Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 6 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 22 Lut 2018 17:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 Maj 2014
Posty: 206
Loty: 1
Kilometry: 2 169
niebieski
Azja nie była w moim kręgu zainteresowania jako cel najbliższej podróży, jednak "promocja" Finnaira trzymała się tak długo, że w końcu pokombinowałem z miejscami przylotu - wylotu i stałem szczęśliwym posiadaczem biletów na trasie Warszawa-Singapur, Okinawa-Warszawa.
Stało się, e-tixy na mailu, pozostała tylko kwestia rozplanowania czasu i wariantu przedostania z Singapuru na, leżący na południe od Honsiu, japoński archipelag.
Opcja chillowania, gdzieś na malezyjskiej plaży przez pół urlopu, odpadła natychmiastowo. W podróży uwielbiam być w ruchu. Chodzić, zwiedzać, przemieszczać się. Zostawały więc dwa warianty - skupienie na jednym państwie i poznanie go szerzej lub oblotówka po sąsiadujących ze sobą krajach. AirAsia uruchomiła akurat nowy kalendarz, czym pomogła podjąć decyzję.


Nadszedł koniec września, dzień wylotu. W Polsce było jeszcze ciepło. Całe szczęście, bo podróżując wyłącznie z bagażem podręcznym nie chciałbym mieć połowy plecaka wypchanego kurtką.
Co do linii lotniczej. Obsługa miła, samoloty przyjemne, fotele nawet całkiem wygodne. Posiłki były, dupy nie urwały, co można oceniać na minus i plus jednocześnie :D Nie podobały mi się tylko godziny serwowania. Wylot o północy, posiłek po 2 godzinach, później jeszcze sprzedawanie dupereli i dopiero wyciemnienie. Zamierzałem spać od razu po starcie, a drugą połowę lotu już być na chodzie. Nie udało się. Przylot na miejsce po 16 czasu lokalnego. Finnair nie pomógł w przestawieniu się i w walce z jet lagiem...

Image

Image

Image


Po wyjściu z lotniska od razu uderza mnie tropikalny klimat. Byłem latem na Cyprze, gdzie też jest parno, ale tu to zupełnie inny wymiar. Ze stacji metra Marymount odbiera nas Harry. Trafilibyśmy do jego mieszkania bez problemu, ale uparł się że po nas wyjdzie. Ok. Mówię mu że nazwa dzielnicy brzmi swojsko, bo jeszcze kilkanaście godzin temu przejeżdżałem przez nią warszawskim metrem. Tylko tam budynki ciut niższe i bardziej szarawe - to ostatnie już tylko pomyślałem ;)
Zostawiamy rzeczy, przebieramy się, a właściwie to praktycznie rozbieramy i ruszamy coś upolować. Niedaleko jest food court. Tu doświadczam czegoś, co będzie się ciągnęło przez najbliższe 2 tygodnie. Czyli dobre jedzonko, ale bardzo tłuste i całkiem ostre.
Posileni jedziemy pochodzić wieczorową porą w okolicach mariny. Po zrobieniu kilku kilometrów stwierdzamy że czas wracać na nocleg. Jutro czeka nas mocno wypełniony dzień.

Image

Image

Rano szybkie jedzonko u Chińczyka, w miejscu gdzie kurczaki biegały pomiędzy stolikami. Coś co wcinałem mogło być ich kolegą, ale ciężko stwierdzić jednoznacznie. W każdym razie zjadłem do ostatniego farfocla. Brzusio przestał krzyczeć, więc w metro i ruszamy pochodzić po Southern Ridges. Po drodze doświadczamy lokalnego deszczu, który pojawia się nagle, leje jak oszalały, aby po 15 minutach całkowicie ustąpić. Już rozumiem ideę zadaszonych chodników - świetna sprawa!

Image


Spacer zaczynamy od Hort Park w kierunku Mount Faber. Kładki wijące się w koronach drzew to kapitalna rzecz, szczególnie że poza nami na szlaku nie ma żywej duszy. W naszym kraju zapewne tego typu atrakcja byłaby płatna. A tu, ot, zwykła ścieżka turystyczna. Na mecie szlaku trafiamy na polski akcent. Znajduje się tu dzwon, który rzekomo pochodzi z "Daru Pomorza". Miejscowi nazywają go Dzwonem Szczęścia, a nowożeńcy ochoczo robią sobie przy nim zdjęcia :)

Image

Image

Image

Image

Image


Początkowo planowaliśmy przejechać na Sentose kolejką linową, ale że pogoda dobra, a sił jeszcze mnóstwo, wyruszamy pieszo. Ciekawie byłoby zobaczyć Universal Studios, ale nie mamy zamiaru płacić jakieś 150zł za taką przyjemność, tym bardziej że to nasz pierwszy i zarazem ostatni pełny dzień w Singapurze. Po wyspie kursują bezpłatne, pomarańczowe autobusy, które objeżdżają wszystkie ważne punkty. My jednak twardo pokonywaliśmy kolejne kilometry pieszo.

Image

Image

Image

Image

Image


Po zobaczeniu plaży i wysepki Palawan, udaliśmy się (tym razem już busem) do Chinatown i Śródmieścia. Miasto jest imponujące. Gładkie, szklane tafle wieżowców, od których odbijają się promienie słoneczne, skutecznie przyciągały naszą uwagę. Nie byłem jeszcze w Nowym Jorku, ale mam wrażenie że to jego azjatycki odpowiednik. Miejsce to będę wspominał z jeszcze jednego powodu. To tu, w jednym z lokalnych food courtów, zamówiłem hinduskie żarcie, które skutecznie wypaliło mi jamę ustną na dobrych kilka dni. Nigdy wcześniej lub później nie miałem tak przetkanych zatok :lol:

Image

Image

Image

Image

Image


Po uczcie kulinarnej, ze łzami w oczach (dosłownie), podreptaliśmy w kierunku Gardens by the Bay. Na zdjęciach wygląda to efektownie, na żywo... również. Tutaj, podczas odpoczynku w cieniu, na ławkach przy Flower Dome, miałem ochotę zwinąć się w kłębek i uciąć drzemkę. Zmęczenie, tropikalna pogoda i niemal nieprzespana noc dały w końcu o sobie znać.

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Po dłuższej walce z niewspółpracującymi powiekami, byłem gotów wyruszyć spacerkiem pod durianowe budynki. Wtedy też zaczął zapadać zmrok, więc z pobliskiej promenady zrobiliśmy setkę zdjęć :) Z dzisiejszych atrakcji czekała na nas już tylko tańcząca fontanna przy Event Plaza.

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 25 Lut 2018 15:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 Maj 2014
Posty: 206
Loty: 1
Kilometry: 2 169
niebieski
W Singapurze mieliśmy do wykorzystania jeszcze pół dnia, co poświęciliśmy na Botanic Gardens. Oczywiście - jak niemal wszędzie tutaj - wstęp był darmowy. Spędziliśmy tam trochę czasu podziwiając lokalną florę oraz nieźle zapieprzające w wodzie azjatyckie warany. Pozostały czas wykorzystaliśmy na obiad i pokręcenie się ostatni raz wzdłuż Orchard rd. Z racji że lot do Kuala Lumpur wypadał pod wieczór, nie spiesząc się, trasę na lotnisko pokonaliśmy autobusem. Tutaj skanowanie biletów, później pierwsza kontrola bezpieczeństwa i ultra-dokładne trzepanie wszystkiego już przed samym gate’m.
W stolicy Malezji, od razu po wejściu do autokaru z lotniska, dało się stwierdzić, że to nieco inny – mniej uporządkowany i bardziej kolorowy – świat. Powiedzieć że nasz bus był czerwony to nic nie powiedzieć :lol:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


O tym że wyjazd ten przypadł w idealnym terminie – wzmianka pierwsza. Zastanawiając się, jeszcze w domu, co ciekawego można porabiać w Kuala Lumpur, przypomniałem sobie, że przecież Malezja ma swoje GP w kalendarzu F1. I po sprawdzeniu okazało się… że to właśnie w terminie kiedy tam będziemy :D Biorąc pod uwagę, że bilety na ten wyścig są najtańsze ze wszystkich wyścigów w sezonie, ciężko było sobie odmówić takiej przyjemności. Dla porównania - GP Węgier to wydatek jakiś 400zł, w GP Malezji najtańsze bilety, po przeliczeniu, to 100zł. My dopłaciliśmy po 25zł aby mieć zadaszoną trybunę, co się przydało, bo podczas wyścigu Porsche solidnie lało.

Na tor Sepang, który znajduje się praktycznie przy lotnisku, a więc godzinę jazdy od centrum KL, dotarliśmy specjalną linią uruchomioną tego dnia przez miejskiego przewoźnika. Wyjazd odbywał się z dworca KL Sentral, gdzie panuje wszechobecny rozgardiasz i wszyscy nerwowo biegają w tę i z powrotem. RapidKL dobrze poradziło sobie z organizacją. Autobusy z poszczególnych części miast dowoziły kibiców na główny parking, a stamtąd kursowały inne autobusy pomiędzy konkretnymi sektorami. Wyścig był ciekawy i głośny :D Narzekać można jedynie na gastro, które ograniczało się do dwóch budek z hamburgerami i innymi zapiekankami, gdzie niemal wszystko praktycznie pokończyło się zanim wyścig na dobre zdążył się rozkręcić.
Wyszliśmy w trakcie ostatniego okrążenia co okazało się mega słuszne, ponieważ czekaliśmy na wejście do busa około 15 minut, a gdy już w nim siedzieliśmy kolejka chętnych do powrotu kibiców nie miała końca ;)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



GP Malezji znika z kalendarza F1. Było to nieuniknione przy tak niskich cenach biletów. Na F1 się nie zarabia. To prestiż za który się dopłaca.
Po powrocie do Kuala Lumpur zaczynało się już ściemniać, więc pozostało pochodzić tylko trochę po Petaling Street i wracać na nocleg. Rybka była świeża i dobrze wygrillowana, ale w wielu miejscach stolicy Malezji można dostać taką samą za o wiele mniejsze pieniądze ;)

Image

Image



Wyspani. Czas ruszać! Dzień nie zapowiadał się słonecznie i taki też nie był. Na szczęście nie padało, nie licząc popołudniowej, 3 minutowej mżawki kiedy akurat jechaliśmy autobusem :)
Udaliśmy się na pobliską stację kolejową Putra, ponieważ naszym aktualnym celem było Batu Caves. Bilety były tanie jak barszcz z paczki. Warto zauważyć że pociąg posiada również wagony oznaczone różowym kolorem, który mówi o tym, że mogą tam przebywać wyłącznie kobiety.
Batu Caves nie do końca mi się podobało. Tzn. samo miejsce nie jest złe, ale setki turystów dookoła, drepczących ślimaczym tempem, to nie jest to co kocham. Dodatkowo trwały tam prace, więc stały siatki, leżały zwały piachu i gruzu. Główną atrakcją zdecydowanie były małpy :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Udaliśmy się pociągiem do KL Sentral, aby pochodzić trochę po Little India. Generalnie misz-masz :D
Kolejny cel – KLCC Park, czyli słynne bliźniacze wieże Petronas Towers, gdzie Sean Connery i Catherine Zeta-Jones wykradali miliardy.
Później jeszcze kilka kursów po mieście bezpłatnymi, fioletowymi autobusami GOKL. Ciekawym jest, że jedyne komary jakie widziałem w mieście były właśnie w tych autobusach :o

W mieszkaniu stwierdziliśmy że czas wypróbować infinity pool na dachu naszego wieżowca Regalia Residence. Widok stamtąd jest zapierający. Lokalizacja budynku jest bardzo dobra, mieszkanie całkiem w porządku. Gdyby tylko nie te popierdzielające po kuchni karaluchy… :roll:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



Dzisiejszy dzień był przeznaczony na typowe szwendanie się. Zwiedzaliśmy okolice w których jeszcze nie byliśmy. W mieście czuliśmy się już jak u siebie. Nawet nie zwracaliśmy już wieczorem specjalnej uwagi na szczury przebiegające nam drogę, mimo że niektóre były wielkości kota :D
Po zmroku ponownie zawitaliśmy do KLCC Park aby obejrzeć pokaz tutejszej fontanny multimedialnej. Ma potencjał, tylko muszą popracować trochę nad synchronem, bo póki co to muzyka jest tam zbędnym dodatkiem ;)
Jutro czeka nas lot w miejsce którego nie mogę się już doczekać…

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 05 Mar 2018 12:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 Maj 2014
Posty: 206
Loty: 1
Kilometry: 2 169
niebieski
Wiele interesujących kierunków było w zasięgu ręki ze stolicy Malezji. Jednak przeglądając listę destynacji Air Asia zainteresowało mnie Bandar Seri Begawan. Szybki research u wujka google i już mogłem sobie odpowiedzieć cóż to - stolica Brunei. Na temat tego państwa wiedziałem tylko tyle że… istnieje. Zaciekawiony, postanowiłem poszukać jakiś relacji z malutkiego kraju, zajmującego niewielki skrawek północnej części Borneo. Zarówno w polskich (których nie ma zbyt dużo), jak i anglojęzycznych przekazach przewijały się głównie dwie kwestie. Nie ma tam jakiś spektakularnych atrakcji, ale też nie ma turystów. Ten kraj jest w zasadzie ciągle podróżniczo nieodkryty. Wtedy już wiedziałem że jest to miejsce które odwiedzę :)
Na tydzień przed wylotem Air Asia dość mocno mnie zdenerwowała odwołując nasz poranny lot i przekładając rezerwację na popołudnie. Z zakładanych 48h na miejscu zostało już o wiele mniej. Żeby dostać się do Brunei nie trzeba tłuc się po jakiś berlińskich konsulatach, wydawać pieniędzy na wizę i wymyślać historii, jak to po nocach mocno śnimy o tym miejscu. Obywatele polscy wjeżdżają po prostu na paszport.
A teraz druga wzmianka o tym, jak fajnie przypadł termin wyjazdu. Napisał do mnie Khairol, nasz brunejski host, że podczas pobytu czeka nas nie lada wydarzenie – Jubileusz 50. lat panowania Sułtana. Informacja o tym wydarzeniu znajdowała się nawet w gazetce pokładowej Air Asia.
Odprawa po przylocie przebiegła sprawnie i szybko. Dostaliśmy podobny druczek do wypełnienia, jak przy wjeździe do Singapuru. Również z informacją o tym, że przemyt narkotyków karany jest śmiercią. Zresztą to co jeszcze łączy oba państwa, to waluty, które związane są sztywnym kursem 1:1, przez co można zamiennie nimi płacić w obu krajach.

Image

Image

Image

Image


Przed lotniskiem złapaliśmy busika i za 1$ brunejskiego pojechaliśmy do centrum. Tutaj przesiadka na innego busa, upewnienie u konduktorki czy na pewno dojedziemy tam gdzie chcemy i kolejny dolar. Na szczęście porozumiewanie się w Brunei jest raczej bezproblemowe. Spora część obywateli jest dobrze wykształcona, zna angielski oraz jest ciekawa świata.

Image

Image


Wysiadamy tuż przy Jame' Asr Hassanil Bolkiah, czyli meczecie na cześć panującego sułtana. Po kilku minutach marszu zatrzymuje się obok nas samochód. To Khairol! Nie mógł się nas doczekać, więc wyjechał pokrążyć po okolicy. Plus małej liczby turystów – dwie białe osoby drepczące z plecakami łatwo wypatrzeć. Szczególnie że tu praktycznie nikt więcej nie chodzi pieszo :P
Dobrze że po nas wyjechał bo szliśmy nie do końca w tę uliczkę w którą powinniśmy. Niestety ani mapy google, ani bardzo lubiane przeze mnie Osm tak do końca nie radzą sobie w tym miejscu.
Khairol mówi że ma dla nas niespodziankę. Zawozi nas autem do The Empire Country Club, czyli najdroższego kompleksu wypoczynkowego w Brunei. Tutaj zatrzymali się wszyscy najważniejsi goście jutrzejszego wydarzenia, w tym brytyjski Książę Edward. W związku z tym wprowadzono niezwykle rygorystyczne środki bezpieczeństwa. Nasz nowy kolega jednak specjalnie się tym nie przejmuje. W klapkach na nogach, jedną ręka w kieszeni i puszką coli w drugiej niespiesznie przechodzi przez bramki, czym od razu wywołuje ich głośne piszczenie. Nie robi to na nim jednak żadnego wrażenia. Spoglądając tylko w stronę obsługi hotelowej wymienia powitania :D
Podążamy za Khairolem, czym nie uciszamy bramek. Mina gości hotelowych - z wyciągniętymi na wierzch kieszeniami i wszystkimi rzeczami wyłożonymi na taśmę – bezcenna.
Zostawia nas w otwartej części basenowej i mówi że wróci za 15 minut. Mamy czas aby porobić zdjęcia. Choć dotarliśmy już niemal pod koniec zachodu słońca, to i tak widok jest imponujący. W Brunei taki widok można obserwować niemal każdego dnia. Przy powrocie z basenów do hotelu historia z bramkami podobna jak wcześniej 8-)
Jesteśmy już nieco zmęczeni, ale również głodni, więc Khairol zawozi nas do jednego z food courtów. Wieczorami tutaj rozkwita życie. Jest całkiem tłoczno. Na pytanie czy jest jakieś typowo brunejskie danie Khairol nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć. Na zachętę częstuje czymś co przypomina szaszłyka z kurczaka w miodzie. Kuchnia przypomina tę z Malezji i Singapuru. Zamawiamy coś co podoba nam się na obrazkach. Do tego wodę kokosową :D

Image

Image

Image


Z samego rana budzą nas nawoływania do modlitwy z pobliskiego meczetu. Sprzęt nagłaśniający mają niczego sobie, bo w tym momencie zdecydowanie wolałbym aby ktoś w pokoju obok naparzał wiertarką.
Ledwo zdążyliśmy wyjść na główną drogę, a już po chwili zatrzymał się jakiś samochód. W środku para, pytają się czy nas podwieźć. Jadą na obchody do centrum. My chcemy jeszcze najpierw zobaczyć pałac sułtana. Podwożą nas najbliżej jak to możliwe. Dalej jest już zamknięta dla ruchu droga. Sam pałac zza bramy nie prezentuje się jakoś super imponująco. Jednak kompleks jest przeogromny. Mieści ponad 1700 pokoi i 257 łazienek. Sułtan, który jest jednym z najbogatszych ludzi na ziemi, ma też kolekcję 5000 samochodów.
Droga Raja Isteri Pengiran Anak Saleha jest dzisiaj w całości zamknięta dla ruchu. Wzdłuż niej stoją za to tysiące Brunejczyków, którzy oczekują uroczystej defilady. Dzisiejszy dzień jest wyjątkowy ciepły. Temperatura wynosi 34 stopnie, jednak przez prażące słońce i sporą wilgotność, odczuwalna jest przynajmniej o 10 stopni wyższa.
Maszerujemy w stronę meczetu Masjid Omar. Mówiłem już jak nieodkrytym turystycznie krajem jest Brunei? To warto o tym wspomnieć raz jeszcze. Przez całą 3km trasę, gdzie stały tłumy ludzi, zachodnich turystów byłbym w stanie policzyć na palcach jednej ręki :)
Podczas naszego marszu wiele osób zerkało na nas z zaciekawieniem, a dzieciaki uśmiechały się i machały. Niektórzy nawet robili nam zdjęcia :D Czuliśmy się nieco, jak jedna z atrakcji przed głównym wydarzeniem dnia ;)

Image

Image

Image

Image


Meczet Omar Ali Saifuddin stoi w centralnej części Bandar Seri Begawan. Ciężko go nie zauważyć, wraz z jego lśniącą, złotą kopułą. Dopełnieniem tej wielkiej budowli jest betonowa łódź pośrodku sztucznego stawu.

Image

Image

Planowaliśmy odwiedzić muzeum Royal Regalia ale, ze względu na dzisiejsze uroczystości , było nieczynne. Zamiast tego poszliśmy do Burger Kinga :lol: Mają klimatyzację, a po tylu kilometrach, czuliśmy że tego nam trzeba. Niedługo później trasą przejechał sułtan. Osobiście spodziewałem się bardziej spektakularnego widowiska. Chwilę po tym wszyscy Brunejczycy ruszyli i… niemal natychmiast stanęli. Każdy przyjechał na obchody samochodem, ale w tym momencie przepustowość lokalnych dróg tego niewytrzymała. Podobnie wyglądało to na przystani, gdzie wszyscy mieszkańcy Kampong Ayer, zapragnęli wrócić do siebie. Mimo że łódek-taxi było całkiem sporo, w tym takie marki jak Ferrari i Despacito, to i tak kolejka była baaaaardzo długa. Kampong Ayer, nazywane czasem „Wenecją Wschodu”, to trzydziestotysięczna wioska na wodzie. Są tu szkoły, meczety, policja, straż. Niemal nie ma potrzeby schodzenia na ląd :) Swego czasu były nawet plany przeniesienia mieszkańców do nowych, zbudowanych na betonowych palach, domów, które oferują o wiele wyższy standard, jednak Brunejczycy nie palą się do przeprowadzki.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Niemal w środku miasta znajduje się spokojne, ciche miejsce – Tasek Lama. Park jest naprawdę rozległy. Znajduje się tam sporo szlaków, którymi można przemierzać teren wśród bujnej roślinności.
Spotkaliśmy tutaj warany i makaki. Jednak te małpy nie były równie przyjacielskie jak ich krewne z Batu Caves. Zdecydowanie mogłyby zaatakować gdybyśmy chcieli podejść za blisko.

Image

Image

Image

Image


Pora obiadu. Padło na japońską knajpę, żeby trochę odpocząć od malajskiego tłuszczu :P W Brunei nie jest tak tanio jak w Malezji, ale zdecydowanie taniej niż w Singapurze za sprawą tego, że nie ma tu podatku VAT. Tak, tak, są takie cudowne miejsca na świecie :D Dodatkowo Brunejczycy cieszą się brakiem podatku dochodowego, darmową służbą zdrowia i edukacją.

Image

Image

Image


Późnym popołudniem mieliśmy zaplanowany rejs po Sungai Brunei. Khairol załatwił nam swojego znajomego, który za 15B$ od osoby zdecydował się zrobić z nami kurs. Chcieliśmy zobaczyć nosacze (które występują wyłącznie na Borneo), krokodyle oraz namorzyny. Udało się wszystko to spełnić. Tylko zwierzęta ciężko złapać na zdjęciu. Krokodyle na dźwięk lub nawet wibracje wody od śruby chowają się pod wodą, a nosacze kryją się wysoko w koronach drzew. Podczas tej wycieczki podziwiałem też spostrzegawczość naszego nowego znajomego. Operując silnikiem i bawiąc się komórką dostrzegał wystające z wody oczy z odległości kilkuset metrów. Ja musiałem czekać aż podpłyniemy nieco bliżej i bacznie obserwować wskazany przez niego palcem punkt w wodzie, żeby dostrzec to co on. Ech, chyba czas odstawić komputer, telewizor i konsolę ;)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Wieczorem przeszliśmy się jeszcze po food courcie i wstąpiliśmy do lokalnej piekarni. Był tam niesamowicie duży wybór wypieków na słodko i słono. Aż trudno było się zdecydować. Dodatkowo warto przyjść wieczorem gdyż wtedy każdy drugi produkt jest gratis 

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Rano znów pobudka zafundowana przez muezina. Khairol zaproponował że za 10B$ odwiezie nas na lotnisko, co uznaliśmy za świetną ofertę. Dodatkowo zadbał o to, abyśmy nie lecieli głodni :D

Image

Image


Podsumowując, w Brunei nie ma jakiś spektakularnych zabytków, niesamowitych atrakcji przyrodniczych, ale mimo wszystko jest to miejsce które przyjemnie było odwiedzić. Jest tam bezpiecznie, ludzie są przyjaźnie nastawieni, zaintrygowani i pewnie też zadowoleni z tego, że ktoś wybrał ich mały kraj jako miejsce do zobaczenia. Infrastruktura jest na bardzo dobrym poziomie, nie ma zagrożeń epidemiologicznych, ciężko nawet uświadczyć komara.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 14 Maj 2018 11:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 Maj 2015
Posty: 512
Loty: 84
Kilometry: 181 375
srebrny
Czekam na dalszy ciąg:)
_________________
Tajlandia, Malezja, Singapur

Bulgaria
Góra
 Relacje PM off
Tomek Nowicki lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 29 Maj 2018 12:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 Maj 2014
Posty: 206
Loty: 1
Kilometry: 2 169
niebieski
Praca, kolejna podróż... wiem, trochę przysnąłem z dokończeniem relacji, ale na początku czerwca postaram się to uczynić :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 16 Sie 2018 14:35 

Rejestracja: 06 Mar 2012
Posty: 1039
Loty: 131
Kilometry: 169 177
srebrny
@Adżi, domagamy sie dalszej czesci!
_________________
//Bartek

Moja pierwsza relacja z podróży - Andaluzja
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 6 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group