siem Reap, do miejscowości Preah Vihear ruch jest bardzo słaby. Później już trochę lepiej, ale trzeba się przygotować na krótkie dystanse.

Image
On nas chyba nie zabierze... Ma już pasażerów na przyczepie.

Daria


Jeśli przebrnęliście przez granicę Laos – Kambodża, dajcie znać jak Wam się powiodło! Jesteśmy naprawdę bardzo ciekawi, bo jeśli chociaż jednej osobie się udało bez łapówki, znaczy że jest cień nadziei dla kolejnych podróżnych.

Mam nadzieję, że podobało się Wam i zostawicie jakiś komentarz! Dziękujemy za polubienia, do usłyszenia :)
Pozdrawiam Piotrek
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#58 PostWysłany: 10 Kwi 2017 15:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Pozdrowienia z wakacji od wakacji ;) - wybrzeże Kambodży :)

Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#59 PostWysłany: 16 Kwi 2017 06:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Siemano pozdróżnicy!

Stało się, ostatni dzień w Kambodży za nami. To był chyba jedyny kraj, w którym spotkało nas wszystko. Autostop od niesamowicie łatwego po cholernie trudny, jedzenie od przepysznego do niemożliwego do zjedzenia czy miejsca piękne i te, których lepiej nie wspominać... Pożegnanie z Kambodżą wyszło super. Autostop fajny, granica bez problemu i oto jesteśmy w 14 kraju w tej podróży - pozdro z Wietnamu!
Pierwsze wrażenie? Będzie epicko! :-) Stop poszedł super, ludzie mega przyjaźni, jedzenie pyszne. Na dniach zobaczymy co tu ciekawego mają i oferują.
Przesyłamy moc pozytywnej energii i niech wiosna nawala pełną mocą. :-D
Pozdro! Piotrek

Image
Góra
 Profil Relacje PM off
matbob1990 lubi ten post.
 
      
#60 PostWysłany: 19 Kwi 2017 12:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Lip 2015
Posty: 472
Loty: 72
Kilometry: 94 432
srebrny
Witajcie podróżnicy. Bardzo ładnie pisana relacja na żywo. Piszcie dalej, w tej chwili przeczytałem tylko wybrane fragmenty ale będę wracał do waszej relacji. Przypomina mi się taki film Jim'a Jarmusch'a "Nieustające Wakacje". Pozdrawiam
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 71 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group