Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 114 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna
Autor Wiadomość
#41 PostWysłany: 28 Lis 2017 14:42 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 11. / MUYNAK, dawny port rybacki nad Morzem Aralskim

Po takim pięknym wschodzie słońca nietrudno było sobie wyobrazić, jak gwarne i pełne życia musiały być portowe miasteczka nad Aralem, w czasach, kiedy woda wypełniała jeszcze port w Muynaku, ryb było w bród, a na wczasy przyjeżdżały tu rodziny z całej Azji Środkowej.

Dzisiaj Muynak sprawia zupełnie inne wrażenie. Wydaje mi się, że trudno o bardziej przygnębiające, smutne miejsce w Karakałpakstanie. W lokalnym muzeum, w mrocznej pustej sali, zobaczyć można czarno-białe zdjęcia uśmiechniętych spacerowiczów na nadmorskim bulwarze, dzieci bawiących się na plaży, rybaków wracających z połowu… Wędrujemy w stronę portu. Jest pusto i cicho. Linii brzegowej Morza Aralskiego nigdzie nie widać, cofnęła się o ponad 200 kilometrów stąd, daleko za horyzont. Gdzie nie spojrzeć - wszędzie pustkowie i pustynia. W dole, na “cmentarzysku statków”, wśród wielbłądziego łajna rdzewieją kutry rybackie, a raczej to co z nich zostało…


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
/Co złego to nie my... Tzn. napis to nie nasze dzieło ;)/



Dwóm przechodzącym starszym panom oczy się świecą jakby połknęli słońce, gdy zaczynają opowiadać jak to kiedyś było. Co dzisiaj robią? Żyją ze zbierania złomu. Co dalej? Wzruszają ramionami. Pewnie wyjadą do Rosji, jak przed nimi wielu.

Image

Image

Sailing sandy waves of the Aral Sea...

Image


***

Po południu opuszczamy Muynak. Wyruszamy w długą i męczącą drogę powrotną do Nukusu.

Image
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan 21 Sty 2018 19:06, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#42 PostWysłany: 28 Lis 2017 18:48 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
Image

DZIEŃ 11 - c.d. / NUKUS

Większość informacji, które przed wyjazdem nagromadziliśmy o stolicy Karakałpakstanu, ma się nijak do rzeczywistości.

- Nukus? Nukus is nothing like Beijing... - jak to z właściwym sobie odrealnieniem skwitował Josh ;)

Jednak Nukus ma przynajmniej jeden wspólny mianownik z Chinami: gwałtownie się przebudowywuje i to prawdopodobnie za chińskie pieniądze.

W części miasta położonej nieopodal Muzeum Sztuki im. Sawickiego stare, niskie zabudowania - wzdłuż wszystkich głównych ulic! - zostały zrównane z ziemią. W ich miejscu, w pierwszej linii zabudowy, wyrasta rząd nowoczesnych - jak na warunki lokalne - bloków. I to jednocześnie! Wzdłuż wszystkich głównych ulic! Jak w tym programie “Extreme makeover”, tylko nie “home”, a “city edition”.

Zastanawiam się czyje pieniądze za tym stoją? Taszkientu (czyt. Karimova), który chce ściągnąć do regionu potencjalnych inwestorów? Chińczyków, którzy prowadzą na obszarze Aral-kum odwierty w poszukiwaniu ropy, gazu i innych złóż mineralnych? Co ciekawe “wymieniana” jest tylko pierwsza linia zabudowy. Zaraz za reprezentacyjnymi apartamentowcami ciągną się nieatrakcyjne, zakurzone, szutrowe ulice z maleńkimi parterowymi domkami w kształcie klocków lego...


Image

Image

Image


I wszędzie fontanny i wielkie trawniki. Przed Muzeum Sawickiego rosną nawet choinki - tak, świerki to niewątpliwie idealne drzewka do pustynnego klimatu...

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



W części apartamentowców już toczy się życie - przynajmniej na parterze, gdzie pootwierały się sklepy odzieżowe. Szyldy z jednej strony ulicy głoszą: CHANEL - żenskaja odjeżda, z drugiej - GUCI, DOLCE&GABANA... Przypomina mi to troszkę nasze lata 90' - czas zachłyśnięcia się Zachodem, czas niewiary we własne marki i możliwości.

Image

Image

Image

Image

Image

Image



DZIEŃ 12. / NUKUS - CHIWA

Dzisiaj po południu wreszcie wyruszamy na Jedwabny Szlak... Wprawdzie nie karawaną wielbłądów, a czterokołowym pojazdem napędzanym siłą koni mechanicznych, który ma nas zawieźć do Chiwy, ale i tak przebieram już niecierpliwie nóżkami, i tak nie mogę się już doczekać.

Jednak zanim wyjedziemy z Nukusu postanawiamy jeszcze pójść na zakupy na lokalny targ, a następnie ukulturalnić się w słynnym Muzeum Sawickiego. "Przez bazaristany" - tak właśnie brzmiał jeden z wariantów tytułu niniejszej relacji ;) Uwielbiam klasyczne targi, markety, ryneczki - od Turcji, przez Kaukaz, po Azję - i w każdym mieście, gdy tylko mogę, staram się tam zawędrować; popróbować lokalnych specjałów, zanurzyć się w nieznanych mi zapachach, pogawędzić z kramarzami. A to co w sowietstanach najfajniejsze - oprócz wspomnianych już wyżej przystanków autobusowych - to cmentarze, diabelskie młyny i bazarki właśnie.

A bazar w Nukusie okazał się moim absolutnie ulubionym. Nie przez wzgląd na jego lokalizację, architekturę budynku, czy szczególnie szeroki wybór warzyw, ale ze względu na miejscowych Uzbeków, którzy - nienawykli do widoku obcokrajowców na swoim małym lokalnym targu - okazali się niesamowicie sympatyczni, pozytywnie do nas nastawieni, gadatliwi i uśmiechnięci :)


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zewnętrzna część bazaru - "madmaxowa".

Image

Image

To właśnie te żółto-pomarańczowe przesłodkie marchewki widoczne na pierwszym planie są podstawą tradycyjnego plovu.

Image

Image

Image



***

Przed wyjazdem do Chiwy zwiedziliśmy jeszcze Państwowe Muzeum Sztuki Karakałpackiej im. Sawickiego. Brzmi równie ciekawie jak Muzeum Ziemi Podlaskiej? A właśnie, że zgromadzona jest tutaj druga największa na świecie kolekcja awangardowego malarstwa rosyjskiego i malarstwa byłych republik radzieckich.

Skąd takie zbiory na takim odludziu? Za sprawą niejakiego Igora Sawickiego, który odwiedził Karakałpację w 1950 uczestnicząc w archeologiczno-etnograficznej wyprawie badawczej Akademii Nauk ZSRR. Zafascynowany lokalną kulturą i sztuką po zakończeniu programu badawczego postanowił w republice uzbeckiej pozostać. Przez całe swoje życie kolekcjonował dzieła rozmaitych artystów - w tym dzieła zakazanych w ZSRR malarzy, które odkupywał od nich samych i od ich rodzin. Sawicki - niejednokrotnie ryzykując, że zostanie zaliczony do „wrogów narodu” - zebrał łącznie kilkadziesiąt tysięcy awangardowych i postawangardowych obrazów i grafik, a ponadto fotografie, dokumenty i wspomnienia artystów. Tym, co umożliwiło mu zgromadzenie tak gigantycznej kolekcji "niesocrealistycznych", niepoprawnych politycznie dzieł była właśnie odległość Nukusu od wszelkich większych ośrodków miejskich Związku Radzieckiego... :) Obecnie w muzeum i jego magazynach zgromadzonych jest ponad 90000 dzieł sztuki.
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan 21 Sty 2018 19:27, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#43 PostWysłany: 03 Gru 2017 21:59 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 11. - c.d. / CHIWA - na Jedwabnym Szlaku...

Każde z odwiedzanych przeze mnie państw po powrocie kojarzy mi się z jedną dominującą barwą: i tak Kirgistan - jest zielony, Tadżykistan - rudo-brązowy, a Uzbekistan? Uzbekistan ma kolory Chiwy. Złotawy piaskowiec i odcienie turkusu.

YAY, wreszcie jesteśmy na legendarnym Jedwabnym Szlaku! Białą karawaną shared taxi, dziurawą asfaltową drogą wytyczoną wzdłuż brzegów Amudarii, mkniemy z karakałpackiego Nukusu w stronę Chorezmu. Niegdyś tą samą trasą zbliżały się do Chiwy karawany kupców, handlarze niewolników i - kilkukrotnie - rosyjskie wojska.

Chyba trudno o historyczne pojęcie, które budziłoby więcej romantycznych wręcz skojarzeń i bardziej oddziaływałoby na wyobraźnię niż Jedwabny Szlak i jego trzy legendarne miasta: Samarkanda, Bukhara i Chiwa. Pamiętam jeszcze z dzieciństwa te wszystkie wyobrażenia, które miałam przed oczami, gdy na lekcjach w szkole poznawaliśmy historię głównych szlaków kupieckich i czytaliśmy fragmenty “Opisania Świata” Marco Polo. Te karawany wielbłądów ginące w piaskach pustyni, wielobarwne stroje, gwarne bazary, zaciszne karawanseraje, architektoniczny przepych...

Czy coś jeszcze z tego zostało?


***

Do miasta wjeżdżamy od północnej strony. Nasz budżetowy hostel “Alibek” - z ogromnym zacienionym tarasem - znajduje się tuż za murami miejskimi, niepodal Ata Derwaza, czyli “Bramy Ojca” - głównej z czterech bram wiodących do starego miasta. Zostawiamy nasze manatki w hostelu i od razu postanawiamy wybrać się na spacer po Iczan Kala - wewnętrznym starym mieście.

Jest późne popołudnie. W ciepłym niskim słońcu budynki w Iczan kala - wewnętrznym mieście - mają naprawdę bajeczne kolory. Mamy wrażenie jakby imponująca Ata Derwaza była stargate’m, wehikułem czasu. Zabudowa Iczan Kala zachowała się w niemal nienaruszonym stanie do czasów dzisiejszych, Chiwa jest przez to najbardziej autentycznym spośród uzbeckich miast Jedwabnego Szlaku. Jesteśmy zachwyceni...

Zaraz po przekroczeniu imponującej Zachodniej Bramy ukazuje się nam symbol Chiwy - minaret Kalta Minor. Jak sama nazwa wskazuje - jest niski i przysadzisty - ale zachwyca dekoracją z przepięknych lazurowych ceramicznych płytek. Minaret Kalta Minor powstał na życzenie jednego z najbardziej znamienitych chanów Chiwy - Muhammada Amina Khana. Miał być najwyższym minaretem w ówczesnym muzułmańskim świecie i sięgać 70-ciu, a może nawet 110-ciu metrów, ale gdy zamorodowano chana budowa zatrzymała się - na 29. metrze.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



***

Chiwa - oprócz prężnie działającego ośrodka handlu - stanowiła centrum rozwoju sztuk i rzemiosła. Z podbitych terenów sprowadzano tu artystów, naukowców i rzemieślników. Nawet dzisiaj to właśnie z Chiwy pochodzą najsłynniejsze w Uzbekistanie ręcznie rzeźbione wyroby z drewna i ręcznie tkane dywany (o jednym z takich warsztatów tkackich powstała fantastyczna książka - "A carpet ride to Khiva" - polecam!), a ponadto można tu kupić ceramikę i jedwabne tkaniny - ikaty.

Spodziewamy się dzikich tłumów. Koniec końców jest wakacyjny weekend, jesteśmy w jednym z trzech najbardziej turystycznych miejsc w Uzbekistanie, a na dodatek właśnie odbywa się “festiwal kultur i regionów”, na który zjechały się grupy taneczne z całego kraju. Tymczasem - poza główną ulicą, przecinającą Iczan Kala z zachodu na wschód - wewnętrzne miasto jest niemal zupełnie puste. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu - mamy Iczan Kala niemal tylko dla siebie.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Zwiedzanie słynnych zabytków zostawiamy na jutro, a dzisiaj postanawiamy powłóczyć się bez celu po wewnętrznym mieście, z premedytacją się zagubić w jego zaułkach i wąskich uliczkach. Na początek wybieramy jego południową część. W wewnętrznym mieście nie ma żadnych nowoczesnych budynków, ale Iczan Kala w żadnym razie nie wygląda jak skansen, muzeum czy turystyczna atrapa dla obcokrajowców. Pomiędzy lazurowymi perełkami architektury oraz kilkoma nierzucającymi się w oczy hotelami czy restauracjami, toczy się zupełnie normalne codzienne życie - kobiety piorą wielkie perskie dywany, dzieciaki wspinają się na kilkusetletnie ceglane mury. I właśnie ta niespodziewana autentyczność najbardziej nas urzekła...


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



***

W jednej z bocznych uliczek zaczepiają nas lokalni chłopcy. Mówią, że dzisiaj wieczorem na dziedzińcu cytadeli Kunja Ark mają się odbyć pokazy taneczne grup etnicznych z różnych regionów Uzbekistanu - w ramach trwającego festiwalu kultur. Pytają czy się wybieramy i czy mogliby do nas dołączyć, bo byli już na pokazach wczoraj i drugi raz już ich na pewno nie wpuszczą, chyba że przyjdą z obcokrajowcami...

Drugi dzień festiwalu rozpoczyna się paradą grup tanecznych, które przy dźwiękach tradycyjnych instrumentów przechodzą przez Bramę Zachodnią i zmierzają w kierunku cytadeli. Na dziedzińcu ustawiona jest scena, z jej lewej strony usadowieni są tancerze i muzycy, z prawej - uzbeccy widzowie, a na przeciwko niej - na podwyższeniu - znajduje się widownia wyłącznie dla obcokrajowców, z kilkoma rzędami krzeseł - niemal zupełnie pustych... Siadamy w drugim rzędzie, czujemy się nieco nieswojo - zaskoczeni nieuzasadnionym uprzywilejowaniem.


Image

Image

Image

Image

Image



Rozpoczęcie festiwalu znacząco się przedłuża, trwają jeszcze próby pokazów, panuje hałas i chaos. Tymczasem słońce jest już bardzo nisko nad horyzontem. Światło wędrujące po ceglanych murach sprawia, że przybierają one bajeczne pomarańczowe i różowe barwy. Patrzymy na siebie z B. - nie ma co się zastanawiać, trzeba łapać te chwile. Wymykamy się z cytadeli i postanawiamy znaleźć wejście na mury zewnętrzne. Na schody natrafiamy jednak dopiero w pobliżu Bramy Północnej, zwanej też Ogrodową. Wędrujemy "szczytem" murów - w kierunku cytadeli i z powrotem.

Współczesna Chiwa, "zewnętrzna", nie różni się znacząco od Iczan Kala, zabudowa miasta zewnętrznego jak i wewnętrznego jest niska, spójna i "piaskowa" - przez co tym łatwiej uwierzyć, że przenieśliśmy się w czasie o kilkaset lat wstecz... Tym bardziej w tym świetle!

Image

Image

Image

Image

Image

Image



Przeszliśmy przez Bramę Północną i do naszego hostelu postanowiliśmy wracać po zewnętrznej stronie murów. Z tej strony mury robią zdecydowanie największe wrażenie - grube na 8 metrów, a na 10 metrów wysokie! - są naprawdę imponujące. Najstarsze sekcje pochodzą z V wieku, większość - została wzniesiona podczas rekonstrukcji w XVII wieku. Mury musiały budzić respekt zarówno średniowiecznych najeźdźców, jak i wojsk rosyjskich, które przecież próbowały zdobyć chanat chiwski aż trzykrotnie. Dzisiaj jednak bez większego trudu potężny mur pokonują lokalni chłopcy, śmigając po ceglanych ufortyfikowaniach jak małe kozice i traktując je jak plac zabaw, jak wielką glinianą zjeżdżalnię.


Image

Image

Image

Image

Image

Image


Wprawdzie dzień później okazało się, że wejście na najlepszy punkt widokowy na murach mieliśmy tuż pod nosem, bo na terenie cytadeli Kunja Ark, ale nie ma czego żałować - gdybyśmy zostali w Kunja Ark, N. nie miałby takiej zjawiskowej foty z posiadówy na Bramie Północnej ;)

Cóż, jakie czasy, taki chan :lol:

Image
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan 21 Sty 2018 23:52, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#44 PostWysłany: 04 Gru 2017 08:43 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 943
Loty: 124
Kilometry: 370 562
No świetne to jest! Nie mogę się doczekać kolejnych części, a jednocześnie już teraz zaczynam się bać, że niedługo skończysz... :)
A czemu mi się tak podoba? Świetne zdjęcia, niewątpliwie... ale również świetne pióro. Fantastycznie przeplatasz opisy osobistych przeżyć z wiadomościami przewodnikowymi o kulturze, historii i przyrodzie.
A co do "Stanów", to już wcześniej byłem przekonany, że trzeba tam pojechać. Po przeczytaniu Twoich opisów i zobaczeniu zdjęć chcę tam być jak najszybciej, teraz, zaraz, już! I rezerwuję sobie najbliższy wolny termin (wakacje 2019 :) ).
A Ty pisz, pisz, pisz.... A później gdzieś pojedź, zrób dużo zdjęć, wróć i znowu pisz...
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny>
Góra
 Relacje PM off  
 
#45 PostWysłany: 05 Gru 2017 09:13 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
marcinsss napisał(a):
No świetne to jest! Nie mogę się doczekać kolejnych części, a jednocześnie już teraz zaczynam się bać, że niedługo skończysz... :)
A czemu mi się tak podoba? Świetne zdjęcia, niewątpliwie... ale również świetne pióro. Fantastycznie przeplatasz opisy osobistych przeżyć z wiadomościami przewodnikowymi o kulturze, historii i przyrodzie.
A co do "Stanów", to już wcześniej byłem przekonany, że trzeba tam pojechać. Po przeczytaniu Twoich opisów i zobaczeniu zdjęć chcę tam być jak najszybciej, teraz, zaraz, już! I rezerwuję sobie najbliższy wolny termin (wakacje 2019 :) ).
A Ty pisz, pisz, pisz.... A później gdzieś pojedź, zrób dużo zdjęć, wróć i znowu pisz...

Dziękuję!!!! Bardzo baaardzo cieszy, że ktoś dobrowolnie czyta te moje historyjki :D A tym bardziej, jeżeli zachęcą do kupienia lotu do Biszkeku! Chociaż staram się co rok być w innym państwie (bo przecież "jeszcze tyle do zobaczenia"), to nad szybkim powrotem do Azji Środkowej sama się poważnie zastanawiam - można tam doświadczyć tyle serdeczności, tyle bezinteresownej gościnności - a przecież masowa turystyka z czasem to zmieni. Trzeba więc zdążyć przed nią! ;)

Na najbliższe lata marzy mi się mnóstwo miejsc - w pierwszej kolejności Chiny, Alaska, Patagonia, Nepal i Faroe Islands :D Może będzie z tego relacja, choć na razie skupiam się na dokończeniu tej i uspokajam - jesteśmy chyba dopiero w połowie ;)
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 16 Gru 2017 20:12, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off  
 
#46 PostWysłany: 05 Gru 2017 10:13 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 943
Loty: 124
Kilometry: 370 562
Za dużo miejsc, za mało czasu i kasy. :)
Chiny uważam, że już przegapiłem, bo kilka lat temu było znaaacznie taniej. A są na liście od dawna.
W 2018 w wakacje USA, bo się nam zaraz ważność dziesięcioletniej wizy skończy. Eh, jak sobie przypomnę, że kiedy ją załatwiałem to USD był po ok. 2,00 PLN. Trzeba było wtedy jechać...
Ale na 2019 Azja Centralna... no chyba, że Iran :D
Ale co ja Ci się tu wcinam w relację...
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny>
Góra
 Relacje PM off
nenyan lubi ten post.
 
 
#47 PostWysłany: 05 Gru 2017 11:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sty 2016
Posty: 42
Loty: 72
Kilometry: 197 398
nenyan napisał(a):
Ale przypadek!! :D A dokąd śmigaliście? Nad Song-Kol? Długo byliście w KG? I najważniejsze - będzie ralacja? :)) Chętnie bym poczytała, chyba z tych wszystkich miejsc, w których byłam, KG jest tym, którego mam największy niedosyt <3

Śmigaliśmy nad Kel Ukok, na Song-Kol nie starczyło nam już czasu:( Również mam niedosyt na tyle duży, że kombinuję jakby tam wrócić na wiosnę/lato 2018. ;) Postaram się coś niebawem wrzucić z Kirgistanu i Kazachstanu :) Na pewno będzie filmik :)
Góra
 Relacje PM off
nenyan lubi ten post.
 
 
#48 PostWysłany: 05 Gru 2017 11:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Sie 2010
Posty: 4242
Loty: 254
Kilometry: 424 874
platynowy
Relacja palce lizac :)

OT glowa do gory wyskakiwalbys wtedy z 4$ za galon, a dzisiaj pewnie z 2,50 $
chociaz co stan to inna cena
marcinsss napisał(a):
W 2018 w wakacje USA, bo się nam zaraz ważność dziesięcioletniej wizy skończy. Eh, jak sobie przypomnę, że kiedy ją załatwiałem to USD był po ok. 2,00 PLN. Trzeba było wtedy jechać...
Ale na 2019 Azja Centralna... no chyba, że Iran :D
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#49 PostWysłany: 05 Gru 2017 12:18 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
-- 05 Gru 2017 12:13 --

marcinsss napisał(a):
Za dużo miejsc, za mało czasu i kasy. :)
Chiny uważam, że już przegapiłem, bo kilka lat temu było znaaacznie taniej. A są na liście od dawna.
W 2018 w wakacje USA, bo się nam zaraz ważność dziesięcioletniej wizy skończy. Eh, jak sobie przypomnę, że kiedy ją załatwiałem to USD był po ok. 2,00 PLN. Trzeba było wtedy jechać...
Ale na 2019 Azja Centralna... no chyba, że Iran :D
Ale co ja Ci się tu wcinam w relację...

No patrz, nie ma przypadków! :D Też mi się 10-letnia wiza USA kończy w 2019 /kiedy to minęło :(/, jeden z moich pomysłów na przyszły rok roadtrip Chicago-Alaska, a kolejną relacją z moich dotychczasowych wyjazdów ma być: Route 66 - z Chicago do LA i z powrotem przez najpiękniejsze miasta i parki narodowe US ;)

Także pisz kiedy jedziesz i dokąd dokładnie - chętnie się podzielę moimi ulubionymi miejscówkami. Głównie przyrodniczymi, bo bardzo mi przypadła do gustu geografia Ameryki Północnej. Wszystko niby jak u nas, ale tak z 10 razy większe i bardziej ;)

-- 05 Gru 2017 12:18 --

2getThere napisał(a):
nenyan napisał(a):
Ale przypadek!! :D A dokąd śmigaliście? Nad Song-Kol? Długo byliście w KG? I najważniejsze - będzie ralacja? :)) Chętnie bym poczytała, chyba z tych wszystkich miejsc, w których byłam, KG jest tym, którego mam największy niedosyt <3

Śmigaliśmy nad Kel Ukok, na Song-Kol nie starczyło nam już czasu:( Również mam niedosyt na tyle duży, że kombinuję jakby tam wrócić na wiosnę/lato 2018. ;) Postaram się coś niebawem wrzucić z Kirgistanu i Kazachstanu :) Na pewno będzie filmik :)

No nie ma jak te kirgiskiej jeziora ;) Mnie się właśnie marzy powrót - nad Kel-Suu i w góry za Karakolem. A motywacji do składania filmiku zazdroszczę - ja nie mam kompletnie cierpliwości do montażu, o przejrzeniu zgromadzonego materiału filmowego nawet nie wspomnę ;)
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 16 Gru 2017 20:14, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#50 PostWysłany: 11 Gru 2017 18:40 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 13. / CHIWA

- O motyla noga! Brakuje tylko niewolników... - pomyślałam na widok targu Dekhon, rozpościerającego się u stóp murów otaczających chiwskie stare miasto.

Owszem, wczoraj momentami przemawiała do nas historia tego miejsca, jednak to nic w porównaniu z tym pamiętnym rankiem, gdy po przemknięciu przez zaspane Iczan Kala przekroczyliśmy zjawiskową wschodnią bramę Pavlon Darvoza i nagle trafiliśmy na skąpany w porannym słońcu bazar… po prostu oniemialiśmy, zaniemówiliśmy z wrażenia. To był dopiero teleport! W złotawym świetle poranka bazar w Chiwie wyglądał jakby nic się tu nie zmieniło przez kilkaset lat. No może z jedną różnicą - za czasów chiwskiego chanatu to w tym właśnie miejscu znajdował się największy targ niewolników na całym Jedwabnym Szlaku, natomiast na współczesnych straganach można kupić wszystko - poza niewolnikami. Niestety moje zdjęcia nie oddają nawet w niewielkim stopniu tego gwaru, tego światła, tej atmosfery. W żadnym innym miejscu - ani w Chiwie, ani w Samarkandzie - nie czuliśmy tak bardzo-przebardzo, że naprawdę jesteśmy na tym legendarnym Jedwabnym Szlaku...


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



Niespełna godzinę później - już jako szczęśliwi posiadacze kilku kolejnych pięknych wspomnień, paru niekoniecznie pięknych zdjęć i jednego potężnego arbuza - wracaliśmy przez budzące się do życia Iczan Kala do naszego hostelu na śniadanie.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



***

W planach na dziś mieliśmy intensywne zwiedzanie najpiękniejszych zabytków Chiwy. A Iczan Kala wypełnione jest po brzegi, po te potężne gliniane mury, perełkami architektury, mauzoleami, meczetami i madrasami.

Piekielne uzbeckie słońce zaczęło już niemalże grillować nam uszy i roztapiać dekielki od obiektywów, więc najpierw przyklejaliśmy się do każdego skrawka cienia, aż w końcu postanowiliśmy poszukać schronienia w cieniu meczetu piątkowego. Juma Mosque jest budynkiem o dość specyficznej formie - niskiego prostopadłościanu, z sufitem wspartym na 213 drewnianych, pięknie rzeźbionych kolumnach, z których najstarsze mają niemal 800 lat. Oczywiście próbowaliśmy zgadnąć, które z nich to te cztery najstarsze, ale z marnym skutkiem.


Image

Image

Image

Image

Image

Image


A pozostając w temacie meczetów - decydując się na nocleg u wrót Iczan Kala, starego chiwskiego miasta, w którym jest ich zatrzęsienie - przeczuwaliśmy, że o jakiejś abstrakcyjnie wczesnej porze obudzi nas niezsynchronizowany chór muezzinów. Tymczasem o świcie nie usłyszeliśmy ani jednego muezziniego śpiewu! Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu wyczytałam w którymś z przewodników, że w Chiwie jest tylko jeden działający meczet - wszystkie inne zostały przeobrażone w muzea lub inne przybytki. W państwie w którym 99% mieszkańców to muzułmanie... Zastanawiałam się, czy to przypadkiem nie zamordystyczna ręka prezydenta Karimova, który w ten sposób stara się zapobiec rozprzestrzenianiu religijnych radykalizmów.

Tu dla przykładu atrakcje na dziedzińcu dawnej madrasy...

Image


***

Na marginesie: Wreszcie nauczyliśmy się zwiedzania w uzbeckim stylu - godziny najokrutniejszego upału w Chiwie spędziliśmy tak:

Image

Na marginesie #2: Nie mogłam sobie odmówić i jestem teraz szczęśliwą posiadaczką fotki (która jednakże nie nadaje się do publikacji ;)) na tym jakże zjawiskowym tygrysie :mrgreen: Najlepiej zainwestowane 2 zł ever! (wspominałam już, że jestem wielką fanką pociesznego kiczu? :P )

Image


***

Spośród wszystkich zwiedzanych budowli największe wrażenie wywarł na nas pałac chanów Chiwy - Pałac Tasz Chauli. A to dzięki ręcznie malowanym drewnianym sufitom i bajecznym ceramicznym płytkom w odcieniu paryskiego błękitu. Takich pięknych majolic nie widzieliśmy nawet w Samarkandzie.

Pałac Tasz Hauli dzieli się na trzy części: prywatną - harem, gościnną - z dziedzińcem Ishrat Hauli (reception room) oraz dworską - z dziedzińcem Arz Khana (court office). Na dziedzińcu poselskim oraz na dziedzińcu chana znajdowały się kamienne okrągłe podwyższenia... Długo zastanawialiśmy się do czego mogły służyć, aż w końcu wyczytaliśmy, że stawiano na nich jurty! Na dziedzińcu gościnnym - dla posłów, na dziedzińcu dworskim - dla samego chana! Jak widać można zamieszkać w pałacu, ale w sercu nadal pozostać nomadem… <3


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


***

Przed rozstaniem z Chiwą postanowiliśmy jeszcze odhaczyć jeden z punktów na mojej chiwskiej “bucket liście” - czyli przejechać się tutejszym diabelskim młynem. Diabelskie młyny górują niemal nad każdym większym miastem Azji Środkowej. Ot, taka poradziecka pamiątka… W większości przypadków są w naprawdę opłakanym stanie. Za każdym razem, gdy gdzieś je mijaliśmy, przypominała mi się wakacyjna wycieczka jaką odbyłam z rodzicami do chorzowskiego wesołego miasteczka - jako siedmiolatka, w sukience z ogromnymi bufkami i tęczową parasolką z bibuły :D Great times, great times.... :oops: :lol:

Niestety chiwskie koło diabelskie było nieczynne :cry: “Angry birds” - również. Nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do hostelu, spakować manatki i złapać shared taxi do pobliskiej “metropolii” - Urgenczu, skąd całonocnym radzieckim pociągiem mieliśmy przetransportować się przez pół kraju - z Chiwy do Samarkandy…

Image

Image

Image

Image


*

Dworzec w Urgenczu nas zaskoczył. Kontrola jak na lotnisku. Pierwszy raz paszporty sprawdzano nam jeszcze przed wejściem na parking. Zaraz za drzwiami dworcowego budynku czekała na nas kolejna kontrola - lotniskowe skanery bagażu. Na szczęście potem było już spokojnie.

Na peronie spotkalismy nawet nasze znajome Francuzki z Nukusu - biegły zdyszane na pociąg do Bukhary. Okazało się, że nie mówią nic a nic po rosyjsku, więc do kierowcy shared taxi krzyczały angielskie “chooo! chooo!” w nadziei, że zajarzy, że “ma być na dworzec” :mrgreen: ale podobno pojął dopiero jak odstawiły na parkingu całe kalambury :lol: W każdym razie - już z naszą pomocą - dziewuchy trafiły na czas na właściwy peron, pociąg i wagon. My natomiast poszliśmy się ulokować w naszej “plackarcie”.

Dla niewtajemniczonych - wagon “plackartnyj” w sowieckich długodystansowych pociągach, to wagon z kuszetkami, ale bez przedziałów - piętrowe łóżka ustawione są wzdłuż całej długości wagonu, co wprawdzie nie sprzyja wysypianiu się, ale niewątpliwie sprzyja integracji ;) I to nawet w Uzbekistanie, gdzie - w przeciwieństwie do kolei transsyberyjskiej - w pociągu wódka nie leje się strumieniami. Gulsanam z Advantour chyba trzykrotnie pytała mnie, czy aby na pewno chcemy bilety na “plackartę”, bo przecież nie będzie nam wygodnie, przecież się umęczymy, przecież na pewno nie wiemy jak to tak naprawdę wygląda ;) Owszem, nie było nam wygodnie i owszem, umęczyliśmy się okrutnie - ale właśnie dlatego, że wiedzieliśmy jak to będzie wyglądać i że na pewno będzie warto...


Image

Image

Image

Image


***

Chyba do trzeciej nad ranem rozmawialiśmy z naszymi kompanami podróży - Uzbekami wracającymi z pracy w Rosji, Kazachami jadącymi w odwiedziny do rodzin w Uzbekistanie i przesympatycznym, elokwentnym Rosjaninem. Towarzystwo władowało nam się wieczorem na kuszetki i zadawało caaaaałe mnóstwo pytań o wszystko - od polityki po piłkę nożną… Wstyd się przyznać, ale Kazachowie orientowali się w składzie naszej narodowej reprezentacji chyba lepiej niż my ;) Swoją drogą, kiedyś pewnie bym nie uwierzyła, że kiedykolwiek usłyszę od obcokrajowca takie słowa o polskiej piłce nożnej:

- POLSKAJA KOMANDA - ETA OCIEŃ HAROSZAJA KOMANDA!

:shock: :mrgreen: :mrgreen: <hell yeah!>

Bo tak naprawdę każdy kto podróżuje do Azji Środkowej powinien znać w komunikatywnym stopniu dwa języki. Pierwszy to oczywiście rosyjski, drugi - język piłki nożnej. A przynajmniej jedno słowo - klucz, słowo które zastępuje każde “proszę-przepraszam-dziękuję” i wszystkie “a może trochę taniej?”, a nawet “priority boarding pass” na dworcach, lotniskach i kontrolach granicznych. A tym słowem jest oczywiście... LEWANDOWSKI :mrgreen:

Podczas tej podróży nigdy nikogo nie zapytaliśmy o skojarzenia z Polską, ale po kilku dniach w drodze i mnóstwie historii, którymi Kirgizi i Uzbecy chętnie dzielili się z nami sami z siebie - zaczęliśmy prowadzić statystykę skojarzeń z Polską... Lewandowski - absolutnie zdeklasował wszelką konkurencję. Na drugim miejscu - ale i tak daleeeeko daleko w tyle za 5w9 - uplasował się legendarny serial “Cietyrje tankisty i sabaka” ;) (alias poczciwi “Czterej pancerni…”). Wałęsę wspomniano tyle samo razy co Jana Pawła II, a Kaczyńskiego - tyle samo co Tuska... i co żubrówkę :shock: ;) Co ciekawe, często słyszeliśmy o polskich lekach, które są eksportowane do Uzbekistanu oraz o polskich jabłkach - a to w tym kontekście, że po wprowadzeniu embargo przez Rosjan na jabłka z Polski, zaczęto je do Rosji sprowadzać właśnie z Uzbekistanu. Także raz nam nawet podziękowano za pośrednie wspomożenie uzbeckiej gospodarki narodowej [sic!]


A tu nasza statystyka - po nieco ponad połowie wyjazdu. Prawie jak w Excelu :lol:


Image
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan 22 Sty 2018 00:29, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#51 PostWysłany: 11 Gru 2017 18:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Sie 2012
Posty: 3664
Loty: 559
Kilometry: 659 970
HON fly4free
Tak sobie czytam i oglądam i zaczynam myśleć, że może na sierpień zamiast do Rosji powinienem jednak pojechać do -stanów.
Góra
 Relacje PM off
nenyan lubi ten post.
 
 
#52 PostWysłany: 11 Gru 2017 19:35 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
W Rosji nie byłam (choć Syberia zimą chodzi mi po głowie bardzo...), więc trudno porównywać, ale -stany faktycznie są niesamowicie różnorodne, bardzo pozytywnie do nas nastawione i relatywnie niewielkie (dobra, przy Rosji chyba wszystko jest "relatywnie niewielkie" ;) ) - także przyjemnie się podróżuje :)
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie
Góra
 Relacje PM off  
 
#53 PostWysłany: 18 Gru 2017 00:49 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 14. / SAMARKANDA

Myśmy Pielgrzymi, panie, sięgniemy
zawsze dalej: bywa że
poza górę ostatnią z błękitnych, ogrodzonych śniegiem,
poprzez to gniewne lub inne, połyskliwe morze.

Nie tylko dla zysku w podróży jesteśmy.
Gorętszy znacznie wiatr czyni ducha hardym:
dla żądzy wiedzy o czym się wiedzieć nie powinno
na szlak złoty weszliśmy aż do Samarkandy...


/ James Elroy Flecker, “Golden Road to Samarkand” (tłum. Jan Daruk)


“Rzym Wschodu”, “Garden of the Blessed”, “The Fourth Paradise”, “Mirror of the World”. Czyli... Samarkanda. Nazwa, która brzmi jak magiczne zaklęcie. Zaklęcie, na którego dźwięk wyobraźnia podsyła orientalne zapachy, obrazy, odgłosy i smaki. Karawany wielbłądów zmagające się z szalejącym pustynnym wiatrem i gryzącym w oczy nieznośnym piaskiem, śmiech kupców odpoczywających w zacienionych karawanserajach, nawoływania dobiegające o poranku z bazarów, bajeczne kolory jedwabnych tkanin i ich przyjemny w dotyku chłód… Czy jest jeszcze jakieś miasto, którego nazwa miałaby równie silną moc oddziaływania na wyobraźnię co Samarkanda?

Ale dla niewprawnego turysty, który zbudował swoje wyobrażenia i oczekiwania wyłącznie na zdjęciach “National Geographic”, jest to jednak zaklęcie bardzo złudne. Współczesna Samarkanda jest dla Uzbeków tym, czym dla nas Kraków. Jest wizytówką, “kulturalną stolicą kraju”, prężnie się rozwijającą. Stolicą, która wprawdzie wciąż zachwyca olśniewającymi zabytkami architektury, jednakże która - wraz z napływem turystów, nowych mieszkańców, pojawieniem się wielopasmowych dróg i nowoczesnych rozwiązań - siłą rzeczy - zagubiła gdzieś ten tajemniczy klimat dawnego Jedwabnego Szlaku, którego wielu przyjezdnych tak bardzo oczekuje. I nie można przecież mieć o to do niej pretensji.

Współczesna Samarkanda - gdy nie patrzy się na nią przez pryzmat nierealistycznych oczekiwań - jest miastem bardzo ciekawym, nieco “przypudrowanym”, po którym widać jak wielkim przekleństwem i błogosławieństwem zarazem może być zmasowana turystyka... Z jednej strony - za turystami podążają pieniądze - zarówno te z kieszeni samych turystów, jak i te z kieszeni państwa vel. Karimowa. Budują się szerokie asfaltowe drogi, tworzą się skwery i zielone parki. Ma być ładnie, ma być czysto, ma się podobać. Z drugiej strony - wysokimi murami odgradza się turystyczne zabytkowe kompleksy od zaniedbanych dzielnic, w których toczy się codzienne życie (vide: rejon nieopodal Gur-i-Mir), a oszałamiające budowle w wielu przypadkach poddano tak wielkiej metamorfozie i rekonstrukcji, że nieraz trudno je jeszcze nazywać “historycznymi”.

Co nie zmienia faktu, że architektura Samarkandy nadal zachwyca...


***

Nasze zwiedzanie Samarkandy rozpoczęliśmy od tego co jest tutejszą perełką - placu Registan. Jego nazwa mylnie sugeruje europejskiemu turyście “królewskie” pochodzenie. A co znaczy w rzeczywistości? “Przysypany piaskiem” :) Ogromny wybrukowany plac otaczają z trzech stron zjawiskowe islamskie madrasy - szkoły koraniczne, w których studiowano również medycynę, astronomię, matematykę i nauki humanistyczne. Każda z nich zachwyca imponującym liwanem, każdej z nich towarzyszą po dwa minarety, zaś ich elewacje - zdobią tysiące ceramicznych płytek.

Na elewacji najstarszej madrasy dominują odcienie granatu i ornamenty przypominające kształtem wielkie gwiazdy - została wzniesiona przez mojego ulubionego timurydzkiego władcę, a zarazem astronoma i matematyka - Ulugh Bega (o którym trochę więcej trochę później ;)). Na tympanonie naprzeciwległej madrasy Szir Dor (“Z Lwami”) widnieją mozaiki przedstawiające złoto-pomarańczowe lwy (chociaż artysta raczej lwa w życiu nie widział, bo zwierzaki do złudzenia przypominają tygrysy ;)) zza których wschodzą słońca o ludzkich twarzach - a zatem islamska zasada nieprzedstawiania istot żywych została tutaj naruszona dwukrotnie. Lew był jednak symbolem Samarkandy, co mogło uzasadniać taki mały wyjątek od reguły. Pośrodku placu wznosi się natomiast najmłodsza madrasa Tillja Kari - madrasa “pokryta złotem”. By jednak zrozumieć genezę jej nazwy należy wejść do środka, do głównej sali meczetu piątkowego i spojrzeć do góry…


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Piękny kundal - złoto-szafirowy ornament na sklepieniu meczetu piątkowego:
Image


***

- Na minaret? Chcecie na minaret? - zagadnął nas młody chłopak, miejscowy strażnik, w bramie madrasy Ulugh Bega - tylko 25.000 som! - dodał półszeptem.

W przewodniku przeczytaliśmy, że jeżeli będziemy mieć szczęście trafimy na strażnika, który jeśli go uprosimy - za drobną opłatą zaprowadzi nas na minaret. Oj, chyba autorzy książki wpadli w jedną z klasycznych samarkandzkich pułapek… Po dziedzińcu madrasy takich “strażników” krąży mnóstwo, a opłaty których żądają - nie należą już absolutnie do drobnych. Jednak wielu turystów - przekonanych chyba, że oto ktoś oferuje im coś zupełnie unikatowego, a do tego jeszcze “na pograniczu prawa” - godzi się na podaną cenę bez żadnych negocjacji. Przez co w przeciągu ostatnich 4 lat cena wejścia na minaret wzrosła pięciokrotnie ;) Po zażartych negocjacjach udało nam się na minaret wspiąć niemal za bezcen, ale widok nie był wart nie tyle nawet tych wydanych somów, co czasu poświęconego na negocjacje ;)


Image

Image

Image



***

- Plov? Plov! Chodźcie z nami, zapraszamy! Chodźcie, chodźcie!

W meczecie piątkowym otoczyła nas kółeczkiem wielka uzbecka rodzina i - chociaż jej członkowie niemalże nie mówili po rosyjsku - bardzo chciała nas zaprosić na obiad. Podziękowaliśmy bardzo grzecznie za zaproszenie, za to z anielską cierpliwością pozowaliśmy wszystkim do zdjęć… Odkryliśmy - ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu - że sami stanowimy pewien rodzaj turystycznej atrakcji :?

Lipiec i sierpień to w Uzbekistanie miesiące wakacji, miesiące kiedy Uzbecy - z mniejszych, nieturystycznych miasteczek - podróżują całymi rodzinami. Tymczasem w zakresie zagranicznej turystyki - są to miesiące niemal całkowitego przestoju. No bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby całymi dniami zwiedzać zabytki w 46 stopniach, narażając się przy tym na ugotowanie żywcem? Podczas naszej niespełna dwutygodniowej uzbeckiej podróży takich śmiałków naliczylismy może z czterdziestu - z tym że kilkakrotnie w różnych miejscach napotykaliśmy te same twarze.

Brak turystycznych tłumów w Chiwie nie był dla nas wielkim zaskoczeniem, jak pisał Marco Polo - “Chiwa jest całe 14 dni jazdy wielbłądem od Buchary” - czyli jest daleko ;) Ale w Samarkandzie spodziewaliśmy się takiego oblężenia jak na krakowskim rynku, gdy w grudniu RMF rzuci darmowe choinki! Tymczasem niewielka ilość obcokrajowców na metr kwadratowy przyczyniła się do wzrostu zainteresowania naszymi osobami - stąd te niespodziewane zaproszenia na obiad, czy też zdjęcia robione nam ukradkiem telefonem spomiędzy półek w supermarkecie… Chyba po raz pierwszy - będąc za granicą - znaleźliśmy się w roli “intensywnie obfotografowywanych”, a nie fotografujących ;)


***

Godziny grożące nam poparzeniami III stopnia i udarem słonecznym postanowiliśmy spędzić na dziedzińcu naszego hostelu - “B&B Jahongir”. Naprawdę trudno o przyjemniejsze miejsce na odpoczynek od oślepiającego światła i nieznośnych upałów. W cieniu i w ciszy, pod baldachimem z winorośli, gospodarze rozstawili kilka drewnianych tapczanów, na których zawsze można było przysiąść na gorącą herbatę - pitą z tradycyjnych ceramicznych czarek i na kawałek orzeźwiającego arbuza (albo czegoś innego orzeźwiającego ;))…


Image

Image

Image

Image

Image



***

Późnym popołudniem wybieramy się na spacer w kierunku Gur-i-Mir - mauzoleum, w którym pochowani są liczni timurydzcy przywódcy, w tym dwóch tych najważniejszych, tych najbardziej zasłużonych dla historii Samarkandy… Jednym z nich jest wspomniany wyżej Ulugh Beg. Jednak to nie za jego czasów Samarkanda przeżywała swój największy rozkwit, swój złoty wiek. To nie jemu zawdzięcza swoją legendę i potęgę. A jego słynnemu, krwawemu przodkowi...

Podobno gdy w 1941 roku sowieccy archeolodzy otworzyli jego grobowiec, ich oczom ukazał się napis: “ktokolwiek zakłóci spokój mojego grobu, wypuści najeźdźcę groźniejszego ode mnie”, a niespełna 3 dni później Hitler najechał na Związek Radziecki… (przypadek? nie sądzę… ;) ) Podobno przyszedł na świat z dłońmi zbroczonymi krwią, podobno miał ponad 12 żon. Podobno w ciągu godziny od upadku oblężonego Delhi jego wojownicy wycięli w pień 10 tysięcy Hindusów, a po zdobyciu Bagdadu - zbudowali 120 wież z głów 90 tysięcy wymordowanych mieszkańców. Podobno do tradycyjnej dla ludów Azji Środkowej konnej gry - kupkari - zamiast truchła zdechłej kozy, używał na wpół żywego niewolnika… Tamerlan - bo o nim mowa - był jednym z najbardziej krwawych azjatyckich władców. Pod względem okrucieństwa może być stawiany w jednym rzędzie z mongolskim Czyngis-chanem. Był analfabetą, ale wielkim szacunkiem otaczał medyków, filozofów i uczonych. Był muzułmaninem, ale żadnego ze swoich najazdów nie prowadził pod hasłami religijnymi. Był wojownikiem i koczownikiem, który najlepiej czuł się na polu bitwy i w jurcie, a wzniósł miasto tak piękne, że legendy o nim zwodzą wyobraźnię do dziś...

Samarkanda była jego “skarbcem na wojenne łupy”, jego dumą i chlubą, jego oczkiem w głowie. Miała budzić zachwyt i podziw, miała onieśmielać. Na perską krytykę odpowiadał podobno: “kto nie wierzy w naszą potęgę, niech spojrzy na nasze budowle…”

Sala nagrobna w Mauzoleum Gur-i-Mir jest jednak stosunkowo skromna. Miejsce pochówku Tamerlana wyznacza ciemnozielona płyta nagrobna - swego czasu największa na świecie jednolita bryła nefrytu. Właściwa krypta grobowa znajduje się pod ziemią, jednak nie ma do niej wstępu. Także obecnie spokoju Timura nie zakłócają nawet natrętni turyści…


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

[/img]https://image.ibb.co/j9M8Zm/f4f_JJ_1024_9253.jpg[/img]


***

Wzdłuż drogi wiodącej do Mauzoleum Gur-i-Mir wzniesiono wysoki i niedostępny mur. Tak intrygująco wysoki i tak kusząco niedostępny, że postanawiamy sprawdzić, co też się kryje za nim… ;) Trafiamy do mniej reprezentacyjnej, ale za to o wiele bardziej autentycznej dzielnicy Samarkandy - dzielnicy parterowych mieszkalnych zabudowań, poprzecinanych siecią krętych wąskich uliczek. Snujemy się po tym labiryncie ulic, na każdym zakręcie obierając kierunek “mniej więcej na nasz hostel” ;) Gdzieniegdzie spotykamy bawiące się dzieci, ale życie rodzinne toczy się tu na wewnętrznych dziedzińcach, za białymi, pozbawionymi okien ścianami domów i szczelnymi, wysokimi bramami.


Image

Image

Image

Image

Image
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 31 Gru 2017 19:20, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#54 PostWysłany: 18 Gru 2017 23:31 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 15. / SAMARKANDA

Poranek - już niemal tradycyjnie - spędzamy na lokalnym bazarze. Wczoraj przy okazji zwiedzania Registanu i okolic udało nam się zajrzeć tam jedynie na chwilę, ale chcemy więcej i więcej. Samarkandzki bazar Siab jest wprawdzie najbardziej turystycznym, ale też największym targiem na jakim dotychczas byliśmy. Wznosi się na kilku poziomach, zajmuje kilka budynków i dużą, otwartą przestrzeń pomiędzy nimi.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przemiła złotozęba pani z załączonego obrazka pilnie poszukuje robotnego męża, może ktoś będzie reflektował...
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Degustacja soku morwowego <yumminess!> nie wiem jak mogłam tyle lat przeżyć, nie znając tego smaku!
Image

Ukontentowany B.
Image

Image


***

Z postoju marszrutek nieopodal bazaru łapiemy shared taxi do oddalonego o kilka kilometrów Obserwatorium Uług Bega. Obserwatorium - czy też raczej to co z niego zostało - jest zdecydowanie najmniej okazałym zabytkiem Samarkandy. Ot, skromny, niski liwan, szklana balustrada, jeden rzut okiem na niewielką dziurę w ziemi… i 13.000 som mniej w portfelu! Jednak nie mogło nie znaleźć się na mojej samarkanckiej liście “must see”. Sam budynek obserwatorium został zrównany z ziemią przez religijnych fanatyków krótko po śmierci Uług Bega, a pierwotnie przypominał kształtem - za sprawą zewnętrznych krużganków - Krzywą Wieżę w Pizie, tylko nie był taki wysoki, no i nie był krzywy ;) Do dnia dzisiejszego zachowało się tylko to, co pod ziemią… czyli fragment gigantycznego - jak na owe czasy - sekstansu!

"Religions rise and fall, empires crumble into dust, but the works of science remain for all time" - zwykł podobno mawiać Uług Beg, a przynajmniej takie słowa przypisuje mu Wikipedia ;)

Sułtan Uług Beg nie miał takiej smykałki do polityki i wojaczki, jak jego dziad Tamerlan - był przede wszystkim astronomem i matematykiem. I to - w owym czasie - jednym z najlepszych. Dzisiaj wiemy, że w chwili swojej świetności obserwatorium w Samarkandzie przeprowadzało najbardziej zaawansowane obserwacje astronomiczne i analizy na całym świecie. A sporządzenie przez Uług Bega katalogu 1018 gwiazd, na podstawie niezależnie przeprowadzonych obserwacji, było jedynym w swoim rodzaju - pomiędzy Ptolemeuszem a Tycho Brahe.

Kilka lat po objęciu rządów, Uług Beg zginął jednak z rąk swojego własnego syna - religijnego konserwatysty, który doprowadził do wydania przez ulemów fatw przeciwko ojcu.

Dzisiaj imię Uług Bega nosi Narodowy Uniwersytet w Taszkiencie oraz planetoida nr 2439 okrążająca Słońce w ciągu 5 lat i 195 dni… Science remain, czyż nie?

Image


W maleńkim współczesnym muzeum, poświęconym Uług Begowi i jego pracy, zobaczyć można papierowy model i przekrój obserwatorium, a na rycinach... Gdańsk! :o Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu, na większości tablic wiszących na ścianach Muzeum widzimy fragmenty z Prodromus astronomiae Jana Heweliusza, który jako jeden z pierwszych w Europie w swoim katalogu gwiazd odwoływał się do obliczeń i ustaleń Uług Bega. Tyle się naczytaliśmy o Uług Begu z przewodników, ale że w maciupeńkim muzeum, oddalonym o niemal 5000 km od Gdańska, natkniemy się na rysunki z Polski - tego zupełnie się nie spodziewaliśmy. What a find!

Image

Image


***

Do centrum miasta postanawiamy wrócić pieszo, choć to kilka kilometrów i kilkadziesiąt minut marszu w przydrożnym kurzu i coraz większym upale, ale chcemy po drodze zwiedzić jeszcze jeden zabytkowy kompleks w mieście - Szah-i-zindę. Niestety, gdy tylko dochodzimy do koryta niewielkiej rzeki, spacer robi się jeszcze mniej przyjemny…

Image

Image


Podobnie jest w innych miejscach, gdzie turyści rzadziej zaglądają - jak chociażby na tyłach Registanu:

Image


Przydałyby się “wlepki”, jakie widzieliśmy w Biszkeku :mrgreen:

Image

Yep! “Czystość miasta zaczyna się od Ciebie. Nie bądź [świnią]” ;) :mrgreen:



***

Szah-i-zinda to wielka nekropolia, swoista “ulica grobowych mauzoleów”, gdzie spoczywa cała plejada timurydzkiej arystokracji. Większość pielgrzymów - z drobnymi ofiarami i intencjami - zmierza wprost do mauzoleum arabskiego przywódcy Kussama-ibn-Abbasa, który został ścięty podczas prób nawracania ludności na islam.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



Może przez finezję tutejszych geometrycznych ornamentów i motywów roślinnych, a może przez dominujące barwy - moje ulubione odcienie szafiru, turkusu i błękitu - miałam wrażenie, że to nie w Registanie, a właśnie w tym zabytkowym kompleksie zobaczyć można najpiękniejsze w Samarkandzie fajansowe elewacje…

Jednak do czasu…

Do czasu aż nie przyuważyłam dwóch konserwatorów zabytków, którzy w tumanach kurzu próbowali uzupełnić wykruszony gzyms jednego z mauzoleów płytkami w kolorze niebieskim, chociaż sąsiednie płytki miały niekompatybilny kolor turkusowy. Zauważyli, że przyglądam im się z zainteresowaniem.

Image

Image

Image


Okazało się, że panowie nie byli konserwatorami zabytków, nie mieli nawet żadnego wykształcenia artystycznego, ot - za czasów ZSRR służyli w wojsku, jeden stacjonował przy granicy z Finlandią, drugi bodajże gdzieś w Estonii - ale od 35 lat nie zajmowali się już niczym innym jak tylko naprawianiem, uzupełnianiem i układaniem fajansowych płytek na elewacjach uzbeckich zabytków… Nie trzeba przeprowadzać zaawansowanych matematycznych dowodów, by zauważyć, że coś tu jednak nie gra… No bo koniec końców Uzbekistan nie ma znowuż aż tylu tych zabytków z ceramicznymi elewacjami, by wymagały aż 35-ciu lat nieustannej pracy. Tym bardziej, że panowie bez wątpienia nie byli jedynymi osobami zaangażowanymi w fajansowe przedsięwzięcie. O co więc chodzi?

Nie mogliśmy uwierzyć, gdy nasi rozmówcy z głębokim rozgoryczeniem przyznali, że od 35 lat naprawiają, a w zasadzie wymieniają wciąż te same płytki w tych samych budynkach! Zaprowadzili nas więc do niewielkiego mauzoleum o zupełnie czystych, białych ścianach - przygotowanego do renowacji - i pokazali stos fajansowych płyt imitujących tradycyjną ceramiczną mozaikę.

Made in China! - rzucili z przekąsem

Pojedyncze płyty nie wyglądały już tak dostojnie jak wielkie ściany elewacji, wręcz przeciwnie - sprawiały wrażenie nieco kiczowatych produktów o niskiej jakości. Do tego okazało się, że przez sposób ich wyrabiania, upalny uzbecki klimat i tempo prac narzucone przez władze zwierzchnie, a zupełnie nieprzystosowane do specyfiki materiałów używanych do renowacji - z elewacji nieustannie odpadają całe płytki albo odpryskuje z nich glazura.

- W miejscach gdzie zachowała się oryginalna "majolica", płytki ceramiczne mają nawet 500-800 lat.
- A wiecie jak długo wytrzymują te nowe? Od trzech lat do pięciu...



Image

Image

Image

Image


I ta informacja zmieniła wszystko… Od tej chwili nie byliśmy już w stanie patrzeć spokojnie na żaden kawałek fajansowej ściany. Za każdym razem poddawaliśmy analizie elewację i zastanawialiśmy się, z jakiego okresu pochodzi. Faktycznie, z łatwością można było zauważyć różnice - w charakterystyce spękań, fakturze, jakości pigmentu i szkliwa… Może dobrze, że dopiero teraz napatoczyliśmy się na panów - “zaklinaczy fajansu”.



***

Po powrocie do centrum miasta planowaliśmy jeszcze zwiedzić Mauzoleum Bibi Chanum, ale wcześniej bileterki w obserwatorium Uług Bega pokazały nam stare, sowieckie przewodniki po Samarkandzie, a w nich zdjęcia ruin Bibi Chanum… Okazało się, że współczesne Mauzoleum jest niemal całkowicie nowym budynkiem. Wprawne oko szybko zauważy kępki trawy bezczelnie wyrastające spomiędzy fajansowych płytek na kopule mauzoleum - rzecz nie do pomyślenia w oryginalnej starej zabudowie! A po tym, co usłyszeliśmy w Szah-i-Zinda, tym bardziej straciliśmy ochotę na zwiedzanie...

Postanowiliśmy ponownie przespacerować się na bazar i poszukać pamiątek w sklepikach na pobliskiej ulicy Newskiej. Szybko okazało się jednak, że każdy z kilkudziesięciu sklepików oferuje niemal dokładnie taki sam asortyment, który do tego ma niewiele wspólnego z “handmade”, a zdecydowanie więcej z “made in China”.

Image


Zrezygnowani, postanowiliśmy jeszcze zajrzeć do dwupiętrowego budynku “Artistic Centre”. Na uroczym dziedzińcu nie było nikogo, podobnie w warsztatach rzemieślniczych na parterze. Jednak jedno spojrzenie na pierwsze piętro i… są! SĄ! Ceramiczne dekoracje w moim ukochanym odcieniu turkusu i szafiru <3

Image

Image


Podczas podróży przez cały Uzbekistan, w każdym sklepiku i na każdym targu, wypatrywałam ceramicznych czarek do herbaty w tych właśnie odcieniach - bezskutecznie. Chociaż są to kolory dominujące w elewacjach niemal wszystkich uzbeckich zabytków - w ceramice użytkowej nie występowały - niepodzielnie panował brąz, biel i ciemna, zgniła zieleń.

Sklepik na pierwszym piętrze absolutnie nas oczarował - do tego stopnia, że podczas naszego pobytu w Samarkandzie odwiedzaliśmy go aż 3 razy ;) Na jednej ze ścian wisiały dziesiątki bajecznych, ręcznie malowanych, jedwabnych szali, na wieszakach - tradycyjne uzbeckie ubrania with a modern twist, a każdą horyzontalną powierzchnię zajmowały antyki, starocie, bibeloty i wiekowe przedmioty - często o zupełnie nieodgadnionym przeznaczeniu! Do tego wygodna kanapa, jazz w głośnikach, turecka kawa (jedyna porządna kawa jaką piliśmy podczas całego wyjazdu!) i przeurocza sprzedawczyni Alina, z którą prowadziliśmy długie rozmowy o wszystkim.

Image


Okazało się, że nieobecna właścicielka sklepu jest projektantką ubrań, a do tego wielką miłośniczką pchlich targów i “staroci niewiadomego przeznaczenia” ;) Okoliczni mieszkańcy - znając jej upodobania i profil prowadzonego biznesu - często sami przynoszą jej różne rupiecie, ceramikę i biżuterię - w nadziei, że w ich imieniu je sprzeda.

I dzięki temu dzień później “przemycałam” przez granicę na nadgarstku niemal stuletnią oryginalną bucharską branzoletę... Branzoletę z ciemnego starego srebra, szeroką na trzy palce, wysadzaną maleńkimi paciorkami z koralowca, z wzorem tak subtelnym i misternym, że jej podobne widzieliśmy chyba tylko w Muzeum Sawickiego w Nukusie. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że pozwoliłam B. podarować ją komuś w prezencie! :cry: <tak, B., mam nadzieję, że to przeczytasz!> ;)

Tymczasem N. i ja z Samarkandy wyjeżdżaliśmy ze sporym zapasem jedwabnych szali na prezenty dla mam i sióstr, jednakże - wciąż <chlip, chlip> - bez lazurowych, ceramicznych czarek. Alina zdradziła nam jednak, gdzie jest jedyne miejsce w całym kraju, gdzie na pewno będę mogła je kupić… Przypadek, że przy granicy z Kirgistanem? Nope, nie sądzę! :mrgreen:


***


Wieczorem przemknęliśmy z Samarkandy do Taszkientu - tym razem ultraszybkim pociągiem “Afrosyab” - dumą Karimowa. Przed naszym hostelem znaleźliśmy się tuż po zmroku i jakież było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy przed sobą opuszczony, osmalony i dziko zarośnięty budynek… Kluczyliśmy dobre pół godziny pomiędzy uliczkami, aż wreszcie jakaś dobra dusza zaprowadziła nas pod właściwy adres. Ot, internety znowu wywiodły nas na manowce ;)

Na załączonym obrazku: Ostatni plov w Uzbekistanie. Wówczas nie mogłam już na niego patrzeć, ale po roku chyba nawet zaczęłam trochę tęsknić ;)

Image

Na załączonym obrazku: B., jego żołądek, jego jelita i inne wnętrzności dziękują opatrzności, że przetrwały te kilkanaście dni w UZ :lol:

Image

Image


Nie wspominałam o tym za często - bo nie jest to temat przyjemny, ani do opisywania, ani do wizualizacji ;) - ale prawda jest taka, że wyprawa do Azji Centralnej, a w szczególności do Uzbekistanu - nieźle sponiewierała nam brzuszki. W trakcie całego miesięcznego wyjazdu mieliśmy może zaledwie ze 3-4 takie dni, kiedy cała nasza piątka - bez wyjątku - czuła się zdrowo. W pozostałe - zawsze ktoś cierpiał. A rozmowy o wypróżnianiu się stały się dla nas tak powszechne i tak naturalne, jakby każdy z nas miał w domu kilkumiesięcznego niemowlaka.

Bywało naprawdę źle i to źle do tego stopnia, że jeszcze kilkanaście dni temu - niemal półtora roku po powrocie z Azji Centralnej! - B. pisał do nas z wakacji w Malezji: “strułem się i mam Uzbekistan...” A co gorsza, my dokładnie wiedzieliśmy o co mu chodzi…

Yep, “Uzbekistan” has officially become a medical term for severe, chronic diarrhea :o :o :?
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan 31 Gru 2017 19:26, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
niebieskooka uważa post za pomocny.
 
 
#55 PostWysłany: 19 Gru 2017 19:54 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 16. / RISHTON, UZ & OSZ, KG

Co robić? Od tego pytania rozpoczęliśmy dzień. Zwiedzać Taszkient - a zostało nam tu jeszcze sporo ciekawych miejsc do zobaczenia, z Bazarem Chorsuu i lunaparkiem na czele - czy też wyjechać wcześniej z miasta i wyruszyć na poszukiwanie lazurowych ceramicznych czarek do Kotliny Fergany? Słusznie, czy niesłusznie - tym razem zwyciężyła chęć posiadania ;) Nic nie poradzę, I’m a sucker for teal ceramic tiles :D

Na postoju marszrutek odjeżdżających w stronę Andijanu okrążył nas tłum kierowców shared taxi. Nauczeni doświadczeniem - negocjacje rozpoczęliśmy od zadawania arcyważnych pytań:

- Szukamy kogoś kto pojedzie z nami do samej granicy, a nie tylko do Andijanu… - i już odpadło pierwszych kilka osób.
- A po drodze zrobi z nami kilkugodzinny detour do Rishtonu…. - i kolejnych kilku kierowców zrezygnowało.
- A no i szukamy kogoś z autem, które ma klimatyzację... - i nagle z wielkiego, napierającego na nas tłumu nie został niemal nikt.

Cóż, mając wciąż w pamięci fatalną w skutkach podróż w pierwszą stronę, postanowiliśmy tym razem pozwolić sobie na odrobinę luksusu - w postaci klimatyzowanego białego Daewoo :P Podróż faktycznie minęła nam o wiele szybciej niż za pierwszym razem. Sama nawet nie wiem, kiedy upłynęło te 7 godzin od opuszczenia Taszkientu do wjazdu do Kotliny Fergańskiej… Pomimo pięknego lipcowego popołudnia, Kotlinę spowijał jednak gęsty smog. Z niektórych domostw, porozrzucanych pomiędzy polami bawełny, wydobywał się czarny smolisty dym - znak, że gospodarze najpewniej palą właśnie śmieci :cry: Meh, feels like home...

Kotlina Fergańska to najgęściej zaludniony obszar Azji Centralnej, położony na styku Uzbekistanu, Tadżykistanu i Kirgistanu. Ot, najlepszy przykład sowieckiej polityki “dziel i rządź” i wyznaczania granic tak, by ludziom trudniej się żyło, ale za to władzy - łatwiej kontrolowało krnąbrny lud. To nie w Chinach, ani nie w Europie “narodził się” Jedwabny Szlak, a właśnie tutaj, w Ferganie - to podobno tu po raz pierwszy doszło do spotkania kupców europejskich z kupcami chińskimi i nawiązania wymiany handlowej. Do dzisiejszego dnia w uzbeckiej części Kotliny hoduje się jedwabniki i wyrabia jedwab, w tym - na przykład w fabryce Yodgorlik w Margilanie - tradycyjnymi metodami.

My jednak jedziemy jeszcze kawałek dalej, do małego miasteczka, które przycupnęło na granicy z Kirgistanem - Rishtonu. Rishton to “miasto artystów” z prawdziwego zdarzenia - mieszka tu i tworzy niemal 2000 rzemieślników i malarzy. Chyba dlatego, gdy zaczęliśmy wypytywać o Aliszera Nazirowa, nie wszyscy wiedzieli o kogo może nam chodzić… Tymczasem nazirovska lazurowa ceramika znana jest daleko poza granicami Uzbekistanu, doczekała się nawet ostatnio wystawy w Stanach Zjednoczonych.

Nasz kierowca - z początku sceptycznie nastawiony do tej całej fanaberii z Rishtonem - widząc, jak bardzo mi zależy, za punkt honoru postawił sobie dowiezienie nas na miejsce. Kluczył i kluczył, w końcu zadzwonił na numer z ulotki, którą dostałam od Aliny i dzięki takiej "telefonicznej nawigacji" dotarliśmy wreszcie na miejsce. Dom Nazirovów położony był juz na obrzeżach Rishtonu, przy cichej spokojnej ulicy, którą dosłownie kilka domostw dalej przecinał niepozorny szlaban - ot, granica z Kirgistanem! I niczym się od sąsiednich nie wyróżniał. Ale wystarczyło przejść przez wjazdową bramę, by znaleźć się w zupełnie innym świecie, na czarownym lazurowym dziedzińcu, pełnym ceramicznych talerzy, czarek, wazonów i garnuszków!


Image

Image

Image

Image

Image

Image


Samego Aliszera Nazirowa nie było wprawdzie w domu, ale jego syn zaprosił nas na herbatę, oprowadził po pracowni i pokazał jak sie maluje i przygotowuje czarki do wypalania. Tutaj cała rodzina zaangażowana jest w proces twórczy, każdy od małego uczy sie jak wyrabiać glinę na kole garncarskim i jak wprawnie malować subtelne wzory, z których słynie nazirowska ceramika.

Image

Image

Image

Image

Przed i po wypalaniu. Jest różnica!

Image

Image



Wybranie kilkanastu tradycyjnych czarek na herbatę zajęło nam chyba bite pół godziny - każda piękna, każda inna, każda z zupełnie unikatowym wzorem. Jak tu sie zdecydować!?

Image

Image

Image

Image

Image



Nawet nasz kierowca - który dotychczas nie miał pojęcia o istnieniu Nazirowa i jego turkusowej ceramiki - poczuł w sobie chyba coś na kształt uznania i dumy narodowej - bo rozsiadł sie szeroko na drewnianej ławie i wreszcie zaczął się uśmiechać ;) Próbował nawet wspomóc N. w procesie zbijania ceny za wybrane przez nas czarki, ale szybko pojął z kim ma do czynienia i że co jak co, ale ten oto profesjonalny negocjator żadnego wsparcia nie potrzebuje :lol:

Image


Zresztą nie mieliśmy też za bardzo serca negocjować. Standardowa cena - około 25 zł - za ręcznie wyrabianą i ręcznie malowaną ceramiczna czarkę, kiedy w Chiwie te z masowej produkcji kosztowały niemal tyle samo! - naprawdę nie wydawała się wygórowana.

Mogłabym tu spędzić jeszcze kolejne dwie godziny albo i dwa miesiące, jednak nie mieliśmy pewności czy nie zamkną nam o zmroku przejścia granicznego, wiec trzeba się było zbierać. Przemknięcie do Kirgistanu pod szlabanem na końcu ulicy nie wchodziło niestety w grę.



***

Na przejściu granicznym w Dostyku powitano nas biurokratycznymi formularzami, w których trzeba było zadeklarować wszystkie wywożone przez nas wartościowe sprzęty oraz kwoty każdej posiadanej waluty. Wprawdzie nasze pochodzenie (Polsza! Lewandowski!) pozwoliło nam niezasłużenie przesunąć sie na początek kolejki do kontroli paszportowej i kontroli rejestracji noclegów, ale za to już chwilę później trójka celników skrupulatnie przeczesywała zawartość naszych bagaży, zaglądała do posiadanych książek, weryfikowała skład leków, a nawet ostatnie zrobione przez nas cyfrowe zdjęcia. Wprawdzie bardziej chyba z ciekawości niż obowiązku, ale mimo wszystko - dobrze, że w Rishtonie przezornie zmieniłam kartę pamięci na taką bez ujęć śmieci walających się po Samarkandzie czy cmentarzyska statków w Muynaku ;)



***

Wreszcie Kirgistan i lawirowanie taksówką po Osz w poszukiwaniu naszego hostelu. Wreszcie jesteśmy w ogrodzie TES Guesthouse. Wreszcie zrzucamy manatki na łóżka w naszej obszernej jurcie, witamy się z S&G i z butelkami schłodzonego czeskiego Kozla :o ;) Jeeeju, ileż było radości na widok tych - tak dobrze nam znanych - etykiet mojego ulubionego piwa... A potem równie wielkie rozczarowanie, gdy po pierwszym łyku okazało się, że co jak co, ale to piwo to koło Kozła chyba nawet nie stało... ;)

Image

Image


Zanim wysączyliśmy wyrób kozlo-niepodobny do ostatniej kropelki, nagadaliśmy się z S&G o naszych doświadczeniach z ostatnich kilkunastu dni, odebraliśmy jeepa przywiezionego nam z Biszkeku, przepraliśmy ciuchy i zrobiliśmy gruntowne przepakowywanie - muzeum na "najświętszej" górze Azji Środkowej - Suleiman-Too - było już zamknięte. Wybraliśmy się więc na spacer po tym specyficznym mieście Osz - podobno jednym z najstarszych w Azji Centralnej, położonym - niegdyś - na skrzyżowaniu południowych i północnych odcinków Jedwabnego Szlaku, a współcześnie - podobno - na splocie głównych dróg przemytu narkotyków z Afganistanu do Rosji... (vide: "W rajskiej dolinie wśród zielska" Hugo-Badera)

Na obiadokolację wszamaliśmy po kilka szaszłyków - kto wie kiedy znów trafi nam się mięso na talerzu (nie żebym za nim tęskniła), a następnie przespacerowaliśmy się do centrum miasta... Czego tu nie było! Karuzele dla dzieci i strzelanie do kolorowych baloników, trzypiętrowa jurta i "Dunkin' Donuts", diabelski młyn i samolocik CCCP...


Przejażdżka diabelskim młynem - finally off the bucket list!

Image

Image

Image


Parkour - level: KYRGYZ :mrgreen:

Image


Image


A jutro? Jutro kierunek: Tadżykistan, Badachszan, Pamir!
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 31 Gru 2017 19:28, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#56 PostWysłany: 20 Gru 2017 09:57 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 17. / W STRONĘ JEZIORA KARA-KOL. BADACHSZAN, TADŻYKISTAN

Szybko zostawiliśmy za sobą wypłaszczenie Kotliny Fergańskiej i przebijaliśmy się krętą, stromą szosą przez pasmo zielonych Gór Alay.

- 13! 14!

Zakręt. A za zakrętem…

- 15!

Za kolejnym…

- 16, 17, 18, 19, 20, 21!

Gdy na drodze z Osz w stronę granicy z Tadżykistanem pierwsze osły zatarasowały nam przejazd, wymyśliłam sobie, że będę liczyć wszystkie zwierzaki, które wejdą nam na drogę podczas tego dziesięciodniowego roadtripu.

Poddałam się po godzinie. Nie dojechaliśmy jeszcze nawet w pobliże granicy, a ja już doliczyłam się kiludziesięciu sztuk niefrasobliwego bydła.


Image

Image

Image

Image

Image



Wreszcie wyjechaliśmy na zieloną, rozłożystą równinę. Dolina rzeki Kyzyl-suu to kolejne piękne miejsce w Kirgistanie warte zatrzymania się na dużo dłużej niż tylko na “poproszę do pełna” w miasteczku Sary Tasz, a na przykład na odbywające się tu co jakiś czas nomad games - tradycyjne konne gry i walki, takie jak chociażby wspomniane już wcześniej kupkari (w powszechnej wersji - z truchłem kozy, a nie w tej tamerlańskiej z ledwo żywym niewolnikiem ;))

Dolinę Kyzyl-suu otaczają dwa łańcuchy górskie - od północy Góry Alajskie, z których właśnie wyjechaliśmy, na południu - rysujące się wyraźnie i dumnie na horyzoncie graniczne Góry Trans-alajskie - ze swoim najwyższym szczytem, w Tadżykistanie znanym pod nazwą Avicenna Peak, a w Kirgistanie i prawdopodobnie wszędzie indziej na świecie - pod legendarną nazwą Pik Lenina.

Wyjeżdżamy z Sary Tasz, żegnamy napotkane na drodze dzieciaki i obieramy słynną szosę M41 prosto na południe, prosto w Pamir. Przed nami ostatnie równinne kilometry, a potem - aż do tadżyckiego Murghabu - tylko góry, góry i góry… 227 kilometrów przez niemal zupełnie bezludne, surowe i niegościnne tereny. Google Maps pokazuje mi teraz, że wystarczyłoby nam obecnie 3 godz. 5 min. by pokonać ten odcinek (sic!) W rzeczywistości dotarcie do Murghabu zajęło nam tak jakby nieco dłużej: niemal 10 godzin nieustannej jazdy + trwającą 2 godziny karkołomną kontrolę na tadżyckiej granicy + 8 godzin snu w namiotach nad Jeziorem Kara-kol…


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



***


Jadąc Pamir Highway (taaak, miał fantazję ten, kto wymyślił tą szumną nazwę dla takiej błotnistej szutrówki…) do Badachszanu, granicę pomiędzy Kirgistanem a Tadżykistanem przejeżdżamy na Przełęczy Kyzylart Pass. Jednak graniczne punkty kontrolne Kirgistanu i Tadżykistanu usytuowane w odległości niemal 25 kilometrów od siebie. Kirgiski - u stóp podjazdu na przełęcz, tadżycki - niemal na samej przełęczy. Kontrola w kirgiskim punkcie nie trwa długo. Jesteśmy więc dobrej myśli. Mentalnie jesteśmy już jedną nogą i dwoma kołami w Tadżykistanie. Już, już… robimy wesołe fotki na przełęczy, prawie witamy się z gąską (tudzież owcą Marco Polo ;))...

Image

Image

Image

Image



Ale wtedy wydarza się tadżycka kontrola graniczna. Trzy rdzewiejące kontenery, wszyscy celnicy - w mundurach i z bronią długą. Nie stoimy w kolejce, bo gdzie tu kolejka… jesteśmy jedynym samochodem na granicy. Ale po drugiej stronie szlabanu znajdziemy się dopiero za 2 godziny...

Pokonywanie granic mamy przećwiczone, a do tego mam wrażenie, że my - Polacy - “doświadczenie granicy” mamy gdzieś zakodowane w genach. Podświadomie wiemy co wolno, a co nie. Żeby się nie odzywać. Najlepiej wcale. A gdy już trzeba, gdy zapytają - mówić jak najmniej. Nie zostawiać ważnych przedmiotów na wierzchu. Nie zostawiać otwartych drzwi auta. Nie dać się sprowokować.

N. jest najlepszy w te klocki, pomimo najsłabszej znajomości rosyjskiego. Na rozkaz celnika wysiada z auta z paszportami i papierami. Niknie w pierwszym kontenerze.

Mijają minuty, mija pół godziny, godzina…

N. ze dwa razy przechodzi z konteneru do konteneru, nie spoglądając ani razu w naszą stronę. Widzę, że jest wściekły, poirytowany do granic możliwości. Siedzimy w aucie w absolutnym milczeniu, skupieni i wyczuleni na każdy dźwięk dochodzący z zewnątrz.

Mija kolejna godzina…

Wreszcie wraca N. Nie odzywa się nawet słowem, rusza błyskawicznie i wjeżdżamy w Tadżykistan. Na pytania nie odpowiada…

Znamy się tyle lat, a nigdy N. w takim stanie nie widziałam. Zawsze opanowany. Keeping his cool nawet jak się pali i wali, nawet kiedy wszyscy już dawno spanikowali. Im trudniejsze warunki, tym większy potrafi zachować balans, dystans i spokój.

Dopiero po 30 kilometrach zaczyna odpowiadać na pytania. Jak to on - szczątkowo, “żeby powiedzieć jak najmniej” - więc co tam się działo naprawdę pewnie nigdy się dokładnie nie dowiemy… Że celnicy chcieli ponad 100 USD łapówek, że nie chciał tyle zapłacić, że jeden się rzucał, że otarło się prawie o szarpaninę...

By wjechać do Tadżykistanu potrzebowaliśmy:
- wizę tadżycką (80 USD od osoby + koszty pośrednictwa, bo wizę wyrabia się w Berlinie) - CHECK!
- specjalny permit na wjazd do GBAO (20 USD od osoby) - CHECK!
- dokumenty, umożliwiające wjazd wypożyczonym kirgiskim autem za granicę - CHECK!


I tyle. Wszystko mieliśmy. O tym, że przy przekraczaniu granicy celnicy żądają czasem kolejnych “opłat” czytaliśmy przed wyjazdem w internetach. Nie znaleźliśmy żadnych informacji, które potwierdzałyby ich zasadność, wręcz przeciwnie - z większości jasno wynikało, że jest to po prostu horrendalna łapówka. A przepłacać nie lubimy.

Poźniej niemal na każdym punkcie kontrolnym na Pamir Highway, a szczególnie przy granicy z Afganistanem, żądano od nas łapówek. Ale - w porównaniu z tym przejściem granicznym - był to absolutny PIKUŚ, dwa stanowcze zdania N. i jechaliśmy dalej.



***

Im niżej słońce było nad horyzontem, im piękniejsze roztaczały się przed nami widoki, tym lepsze mieliśmy humory… Nagle, za którymś z kolei zakrętem, ukazało nam się jezioro Kara-kul w całej swej okazałości. Widok był tak piękny i tak zupełnie różny od wszystkiego, co widzieliśmy do tej pory w podróży, że postanowiliśmy zjechać z szutrowej drogi i rozbić się na noc tutaj na wyżynie.

Image

Image

Image


Niestety wiatr hulający po płaskowyżu okazał się być na tyle silny, że zapewne nie dałby nam w nocy pospać . A poszukiwania jakiejkolwiek skały, wydmy, czy wzniesienia, które osłoniłyby trochę nasz obóz - nie dość, że spełzły na niczym, to jeszcze napsuły nam nerwów i niemal zakończyły się wtarabanieniem w ledwo widoczny w piasku drut kolczasty.... Jechaliśmy w stronę jeziora i wioski Karak-kul, najpierw mając przed sobą szeroką równinę, a następnie mając po prawej stronie brzeg jeziora, a po lewej - na wyciągnięcie ręki - chińską granicę (ale o tym trochę więcej trochę później ;))

Image

Image

Image

Image


Zatrzymaliśmy się na chwilę na przydrożnym cmentarzu. Cmentarze w Azji Środkowej to w ogóle jest osobny temat. I to temat - rzeka. Temat na miarę poradzieckich przystanków autobusowych. W Uzbekistanie na cmentarzach dominują małe ceglane mauzolea, w Kirgistanie - metalowe “klatki”, w tym niektóre z nich - w kształcie rdzewiejących szkieletów jurt (vide: http://c7.alamy.com/comp/D9TBKH/moslem- ... D9TBKH.jpg lub http://www.takeusanywhere.com/wp-conten ... SC9249.jpg) Były to moje “ulubione” elementy środkowoazjatyckiej “sztuki” cmentarnej. “Za życia - nomadem, po śmierci - nomadem…” Tymczasem w badachszańskim nagrobkom i langgarom często towarzyszyły stosy kamieni oraz rogi ibexów i owiec Marco Polo.

Image

Image

Image

Image

Image


Minęliśmy senną wioskę Kara-kul i na nocleg zatrzymaliśmy się nad samym brzegiem jeziora. Rozbiliśmy namioty w szaroburym piachu, spałaszowaliśmy pierwsze LYOfoody, środkowoazjatycki chleb - nan i co tam jeszcze dobrego mieliśmy z Osz. I dopóty dopóki przeraźliwy ziąb nie zagonił nas do namiotów podziwialiśmy to obłędnie rozgwieżdżone, tadżyckie niebo…

Image

Image

Image

Image
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan 31 Gru 2017 19:29, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#57 PostWysłany: 22 Gru 2017 11:31 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 17. i 18 / PAMIR: PRZEZ PRZEŁĘCZ AK-BAITAL DO MURGHABU I BULUNKUL

Pierwsza noc w Tadżykistanie, pierwsza noc na wysokości niemal 4000 m n.p.m. Wczorajsze przewyższenie - czyli podjazd z 963 m n.p.m. /Osz/ na 4280 m n.p.m. /Przełęcz Kyzylart/ w 4 godziny - prezentowało się całkiem imponująco, ale zarazem też nieco nieodpowiedzialnie... Czuliśmy się jednak bardzo dobrze. Tylko B. trochę narzekał, że w nocy szumiało w uszach, ale jakby nie było - póki co ofiar w ludziach brak.

Przed zaśnięciem zaplanowaliśmy sobie z B., że wstaniemy na wschód słońca. Tak! Na pewno wstaniemy na wschód słońca nad Jeziorem Kara-kol. Ale nie przeczuwaliśmy, że dobre dwie godziny zajmie słońcu wyjście zza wielkiej góry, która wystrzeliwała w niebo tuż za naszymi namiotami… Skoro już jednak obudziliśmy się tak pogańsko wcześnie, postanowiliśmy wywlec nasze rozleniwione tyłki z przytulnego namiotu (cóż za oksymoron…) i to była najlepsza możliwa decyzja.

Chyba z dobre pół godziny, jak nie dłużej, tkwiliśmy na brzegu jeziora, wpatrując się jak zahipnotyzowani w spektakl, który rozgrywał się nad jeziorem, nie zważając na wiatr i chłód. Gnane wiatrem pasma chmur maszerowały po niebie w równoległych rzędach - prosto na nas. A po zboczach gór po drugiej stronie jeziora wędrowały leniwie pomarańczowe plamy porannego światła. Na co komu kawa, jeśli poranek serwuje takie widoki…

Co ciekawe dokładnie w tym samym czasie, gdy tam staliśmy - wpatrując się w szczyty na drugim brzegu jeziora - za tamtym przeciwległym pasmem gór Andrzej Bargiel wspinał się właśnie na pamirski Pik Korżeniewskiej w ramach rekordowego zdobywania tytułu “Śnieżnej Pantery”.


Image

Image

Image

Image

Image



***

Zwinęliśmy grzecznie obóz i wyruszyliśmy w stronę Murghabu. Jedziemy teraz przez zdecydowanie najmniej gościnny i zupełnie bezludny odcinek Pamirskiego Traktu. Naszym jedynym towarzystwem są wszędobylskie świstaki, których jest tu zatrzęsienie. Na widok auta wyściubiają ciekawskie główki z norek i przyglądają się nam z zainteresowaniem. Niektóre natomiast leniwie oddają się przyjemniejszym aktywnościom… ;)

Image

Na załączonym obrazku: THUG LIFE :lol:
Image



Przed nami kilka godzin drogi przez niemalże marsjański, surrealistyczny krajobraz, przez strome, rudo-brunatne sześcio- i siedmiotysięczniki. Wspinamy się coraz wyżej i wyżej - na najwyższy punkt Pamirskiego Traktu. 4655 m n.p.m. - Przełęcz Ak-Baital. Gdzie okiem nie sięgnąć - tylko skały i piach, żadnej zieleni. I tak kilometrami. Powracające towarzystwo słupów na chińskiej granicy traktujemy niemalże jak nagłe odwiedziny starego przyjaciela. Do dziś nie mogę pojąć, jak chłopakom mogła się podobać najbardziej właśnie ta część Pamir Highway... Co za masochizm! :roll:


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na załączonym obrazku: Takimi małymi kamieniami wyznacza się "objazdy", oberwane krawędzie jezdni i inne niebezpieczne miejsca na drodze. Tutaj akurat ostrzegały przed zerwanym mostem na rzece. Lepsze to niż nic, ale zgadnijcie, jak dobrze je widać w nocy... I dlatego właśnie tak odradzana jest jazda Pamir Highway po zmroku ;)
Image



***

Wreszcie Murghab. Najwyżej położone miasto w Tadżykistanie, a niegdyś - w całym Związku Radzieckim. A zarazem - po Chorogu - największe miasto w regionie. Chociaż “miasto” to naprawdę dużo powiedziane… Murghab wygląda bowiem trochę tak, jakby na tym łagodnym, brunatnym zboczu wzgórza ktoś rozsypał trochę małych, szarych i białych klocków lego. Te białe - to domki mieszkańców, te szare - to kontenery, w których mieszczą się stargany murghabskiego targu, dziś niestety w większości zamknięte. Na poboczu drogi stoi jeszcze kilka chińskich ciężarówek. Na skrzyżowaniu ulic - kilka wielkich zardzewiałych beczek z benzyną. Do tego jedna szkoła, jeden pomnik Lenina i ot, całe miasto.

Niestety mój organizm nie jest w nastroju na dogłębną eksplorację murghabskich zakamarków. Dopadła mnie jednak choroba wysokościowa. Gorączka, dreszcze i mdłości… Znów ledwo słaniam się na nogach. Gdy moja Ekipa wyrusza na targ po prowiant, zostaję w samochodzie, łykam tabletki i oddaję się smętnym rozważaniom pt. czy i kiedy zacznie wreszcie działać… Pocieszam się, że zatrzymamy się tu jeszcze raz, w drodze powrotnej. Tankujemy do pełna na jednej ze "stacji" - benzynę wlewają do wiadra, a z wiadra lejkiem do auta. I ruszamy dalej.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



***

Wyjeżdżamy z miasta wprost w zieloną, rozległą równinę z pięknie meandrującą rzeką Murghab. Zieleń cieszy oczy. Mijany przydrożny znak życzy nam “Szczastliwowo puti!” (“Szczęśliwej drogi!”) i na chwilę robi się już niemal przyjemnie. Nie ujeżdżamy jednak nawet kilkunastu metrów od znaku, a zatrzymują nas wojskowi w punkcie kontrolnym i oczywiście domagają się łapówki… O, ironio!


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na załączonym obrazku: przystanek za potrzebą. Dodam, że panowie sami z siebie się tak ustawili, nic ze sobą nie konsultując ;) Wygląda na to, że wartość "personal space" niezbędnej w takich sytuacjach jest wspólna zachodnim mężczyznom ;)
Image



***


Nasz cel na dziś to Bulunkul - jezioro i wioska o tej samej nazwie. By tam dojechać, trzeba odbić z szutrowej M41 na jeszcze mniejszą szutróweczkę i wjechać pomiędzy pamirskie wzgórza. Sama nie wiem, w którym momencie spontanicznie porzucamy plan dojechania do wioski i z owej szutróweczki odbijamy w prawo, na jeszcze, jeeeszcze mniejszą nitkę drogi, której nie można już nawet nazwać szutrową.


Image

Image

Image


Podążając za ledwo widocznymi śladami kół, wjeżdżamy na niewielkie wzniesienie. Widok na jezioro Bulunkul jest stąd zachwycający. Nie chcemy wracać. Postanawiamy podjechać kawałek dalej. Mijamy kilka opuszczonych domostw. No to może jeszcze kawałek dalej? I jeszcze? Aż nagle wybucha przed nami plama soczystej zieleni, z wijącym się w niej strumieniem. To niewielka rzeka, która łączy jezioro Bulunkul z pobliskim, dużo większym Yashilkul - Jeziorem Zielonym (heh, na coś się przydaje moja marna znajomość tureckiego :P). Wprost wymarzone miejsce na biwak...


Image

Image

Wioseczka Bulunkul po drugiej stronie jeziora, do której pierwotnie planowaliśmy pojechać.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Lokalni pasterze wierzą podobno, że Jezioro Yashilkul jest domem dla potwora o nazwie “Tuya Suu” - wodnego wielbłąda <3 :D Mieliśmy nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko, że mu się przekimamy w ogródku ;) S&G błyskawicznie postawili swój namiocik i czmychnęli na drugą stronę rzeki na wspin na przeciwległe wzgórze.

Ja tymczasem nie mogłam się z N. dogadać gdzie ma stać nasz namiot. Czy nad samą rzeką, czy 5 metrów od niej. First world problem, w rzeczy samej. Co można zrobić w takiej sytuacji? Ano, można - jak przystało na dwoje dorosłych ludzi w wieloletnim związku - spokojnie porozmawiać i poszukać satysfakcjonującego dla wszystkich kompromisu. A można też strzelić focha, rzucić wszystko (oprócz aparatu) i pójść sobie w siną dal. No to zgadnijcie, którą opcję wybrałam....


Image

Image


“Sina dal” którą sobie upatrzyłam - w postaci tajemniczego płaskowyżu opadającego stromym zboczem do brzegów Yashilkul - była niestety znacznie dalej niż mi się wydawało. Szłam i szłam, a słońce było coraz niżej nad horyzontem. Minęłam kilka wydm, podejrzane piaski (czy aby na pewno nie ruchome?) i coś co wyglądało jak skalp z jaka z bonusem w postaci kawałka czaszki. “Potwora z Yashilkul” jednak nie spotkałam. I znalazłam się w przepięknym miejscu - na zakolu jeziora. Zrobiłam kilka pamiątkowych zdjęć i niestety dalszą wędrówkę musiałam na dziś odpuścić... NOTE TO SELF: z “rzucania wszystkiego” podczas kłótni należy następnym razem wykluczyć czołówkę :lol:


Image

Image

Image

Image



***

Jednak o poranku ponownie zrobiliśmy z B. trekking stromym wysokim brzegiem jeziora na płaskowyż - tym razem skutecznie. Niestety piaszczyste, suche wypłaszczenie okazało się być zupełnie nieciekawe. Nie wiem w sumie czego od niego oczekiwaliśmy :roll: Natomiast widok na półksiężyc Jeziora Zielonego - był za to spektakularny. Widać teraz było doskonale jak głęboko jego zachodnia część wrzyna się w Pamir, dając tam - hen, hen daleko na drugim końcu - początek rzece Gunt…

Jezioro Yashikul powstało na skutek ogromnego osuwiska ziemi, które przyblokowało rzekę Alichur. Naturalna tama ma 4 kilometry długości i 100 metrów grubości! W podobny sposób zresztą powstało inne pamirskie jezioro - jeszcze większy i bardziej niedostępny Sarez. Aż strach pomyśleć co by się stało, gdyby na skutek kolejnego trzęsienia ziemi te naturalne tamy puściły…


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



***

Po powrocie z treku zrobiliśmy późne skromne śniadanie i zwinęliśmy obozowisko, a następnie wróciliśmy do głównej szosy M41, tylko po to by zaraz znów z niej odbić - tym razem prosto na południe, na granicę z Afganistanem...

Image
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 31 Gru 2017 19:31, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#58 PostWysłany: 23 Gru 2017 05:27 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 18 i 19 / WAKHAN

300 kilometrów drogi na granicy z Afganistanem - taki był plan na najbliższe dni. Ile mogło nam to zająć? Nie wiedzieliśmy. Do tej pory korzystaliśmy z logistycznego wsparcia Google Maps. Najpierw - naiwni! - mnożyliśmy szacowane czasy przejazdu x1,5 a gdy - nauczeni doświadczeniem trochę zmądrzeliśmy - x2… Jednak Wujek Google stanowczo odmawiał wytyczenia trasy pomiędzy zjazdem z M41, a położoną na granicy wioską Langar. Uznawał najwyraźniej, że jest tam miejscami nieprzejezdnie wąsko. Ale kto by tam słuchał takiego zgryźliwego wujka! Jak to? Że my nie damy rady? Pffff....

Image


Powiem tak… Nie jestem fanką dramatyczych ekspozycji, a górskie szlaki piesze i drogowe dzielę - według kryterium “co się stanie, jeśli spadniesz” - na następujące:
1/ połamiesz się - i’m fine with that
2/ połamiesz się na pewno, a jak masz pecha to umrzesz - i’ll take that risk
3/ umrzesz, definitywnie umrzesz - jak masz szczęście to przy pierwszym uderzeniu o skały, a jak szczęścia nie masz, to najpierw przy upadku wykoślawisz się niemiłosiernie i zmasakrujesz, a potem będziesz długo konać w męczarniach, wyglądając przy tym jak bohater “Happy Tree Friends” w ostatnich minutach odcinka :?

Chyba nie muszę dodawać, do której kategorii należała spora część drogi do Langaru ;) Oczywiście nie mam zdjęć z najbardziej ekstremalnych fragmentów tego odcinka, ale jak kiedyś gdzieś w otchłani moich dysków znajdę nakręcony przez chłopaków “film grozy” z przejazdu to go dorzucę do postu.

A zaczęło się obiecująco... Strumyk, zieleń. Ale im głębiej w dolinę rzeki Pamir wjeżdżaliśmy, tym większe towarzyszyły nam stromizny, a krajobraz zmienił się w zupełnie księżycowy. Kilkakrotnie robiliśmy takie “harpiny”, na takich ścianach, że trudno było w myślach nie przeklinać siarczyście. Taaak, what the fuck am i doing here? i to jeszcze na własne życzenie! Na szczęście zajęłam w aucie strategiczną pozycję - z tyłu, za siedzeniem pasażera - w miejscu najbardziej oddalonym od krawędzi drogi jak to tylko możliwe. I byłam zbyt zajęta zaklinaniem tysięcy skał, złowrogo i niepewnie wystających ze ściany nad nami, żeby zostały na swoim miejscu, by się dokładnie orientować w tym, co się działo z drugiej strony auta. Ale chłopcy mówili, że momentami było ciekawie. A jak N. mówi, że było ciekawie, to znaczy, że otarliśmy się o śmierć pewnie 887763 razy ;) Na szczęście zarówno kierowca, jak i nasz kirgiski samochód spisali się na medal. Do dziś gdy widzę na ulicy białego pick-upa, mam ochotę go tulić i głaskać karoserię ;)


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
/fot. B.M/

Image

Image



***

Wreszcie wjeżdżamy w Wakhan! Wreszcie pierwsze spojrzenie na Afganistan! Te brunatne góry po drugiej stronie rzeki, to afgański Pamir. Strzeliste, ośnieżone szczyty za nimi - to już pakistański Hindukusz. Pomiędzy tymi dwoma górskimi pasmami leży Korytarz Wachański, wąski przesmyk o szerokości - od granicy z Tadżykistanem do granicy z Pakistanem - zaledwie 20-30 kilometrów. Korytarz Wachański powstał w trakcie historycznej “Wielkiej Gry” - rywalizacji między Wielką Brytanią a Rosją o panowanie nad Środkową Azją pod koniec XIX wieku. Stanowił neutralną afgańską strefę, swoisty bufor rozdzielający strefy wpływów - rosyjski Turkiestan na północy od brytyjskich Indii na południu. Współcześnie - z uwagi na niebotyczne graniczne góry oraz zamkniętą granicę z Chinami - jest niewątpliwie jednym z najbardziej niedostępnych rejonów Azji. Dlatego też - z jednej strony - był niegdyś brany pod uwagę jako potencjalne miejsce ukrycia Osamy Bin Ladena, a z drugiej - uznawany jest za najbezpieczniejszy rejon Afganistanu…


Image

Image

Image

Image


Dojeżdżamy do Langaru… i wreszcie zaczyna mi się ten roadtrip podobać! Po pierwsze - wraca asfalt! ;) Skąd nagle asfalt w tak odległym miejscu? Wystarczy chyba powiedzieć, że ta graniczna tadżycka droga, to taki tutejszy odpowiednik Gruzińskiej Drogi Wojennej - właśnie tędy rosyjskie czołgi wjeżdżały do Afganistanu w 1979 roku, musiały więc mieć szeroko i wygodnie ;) Po drugie - Langar jest zachwycająco malowniczy, położony u zbiegu dwóch rzek - rzeki Pamir, wzdłuż której dotychczas jechaliśmy oraz rzeki Wakhan, uprzednio płynącej przez afgański Mały Pamir. Z ich połączenia powstaje szeroka, porywista rzeka - przez miejscowych zwana Pandż, na północy funkcjonująca już jednak pod inną nazwą… Cześć, Amudaria! Dobrze Cię znowu widzieć! I to jeszcze w tak dobrym zdrowiu! Ech, naprawdę trudno uwierzyć, że Uzbekistan mógł doprowadzić do całkowitego wyschnięcia rzeki, która płynie tak warto i rozlewa się tak szeroko w tej rozłożystej dolinie…

W Langarze wyruszamy na wędrówkę /chciałoby się powiedzieć “na szlak”... ale gdzie tu jaki szlak!? :lol: / do “petroglifów”, które S&G bardzo chcą zobaczyć. Wysokość jednak robi swoje i postanawiam odpuścić w połowie drogi, co - jak się później okazuje - nie było taką głupią decyzją. Podobno znaczna część z owych “petroglifów” to wcale nie prastare rysunki skalne, a dzieła... XXI-wieczne. Dzieciaki, które prowadziły nas pod górę, ochoczo zademonstrowały nawet B. cały proces twórczy, w wyniku którego taka “sztuka naskalna” powstaje… ;)


Image

Image

Image

Proces powstawania "petroglifów" ;)
Image
/fot. B.M./

Image



G. jednak się nie poddaje, zatrzymujemy się więc w kolejnym miejscu. S&G śmigają w górę, a nasza trójka postanawia zapolować na prowiant. W sklepiku B. - łakomczuch jeden! ;) - skusił się na ciasteczka… Okazały się tak twarde, że mogłyby robić diamentowi konkurencję :mrgreen: Nieomal nie potraciliśmy na nich zębów, zanim nie opracowaliśmy sposobu na ich pożarcie: tzn. że trzeba je długo i powoli ciamkać w ślinie lub moczyć w herbacie <yumminess> Nieliczne sklepiki w tadżyckim Wakhanie są bardzo skromnie zapatrzone. Konserwy, makarony, ciastka i cukierki… ot, i już wszystko. A owoce? Warzywa? Zapomnij! To wszystko Pamirczycy mają w swoich przydomowych ogródkach. W Wakhanie żaden, nawet najmniejszy kawałek płaskiej, horyzontalnej powierzchni się nie marnuje i jest wykorzystywany na większe lub mniejsze poletko. Natomiast gdy pytamy się miejscowej starszyzny, w którym sklepiku dostaniemy chleb, uśmiechają się rozbawieni i... prowadzą B. do najbliższego domostwa, gdzie gospodyni chętnie odsprzedaje nam kilka bochenków nan o kształcie wielkich placków pizzy.

S&G jeszcze nie wrócili, więc nasza trójka rozłożyła się na naczepie pick-upa. Małżonkowie A&N popijali herbatę z termosu i ciamkali ciastka, a B. zwierzał się swojemu pamiętniczkowi… :geek: Tymczasem Pamirczycy wracali do domów z pastwisk i pól. I wszyscy bez wyjątku zatrzymywali się obok nas. Ktoś chciał nas po prostu pozdrowić, ktoś inny - zagadać, a jeszcze ktoś inny - zaprosić do domu na herbatę. Gdybyśmy przyjęli wszystkie te zaproszenia, to chyba nie wyjechalibyśmy z Pamiru do dziś ;) Bardzo chcieliśmy zobaczyć od środka takie tradycyjne pamirskie domostwo, jednak wiedząc jak skromnie się tu żyje i jakim trudem okupione jest to codzienne życie - pozowaliśmy do zdjęć i sami częstowaliśmy pasterzy liptonem z termosu, ale za zaproszenie w gościnę dziękowaliśmy uprzejmie. Aż do momentu, w którym do przyjęcia takiego zaproszenia nie zmusiły nas okoliczności…


Image

Image

Image

Nierówna walka: B. versus ciastka!
Image

Image

Image

Nasza codzienność. Piach, piach, wszędzie piach. W aucie, w namiocie, w śpiworach, w butach.
Image

Image



***

Kiedy S&G wrócili z gór było już późno. Planowaliśmy spędzić dzisiejszą noc w jednym z “homestays” u stóp pięknie położonej twierdzy Yamchun, żeby pozwiedzać ją o świcie w pierwszych promieniach słońca. Chyba na niczym mi tak nie zależało podczas tego tadżyckiego roadtripu, jak to, by być o tym właśnie czasie w tym właśnie miejscu. Tymczasem zapadł już zmrok, a my nie dojechaliśmy jeszcze nawet do miasteczka Yamczun, nie wspominając o wspinie wąską, górską drogą w pobliże twierdzy. A czyż nie wspominałam, że po Pamirze lepiej nie jeździć autem po zmroku? Ale my nie bardzo mieliśmy wyjście. W dolinie nie było nawet gdzie rozłożyć namiotu - wszędzie pola i poletka. Postanowiliśmy zaryzykować.

Do pokonania mieliśmy 7 kilometrów. Fingers crossed, a nuż się uda i nic z góry nie będzie jechało? Przemieszczaliśmy się ostrożnie, w ciszy i w skupieniu… Powiem tak, gdyby za kierownicą siedział ktokolwiek inny niż N., już dawno trzasnęłabym drzwiami i poszła na piechotę /no dobra, może jeszcze topowym kierowcom rally dałabym szansę ;) / Ale w momencie, w którym z przeciwnej strony nadjechał samochód i musieliśmy - w zupełnych ciemnościach, nad przepaścią - robić wycof na wstecznym, chyba wszyscy stwierdziliśmy - fuckity fuck! PASS! N. zatrzymał samochód, a ja i B. pobiegliśmy do pobliskich zabudowań, w których tliło się światło. Chcieliśmy zapytać jak jeszcze daleko do tego przeklętego guesthouse’u, bo może jednak lepiej zawrócić...

Drzwi otworzył nam starszy pan… Gdy tylko się dowiedział, że o tej porze próbujemy wjechać na górę, nie pozwolił nam nawet zadać pytania, w jednej chwili zaprosił nas do domu. Nie chciał słyszeć o żadnym guesthousie, nie chciał słyszeć, że “to my może jednak zjedziemy na dół do wioski”. Nie mogłam tego pojąć… U nas w tej zadufanej Europie nawet zaproszenie znajomych na kawę następuje z trzydniowym wyprzedzeniem, a - według statystyk z wczoraj - 65% Polaków nie ofiarowałoby uchodźcy wolnego nakrycia przy wigilijnym stole. Tymczasem w tadżyckim Wakhanie, na granicy z Afganistanem, w środku nocy staruszek otwiera drzwi dwóm brudnym, umorusanym obcokrajowcom (yep, ostatni prysznic braliśmy w Kirgistanie), którzy cośtam plotą łamaną ruszczyzną i w ułamku sekundy, bez chwili zawahania, decyduje się ich przygarnąć pod swój dach. Nawet dzisiaj, gdy przypominam sobie ten moment, trudno mi zapanować nad wzruszeniem.

Zasiadamy na “jadalnianym dywanie” razem z panem domu i długo rozmawiamy. Dziadkowie nawet do wychodka nie nie pozwalają mi pójść samej i towarzyszy mi gospodyni. Wygódka pozbawiona jest drzwi, księżyc w pełni daje aż nadto światła, ale gospodyni ani myśli spuścić mnie z oczu :shock: Cóż, jeśli ona nie jest skrępowana, to czemu ja miałabym być :P

Gospodarze częstują nas wszystkim co mają - makaronem z warzywami (nasz najlepszy tadżycki posiłek), nanem, herbatą, dżemami, cukierkami i serem z końskiego mleka (tego nie tykam - do dziś mam traumę po tym jak chłopcy w Uzbekistanie poczęstowali mnie - biedną i niczego nieświadomą! - tym zdradzieckim paskudztwem… tyle lat się znam ze swoją twarzą, a nie wiedziałam, że z obrzydzenia potrafi się tak wykrzywić!).


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
/fot. B.M./

Image

Image

Image

Image

Image



W niewielkim pamirskim domku wraz z dziadkami mieszka cała gromadka wnucząt, jedna synowa i jeden kot. Synowie pracują daleko - jeden w odległym o 180 kilometrów Chorogu, drugi - jak bardzo wielu młodych Tadżyków - w Rosji. Podobno Tadżykistan połowę swojego PKB zawdzięcza swoim obywatelom przebywającym na emigracji… Dziadkowie z pomocą synowej dbają o dom, wychowują wnuki, uprawiają pole - a przypuszczam, że mają ponad 60. lat. Ich pamirski domek jest bardzo czysty i zadbany, podobnie jak i sad i niewielkie poletko. Ale na pewno nie jest im łatwo. Wakhan nie zna litości. Lata są tu krótkie, a zimy przeokrutnie srogie.

Ranek spędzamy na spacerach po gospodarstwie, zabawach z kotem, wspólnym śniadaniu i rozmowach. Nadchodzi czas pożegnań. Trudny i wzruszający. Postanawiamy za gościnę odwdzięczyć się finansowo kwotą jaką wydalibyśmy na homestay - chociaż ani przez moment nie czuliśmy, by oczekiwano od nas takiej formy gratyfikacji. A może właśnie dlatego… Przeważnie w takich momentach warto sobie zadać pytania z zakresu “odpowiedzialnej turystyki”, ale w tym przypadku - jeszcze widząc reakcję gospodarza… - byliśmy absolutnie pewni, że te fundusze zdziałają wiele dobrego. Żegnamy się z naszym pamirskim “aniołem stróżem” i ruszamy dalej serpentynami pod górę - na podbój twierdzy Yamchun.



***

Na stromym, 400-metrowym klifie, górującym nad doliną rzeki Pandż, w III wieku p.n.e. wzniesiono potężną twierdzę, o okrągłych strażniczych wieżach i bardzo grubych murach. Yamchun Khala - Twierdza Jamczun stanowiła jedną z najważniejszych fortyfikacji starożytnego Wakhanu. A w czasie wzmożonego handlu na Jedwabnym Szlaku, kiedy to właśnie przez Wakhan prowadził główny południowy odcinek Jipek Joli - znany chociażby z relacji Marco Polo - fort pełnił kluczową rolę w kontrolowaniu przepływu ludności i dóbr na ruchliwym kupieckim trakcie, a także bronił Wakhanu przed najeźdźcami. Z olbrzymiej twierdzy zostały dziś wprawdzie tylko ruiny, ale nietrudno sobie wyobrazić jej ogrom i znaczenie. Widać stąd jak na dłoni całą dolinę Pandżu, nawet w taki dzień jak dziś - kiedy dolinę spowija gęsty smog… (Tak, smog! W bajecznym Wakhanie też czymś trzeba grzać, na czymś trzeba gotować i jakoś trzeba pozbywać się śmieci… :( )


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Khala i jej khaleesi :D
Image

Image

Image

Image

Image

Image



***

Z czasów Jedwabnego Szlaku pochodzą również ślady wpływów buddyjskich w Wakhanie. Buddyzm rozprzestrzenił się w dolinie rzeki Pandż wraz z indyjskimi kupcami. Jednym z współcześnie już nielicznych świadków tamtych czasów jest buddyjska stupa z VI wieku, wznosząca się na wysokim wzgórzu w wiosce Vrang. Kiedy pytamy o drogę miejscową starszyznę, okupującą przydrożny skrawek cienia, posyłają z nami lokalnego chłopca. Pewnie i bez niego znaleźlibyśmy drogę, ale zawsze to szybciej i pewniej. I nie dowiedzielibyśmy się, że ten duży biały budynek po afgańskiej stronie - tak dobrze z góry widoczny - to “współczesna khala”... czytaj: amerykańska baza wojskowa.

- Chodzicie tam czasem? Do Afganistanu?
- Czasami, jak nam tam koza czy wielbłąd ucieknie. Ale strach!
- Strach? Dlaczego? Rzeka jest aż tak niebezpieczna?
- Nie, Amerykanie strzelają…


:shock:


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



***

W którejś z kolejnych wiosek zatrzymujemy się przy niewielkim sanktuarium. Muzułmanie w Pamirze wyznają ismailicki odłam islamu, z którym przeplatają się jednak również echa przedmuzułmańskich wyznań. W niewielkich przydrożnych sanktuariach wykorzystuje się święte kamienie oraz rogi owiec Marco Polo i ibexów - symbol czystości, pochodzący jeszcze z czasów zaroastriańskich. Spotkanego w pobliżu sanktuarium staruszka podwozimy do jego rodzinnej wioski. S&G ładują się na naczepę, a my sadzamy starszego pana na przednim siedzeniu. Opowiada nam coś zawzięcie całą drogę - jednak niemal wyłącznie w swoim języku. Nic nie jesteśmy w stanie zrozumieć - poza tym, że na odchodne nam "błogosławi".


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Zmiana! Teraz ja jadę z S. na pace naszej białej strzały. Mijamy maleńkie, senne wioski, ruiny starych warowni - do dziś wykorzystywanych na posterunki pograniczników, szpalery szumiących wierzb i pola uprawne. Jest pięknie. Jest słonecznie. Jest zielono. I ten wiatr we włosach... Jak tu się nie uśmiechać! Ale chłopaków wystarczy na chwilę zostawić samych, a już im nieprzyzwoite pomysły strzelają do głowy… Jeden gwałtowny ruch kierownicą i - ku ogromnej uciesze naszych towarzyszy podróży i przechodzących drugą stroną drogi Pamirczyków - cała przydrożna kałuża katapultuje się prosto na nas! Ja obrywam nieznacznie (falę uderzenia przyjmuje mój telefon), ale S. wygląda jakby przed chwilą próbowała wchłonąć całą wodę z Amudarii. Należałoby ją teraz wrzucić do pralki na wirowanie na 900 obrotach :O



****

Jak przystało na drużynę pierścienia /przysłony ;) / - zatrzymujemy się na drugie śniadanie, na herbatę z termosu i diamentowe ciasteczka. Dopiero po chwili rejestrujemy, że ta wielka hałda ziemi i kamieni przed nami, to tak naprawdę olbrzymie skalne osuwisko - coś, czego obawiałam się przez całą drogę wąskim kanionem z Bulunkul do Langaru, ale czego tutaj - w szerokiej dolinie - w ogóle nie traktowałam jako potencjalnego zagrożenia. Tymczasem widać, że landslide pokonał kilkaset metrów wypłaszczenia i dotarł aż do samej drogi… Trudno ocenić kiedy powstał. Jest na tyle wiekowy, że Pamirczycy zdążyli odgruzować jezdnię i poprowadzić przez osuwisko linię energetyczną, ale z drugiej strony na tyle "świeży", że nie zdążył jeszcze porosnąć zielskiem…


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image




***

Drugim z miejsc w przygranicznym Pamirze, w których bardzo chciałam się znaleźć, był bazar w granicznym miasteczku Ishkashim - bazar tadżycko-afgański, odbywający się co sobotę na wyspie na środku rzeki Pandż, na ziemi niczyjej… Niestety na kilka tygodni przed wyjazdem przeczytałam w internetach, że targ ze względów bezpieczeństwa został zamknięty. Nasi gospodarze w Yamchun potwierdzili, że nie odbywał się już od kilku miesięcy. W Ishkashim powitała nas intensywna kontrola wojskowa - jedna z bardziej uciążliwych - i widok zupełnie opustoszałego targowego hangaru na wyspie. Nie pozostało nam nic innego jak ruszyć w dalszą drogę. W tym miejscu rzeka, a wraz z nią tadżycko-afgańska granica, odbijały gwałtownie na północ. Jechaliśmy teraz wąskim kanionem, nad spienionymi i głębokimi wodami Pandżu, momentami mając wioski w Afganistanie niemal na wyciągnięcie ręki, widząc bawiące się afgańskie dzieci i kobiety rozwieszające pranie… Przed zmierzchem planowaliśmy dotrzeć do gorących źródeł w Garm Czaszma.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

No shit, Sherlock.
Image

Image

Afgańskie domki po drugiej stronie rzeki.
Image

Image

Image

Image
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 31 Gru 2017 19:33, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
Pabloo uważa post za pomocny.
 
 
#59 PostWysłany: 28 Gru 2017 01:07 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
DZIEŃ 20-22 / PAMIR HIGHWAY - ciąg dalszy


- Ten piasek to przecież prawie tak jak peeling... :? - nie pozostało nam nic innego, jak śmiać się do siebie i z siebie, kiedy okazało się na kąpiel w gorących źródłach, w małym lokalnym kurorciku Garam Czaszma, załapali się tylko chłopcy. Na dziewczyńską godzinę trzeba było sporo poczekać, wobec powyższego mnie i S. został tylko wartki lodowaty strumyk. Kolejny dzień z rzędu, YAY!


Image

Image



Dojechaliśmy wreszcie do Chorogu - miasta stanowiącego stolicę regionu i to - w przeciwieństwie do Murghabu - miasta z prawdziwego zdarzenia. S&G poszli po zaopatrzenie na lokalny targ, B. kupił na poczcie cudownie sowieckie pocztówki, a N. - jak to N. ...dał radę wymienić walutę w zamkniętym banku :shock: 8-)


Na załączonym obrazku: Przyjazna twarz prezydenta Rahimowa witająca przejezdnych w Chorogu. Jak widać nawet podpisu "kto to za jeden" nie potrzeba...

Image



Chcieliśmy jeszcze zjeść cos ciepłego, co nie bedzie LYOfoodem /czyli moim przypadku - będzie oczywiście płowem ;)/ i uciec na chwilę od lejącego się z nieba żaru. Kurz, brud, piach + pot i żar, to naprawdę nie jest najlepsze połączenie...

I właśnie w tym momencie zaczepiła nas - nas! wyglądających jakby nas jakiś zabłąkany radziecki czołg przejechał - lokalna telewizja z prośbą o udzielenie wywiadu :shock: 8-)

Na mówców wytypowano B. i mnie - B. bo zawsze jest miły, a mnie bo wprawdzie miła może nie jestem, ale jako jedyna znam nazwy wszystkich miejsc, w których dotychczas byliśmy ;)


Image


Ale imperatyw kategoryczny w B., który nakazuje mu "zawsze być dobrym" zrobił nam małego psiukusa i zawiesił się w newralgicznym momencie - gdy musiał dokonać wyboru między "dobrym w rozumieniu miłym", a "dobrym w rozumieniu szczerym" :shock: :? Nigdy nie zapomnę miny B. kiedy urocza pani prezenterka zapytała go... jak mu smakuje pamirska kuchnia? :lol:

- it's..... - 'i wtedy nastała taka niezręczna cisza...' a po niej z trudem wycedzone przez zęby: - ...gggoood.

I chociaż gościnność Pamirczyków wychwalaliśmy gorliwie i szczerze, to w tym momencie skończyło sie nasze 5 minut fejmu i wizja zawrotnej kariery w tadżyckich mediach, wizja wystawnych obiadków u Rahimova i naszych podobizn uśmiechających sie czule do mieszkańców Duszanbe z flagi powiewającej dumnie z najwyższego masztu na świecie /serio, maszt jest dumą Duszanbe/.

Mam nadzieję, że za ten moment krępującego milczenia sympatyczna dziennikarka nie straciła ciepłej posadki w reżimowej TV, bo że B. trafił na tadżycką listę persona non grata i że jego zdjęcie - i to na pewno to z Chorogu, na którym orgazmicznie liże znaczki :lol: - zawisło na każdym granicznym posterunku, a celnicy rzucają w nie z nudów obgryzionymi kosteczkami z beszbarmaku - to więcej niż pewne!


Image



***


W Chorogu ostatecznie pożegnaliśmy się z afgańską granicą. Odbiliśmy na główną asfaltową nitkę pamirskiej autostrady M41, którą będziemy teraz zataczać pętlę i przez dolinę rzeki Gunt wracać do Murghabu. Co rusz mijaliśmy zielone poletka, niewielkie osady, a czasem nawet jakiś przystanek autobusowy (ale autobusu - nigdy! ;))

Dolina Guntu jest o wiele węższa niż dolina rzeki Pandż. Strzeliste surowe szczyty wznoszą się tu niemalże zaraz za poboczem drogi. Rzeka natomiast nie rozlewa się leniwie po dolinie, a płynie wartko głębokim wąskim korytem, nad którym przerzucone są co jakiś czas drewniane, chybotliwe mostki, trzymające się brzegów dosłownie "na słowo honoru".



Image

Image

Image

Z wsparcia United Nations nic się nie zmarnuje...

Image

W Pamirze 12% to jest nic!

Image
/fot. B.M./

Image

Image

Image


Gdzieś tu zaraz obok, za tymi szczytami po naszej lewej stronie, wije się lodowiec Fedczenki - najdłuższy poza rejonami polarnymi lodowiec na świecie. 75-kilometrowa, gruba na 1000 metrów, potężna lodowa masa oraz jej 34 lodowcowe dopływy. Pamiętam te statystyczne dane jeszcze z lekcji geografii w podstawówce. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że kiedyś będę w Pamirze, że będę nawet rozważać dwudniową wycieczkę do samego jęzora lodowca, nie uwierzyłabym. Miałam 12 lat i zaczytywałam się wprawdzie książkami o przygodach Tomka Wilmowskiego, ale podróż w Pamir, na Dach Świata, wydawała się wówczas równie surrealistyczna, równie niemożliwa, co lot na Marsa...



***


Postanowiliśmy dzisiaj rozłożyć obóz nieco wcześniej, by móc w spokoju przygotować obiad i naciszyć się słońcem. Po kilku nieudanych i frustrujących próbach znalezienia odpowiedniego miejsca na obozowisko, trafiliśmy wreszcie na wprost idealną, zieloną polanę w zakolu rzeki Gunt. W naturalnej "lodóweczce" chłodziliśmy zdobyte w Chorogu alcoholic baverages, a na zaimprowizowanym palenisku G. przygotował makaron z sosem na tyle "włoskim" na ile tylko pozwoliły dostępne składniki i okoliczności ;) Wygrzewaliśmy się w ostatnich promieniach słońca, a nocą podziwialiśmy znów nieprzyzwoicie rozgwieżdżone niebo nad Pamirem.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Aj, jak mi brakuje takich widoków w moim dużym mieście...



******


Żadna kawa o poranku nie działa natomiast tak pobudzająco, jak kąpiel w lodowatych pamirskich rzekach. A dziś jeszcze niemal załapaliśmy się na dodatkowy, zupełnie nieplanowany prysznic... W nocy woda z Guntu wypełniła niewielkie zagłębienia terenu na naszej łące i podeszła niemalże pod sam nasz namiot - zatrzymała się dosłownie 20-30 centymetrów od tropiku.


Image


Wyruszliśmy w dalszą drogę w stronę Murghabu. Niebawem skończył się sielski, łagodny asfalt. Ponownie wjechaliśmy w nieprzystępne, groźne góry - wprost na nasz ulubiony rodzaj szutrowej nawierzchni, przekleństwo wszystkich rowerzystów - sławetną "tarkę". Przed nami kilka godzin nieustannej trzęsawki i bólu kręgosłupa. Byliśmy bardzo zmęczeni. Niektórzy z nas zaczęli już nawet snuć słodkie wizje na temat tych wszystkich pyszności, które zjedzą po powrocie do Polski ;)


Image

Image

Image

Image



Inni upatrzyli sobie znalezione przy drodze poroże owcy Marco Polo na idealną pamiątkę z wyjazdu i bezskutecznie kombinowali, jakby je tu przeszmuglować do Europy ;) Skończyło się na pamiątkowej sesji.


Image

Image

Image
/fot. B.M./

Image

Image



***


W Murghabie zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, by nakarmić nasz kirgiski wehikuł benzyną z wielkiej zardzewiałej cysterny, a samych siebie nakarmić tadżyckim plovem w jednej z bodajże dwóch maciupeńkich knajpeczek w miasteczku. Spacerowaliśmy pomiędzy niskimi zabudowaniami. Murghab wydawał się niemal zupełnie opustoszały, złowrogo bezludny i milczący. Znikąd gwaru, pomimo wakacji - na ulicach nie było niemal żadnych bawiących się dzieci.



Reklama dźwignią handlu!! :D

Image

Street workout - level: MURGHAB ;)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Mieszkaniec Murghabu z taczką pełną terskenu - krzewu stanowiącego główne źródło opału w rejonie Murghabu. Przez masowe zbiory terskenu góry pustunnieją i zanikają naturalne pastwiska...

Image

Image

Image


Żadne inne miejsce w całym Pamirze nie wywarło na mnie tak smętnego, przygnębiającego wrażenia. Ale nie ma się co dziwić. Codzienność mieszkańców Murghabu, to nieustanna walka o życie. Średnia miesięczna temperatura zimą oscyluje wokół -19 stopni Celsjusza, a w najcieplejszym miesiącu lipcu wynosi zaledwie 8 stopni! Gdzie okiem nie sięgnąć - wokół jedynie kamieniste, półpustynne góry. W Pamirze zimą nie ma czym grzać w domach, czym palić. Mężczyźni wyruszają coraz dalej i dalej na poszukiwanie terksenu - wolnorosnącej, zdrewniałej krzewinki, wykorzystywanej tu jako główne źródło opału. A wszędzie gdzie chińska granica prowadzi w pobliżu mieszkalnych zabudowań, drut kolczasty w niewyjaśnionych okolicznościach traci podparcie z drewnianych słupów. Cóż, Chińczycy nie przemyśleli tego, że drewno w Pamirze jest na wagę złota.



***

Fanatyków przesiadywania nad polityczną mapą świata, dla których "Fun with flags" Sheldona stanowiło ulubioną część "The Big Bang Theory", zastanowiła być może informacja o chińskiej granicy sąsiadującej niemalże z pamirskimi oasadami i przez wiele wiele kilometrów ciągnącej się wzdłuż pamirskiej drogi M41! Tymczasem wystarczy jedno spojrzenie na mapę tej części świata, by zauważyć, że w żadnym miejscu granica z Chinami nie wiedzie tak blisko Pamir Highway! Według Google Maps, od drogi dzieli ją przynajmniej kilkanaście kilometrów, a przeważnie - kilkadziesiąt. O co więc chodzi?

Truizm, chodzi o pieniądze. Według oficjalnych informacji, na mocy porozumienia zawartego w 2012 roku Tadżykistan "podarował" Chinom niemal 1000 km kw. badachszańskiej ziemi - 1% całego terytorium kraju! Natomiast według nieoficjalnych danych - w zamian za gigantyczne wsparcie ekonomiczne i militarne przyobiecane Duszanbe, Pekin otrzymał jeszcze więcej... Dlatego też wkrótce po wyjeździe z Murghabu znów powitał nas znajomy drut kolczasty i szpaler drewnianych słupów - zwany przeze mnie ironicznie Wielkim Chińskim Murem, tudzież pieszczotliwie - chińskim smokiem. Why? That's why...


Wielki Chiński Mur alias chiński smok... made in China ;)

Image

Image

No risk, no fun! ;)

Image

Image

Image

Jedną nogą w Chinach ;)

Image

Image



****


Kolejne kilometry "tarki". Kurz, pył, brud i przyjmowanie coraz bardziej absurdalnych pozycji w samochodzie, by chociaż przez moment było miło i wygodnie. G. wietrzy stopy, N. wietrzy zęby. Wszyscy marzą o gorącym prysznicu i wygodnym łóżku. Wróć! O gorącym prysznicu i... o kolejnym gorącym prysznicu ;) Pal sześć łóżko! Mimo wszystko - nie wiem, czy to za sprawą zmęczenia, czy też choroby wysokościowej - humory dopisują i wewnątrz naszej (już nie takiej) białej strzały panuje ogólna wesołość. Wreszcie pokonujemy te 4655 metrów - przełęcz Ak-Baital i zjeżdżamy niżej i niżej, aż na szeroką równinę, po której hula wiatr...


Image

Image

Koryto rzeki obok zarwanego mostu.

Image

Po traumatycznych chwilach w Wakhanie, B. nauczył się pilnować aparatu ;) (ale wciąż nie ogarnął, że lepiej go w ogóle nie stawiać na pace auta ;))


Image

I have so many questions... :? :?: :roll:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


***

Nagle nieco poniżej drogi zauważamy opuszczone kamienne domostwo, z osłoniętym ze wszystkich stron dziedzińcem oraz z przepastnym widokiem na rozlewisko rzeki Kyzyl-Dhiik. Epicka wprost miejscówka na nasz ostatni biwak w Tadżykistanie! Rozłożyliśmy szybko namioty na dziedzińcu gospodarstwa i podziwialiśmy teatr z światła, deszczu i chmur, rozgrywający się po przeciwległej stronie doliny. AAAaaach!!! Tego mi właśnie w Polsce brakowało, takich noclegów! - na dziko, pod namiotem, w najbardziej zjawiskowych okolicznościach przyrody...

Jeny, jak pięknie nas żegnał Tadżykistan...


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Nasza pożegnalna noc w Tadżykistanie.

Image

Image

Image

Image




***


Przed nami ostatnia "prosta" w stronę granicy. Świstaki machają nam łapkami na pożegnanie. Ale przed nami jeszcze tadżycko-kirgiske przejście graniczne, a w tym tadżycki posterunek... Im bliżej niego jesteśmy, tym mniej rozmowni się stajemy, tym bardziej napięta atmosfera wypełnia samochód.


Image



Wreszcie wjeżdżamy na teren tadżyckiego punktu kontrolnego. Celnik podchodzi do auta, N. otwiera okno... Na jego widok zaskoczony pogranicznik krzywi się nieznacznie - z niesmakiem i jakby lekkim przestrachem w oczach. Nawet nie chce przejrzeć naszych dokumentów! Macha żebyśmy już jechali. No szybciej, szybciej! Mijamy jeden szlaban, mijamy drugi... Po pograniczu kręci się o wielu więcej wojskowych niż ostatnio. Wygląda na to, że celnicy... mają kontrolę przełożonych! :twisted: I dzięki temu już po chwili jesteśmy na Przełęczy Kyzylart. A granica tadżycko-kirgiska staje się zarazem najwolniej jak i najszybciej przebytą przez nas granicą podczas całego wyjazdu. :!:

W Tadżykistanie żegnały nas rogi owcy Marco Polo - życzące kierowcom pomyślności z poziomu pobocza oraz przydrożny ołtarzyk z kamieni, pustych konserw, terskenu, opon i części samochodowych. W Kirgistanie witało nas natomiast stadko jaków. Hurray! Moje pierwsze. Także "zobaczyć jaka" - off the bucket list!


Image

Image

Image

Image



*****

Do Osz docieramy późnym popołudniem. Brudni i wyczerpani, ale zadowoleni.


DLA PRZYPOMNIENIA:

Przed wjazdem do Tadżykistanu zmotywowany, zaczytany G. wyglądał tak:

Image

A po powrocie tak:


Image

;)

Well, Pamir Highway... YOU WERE ONE HELL OF A RIDE!!
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 31 Gru 2017 19:34, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
tartal uważa post za pomocny.
 
 
#60 PostWysłany: 28 Gru 2017 20:22 

Rejestracja: 28 Gru 2017
Posty: 3
Cudne foty i zacna relacja :) Mega!
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 114 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group