Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 71 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 07 Sty 2016 13:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Cześć wszystkim!
Nie wiem czy wpasuję się w tematykę z moją relacją, ponieważ jest to podróż, która nie ma limitu czasowego, korzystam z żoną z autostopu oraz tanich lotów. Słowem wstępu jesteśmy 25letnimi inżynierami, którzy postanowili wybrać się w podróż, spełnić swoje największe marzenie. Chcemy jeździć najdłużej jak się uda, podróżujemy w tani sposób, prawie wszystko organizując sobie samemu. Korzystamy również z Couchsurfingu, więc poznajemy mnóstwo fajnych i inspirujących ludzi.

Nasza trasa zaczęła się 26 listopada 2015 roku, gdy udaliśmy się do Budapesztu. Następnie polecieliśmy do Dubaju, gdzie spędziliśmy 7 dni, aby skoczyć dalej do Manili. Tam kolejne 6 dni, które były zakręcone w tym chaotycznym mieście i w końcu postawienie stopy 9 grudnia na australijskiej ziemi. Aktualnie jesteśmy w Melbourne i korzystamy z uroków pogody i wolności. :) Mam chwilę to spróbuję podzielić się naszymi wspomnieniami, opiniami, radami i zawsze chętnie odpowiem na wszelkie pytania.

Proszę o wyrozumiałość - jesteśmy fotografami amatorami, również dopiero zacząłem przygodę z kręceniem filmików, a pisanie dzielę razem z żoną. :) Za wszelką konstruktywną krytykę z góry dziękujemy!

Poniżej zacznę relację od Emiratów, po każdym wpisie praktyczne porady dla podróżujących. :)

Cytuj:
W końcu się zaczęło. Pełni obaw o nasze portfele wylądowaliśmy w Dubaju! Cóż to był za widok – puste lotnisko, znudzeni strażnicy i jak na lekarstwo taksówek. Zupełnie inaczej sobie to wyobrażaliśmy. Na szczęście nasza przygoda zaczęła się niezwykle pozytywnie. W różnych miejscach szukaliśmy pomocy w dostaniu się z lotniska Dubai World Central do domu naszego hosta w International City – France pod Dubajem. Po raz kolejny przez Couchsurfing odezwał się do nas Ahmed, który zaoferował się z darmowym transportem. Przyznam szczerze, że nasza radość nie miała granic, ponieważ wylądowaliśmy późnym wieczorem, a lotnisko jest bardzo daleko od miasta. Kolega czekał w uprzednio umówionym miejscu. Mimo wszystko byliśmy ostrożni, ale na szczęście było super! Dzięki Ahmedowi nie dość, że dojechaliśmy z lotniska do domu, to spędziliśmy jeszcze dwa dni razem. Jednak dzień naszego przylotu nie był idealny. Po zapoznaniu się z naszym hostem Mohsenem poszliśmy spać. Niestety, mimo niewielkiej różnicy czasowej – 3 godzin, nie mogliśmy zasnąć. Udało nam się około trzeciej nad ranem, jednak chwilę przed siódmą musieliśmy wstać i pojechać z naszym hostem. Zapowiadał się dłuuugi dzień.

Co można robić w Dubaju w niedzielę? Oczywiście, że pracować! Trochę nas zdziwiło to, że w Emiratach pracuje się od niedzieli do czwartku, a piątki i soboty są wolne. W takim razie czy powiedzenie "nienawidzę poniedziałków" ma zastosowanie w ZEA? Niestety, nie otrzymaliśmy odpowiedzi na to pytanie. Przechodząc do konkretów – widzieliśmy Burj Khalifa, tańczące fontanny, Dubaj Mall i chcieliśmy pójść na plażę. Tu nastąpiło nasze pierwsze rozczarowanie tym wielkim miastem – tam nie ma chodników! Dla nas to był po prostu skandal. Człowiek chce sobie pochodzić, a nie bardzo jest jak. Po spędzeniu około półtorej godziny na szukaniu drogi, poddaliśmy się. Na szczęście nasz dzień uratował znów Ahmed, który po pracy zabrał nas na wycieczkę w kilka miejsc, między innymi zobaczyliśmy hotel Atlantis, wyspę Palmę i skosztowaliśmy przepysznej herbaty i shaormy. Kolejny dzień, pomimo wielkiego zawodu brakiem drogi dla lubiących spacery, zakończył się sukcesem!

Image

Pora na wizytę w stolicy Zjednoczonych Emiratów, czyli na Abu Dhabi. Według wielu miejscowych stolica jest dużo spokojniejsza i bardziej "wychillowana", niż reszta wielkich miast. Dostaliśmy się tam pierwszym autostopem w naszej podróży i znów, mimo kilku obaw, czy to o miejsce, czy ludzi, wszystko poszło szybko i sprawnie. Nie czekaliśmy nawet dwudziestu minut i już lecieliśmy do Abu. Pierwsze wrażenie z Abu Dhabi? Dużo mniej turystów, jedzenie bardzo dobre i ludzie przefajni! Nasz host o wdzięcznym imieniu Adel to kolejna pozytywna osoba na naszej drodze. Był najlepszym organizatorem, poświęcił swój czas pracy na zwiedzanie z nami. Zaskoczył nas nie raz. Podrzucił nas też na plażę miejską. Pierwsza kąpiel w Zatoce Perskiej za nami, było super!

Image

Na szczęście to nie był koniec naszego dnia. Nasz host zabrał nas do największego meczetu w Emiratach. Oczywiście nie obyło się bez niespodzianki, czyli musieliśmy ubrać tradycyjny strój. Trzeba przyznać, że meczet robi ogromne wrażenie. Ilość czasu oraz pracy włożonej w każdy szczegół oraz jego przepych potrafi przysporzyć bólu głowy. Oczywiście jak w każdym mieście, czymś się trzeba wozić. My jeździliśmy bardzo luksusowym BMW kabrio. :)

Image

Każdy kolejny dzień przynosił nowe cuda i widoki. Powrót z Abu Dhabi do Dubaju oczywiście autostopem i czekaliśmy równo 16 minut. Nasz czas w Zjednoczonych Emiratach dobiegał pomału końca, jednak przed samym wylotem mieliśmy możliwość nocowania w Szardży u hosta Sida. Ale była zabawa! Nie spodziewaliśmy się takiego obrotu sprawy, a w czwartek od rana byliśmy zobaczyć granicę Emiratów i Omanu. Przepiękne widoki, idealna pogoda dla nas, czyli temperatura 26 stopni i lekki wiatr. Nic tylko cieszyć oczy. Szczerze mówiąc, wolimy naturę niż wielkomiejskość.

Image

Ostatni dzień był dla nas małym wyzwaniem, ponieważ musieliśmy ogarnąć plan od rana do wieczora, bo sam lot był po 23. Na szczęście znowu zaopiekował się nami Ahmed! Co za człowiek, jest po prostu niesamowity. Pomijając wszelkie oczywistości jak to, że jest przesympatyczny i przyjazny, pokazał nam świetne miejsce nazywane Global Village. Jest to coś w rodzaju wystawy wielu krajów w jednej lokacji. Bardzo fajny pomysł, można spróbować jedzenia z prawie całego świata, zobaczyć tradycyjne stroje czy pogadać z tubylcami.

Image

Reasumując naszą wizytę w Zjednoczonych Emiratach możemy z pewnością napisać, że Dubaj jest bardzo turystycznym miastem i wiele w nim jest robione pod nich. 11% mieszkańców to tubylcy, a reszta to imigranci poszukujący lepszych zarobków, głównie Hindusi, Filipińczycy, Egipcjanie. Największą wadą Dubaju jest brak chodników. Naprawdę może to spowodować wiele frustracji. Zamiast wjazdu na Burj Khalifę polecamy odwiedzić Hotel Sheraton i jego Level 43. Ważną rzeczą jest jedzenie w Dubaju. Przede wszystkim da się posilić tanio, czyli za około 5-20 złotych na osobę. Trzeba szukać małych knajp z shaormą, kebabem. Jeszcze taniej jest w barach z kuchnią indyjską. Oczywiście im bliżej centrum, tym ceny są wyższe. Autostop działa bezbłędnie, choć ludzie nie mają pojęcia co to jest, ale zatrzymują się z prostej potrzeby pomocy. Na początku byliśmy trochę zakłopotani samymi wielkimi budynkami, na szczęście sytuację uratowali ludzie, których spotkaliśmy. Emiraty to jeden z tych krajów, gdzie można wydać fortunę, ale nie trzeba. Wstęp do największego meczetu w ZEA (w Abu Dhabi) jest bezpłatny. Dojazd z lotniska DWC w nocy nie ma sensu, lepiej się przekimać i ruszyć pierwszym autobusem około 5:30.

Dubaj to dla nas ogromna dawka nowości. Nie ma drugiego takiego kraju. Wszystko, co zobaczyliśmy i czego się dowiedzieliśmy było zaskakujące.

W Emiratach spędziliśmy 7 dni, następnie mieliśmy lot z Dubaju do Manili. Stolica Filipin często nazywana jest piekłem podróżujących, ale dla nas była wyjątkowo łaskawa, a czasami wręcz miła i zaskakująca.

Cytuj:
Kolejnym przystankiem na naszej drodze do Australii była Manila na Filipinach. Nie traktowaliśmy tego jako zwykłą przesiadkę. Staraliśmy się maksymalnie wykorzystać dane nam sześć dni w stolicy. Ciężko było nam sobie uświadomić, że w tym punkcie, który od tak dawna obserwowaliśmy na mapie, właśnie realnie stoimy.

W Manili wylądowaliśmy dokładnie 4 grudnia. Z lotniska odebrał nas Allen, który gościł nas ze swoją dziewczyną Julie w Imus, niedaleko stolicy. Zaopiekowali się nami, pozwolili spróbować dużo różnych, tradycyjnych, filipińskich potraw. Najlepiej smakowała nam zupa, podobna do polskiego rosołu. Polubiliśmy też posiekaną wieprzowinę uprażoną z cebulką i smażone w głębokim oleju małe kraby. Ale był z nimi ubaw. :) Owoce morza są niezłą frajdą dla nas, ale w smaku nie zachwycają. Próbowaliśmy też ulicznego jedzenia. Jedliśmy jelita kurczaka i świnki. Filipińczycy wykorzystują każdą część zwierzęcia, nic się nie zmarnuje. Dla mnie jednak największym rarytasem były owocowe soki i koktajle. Koktajl ze świeżego mango albo sok z kokosa z pociętym na wąskie paski kawałkami owoców. Pychotka! Julie bardzo się ekscytowała wszystkim, co mogła nam pokazać. Byliśmy jej pierwszymi gośćmi z Couchsurfingu, ale szło jej bardzo dobrze. Też uwielbia podróżować, więc łatwo było się dogadać.

Image

Jak to często bywa w podróży, spotkała nas miła niespodzianka. Odwiedziliśmy rodzinę Julie. Było tam mnóstwo dzieci, krzyki i piski nie miały końca. Stanowiliśmy dla nich niezłą atrakcję. Miło było ich poznać, wszyscy chętnie z nami rozmawiali, nie wstydzili się. Na koniec wizyty odmówili za nas modlitwę o powodzenie w dalszej podróży.

Image

Allen mieszka na terenie zamkniętego osiedla z dostępem do basenu. Dla mieszkańców to codzienność, więc nikt z niego nie korzysta. Dla nas – prawdziwe All Inclusive.

Image

Allen i Julie zabrali nas na wycieczkę do Tagaytay, nad jezioro wulkaniczne. Według mieszkańców to najzimniejsze miejsce na wyspie. Położone jest wyżej niż reszta miast. Wiele rodzin wybiera się na pikniki, spacery, korzysta z miejsc do zabawy dla dzieci. Bardzo popularne są zipline'y, czyli zjazdy na linie ponad doliną. Właśnie w Tagaytay złapał nas pierwszy deszcz podczas naszej wyprawy. Był ciepły, nieszkodliwy, ale przeszkodził w cieszeniu się widokiem z góry na wulkan pośrodku jeziora i okolicę.

Po dwóch dniach zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Pojechaliśmy do Alabang w Muntinlupa. To miasto położone w południowej części metropolii Manili. Ugościła nas Rhylie – specyficzna dziewczyna, pracująca w nocy, śpiąca w dzień. Jej doba życia wygląda nieco smutno. W tym trybie nie ma czasu dla siebie, ale dużo podróżuje i tym się nagradza. Mieszka sama, zwiedza świat sama. Nie zazdroszczę, ale podziwiam. Sama, jako dziewczyna, nie odważyłabym się. Poza tym, w towarzystwie jest mi o wiele lepiej. Miło jest mieć do kogo się odezwać, we własnym języku.

Ostatni dzień w wielkiej metropolii spędziliśmy z Marią, filipinką z Couchsurfingu, która nie mogła nas ugościć w domu, ale bardzo chciała spotkać się z nami i pokazać miasto. To ona uratowała nasz pobyt jeśli chodzi o zwiedzanie głównych punktów wartych turystycznych. Zabrała nas do starego miasta, gdzie zobaczyliśmy charakterystyczną, zabytkową zabudowę. Manila ma piękną, ogromną, klimatyzowaną katedrę. Aby wziąć w niej ślub trzeba wydać miliony. Ponieważ Filipiny to kraj niemalże w 100% katolicki, kościołów było co niemiara. Przed jednym z nich złapaliśmy młodą parę, zaraz po ślubie. Nie mogliśmy nie skorzystać z okazji i zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcie. Niespodziewanie, goście weseli zaczęli sobie podawać aparaty i telefony, chcieli nas też uwiecznić na swoim sprzęcie. Fajnie być celebrytą chociaż jeden dzień. :P Niezły ubaw miały dzieci, kiedy dołączyłam do ich tańca na ulicy. Choreografia nie była zbyt trudna.

Maria zabrała nas też na promenadę nad zatoką, gdzie wieczorem mnóstwo ludzi przychodzi po prostu posiedzieć, spotkać się ze znajomymi, popatrzeć przed siebie. Wszędzie było widać i czuć Święta. Osobiście lubię ten klimat. Fajnie być w kraju, w którym obchodzi się Boże Narodzenie. Najśmieszniejsze jest tylko to, że w galeriach handlowych w kółko grane są piosenki typu "pada śnieg", a przecież oni w większości nigdy w życiu nie widzieli śniegu.

Maria była bardzo odważna, bo wybrała dla nas na obiad jedzenie filipińskie, nie wiedząc czy będziemy lubić to, co przyniosła. Tutaj właśnie pojawiły się pyszne, małe, chrupiące kraby. Oczywiście nigdy nie może zabraknąć do potrawy ryżu.

Image

Manila jest ładna. Stwierdziłam to ostatniego dnia, kiedy zaczęłam zauważać coś więcej niż tylko miasto uwięzione w korkach. Od początku jednak dało się odczuć, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Mimo dosyć dużej przestępczości, Filipińczycy są bardzo otwarci, uśmiechają się na ulicy, wszędzie słychać: dzień dobry Madame, do widzenia Madame. Oczywiście najbardziej cieszą się dzieci. :)

Nie da się nie odczuć, że Manila jest okropnie zakorkowana. Jazda w mieście wygląda śmiesznie. Bez przepychania nigdzie się nie dojedzie. Na ulicy, oprócz aut, widać pełno skuterów, trójkołowców z dodatkowym koszem dla pasażera lub skrzynką na sprzedawane produkty. Komunikacja miejska to głownie Jeepny – odpowiednik naszych autobusów. Do Jeepny wsiada się od tyłu, bo jest on tam zupełnie nieosłonięty. Są wyznaczone przystanki, ale można się też dosiąść w trakcie jazdy w korku. Pasażerowie siadają na jednej z dwóch ławek ustawionych wzdłuż kierunku jazdy. Śmiesznie obserwuje się cały ten uliczny ruch.

Image

Będąc na Filipinach bardzo odczuliśmy to, że jesteśmy biali. Cały czas czuliśmy na sobie spojrzenia tubylców. Dowiedzieliśmy się, że dla filipińskich dzieci wyglądam jak lalka Barbie. W dodatku... Białe jest piękne, tak ich mózg kierowany jest przez reklamy telewizyjne. My w Polsce chodzimy na solarium, a oni oddaliby wszystko, żeby mieć jasną karnację. Ja narzekam, że po tygodniu w ciepłych krajach nadal jestem albinosem, a oni faszerują się tabletkami wybielającymi. Nikomu nie dogodzisz, każdy chce mieć to, czego nie ma.

Wniosek po pobycie na Filipinach: podróże naprawdę poszerzają horyzonty. Będąc tam uświadomiłam sobie jak bardzo jesteśmy wszyscy podobni na całym świecie. Człowiek marzy o tym, co mają inni, a nie docenia swojego. Jestem dumna, że mamy w Polsce morze, góry, cudowne Mazury, wiosnę, lato, jesień i zimę. Czy powinnam też zacząć cieszyć się, że jestem wiecznym albinosem.

Praktyczne porady
- Pierwsza i najważniejsza: zawsze i wszędzie uważać na siebie! Czasami wystarczy pomylić jedną uliczkę i wejdzie się prosto do slumsów, a to nie należy już do najprzyjemniejszych rzeczy. Nawet lokalni, którzy byli z nami bali się tam chodzić. Z szczerego serca odradzam "chwalić" się sprzętem fotograficznym, kamerami, zegarkiem - można bardzo łatwo go stracić. Kradzieże na Filipinach to codzienność i choć nas ominęła, to ludzie których spotkaliśmy mieli sporo przykrych sytuacji.
- Jeśli lądujecie w nocy na lotnisku w Manili nie dajcie się zwieźć - ochroniarz może do Was podejść i powiedzieć, że w nocy na lotnisku grasuje mafia, porywająca ludzi na organy... Po czym ochroniarz odprowadzi Was do "zaufanej" taksówki, która skasuje Was jak za zboże (sytuacja przydarzyła się znajomym).
- Targujcie się. :) Nie w sklepach, ale jeśli kupujecie coś na ulicy to zawsze jako biali dostaniecie 3-4 razy większą cenę. :)
- Bankomaty pobierają 200 peso prowizji za wypłatę, TYLKO bankomat HSBC nie pobiera kasy.

Kolejnym, bardzo ważnym krokiem była dla nas Australia... Jest to nasze wielkie podróżnicze Marzenie, dlatego z wielką niecierpliwością wyczekiwaliśmy tego kontynentu. Jakie były wrażenia? Usiądźcie wygodnie i przeczytajcie!

Cytuj:
Kto z Was marzy o podróży do Australii? My marzyliśmy i zrobiliśmy wszystko, żeby marzenie się spełniło. Pomogła nam w tym pasja Piotrka do poszukiwania tanich lotów. Od znalezienia promocji na loty linii Cebu Pacific do jej zakończenia mieliśmy kilka godzin na podjęcie decyzji. Teraz jesteśmy TU, na końcu świata i czujemy się jak w bajce. Mamy przytulne mieszkano w Sydney i zaraz opowiem jak to się stało, że taki luksus nas dotknął. Za nami pierwsze trzy tygodnie, a w głowach już milion wspomnień i obrazów do zapamiętania. A najbardziej cieszy nas to, że mamy jeszcze dużo czasu, żeby odkryć ten ogromny kraj.

Image

Zacznę od końca, czyli podsumowania
Australia rozkłada nas na łopatki. Codziennie się zachwycamy, codziennie nasze oczy cieszą cudne widoki, natura pokazuje jaka jest zdolna, przyroda nadaje koloru tej krainie. Kangury - samobójcy, chociaż niebezpiecznie rzucają się pod auto, budzą uciechę. A jeszcze większą leniwe misie koala. Plaże, klify, nawet pola z pasącymi się na nich krowami tworzą krajobraz, którego się nie zapomina.

Image

Sydney
Podróż po Australii rozpoczęliśmy od Sydney i okolic, gdzie już pierwszego dnia cieszyliśmy oczy widokami jak z pocztówek. Miły pracownik jednej z linii lotniczych zawiózł nas prosto z lotniska na plażę Cronulla, gdzie nie obyło się bez zabawy z falami.

Image

Pierwsze dwa dni mieszkaliśmy w Sylvanii, skąd dojeżdżaliśmy autostopem do Sydney. Bez wątpienia powiem, że się opłaciło. I wcale nie chodzi o pieniądze. Ale o tym za chwilę.

Sydney zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. To ogromne miasto, ale jest pełne zieleni, co dodaje uroku. Pierwszego dnia zrobiliśmy długi, całodzienny spacer przez Hyde Park i piękny ogród botaniczny. Doszliśmy do zatoki, znad której podziwiać można budynek opery. Jeszcze pamiętam, jak układaliśmy w Poznaniu puzzle właśnie z takim widokiem, jaki zobaczyliśmy tam. Przy słonecznej pogodzie obrazek był cudowny, wcale nie przereklamowany. Nie mogliśmy nie podejść do samej opery, weszliśmy nawet do środka, niestety tylko do głównego holu. Nie mogłam się napatrzeć na te szykowne panie w długich sukniach. A obok opery właśnie zbierał się tłum fanów Gwiezdnych Wojen na koncert/przedstawienie promujące nowy film z serii. Innego dnia zwiedziliśmy Darlig Harbour, kolejnego zrobiliśmy treking w Blue Mountains – pięknych górach w Parku Narodowym. To jest to, co lubimy. Spacer pośród bujnej przyrody z papugami latającymi nad głowami. Wracaliśmy do domu autostopem z panem, który powiedział: "ja za młodu podróżowałem przez dziesięć lat, przyjechałem do Australii, zbudowałem dom, mam rodzinę, ale... Już nie mam tak dużo czasu na odkrywanie świata. Nie wracajcie za szybko!"

Image

Autostop sprawia, że plany zmieniają się o 180 stopni!
Byliśmy po pierwszym dniu zwiedzania miasta. Na dworze było już szaro, kiedy łapaliśmy stopa do Sylvanii, oddalonej o 20 km od Sydney. Zabrała nas kobieta ze swoim synem. Po 5 minutach wspólnej jazdy, kiedy wysłuchała paru zdań o nas i naszej podróży powiedziała:
- Jeśli chcecie, możecie mieszkać w moim domu w Sydney przez Święta i Nowy Rok. Ja wyjeżdżam do Brisbane na wakacje.
Nasze oczy i uszy otworzyły się szeroko, spojrzeliśmy na siebie nawzajem z wielkim zaskoczeniem.
- Ale jak to? Nie boisz się?
- Znam się na ludziach, jesteście w porządku! :)

Tym oto sposobem drugi dzień pobytu ukształtował nam następne kilkanaście dni. Żeby lepiej poznać Tai (bo tak ma na imię nasza pomocna dusza), mieszkaliśmy z nią przez kilka dni, po czym ruszyliśmy do Melbourne. Jaka wielka była nasza radość, gdy okazało się, że kierowca tira, z którym pojedziemy, zmierza właśnie do Dandenong, miejscowości pod Melbourne, z której miał odebrać nas Michael, nasz gospodarz. Była już noc i dotarcie tam z miasta zajęłoby nam dużo czasu, a tu taka niespodzianka. Do Melbourne nie jechaliśmy przez przypadek. Spotkaliśmy się tam z Adamem i Asią, naszymi przyjaciółmi, którzy już od dawna są w podróży. Byliśmy bardzo podekscytowani, że możemy ich zobaczyć tak daleko od domu. Dzień w Melbourne spędziliśmy na spacerach, siedzeniu w parku, gdzie po prostu cieszyliśmy się sobą.

Przez Adama i Asię poznaliśmy Agnieszkę, dzięki której mogliśmy spędzić jeszcze więcej czasu z ekipą. Aga przyjęła nas na noc pod swój dach. Nie musieliśmy już dojeżdżać z i do Rowville, gdzie mieszkaliśmy. Mogliśmy spokojnie spędzić razem i wieczór, i ranek.

Miasto zwiedzaliśmy na rowerach. Wypożyczyliśmy miejskie rowery za trzy dolary, trzeba było tylko oddawać je co pół godziny do stacji, których jest mnóstwo, więc nie sprawiało to problemu. Po wspólnej kolacji ruszyliśmy rozbić kasyno. Pojechaliśmy rowerami. Z naszymi wypożyczonymi był jakiś problem, więc pojechaliśmy dwójkami. Aga wzięła mnie, Adam Piotrka. My miałyśmy bagażnik, oni nie. Wyglądało to co najmniej zabawnie. Czy rozbiliśmy to kasyno? Pewnie, że tak!

Great Ocean Road

Na następne kilka dni wypożyczyliśmy samochód, żeby podziwiać Great Ocean Road – najpiękniejszą trasę biegnącą zaraz przy wybrzeżu oceanu. Najbardziej popularny punkt widokowy – The Twelve Apostols (Dwunastu Apostołów, zdjęcie poniżej) chociaż pełen turystów, przy zachodzie słońca budzi zachwyt. Inne punkty wcale nie mniejszy, tam jest po prostu cudownie. Natura potrafi tworzyć takie wspaniałe rzeźby i obrazy, że tylko ludzkie oko jest w stanie to zarejestrować. Nawet najlepsze zdjęcia nie oddadzą tego co zobaczyliśmy.

Po drodze zatrzymywaliśmy się na kempingach, które w Australii są bardzo dobrze przygotowane. My wybieraliśmy te darmowe. Zawsze zapewniały dostęp do wody i toalety oraz stołu do zjedzenia posiłku czy gry w kości. Raz dane było nam spać na skale nad samą plażą. Widok o poranku niezapomniany.

Samochód na własność to dla autostopowiczów ogromny luksus. Niestety na stopa nie moglibyśmy zatrzymać się gdzie chcemy, spać gdzie chcemy i przede wszystkim przemieszczać się razem, we czwórkę.

Image

Góra Kościuszki

Z samochodem udało nam się na tyle fajnie, że mogliśmy go oddać w Sydney. A dokładnie tam planowaliśmy jechać, żeby spędzić Święta i Sylwestra. Właśnie jesteśmy w mieszkaniu Tai i to dla nas największy prezent. Nikt nam jeszcze aż tak nie zaufał. Dostaliśmy nawet auto, więc wybraliśmy się na dwudniową wycieczkę. Postanowiliśmy zdobyć Górę Kościuszki. W niedzielę, 27 grudnia, od samego rana pojechaliśmy na uwielbienie do Kościoła Hillsong, po czym ruszyliśmy w około 500 kilometrową drogę. Noc spędziliśmy pod namiotami, wytrwaliśmy niespodziewany, 3 stopniowy mróz, żeby o poranku zacząć treking. O 7.00 termometr auta pokazywał minus 1 stopień, co wzbudziło silne poruszenie, a nawet śmiech. Na szczyt dotarliśmy dłuższą drogą, a zeszliśmy krótszą. Mało kto wybierał taką opcje, nie wiadomo czemu, bo wzniesienie nie było trudne do pokonania, a widoki rekompensowały cały wysiłek. Cały spacer to około 20 kilometrów. Przed samym szczytem znaleźliśmy połacie śniegu. W Polsce w zimie wiosna, a w Australii śnieg w górach latem. Dumnie zdobyliśmy szczyt niosąc polskie flagi. Budziły one ogromne zainteresowanie ludzi.

- Jakiego kraju to flaga?
- A jak wymówić Koziosko?
- Koziosko był Polakiem, tak?
- Mogę zrobić z Wami zdjęcie?

Takie pytania padały co chwilę. Miło, że góra nosi właśnie taką nazwę.
Treking był na dla nas bardzo przyjemny, człowiek po przejściu tych 20 kilometrów czuje taką miłą satysfakcję. Udało nam się przejść trasę całkiem sprawnie, tak że spokojnie dojechaliśmy z powrotem do Sydney tego samego dnia. Możemy tu zostać jeszcze kilka dni, czekamy na fajerwerki i jesteśmy bardzo wdzięczni Tai za ten tymczasowy Dom.

Image

Praktyczne porady:
- Australia to ogromny kraj! Warto czasami wypożyczyć auto z możliwością oddania w innym miejscu. Znam jednego kolesia, który tak wypożycza, mogę na PW podać namiary.
- Pająki i węże są... Przereklamowane, ale! Trzeba naprawdę uważać, mieliśmy na kempingu jedną historię rodem z dreszczowca. Natomiast nie jest to tak jak wielu ludzi to obrazuje. :)
- Ludzie są tutaj niesamowicie mili i dobrzy, jeszcze nie było sprawy, której nie udałoby nam się załatwić.
- Najtańsze zakupy: sklep Woolworths i szukanie produktów z naklejką "reduce". :) Średnio da się wyżywić dwa razy taniej.
- Paliwo kosztuje około dolara za litr (na dzień dzisiejszy 2,85 zł/litr), gaz około 55-60 centów/litr.
- Najważniejsza aplikacja w Australii - Wikicamps. Pokazuje na mapie darmowe kempingi, my korzystaliśmy tylko z takich i było mega super.


Na dzisiaj to wszystko! Jeżeli się podobało to będzie więcej, jeżeli nie, to liczę na konstruktywną krytykę lub na tym się skończy. :)
Zainteresowanych zapraszam do galerii [kliknij w zdjęcie :)]
Image

oraz uzupełnieniem relacji są filmy na naszym kanale:



Pozdrawiamy serdecznie,
Daria i Piotrek


Ostatnio edytowany przez Piotras_5 26 Lip 2017 14:08, edytowano w sumie 9 razy
Góra
 Profil Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
 
      
#2 PostWysłany: 21 Sty 2016 14:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Kwi 2012
Posty: 803
Loty: 18
Kilometry: 24 779
srebrny
Ależ dziwi brak komentarzy, może dział „podróże międzyregionalne" nie jest zbyt często odwiedzany ;)
A wyprawa wydaje się cudowna, świetnie też ją opisujecie i skoro cały czas kontynuujecie wycieczkę, również dzielcie się relacjami i zdjęciami. Pomyślcie też o informacjach dotyczących cen(szczególnie lotów), bo stanowi to dobre porównanie dla innych, a czasami asumpt do własnej wyprawy(poza tym, że jest podstawą forum ;) ).
_________________
Przez Bliski Wschód i Kaukaz - Relacja z wyprawy do Turcji, Iranu, Armenii i Gruzji
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#3 PostWysłany: 22 Sty 2016 10:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Dziękuję serdecznie! Nie ukrywam, brak komentarzy/jakiegokolwiek odzewu delikatnie ostudził nasz zapał. Pierwsza myśl, że nie bardzo wbiliśmy się w tematykę z autostopem, lotami i couchsurfingiem. :)

Także baaardzo dziękuję za odzew! Informacje dotyczące lotów tajemnicą nie są, więc już się dzielę.
Skorzystaliśmy z doskonałej promocji Cebu Pacific Airlines i kupiliśmy loty najpierw z Dubaju do Manili, następnie z Manili do Sydney. To było 15 lutego 2015.
Następnie na promocję "urodziny Wizzair'a!" (2gi bilet za darmo) kupiliśmy lot z Budapesztu do Dubaju.
Koszt na osobę, wraz z rejestrowanym bagażem (mój 20 kg, Darii 15 kg) wyniósł około 800 zł na osobę. Lot oczywiście w jedną stronę. :)
Aktualnie poszukuję lotu do Nowej Zelandii, jak coś znajdę dam znać!

Komentarz trochę zmotywował, więc dokładam kolejną porcję wrażeń z Australii! Mam nadzieję, że się spodoba. :)

Cytuj:
Od przywitania roku 2016 w Sydney, do pięknych wakacji nad oceanem w okolicach Adelajdy, minęło pół miesiąca. Zdążyliśmy zobaczyć najsłynniejsze na świecie fajerwerki, spotkać kolejnych fajnych Polaków i spędzić 'tydzień słodkości' z Agnieszką w Melbourne. Zamieszkaliśmy w apartamencie z widokiem na ocean w Australii Południowej, i zyskaliśmy nowych przyjaciół i opiekunów, którzy zawsze nam pomogą w razie potrzeby.

Australia, 1-17 stycznia 2016, mapa:

https://www.google.com/maps/embed?pb=!1 ... 3110829227

Nowy rok przywitany w silnym, polskim gronie

Będąc w Australii nie mogliśmy nie zobaczyć pokazu fajerwerków przy operze w Sydney. Dla miasta to ogromne przedsięwzięcie. Wyznaczane są obszary, do których wpuszcza się ograniczoną liczbę osób. Żeby dostać się do środka i zająć dobre miejsce, tłumy ludzi czekają już od rana. Sylwestrową noc spędziliśmy w wybornym, polskim towarzystwie. Byli z nami Adam i Asia, którzy towarzyszyli nam od dłuższego czasu, przyjechała do nas Agnieszka, którą poznaliśmy w Melbourne. Naszą paczkę zasilili również Irmina, Paweł, Tomek, Magda i jej mama Maryla. To oni uświadomili nam, że musimy być na miejscu już od rana, bo około południa bramki wejściowe są zamykane.

O 21.00 odbył się pierwszy pokaz sztucznych ogni, a o północy drugi. Oba zrobiły na nas ogromne wrażenie. Nie ukrywam, że głównie zależy ono od miejsca, w którym się stoi. Piękny widok mogą zepsuć otaczające drzewa. Fajerwerki dały mi dużo radości, a jeszcze więcej to, że mogliśmy się wszyscy szczerze przytulić i złożyć życzenia dotyczące dalszej podróży.

Image

Autostopem na trasie Sydney – Melbourne po raz drugi

3 stycznia pożegnaliśmy się z Asią i Adamem, którzy za kilka dni mieli opuszczać Australię i lecieć do Nowej Zelandii. Tego samego dnia powitaliśmy Tai – naszą bohaterkę, która zostawiła nam swoje mieszkanie w Sydney. Zostaliśmy z nią do następnego dnia i ruszyliśmy w dalszą drogę do Melbourne. Po raz drugi startowaliśmy z tej samem stacji benzynowej. Czekaliśmy kilka godzin, ale opłacało się, bo zabrał nas ze sobą Bob, którego bardzo polubiliśmy. Chociaż ciężko było rozmawiać w huczącym tirze, chyba też nas polubił, bo zabrał nas na obiad i zawiózł w nocy pod sam dom Agnieszki, u której spaliśmy. Pożegnał nas wymownym, głośnym klaksonem. Do tej pory jesteśmy z nim w kontakcie.

Melbourne

Każde wydarzenie w naszej podróży wywołuje kolejne, niczym lawina. Będąc w Melbourne za pierwszym razem, poznaliśmy Agę, u której nocowali Asia z Adamem. Aga odwiedziła nas w Sydney na Sylwestra (pierwszy raz jechała autostopem), a później ugościła nas u siebie w Melbourne. Nie możemy się nadziwić jaka z niej odważna dziewczyna! Do tego cudownie gotuje i piecze. To był czas słodkich przyjemności. Na stole pojawił się nawet polski budyń.

Melbourne mogliśmy zwiedzić rowerami. Byliśmy w porcie jachtowym, przejechaliśmy przez ogród botaniczny, który w upalnym słońcu wyglądał cudnie. Była sobota, więc mnóstwo rodzin wybrało się na piknik. Odwiedziliśmy też Australian Centre For Moving Image, czyli interaktywne muzeum przedstawiające historię kinematografii i gier komputerowych. Aga mieszka niedaleko wybrzeża, więc udało nam się w końcu zobaczyć małe pingwiny wracające na ląd przy zachodzie słońca. Również udaliśmy się do kina, aby w końcu zobaczyc najnowsza część Gwiezdnych Wojen! Piotrek był w siódmym niebie. :)

Image

Będąc w Melbourne, usłyszałam od mamy w rozmowie telefonicznej, że my to właściwie nie jesteśmy w podróży. Przecież po prostu sobie żyjemy, tylko stosunkowo często zmieniamy miejsce zamieszkania. Poza tym jemy, sprzątamy, robimy zakupy, pierzemy, gotujemy, czytamy, śpiewamy, spotykamy się z ludźmi. Lubimy się zatrzymać na dłużej w jednym miejscu, lubimy też te emocje, kiedy znowu ruszamy w drogę.

Christies Beach – nasze wakacje pod palmami


Image

Po tygodniu spędzonym z Agą w Melbourne nadszedł czas na Adelajdę. Dużo radości dało nam kolejne łapanie stopa. Nie było łatwo w około 40 stopniowym upale. Zmierzaliśmy do Christies Beach, na południowych przedmieściach miasta, gdzie czekał na nas couchsurfingowy gospodarz – Oli. Pisząc tą relację właśnie siedzimy w jego pięknym apartamencie, gdzie zamiast muzyki słychać szum oceanu. Ludzie mieszkają w tak cudownych miejscach. Wydawałoby się, że tylko w drogim hotelu, który wykupujemy na tydzień wakacji w ciepłych krajach można przesiadywać na tarasie, patrzeć na zachód słońca i morze jednocześnie. Oli to trzydziestolatek, który prowadzi bardzo zdrowy tryb życia. Zaraził nas tym na te kilka dni i pokazał, że można jeść smacznie, zdrowo i nie obżerać się niepotrzebnymi dodatkami. Bardzo mi się to podoba i wcale nie jest to takie trudne. Wyeliminowanie chleba z diety chociaż na kilka dni dało mi dużo lekkości i zadowolenia z siebie :)

Oli to mądry chłopak, dlatego bardzo swobodnie nam się z nim rozmawia. Chociaż nie ma dla nas dużo czasu, zawsze poświęca dla nas chwilę wieczorem i podczas posiłków. Prowadzi własny biznes i pracuje w domu. Jego motywacja do pracy w domu jest niesamowita.

Pierwszego dnia pobytu postanowiliśmy pojechać do centrum Adelajdy. Zabrało nas na stopa starsze małżeństwo – Helen i Stephen, którzy umówili się z nami na spotkanie na kolejny dzień. Zachwyciliśmy się ich młodością ducha. Po prostu biła od nich taka radość życia i mieli tyle do opiowiadania. Chociaż są już na emeryturze, nie nudzi im się w ogóle. Zgodnie z umową, zabrali nas następnego dnia na wycieczkę na południe półwyspu Fleurieu. Wybrzeże jest cudowne. Najpięknejsze było to, jak Helen i Stephen zachwycili się widokami po raz kolejny. Są tubylcami, a mimno to wciąż cieszy ich piękno Australii. Razem pojechaliśmy w okolice Victor Harbor, gdzie po raz pierwszy spróbowaliśmy 'meat pie', popularnej w Australii babeczki z mięsem. Do tego delikatny sernik, kawa z mlekiem i byliśmy w niebie. Po południu małżeństwo zaprosiło nas do siebie na herbatę i Helen odwiozła nas do domu. Nigdy się nie dowiemy, co sprawia, że ludzie są dla nas tacy dobrzy. Przecież czas jest bezcenny w obecnym świecie, poświęcenie go dla kogoś obcego to majątek.

Image

Mieszkając dwa kroki od plaży nie mogliśmy nie sprawdzić wody. Oli jest ratownikiem wolontariuszem, więc czuliśmy się bezpiecznie. Dowiedzieliśmy się, że w całej Australii ratownicy pracują dobrowolnie, bez wynagrodzenia. To niewiarygodne, taka odpowiedzialność. W takich momentach zawsze automatycznie przychodzi nam do głów porównanie, jak to jest w Polsce.

Jednego popołudnia Oli zabrał nas na kawę do swoich rodziców w Glenelg. To turystyczna dzielnica, ale bardzo urokliwa. Wielką niespodzianką były dla nas odwiedziny w polskiej kawiarni, gdzie na ścianach wisiały wielkie fotografie z Poznania. Cały czas mam sentyment do tego miasta po 5 latach studiów. Zobaczyć koziołki na końcu świata – bezcenne!

Image

Daria


Pozdrawiamy serdecznie i jeżeli ktoś jest zainteresowany na bieżąco (bo tutaj jednak ciężko się wpisywać w czasie rzeczywistym :) ) to zapraszam na naszego fb: https://www.facebook.com/swiatjestksiazka/
Góra
 Profil Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
      
#4 PostWysłany: 22 Sty 2016 15:10 

Rejestracja: 02 Mar 2012
Posty: 3730
HON fly4free
Fajnie się czyta Waszą relację.Gratuluję pomysłu i czekam na dalsze odcinki.
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#5 PostWysłany: 27 Sty 2016 13:01 

Rejestracja: 05 Wrz 2014
Posty: 34
Kozak Trip! Powodzenia!
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#6 PostWysłany: 27 Sty 2016 14:01 

Rejestracja: 25 Lut 2012
Posty: 232
Loty: 23
Kilometry: 72 725
niebieski
Piszcie dalej tak ciekawie. Zdjęcia też są super. Czekam na Waszą dalszą relację i zazdroszczę pogody.
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#7 PostWysłany: 27 Sty 2016 14:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2014
Posty: 118
Loty: 44
Kilometry: 94 406
Miałem okazję spędzić prawie miesiąc w Australii i wiem o czym piszecie. Australia jest the best.
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#8 PostWysłany: 27 Sty 2016 14:57 

Rejestracja: 22 Sie 2012
Posty: 632
Loty: 78
Kilometry: 201 975
niebieski
bosko! piszcie dalej! :D
_________________
moje relacje:
http://www.fly4free.pl/forum/sztuka-ame ... ,212,81860
minirelacja-z-maxiwyspy-ilha-grande,212,96928&start=0
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#9 PostWysłany: 27 Sty 2016 14:59 

Świat jest mały : w tym samym czasie byliście w Sydney co my, podzielam Wasz zachwyt tym cudownym krajem :) .
Góra
 PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#10 PostWysłany: 27 Sty 2016 15:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 Maj 2014
Posty: 188
Loty: 1
Kilometry: 2 169
niebieski
Super sprawa. Sam bardzo chciałbym wyruszyć w taką podróż. Mam nadzieję, że uda Wam się odwiedzić nawet więcej krajów, niż sami o tym marzycie.
Czekamy na relacje z Nowej Zelandii ;)
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#11 PostWysłany: 27 Sty 2016 15:55 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 2865
My zrobiliśmy podobną trasę w zeszłym roku: Budapeszt, Dubai, Filipiny, Australia, i tą samą trasą do domu. Miło powspominać. :) Ale jestem bardzo ciekawa, co Wy planujecie dalej.

Piotras_5 napisał(a):
Będąc na Filipinach bardzo odczuliśmy to, że jesteśmy biali. Cały czas czuliśmy na sobie spojrzenia tubylców. Dowiedzieliśmy się, że dla filipińskich dzieci wyglądam jak lalka Barbie. W dodatku... Białe jest piękne, tak ich mózg kierowany jest przez reklamy telewizyjne. My w Polsce chodzimy na solarium, a oni oddaliby wszystko, żeby mieć jasną karnację. Ja narzekam, że po tygodniu w ciepłych krajach nadal jestem albinosem, a oni faszerują się tabletkami wybielającymi. Nikomu nie dogodzisz, każdy chce mieć to, czego nie ma.

My odczuliśmy to na własnej skórze na Filipinach. Na plaży miejskiej w PP zostaliśmy poczęstowani grillowanymi owocami morza oraz zaproszeni do wspólnego biesiadowania z tubylcami. Nie rozumieliśmy na początku tego zainteresowania jacy to my jesteśmy ładni ludzie. Nasza jasna skóra, jasne oczy, jasne włosy. Niebieskie oczy mojego męża wzbudzały ogólne uwielbienie. :oops: Wytłumaczono nam, że wiele osób nie widziało jeszcze takich jasnych oczu na żywo. Wszyscy robili sobie z nami zdjęcia: starzy, młodzi, kobiety i mężczyźni. oh, te "blue eys" :lol:
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
#12 PostWysłany: 28 Sty 2016 11:20 

Rejestracja: 14 Maj 2015
Posty: 15
Heja. Rewelacyjna ta relacja, swietnie sie ja czyta i bardzo pozytywnie nastraja:-D Bardzo podobaja mi sie zdjecia:) Droga paro inzynierow, koniecznie piszcie dalej, ja na pewno bede wiernie was czytac! Dodam, ze super uslyszec cos pozytwnego o coachsurfingu, bo ostatnio ze wszystkich stron slyszalam tylko negatywne rzeczy i ze spolecznosc CS zupelnie zeszla na psy.
Zyczej dalszej bezpiecznej i udanej podrozy!! Robcie duzo zdjec!!!
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#13 PostWysłany: 28 Sty 2016 11:35 

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 1
Loty: 72
Kilometry: 159 965
Super relacja, dużo przydatnych informacji. Za dwa tygodnie również wybieram się do Australii, więc czekam z niecierpliwością na kolejne części relacji :-) Mogę dostać namiary na tego gościa, co wypożycza auta? madzina4@o2.pl
Góra
 Profil Relacje PM off
Piotras_5 lubi ten post.
 
      
#14 PostWysłany: 30 Sty 2016 11:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Siemano Wam forumowicze!

Dziękuję serdecznie za takie piękne komentarze, aż serce się cieszy po sam czubek głowy. :) Dajecie nam motywację i właśnie dzięki Wam powstał najnowszy filmik! Specjalnie dla Was, kolejna porcja pozytywnej energii prosto z Australii :)

W tym wydaniu nie tylko miasta, oczywiście też ocean, kopalnia opali, podziemny kościół, fajerwerki na Australia Day w Perth i wiele, wiele innych. :) Trzymajcie się!

@Adżi - daj nam jeszcze trochę czasu, a będzie relacja z NZtów. :) Póki co cieszymy się Australią ile nam wiza pozwoli.
@Japonka76 - znamy to uczucie, nam robili w centrum handlowym foty, a to wesele to było istne szaleństwo. :)
@ankafly4free - my z CSem mamy tylko dobre doświadczenie. Jasne, że raz jest lepiej, raz jest gorzej,a le jak zawsze to zależy tylko od ludzi. :) Może mamy szczęście, dużo referencji i takie tam, to idzie łatwiej. W sumie nie wiem jaka jest recepta na dobrego CSa. :)
@Tajka88 - już jakiś czas temu poszła wiadomość do Ciebie, dostałaś?

A tu obiecany film! Odpalcie koniecznie w Full HD i cieszcie się razem z nami! :)



Pozdrawiamy serdecznie z Perth :)
Góra
 Profil Relacje PM off
wtak lubi ten post.
 
      
#15 PostWysłany: 11 Lut 2016 16:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Cześć wszystkim!

Tym razem ja popełniłem historię o naszych przygodach, mam nadzieję, że się spodoba. Zapraszam Was w krainę autostopu, rejsu żeglarskiego i jak w Australii wydobywa się opale. :) No i na koniec jak zawsze kilka praktycznych porad!

Cytuj:
Jeszcze parę miesięcy temu, gdyby ktoś mnie spytał jak to jest być pośrodku niczego, odpowiedziałbym pojedź na Saharę. Dziś wiem, że nawet na pustyni można żyć, jeśli tylko znajdzie się tam coś, na czym można zarobić. Ludzka pomysłowość chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Opuściliśmy Adelajdę i „nasz” piękny apartament nad brzegiem oceanu. Ponownie ruszyliśmy w drogę, żeby pokonać ponad 2500 km i odkryć Australię Zachodnią.

18 styczeń - 7 luty 2016

Port Augusta

Miasta, w których nic nie ma są naszym przeznaczeniem. Nie chcemy się spieszyć z dojazdem do Perth, no bo akurat czasu mamy pod dostatkiem. Na naszej trasie wybieramy Port Augusta – miasto, z którego rozchodzą się drogi w każdą stronę. Dzięki Couchsurfingowi poznajemy Stuarta i nasz jednodniowy pobyt zmienia się w pięć dni pełnych wrażeń i zwiedzania. Sam Port Augusta nie należy do zachwycających. Poza spacerowaniem, ładną plażą, na której trzeba uważać na rekiny, można zapoznać się z Aborygenami. Na nasze szczęście nie mieliśmy z nimi żadnych problemów, jednak to dość przykre patrzeć jak oni teraz żyją. W dużym skrócie dostają dużo forsy od państwa, nie płacą za mieszkanie i całą zapomogę przepijają oraz przepalają. Nie ukrywam, że zderzenie dwóch, różnych kultur, jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Podobne przemyślenia towarzyszyły nam podczas całego spaceru przez miasto. Zwieńczeniem tego dnia była przygotowana przez Darię jagnięcina. Pierwszy raz w życiu piekła coś takiego i wiecie co? Wyszło coś przepysznego! Tego dnia nasze grono powiększyło się o koleżankę z Niemiec o imieniu Ruth. Jak się miało okazać, spędzimy we czwórkę następna kilka dni, ponieważ padła propozycja, aby pojechać do Coober Pedy. Nie było to naszym planem, ale kto nas zna, ten wie, że lubimy korzystać z takich okazji! No to w drogę. :)

Image

Miasto pośrodku niczego - Coober Pedy

Miasteczko słynące z wydobycia pięknych opali. Wiecie, że ponad 80% światowej produkcji opali pochodzi stąd? My nie wiedzieliśmy, dlatego ogromne połacie terenu pokryte małymi i dużymi kopcami z tysiącami otworów kopalnianych zrobiły na nas wrażenie. Tak właśnie wydobywa się opale, nie jest to skomplikowana technologia. Jej historia sięga 1915 roku i od tamtej pory niewiele się zmieniła. Polega to mniej więcej na tym, aby wykopać 10 metrowy dół o średnicy około metra, następnie za pomocą ogromnego odkurzacza wyciągnąć całą ziemię i przefiltrować w poszukiwaniu opali. Brzmi łatwo? Każdy może spróbować, licencja do nabycia u Australijskiego rządu. Mieliśmy okazję spotkać jedną ekipę zajmującą się szukaniem opali i dowiedzieliśmy się, że dzień ich pracy oraz działania sprzętu kosztuje 500 dolarów. Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo, jest to pewnego rodzaju hazard, podobny do szukania złota.

Image

Kolejną atrakcją, która nas spotkała w Coober Pedy, mieście „pośrodku niczego” to możliwość nakarmienia i pogłaskania… kangurów! To jest to o czym marzy chyba każdy przybywający do Australii. :) Dzięki uprzejmości lokalnej parki, która zajmuje się porzuconymi lub chorymi torbaczami, można się z nimi bliżej zapoznać. Tym oto sposobem rozwiewam tajemnicę, jak udało się nam to zrobić. Nie jest to nic trudnego, wystarczy o określonej godzinie stawić się w Josephine's Gallery. Nic to nie kosztuje, z dobrego serca można po prostu wesprzeć tych ludzi, szczególnie że robią to jako wolontariusze, państwo ich nie wspiera, wszystko płacą z własnej kieszeni. W tym momencie szkoda nam było, że Australijski rząd daje kasę Aborygenom na piwo i fajki, a ludzie ratujący porzucone na pastwę losu zwierzęta są pozostawieni sami sobie. Ciężko zrozumieć politykę.

Image

Wyczekiwanym elementem naszego krótkiego pobytu było zaliczenie basenu. Nie ma nic przyjemniejszego niż w 46 stopniowym upale wskoczyć do zimnej wody! To co było bardzo fajne w Coober Pedy to mieszkanie pod ziemią. Gdy na zewnątrz upał, a ty wchodzisz do mieszkania i w środku magia! Jest dużo chłodniej niż na zewnątrz. Takie rzeczy tylko na pustyni. :)

Image

To nie wszystko co można robić pośrodku niczego. Czekała nas pierwsza wyprawa w Outback, zobaczenie pasma gór zwanych Breakaways (bardzo ważnych dla Aborygenów) oraz dwóch bliźniaczych gór o różnych kolorach - „Two Dogs”. Było to pierwsze miejsce, gdzie towarzyszył nam bardzo silny wiatr, rodem z otwartego i rozgrzanego piekarnika.

Image

Gwoździem programu było zobaczenie słynnego „Dog fence”. Jest to nic innego jak płot chroniący owce we wschodniej Australii przed psami dingo przychodzącymi z północy i zachodu. Nie robi on wielkiego wrażenia dopóki człowiek nie uświadomi sobie, że ten płot ma ponad 5300 kilometrów długości! Dla pojęcia sobie skali tego zjawiska wyobraźcie sobie, że Polska ma 3511 kilometrów obwodu. Tym płotem okrążylibyście Polskę 1,5 raza. :) Taka ciekawostka z Australii.

Image

Czas pożegnać się z Coober Pedy. Po drodze do Port Augusty nie ma prawie nic, tylko stacje i pustynia, która wraz z upływem kilometrów w stronę południa zmienia się w coraz przyjaźniejszy teren.

Image

Flinders Ranges, czyli w sercu Australii

Przypadek? Nie sądzę! Następnego dnia wczesnym rankiem znów zabieramy się ze Stuartem w trasę, tym razem w głąb pasma górskiego Flinders Ranges. Pierwszy przystanek to malutka i przytulna mieścina o wdzięcznej nazwie Quorn. Słynie z zabytkowej kolejki na parę, która pokonuję trasę przez góry do Port Augusty. Niestety, ze względu na korzystanie z tzw. otwartego ognia kolejka zamknięta jest latem. Nie ukrywam, że trasa, którą pokonuje jest przepiękna! Kto wie, może następnym razem zaliczymy Pichi Richi Railway. :)

Image

Całe pasmo górskie Flinders Ranges będzie nam się nieodzownie kojarzyć z Australią. Piękna mieszanka lasów z polami i łysymi górami, a na drodze mnóstwo zwierząt, takich jak kangury czy emu.

Do Perth poproszę!

Czasami bywa tak, że podoba nam się z kimś lub w jakimś miejscu, ale po pewnym czasie czujemy, że musimy się ruszyć. Tak było i w tym przypadku. Choć mieliśmy propozycję zobaczyć Port Lincoln i okolicę, niestety musielibyśmy poczekać parę dni, więc zrezygnowaliśmy i w końcu w drogę! Nie ma co się oszukiwać, Australia jest ogromna i wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z odległości, gdy tu przyjeżdżają. Spotkaliśmy się z dość niepoważnymi pytaniami, gdy turyści chcieli dojechać z Sydney do Perth w jeden dzień. Da się, ale samolotem… Jak zawsze przy większych odległościach zaczynamy z samego rana. Brak ruchu na drodze nie był najlepszym motywatorem, ale jak zawsze, nie poddajemy się. Dopiero po trzech godzinach łapiemy podwózkę. Stety czy nie, tylko na 300 kilometrów, ale lepsze to niż nic! Lądujemy w środku miasteczka (bo tylko tam był cień) i przychodzi nam tym razem czekać sześć godzin. Wiedzieliśmy, że to będzie długi dzień. Na stacji benzynowej Darii udaje się znaleźć jednego starszego pana, który jedzie do Perth i przygarnie nas w swojej dalekiej podróży! Ale byliśmy szczęśliwi. Auto niemiłosiernie zawalone wszelkiej maści gratami i sprzętem kempingowym, ale nie to było najważniejsze. W końcu udało się, ruszamy do stolicy Zachodniej Australii! Po drodze musieliśmy spędzić jedną noc na dziko, pod namiotem, a cały następny dzień spędziliśmy w samochodzie. Jedyną ciekawą rzeczą po drodze był przejazd po najdłuższej prostej w Australii. 146 kilometrów bez żadnego zakrętu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz jechałem 18 godzin, tylko z kilkoma krótkimi przerwami na siku i tankowanie. Zdecydowanie to była bardzo długa podróż.

Image

Pobyt w Perth i wizyta na południu


Lądujemy po jedenastej w nocy u przemiłej parki – Charlotte i Richarda, którzy czekali na nas, aż bezpiecznie dotrzemy do ich domu. To u nich zaczyna się nasza niezwykła przygoda i znajdujemy miejsce, które teraz możemy nazwać przyjazną oazą. Następnego dnia z rana poznajemy całą rodzinkę, czyli trójkę wesołych dzieciaków, z którymi udaje się nawiązać nić porozumienia. :)

Image

Nie zapominamy po co tu jesteśmy, w końcu jak na turystów przystało, trzeba zwiedzić miasto. Trafiamy na Australia Day, czyli wielkie obchody coś jak naszego Święta Niepodległości. Mnóstwo ludzi, atrakcji dla dorosłych i dzieci, ale przede wszystkim ogromny i bardzo długi (aż 30 minut) pokaz sztucznych ogni. To jest to co lubimy!

Image

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wstąpili na tutejszą plażę. Bardzo nam się podobało. Widzicie tą czystą wodę? Chociaż niewielkie fale nie pozwalały na wodne szaleństwo, mieliśmy niezłą frajdę.

Image

Po kilku dniach spędzonych z australijską rodzinką przyszedł czas na zmianę miejsca pobytu. Pierwszy raz w naszej podróży mamy trafić pod dach pary Polaków mieszkających już od ponad 30 lat w Perth. Nie będę ukrywał, zawsze mamy obawy i podchodzimy z dystansem do propozycji noclegów u znajomych znajomego. Cóż bardziej mylnego! Nasze obawy okazały się zupełnie bezpodstawne. Sabina i Bronek ugościli nas typowo po polsku, czyli wszystkim czym mieli. Pierwszy raz od ponad dwóch miesięcy mogliśmy zjeść przepyszny placek drożdżowy czy po prostu ziemniaczki z kotletem panierowanym, pychotka! Co jak co, ale za polską kuchnią będziemy tęsknić. :) Dzięki uprzejmości Sabiny i Bronka mogliśmy spokojnie raz jeszcze zwiedzić miasto, pojechać do Fremantle, pięknej części portowej Perth czy zobaczyliśmy sztukę „Wielebni” autorstwa Mrożka w wykonaniu polaków, amatorów, co było naprawdę super! Bronek chciał również zabrać nas na Pinnacles Desert. Całą drogę padał ulewny deszcz, a jakieś 15 kilometrów przed naszym miejscem docelowym okazało się, że droga jest zamknięta z powodu pożaru. Trochę nas zdziwiło, że leje tak, że od 31 lat ludzie nie widzieli takiego deszczu w środku lata. Niestety, musieliśmy wrócić do domu. Tym razem nieokiełznana natura nas pokonała .

Image

W niedzielę Daria poszła do polskiego kościoła wraz z naszymi gospodarzami, a ja zająłem się naszymi zaległymi sprawami. Po południu odbyły się 88 urodziny mamy Sabiny, co dało nam okazję do poznania ich znajomych mieszkających w Perth. Dziwnie się słucha i mówi po polsku po drugiej stronie świata, ale bardzo miło to wspominamy. :)

Poniedziałkowy poranek dał nam małą zmianę klimatu podróży, ponieważ postanowiliśmy wypożyczyć samochód, aby zwiedzić część kraju na południe od Perth. Zobaczyliśmy najdłuższe molo i najwyższą latarnię w Australii. Spędziliśmy noc w „naszej” małej Toyocie Corolli w Auguście. Kolejne dni były też pełne atrakcji, wspięliśmy się na 75 metrowe drzewo - Bicentennail Tree, zwiedziliśmy Pemberton, wypiliśmy tam kawę w najlepszej kawiarni w południowej części Zachodniej Australii, zobaczyliśmy wodospad kaskadowy i przespacerowaliśmy się po Parku Narodowym Warren. W sumie przez trzy dni zrobiliśmy prawie tysiąc kilometrów.

Image

Po powrocie do Perth nie chcieliśmy nadużywać gościnności Sabiny i Bronka, więc zostaliśmy ponownie przyjęci z otwartymi ramionami w domu Charlotte i Richarda. Dzieciaki bardzo ucieszyły się na nasz widok, my również i resztę dnia spędziliśmy na chłodzeniu się w basenie i popijaniu zimnego piwa.

Dobrym początkiem naszego weekendu było zgłoszenie się na regaty żeglarskie w Mandurah. Ja Cię kręcę, dawno się tak nie cieszyłem! Daria znalazła ogłoszenie na Gumtree, że jedna ekipa szuka uzupełnienia załogi. Takie rzeczy nie zdarzają się dwa razy, więc zgodnie z naszą filozofią postanowiliśmy skorzystać. Nie żeglowałem od dłuższego czasu i nigdy wcześniej na oceanie, to był nasz wspólny pierwszy raz. Nie zawiedliśmy się, pogoda dopisała, było gorąco i wietrznie. Pływanie na burcie z wodą przelewającą się przez jacht, fale moczące całą załogę i ten uśmiech na twarzach wilków morskich. To była odlotowa zabawa, mam nadzieję, że uda nam się ją powtórzyć!

Image

Dzięki życzliwości goszczącej nas rodziny, mogliśmy pożyczyć samochód i w końcu zobaczyć Pinnacles Desert. Formy z kamienia wapiennego naprawdę robią wrażenie. Nie na darmo nazywane to jest pustynią. Temperatury tam panujące przypomniały nam przygodę w Coober Pedy.

Image

Cały czas jesteśmy pod wielkim wrażeniem obu rodzin, które nas przyjęły w Perth. To było naprawdę pouczające i miłe doświadczenie. Podziwiany Sabinę i Bronka za ich pasję podróżniczą – pokonali już trzy bardzo długie trasy (każda po około 15000 kilometrów!) po Australii i planują dalsze wojaże swoim 4x4. Dziękujemy im za każde dobre słowo i całą pomoc jaka nam okazali, są niesamowitymi ludźmi z bardzo ciekawą historią życia.

Tak samo z Charlotte i Richardem. Podziwiamy jak potrafią wspólnie żyć. To było coś przemiłego patrzeć jak cała rodzinka wspólnie się bawi, czy to przed TV, czy w basenie i mimo różnic wieku nie było między nimi konfliktów. Również styl życia obu rodzin bardzo się nam podobał. Wyluzowani, z australijskim podejściem do świata i polityki, chciałoby się rzec „no worries”!

Aktualnie jesteśmy w Bridgetown i zmierzamy w kierunku południowego wybrzeża. Ale o tej przygodzie następnym razem. Miłego dnia asy!

Po więcej zdjęć zapraszamy serdecznie do naszej galerii oraz przypominam o

, właśnie z tego okresu czasu. :)

Zapraszamy serdecznie do subskrypcji naszego kanału na youtube i do zajrzenia na naszego fanpejdża. :)

Kilka praktycznych informacji:

- W Coober Pedy można nakarmić kangury w Josephine's Gallery za darmo;
- Przygotujcie się, że w Coober jest naprawdę ciepło, temperatury dochodzą do 50 C;
- Dystans z Port Augusta do Perth to prawie 2400 km, warto zaplanować to na dwa dni;
- Wstęp na Pinnacles Desert to 12$ za auto;
- Wstęp do wielkiej Mennicy Perth to 19$ za dorosłego (można zobaczyć największą monetę na świecie, wykonaną z tony czystego złota!);
- Pamiętajcie, że w Australii jeździ się po lewej stronie, co niektórych może zaskoczyć. Kwestia kilkudziesięciu (lub kilkuset) kilometrów, aby się przyzwyczaić;
- Wypożyczenie auta w firmie „No birds” w porównaniu z innymi standardowymi wypożyczalniami wychodzi całkiem tanio. Przy wypożyczeniu auta na tydzień płaci się 25$/dzień, plus niestety dla Polaków dodatkowe 8$ za posiadanie zagranicznego prawa jazdy;
- W Perth w weekendy i wakacje można kupić bilet rodzinny za 12,10$ na komunikację miejską. Od dwóch do nawet siedmiu osób, ale tylko dwie mogą być na „pełnej” taryfie (czyli 2 dorosłe i np. 5 dzieci :) ). Opłaca się to nawet przy dwóch osobach, jeśli się dużo jeździ. Dla przykładu najtańszy bilet, ważny 2h kosztuje 3$;
- Przy dłuższym pobycie w Perth warto przemyśleć zakup komunikacji miejskiej;
- W centrum Perth istnieje sieć darmowych autobusów (szary kolor);
- W Perth jest bardzo duża społeczność Polska, więc jeśli ktoś jest w potrzebie to może łatwo znaleźć polski kościół, obejrzeć sztukę teatralną w języku polskim czy po prostu spotkać się z rodakami.


Pozdrawiam serdecznie,
Piotrek :)
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
      
#16 PostWysłany: 20 Lut 2016 17:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Cześć!
My lubimy pisać i robić coś z grubej rury, więc...

Jak pewnie widzicie, podróż, zwłaszcza autostopem, to dla nas prawdziwa frajda. Po drodze dzieje się tyle niespodziewanych zdarzeń. Przygotowaliśmy kolejny film dla Was (a właściwie dla siebie, bo to też nam daje mnóstwo radochy). Muzyka prosta, ale w pełni odzwierciedla to, co chcemy przekazać.
A Wam co w duszy gra? :)



pozdrawiamy serdecznie z Esperance!
Daria i Piotrek
Góra
 Profil Relacje PM off
Trefl_bc lubi ten post.
 
      
#17 PostWysłany: 01 Mar 2016 15:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Siemano asy!

To już nasza ostatnia część tułaczki po Australii. Tym razem wzięliśmy na ruszt przepiękne południowe wybrzeże Australii Zachodniej. Miłego czytania!
Cytuj:
Południowe wybrzeże Australii Zachodniej słynie z najpiękniejszych plaż i urokliwych, wakacyjnych miasteczek. Sprawdziliśmy sami czy warto zboczyć z głównej drogi. Dzięki temu udało nam się zobaczyć różowe jezioro, mieszkać na ranczu i jeździć konno, przejechać rowerem 40 kilometrów, wspinać się na skały jak małpki, spędzić noc u filipińskiego księdza, łowić kałamarnice i złapać stopa na 2400 kilometrów.

Image

8 luty - 1 marca 2016

Nasza trasa

Bridgetown

Bridgetown to mała mieścina, w której życie toczy się wzdłuż jednej, głównej ulicy. Gościła nas tam Belinda - Chilijska nauczycielka muzyki. Wszystko w jej domu było całkiem normalne oprócz tego, że trzymała w domu dwie kolorowe, wolno latające papugi. Każdy by się zachwycił kolorowymi piórkami, ale to nic fajnego jak wdrapują Ci pazury w ramię, siadają na włosach, wszystko liżą i robią wokół siebie mnóstwo hałasu. Nie powiem czego jeszcze.

Denmark

Mimo znikomego ruchu drogowego i kilkakrotnych przesiadek, udało nam się szczęśliwie dotrzeć do Denmark. Niestety, w jednym z aut zostawiłam kapelusz, który już nie raz uratował mnie od australijskiego, palącego słońca. Szczerze, nie lubiłam go zbytnio, więc nie jest mi szkoda ;)

W Denmark przyjął nas u siebie Jason – pracownik kontroli podatkowej. Dzięki jego uprzejmości mogliśmy pożyczyć rowery i śmigać nimi po całej okolicy. Poprzeczkę postawiliśmy sobie wysoko, bo zaplanowaliśmy 40 kilometrową przejażdżkę szlakiem rowerowym. Pierwsze 12 kilometrów jedzie się betonową ścieżką rowerową albo asfaltową drogą. Później trasa zmienia się w terenową, do której jeden z naszych miejskich pojazdów nie był przygotowany. Trudy jazdy wynagrodziły piękne widoki. Jako pierwszą odwiedziliśmy plażę Lights Beach, później Greens Pool, gdzie kąpiel w lodowatej, przeźroczystej wodzie dała nam dużo krzepy do dalszego pedałowania. Z plaży przegoniły nas wielkie, czarne chmury, więc w lekkim deszczu pomknęliśmy w dalszą drogę. Czasem w górę, czasem w dół, motywacji dodawała nagroda – wizyta w Bartholomews Meadery, wytwórni miodowego wina, gdzie produkują też miodowe lody. Pychotka. Ostatnie 15 kilometrów jechaliśmy już główną drogą krajową. Deszcz zamazywał nam okularnikom nasze szkiełka, ale nie poddawaliśmy się. Z wielką zawziętością spinaliśmy nasze nogi do wysokich podjazdów pod górkę i do szybkich zjazdów z górki, aby nabrać prędkości na gorsze czasy. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Satysfakcja po takiej przejażdżce – bezcenna!

Image

W okolicach Denmark odwiedziliśmy także Valley Of The Giants z Tree Top Walk, czyli atrakcją dla lubiących popatrzeć na świat z góry. Tree Top Walk to przygotowana konstrukcja, most, biegnący ponad koronami drzew, około 40 metrów nad ziemią. Zbudowano go, żeby chronić bardzo stare drzewa przed zniszczeniem. Według mnie, taki spacer nie jest wart swojej ceny (19 dolarów / osobę), ale niektóre rzeczy robi się po prostu raz w życiu!

Image

Ciekawy był za to spacer po lesie, tuż obok Tree Top Walk, gdzie dzięki tabliczkom informacyjnym można nauczyć się rozpoznawać pewne gatunki roślin lub ptaków. Niektóre drzewa były tak ogromne, że wewnątrz pnia zmieściłoby się swobodnie 10 osób. Skąd taka miara? Wiele z nich było wypalonych w środku przez pożar. Zewnętrzna warstwa przetrwała, więc drzewa nadal żyją.

Image

Jason zabrał nas także do Circular Pools, gdzie nad szumiącą rzeką można poczuć radość obcowania z naturą, bez miastowego hałasu. Miejsce to słynie z piany, podobnej do tej podczas kąpieli w wannie. Woda wypłukuje minerały z okolicznych skał i z powodu pewnego składnika oraz kaskadowego opadania wody, powstaje biała piana.

https://lh3.googleusercontent.com/-5E-n ... C02247.JPG

Warto było też wdrapać się na Monkey Rock, niewysoką skałę, z której obserwować można całą okolicę.

Image

Albany

Albany to najstarsza osada Australii. Jest małym miastem, do którego zjeżdża mnóstwo osób na wakacyjny odpoczynek. Głównie są to Grey Nomads (siwi nomadzi), czyli emeryci mający dużo wolnego czasu i pieniędzy, podróżujący kamperem albo z przyczepą kempingową. Zaznaczam, że nie są to wyjątki, większość starszych ludzi tak spędza czas po skończeniu życia zawodowego.

Pierwszą noc w Albany spędziliśmy na Emu Point, malowniczym cypelku we wschodniej części miasta. Jest tam pole kempingowe, głównie dla kamperów, ale w Australii nie pytamy nawet o cenę noclegu. Spytaliśmy pewną niemiecko – australijską rodzinę czy możemy rozłożyć namiot na ich działce, za domem. Na początku nie byli zbyt chętni, bo wynajmowali go tylko na kilka dni na wakacje i nie wiedzieli czy powinni. Jak tylko odchodziliśmy, zawołali nas z powrotem. "Co nam szkodzi, chodźcie!". Dziadek rodziny był zdumiony jak to możliwe, że tak podróżujemy. Nie mógł powstrzymać radości. Rano obudził nas z niespodzianką. "Otwórzcie trochę namiot" – powiedział i wcisnął 50 dolarów życząc dobrego śniadania. Nie wiedzieliśmy co powiedzieć, myślałam, że wsuwa nam kawałek chleba. :) Na pewno prezent został właściwie wykorzystany na dobre jedzonko, bo to nasz główny wydatek w podróży.

Zamiast zwiedzać muzea wolimy otaczać się przyrodą, więc kolejnego dnia pojechaliśmy w okolice Frenchman Bay, na półwysep położony na południe od Albany. Autostopowy kierowca zawiózł nas do Whaling Station – już nieczynnej stacji połowu wielorybów. "I co dalej? " – zapytał ze zdziwieniem kierownik centrum informacji, kiedy zobaczył nas z wielkimi plecakami wyjętymi z auta. Krótko powtórzyliśmy przebieg naszej podróży i powiedzieliśmy, że chcemy przejść się po okolicy. Bez naszej prośby kierownik sam zaproponował, że możemy zostawić u niego plecaki. To daje nam prawdziwą wolność. Bez nich mamy cały dzień na maszerowanie, zanim nadejdzie czas na znalezienie miejsca do spania.

Image

Idąc wzdłuż ulicy, nawet nie łapiąc stopa, zobaczyliśmy zatrzymujący się samochód. "Potrzebujecie podwózki?" – zapytała starsza pani. Pewnie!

Parka siwych nomadów zabrała nas ze sobą i razem z nimi zwiedziliśmy wszystkie miejsca, które mieliśmy zaznaczone na mapie plus te, o których wiedzieli oni, a my nie. Małżeństwo podróżuje z przyczepą kempingową, która jest prawdziwym, luksusowym domem. Jest ogromna, ma dużą kuchnię z piekarnikiem i gazówką, pralkę, prysznic, telewizor. Jednym słowem marzenie! Na daleką przyszłość oczywiście, bo teraz kocham nasz sposób podróżowania. Od dziadków usłyszeliśmy ciekawostkę, że nocują na kempingu, za który nie płacą, jednak w zamian, codziennie, przez dwie godziny muszą odstraszać ptaki od drzew owocowych. Taka praca im przypadła. Dla zainteresowanych, kemping znajduje się gdzieś w okolicach Denmark.

Image

Tej nocy spytaliśmy w mieście księdza czy możemy rozłożyć namiot obok jego domu. Zgodził się, ale kiedy już mieliśmy zacząć, wrócił do nas i zaprosił do środka. "Właściwie to mam pokój wolny, chodźcie". To było ciekawe spotkanie, bo jako pierwsza osoba, ksiądz nie zapytał nas o nic, ani kim jesteśmy, ani o naszą podróż. Po prostu pokazał nam łóżka, łazienkę i zobaczyliśmy się dopiero rano mówiąc do widzenia.

Esperance

Po kilku minutach obserwacji drogi prowadzącej z Albany w stronę Esperance jasne było jedno. Łatwo nie będzie. Prawie nikt nie jedzie, a słońce praży pełną mocą. Pierwsze o co musieliśmy zadbać to napełnienie naszego baniaka wodą. Szłam z nim właśnie na stację benzynową, kiedy zatrzymał mi się przed nosem kolorowy van, z którego wysiadła dziewczyna zadając mi pytanie, którego zupełnie nie mogłam zrozumieć. Wyłapałam jednak najważniejszą informację. „Jedziesz do Esperance, tak? Możemy jechać z Tobą?” Tak poznaliśmy Erin, 29-letnią dziewczynę pełną energii, która z każdym kolejnym zamienionym zdaniem jeszcze bardziej okazywała się być naszą bratnią duszą. Po skończeniu studiów miała dobrą pracę, niekoniecznie zgodną z wykształceniem. Nie miała żadnego problemu z zostawieniem jej po uzbieraniu potrzebnej kwoty na podróż po Azji. Od tamtej pory na zmianę podróżuje i pracuje albo stara się robić to jednocześnie. Tak samo jak my uważa, że warto kolekcjonować wspomnienia, a nie przedmioty. To miłe uczucie utwierdzić się w tym, że kariera to nie wszystko. Erin wcale nie powiedziała, że będzie prowadzić taki styl do końca życia. Oczywiście myśli o poważnej pracy, ma pomysły na biznes, ale wie, że na to przyjdzie odpowiedni czas.

Image

Przyjemna przejażdżka skończyła się w Esperance. My zostaliśmy, Erin pomknęła dalej, bo przed nią jeszcze długa droga do Adelajdy.

Był już wieczór, więc zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Zanim jednak rozłożyliśmy swój przenośny dom, zjedliśmy kolację nad brzegiem oceanu. Właśnie w takich momentach doceniamy sposób w jaki podróżujemy. Nawet puszkowane jedzenie smakuje dobrze w takich okolicznościach. Chociaż nie śpimy w hotelu, nie mamy problemu z toaletą. Australia jest wyśmienicie wyposażona pod tym względem. Przy każdej plaży jest łazienka z prysznicem, czasem nawet z ciepłą wodą.

Image

Chociaż spanie na dziko jest pozytywną częścią naszej podróżniczej przygody, problem pojawia się, kiedy chcąc zwiedzać, mamy na plecach kilkunastokilowe obciążenia. Wiemy, że to kwesta praktyki, musimy nad tym dobrze popracować. Nie nad noszeniem, tylko szybkim znajdowaniem miejsca, w którym będą one bezpiecznie na nas czekały. Większość informacji turystycznych do tej pory odmawiała nam przechowania bagażu. „Podziękujcie terrorystom” - powiedziała raz miła pani w biurze w Albany.

Image

Tym razem udało się jednak bez problemu. Z małymi plecakami mogliśmy pojechać do największej atrakcji w okolicy, czyli Parku Narodowego Cape Le Grande. Mogliśmy, ale nie dotarliśmy. Nie złapaliśmy stopa przez dwie godziny, po czym już nam się po prostu nie opłacało. Zmieniliśmy kierunek i łapaliśmy do Pink Lake, jeziora, które pod wpływem żyjących w nim alg, odpowiedniej temperatury i zasolenia zabarwia się na różowo. Podrzuciła nas tam miła pani, która po kilku zdaniach, bez zawahania zaprosiła nas do siebie na noc. Mogliśmy zostać ile chcemy. Marilyn to kolejna dobra dusza na naszej drodze, która otworzyła nam szeroko drzwi do swojego domu i kawałka życia. Mieszka w cudownym miejscu, na ranczu, z końmi, kotem, ptakami, które karmi codziennie. Jest bardzo pracowita. Pożyczyła nam auto, dzięki czemu mogliśmy odwiedzić w końcu Cape Le Grande z przepięknymi, wcale nie przereklamowanymi plażami (zdecydowanie polecamy!). Największą atrakcją jest Lucky Bay z plażą ocenioną jako najpiękniejszą w kraju, znaną na całym świecie.

U Marilyn zostaliśmy pięć dni i tak bardzo szkoda nam było wyjeżdżać. Specjalnie dla nas przygotowała swojego najlepszego konia do jazdy. Zatrzymać konia było dużo łatwiej niż kazać mu ruszyć. Nie chciało mu się wozić takich ciężkich tyłków. ;)

Image

Opuszczając Esperance miałam poczucie, że teraz przed nami już tylko powrót do miejsc, w których już byliśmy. Musieliśmy jeszcze raz przejechać Nullarbor, czyli najdłuższą prostą drogę na świecie, żeby dotrzeć do Adelajdy, a później do Melbourne, bo to nasz ostatni punkt podróży po Australii.

Image

Tego dnia poszczęściło nam się bardzo, bo poznaliśmy samotnie podróżującego Bryana, który z chęcią przyjął nas do swojego auta. Razem jechaliśmy całe trzy dni, po czym Bryan stwierdził, że zmieni swoje plany i pojedzie z nami do Port Lincoln, który był naszym celem. Dzięki temu niesamowitemu spotkaniu uniknęliśmy zalania w namiocie, ponieważ Bryan zaprosił nas na jedną noc do jego przyczepy kempingowej. Tej nocy deszcz padał bardzo długo i naprawdę mocno. Sam Port Lincoln będziemy pamiętać z pięknych widoków i łowienia… Kałamarnic! Pierwszego wieczoru złowiliśmy dwie, drugiego dnia również dwie. Tym oto sposobem mieliśmy pyszną kolację, dosłownie złapaną własnymi rękami. :)

Image

Po krótkiej wizycie w Port Lincoln pojechaliśmy razem dalej, do Adelajdy. Bryan zmieniał swoje plany dla nas, ale widocznie odpowiadało mu nasze towarzystwo, a jeszcze bardziej to, że Piotrek prowadził za niego przez te kilka dni. Razem zrobiliśmy 2400 kilometrów, co daje nam najdłuższy dystans osiągnięty z jednym kierowcą!

Image

Adelajda

Będąc tu poprzednim razem, dzięki autostopowi, poznaliśmy cudowną starszą parę, Helen i Stephena, którzy od tamtej pory śledzili nasze codzienne poczynania. Zaprosili nas tym razem do siebie. Na nasze powitanie przygotowali tradycyjny australijski obiad - grillowane mięso. :) Oczywiście Bryan był zaproszony razem z nami. Rano pożegnaliśmy naszego podróżniczego towarzysza, który samotnie ruszył w dalszą drogę na Tasmanię. Poznajemy na drodze mnóstwo osób. Z niektórymi nie jest nam przykro się rozstawać, z innymi wręcz przeciwnie.

Jeśli już mowa o przywitaniach i pożegnaniach. Dzisiaj spotkaliśmy się ponownie z Irminą i Pawłem, z którymi spędziliśmy sylwestra w Sydney. Niesamowita para wraca już pomału do Polski, ale jesteśmy niezmiernie szczęśliwi, że możemy z nimi spędzić trochę czasu. Sprawa potoczyła się dość zabawnie, ponieważ aktualnie śpią u Oliego, chłopaka, który przyjął nas ponad miesiąc temu, gdy my odwiedzaliśmy Adelajdę. Świat jest mały. :)

Aktualnie mieszkamy w domu Helen i Stephena, gdzie czujemy się jak u siebie. Traktują nas jak własne dzieci. Dzięki takim ludziom nie brakuje nam stałego miejsca. Jeśli chcemy, możemy wybyć na cały dzień (robiąc na przykład 12 kilometrowy treking w Deep Creek Conservation Park). Jeśli nie, możemy siedzieć w domu, odpoczywać, porządkować nasze rzeczy, prać i pisać notatki. Nie jesteśmy przecież non stop w drodze.

Wizualizacją tej relacji jest film na

oraz ostatnie 35 zdjęć w naszej galerii.

Miłego oglądania!

Pozdrawiamy serdecznie,
Daria i Piotrek
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
      
#18 PostWysłany: 09 Mar 2016 11:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Wiem, że trochę ludzi czyta ten temat, ale nikt nie komentuje, heh.

Tak czy siak, wylądowaliśmy w NOWEJ ZELANDII!! O tak, moje wielkie marzenie właśnie się spełnia. :)

Pierwsze dni spędziliśmy w Christchurch, zobaczyliśmy miasto po dwóch trzęsieniach ziemi - nie jest to piękny widok, ale warto się przejść. Do tego odwiedziliśmy Akaroę, a reszta już poniżej!

Cytuj:
Dotarliśmy dokładnie na drugą stronę globu! Już się jaramy na przemierzanie górskich szlaków Nowej Zelandii. :)

Krótka historia z pierwszego dnia w świecie Kiwi.
Po zwiedzaniu miasta wracamy do restauracji, w której zostawiliśmy duże plecaki:
- Plecaków nie ma - żartuje młoda dziewczyna.
- To śpimy dzisiaj tutaj!
- Możecie spać u mnie - kontynuuje żartem.
- Ale my naprawę potrzebujemy plecaki, idziemy nocować na kemping.
- Kemping? Poczekajcie... naprawdę możecie spać u mnie!
:)

I w ten sposób poznaliśmy Nav i jej chłopaka, niesamowicie gościnnych i pomocnych, młodych ludzi z Indii.

Image

Dla ciekawskich: Nowa Zelandia to kraj kiwi. I to wcale nie z powodu kwaśnego, zielonego owocu. To jedyne miejsce na ziemi zamieszkałe przez ptaki nieloty - kiwi. Stały się one symbolem narodowym. Co śmieszne, mieszkańcy nazywają siebie samych Kiwi. "Ludzie kiwi się wami zaopiekują" - usłyszeliśmy od naszej nowozelandzkiej koleżanki w Sydney. I miała rację! :)

Na zdjęciu przypadkiem spotkani, niesamowici panowie - Jimmy (USA) i Peter (Szwajcaria). Każdy z nich odkrywa Nową Zelandię osobno. Zawsze podziwiałam ludzi podróżujących w pojedynkę. Zwłaszcza jeśli mają odwagę rzucić pracę, bo mają za mało urlopu, żeby wybrać się daleko za morze. :)

Image

Pozdrawiamy serdecznie!
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#19 PostWysłany: 05 Kwi 2016 01:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Długo nas tu nie było, więc na szybko z biblioteki mała relacja. :)

Cytuj:
Nowa Zelandia to głównie piękne widoki, zmienna pogoda i mnóstwo zieleni. Jednak ten kraj ma też sporą wadę - leży na styku płyt tektonicznych i występują tutaj trzęsienia ziemi. Ostatnie było 14 lutego tego roku (4,6 w skali Richtera), więc nie było strasznie, ale ludzie odczuli to. Jednak największe zniszczenia w mieście spowodowały trzęsienia ziemi w 2010 (7,1 w skali Richtera) i 2011 roku (6,3). Niestety, miasto wygląda teraz jak jeden wielki plac budowy przeplatany zawalonymi budynkami, ale pośród nich można znaleźć takie perełki jak na zdjęciu. :)

Nikt nie mówił, że wszędzie jest pięknie i bezpiecznie, taki świat!

Image

Na końcu świata jest cudownie! Przemierzamy zieloną krainę razem z naszymi przyjaciółmi. Na ten czas zmieniliśmy nieco sposób przemieszczania się. Zrobiliśmy sobie małą niespodziankę. :)
O tym już wkrótce. Tymczasem pozdrawiamy z północy południowej wyspy Nowej Zelandii

Image


Pozdrawiamy serdecznie! :)
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#20 PostWysłany: 08 Kwi 2016 10:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 222
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Cześć wszystkim! W końcu jest internet! :)
Kolejna część z naszego miesięcznego (!!) tripa autem po Południowej Wyspie Nowej Zelandii :)

Cytuj:
W takich momentach warto mieć z kim dzielić zachwyt. Cieszymy się i doceniamy to, że możemy odkrywać takie nieziemskie miejsca razem. Jesteśmy w swoim żywiole, bo zdecydowanie wolimy cuda natury niż wielkie miasta. :) Zdjęcie zrobione nad jeziorem Rotoiti.

Image

Naszym zdaniem Nowa Zelandia jest przepiękna. Zapierającymi dech w piersi widokami możemy cieszyć oczy zaraz po przebudzeniu, a także przy zachodzącym słońcu, rozkładając namiot do snu. Dzisiaj odwiedziliśmy kolejny cud natury - wąwóz Hokitika. Woda niesamowitego koloru, który ciężko jest opisać. A nockę przyszło nam spędzić na działce miłego małżeństwa.
Pozdrawiamy serdecznie z tego zielonego kraju, niech moc Kiwi będzie z Wami! :)

Image

Co się dzieję w Nowej Zelandii jest niesamowite. Cała historia zaczęła się od naszego ponownego spotkania z Adamem i Asią. Chyba każdy już ich zna. :)
Zaczęliśmy myśleć jak tu razem zwiedzić południową wyspę. Wpadłem na pomysł kupna auta. Co tu dużo tłumaczyć, wszyscy chętni, więc do dzieła! Jeden dzień i mieliśmy własny, piękny i bardzo sprawny samochód. Dwudziestoletnia Trusty Honda Orthia stała się naszym nowym członkiem autostopowej rodziny. :)
Nie jest ona najpiękniejsza na świecie, ale śmiga mega! Zero problemów. :0
Od ośmiu dni śmigamy razem i przemierzamy Nową Zelandię. Nie zaprzeczam, że jest to super opcja, szczególnie że jest nas czworo. :)

Image

Nowa Zelandia zmienia nie tylko pogodę bardzo szybko, ale nasze plany też. :) Mieliśmy jechać na południe przez zachodnie wybrzeże. Jednak po sprawdzeniu prognozy pogody zrezygnowaliśmy. Tym razem daliśmy za wygraną i postanowiliśmy zobaczyć Arthur's Pass. To była świetna decyzja! :)
Może pogoda nas nie rozpieszcza, ale pada mniej, jest ciepło i nadzieja na dobre następne dni. Dzisiaj przeszliśmy trzy krótsze trasy - Devils Punchbowl Waterfall, Bealey Valley oraz Otira Valley Track. Przepiękny dzień!

Image

Wczoraj mieliśmy piękną pogodę i wspięliśmy się na Bealey Spur Hut. Mieliśmy spać w chatce pasterskiej, ale wybraliśmy namioty, bo wewnątrz wszystko było mocno przesiąknięte dymem. Nie ma tego złego! Mieliśmy też super ognisko, jedzenie i rozmowy do późna. W trakcie ciszy nocnej przeszkadzały nam dość mocno ptaki Kea (dziobały nasze namioty (wrr), ale daliśmy radę! Teraz jesteśmy po basenie w Christchurch, gdzie niestety, ktoś ukradł Darii kurtkę. Czasami zdarzają się takie niefartowne sytuacje.
:)

Pozdrawiamy serdecznie z Christchurch, gdzie wpadliśmy załatwić parę spraw.

Image

Czasami tak w życiu bywa, że spędza się święta na końcu świata. Rodziny nie ma, ale za to przyjaciele są. My spędzamy czas razem codziennie od wielu dni, więc nie narzekamy na brak towarzystwa. :)
My zajadamy się jajkami i pysznymi kanapkami. W tej scenerii wszystko smakuje dobrze. A tymczasem pozdrowienia z trasy na południe. :)
P.S. W końcu w naszej galerii zagościły zdjęcia z Nowej Zelandii! Miłego oglądania! :)
http://www.swiatjestksiazka.pl/galeria

Image

Nowa Zelandia zaskakuje nas każdego dnia! Poranek przywitał nas mgliście, ale szybko się wypogodziło i do końca dnia mieliśmy przepiękne słońce. :) Święta świętami, ale zwiedzać trzeba. Dzisiaj dojechaliśmy nad jezioro Tekapo, gdzie zwiedziliśmy okolicę. Nie ma co ukrywać, czasami rozczula nas ta Nowa Zelandia...

Image

Jak tam, objedzeni po wielkanocnym śniadaniu? :)
Pora spalić trochę tłuszczu! Dzisiaj wspięliśmy się aż do Muller Hut i musimy przyznać się, że pokonaliśmy ponad 4000 schodów w obie strony i po skałkach wspinaliśmy się na szczyt. Mieliśmy również piękny widok na Mount Cook, czyli najwyższy szczyt w Nowej Zelandii. Super! Jestem dumny z mojej kochanej żonki, która na początku zwątpiła, ale jest tak odważna, że weszła! Pierwszy Darii lodowiec w życiu, piękna sprawa. A Wam jak mija Dyngus?

Image

Mamy słaby dostęp do neta, więc napiszę tylko lekko filozoficznie, że życie jest piękne. Cudownie jest cieszyć się z małych rzeczy, takich jak porządny obiad, prysznic, dobra pogoda czy bardzo sprawny samochód... Doceniamy co od życia mamy i życzymy wszystkim dobrego dnia! Zdjęcie z przepięknego traku w Trotters Gorge. :)

Image

Zbliżając się do Wanaki śmialiśmy się, że każdy przyjeżdża tam, żeby zrobić zdjęcie jednemu malutkiemu drzewu zanurzonemu w jeziorze. Przyjechaliśmy i my. Co się okazało? Przy zachodzie słońca to jedno z piękniejszych miejsc, jakie widzieliśmy w Nowej Zelandii! :) A po drodze zdobyliśmy trochę przydrożnych jabłek. :) Będzie wypasiona owsianka z jabłkami rano.

Image

Ostatnie dni są u nas piękne. Wspięliśmy się na kilka ładnych szczytów, a pogoda nas rozpieszczała. Żeby tego było mało, jesteśmy już znani w kilku miejscach na Zachodnim Wybrzeżu. Wiecie jak zapamiętamy Nową Zelandię? Właśnie jak ze zdjęcia: góry, jeziora, lasy, owce i zmienna pogoda. Takie było nasze wyobrażenie, więc jesteśmy bardzo szczęśliwi ze spełnienia jednego z naszych marzeń. :)
Definitywnie jedno z najlepszych uczuć na świecie - satysfakcja ze zdobytego szczytu. :)

Image


Mamy nadzieję, że zdjęcia się podobają. Na dniach spróbujemy skleić pełną relację z podróży po Południowej Wyspie. :)
Pozdrawiamy serdecznie,
Daria i Piotrek z Świat jest książką :)
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 71 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group