Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 36 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 06 Lis 2017 02:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@ambush, dziękuję. Idealnie ubrałeś w słowa to, co myślę. To naprawdę nie jest łatwy temat...
Dobrze, ma być szczerze, więc będzie. Do tej pory niezbyt chciałam się angażować w dyskusję na temat ludobójstwa. Przede wszystkim dlatego, że ten kraj to nie tylko Pola Śmierci czy Muzeum... To jest relacja z pobytu w Kambodży, kraju, który ma mnóstwo do zaoferowania. Piękne miejsca, historia, cudowni ludzie... Nie chciałam, żeby wątek został zdominowany tym jedynym tematem. Ważnym i strasznym, owszem, nie można go przemilczeć, ale nie jest tak, że Kambodża = tylko i wyłącznie terror Pol Pota.
Relacje nigdy nie są obiektywne. Możesz się nie wiem, jak starać, ale i tak dany kraj postrzegasz przez pryzmat własnej wiedzy/doświadczeń/rozmów z miejscowymi/albo (to już moja własna teoria) - trochę z własnego wyboru (ja zazwyczaj decyduję się, owszem, pewnie z egoizmu, nie brać bardzo do siebie prób oszustw czy niemiłych sytuacji. Uważam, że źli ludzie są wszędzie i robię, co mogę, żeby to nie rzutowało na moją ocenę danego miejsca. Bo w przeciwnej sytuacji najbardziej stratna będę właśnie ja - niepotrzebne mi nerwy i złość na wakacjach). Nawet wybór określonych zdjęć do relacji obiektywny nie jest - konkretne obrazy rzutują na sposób widzenia kraju przez ludzi, którzy tam jeszcze nie byli...W przypadku tak trudnego tematu jak ludobójstwo, starałam się nie przekazywać tego, co myślę, a skoncentrować się wyłącznie na tym, czego dowiedziałam się od miejscowych osób. Owszem, może się tu rodzić podejrzenie, że obraz, który otrzymałam, nie jest w 100% zgodny z prawdą (tak, jak w przypadku szwedzkiej delegacji za czasów Pol Pota), ale nie mam innego.... Oprócz tego, mam tylko to, co myślę, coś, co jest zupełnie i całkowicie subiektywne. A myślę (choć trudno tu się wypowiedzieć, bo nie jestem na miejscu Khmerów i, mam nadzieję, nigdy nie będę), że gdybym była w takiej sytuacji, tu i teraz, i miałabym do wyboru - zemsta i rozliczenie albo przyszłość moich dzieci, którym mam szansę dać wykształcenie i przygotować je do życia bez nienawiści, bez mrugnięcia oka wybrałabym to drugie. Właśnie dlatego, żeby nie nakręcać zła.
Kolejna sprawa - @kumkwat_kwiat, nie mogę z Tobą polemizować w kwestii zdjęć w Tuol Sleng. Możliwe, że były tam tabliczki z zakazami. Ja po prostu ich nie widziałam - owszem, mogło to wynikać z faktu, że wizyta w tym miejscu była dla mnie bardzo emocjonalna i strasznie trudna. Mogłam nie zwrócić na nie uwagi. Jeśli były, to faktycznie, złamanie przez nas zakazu nie było fair. I tak, zrobiło mi się głupio. Natomiast, w oderwaniu od zakazu, zupełnie prywatnie uważam, że nie pokazywanie takich obrazów, niestety nie spowoduje, że ta tragedia zniknie....
I jeszcze jedno pytanie @ambush. Masz całkowitą rację, co do używania słowa "Khmer". Jednak nie zauważyłam, żeby w tym wątku zostało użyte niezgodnie ze znaczeniem. Coś przeoczyłam?
Prawie coming out :)
Miłej nocy.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#22 PostWysłany: 06 Lis 2017 10:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2012
Posty: 243
Loty: 84
Kilometry: 205 918
srebrny
@pestycyda tutaj lekkie sprostowanie, bo faktycznie nie napisałem precyzyjnie - w Twojej relacji nie było żadnego błędu związanego z Khmer. Ten błąd zauważyłem tutaj w 1 czy 2 w komentarzach ludzi komentujących i to do nich był ten tekst :)
_________________
zapraszam na mój blog podróżniczy:
http://www.czterykranceswiata.com

moje relacje:
Najpiękniejszy trek na świecie (Himalaje) - Annapurna Base Camp
Nepal na bogato - tak pół żartem, pół żartem
Jamajka -Fałszywy Raj
Nikaragua - Okryłem nowy RAJ?!
Kostaryka -Pura Vida
Angkor Wat -Perła Kambodży
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 10 Lis 2017 20:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Kolejnego ranka pobudka mogła być dużo później, przynajmniej w porównaniu do dnia poprzedniego :D Wystarczyło, że wstaliśmy o 7.00 (co było wyjątkowym szczęściem :) nie wiem, jakim cudem, ale obawiam się, że wieczorem wykorzystaliśmy całkowicie zasoby kambodżańskiej promocji piwnej :D Co chwilę biegaliśmy do sklepu wymieniać szczęśliwe zawleczki na kolejne puszki - gdy się ma dobrą passę, to przecież nie odchodzi się od gry :D ) (i naprawdę mnie to zastanawia - albo w Kambodży istnieją takie dziwne promocje, których głównym celem jest wpędzenie w alkoholizm nieświadomych turystów - kupujesz jedno piwo, dla degustacji, po prostu, a kończysz w nocy, przy stoliku zapełnionym puszkami po wygranych :/ :D albo..nie wiem. Może pomylili się w hurtowni? Dobrze, już kończę dygresję :D ) Wystarczyło więc, że wstaliśmy o 7.00, bo o 8.00 miał przyjechać po nas pan Lom Lam. Znaleźliśmy go na booking.com, gdy szukaliśmy pomysłu na odwiedzenie którejś z pływających wiosek i od dwóch dni rozmawialiśmy ze sobą mailowo.
Pan Lom Lam. Dużo można by o nim napisać. Dobry, serdeczny i uczciwy człowiek. Można zamieszkać w domu z jego rodziną, proponuje też wycieczki po Angkor, do pływającej wioski, a także po rodzinnej miejscowości własnym tuk-tukiem.
Ponieważ Angkor już zwiedziliśmy ("zwiedziliśmy" :/ to zdecydowanie nadużycie :/ :D ), z panem Lom Lam umówiliśmy się na nocleg w jego domu i wycieczkę do pływającej wioski.

Image

Punktualnie o 8.00 pod hostelem czekał na nas drobny, nieśmiało uśmiechnięty mężczyzna. Zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w stronę jego domu. Wioska, w której mieszka Lom Lom, znajduje się pod Siem Reap - jakieś 40 minut tuk-tukiem. Krajobraz zmieniał się bardzo szybko, a asfaltowa droga przemieniła się w piaszczystą ścieżkę. Pola ryżowe, puste przestrzenie...Miły widok :)

Image

W końcu dojechaliśmy do wioski. Lom Lam zatrzymał się na środku drogi i zaproponował zwiedzenie targu. "Koniecznie teraz, bo później nikogo tu nie będzie." Hmmm, uwielbiamy targi i zawsze próbujemy jakiś znaleźć. Im mniej turystyczny, tym lepiej. Ale powiem Wam, że na tak "prawdziwym" targu to chyba jeszcze nie byłam - kobiety z wioski robiły zakupy na obiad, mnóstwo dziwnych produktów, wyłożonych często bezpośrednio na kawałkach foliowych worków, rzadziej na stoiskach i ani jednego turysty. Wszystkie spojrzenia zwrócone tylko na nas, czasem pojawiające się nieśmiałe uśmiechy, ale żadnych zachęcań do kupna...Mieszkańcy Kambodży, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, nie są bardzo śmiali do "obcych". Owszem, są uprzejmi, ale często, początkowo przynajmniej, zachowują dystans. My też do szczególnie śmiałych w tym temacie nie należymy (zupełnie inny typ, niż ludzie, którzy biegają wszędzie, zaglądają do każdego garnka i nachalnie dopytują :D czasem szkoda, ale za to potrafimy przesiadywać godzinami przy drodze i obserwować :) ), więc szliśmy sobie przez ten targ pomalutku i po cichutku, starając się nie narzucać miejscowym (a "do garnków" zaglądaliśmy kątem oka :D

Image

Image

Wiadomo, inny kraj, inna, kultura, ale trochę żołądek mi się ściskał, gdy widziałam taką ilość różnorodnych podrobów, nie do końca dla mnie wiadomego pochodzenia.

Image

Jednak, jak się okazało, najgorsze było jeszcze przed nami...

Image

Żołądek w supeł i jedyne, czego chciałam, to opuścić targ....:( Wiem. Inna kultura. My jemy świnie, które ktoś inny uważa za nieczyste np.....Nie jestem wegetarianką i nie mam problemu z tym, że gdzieś jada się zwierzęta, uznane przez nas prawie za członków rodziny. Problem z psim mięsem polega dla mnie na sposobie pozyskiwania. Żeby można go było zjeść, psa trzeba mocno przestraszyć i pobić. Na śmierć. Wtedy wydzielają się hormony, które powodują, że psie mięso jest "smaczne". "Psobicie" wygląda więc tak, że skulonego, zastraszonego zwierzaka otacza grupka mężczyzn z kijami - krzyczą, kopią go, tłuką...Ech...........:(

Image

Dosyć szybko targ opuściliśmy. Humory - poniżej zera. Człowiek gdzieś jedzie, szuka i goni za dotknięciem "prawdziwości" kraju, w którym jest. Natomiast gdy wreszcie tej prawdy dotknie, to, ech, szkoda gadać....Nie umiem być obiektywna w tym temacie....

Image

Lom Lam spojrzał nam w oczy i, myślę, że wiedział. Nie poruszyliśmy tego tematu - on, bo dlaczego miał się nam tłumaczyć z czegoś, w czym wzrastał i co stanowi element jego kultury. My - bo jakie mamy prawo mówić, że jego kultura jest zła?...Dlaczego mają przestać robić coś, co robili "od zawsze"? Myślę, że jedynym rozwiązaniem jest edukacja - od małego. Tylko to mogłoby cokolwiek zmienić...Ale myślę, że wiedział, dlaczego przestaliśmy się odzywać i uśmiechać...

W domu Lom Lama przyjęto nas bardzo serdecznie. Gdy wjeżdżaliśmy na podwórko po suszącym się na słońcu ryżu, na zewnątrz wybiegła jego żona, ojciec, dziadek, dzieci, dzieci siostry, sąsiadów i sami sąsiedzi....:D Nikt, z wyjątkiem Lom Lama nie mówił po angielsku, ale wszyscy uśmiechali się naprawdę serdecznie, a co odważniejsi zadawali pytania we własnym języku :D Odpowiadaliśmy w łamanym angielsko-polskim, bo to i tak nie miało żadnego znaczenia, a Lom Lam przyglądał się tej scenie z uśmiechem i dumą w oczach. Nie tłumaczył, bo zupełnie nie o to chodziło...:) Piękny moment.
Dom Lom Lama, pewnie jak większość domów w Kambodży, składał się z czegoś w rodzaju werandy, która pełniła rolę pokoju dziennego, publicznego - tam się przesiadywało, jadło, rozmawiało, spędzało czas. Poza tym była też część bardziej prywatna, klasyczna - sypialnie, łazienka, kuchnia. Z werandy wchodziło się do naszego pokoju. Niesamowicie rozczuliła nas troskliwość gospodarzy - po przywitaniu, seniorzy rodu wnieśli do naszego pokoju dodatkową, małą kanapę ("żeby nam było wygodniej" - tak zrozumiałam czytając z gestów i ciepłych uśmiechów :) , po drodze uderzając nią ciągle w futrynę :)

Zostawiliśmy plecaki i wyruszyliśmy tuk-tukiem do Kampong Phluk, pływającej wioski. Lom Lam zatrzymał się przy kasach przed przystanią - trzeba było załatwić formalności. Tam przeżyłam dosyć mocne zaskoczenie :D Jakoś nie wpadliśmy wcześniej, żeby zapytać Lom Lama, ile to kosztuje. Wydawało nam się, że pewnie w okolicach 4-5 USD. Niestety, kasjer, podając 2 bilety, oznajmił "dwadzieścia dolarów". I nim zdążyłam pomyśleć, że to trochę drogo, dodał - "Za osobę" :/ :D Tak, wejście do Kampong Phluk (zwiedzanie wioski + łódź) to koszt 20 USD od osoby. Niestety. A wydawało mi się, że czytałam, że to najmniej turystyczna wioska :)

Od kas do miejsca, z którego odpływają łodzie, trzeba jeszcze przejechać około kilometra wałem. Wał jest dosyć piaszczysty, żeby nie powiedzieć - "jeden wielki piach w powietrzu" :D I po raz kolejny Lom Lam dał dowód swojej ogromnej troskliwości - pogrzebał za siedzeniami tuk-tuka i...

Image
Pomogło :D

Image
Na przystani, a właściwie - przy końcu wału, gdzie stało mnóstwo większych i mniejszych łodzi :D Lom Lam podprowadził nas do jednej z nich. I nie wiem, czy to standard, czy efekt pory deszczowej lub wpływ Lom Lama, ale okazało się, że cała, dosyć duża łódź, jest tylko dla nas.

Image

Podobno w porze suchej do Kampong Phluk można dojechać po prostu tuk-tukiem, bezpośrednio po wale. Pewnie tak, ale dla mnie sam rejs łodzią jest dodatkową atrakcją. Powoli z oddali zaczynały wyłaniać się pierwsze budynki wioski...

Image

Image

Image

Naprawdę niewiele potrafię tu napisać...Bo jak można to skomentować? Banalnym : "ciężko"? Albo opisem "tu trudno żyć" z wizerunkiem smutnej buźki? :/ Słowa nie oddają, po prostu....

Image

Pierwszy przystanek w restauracji na wodzie. Obowiązkowy punkt każdej pewnie wycieczki. W restauracji obsługują miejscowi - więc pewnie pieniądze dają im szanse na przetrwanie najtrudniejszych okresów. Dodatkowo nikt nachalnie nie namawia do zakupu niczego. Lom Lam spytał tylko, czy chcemy zjeść. Po odpowiedzi odmownej przeskoczył z nami na kolejną platformę na wodzie, na której mieściło się coś w rodzaju biura. Tam kłębiły się tłumy innych turystów, niezbyt wiedzieliśmy, o co chodzi. Dopiero gdy wytłumaczył nam, co się tu odbywa, zgodnie uznaliśmy, że koniecznie musimy z tego skorzystać. Otóż kolejna platforma znajdowała się na terenie zalanego lasu. Miejscowe kobiety, które nie mają szans na żaden inny zarobek, założyły coś w rodzaju spółdzielni - na płaskich, tradycyjnych łódkach oferują turystom przejażdżkę pomiędzy zatopionymi koronami drzew. Koszt - 5 USD od osoby. Zarobione pieniądze wkładają do wspólnej kasy, a na koniec dnia dzielą się nimi po równo.

Image

Większość kobiet na łódkach ma dzieci. Pewnie z dwóch powodów - po pierwsze, nie maja ich z kim zostawić. A po drugie, no cóż, nie oszukujmy się - dziecko znacznie łatwiej potrafi chwycić za serce turystę z grubym portfelem....

Image

Zwłaszcza, że częścią wycieczki jest podpłynięcie do łódek innych pań, które sprzedają różne towary - napoje, drobne przekąski oraz...przybory szkolne. Sprzedawczynie zagadują turystów takimi samymi, wyuczonymi zdaniami po angielsku, próbując nawiązać jakąś więź - jak masz na imię? Skąd jesteś? Czy masz dzieci? Później przechodzą do konkretów - Może chcesz colę/piwo itp? Później następują cięższe argumenty - Może kupisz colę dla pani, która dla ciebie tak ciężko wiosłuje...? Albo dla jej córki...? A potem najgorsze - Może kupisz dla niej zeszyty do szkoły? Długopisy? Kredki?......Spróbuj odmówić, patrząc w twarz dziecku, zerkającemu na ciebie z nadzieją....Kurczę, ciężki temat. Kupiliśmy cole (1,5 USD sztuka), przyborom szkolnym powiedzieliśmy nie, tłumacząc sprzedawczyni, że mamy rzeczy dla naszej dziewczynki. Popatrzyła na nas nie rozumiejąc - takiego zdania po angielsku nikt jej nie nauczył...Trudne, smutne momenty. Dla mnie jednak te działania to nie próba "oskubania turysty do końca", to raczej akt ogromnej desperacji...Prawdopodobnie zarobione w ten sposób pieniądze, są jedynymi, jakie mają. Dlatego tak mocno o nie walczą....Ech...

Image

I, prawdopodobnie, każde dziecko, które otrzyma od turysty zeszyt/kredki/długopisy, zaraz po jego wyjeździe oddaje je do wodnego sklepu, żeby te przedmioty mogły zarobić raz jeszcze. I jeszcze. Dlaczego tak myślę? Ponieważ wybierając się do pływającej wioski faktycznie zapakowaliśmy cały plecak rzeczami dla dzieci. Dziewczynka z naszej łodzi otrzymała kredki, zeszyty i bańki mydlane. I tak mocno się cieszyła, że prawie wypadła z łodzi, krzycząc z radości i pokazując je innym dzieciom...Bo prawdopodobnie będą to jedyne rzeczy, jakie pozwolą jej naprawdę zatrzymać - trudno sprzedać w kambodżańskim sklepiku polskie produkty....

Image

Gdy wysiadaliśmy z łódki, Lom Lam spytał, czy mamy jakieś drobne - 1-2 USD - żeby dać pani, jako napiwek. Pieniądze za przejażdżkę idą do wspólnej kasy, a napiwek będzie rzeczywiście tylko dla niej - tłumaczył...

Image

Kolejny punkt wycieczki, to wpłynięcie na jezioro Tonle Sap. Ogromna przestrzeń. Cisza. Wodna pustynia...

Image

Tylko czasem pojawiała się jakaś łódka - a to turyści, a to kolejny pływający sklepik. Jednak wszystko odbywało się w prawie idealnej ciszy, przerywanej od czasu do czasu chlupotaniem wiosła...

I wracamy - ponownie do pływającej wioski.
Image

Tym razem przybiliśmy do brzegu i mogliśmy przejść się przez Kampong Phluk. Okazało się, że przez środek prowadzi piaszczysta droga, a domy zbudowane są w ten sposób, że stoją zarówno na lądzie, jak i nad wodą (ich druga połowa). Podobno w porze suchej wioska przestaje być pływającą, a las - zalanym. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy desperacko walczą o zarobek w tym krótki czasie, kiedy stanowią "atrakcję" dla turystów.

Image

Image

W środku wioski są jakieś restauracyjki, turyści bardziej turystyczni (tzn. tacy z prawdziwych wycieczek, wieloosobowych, którzy na przystań przyjechali autokarami z klimatyzacją i na pewno nie potrzebowali chirurgicznych maseczek, żeby przetrwać drogę po wale :D idą tam obowiązkowo na posiłek. Nasza, bardzo skromna grupka (Marcin, Lom Lam i ja. Nawet sternik został w łodzi) przeszła tylko uliczką, zatrzymując się wszędzie, gdzie się dało i obserwując.

Image

Image

Image

Dzieci wracające ze szkoły.

Image

Zastanawia mnie tylko jedno - kto i dlaczego inkasuje 20 USD za wejście do wioski. Nie sądzę, żeby mieszkańcy, w których prywatność się ingeruje, na tym zarabiali. Nie wydaje mi się też, żeby była to w całości opłata dla sternika. Kto i dlaczego zarabia na innych ludziach i ich trudnym życiu?....

Image

Image

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 13 Lis 2017 15:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lis 2012
Posty: 4997
złoty
@pestycyda
A wiesz coś może o przeszłości tej pływającej wioski? Z czego żyli 50 lat temu? Czy ta wioska istniała 50 lat temu?
Strasznie dziwne miejsce... Z jednej strony kasują 20$ za wjazd (co jest pewnie kupą kasy) a z drugiej "łapią za serca" zeszytami dla dzieci... Albo te kobiety kręcą albo są bardzo wykorzystywane.
_________________
Marzy Ci się wycieczka rowerowa po Hiszpanii? Zapytaj! Coś podpowiem ;)
Góra
 Relacje PM off
K Marek Trusz lubi ten post.
 
 
#25 PostWysłany: 13 Lis 2017 19:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@namteH , mam wrażenie, że cała wioska jest wykorzystywana. Bardziej wyobrażałam sobie, że podjedziemy na przystań, znajdziemy jakąś łódź i zapłacimy sternikowi. On nas zawiezie do wioski, a tam się zapłaci np. nie wiem, komuś w rodzaju sołtysa, coś takiego (że już nie wspomnę, że w swojej naiwności myślałam, że pieniądze pójdą na rozwój wioski :/ Myślałam, że to będzie bardziej coś w stylu "datku na rozwój") Tu podjeżdżasz pod normalne kasy, kupujesz bilet od osób w mundurach (nie mam pojęcia jakich - może to po prostu uniformy stylizowane na militarne) i własny transport podwozi Cię na wał, gdzie stoi mnóstwo łodzi. Dziwna sytuacja.
Wioska, wg. Lom Lama, bo jedyną wiedzę mam od niego (nikt inny nie mówił po angielsku, z wyjątkiem pań z pływających sklepów, ale one miały konkretny zasób zdań "handlowych"), raczej nie istniała 50 lat temu. Została zbudowana przez Kambodżan, którzy odłączyli się od innej pływającej wioski (w której mieszkali z Wietnamczykami. Podobno Wietnamczycy nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni - ani do innych mieszkańców, ani do turystów, którzy co jakiś czas próbowali się im szlajać po terenie). Mam wrażenie, że odkąd powstała, żyje trochę z turystów (a raczej z tego, co ewentualnie zostawią bezpośrednio w wiosce - wycieczki na łodzi z kobietami, jakieś restauracyjki itp.), trochę z rybołówstwa. Być może niektórzy mieszkańcy zarabiają jakieś pieniądze na podwożeniu turystów łodziami z wału do wioski, choć nie sądzę, żeby to były ich własne łodzie, więc to raczej na pewno są grosze...
Pytałam Lom Lama, czy mieszkańców nie denerwuje fakt, że ciągle ktoś obcy się im po wiosce plącze. Odpowiedział, że się z tego cieszą, bo zawsze jest szansa, że ktoś coś od nich kupi.
Trudno powiedzieć, jaka jest prawda. Ale poważnie interesuje mnie kto na tym zarabia i dlaczego ci ludzie się na to zgodzili (pewnie jest jakieś prawdopodobieństwo, że dostają część pieniędzy z biletów, ale szczerze? Nie sądzę. A 20 USD to w Kambodży naprawdę duża stawka).
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
namteH lubi ten post.
 
 
#26 PostWysłany: 14 Lis 2017 13:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 Sty 2015
Posty: 50
Loty: 98
Kilometry: 151 587
Byłam w Kambodży mniej więcej w tym samym czasie. Wycieczkę do pływającej wioski kupiłam w Siem Rap w biurze za 16 USD od osoby. Był to zachód słońca nad jeziorem, zabrali nas z hotelu, przejazd do przystani, łódka, zwiedzanie świątyni, wioska, restauracja i kobiety na łodziach, podziwianie zachodu słońca ( i ta sama dziewczyna sprzedając z łodzi w różowej bluzce) i powrót. Dodatkowo nic nie płaciliśmy i nie słyszałam o 20 USD za wejście do wioski. Nasz przewodnik był fantastyczny i bardzo szczerze i dużo opowiadał. W wiosce jest prąd, maja tv i życie jest trochę na pokaz dla turystów. Byliśmy w szkole i ze smutkiem muszę stwierdzić, że wszędzie po ziemi walały się porozrzucane zeszyty, ołówki i długopisy. Dzieciaki chcą już czegoś innego, tego mają dosyć. W Kambodży wcale tanio nie jest, wszędzie płaci się w dolarach, dla nas to niekorzystny przelicznik. W Siem Rap jedzenie jest drogie, jedynie ciuchy da się wytargować po 1 USD i hotele są tanie w dobrym standardzie.
_________________
www.miniclassic.pl
Góra
 Relacje PM off
K Marek Trusz lubi ten post.
 
 
#27 PostWysłany: 14 Lis 2017 21:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@Margita , a w której wiosce byłaś? Wychodzi na to, że jest gorzej, niż myślałam - skoro Ty za całą wycieczkę w agencji zapłaciłaś 16 USD (z dojazdem na przystań, łodzią, przewodnikiem itp), to chyba znaczy, no właściwie nie wiem, co znaczy :/ :D Chyba tylko tyle, że przepłaciliśmy straszliwie, bo w naszych 20 USD mieliśmy jedynie łódź :/ :D Ale w takim razie jestem już pewna, że wioska nic z tych pieniędzy nie dostaje, a bilety w kasie sprzedaje hmm...agencja wynajmu łódek (?) :/

Po zwiedzeniu Kampong Phluk wróciliśmy do domu Lom Lama. Nocleg w dwuosobowym pokoju ze śniadaniem kosztował 9 USD. Nasz gospodarz zarządził odpoczynek, jednak uznaliśmy za trochę niegrzeczne położenie się na chwilę w naszym pokoju (ale kusiło, oj kusiło :D
Wyszliśmy więc do części dziennej - na zadaszony taras bez ścian, gdzie stały fotele i stół oraz siedziała cała rodzina. Początki naszej znajomości były trochę nieporadne - starszyzna wpatrywała się w nas z uśmiechem, a dzieci...uciekły do środka domu :/ :D Jednak, powoli-powoli zaczęliśmy nawiązywać pierwszy kontakt, a synowie Lom Lama, początkowo bardzo nieśmiało, zaczęli zerkać na nas zza uchylonych drzwi...Pierwsze lody pozwoliła przełamać duża dmuchana piłka, którą wyciągnęliśmy z plecaka. A całkowicie połączyła nas próba naprawienia tragedii - chłopcy rozcięli piłkę na kręcącym się pod sufitem wentylatorem. Gdy Marcin wyciągnął z plecaka "Kropelkę" i skleił piłkę, staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi :D

Image

Przed domem, jak przed większością domów w wiosce Lom Lama, suszył się ryż. Natomiast przy ogrodzeniu, zupełnie inaczej niż w większości domów, zaczęli zbierać się sąsiedzi :D I było bardzo przyjemnie - wszyscy się do nas uśmiechali, my się oduśmiechiwaliśmy, ośmieleni sąsiedzi podchodzili coraz bliżej, znowu uśmiechy - czyli miłe, kambodżańskie popołudnie :D Ale ile można się wyłącznie uśmiechać? Więc jakoś tak, trochę niechcący, założyliśmy przedszkole :D

Image
I wtedy zrobiło się całkowicie rodzinnie. Z wioski zaczęły zbiegać się kolejne dzieci, nasze uśmiechy stały się zupełnie szczere, sąsiedzi rozmawiali (nawet z nami - szkoda tylko, że mówiliśmy w dwóch albo i więcej językach...:/ :D Jednak mowa ciała bardzo się w takich przypadkach przydaje :) Lom Lam czasem coś tłumaczył, ale sam był zmęczony, więc większość czasu spędził po prostu odpoczywając i obserwując z dumą i uśmiechem ten radosny tłum na jego werandzie :)

Image
Dużo można by pisać o tym popołudniu. Dla nas to była jedna z przyjemniejszych i prawdziwszych chwil podczas pobytu w Kambodży. Czuliśmy się na tej werandzie zupełnie jak członkowie wielkiej rodziny - ciepło, spokój i serdeczność, jakimi nas otoczono, spowodowały, że zupełnie zapomnieliśmy o naszym "turystycznym" pochodzeniu. Patrzyliśmy w uśmiechnięte oczy dzieci, śmialiśmy się razem z nimi...Magiczne momenty....

Po odpoczynku Lom Lam zabrał nas i swoich dwóch synków na wycieczkę po wiosce.
Image

Oglądaliśmy pola ryżowe, wioskową pagodę, którą właśnie rozbudowywano...

Image

Image
...krematorium. Podglądaliśmy zwykłe, wiejskie życie - dla nas tym ciekawsze, że po prostu prawdziwe. Chłopcy pokazywali nam palcami co ważniejsze, wg. nich obiekty :) np. krowę :D Ale trzeba przyznać, że bydło w Kambodży jest wyjątkowo okazałe :)
Później nadeszła pora na odwiedzanie rodziny :) Wróciliśmy do domu po żonę Lom Lama, niesamowicie miłą kobietę. Uśmiechała się cały czas bardzo serdecznie i, przez męża, zaprosiła nas do rodziny swojej siostry. Wiem, nadużywam określeń "miły", "serdeczny" itp., ale, uwierzcie - ta rodzina po prostu taka była. Trudno opisać klimat tych momentów - słowa są zbyt ubogie...

Image
Dalej pojechaliśmy więc już całkowicie zapełnionym tuk-tukiem (+ dodatkowo wielka, dmuchana piłka :D Chłopcy nie chcieli się z nią rozstać :) Rodzina siostry przyjęła nas bardzo, tak, zgadliście, serdecznie :D No cóż na to poradzę :D Ich sąsiedzi również :D Czasami miałam wrażenie, że jesteśmy dla nich większą atrakcją, niż dla nas ich wioska :) Mąż siostry miał dwie rzeczy, którymi z dumą się pochwalił.

Image
Jedną z nich była młockarnia do ryżu. Drugą - najlepszy w wiosce rozpłodowy byk. Był faktycznie piękny i okazały, ale jego zdjęcia, a szczególnie zdjęcia jego wyjątkowo dużych atrybutów, raczej Wam oszczędzę :D
Miał też przy domu jeszcze jedną interesującą rzecz - otóż prowadził coś w rodzaju mini-sklepiku. Szybko rozstawił mały stoliczek, na którym stanęły lokalne przysmaki (dziwne chrupko-ciastka, smaczne) i piwo. Usiedliśmy wokół na zdezelowanych krzesełkach i, ponieważ okazja sprzyjała, wreszcie mogliśmy zadać Lom Lamowi pytanie, które nurtowało nas od rana. Niestety, odpowiedź pozbawiła mnie zupełnie złudzeń :( Lom Lam popatrzył mi głęboko w oczy, lekko się zawahał i w końcu odrzekł - "Wiem, że wy tego nie robicie, ale tak, my jemy psy. I tak, wszystkie psy, które widziałaś w Kambodży są trzymane na mięso. Niektórzy jedzą też koty - moja rodzina akurat nie". W tym momencie prysły wszystkie moje wizje i pobożne życzenia, wyrażane wieczorami do Marcina - "Popatrz, chyba idzie ku lepszemu. Te psy, które dziś widzieliśmy, wyglądały dobrze, takie zadbane...Na pewno są hodowane jako zwierzęta towarzyszące. Pewnie to się zmienia. A jedzenie mięsa to może już tylko sporadycznie, daleko na prowincji..."

Image
Dzień powoli zmierzał do końca, ruszyliśmy więc w kierunku wioski. Musieliśmy się trochę pospieszyć, dziś czekała nas jeszcze jedna atrakcja - wspólna wizyta na targu, pani domu uczy nas wybierać produkty, a następnie wspólnie gotujemy kolację. Lom Lam zapytał, co mamy ochotę zjeść. Szczerze mówiąc, po tej ciężkiej rozmowie, nie mieliśmy ochoty jeść w ogóle, ale szkoda nam było tego "wspólnego gotowania". Stanęło więc na rybie. Okazało się jednak, że przed targiem jedziemy zwiedzić jeszcze jedno miejsce, dumę wioski...Bilet wstępu - 3 USD.

Image
Farma krokodyli. Mostki wznosiły się jakieś dwa metry nad wybetonowanymi basenami, w których, w ogromnym ścisku, tłoczyły się krokodyle. Sama farma była dosyć duża - składała się z około czterech kompleksów, w których umieszczone były zwierzęta, mniej więcej zgodnie z ich wiekiem - osobno małe, osobno większe.

Image
Pobyt w takim tłoku raczej na pewno wzmaga agresję i autoagresję tych zwierząt - niektóre miały odgryzioną łapkę, a jeden z nich nie miał nawet połowy górnej szczęki.
Dla mnie okrucieństwo takiego chowu nie podlega żadnej dyskusji. Natomiast pojawia się tu jeszcze jeden problem. Otóż jeśli kupujesz w Europie bilet na jakąś "atrakcję", to wiesz, że atrakcja owa, nim dopuszczono do sprzedaży biletów, została sprawdzona w każdy możliwy sposób pod kątem bezpieczeństwa. Tworzenie "atrakcji" w Kambodży wygląda trochę inaczej :/ Wymyślasz sobie coś, co wg. ciebie może przyciągnąć klientów i już. Sprzedajesz bilety, po prostu. Natomiast ty, kliencie, nie licz na to, że skoro bilet kupiłeś, to z tego tytułu jesteś w jakiś sposób chroniony. Po mostkach ochoczo oprowadzały nas dzieci pani sprzedającej bilety, radośnie biegały i przeciskały się między barierkami wznoszącymi się niezbyt wysoko nad stłoczonymi, sfrustrowanymi, cierpiącymi olbrzymami...Nadmienię tylko jeszcze, że były to jedne z groźniejszych krokodyli - krokodyle różańcowe. Które podczas polowania SKACZĄ.

Image
I uważam, że tu na pewno się nie mylę w mojej opinii, gdyż chyba w Phnom Penh widziałam reklamę podobnego przybytku, na której jak byk było napisane : "BEZPIECZNA farma krokodyli" :/

Wymiękłam, gdy pani prowadząca farmę, postanowiła nam uatrakcyjnić pobyt (obserwując nasze niezbyt zadowolone miny) i przyszła z koleżanką i z dużym wiadrem mięsa...
Image

Im bardziej się od niej odsuwaliśmy, tym bardziej się przysuwała i zachęcała gestami do podziwiania...
Image

To była moja ostatnia chwila pobytu na mostku i w tym ośrodku w ogóle. Tzn. tak myślałam, bo uradowane dzieci obsługi za rękę zaciągnęły nas do (jakżeby inaczej) najważniejszego miejsca na farmie - sklepiku z pamiątkami. Tu się skończyła moja jeszcze jaka-taka uprzejmość, zdecydowanie odmówiliśmy wejścia. Oszczędzę też Wam widoku cudownych pamiątek - gustowne czaszki, łapki, torebki ze skór, buty i najgorsze : małe, wypchane krokodyle w różnych kolorach, przyklejone do podstawek, z łapkami złożonymi jak do modlitwy. Były też zupełnie malutkie, wypchane, wychodzące z jajek. Też na podstawkach. Gdyby ta farma miała jakieś ściany, to mogłabym napisać, że wyszliśmy trzaskając drzwiami. Niestety, nawet na tak niewinne odreagowanie, z przyczyn budowlanych nam nie pozwolono...

Image

Zakupy na kolację zrobiliśmy na szczęście na samym brzegu targu. Kolejnego widoku spoza mojego kręgu kulturowego chyba już bym nie zniosła. Żona Lom Lama wybrała dużą, zupełnie zwyczajną, tłuściutką rybę (1 USD) i jakieś liście. W pęczku. Czyli OK. Niestety, nieopatrznie zerknęłam do jednego z wiader stojących na targowym stoisku :/

Image
To już było trochę za dużo na dziś :/
Do domu wróciliśmy bardzo zmęczeni. Trochę staraliśmy się "wspólnie gotować", ale gdy uświadomiliśmy sobie, że bardziej przeszkadzamy, niż pomagamy przemiłej gospodyni - poszliśmy wziąć prysznic. Zresztą już się zdążyliśmy nauczyć robić prawdziwą kambodżańską zupę. Nie jest to trudne. Przepisem mogę się z Wami podzielić :D Otóż bierzesz rybę, wrzucasz do garnka z wodą, potem dodajesz takie kambodżańskie liście, potem inne, dziwne, potem taką jakby trawkę, potem takie pałki...No :D W każdym razie w domu tego dania raczej nie odtworzę :D Zupę zjedliśmy wspólnie na tarasie, była pyszna. Niestety, jedyny mi znany składnik to właśnie ryba :/ :D

Dom powoli usypiał, my siedzieliśmy z Lom Lamem na tarasie przy piwie, które przywieźliśmy z Siem Reap (nie uwierzycie :D Na trzy puszki, dwie wygrane zawleczki :D Rozmawialiśmy. O błahostkach i o tym, co ważne. O szkolnictwie w Kambodży, o życiu...Piękne chwile z cudownym człowiekiem. Przed pójściem do pokoju, poprosiliśmy o rozliczenie. Wyszło 44 USD (20 droga z i do Siem Reap, 5 droga do pływającej wioski, 10 wycieczki po jego wiosce, 9 nocleg. Kolacji nie policzył, bo, jak stwierdził "przecież jedliśmy wszyscy"). Zapłaciliśmy 50 USD, bo, oprócz rzeczy wymienionych w rachunku, otrzymaliśmy od tej rodziny dużo, naprawdę dużo więcej...

Image
Wczesnym rankiem Lom Lam odwiózł nas ponownie pod hostel w Siem Reap. O 6.00 rano musieliśmy czekać pod wejściem, bo miał przyjechać po nas kolejny transport. To, że przyjechał o 7.30, to zupełnie inna sprawa :D Ale dobrze się stało, bo mogliśmy jeszcze dłużej poprzebywać z Lom Lamem - odjechał dopiero, gdy bezpiecznie wsadził nas do mini-vana zmierzającego na przystań w Siem Reap.

Image
Z całego serca i jeszcze bardziej polecam!
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
DMW uważa post za pomocny.
 
 
#28 PostWysłany: 19 Lis 2017 22:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Jeszcze przed wyjazdem do wioski Lom Lama zakupiliśmy w recepcji naszego hostelu bilety na łódź z Siem Reap do Battambang. Są dwa rodzaje takich łodzi - szybkie (i droższe) oraz wolniejsze. Zdecydowaliśmy się na wolniejszą, która miała wypłynąć o 7.00. W cenie było też podwiezienie na przystań i to był właśnie powód, dla którego musieliśmy stawić się pod naszym hostelem o tak nieludzkiej porze :) Cieszyliśmy się na tę podróż bardzo, jednak gdy po setnym nerwowym dopytywaniu w recepcji (i setnej odpowiedzi - nie martwcie się, na pewno po was przyjadą) wreszcie przyjechał po nas bus - cieszyliśmy się już trochę mniej :/ :D A zupełnie przestaliśmy się cieszyć, gdy kierowca zatrzymał się pod jakimś budynkiem, kazał wszystkim wysiąść (bus był zapełniony turystami) i ....po prostu sobie odjechał :D Staliśmy więc na piaszczystej drodze, mnąc w dłoniach karteczki-bileciki i zastanawiając się, co dalej. Logistyka turystyczna w Kambodży trochę się jednak jakby różni od tajskiej :D W końcu ktoś z grupy wpadł na to, żeby wejść do budynku (nie, nie my :D I tak, wiem, nie świadczy to o nas za dobrze :D i wtedy wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Budynek okazał się biurem (?) przystani, wszyscy zaczęli nas pospieszać i popychać w stronę pomostu, przy którym stało parę łodzi i ani się obejrzeliśmy, a zostaliśmy wepchnięci na ostatnie miejsca jednej z nich.

Image

I wreszcie można było ruszyć. Łódź była całkowicie wypełniona, niestety głównie turystami. Szkoda, ale właściwie mogliśmy się tego spodziewać - chyba za bardzo nie ma co liczyć na coś innego, kupując bilet w recepcji hotelu.

Image

Podobno łodzie szybkie różnią się od "wolnych" tym, że po drodze nigdzie się nie zatrzymują. Natomiast te "wolne" pływają od miejsca do miejsca, przewożąc przesyłki, czasami podrzucając miejscowych do pobliskich wiosek. Co jakiś czas do naszej łodzi podpływała mała łódka z któregoś z domów - odbierając towar lub po prostu podwożąc "krótkodystansowego" pasażera.

Image

Podróż do Battambang jest właściwie jak zwiedzanie wszystkich pływających wiosek naraz. Płynęliśmy, no może nie z "nosem przy szybie", bo się nie dało :D ale rozglądając się na wszystkie strony i chłonąc otoczenie.

Image

Image

Przeróżne budynki - niektóre drewniane, inne z blachy falistej - masa kolorów, zapachów...

Image

Image

Image

Mijaliśmy sklepiki, malutkie restauracyjki, cały czas nie mogąc się napatrzeć. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to rejsem do Battambang będzie zachwycony. Jeśli nie - no cóż, to będzie dla niego ciężka przeprawa, bo cała podróż trwa ok. 7 godzin (wyruszyliśmy ok. 8.00, na miejscu byliśmy ok. 15.00), a ławeczki na łódce nie są zbyt wygodne.

Image

Image
Dzieci wracające ze szkoły.

Image
Boisko w szkole na wodzie.

I tak jak widoki "za oknem" były dla nas przecudne, tak widoki wewnątrz łodzi, niestety, dużo gorsze. Odnieśliśmy wrażenie, że z wszystkich pasażerów tylko my lubimy takie widoki :/ Wiem, to nie jest obowiązek ani żaden wymóg. Po prostu ich nie polubiłam :D Wszystkich :D

Image

Image

Ale nie tak do końca bez powodu. W łodzi było bardzo gorąco, słońce grzało niemiłosiernie i każdy, jeśli tylko miał wolne siedzenie koło siebie, rozkładał się na dwóch, próbując się wygodniej ułożyć. I to jest ok. Jednak ok już dla mnie nie jest, gdy do łodzi dosiada się staruszka, podwieziona malutkim czółnem i próbuje znaleźć dla siebie miejsce, a rozłożony na dwóch siedzeniach młody, silny chłopak po prostu odwraca wzrok...

Image

OK nie jest, jeśli ktoś wrzuca do jeziora plastikowe butelki, foliowe worki i pety po wypalonych wcześniej papierosach.

Image

Image

Image

Dach łodzi zapewniał nieco schronienia przed palącym słońcem, można tez było wspiąć się na niego i, z dużo lepszą widocznością, oglądać mijane krajobrazy. Trudno jednak było na nim długo wytrzymać - słońce paliło naprawdę niemiłosiernie. W łodzi ciągle następowały roszady - parę osób na dachu, powrót, potem znowu ktoś wspinał się na niebieski brezent rozpięty na drewnianych belkach.

Image
Podczas jednej z moich dachowych wycieczek zauważyłam kolejnego pasażera - starszy, miejscowy mężczyzna rozsiadł się wygodnie na dachu. Do podróży przygotowany był wyjątkowo dobrze - miał ze sobą duży talerz z jakimiś rybkami i turystyczną lodówkę wypełnioną puszkami z piwem. Z ciekawością popatrywał na paru turystów, którzy akurat mieli porę "dachową". Zagadał z uśmiechem do młodego chłopaka - ten zbył go niesympatycznym słowem. Zagadał do dwóch dziewczyn - odwróciły wzrok. W końcu, aby przełamać barierę, zaczął częstować Europejczyków piwem. I wtedy się zaczęło...

Image
Nagle okazało się, że jest otoczony nowymi przyjaciółmi. Na łodzi momentalnie rozniosło się, że "facet na dachu rozdaje piwo". Ta informacja poruszyła nawet tych, którzy byli zbyt słabi, aby przesunąć się kawałek i pozwolić usiąść staruszce, a dach zaczął niepokojąco trzeszczeć pod ciężarem chętnych na "darmowe piwo". Zadowolony pan siedział otoczony nowymi, europejskimi znajomymi. Częstował z serdecznością, uśmiechał się, ćwiczył angielski. Spotkanie przerodziło się w prawie rodzinną imprezę - radosne pokrzykiwania, śmiechy i poklepywanie się po ramionach. Pan próbował nawet nauczyć towarzyszy paru słów w swoim języku, jednak tym nikt jakby nie był zainteresowany.

Image
Gdy piwo się skończyło, zaczęła się też kończyć serdeczność. Nowi znajomi powoli schodzili do łodzi, żeby ukryć się przed słońcem pod dachem. Pan, przed chwilą niezmiernie pożądany towarzysz, został w końcu sam. Gdy i jemu zbyt mocno zaczęło doskwierać słońce (lub chciał przywrócić atmosferę radości i braterstwa, która tak nagle się skończyła), zszedł również na łódź, z pustą lodówką i talerzem i chciał gdzieś przysiąść. Napotkał jednak tylko puste spojrzenia. Przeszedł przez całą długość łodzi i żaden z jego "przyjaciół" go "nie poznał", nie przesunął się, żeby zrobić mu miejsce. Pan przysiadł w końcu koło sternika, zadowoleni turyści rozkładali się na podwójnych ławkach, a o powrocie rodzinnej atmosfery nie było co marzyć. Nikt już nie był tym zainteresowany - w końcu pan stracił swój główny (i widać, że jedyny) atut w oczach podróżników z europejskich krajów.

Image

Wstyd mi było za tych ludzi, tak po prostu. Za ich lekceważenie, egocentryczność brak skrupułów. Jednak okazało się, że powodem nie była narodowość pana i traktowanie go, jak gorszego niż oni. Nie, nie. Prawdziwym powodem był ich naturalny charakter (co ciekawe, WSZYSCY na łodzi byli tacy sami. Interesujące, jak agencji udało się dobrać na jeden rejs, obcych, a tak podobnych sobie ludzi) (i trochę mnie przeraża fakt, że właściwie, to nas też dobrali do tej grupy :/ :D A skąd to wiem? A stąd, że płynęły z nami dwie, młode dziewczyny podróżujące razem. One też doskonale bawiły się z panem na dachu. Jedna chyba dużo lepiej, bo imprezę opuściła wcześniej. Schodziła z góry bardzo niepewnie, nie sądzę, żeby dużo wypiła, raczej dało jej w kość naprawdę ostre słońce - mocno zaczerwienione ciało, wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć. Przeszła bardzo niepewnie przez łódź, jej też oczywiście nikt nie ustąpił miejsca (łącznie z jej własnym - tym, które opuściła wychodząc na dach. Było już zajęte - leżał na nim umięśniony chłopak). Położyła się więc wzdłuż ławek, po prostu na ziemi. Alkohol alkoholem, ale dla mnie to wyglądało na początki udaru słonecznego. Nikt nie podszedł, nie zapytał, nie sprawdził co się dzieje. Omiatano ją tylko wzrokiem, zupełnie beznamiętnie. Gdy pochylaliśmy się nad nią, miałam wrażenie, że zaczyna majaczyć.

Image

Staraliśmy się ją ochłodzić nawilżanymi chusteczkami, podaliśmy wodę. Kamień spadł mi z serca, gdy zobaczyłam, że z dachu schodzi jej towarzyszka - ona na pewno wie, jak się nią zaopiekować (Frajer! Nieuleczalny frajer! :/ - stukam głową w twardą ścianę). Moja szczęka chyba wybiła dziurę w podłodze łodzi, gdy zobaczyłam, że przyjaciółka, z którą wybrała się w podróż ("Tak, mamo. Będziemy bezpieczne. Przecież jedziemy RAZEM") widząc ją w takim stanie, po prostu przeszła nad nią śmiejąc się i ...rozłożyła się na dwóch miejscach, które akurat się zwolniły, tracąc jakiekolwiek zainteresowanie koleżanką :/

Image

Image

Nasza łódź wpływała w mniejsze, wodne "ścieżynki". Czasami trzeba było się dosłownie przedzierać przez rosnące w wodzie krzaki.
Image

Gałęzie wdzierały się do łodzi i chlastały nieostrożnych podróżnych po twarzach i ciałach.
Image

Choć przyznam szczerze, że gdy tylko słyszałam (a nie - czułam :D ) uderzenie, myślałam sobie bardzo złośliwie - a dobrze ci tak! To za pana! A to za dziewczynę! A to za śmiecenie! :D

Image
Silnik naszej łodzi wplątał się w sieć rybacką - sternik wskoczył do wody i, z pomocą rybaka, umożliwił nam dalszą podróż.

Image
Wiem, więcej tu użalania się nad współtowarzyszami podróży, niż opisów samej drogi. Ale, po pierwsze, to było naprawdę wstrętne doświadczenie i chciałam się z Wami nim podzielić, a po drugie - naprawdę nie mam już sił do używania epitetów w stylu "przecudowne", "niesamowite" itp, a opisując rejs po Tonle Sap, tylko takich mogłabym użyć :)

Image

Poważnie, uważam, że wizyta w Kambodży bez tego rejsu, byłaby niepełna. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że warto przepłynąć tę trasę, zamiast wizyty w którejś z pływających wiosek. Tu się po prostu ma ich mnóstwo. A żeby nie było zbyt grafomańsko, mam dwie informacje praktyczne :D Podczas drogi jest postój w restauracjo-sklepiku na wodzie, a na łódce jest toaleta (choć korzystanie z niej wymaga od użytkownika ciała z gumy i umiejętności fakira :/ :D (niestety, najbardziej pożądanej informacji praktycznej nie mogę Wam podać :/ otóż nie wiem, jak to się stało, ale nie zapisałam sobie, ile kosztowały bilety :/ :D ale z tego, co pamiętam, nie było to więcej, niż 20 USD za dwa).

Image
P.S. Za to jako ciekawostkę mogę Wam podać skład osobowy łodzi. Nie licząc paru miejscowych, tym rejsem płynęło 98% Francuzów (pozostałe 2% to Marcin i ja :D

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#29 PostWysłany: 21 Lis 2017 21:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
Na przystani w Battambang czeka na podróżnych całe mnóstwo różnej maści tuk-tuków, którymi można dojechać do centrum. Ale zapewniam Was, że nie ma potrzeby, odległość nie jest duża. Na piechotę to 15 min..no pół godziny...godzina :D Droga wydłuża się w zależności od ilości kilogramów na plecach i przystanków na przeróżne mrożone herbaty serwowane z przewoźnych stoisk (przepyszne! 0,5 USD duży kubek). Do głównego placu Battambang dowlekliśmy się zupełnie wyczerpani. Upał, zarówno ten z łodzi, jak i "miastowy", dawał mocno w kość. Nawet duży targ rozłożony w centralnym punkcie miasta nie dodał nam energii. Myśleliśmy tylko o jednym. Prysznic. Pokój. Klimatyzacja :D

Image

Na szczęście zaraz przy głównym placu znajduje się dosyć chwalone "w internetach" miejsce - Chhaya Hotel. I na szczęście ma duży szyld, widoczny z daleka - inaczej pewnie byśmy go przegapili. Sił starczało już tylko na mozolne stawianie noga za nogą, a nie na podziwianie świata :) Dwuosobowy pokój z klimatyzacją - 10 USD za dobę. W pokoju czysto, a nawet powiedziałabym wybitnie czysto :D Pierwszy raz spotkałam się z takim sposobem na utrzymanie porządku, ale, hmmm, no może faktycznie jest w tym jakaś metoda :/ :D Otóż całe pomieszczenie pachniało jak sklep ze środkami dezynfekującymi, a ściany, z góry do dołu, wyłożone były płytkami łazienkowymi. Białymi :/ :D W tym otoczeniu na łóżku leżało się jak na stole operacyjnym. Brakowało tylko odpływu w podłodze, do którego mogłaby spływać spłukiwana wężem ogrodowym krew...wróć :/ :D

Image

Battambang jest lekko sennym miasteczkiem. Takim, co się nie narzuca ze swoimi atrakcjami, nie mówi natarczywie o własnych "must see", tylko pozwala na spokojne spacerowanie i chwilę oddechu (zwłaszcza, jeśli się ma pokój z klimatyzacją :) Zwłaszcza, że główne, przewodnikowe atrakcje miasta, znajdują się poza jego granicami. Dlatego gdy umówiliśmy się z kierowcą tuk-tuka na jutro, cały popołudnio-wieczór mogliśmy poświęcić na snucie się, zaglądanie w każdy zakamarek i porządne ...nawodnienie (naprawdę, ten rejs po Tonle Sap to potrafi człowieka wymęczyć :D

Image

Zwiedziliśmy targ, spacerowaliśmy po nadbrzeżu, oglądaliśmy osiągnięcia lokalnych krawców, którzy swoje najciekawsze wyroby prezentowali przed małymi sklepikami, a dla ochrony przed kurzem i słońcem co chwilę przysłaniali foliowymi workami...Wstępowaliśmy do lokalnych sklepików, przyglądaliśmy się zabawom dzieci...Błogostan...Jak dla mnie, to miasto ma fantastyczny klimat, takie trochę "zatrzymania się w czasie". Jeśli zechcecie go odwiedzić, to jedno Wam tylko odradzę - przy rzece znajduje się parę restauracji, takich bardziej "turystycznych" - z kelnerami, pięknym menu itp. Nie idźcie tam :) Tzn. iść możecie, bo to miłe miejsce, rzeka i w ogóle :) Ale zjedzcie lepiej gdzie indziej (jedno jedyne danie, którego nie zjadłam w Kambodży nawet połowy, nie dało się - khmerska zupa :/ )

Z panem od tuk-tuka umówiliśmy się pod hotelem na 8.00 rano (i żeby nie było - my chcieliśmy o 11.00 :/ pan jednak, przez tłumacza - pana od innego tuk-tuka - powiedział, że jedziemy o 8.00). Wiedział jednak, co robi, bo, po pierwsze, jechał bardzo wolno i ostrożnie :/ i pokonanie ok. 4 km. zabrało nam ponad pół godziny :/ (no dobrze - raz się zgubił :D Po drugie, o tak wczesnej porze w miejscu, do którego jechaliśmy, nie było jeszcze żadnych turystów (bo kto rozsądny na wakacjach dobrowolnie zwleka się z łóżka o 6.30? :/ :D

Image

Miejsce, które było głównym powodem dla którego chcieliśmy przyjechać do Battambang. Stacja bambusowych pociągów, "norry", jak mówi się o nich w Kambodży. Norry ma bardzo nieskomplikowaną budowę - na dwa zestawy osi nakłada się bambusową platformę, na to jakieś poduszki, maty i już można jechać. Bilet - 5 USD od osoby (tuk-tuk też 5 USD).

Image

Gdzieś wyczytałam, że to podobno zabawa głównie dla dzieci. Osobiście uważam jednak, że to zabawa głównie dla mnie :D Trochę tylko niepokoił mnie fakt, że cała konstrukcja na łączeniach niezbyt prostych szyn niebezpiecznie podskakiwała (momentalnie przypomniałam sobie, jak według mnie w Kambodży traktuje się "atrakcje" - bezpieczeństwo na ostatnim miejscu, o ile ktoś w ogóle o nim pomyśli :/ :D

Image

Podróż w jedną stronę trwała ok. 20 minut, potem 10-minutowy postój na "końcowej" stacyjce i powrót.

Image

Norry jest efektem praktycznego pomysłu mieszkańców tych okolic. Postanowili ułatwić sobie lokalny transport, wykorzystując prawie nieużywane tory. Teraz norry pełni już prawie wyłącznie rolę atrakcji turystycznej, dodatkowo, podobno niedługo zupełnie zniknie - w poprzek budowane jest coś w rodzaju autostrady (?), więc w którymś momencie budowa będzie musiała też przejść przez tory i je zniszczyć.

Image

Ponieważ bambusowe pociągi jeżdżą wzdłuż pojedynczego toru, gdy jeden z nich jedzie "do", a drugi wraca, nie ma możliwości się minąć. Jedyne rozwiązanie, to szybkie rozmontowanie konstrukcji, przepuszczenie kolegi i ponowne zmontowanie całości.

Image

I tak, jak rozpoczynaliśmy naszą przejażdżkę samotnie, tak gdy wracaliśmy, pojawił się już tłum turystów, więc podróż przerywana była wielokrotnie przez takie mijanki :)

Kolejnym punktem naszego zwiedzania miała być leżąca poza miastem świątynia Phnom Sampeau (wiem, trudne trochę, ale można też powiedzieć "bat caves" :) Planowaliśmy tam pojechać ok. 16.00, żeby być w tym miejscu dokładnie o zachodzie słońca. I wydawało się nam, że tak właśnie umówiliśmy się z naszym panem. Niestety, 40 minut później zorientowaliśmy się, że jednak od centrum miasta się oddalamy, a na horyzoncie pojawił nam się kontur świątyni na górce :/ Tu zaczął się robić problem :/ :D W żadnym wypadku nie chcieliśmy być tam wcześniej, nasz pan po angielsku znał może trzy-cztery słowa, a my w jego języku tylko jedno - Sam tek (w dodatku nie wiem, czy poprawnie :/ :D Trzeba się było jednak jakoś dogadać. Zaczęliśmy rozmowę bardzo profesjonalnie - Sam tek (przepraszam :D , potem następowało mocne machanie rękami z zamkniętymi oczyma (to miało symbolizować nietoperze :D , a potem zdecydowane kręcenie głową, poparte ruchem ręki - nie! :/ :D Mam wrażenie, że pan najpierw nas pocieszał w swoim języku - coś w stylu "ależ tak, tak, jedziemy właśnie do nietoperzy" :D Później się zmartwił ("szkoda, że nie chcecie jechać do nietoperzy"), jednak, na samym końcu i nie wiem, jakim cudem, zrozumiał, o co nam chodzi (upewnił się jednak jeszcze pod hotelem przy pomocy anglojęzycznego kolegi) i umówił się z nami ponownie na 16.00.

W przerwie zdążyliśmy więc jeszcze skoczyć na obiad. O nie, nie. Tym razem trzymaliśmy się z daleka od restauracji z ładnymi widokami i poszukaliśmy lokalnej garkuchni. Właściwy wybór - wprawdzie musieliśmy wybierać z kilkunastu garnków wyłącznie kierując się wyglądem (trochę podejrzeliśmy też, co zamawiają inni :) , wielu składników zupełnie nie rozpoznawaliśmy (to nas trochę zaniepokoiło. Postawiliśmy więc na rybę. Ryby się nie pomyli. I jakieś krzaki, bo krzaki są bezpieczne :/ :D , ale efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Smak - genialny. A za blaszany talerz zupy rybnej, drugi, pełen różnych krzaczków i dużą, wędzoną rybę (ryba. Powiedz, że to była ryba :/ :D - 2 USD.

Image

Ok. 17.00 byliśmy pod świątynią (10 USD za dowóz). Mieliśmy więc godzinę, żeby ją zwiedzić, bo o 18.00 koniecznie musieliśmy być ponownie w tym samym miejscu. Te wszystkie krzesełka i stoliczki czekają na turystów, którzy przyjechali tu w identycznym celu. Otóż przy zachodzie słońca z jaskiń w skałach na których wzniesiona jest świątynia, zaczynają wylatywać nietoperze, tworząc na niebie magiczny spektakl.

Godzina czasu? Trochę wyzwanie. Zakupiliśmy bilet - 2 USD od osoby (i, niestety, na tym skończyła się usługa agencji opiekującej się świątynią, a przynajmniej czerpiącej z niej zyski, gdyż nawet początek drogi na szczyt, musieliśmy znaleźć sami. Po kupnie biletu wszyscy przestali się nami interesować :/ :D

Image
Tak więc, bieg po schodach.

Image
Oglądanie w pośpiechu kolorowych figur...

Image

Image

I samej świątyni.

Image

Trochę nam było szkoda, że wszystko tak szybko-szybko. Trzeba jednak było posłuchać naszego pana i wybrać się tu wcześniej. Może nie zaraz po norry, ale np. o 14.00.

Image

No dobrze, w tym akurat miejscu trochę zwolniliśmy :/ :D

Image

W przewodniku wyczytaliśmy, że wzgórze jest również miejscem pamięci osób zamordowanych przez Czerwonych Khmerów. Ciała były strącane do poszczególnych jaskiń, a jakiś czas temu stanął tu szklany pomnik upamiętniający ofiary. Bardzo chcieliśmy go zobaczyć. Niestety, każda z zapytanych osób wskazywała nam zupełnie inny kierunek. Szliśmy (a raczej biegliśmy) więc raz w lewo, raz w prawo - z szaleństwem w oczach i tykającym zegarkiem w dłoni :/ :D

Image

Wreszcie musieliśmy powiedzieć sobie : dość. Pomnika nie znajdziemy, a w końcu nie zobaczymy też i nietoperzy, o które awanturujemy się od rana. Z poczuciem porażki zaczęliśmy więc schodzić ze wzgórza.

Image

U podnóża góry znaleźliśmy się przed 18.00 z językami na brodach ze zmęczenia. Wybraliśmy punkt obserwacyjny (i obserwacyjny napój :D i już wszystko zmierzało do szczęśliwego zakończenia, gdy nagle Marcin oznajmił - O, nie! Tak nie będzie! Wracam! Nie po to tu przyjechałem, żeby tego miejsca dokładnie nie zwiedzić (:/ :/ :D Jedyny pozytywnym aspektem sytuacji jest fakt, że dodał - ty sobie tu posiedź, a ja pobiegnę. I pobiegł :D

Wrócił po jakichś 20 minutach, rzucił aparat na stolik i wydyszał - obejrzyj sobie, ja muszę się doprowadzić do porządku :/ :D (i poszedł za restaurację, gdzie trzy razy wykręcał ubranie i ręcznik, a przy każdym wykręceniu leciały z materiału litry potu....
Okazało się, że chyba faktycznie znalazł miejsce pamięci, co do którego wcześniej mieliśmy obiekcje, czy w ogóle tu jest.

Image
Najpierw natknął się na scenki okrucieństwa...

Image
Później na wejście do jaskini, do której najprawdopodobniej zrzucano ofiary. Niewiele zobaczył, bo zaczynało robić się ciemno. W jaskini za siatką wyeksponowano szczątki zamordowanych. Co do szklanego pomnika pewności nie mamy - może tam był, może nie. A może w ogóle nie istnieje?

Image

Gdy trochę ochłonął, zaczęłam się lekko niepokoić. Na skale pod którą siedzieliśmy znajdowała się jeszcze ogromna głowa Buddy. Można było do niej podejść, wspinając się po miliardzie (!!!) schodów (a mi w głowie kołatało ostatnie motto Marcina "Nie po to tu przyjechałem, żeby dokładnie nie zwiedzić..." :/ :D Wierciłam się więc, przekręcałam, wykręcałam, żeby zasłonić mu miejsce, w którym jeszcze nie był. Trochę trudno jednak zasłonić taki duży pomnik :/ :D

Image

Zauważył :/ :D Na szczęście stwierdził : "Zdjęcie z dołu wystarczy" (Uffff :D :D :D

Image

I wreszcie się doczekaliśmy...Faktycznie, mimo, że zdjęcia tego nie oddają - zdecydowanie było warto. W pewnym momencie z jaskini zaczął wylatywać sznur nietoperzy. Wił się i skręcał na niebie oświetlonym zachodzącym słońcem, a kolejne nietoperze wylatywały ze środka, jakby była ich nieskończona ilość...

Image

Gdy czoło sznura ginęło za horyzontem, z jaskini nie przestawały wylatywać kolejne zwierzęta. Trwało to jakieś 15 - 20 minut, aż w końcu jaskinię opuścił ostatni nietoperz i wszystkie poleciały daleko, szukać pożywienia.

Image
Niesamowite, magiczne wrażenie...

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#30 PostWysłany: 25 Lis 2017 20:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
W recepcji naszego hostelu kupiliśmy bilet do Phnom Penh na kolejny poranek. Niestety, nasza podróż dobiegała końca, więc zależało nam na tym, żeby w autobusie spędzić jak najmniej czasu. Wybraliśmy zatem "szybki autobus", który drogę Battambang - Phnom Penh miał przebyć w 5 godzin (niestety. Nie przebył :/ :D myślę, że jechał dokładnie tyle, ile "bus wolniejszy", czyli ponad 7 godzin). Był natomiast niewielki, dość luksusowy i wygodny - duże siedzenia i klimatyzacja - a także "dokarmiający" (miły pan rzucił na nasze fotele wodę i ciasteczko w opakowaniu :D A dodatkowo przyjechał po nas pod hotel (i jeszcze o wcale nie najgorszej porze, bo o 8.00 :) Za taki luksus zapłaciliśmy po 9 USD od osoby (gdybyśmy się nie skusili na "obłędną prędkość" byłoby to 5 USD).

Image

W Phnom Penh byliśmy po 14.00 i zaczęliśmy szukać noclegu. Właściwie, oprócz oczywiście odpowiedniej ceny, jedynym naszym wymogiem była działająca klimatyzacja w pokoju (żaden wentylator, wiatrak, nic z tych rzeczy - nie dawały sobie rady z duchotą i upałem). I, dosyć szybko, znaleźliśmy miejsce, które nam odpowiadało. Rachana Hotel. Same plusy - ładny, czysty, klimatyzacja i nawet działający telewizor w pokoju (co, zaskakująco, okazało się przydatne :D gdyby ktoś wcześniej mi oznajmił, że tak mocno zakocham się w kambodżańskich bajkach dla dzieci, to na pewno bym nie uwierzyła :D ) Dodatkowo położony niedaleko targów, co było bardzo istotne - dwa ostatnie dni zamierzaliśmy bowiem spędzić wałęsając się właśnie po targach i wydając resztki pieniędzy :)
(przynajmniej ja zamierzałam :D co do Marcina, hmm, no cóż, myślę, że przez te dwa dni zdecydowanie nadużył zdań typu : "Przecież na tym stoisku już byłaś", "już to oglądałaś", "nie. Tamto nie było ładniejsze. Było dokładnie takie same" itp. itd. :/ :D

Image

A o czym to ja...a, no tak :D - dwie noce w dwuosobowym pokoju Rachana Hotel : 30 USD (a zarezerwowane przez booking.com - 27 :D O czym się przekonaliśmy na własnej skórze, stojąc pod wejściem i dłubiąc przez godzinę w telefonie :D Kosztem tego czasu oszczędziliśmy zawrotną sumę 3 dolarów, ale mam podejrzenia, że Marcinowi wcale o oszczędność nie chodziło, a raczej o SKRÓCENIE czasu przebywania na zakupach :/ :D

Image

W centrum Phnom Penh znajduje się dosyć dużo targów, jednak najbardziej znanym i największym jest targowisko Psar Thmei. Od niego rozpoczęliśmy nasze obowiązkowe zwiedzanie miasta (według mnie :D) i największy koszmar (wg. Marcina :D ). Targ jest naprawdę olbrzymi. Znajduje się w zadaszonym budynku, przykrytym kopułą, od której odchodzą cztery, ogromne skrzydła. Można na nim kupić dosłownie wszystko - od żywności, przez biżuterię do typowych, turystycznych pamiątek. Wiązaliśmy z tym targiem ogromne nadzieje (nawet Marcin :D ), gdyż wyczytaliśmy w przewodniku, że można na nim kupić smażone pająki.

Image

Tu akurat sektor z biżuterią. Złoto, brylanty i inne takie. Tym akurat nie byliśmy zainteresowani - nasze myśli zaprzątały w pierwszej kolejności właśnie smażone pająki. Dziwna sprawa, jakoś do tej pory nie udało się nam ich nigdzie spotkać, a bardzo chcieliśmy. Próbowaliśmy nawet upchnąć w naszej podróży przynajmniej kilkugodzinny pobyt w Skuon, mieście, które słynie z najsmaczniejszych pająków (jakoś szczególnie nie zależało nam na "najsmaczniejszych". Raczej na pewno nie bylibyśmy w stanie tego rozpoznać :D chodziło o jakiekolwiek pająki :) , niestety, brak czasu nam na to nie pozwolił (a szkoda. Skuon jest nazywane "miastem pająków" i nawet ma swój wielki pomnik, zgadnijcie kogo :D

Image

Targ był więc naszą ostatnią szansą. Chodziliśmy, szukaliśmy, dopytywaliśmy się, jednak sprzeczne odpowiedzi ("są. W lewym skrzydle", "już nie ma", "będą jutro/w przyszłym tygodniu/miesiącu") uświadomiły nam, że chyba nic z tego. Na pociechę zakupiliśmy mnóstwo pamiątek (choć później odkryliśmy, że znacznie taniej można je kupić w zwykłym hipermarkecie. Nie szkodzi :D gdy to odkryliśmy, również je tam zakupiliśmy :D

Image

Odkryliśmy też miłą panią, która sprzedawała na targu papierosy. Głównie w całych kartonach i głównie turystom :) Ceny - grzech nie skorzystać, karton Marlboro Light : 7 USD. To raj, który zrozumieją tylko palacze :D
Przy okazji odkryłam nową metodę nakłaniania mojego towarzysza podróży do zwiedzania miejsc, na które niekoniecznie może miał ochotę ("MUSIMY teraz pojechać na targ nocny. Czytałam, że tam zawsze są pająki" :D Zdanie to miało niebywałą siłę oddziaływania (przepraszam, Marcin :/ :D ale chyba naprawdę gdzieś o tym czytałam. Chyba :/ :D ), bo po chwili siedzieliśmy w tuk-tuku (2,5 USD) i jechaliśmy w stronę "night market".

Image
Odległość nie jest duża, a ze względu na ruch uliczny jednak lepiej, a na pewno szybciej, przejść się tam na piechotę.

Image
Niestety. Ten widok skutecznie odarł nas ze złudzeń, że znajdziemy tu jakiekolwiek pająki, z wyjątkiem wolno żyjących :D Znaleźliśmy za to mnóstwo T-shirtów (2-3 USD), torebek, ubrań...
Targi tego typu lubię tylko w jednym przypadku - gdy kupuję pamiątki i prezenty dla bliskich. Jeśli o to chodzi, to "night market" spełnił swoje zadanie. Natomiast przebywać i napawać się klimatem zdecydowanie się tu nie da. Na szczęście, tuż obok znajduje się "prawdziwy", zupełnie nie-turystyczny targ, na który zaraz się przenieśliśmy.

Image

Image

Nie znajdziesz tu markowej bielizny czy koszulek. Znajdziesz za to klimat, prawdziwość i uśmiech. Stoiska wepchnięte są na siebie na niewielkim obszarze targowiska, wlewają się też w otaczające je wąskie uliczki. Przepychasz się między kobietami robiącymi zakupy na kolację, starasz się nie nadepnąć na rozłożone bezpośrednio na chodniku owoce...Cudowny klimat...

Image

Niestety, czasem możesz też zobaczyć coś, czego nie chcesz zobaczyć. W dodatku, choćbyś nie wiem jak próbował, nie da się tego "odzobaczyć"...

Image

Nie nie, to nie to. To akurat całkiem niewinne zdjęcie - mięso żab, przygotowane do wbicia na patyczek i zrobienia "żabiej przekąski". Tego, o czym mówię, nie mamy na żadnym zdjęciu. Nie chcieliśmy i nie byliśmy w stanie. Natomiast sam obraz wypalił mi się niestety na mózgu...Przed siedzącą na niewielkim stołeczku panią stały dwie miski. W jednej, większej, prezentowała swój towar. Druga przeznaczona była na "wadliwe" sztuki...Większa miska wypełniona była oskórowanymi żabami. Sposób obdzierania ze skóry można było łatwo rozpoznać - wszystkie miały ścięty czubek pyszczka, czerwoną ranę. Pani miała dobry towar, najlepszy na targu. Bo najświeższy...Żaby cały czas żyły....Miska wypełniona była białymi, obdartymi na żywca ze skóry żabami, które pełzały po sobie, próbowały skakać, łapiąc spazmatycznie powietrze w okaleczone pyszczki.....Gdy któraś wreszcie zdychała - z bólu, szoku i cierpienia - momentalnie przerzucana była do drugiej miski. Wadliwy towar...Nie za to klient chce zapłacić.....

Image

To był moment, w którym skończyła się dla nas chęć próbowania miejscowych przysmaków. Od tej chwili żaden czas - pół godziny, godzina - nie był za długi na poszukiwanie zwykłej pizzerii. Żadna cena za zwykłą pizzę z serem (bo najbezpieczniej) nie była za wysoka (w okolicach 6 USD, nieważne). Dodatkowo wzrosły nam wydatki na wieczorny alkohol z powodu zwiększonego zakupu. Na szczęście odkryliśmy, że na dachu naszego hotelu znajduje się śliczny bar z widokiem na miasto.

Image

W tym momencie nie potrzebowaliśmy "prawdziwości" kraju. Ostatnia noc w Kambodży upłynęła więc nam na dyskusjach o różnicach kulturowych i moralności, ale za to z ładnym widokiem :)

Ostatni poranek obudził nas paroma niepożądanymi rzeczami :D Bólem głowy, ale tego właściwie mogliśmy się spodziewać :D Moim podwójnym bólem głowy, bo uświadomiłam sobie, że jeszcze paru prezentów dla bliskich mi brakuje (więc koniecznie-koniecznie muszę iść znowu na zakupy :/ :D i ...deszczem. W dzień. Od rana. Niebywałe.

Image

Wieczorem mieliśmy samolot, jednak wynajęliśmy pokój na dwie doby, żeby spokojnie się spakować i wykąpać przed podróżą (i, według mnie, spokojnie dokończyć zakupy :D Ale tak z drugiej strony, to właściwie gdzie można iść, gdy pada? Najlepiej w jakieś miejsce pod dachem. A jakie znam największe miejsce pod dachem w Phnom Penh? Targowisko Psar Thmei! O, proszę - samo się nasunęło, tak spontanicznie :D

Image

I dobrze się stało, że ulegliśmy intuicji i po raz kolejny poszliśmy w to samo miejsce. Bo zaraz w pierwszej alejce targu znaleźliśmy stoisko, co do którego straciliśmy już nadzieję :)

Image

Przeróżne smażone insekty i wymarzone pająki :) Obserwując panią sprzedawczynię, zrozumieliśmy też dosyć szybko, dlaczego dzień wcześniej nie udało się nam jej znaleźć :D Pani siedziała na niskim stołeczku między oferowanymi przez siebie towarami, rozmawiała z koleżankami i co chwilę, dystyngowanym, aczkolwiek regularnym ruchem, zanurzała dłoń w którymś z woreczków. Powracała do rozmów chrupiąc sobie to pajączka, to larwę. Wczoraj przybyliśmy tu za późno! Skoro pani siedziała tu od rana, to do 17.00 cały towar był już po prostu zjedzony! :D

Image

Postanowiliśmy się więc na wszelki wypadek pospieszyć z zakupami :D (i dobrze. W czasie gdy my wybieraliśmy, hmmmm...przysmaki (?) pani zdążyła zjeść 5 pająków, 2 larwy i coś jak karaluch). Cen jednostkowych nie pamiętam (tylko za pająki - sztuka : 1 USD), za całość zapłaciliśmy 11 USD, ale kupiliśmy tego naprawdę dużo (ponieważ większość znajomych prosiła o właśnie taki podarunek z wycieczki, z Polski przywieźliśmy nawet odpowiednie plastikowe pojemniki do przewiezienia :D

Po powrocie do hotelu rozłożyliśmy nasze skarby na łóżku i zasiedliśmy do konsumpcji. Na targu zbytnio wstydziliśmy się spróbować (niezbyt byliśmy pewni co do reakcji naszych organizmów :D Ale powiem Wam, że to był błąd. Bo tak, jak te smakołyki wyglądały naturalnie na targu, w otoczeniu innych stoisk, tak na łóżku wyglądały, no cóż....obrzydliwie :/ :D

Na pierwszy ogień poszły larwy. Smak : trawno-mączysty-dziwny.
Image

Image
Z pająka zjadłam nóżkę - nie była zła, bo cała oblepiona przyprawami, więc samego pająka nie było chyba czuć :D

Image
Smak tego był początkowo nie najgorszy. Później...no później zaczął się jakby rozwijać....:/ :D i więcej na ten temat może powiedzieć umywalka w moim pokoju :D :D :D

Image
Ochotę na tego jegomościa skutecznie zepsuł mi jego poprzednik, więc już zupełnie nic nie mogę powiedzieć na ten temat :/ :D

I to już całkowicie nie jest wina naszych niezdrowych nawyków, tylko wyższa konieczność spowodowała, że natychmiast musieliśmy pobiec do baru na dachu, żeby spłukać czymś ten paskudny smak :D :D :D

Image

Potem jeszcze tylko tuk-tuk na lotnisko (7 USD) i musieliśmy pożegnać się z Kambodżą.

Dziękuję wszystkim, którzy dotarli ze mną do końca relacji i pozdrawiam :)

P.S. Dla palaczy. Parę paczek Marlboro z targu w Phnom Penh zostało ze mną do dziś :D Po fazie euforii dotyczącej ceny, nastąpił trudny moment uświadomienia sobie ich smaku :/ :D Myślę, że gdyby ktoś chciał rzucić palenie, to mogą zadziałać lepiej niż którakolwiek z reklamowanych tabletek :D :D :D
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
 
 
#31 PostWysłany: 27 Lis 2017 18:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
I jeszcze krótkie podsumowanie finansowe :

Transport : ok. 308,11 zł (w tym wynajem skutera i paliwo)

Noclegi : ok. 268,62 zł

Atrakcje : ok. 435,6 zł

Jedzenie : ok. 406,56 zł

Czyli w sumie ok. 1 418,89 zł na osobę + 30 USD wiza i ok. 200 zł na pamiątki i prezenty.

Image
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#32 PostWysłany: 03 Gru 2017 03:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 447
Loty: 218
Kilometry: 339 186
niebieski
Cytuj:
Wychodzi na to, że jest gorzej, niż myślałam - skoro Ty za całą wycieczkę w agencji zapłaciłaś 16 USD (z dojazdem na przystań, łodzią, przewodnikiem itp), to chyba znaczy, no właściwie nie wiem, co znaczy :/ :D Chyba tylko tyle, że przepłaciliśmy straszliwie, bo w naszych 20 USD mieliśmy jedynie łódź :/ :D Ale w takim razie jestem już pewna, że wioska nic z tych pieniędzy nie dostaje, a bilety w kasie sprzedaje hmm...agencja wynajmu łódek (?) :/


@pestycyda Może Cię pocieszę...
Byliśmy w Kampong Phluk wczoraj i zapłaciliśmy za łódź po 25 $ od osoby :/ :D (aż musiałam zacytować Twój awatar z tego wszystkiego ;))

Cena zależy podobno od ilości osób, większe grupy płacą po 15 $. My byliśmy we trójkę z dzieckiem i Młody niby nic nie płacił ale tylko niby.
Kupowaliśmy wycieczkę w hotelu i mam wrażenie, że istnieje jakiś układ między hotelami, kasjerami i sternikami... W każdym razie jestem niemal pewna, że ludzie z wioski nie dostają z tej kasy nic. Żeby tego było mało, sternik po zakończeniu wycieczki zażądał dodatkowych pieniędzy dla siebie. Odmówiliśmy.

Za przejażdżkę po zalanym lesie z kobietą z wioski zapłaciliśmy dodatkowo 10$. Kobieta, która prowadziła sprzedaż zeszytów i napojów na łodzi była niestety dość natarczywa, wzięliśmy dwa napoje i mango, ona nalegała byśmy kupili coś dodatkowo dla Pani, która nas wiozła i za wszystko policzyła nam 16$.
Kiedy powiedziałam, że to za dużo, tłumaczyła że koszty dowiezienia tych towarów do wioski są bardzo wysokie i że to przecież dla wnuków tej Pani a ja sama mam dziecko i powinnam rozumieć. Ale jakoś mnie nie przekonała. Ostatecznie wymieniła paczkę ciastek na mniejszą i bardzo stanowczo nalegała bym zapłaciła 11$, co w końcu zrobiłam z nadzieją, że nikt jej tych pieniędzy nie odbierze.

Pani która nas wiozła, jeszcze podczas przejażdżki dałam dodatkowe pieniądze a ona czym prędzej ukryła je na dnie koszyka...

Generalnie po wizycie w pływającej wiosce nie mogę się za bardzo otrząsnąć i pół nocy mi się to wszystko śniło. Do tego jedyny moment, który mógł być naprawdę miły i relaksujący - czyli wypłynięcie na jezioro Tonle Sap podczas zachodu słońca - zakończył się po minucie. Moje dziecko oświadczyło że chce kupę :/
Góra
 Relacje PM off  
 
#33 PostWysłany: 03 Gru 2017 17:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
@maginiak, wiem. Po pobycie tam miałam podobne uczucia, jak Ty. I już olać te 20 USD, bardziej chodzi o to, kto i dlaczego to dostaje. W wiosce z jednej strony duża bieda (sama widziałaś), z drugiej - kobiety na łodziach sprzedające produkty, co, moim zdaniem, świadczy o próbie zdobycia pieniędzy za wszelką cenę. Z braku innych możliwości właśnie (chyba, że muszą je komuś oddawać????) Mnie chyba najbardziej zasmuciły "zachęcające" do zakupu teksty - zawsze te same, wymawiane głosem robota, według tego samego schematu. Tak, jakby ktoś je przeszkolił, kładąc nacisk na najbardziej łapiące za serce elementy. A gdy odpowiesz cokolwiek innego, coś, co nie mieści się w "standardowej" rozmowie - patrzące na ciebie bez zrozumienia i powracające do znanych sobie zdań. Strasznie to smutne...

Natomiast po :
maginiak napisał(a):
Do tego jedyny moment, który mógł być naprawdę miły i relaksujący - czyli wypłynięcie na jezioro Tonle Sap podczas zachodu słońca - zakończył się po minucie. Moje dziecko oświadczyło że chce kupę :/

Przepraszam, ale muszę wstawić przynajmniej cztery moje avatary :D

Udanego dalszego pobytu w Kambodży!!! :)
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off  
 
#34 PostWysłany: 20 Gru 2017 19:21 

Rejestracja: 20 Gru 2017
Posty: 1
Pestycyda, długo się zastanawiałam, czy napisać, ale...
Rozważ, proszę, usunięcie z tego wątku dwóch zdjęć - zdjęcia fotografii skatowanego więźnia (z celi w Tuol Sleng)...
I - inny kaliber, ale mimo wszystko - zdjęcia z targu z rozczłonkowanymi, pobitymi na śmierć psami.

Zawartość tych zdjęć jest drastyczna.

Napisałaś, że niepublikowanie takich zdjęć niczego nie zmieni - ja uważam nieco inaczej, publikacja takich zdjęć wywołuje - a przynajmniej może wywołać bardzo silną reakcję, szok, wstrząs u odbiorców. Dlatego ich publikacja powinna być poprzedzona ostrzeżeniem.

Zwykle tak silnym przekazem operuje się świadomie, chcąc uzyskać określoną reakcję, sprowokować... no właśnie, co?... dyskusję, dążenie do zmiany? Tu nie ma przecież mowy o żadnej możliwości zmiany. U Europejczyka możesz spowodować co najwyżej potworną frustrację.
Pozdrawiam,
Góra
 Relacje PM off  
 
#35 PostWysłany: 20 Gru 2017 20:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Kwi 2012
Posty: 1055
Loty: 37
Kilometry: 86 073
złoty
No bez przesady, mnie dreszcze przeszły na widok krokodyli, bardzo proszę o niezamieszczanie na forum zdjęć krokodylków.

Zdjęcie ze sklepu mięsnego drastyczne? Czas wyjść z domu i zobaczyć, że świat tak wygląda. Relacja na tym forum ma to do siebie, że ma możliwie najlepiej pokazać odwiedzane miejsce, a chyba taka właśnie jest Kambodża, czy się to komuś podoba czy nie.
A na zdjęciu ze skatowanym człowiekiem przecież prawie nic nie widać.
_________________
Przez Bliski Wschód i Kaukaz - Relacja z wyprawy do Turcji, Iranu, Armenii i Gruzji
Góra
 Relacje PM off
pifko lubi ten post.
 
 
#36 PostWysłany: 25 Gru 2017 17:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 269
niebieski
W jednych relacjach piszą człowiekowi, żeby dodać zdjęcia, bo zniknęły, w innych - żeby usunąć. No nie dogodzisz ;)

@Marta76 - nie jest to łatwy temat i na pewno nie na rozmowę przez sieć, gdzie słowa czasem umykają i bardzo brakuje kontaktu niewerbalnego. Przykro mi, że zdjęcia spowodowały u Ciebie frustrację. Nie jestem z tego dumna i nie taki był cel ich zamieszczenia. Dla mnie to też nie były łatwe momenty, a emocje tkwią we mnie do dziś. Jadąc do Kambodży mniej więcej wiedziałam, czego się mogę spodziewać, jednak "spodziewać się" a "zetknąć z" to dwie różne rzeczy. Uważam, że jednym z celów relacji jest, jak powiedział @Pabloo, przygotowanie potencjalnych odwiedzających do tego, aby wiedzieli z czym mogą się zetknąć. A Kambodża pod względem elementów spoza naszego kręgu kulturowego jest bardzo rozbudowana...

Psy. Zdjęcie nie różni się od zdjęć martwych ryb na targu, kur czy świń. Różni się natomiast sposobem "uboju" - i to jest według mnie drastyczne. Niestety, niewiele osób o tym wie i stąd sytuacje, w których Europejczyk jedzie gdzieś do Azji, chce przeżyć/spróbować czegoś "egzotycznego" i zamawia psa. Na talerzu dostaje kawałek ładnie wyglądającego mięsa i poczucie "jestem twardy, zrobiłem to". Nie wie natomiast/nie ma świadomości/nie interesuje się, że w pewien sposób nakręca cały ten krwawy biznes. Czasami jedno zdjęcie z opisem potrafi zmienić myślenie paru osób. I jak najszczerzej życzę tego właśnie temu zdjęciu.

Tuol Sleng. Miejsce straszne. Nie potrafię znaleźć słów, żeby to opisać. Chyba zresztą większość osób odwiedzających tak ma - to przeżywa się "do wewnątrz", o tym się nie da rozmawiać. Pozostaje wyjście - przemówić obrazami. Takich zdjęć wisi tam bardzo dużo i każdy odwiedzający ogląda je w milczeniu. Są niestety częścią i historią tego miejsca. I nie da się zamknąć oczu i udawać, że to się nie zdarzyło, choć tak pewnie byłoby dla psychiki najwygodniej.......Pokazywanie takich obrazów jest ważne - żeby pamiętać, żeby wiedzieć, do czego pewne działania mogą doprowadzić.....

@Marta76 , cóż mogę Ci więcej napisać? Cieszę się, że powiedziałaś o swoich emocjach, choć pewnie dla Ciebie też to nie było łatwe. Piszę teraz relację z Nepalu - zapraszam. Zaręczam Ci, że tam nie ma żadnych zdjęć, które mogłyby być emocjonalnie ciężkie.
Pozdrawiam.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 36 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group