Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 14 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 27 Kwi 2015 08:50 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
Troche niesmalo publikuje moja pierwsza relacje z porozy. Wiecej znajdziecie na moim blogu: http://www.aschaaa.com pod haslem TRAVEL.

Czas podróży: 8. - 30.sierpień 2014
Ilość osób: 2
Budżet: ok. 3500€ na dwie osoby
Sposób podróżowania: z plecakiem

Plan w pigułce: Wiedeń - Praga - Dubaj - Jakarta - Yogykarta - Bali - Flores - Lombok - Jakarta - Singapur - Jakarta - Dubaj - Praga - Wiedeń

Przed wylotem mamy kupione wszystkie loty + hotel na Bali + wpłacaną zaliczkę na statek z Flores do Lombok. Cala reszta będzie organizowana spontanicznie na miejscu.
Plan dzień po dniu:

08.08. piątek - Wiedeń - Praga - Dubaj
09.08. sobota - Dubaj - Jakarta - Yogyakarta + nocleg w Yogyakarcie
10.08. niedziela - Jawa - Borobudur i Prambanan + wykupienie 2dniowej wycieczki na wulkany
11.08. poniedziałek - Jawa, droga pod wulkan Bromo (wycieczka zorganizowana)
12.08. wtorek - Jawa, w nocy wspinaczka na Bromo + dojazd pod wulkan Ijen (wycieczka zorganizowana)
13.08. środa - Jawa, w nocy wspinaczka na Ijen + droga na Bali + zakwaterowanie w hotelu
14.08. czwartek - Bali
15.08. piątek - Bali
16.08. sobota - Bali
17.08. niedziela - Bali
18.08. poniedziałek - Bali
19.08. wtorek - Bali
20.08. środa - Bali
21.08. czwartek - Bali + lot na Flores do Labuan Bajo
22.08. piątek - prom po wyspach + Komodo / Rinca
23.08. sobota - prom
24.08. niedziela - Lombok
25.08. poniedziałek - Lombok - Jakarta - Singapur
26.08. wtorek - Singapur
27.08. środa - Singapur
28.08. czwartek - Singapur
29.08. piątek - Singapur - Jakarta - Dubaj
30.08. sobota - Dubaj - Praga - Wiedeń



-- 27 Kwi 2015 08:56 --

Po wielu godzinach w podroży, trzech lotach i kilku godzinnej zmianie czasu w sobotę popołudniu wylądowaliśmy w Yogyakarcie. Yogyakarta to spora miejscowość na wyspie Jawa, we wschodniej Indonezji, która rokrocznie przyciąga rzeszę turystów, zadnych poznania tamtejszej kultury. Yogyakarta jest genialnym punktem wypadowym do dwóch najsławniejszych świątyń w Indonezji – Borobodur i Prambanan. Ale po kolei...

Wychodzimy z lotniska.. ciepłe powietrze i bucha nam w twarz. Wilgotność ponad 90%, oddycha się ciężko, ale co tam, przecież jestem w Azji, hellołłł? Nie ma tu ani Bemo (ich rodzaj rikszy), a autobusy już nie jeżdżą. Nasza jedyna możliwość żeby dostać się do centrum to taksówka. Nie chcą się targować, a my mamy za mało kasy w portfelu (kupując wizę w Jakarcie i płacąc Euro dostaliśmy resztę w IDR – indonezyjskich rupiach). Money Changer, czyli powszechnie znane kantory już pozamykane. Taksówkarz lituje się nad nami i zawozi do centrum. Pomaga znaleźć hotel, ale z miernym skutkiem - wszędzie komplet, brak wolnych pokoi. W końcu decydujemy się szukać na własną rękę, na piechotę - z ciężkim plecakiem na plecach. Udaję się! Jest czysto, z kranu leci zimna woda, czyli standard w Indonezji. Pan chce aż 300.000IDR (19€). Drogo jak na ich warunki, ale jesteśmy wykończeni po podróży. Zostawiamy plecki i idziemy na miasto. Chcemy wymienić pieniądze. Pech... kantorów masa, ale wszystkie zamknięte. Rok temu będąc na Sri Lance regularnie wyciągalismy pieniądze z bankomatów. Tym razem tyle się naczytałam o połykaniu kart bankomatowych, więc zdecydowaliśmy się na gotówkę i karty kredytowe. Zaraz z samego rana chcemy startować z wycieczką na dwie świątynie, żeby niepotrzebnie nie tracić czasu, a tu nie ma jak zarezerwować, bo nie ma kasy.... w międzyczasie sobie myślę: " ej przecież można kasę wyciągnąć z karty kredytowej" nigdy tego nie robimy, ale lepsze to, niż stracić jeden dzień podróży! Ok, przecież pamiętam pin... yyyy chyba jednak nie pamiętam, bo transakcję odrzuciło trzy razy. Nie mam co się pytać Pety (moj maz) czy pamięta swój pin, bo to takie "niepotrzebne rzeczy, przecież nigdy nie wyciągamy pieniędzy z visy". Ok... człapiemy miastem dalej i natrafiamy na małą uliczkę. Macha do nas facet... wyciąga nas w rozmowę. Proponuje uczciwą cenę za taksówkę i przewodnika na cały dzień, a także pokój u siebie w hotelu. Co najważniejsze - nie chce od razu pieniędzy! Uf wycieczka uratowana! Z samego rana bierzemy plecaki, wymieniamy pieniądze w money changer i biegniemy do niego. Wczoraj zorientowaliśmy się już co do cen trekkingu na wulkan Bromo i Ijen i decydujemy się wykupić zorganizowaną trzydniową wycieczkę z dowozem na Bali. Gotowi wsiadamy do taksówki i jedziemy do Borobudur i Prambanan.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image



-- 27 Kwi 2015 09:47 --

Wczoraj oglądaliśmy dwie świątynię. Dzis jest poniedziałek – nowy tydzień, nowe przygody. Dzień wcześniej wykupiliśmy w miejscowym biurze podróży zorganizowana wycieczkę na dwa wulkany z transferem na Bali. Podczas przygotowywania się do urlopu szukałam wiadomości w necie, czy organizacja takiej wycieczki samemu nie byłaby tańsza i wyszło prawie na to samo. A tu mamy zapewnione dwie nocki w hotelu, cały transport przez następne trzy dni i przewodników. Wiec full wypas. Powiem Wam, ze cala wycieczka kosztowała śmieszną kasę, bo nie cale 50 Euro za osobę. Wyjechaliśmy z samego rana 12 osobowym busikiem – 5polakow, my z Peta i czwórka Holendrów. Czekał nas cały dzień w drodze. Dopiero wieczorem byliśmy pod hotelem. Szybki prysznic (juhu jest ciepła woda!!) i do spania, bo wyruszamy o 3 nad ranem. Byliśmy w górach i czuć było zmianę temperatury powietrza. Koc to za mało do przykrycia. Spalam w rajstopach i polarze. Wiedzieliśmy, że w nocy temperatura może spadać nawet do 0 stopni Celsjusza. Mimo że przytulaliśmy się z Peta do siebie – żeby było nam trochę cieplej, nie potrafiłam porządnie zasnąć. O 3 dzwoni budzik. Szybko zakładamy wszelkie warstwy ubrań, jakie tylko mamy w plecaku. Specjalnie na ta wycieczkę wzięliśmy rajstopy i kalesony. Ludzie noszą czapki i rękawiczki. Mnie wystarczy chusta przewiązana przez głowę, bo w uszy zimno. OK, docieramy na parking. Ludzi jak mrówek. Z Peta ciśniemy szybko na sama gore – punkt widokowy, z którego można oglądać wyłaniający się z mgły i ciemności wulkan Bromo. Tego, co tam widzieliśmy nawet nie będę próbowała opisać. Niesamowita gra świateł! Cos, co trzeba zobaczyć na własne oczy! Jak tylko słońce wzeszło, wracamy szybko do Jeepów i w totalnej mgle jedziemy dalej. W sumie nikt nie wie gdzie teraz. Przecież foty już zrobiłam, nie? To co jeszcze? Ano, teraz pod wulkan. Powietrze jest geste jak mleko. Kierowca bladzi. Wysiadamy po krótkiej chwili i pytamy się co teraz, on do nas „Bromo, there”. Idziemy z Peta przed siebie, trzymając się za ręce, bo ciężko zobaczyć człowieka idącego dwa kroki przed Tobą. Po kilku minutach wylania się przed nami wulkan w całej swej okazałości!

Straszne zamieszanie, jedni ludzie wchodzą na gore, inni schodzą, jeszcze inni wjeżdżają na osiołkach. Pod wulkanem poustawiane są budy i wózki z jedzeniem. Silimy się ciepłą zupa i w drogę po stromych schodach. Smród siarki staje się coraz bardziej natrętny. Po chwili szal naciągnięty na buzie przestaje wystarczać. Sięgam do plecaka po maski – dobry turysta to przygotowany turysta! Wreszcie jesteśmy na kraterze. Widok zapiera dech w piersi. Słońce przepięknie oświetla cale podnóże wulkanu. Do tego mgła unosząca się w powietrzu. Całość wygląda magicznie. Odwracam się w druga stronę i widzę krater. Od przepaści jestem oddzielona tylko linami. Za tymi linami stoi masa tubylców, którzy stoją z wyciągniętymi rekami, jakby na coś czekali. Dopiero po chwili orientujemy się, ze czekają na dary i podarunki wrzucane przez tamtejszych do krateru. O co wiec chodzi, że narażają tak swoje życie? Przecież to jeden nieuważny krok w tył i lecą! Tamtego dnia było w Indonezji święto, dlatego ludzie znosili dary i wrzucali je do krateru wulkanu. Dla tych bardzo biednych była to okazja, żeby „złapać” kurczaka, owieczkę, bądź jakieś warzywa. Brzmi strasznie, wiem, ale my Europejczycy czasami nie możemy sobie wyobrazić biedy, jaka panuje w tamtych rejonach. Nie możemy długo cieszyć się widokami, bo smród siarki strasznie dusi, a czas goni. Jesteśmy umówieni na określoną godzinę z grupa Holendrów i naszym kierowca.


Po zejściu na dol zdajemy sobie sprawę, ze tak naprawdę jeden wulkan już „zaliczyliśmy”. Szybkie śniadanie, prysznic, ściągamy cieple ciuchy, bo słonko przygrzewa. Ciągle nas ktoś pogania i w szybkim tempie wsiadamy do busów i kierujemy na się wschód Jawy, żeby kolejnej nocy wejść na drugi już wulkan.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image


Ostatnio edytowany przez agata.szerlag 25 Maj 2015 21:06, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 27 Kwi 2015 10:00 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
Dzis zabieram Was na kolejny wulkan. Po śniadaniu wsiadamy w busiki i nasza sympatyczną ekipą jedziemy dalej. Dojeżdżamy do wioski o nazwie, której niestety nie pamiętam. Jest już ciemno. Zakwaterowanie do pokoi następuje dość szybko. Ciepła herbata, spacer po okolicy i szybko do spania. Pobudka dziś o 1 w nocy. Spania jest jeszcze mniej niż w poprzednią noc. Każdy z nas dostaje po paczce, która niby ma być całym naszym śniadaniem – marmolada, dwie kromki chleba tostowego i jajko na twardo. Jesteśmy z Petą zabezpieczeni — mamy orzechy i ciastka na drogę. Wsiadamy do busów i podjeżdżamy pod górę dość spory kawałek. Zmęczenie daje o sobie znać, ale staramy się nie zasnąć. Na parkingu ubieramy lampki czołówki i w górę! Wiedziałam, że to będzie ciężka wędrówka, ale że będzie aż tak ciężko i wyczerpująco nie miałam pojęcia! Musimy się spieszyć, żeby dojść do krateru wulkanu jeszcze zanim zacznie się rozjaśniać, ponieważ największą atrakcja jest niebieski ogień. Wszystko za sprawą siarki i procesów chemicznych, jakie zachodzą w tym miejscu. Droga ciągnie cały czas pod górkę. Nie mam żadnej możliwości, żeby podczas wchodzenia trochę odpocząć. W połowie drogi staję na chwilę. Muszę złapać powietrze. Mój Peta jest i tak zdumiony tym, że jeszcze nie leżę i nie zdycham, bo moja kondycja pozostawia wiele do życzenia. Do krateru dochodzimy jeszcze jak jest całkowicie ciemno. Zdjęcie poniżej jest nie najlepszej jakości, ale bynajmniej obrazuje drogę, jaka czeka nas do niebieskiego ognia. I to nie byle jaka drogę. Czeka nas strome zejście w dół, po ogromnych kamieniach, bez widocznej, jednoznacznej ścieżki. Jest na tyle niebezpiecznie, ze Peta każe mi iść za sobą i trzymać się jego plecaka. Drugą ręką trzymam aparat i powoli kawałek po kawałeczku idziemy w dół. To, co widzimy już po zejściu wygląda jak film science faction. Żółte pokrywy siarki, niebieski ogień, chmura dymu, która co chwile nabiera to nowych kolorów – przez biały aż do fioletowego. Az wreszcie widzimy mężczyzn, którzy na swoich barkach noszą ogromne kosze z kawałkami siarki. To bardzo ciężką i niebezpieczna praca. Rzadko, który, dożywa 40tego roku życia. Opary siarki są dla człowieka niebywale groźne, a oni wdychają ja całymi dniami. Siarka strasznie łaskocze nas w gardła. Nie dajemy jednak za wygrana i podchodzimy coraz bliżej do złogów, żeby zrobić zdjęcie. Kilka razy przyszło nam uciekać, bo dym był tak drażniący, ze człowiek zaczyna się dusić.

Około 5:30-6:00 wstaje słońce, niebieski ogień staje się mniej widoczny a naszym oczom ukazuje się coraz to piękniejszy turkus wulkanicznego jeziora. Jezioro to jest najbardziej zakwaszonym zbiornikiem wodnym na świecie. To jedyne miejsce na Ziemi, gdzie zamiast wody w jeziorze, znajduje się czysty kwas siarkowy.

Chciałam chwile wrócić jeszcze do pracy górników w Ijen. Każdy z nich pokonuje codziennie drogę, po której my już prawie umieraliśmy i to z koszem wypełnionym po brzegi siarka, ważącym nawet do 90kg! Górnik zapełnia sobie kosz siarka (metalowym dłutem dłubie w skale tak długo, aż ulamie wystarczającą ilość kawałków) i po skalach wspina się w górę, by później trzy kilometry zejść do wioski i z powrotem pod krater napełnić kosze. I tak nawet 3 razy dziennie! Często w podartych ubrania i klapkach nogach, z papierosem w ustach, ale mimo ogromnego wysiłku są uśmiechnięci i chętni zapozować do zdjęcia. Bycie górnikiem do ogromny powód do dumy dla całej rodziny. Górnicy zarabiają nawet do 3 razy więcej niż przeciętny Indonezyjczyk. Tu każdy kilogram jest na wagę złota. Mniej więcej w połowie drogi jest punkt ważenia, a zapłata górnika jest miarowa do tego, co niósł. Każdy kilogram kosztuje 800rupi co odpowiada 22 groszom! Jeśli kosz wazy średnio 80kg górnik zarabia za jeden kurs 17,60zloty! Za żadne pieniądze nie chciałabym tej drogi przejść jeszcze raz, a co dopiero z koszem ważącym 80kg! Przeraża mnie fakt, że są miejsca na świecie, gdzie człowiek musi tak ciężko pracować, żeby zapewnić swojej rodzinie dach nad głową i ciepły posiłek.

Wejście na krater i zejście w dół było męczące, ale przecież to dopiero polowa drogi! Teraz trzeba jeszcze wrócić. Do śmiechu mi nie było jak się wspinałam po kamieniach, w niektórych miejscach idąc prawie na czworakach. Prawie prosto spod parkingu i podnóża wulkanu ruszamy w drogę na Bali. Koniec przygód na Jawie. Teraz czeka nas relaks i tylko relaks... taki był plan, jak wyszło?
O tym następnym razem ;)


Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image


Ostatnio edytowany przez agata.szerlag 25 Maj 2015 21:10, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 27 Kwi 2015 10:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 868
Loty: 160
Kilometry: 273 881
srebrny
No w końcu zapowiada się jakaś porządna relacja z Indonezji :) Bardzo fajnie się czyta, do tego super zdjęcia, a blog jeszcze lepszy :) Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo za miesiąc odbędziemy podobną trasę :)
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz / Wyspy Owcze
i: https://www.instagram.com/ola.javv/
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 27 Kwi 2015 10:53 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
olajaw dziekuje bardzo! bede co chwile cos dodawac, bo w piatek lecimy znowu tym razem Peru, Boliwa i Chile i chcialabym wiekszosc relacji wrzucic jeszcze przed wylotem!

w razie pytan sluze pomoca :) od piatku najszybciej bede odpowiadac na maile -> agata.szerlag@gmail.com

-- 27 Kwi 2015 11:06 --

Małymi busikami zostaliśmy zawiezieni na Bali. I tak jak do promu jechało się bardzo luksusowo bym powiedziała na indonezyjskie warunki, tak prom i to, co działo się później było mniej śmieszne. Popychani jak bydło na rzez musieliśmy szybko wchodzić na prom. W tym miejscu warto wspomnieć, ze Indonezyjczycy strasznie dużo palą. Palą ciągle i wszędzie, jeden za drugim! No i na tym promie kurzyli jak lokomotywy – przecież nie będą przerywać sobie na te kilkadziesiąt minut. Nie, ze ja jakaś wrażliwa dama jestem, przecież w lokalach tez się pali, na przystankach tramwajowych, ale to dziadostwo śmierdziało tak szkaradnie, ze można bylo się udusić. Po przybyciu na brzeg szybko zbieraliśmy nasze bagaże i do kolejnych busików. To już była ostatnia rzecz w cenie naszego pakietu kupionego jeszcze w Yogykarcie. I ten busik to dopiero komedia. Wyobraźcie sobie 5 Polaków, nasza dwójkę, Brazylijczyka, 4 Chińczyków, 3 Francuzów, 3 osoby nieznanej mi narodowości, kierowca, kontroler biletów i dwóch Indonezyjczyków siedzących na schodach. Słuchajcie to był taki maleńki busik, no taki maksymalnie na 8 osób bez kierowy w naszych europejskich warunkach. Oni wcisnęli tam 22 osoby! Szaleństwo! Przyszło mi w udziale miejsce w „ławce” przewidzianej dla dwóch osób albo dla dzieci, bo nogi się nie dało tam włożyć.... Chińczyków posadzili na deskach między siedzeniami po prawej i lewej, ze ten chłop się nie burzył to aż się dziwie. Do mnie kontroler podbił kilka razy, ze mam się przesunąć, byłam nieugięta i powiedziałam ze nie... tu nie dało się nogi wsadzić a co dopiero siedzieć tak przez 5 godzin! Po 2 godzinach nie czuliśmy tyłków, a kolega kierowca nawet na siku nie chciał się zatrzymać! W końcu zaczęliśmy go trochę bajerować i zrobił aż JEDNA przerwę, szaleństwo słuchajcie! Po 5 godzinach wywalili nas wszystkich w Denpansar – stolicy Bali. Ale my stamtąd musimy jeszcze do Ubud – bo tam zamierzamy zabawić najbliższych kilka dni. Z grupą Francuzów zrzuciliśmy się na „taksówkę” i jedziemy. Hotel okazał się malutki, trochę na obrzeżach Ubud, z czego się bardzo cieszyliśmy. Byliśmy jednymi z trzech gości, bo hotelik miał tylko 3 pokoje do wynajęcia! Niesamowicie miły właściciel, ładnie urządzone i czyste pokoje, pyszny omlet i świeżo wyciskany sok z owoców na śniadanie. Bajka! Tak bardzo nam się spodobało, ze od razu przedłużyliśmy nasz pobyt z 5 do 8 nocy, rezygnując z zobaczenia wyspy Nusa Lembongan, gdzie hoduje się algi. Nie żałujemy!

Pierwszy dzień po przyjeździe zrobiliśmy sobie taki bardzo spokojny. W planie był masaż, las małp, jakiś pyszny obiadek i dojście do siebie po „trudach” ostatnich dni. Sok ananasowy i ciasto bananowe na tarasie z widokiem na pola ryżowe skutecznie pomogły nam się odstresować!

Ale tak pisze, a obiecałam Wam te małpy. No wiec małpi gaj znajduje się w Ubud i jest absolutnym „must see”, jeśli tam jesteś na wakacjach! Strasznie byłam podekscytowana tym ze małpy będą na mnie wskakiwać, żeby moc zeżreć banana :D Takie wiecie – dziecięce marzenia :D Przy samym wejściu kupiliśmy kiść bananów, które Peta szybko musiał schować, a Pani sprzedawczyni kijem odganiały małpy. One są sprytne stwory! Banany to czuja już z daleka! Zdjęciom, zachwytom i piskom szczęścia (te akurat tylko z mojej strony) nie było końca! Moje 5 bananów szparowalam, żeby mieć fajna fotę – tylko wiecie fotę na aparacie i telefonie. Wiec potrzebuje dwóch owoców. Dwa banany straciłam, bo się wystraszyłam i mi wredota wyrwała go z reki. Trzeci banan poszedł jak usiadłam na ławce i małpiszona wskoczyła na mnie. Zdjęcia byłyby piękne, ale w tym momencie słońce wyszło za chmury, Peta nie przestawił kołeczek w aparacie i jestem prześwietlona. Super zostały mi dwa banany... Chodziliśmy tak sobie dalej, aż weszliśmy do bardziej zalesionego miejsca w gaju. Co kilkadziesiąt metrów stal „stróż” – pracownik pilnujący wrednych istot. Zrobiłam z siebie głupka, no wiecie „Bardzo chciałabym zdjęcie z małpą, ale one zjadły już moje banany... i co teraz”. Facet dał mi miętówkę (tak, cukierka), kazał wyciągnąć rękę do góry i czekać aż małpy się zjawia. Delikatnie wyciągnęłam łapkę do góry i w tym momencie wskoczyły na mnie aż trzy! Kolejne proby np. Z ciasteczkiem były lepsze a małpy okazał się na tyle „przyjacielskie” ze siedziały albo u mnie, albo u Pety pięknie pozując do zdjęć :D

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image


Ostatnio edytowany przez agata.szerlag 25 Maj 2015 21:16, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 27 Kwi 2015 13:02 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
Nasz drugi (a w zasadzie trzeci) dzień na Bali rozpoczęliśmy od wypożyczenia skuterka. Od teraz to będzie nasz główny pojazd do poruszania się po wyspie. Koszt wypożyczenia tego cuda to 50.000IDR czyli jakieś niecałe 15zloty. Śmieszne pieniądze prawda? Tankowaliśmy codziennie za niecałe 5zloty (16.000 - 18.000IDR). Motorek jest dobrą opcją, żeby zwiedzić Bali. Dlaczego? Bo tam większość porusza się tymi pojazdami. Wszędzie zaparkujesz. Koszta są dużo niższe, niż przy wypożyczeniu samochodu. Inaczej przeżywasz swój urlop — emocje, które Ci towarzysza podczas jazdy, kiedy po zmroku stoisz na światach w towarzystwie co najmniej 40 takich jak Ty, nie wiesz, w którą stronę masz jechać, bo bateria w obu telefonach padła, a ty musisz dostać się do hotelu i nieśmiało po angielsku zagadujesz kolegę obok, którędy do Ubud — niezapomniane! Owszem są też minusy — po pokonaniu 200km nie czujesz swojego tyłka, od kasku możesz dostać swędzącej wysypki, tak jak ja i musisz uwzględnić sporo czasu na zwiedzanie. Bo jeśli jesteś na Bali mniej niż 5 dni nie masz szans, żeby zobaczyć to, co my widzieliśmy na skuterze. Wtedy pomyśl o aucie albo o kierowcy. Jednak takie wydatki nie są na naszą kieszeń i nie żałuje ani trochę naszej decyzji :D

Jak widać na załączonej mapce nasz pierwszy dzień na skuterze nie powala ilością kilometrów i odległością od naszego miejsca zamieszkania. Nie wiedzieliśmy jak będzie nam się jeździć we dwójkę, tym bardziej ze ja ostatni raz na skuterze siedziałam kilka lat temu w Marsylii i Barcelonie, podczas naszej objazdówki po Europie (oczywiście jako pasażer — nie mam prawo jazdy :D).

Wycieczkę zaczęliśmy od świątyni Pura Tirta Empul, znana jako Świątynia Świętej Wody. Jest położona blisko Ubud i należy do jednej z ciekawszych świątyń balijskich. Została zbudowana w X wieku wokół gorącego źródła, które do dzisiaj bulgoce na dziedzińcu świątyni. Balijczycy przychodzą do świątyni, by odbyć rytualną kąpiel. Nie brakuje tez turystów, którzy z zaciekawieniem przypatrują się ludziom, którzy kąpią się pod każdym z 12 źródeł wody. Wejście do świątyni jest płatne - 30.000IDR - 8,50zl.

Pod świątynią nie brakuje lokalnych sprzedawców próbujących zachęcić do kupna ich wyrobów. Kobiety noszą ogromne misy z jedzeniem na głowach a dzieciaki sprzedają pocztówki. Przed wejściem do każdej świątyni trzeba uważać na to, czy ma się zakryte nogi. Jeśli nie, musisz wypożyczyć chustę (tak naprawdę ktoś wciska Ci ja do ręki), żeby moc się nią obwiązać w pasie. Ja takiej nie potrzebowałam, bo na urlopie nosze długie do kostek przewiewne alladynki.

Spod Pura Tirta Empul pojechaliśmy do Pura Gunung Kawi. Jest to kompleks świątynny, wykuty w skałach. Do świątyni prowadzi kilkaset kamiennych schodków. Cała dolina jest otoczona pięknymi tarasami ryżowymi. (wejście płatne - 30.000IDR - 8,50zl).

Na tarasach ryżowych mieliśmy śmieszną sytuację. Schodząc schodami w dół mijamy budy z pamiątkami. Bardzo spodobały mi się typowe dla wyspy kapelusze, w których ludzie zbierają ryż. Miałam ochotę nawet kupić sobie taki na pamiątkę. Ubrałam i mierze i myślę. Peta strzelił mi przy okazji kilka fotek — niestety moja facjata nie nadaje się do pokazania światu :P Słyszymy rozmowę polskiego małżeństwa: "chodź weź se też pożyczymy taką czapkę, też chce mieć taką fajną fotkę". Jako, że prywatnie mówimy z Petą zawsze po polsku (chyba że ja opowiadam o mojej pracy, ale to inna para butów) od razu wyszło że my też z PL. Wdajemy się w krótka rozmowę, po czym przez 10 minut stoję przy Panu Polaku, który pokazuje mi zdjęcia z „private session” z tancerzami z Ubud, która została wykonana „tylko dla nich". „Dwie godziny przygotowań i aż 85 funtów (!) mniej w portfelu". Peta zgrabnie czmychnął, a ja stałam jak kołek i nie wiedziałam, czy mam mu powiedzieć „ojj jak drogo”, czy „wow ale fajne przeżycie". Wrr nie lubię takich sytuacji, dlatego zawsze uśmiecham się pięknie jak tylko mogę i liczę na szybką możliwość ulotnienia się :D


Wracając już do domu, zatrzymujemy się w Goa Gajah (wejście płatne - 30.000IDR - 8,50zl). Świątynia została dopisana do listy zabytków UNESCO w 1995 roku. Na nas nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia.

Wieczór spędziliśmy na masażach, które na Bali są tanie jak barszcz. Specjalnie zatrzymałam sobie cennik jednego z miejsc masażu, żeby nie być teraz gołosłowna. I tak na przykład:

- tradycyjny balijski masaż - 60.000IDR za godzinę (17zl)
- aromatyczny masaż całego ciała - 75.000IDR za godzinę (21zl)
- masaż gorącymi kamieniami - 100.000IDR za godzinę (28zl) - nic szczególnego, nie polecam.
- masaż dłoni - 30.000 za 30 minut (8,50zl)
- masaż stop - 30.000 za 30 minut (8,50zl).

Możesz sobie wymasować tylko kark i głowę, zrobić manicure i pedicure. Powiem Wam, że te małe azjatyckie kobietki mają dłonie ze stali. Przed rozpoczęciem masażu zostaliśmy zapytani, czy chcemy „strong". Peta powiedział, że tak, ja że nie. Dobrze, że przez mój urlop nie rozbierałam się zbyt często do stroju, bo całe uda miałam posiniaczone. W ostatni dzień poszłam sobie na masaż do innej babeczki i ona powiedziała, że siniaki nie są oznaka dobrego masażu. No cóż... teraz już wiem :D

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image







Ostatnio edytowany przez agata.szerlag 25 Maj 2015 21:23, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 29 Kwi 2015 21:44 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
Dziś zabieram Was do największej i najsławniejszej balijskiej świątyni - Pura Tanah Lot — to jej zdjęcie widzicie jako tytułowe w tym poście. Zależało mi na zobaczeniu jej w dzień i przy zachodzie słońca, wiec musieliśmy sobie czas zorganizować aż do wieczora.
Postanowiliśmy po drodze wstąpić do innej swiatyni — mianowicie do Pura Taman Ayan. Według naszego przewodnika, a korzystaliśmy z książki pewnego Niemca - Steafana Loose, jest to druga największą świątynia na wyspie. Charakterystycznymi elementami są tzw. Meru drewniane wieżyczki z nieparzystą liczbą dachów pokrytych wysuszoną trawą ryżową, zawsze z 3, 5, 7, 9, albo 11 dachami informującymi, jakiej wagi i dla którego bóstwa jest poświęcone. Meru to nieodłączny element w tego rodzaju świątyniach.
Bilet wstępu do świątyni do koszt 10.000IDR czyli jakieś 3 złote.

Zanim docieramy do świątyni musimy przedrzeć się przez masę straganów i budek, z których machają nam ludzie chcący sprzedać swoje wyroby. Na nas kapelusze i inne dziwactwa nie robią wrażenia. Zatrzymuję się jednak przy dużym straganie, gdzie młoda dziewczyna sprzedaje obrazy — wszystkie ręcznie malowane na płótnie, obite w drewniane deski, składające się w ramkę. Autorem wszystkich obrazów jest jej wujek. Długo dyskutujemy i wreszcie udaje nam się zejść z ceny i ostatecznie płacimy za obraz 400.000IDR, czyli jakieś 28€. Zadowolona zaczynam w głowie planować nowy wystrój sypialni, bo tam ma zawisnąć nasz nowy obraz. Obraz nigdy w naszym mieszkaniu nie zawisł i nie zawiśnie i cala historia skończyła się dość przykro, ale o tym kiedy indziej.

Po południu docieramy już pod główny cel naszej dzisiejszej wyprawy. Po zaparkowaniu i uiszczeniu opłaty w wysokości 31.000IDR na osobę (ok. 9zl.), ruszamy na podbój świątyni. Mamy sporo czasu do zachodu słońca, wiec nie ma potrzeby, żeby się spieszyć. Pura Tanah Lot to najchętniej fotografowany obiekt na Bali. Została zbudowana na skale „wyrastającej” z morza kilka metrów od brzegu. W lokalnym języku balijskim nazwa Pura Tanah Lot oznacza "ziemię pośrodku morza". Rzeczywiście podczas przypływu świątynia jest całkowicie oddzielona od brzegu, jednak w czasie odpływu można do niej podejść na piechotę.

Wiecie co to za słodki zwierzak? Na pierwszy rzut oka myślałam, ze to tchórzofretka. Przepraszam wszystkich właścicieli tych fajnych zwierzaków, jednak to było moje pierwsze skojarzenie. Tak na prawdę to cyweta znana potocznie jako luwak (dokładnie łaskuna muzanga), ssak z rodziny łaszowatych, jest dalekim kuzynem nasze łasicy. Jego głównym pożywieniem są ziarna kawy. Luwak wybiera te najlepsze i najdojrzalsze. Miąższ owoców zostaje strawiony, ale samo nasiono nie, lecz po nadtrawieniu przez enzymy trawienne i lekkim sfermentowaniu przez bakterie przechodzi przez przewód pokarmowy i jest wydalany. Po przejściu przez przewód pokarmowy ziarna kawy tracą gorzki smak i kawa z nich wytwarzana zyskuje nowy, niepowtarzalny aromat. Po oczyszczeniu i wypaleniu, kawę przetwarza się w typowy sposób. (źródło http://www.kopi-luwak.pl/).
Kopi Luwak, czyli pełna nazwa kawy jest najdroższą kawą na świecie, jej roczna produkcja wynosi około 500 kg. Za małą filiżankę, którą widzicie poniżej na zdjęciu zapłaciliśmy 25.000IDR, czyli jakieś 7zl. Zgodzę się, że cappuccino na stacji benzynowej może być droższe, ale nie możemy zapomnieć, że kawę piliśmy na drugim końcu świata, gdzie wszystko z reguły jest tańsze. Sprawdziłam ceny Kopi Luwak na polskich stronach -> 100g czystej kawy to koszt 440,00zl.

Doczekaliśmy się Pura Tanah Lot przy zachodzie słońca. Zawczasu usiedliśmy w restauracji z widokiem na świątynię. Powiem Wam szczerze, że opłacało się czekać. Widoki zapierały dech w piersi. A jak Wam się podoba?

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image


Ostatnio edytowany przez agata.szerlag 25 Maj 2015 21:28, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 23 Maj 2015 19:02 

Rejestracja: 30 Sty 2013
Posty: 0
Loty: 67
Kilometry: 148 505
piekna i interesujaca relacja. Po niej nie bede wciaz odkladac na pozniej wyjazdu w tym kierunku, a juz 3ci roz zwlekam.
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 25 Maj 2015 20:20 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
Wracamy do relacji z Indonezji. Wlasnie wrocilam z wakacji w Ameryce Pld stad ta mala przerwa :)

My dalej na Bali i celem naszej dzisiejszej wycieczki jest pałac Klungkung, znany starszym mieszkańcom jako Semarapura. Po przyjeździe zastaliśmy tak naprawdę tylko resztki pałacu, który kiedyś pełnił funkcje sądu... Na dodatek właśnie trwały prace renowacyjne na dachu budynku. W każdym razie zaopatrzyliśmy się w bilety i weszliśmy na teren dookoła pozostałego pawilonu. Nie powiem, żebyśmy zostali powaleni na kolana. Ze wszystkich świątyń, które widzieliśmy na Bali, ta była najmniej ciekawa. Pokręciliśmy się po okolicy, wsiedliśmy na skuterek i pojechaliśmy dalej.

Chcieliśmy jechać bardziej na północ, jednak pogoda pokrzyżowała nam plany. Kolejna świątynia była w wyższych rejonach wyspy. Skuterkiem pnęliśmy się w gore, kiedy zaczął padać deszcz, wiatr wiał nam prosto w twarz — kiepsko... W końcu zaczęło tak lać, że musieliśmy się wrócić. Ale jeszcze tam dojedziemy — za dwa dni :) Stwierdziliśmy, że zrobimy sobie taki luzacki dzień. Wrócimy do Ubud, pójdziemy na masaż, zjemy cos dobrego :) Tak szybko nie dojechaliśmy z powrotem do domu... po drodze zaliczyliśmy kilka atrakcji :)

Nie ma miejsca na świecie, które miałoby większą ilość świąt w roku. Na Bali praktycznie każdego dnia jest cos świętowane. Jadąc drogą, natrafiliśmy na taką oto ceremonię. Dwa kozły wypchane darami, jedzeniem i pieniędzmi, które zostały przygotowane tylko po to, by zostać... spalone.
Kolejny dzień zapowiada się dużo ciekawiej niż dzisiejszy. W planach kolejna świątynia, tarasy ryżowe, tak sławne na całym świecie i pokaz balijskiego tańca! Do następnego!

ImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImageImage
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 26 Maj 2015 20:14 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
Dzisiejszy dzień do nudnych nie należy. Było intensywnie wiec przygotujcie się na ogromna ilość zdjęć. Wyjeżdżamy z Ubud z samego rana, przed nami dość spory kawałek do pokonania. Dzisiaj i kolejne dwa dni damy sobie trochę w kość, bo poprzednie leniuchowaliśmy i trzymaliśmy się raczej naszych okolic. Musimy się spieszyć, bo wieczorem chcemy zobaczyć sławny na całym Bali — pokaz tańca balijskiego - kecak. Jedziemy w góry i to wczoraj pogoda nas trochę spławiła. Dzis lepiej przygotowani w długich spodniach i kurtach ruszamy w północno-wschodnią część wyspy. Wiatr, który wieje nam w twarz podczas jazdy nas skuterze wygląda tylko niewinnie, tak naprawdę to jest nam zimno. Dojeżdżamy do jeziora Beratan leżącego na wysokości 1200 metrów n.p.m. Betonowa droga przecinająca wypielęgnowane trawniki prowadzi do świątyni Pura Ulun Danu Beratan nad jeziorem. Na horyzoncie majaczy Mount Mangu o wysokości 2020 metrów.

Jest odpływ, więc widok świątyni nie jest tak majestatyczny, jak to jest na zdjęciach w google grafika. Przed przyjazdem tu warto zastanowić się nad porą dnia. Najlepsze widoki na świątynię i jezioro są z samego rana (ponoć do godziny 10-11 przed południem). Jest tak z tego powodu, że później mgła znad jeziora zakrywa świątynię i ciężko o ładne zdjęcia. Mieliśmy szczęście... tak długo dreptałam i marudziłam, że brzydkie niebo, że szaro, że ponuro, aż wreszcie wyszło słońce i mogliśmy cyknąć kilka fajach fotek. Wejście do świątyni to koszt 30.000IDR za osobę (ok. 9zl.)

Nie bylibyśmy sobą, gdyby po drodze nie zdarzył się nam wypadek. Mkniemy sobie spokojnie na skuterku, kiedy nagle kola zaczynają drgać, a Peta gwałtownie hamuje nogami starając się utrzymać równowagę (tak, mając japonki na nogach — tam wszyscy jeżdżą w japonkach). Okazało się, że straciliśmy powietrze w oponie. To było chyba największe szczęście na tym urlopie, bo gumę złapaliśmy naprzeciwko warsztatu samochodowego! Panowie naprawili motorek i założyli nową oponę. Kilka telefonów i nasze koszty za całą usługę są znikome! Za resztę płaci wypożyczalnia :D

Dla Balijczyków podobnie jak dla wszystkich mieszkańców wschodniej i południowo-wschodniej części Azji ryż jest podstawowym produktem żywnościowym. Indonezja jest trzecim co do wielkości producentem ryżu na świecie. Na Bali ryż rośnie dosłownie wszędzie.
Ryż spożywany jest codziennie, przeznacza się go na ofiarę bogom. Pokruszone i przyklejone do czoła Balijczyków ziarna oznaczają bogobojność.
W zależności od gatunku ryż sadzony jest tak, że zbiera się go trzy lub cztery razy w roku. Na Bali hodowany jest tzw. ryż mokry. Nasiona ryżu najpierw wysiewa się na grządkach, a po 25-50 dniach tzw. siewki przesadza się na pola, gdzie rośliny rosną zanurzone w wodzie do głębokości 5-10 cm.
Na obszarach wyspy o urozmaiconym ukształtowaniu powierzchni powszechne jest tarasowanie pól ryżowych w celu utrzymania wody na niewielkich, płaskich poletkach. Wykorzystuje się tu nawadnianie przelewowe. Pola ryżowe na Bali, często pokrywają strome wzgórza i tworzą długie szeregi wielostopniowych tarasów (zrodlo http://www.travelmaniacy.pl/profil,1713 ... ,indonezja).

Tarasy ryżowe koło miejscowości Tegalalang w centralnej części Bali za najpiękniejsze na wyspie. Dajemy się nabrać małej dziewczynce sprzedającej pocztówki. Mówi, że to na książki do angielskiego, bo chce się uczyć. Jak tylko dajemy malej parę rupii i odchodzimy z pocztówkami obskakuje nas cala masa dzieciaków z identycznymi pocztówkami — wszystkie potrzebują na książki, bo wszystkie chcą się uczyć. No cóż, tak oto zostaliśmy zrobieni w butelkę. Schodzimy trochę na dol, żeby podziwiać tarasy z innej perspektywy, jednak najpiękniejsze widoki są z przygotowanych do tego balkonów. Tarasy podziwiamy dwa dni z rzędu — podczas burzy i przy pięknym słońcu. Sok z kokosa nigdzie nie smakuje lepiej niż pod palmą na środku tarasu ryżowego.

Kecak to najsłynniejszy balijski taniec. Zobaczyć go można w kilku miejscach na wyspie, jednak to ten w Ubud jest ponoć tym przysparzającym widzowi najwięcej emocji. Zwrócicie uwagę, na to, żeby przyjść w miarę wcześnie, bo najlepsze miejsca są szybko zarezerwowane. My wchodziliśmy pierwsi :D I gdyby nie ogromna ilosc sprzedanych biletów i to ze z powodu braku krzeseł ludzi usadzano na dywanach pod naszymi stopami, mieliśmy najlepsze miejsce to robienia zdjęć. Nie powiem Wam, o czym opowiada historia przestawiona przez tancerzy. Mało mnie to interesowało. Ja chciałam wyłapać atmosferę tamtego miejsca i delektowałam się świetną grą tancerek.
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 18 Cze 2015 15:35 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
Dzisiaj przedostatni post z Bali. Zachciało nam się jechać na samo południe. Najpierw zwiedzić świątynię w Uluwatu, a później pojechać do mekki turystów — do Kuty.

Uluwatu, czyli skarpa ze świątynią na samym cypelku Bali to przed wszystkim piękna turkusowa woda i bezczelne małpy, które kradły okulary i otwierały same nasze plecaki. Nic się po drodze nie działo jakiegoś specjalnego, nie mieliśmy żadnych przygód. Czas mijał szybko i przyjemnie.

Kawałek od świątyni była dzika plaza - ponoć jedna z ulubionych plaż surferów. Parkujemy nasz motorek, płacimy za miejsce starszej kobiecie, która twierdzi, że to jej "place" i płacić trzeba i pokonujemy kilkaset schodów w dol, by dojść to ukrytej za kamieniami plaży. Plaża malutka i stosunkowo wąska. Morze chwilami niespokojne z dużą ilością fal. Mało ludzi i ogólnie sympatyczne miejsce, ale my nie mieliśmy ochoty się kąpać. Chwila odpoczynku i ruszamy dalej.

Jedziemy w kierunku Kuty — mekki turystów na Bali.

Teraz wyobraź sobie taką sytuacje:

Planujesz wakacje. Byłeś już w Hiszpanii, Egipcie, Grecji czy Turcji. Chcesz cos bardziej egzotycznego. Myślisz sobie "co mi tam! Zaszaleje!" Wydajesz grubą kasę i lecisz na Bali. Lądujesz. Wychodzisz z lotniska. Bucha Ci w twarz gorące, wilgotne powietrze. Jedziesz Shutle busem do hotelu. Pokój całkiem, całkiem. Myślisz sobie "jest fajnie, chodźmy na plażę, zobaczyć ten biały piasek, turkusowa wodę i palmy". Wchodzisz na plaże i widzisz to, co na zdjęciu...

Image


To plaża w Kucie. Nie było miejsca w internecie, gdzie bym nie przeczytała, żeby tam nie jechać. Ale my chcieliśmy zobaczyć to na własne oczy. Nie tak wyobrażałam sobie raj na ziemi — brudna plaża, masa bud ze straganami i jeszcze większa ilość naciągaczy. My Bali poznaliśmy na swój sposób. Tu nie ma magicznych plaż, na widok ktorych opada Ci szczeka. Wiecie jakie było moje zaskoczenie, kiedy przygotowywujac się do tego urlopu się o tym dowiedziałam! Bali ma w sobie dużo więcej do zaoferowania niż smażenia tyłka na leżaku.

Image

A oto fotki z calej wycieczki:

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

-- 18 Cze 2015 16:09 --

JEDZENIE NA BALI

Wycieczkę kończymy późnym wieczorem pod naszym hotelikiem, a dokładniej po drugiej stronie ulicy — przy budach z jedzeniem. Ubud, czyli miejscowość, w której mieszaliśmy podczas całego pobytu na Bali słynie ze świetnych restauracji i ogromnej ilości przysmaków w nich serwowanych. Chcieliśmy się przekonać na własnej skórze czy tak jest. Jaka jest nasza odpowiedz: Owszem w Ubud dostaniesz do jedzenia czego tylko dusza zapragnie. Siedzisz w pięknej restauracji, obsługują Cię przemili kelnerzy, którzy gestem skinienia dziękują Ci za złożone zamówienie i za suty napiwek. Zamawiasz sok ze świeżego ananasa, czekasz aż przyjdzie Twoje Sate-czyli bardzo popularne szaszłyki w sosie orzechowym (przepis już niedługo na blogu!) i celebrujesz chwile. Nastrój psuje rachunek, który musisz zapłacić :D

Ubud w ostatnich latach zaczął mocno zawiewać komercją i z pięknego miasta pełnego kultury, sztuki i ciekawych ludzi przeistoczył się w typowo turystyczne miasteczko. Jestem w dalszym ciągu zdania ze to świetny punkt wypadowy, by moc zobaczyć calą wyspę, a nie nudzić się wieczorami. Jednak w kwestii jedzenia jestem sceptycznie nastawiona. Byliśmy w kilku lokalach gdzie płaciliśmy mniejsze bądź większe rachunki. Jedzenie smakowało, obsługa zawsze na wysokim poziomie. Ale to nie nasze klimaty. To nie ten urlop, w którego czasie przebieram się po całym dniu w elegancką sukienkę, nakładam sandałki na nogi, podkreślam oko kredką, usta musnę szminką i tak odwalona idę na miasto. Sącząc drinka czekam na jedzenie i myślę jak można spożytkować jeszcze wieczór / noc. Ja na urlopie mam 4koszulki i japonki, żadnej szminki a tym bardziej nie eyeliner! Patrze na to, żeby nie śmierdzieć i cieszę się, że mam codziennie dostęp do czystej wody — bo że ciepła to już za duży luksus. Dlatego dużo lepiej czuliśmy się na ulicy przy budach i straganach z jedzeniem, gdzie ciężko było dogadać się z ludźmi po angielsku, wiec zostawała mowa rak. Jedzenie kosztowało takie grosze, ze nawet gdy zamówiliśmy cos co nam nie smakowało, nie żal było, żeby polowe zostawić. Najprostszy przykład. Świeży sok z owoców piliśmy praktycznie codziennie. W restauracji ceny wahały się od 20.000 do 40.000IDR, czyli jakieś 5-7zł, a w budce przy ulicy? 7.000IDR, czyli 2zł. Różnica w smaku? Kolosalna. Sok z restauracji był rozcieńczany wodą, do tego stopnia ze jak nie zamieszałeś to nie wiedziałeś, jaki ma smak ta "woda". Sok z budki to kawałek owocu np. papaja i do tego 3 (!) łyżki wody, odrobinka lodu i nic więcej — czysty owoc! Absolutna rewelacja :D
Kokos (3zdjecia na dole) to koszt rzędu 10.000IDR - 20.000IDR (2,5-5zł), jak się utargowaliśmy. Szaszłyki w budce pieczone na Twoich oczach na ogniu z sosem orzechowym to koszt 10.000IDR (1zł) za jedna sztukę. W knajpie za kilka szaszłyków i dwa soki zapłaciliśmy 371.000IDR, czyli 111zł! Różnica spora prawda? A ile za pozywna zupe, ktora trzyala nas do popludnia i nie czulismy glodu? 9.000IDR (2,7zl) za miseczke :D
Któregoś dnia jadąc sobie droga zatrzymaliśmy się przy malej "restauracyjce". W środku dwa stoliki a na zewnątrz duży grill — załapaliśmy się na świeżo pieczoną rybkę. Mówcie mi co chcecie, ale to była najlepsza ryba, jaka kiedykolwiek jadłam! Dostaliśmy do niej ryz, trzy sosy i...miseczkę z sokiem z cytryny, by umyć ręce — przecież tam każdy je rękoma! Za porządna wyżerkę (od stołu nie umiałam wstać byłam tak najedzona) + picie zapłaciliśmy 90.000IDR, czyli jakieś 27zl - za nasza dwójkę!

Nasłuchałam się od wielu osób, że trzeba uważać co i jak się je w Azji, ze niebezpiecznie, ze można nabyć się wirusa, grypy żołądkowej itd itp. My nie mieliśmy nic! Świetna możliwość, żeby zaoszczędzić trochę grosza, by poznać życie tamtejszych ludzi, poobserwować ich, może akurat uda się porozmawiać. Siadaliśmy z tubylcami przy dużym stole i bez znajomości słowa po angielsku z ich strony mogliśmy się dogadać — po kolei wręczano nam do rak różne sosy, by moc doprawić nasze jedzenie. Gestem pocierania się po brzuchu wiedzieliśmy że wtedy smakuje najlepiej. Takich przeżyć nie da wam żadna wykwintna restauracja!

Ja nie mowie, ze ja nie lubię eleganckich knajp. Lubię, bardzo! I lubię się odwalić w fajna kieckę, żeby móc zjeść wspólnie kolacje, bądź napić się drinka. Ale tak to ja się bawię u siebie, a będąc na urlopie tysiące kilometrów od domu chcę chłonąc tamtejszy klimat.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 18 Cze 2015 19:32 

Rejestracja: 03 Gru 2013
Posty: 442
Ale super:) Dałam się właśnie namówić na Bali:)
poproszę jeszcze o małe podsumowanie kosztów i namiary hotelowe, jeśli można? :) pozdrawiam!!
_________________
Meksyk http://www.fly4free.pl/forum/puerto-aventuras-riviera-maya-na-zywo-luty-2015-2-tyg,210,65109
Wietnam http://www.fly4free.pl/forum/wietnam-na-swieta-bn-i-nowy-rok-2015-2016-relacja-z-wloczegi,216,86193&start=0
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 18 Cze 2015 19:43 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
popcarol napisał(a):
Ale super:) Dałam się właśnie namówić na Bali:)
poproszę jeszcze o małe podsumowanie kosztów i namiary hotelowe, jeśli można? :) pozdrawiam!!


dzieki popcarol! na forum jestem troche dalej niz w polowie podrozy, wiec jeszcze troche potrwa zanim ja podsumuje. zapraszam na mojego bloga -> www.aschaaa.com. dzis wstawilam posta z Singapura noca. Zostal mi jeszcze jeden post z Singapuru z Marina Bay Sands Hotel i pozniej bedzie podsumowanie :) wszytskie koszta, ceny, przeyslenia i rady :)

Pozdrawiam!
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 13 Wrz 2016 17:43 

Rejestracja: 11 Sie 2012
Posty: 29
świetna relacja i fantastyczne zdjęcia. Jaki to aparat?
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 15 Wrz 2016 06:35 

Rejestracja: 05 Lut 2013
Posty: 85
praxedes, na tamtym urlopie fotografowalam nikonem d7100 i d5100. mialam kita 24-105mm i stalke 50mm. pod koniec urlopu d5100 wylaowal w oceanie ::D:D:D
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 14 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group