Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 9 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 02 Paź 2019 19:10 

Rejestracja: 07 Paź 2018
Posty: 20
Loty: 20
Kilometry: 115 368
Chyba każdemu przez głowę przeszła wizja jakiegoś miejsca, rejonu na świecie i mógł od razu powiedzieć, że ze względu na różne czynniki nie chciałby tam pojechać, bo jakoś tak po prostu strach.

Właśnie tym dla mnie była Etiopia.

Z tą różnicą, że tam pojechałam.


Wszystko zaczęło się w styczniu 2019 roku i promocją na bilety do Tajlandii :D A jak to w życiu bywa, nic nie może być proste, to skończyło się na biletach z Frankfurtu do Addis Abeby.
Termin odległy, bo druga połowa września, więc czasu na planowanie jest aż za dużo :D

Ale kiedy w końcu przyszło do tego, co to w tej Etiopii w ogóle robić pierwsze wyszukanie jakie się nasunęło… Danakil.
No i teraz kolejny research, czy na Danakilu jest bezpiecznie??? No i wiadomo, ośrodek wypoczynkowy w Ciechocinku to nie jest, ALE oficjalny konflikt pomiędzy Etiopią a Erytreą zakończył się w sierpniu 2018 roku, no i jak są jakieś pola minowe to są oznaczone :P a tak to cały czas nad bezpieczeństwem czuwają żołnierze z karabinem maszynowym na plecach. Czasami zdarzą się jakieś porwania, czy (z roku 2017) zastrzelenie Niemieckich turystów. No ale przecież to czasem. I przecież Pestycyda była i wróciła :D Na ogół jest… no musi być bezpiecznie.
Tak mniej więcej można streścić wpisy na polskich i anglojęzycznych forach. W tamtym momencie stwierdziłam, że nie jest to głupi pomysł, znajdziemy jakieś biuro i w drogę.
I tak z czasem zarysował się plan: z Addis do Aksum, dalej do Mekele i Danakil, później Lalibela, z której do Bahyr Dar i na ostatki – Gondar i wyjazd w Góry Simien. I z powrotem do Addis oczywiście. A jak czasu zostanie do na południe w stronę Awassy.

Jednak długo taka kolej rzeczy się nie ostała. Zaczęły się jakieś wątpliwości, strasznie drogi samolot do Aksum i to, że chyba za bardzo nas to miasto nie interesuje, a przede wszystkim zastanawianie się nad wyjazdem na Danakil.
No i streszczając… Zdecydowaliśmy Aksum i Danakil sobie odpuścić na rzecz trasy: z Addis lot do Gondar i wyjazd w góry, samochodem do Bahyr Dar skąd do Lalibeli. I powrót do Addis.
Z tym, że z Addis do Nairobi i tam już prosto do Masai Mary.
Safari… No po prostu marzenie :D
Po powrocie z Kenii zostanie 3-4 dni, więc powłóczymy się po stolicy i pojeździmy dookoła niej.

Także 16 dni w Afryce, można powiedzieć, zaplanowane.

Miesiąc przed wyjazdem odwiedziliśmy lekarza medycyny podróży i zaopatrzyliśmy się w malarone.
Duet podróżniczy w postaci brata i siostry gotowy, wybiła godzina zero – 13.09 wylatujemy z Chopina do Frankfurtu, skąd na następny dzień o 13.15 czeka nas sześciogodzinny lot do Addis Abeby.

Załącznik:
1.jpg


Stolica Etiopii przywitała nas długą kolejką do sprawdzania naszych paszportów czy przypadkiem nie wracamy z Kongo lub Ugandy (tereny gdzie teraz szaleje wirus eboli), a później jeszcze dłuższą kolejką po wizę. Kosztuje ona 50 dolarów i jest jednokrotnego wjazdu.
No ale przecież my potrzebowaliśmy ‘multiple entry’… Taka opcja ponoć istnieje, gdy o wizę ubiegamy się w ambasadzie (najbliższa dla nas znajduje się w Berlinie… ), ale na ten temat też nie znalazłam żadnej pewnej informacji :D zatem chcąc z Etiopii wyjechać i za parę dni znowu wjechać trzeba się pogodzić z podwójnym kupowaniem wizy, czyli przeznaczeniu na to 100 dolarów…
No nic, tobołki na plecach i wychodzimy z lotniska Bole.
Załącznik:
2.jpg

Z naszego guesthouse mieliśmy umówiony transfer lotniskowy, także wyruszyliśmy na poszukiwanie naszego kierowcy. Po przyjeździe szybki, zimny :/ prysznic i do spania, na następny dzień czekał nas kolejny lot do Gondar.
Załącznik:
3.jpg

Lotnisko obsługujące loty wewnętrzne znajduje się tuż obok tego obsługującego loty międzynarodowe. Jest ewidentnie starsze. Dużo starsze. I co się tutaj praktykuje – kontrolę bezpieczeństwa przechodzimy dodatkowo przy wejściu do terminala i obejmuje ona za każdym razem ściąganie butów… :/ a każdemu białasowi również był sprawdzany paszport czy aby na pewno posiada on wizę. Dwa razy zostałam przepuszczona, gdy strażnik sprawdził w moim paszporcie wizę, ale irańską :D Kto powiedział, że szukali tej swojej, może po prostu jakiejkolwiek :P
Załącznik:
4.jpg

W niedzielę o 9 rano byliśmy w Gondar gdzie miało się zacząć nasze właściwe wejście w etiopski świat…
No i się stało, taksówką za równowartość 10 dolarów mięliśmy się dostać z lotniska do hotelu. Nasze szczęście, że natrafiliśmy na świąteczne protesty. Jak to w świecie bywa, polityka z religią albo się dogaduje za bardzo, albo w ogóle. W tym przypadku występuje ta druga opcja, a rząd zbyt mocno działa przeciwko Ortodoksyjnemu Kościołowi.
No i tak się zaczął nasz pierwszy pełny dzień… :D
Załącznik:
6'.jpg

Załącznik:
5.jpg

Załącznik:
7.jpg

Nasz kierowca widząc i słysząc co się dzieje na ulicach w centrum stwierdził, że i tak nie dojedziemy, więc zatrzymamy się na kawę i śniadanie :D ten duet brzmiał super.
Załącznik:
8.jpg

Godzinkę później wyruszamy znowu w stronę miasta i tym razem udaje nam się dojechać. Meldujemy się w Michael Hotel, dostajemy pokój i padamy na twarz.. :D półgodzinna drzemka i zbieramy się, żeby w końcu postawić samodzielne kroki.
Załącznik:
9.jpg

Gondar to miasto, które turyści traktują bardzo po macoszemu. Jako bazę wypadową w góry albo tylko szybki nocleg wracając z gór, albo przejazdem z gór szybko zobaczyć kompleks Fasil Ghebbi.
My zaś, postanowiliśmy spędzić tam ciut więcej czasu i pobłądzić po ulicach mniej turystycznego miejsca. Mimo, że po przejściu jakiś 300 metrów pod moimi nogami znalazła się czaszka jakiegoś zwierzęcia krowopodobnego, to mi się podobało, naprawdę.

Zastanawialiśmy się czy niedługo w lokalnej gazecie nie będzie wielkiego nagłówka o dwójce białasów plączących się po ulicach, bo tak duże zainteresowanie wzbudzaliśmy.
Ale jakież to było sympatyczne i miłe! Tyle życzliwości w oczach, uśmiechów.. :D no cudownie. I nawet najmniejsi z mieszkańców po angielsku potrafią się przywitać, zadać podstawowe pytania o pochodzenie i powiedzieć tyle samo o sobie.
Ale mimo tej ogromnej ilości sympatii, którą nas obdarzali mieszkańcy, to zauważyłam, że raz na sto ktoś popatrzy „spod głowy”. Nie wiem czym to było spowodowane; aparatem zawieszonym na szyi czy wystawianiem telefonów czy zwykłego nastawienia „ty jesteś biały, więc się czujesz ode mnie lepszy, a nie jesteś”.
Może w niektórych drzemie gdzieś głęboko jakiś ukryty kompleks, uraza, poczucie niesprawiedliwości? Nie wiem, takie to tylko moje dywagacje oparte tylko i wyłącznie na obserwacji ;)
Załącznik:
10.jpg

Załącznik:
11.jpg

Załącznik:
13.jpg

Załącznik:
14.jpg

Załącznik:
12.jpg

Tak sobie spacerowaliśmy i nawet nie zauważyliśmy jak się zachmurzyło a zaraz później rozpadało bez opamiętania… no tak, niby końcówka, ale wciąż pora deszczowa :D złapaliśmy tuk tuka i pojechaliśmy z powrotem do hotelu, deszcz przestał zatem znowu wyszliśmy i tym razem w poszukiwaniu jedzenia :D
zostaliśmy uraczeni takim zestawem i do niego oczywiście… injera :D
no co tu dużo mówić.. mając do wyboru jeść to lub nic do końca swojego życia, to może byłabym w stanie to polubić :D ale nie wiem czy w mniej drastycznym przypadku byłabym w stanie się przekonać :D
Nie mniej, pan się nad nami zlitował i dostaliśmy po dwie białe bułki.
Załącznik:
15'_rotate.jpg


Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy dalej, ale deszcz ewidentnie nie chciał dać za wygraną i znowu musieliśmy się ewakuować :D tym razem już na dobre, bo i tak zapadał zmrok.

Kolejny dzień zabytkowa część Gonder, a we wtorek wyjazd w Góry Simien… :D


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez asiaad, 03 Paź 2019 18:28, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
maxima uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 03 Paź 2019 09:19 

Rejestracja: 04 Cze 2012
Posty: 3646
Loty: 310
Kilometry: 703 688
srebrny
Lecę za miesiąc, więc pisz jak najwięcej :D
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
asiaad lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 03 Paź 2019 18:26 

Rejestracja: 07 Paź 2018
Posty: 20
Loty: 20
Kilometry: 115 368
Wtorkowa pogoda była dla nas znacznie bardziej łaskawa. Przyjemne słońce, nie za wysoka temperatura.. idealnie :D
Załącznik:
1.jpg

Życie Etiopczyków zaczyna się wraz ze wschodem, więc gdy wychodzimy na ulice w okolicach godziny 8 to już jest dość tłoczno :D
Pierwsze co trzeba było znaleźć to miejsce, gdzie będziemy mogli dostać jakiś posiłek i nie będzie to injera.. :D Będąc w okolicy Piassa można znaleźć miejsca, w których można zjeść i nie obawiać się późniejszej potrzeby płukania żołądka.. :D
My trafiliśmy do Coffee Piassa i tam zamawiamy dwa omlety i dwie tradycyjne kawy :D Takie śniadanie to wydatek rzędu 220 birrów.

Przy okazji poprzedniego posta zapomniałam wspomnieć o jakże istotnej kwestii.. pieniądze. :D
W Etiopii posługujemy się etiopskim birrem; jego przelicznik dla ułatwienia w liczeniu to ok. 3 USD = 100 birrów.
Dzień wcześniej nasz kierowca, którego złapaliśmy na lotnisku, wymienił nam 100 dolarów, więc mieliśmy równe 3000 birrów.

No ale wracając do Gondar!
Po owym śniadaniu idąc główną ulicą od Piassy udajemy się do Fasil Ghebbi. Wstęp za osobę koszuje 200 birrów i naprawdę jest tego warte :D
Zamki pochodzące z XVII wieku, z czasów kiedy Gonder było stolicą, zachowane w różnym stanie, ale jednego im nie można odmówić – są nieziemsko malownicze. Nasze szczęście w nieszczęściu związane z deszczami było takie, że wszystko dookoła kipiało soczystą zielenią, a w kompleksie rosły całe połacie małych, fioletowych kwiatków.
No nie wiem, ale dla mnie to całe połączenie tworzyło naprawdę bajkowy krajobraz :D i nie bez przyczyny zamki zostały okrzyknięte Afrykańskim Camelotem.
Pozostawiam zdjęcia do zachwycania się.. :D
Załącznik:
2.jpg

Załącznik:
3.jpg

Załącznik:
4.jpg

Załącznik:
5'.jpg

Załącznik:
6.jpg

Załącznik:
7.jpg

Załącznik:
8.jpg

Wracamy w stronę Piassa tą samą drogą.. Ulice i chodniki są pełne ruchu; wyłożone wystawy sklepów, dzieci biegające i machające w naszą stronę, młodziki prowadzące osiołki i muły, te zaś mają grzbiety wyłożone małymi tobołkami.. – proza życia :D
Załącznik:
9.jpg

Załącznik:
10.jpg

Załącznik:
11.jpg

Załącznik:
12.jpg

Załącznik:
13.jpg

Ulice mają swój charakterystyczny zapach. Pachną trochę jak jakieś wschodnie przyprawy, ale znacznie mniej intensywne i tak nie „swędzą” :D po nosie. Ale co to jest dokładnie?? Mieliśmy się już zaraz przekonać.
Naszła nas ochota na kawę! Gdzie najlepiej ją wypić jak nie w namiocie rozłożonym przy kafejce? :D Młoda dziewczyna, chyba bardzo ucieszona z naszej obecności, zaczęła nam parzyć dwie filiżanki tego czarnego płynu.. O i co się okazało, eureka! Zapach, który za nami chodził od momentu wyjścia z lotniska w Addis, okazał się być zapachem parzonej kawy… :D Może nie powiem, że w życiu bym się nie spodziewała, że to te ziarna okażą się twórcą tego zapachu, ale na pewno nie były w moim top 5 rozwiązań tej zagadki :D
Wracając do meritum.. Kawa :D Każdy powinien jej spróbować. Naprawdę każdy. Dla jej miłośników – jest ona bardziej czarna, mocniejsza, ale nie „ostrzejsza” i cięższa w smaku, wydaje się dla kubków smakowych łagodniejsza niż znane nam espresso. A dla tych co z kawą się nie pokochali – to jej ojczyzna, nawet dla zachowania zasady należy jedną filiżankę wypróbować.. :D
A kolejną kwestią wartą zauważenia jest to, jak Etiopczycy sam napój jak i oprawę związaną z parzeniem go, celebrują. Jedne porównanie jakie znajduję w głowie – to jak parzenie herbaty w Japonii.
Załącznik:
15.jpg

Załącznik:
16.jpg

Dość częste widoki na ulicy:
Załącznik:
14.jpg

Udając się jakieś półtora kilometra od Piassa trafimy do Debre Birhan Selassie. To mały, ale urokliwy kościół, ponoć z jednymi z najpiękniejszych zdobień. Można do niego dotrzeć tuk tukiem albo tak jak my, na nogach :D Droga niedługa, a ciekawa. Z racji ukształtowania terenu, Gonder rozciąga się na górkach i pagórkach, a drogi prowadzą co chwila to w górę, to w dół. No i dzięki takim zabiegom natury można się doczekać niezłej panoramy!
Załącznik:
17.jpg

Załącznik:
18.jpg

Kościół jest bardzo urokliwy i tym bardziej jego położenie. Oj, najlepiej samemu zobaczyć :D
Załącznik:
19.jpg

Załącznik:
20.jpg

A i bym zapomniała, wstęp kosztuje 100 birrów od osoby, a kobiety, jeżeli nie mają, to dostają do nakrycia głowy chustę.
Tuk tukiem za cenę 100 birrów przejechaliśmy z powrotem do centrum i wróciliśmy do naszej kawiarni z rana, tym razem na obiad w postaci makaronu z sosem pomidorowym i tuńczykiem :D Dostaliśmy jeden talerz, ale sztućców komplety dwa, więc stwierdziliśmy, że tak się mamy zabrać za jedzenie :D No i było dobre.
Po obiedzie zrobiła się już godzina 16, a zmęczenie coraz bardziej dochodziło. Jednak dzień zaczęliśmy, jak na nas, dość wcześnie.
Z perspektywą, że nazajutrz czeka nas pobudka po 5, postanowiliśmy wrócić do naszego Michaela, wziąć ciepły :D prysznic i najpewniej – zasnąć o 20.


Wycieczkę w Góry Semien zarezerwowaliśmy będąc w Polsce. Było to zadanie brata, więc miał zadanie wygooglać biuro, które takowymi wycieczkami się zajmuje, napisać i umówić na dzień i godzinę.

Etiopczykom jednak warto o sobie przypominać. Na szczęście, zrobiliśmy to dzień wcześniej, bo bez tego miałabym lekkie wątpliwości czy nasz wyjazd doszedł by do skutku :D
Za cenę 75 dolarów od osoby mieliśmy jednodniową wycieczkę grupową, cena uwzględniała wszystko czego potrzeba – lokalnego przewodnika, skauta, lunch i przekąski w postaci bananów i pomarańczy. Przyjechał po nas nasz busik, jak się okazało, po resztę grupy mieliśmy dopiero pojechać.
No właśnie. Na wyjeździe z miasta nasz kierowca się zatrzymał i zakomunikował, że reszta grupy odwołała swój udział ze względu na problemy zdrowotne, a my mamy się przesiąść do podstawionego za nami jeepa. Patrzymy się po sobie lekko zdezorientowani, czy przypadkiem zaraz nie padniemy ofiarą nielegalnego handlu nerkami albo chociaż naszymi paszportami.. :D Ale z busa wyszliśmy, przepakowaliśmy się do samochodu, którego kierowca nas powitał z uśmiechem i pojechaliśmy. Z nerkami i paszportami na swoich miejscach :D

Okazało się, że faktycznie reszta grupy zrezygnowała, a my w cenie 150 dolarów mieliśmy wycieczkę o wartości 250. Bo tyle kosztuje private tour.
Powiem tak, nie narzekaliśmy :D
A dla wszystkich spragnionych powiedzenia – ALE MIELIŚCIE SZCZĘŚCIE!!! - Spokojnie, każdemu prędzej czy później się ono kończy.. :P
Miejscem wypadowym w góry jest, jak się okazało wcale nie takie małe, miasto Debrak. Tam jest właśnie biuro parku narodowego gdzie wchodzimy, żeby się zarejestrować i zabrać ze sobą skauta i przewodnika.
Ale zanim to wszystko to przecież trzeba było tam dojechać.. :D czyli droga…

No i tutaj mogłabym dużo napisać na temat, z którym w końcu się trzeba zmierzyć, czyli o biedzie. Tylko też do końca nie wiem jak, bo można by opisywać to jak wyglądają domy na wioskach, jak grupy kobiet idą drogą z karnistrami wody na plecach i bez butów na nogach, jak dzieci biegają w podartych ubraniach a za największą zabawkę mają parę kamyków. I naprawdę serce pękało wiele razy, ale chyba nie chce robić z tego łzawej, lecz bezosobowej historii, więc kiedy przyjdzie odpowiedni dla tej relacji moment, przejdę do możliwości realnej dla nich pomocy.

Nasz kierowca chyba z dużą przyjemnością obserwował nasze ‘ochy i achy’ nad panoramicznymi widokami, które się rozciągały wzdłuż drogi. Sporo radości też sprawiały mu nasze reakcje na coraz to kolejny korek spowodowany leżącą na środku drogi krową :D
I nawet z samochodu przyciągaliśmy wzrok chyba prawie wszystkich przechodniów.
Załącznik:
21.jpg

Załącznik:
22.jpg

Załącznik:
23.jpg

Załącznik:
24.jpg

Załącznik:
25.jpg

Załącznik:
26.jpg

Załącznik:
27.jpg

Dobra, wracamy do momentu biura, skauta i lokalnego przewodnika :D
Z miasta jedziemy koło 30 minut bezdrożami i dojeżdżamy do miejsca w którym ma się zacząć nasz mini trekking.
Pewnie panorama byłaby tu niesamowita, ale przyznajcie, całość przykryta mgłą wygląda równie niesamowicie :D
Załącznik:
28.jpg

Załącznik:
29.jpg

Po dwóch godzinach odebrał nas nasz kierowca i ruszyliśmy w poszukiwaniu dżeladów :D A cóż to jest? – endemiczny gatunek małpek, zwane inaczej małpami o krwawiącym sercu, a to dzięki czerwonym wypustkom na ich klatce piersiowej.
No i się udaało, całe stado!
Załącznik:
31.jpg

Na deser nasz przewodnik zabrał nas do wodospadu Dżimbar.
Pisać za wiele nie będę, zostawię was ze zdjęcie, mówi samo za siebie :D
Załącznik:
33.jpg

Podsumowując – wycieczka w góry, mimo, że jednodniowa, była rewelacyjna!
Raz, ze względów widokowych, co już wyżej mam nadzieje, że wystarczająco pokazałam.
A dwa, mieliśmy szczęście, że został nam przydzielony super lokalny przewodnik :D Właściwie to młody chłopak, fajnie posłuchać o etiopskim świecie z ust rówiesnika. Ale o tym to następnym razem, żeby już nie przedłużać :D

Czas na Bahyr Dar i wodospady na Nilu Błękitnym :D


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 12 Paź 2019 20:58 

Rejestracja: 07 Paź 2018
Posty: 20
Loty: 20
Kilometry: 115 368
Ale zanim jednak te wodospady to wrócę do tematu naszego przewodnika, zwrócił uwagę na ciekawą rzecz.. :D mianowicie, że Etiopczycy są baardzo, bardzo dumnym narodem. Szczególnie w stosunku do pozostałych krajów Afryki. Szczycą się tym, że jedyne państwo, które nie zostało skolonizowane to Etiopia. No i jest to prawda, oficjalnie nigdy nie byli niczyją kolonią, ale nie robiąc wykładu z historii – zainteresowanym polecam poczytać o ich relacji z Włochami.. :D

Do Bahyr Dar mieliśmy umówionego tego samego kierowcę który nas przywiózł z lotniska w Gondar. Za 50 dolarów mieliśmy wyjechać o 6.30 spod naszego hotelu, droga nie powinna zająć więcej niż 3 godziny, więc wystarczająco czasu, żeby ogarnąć wyjazd do wodospadów i przejść się nad jezioro Tana. Kierowca, Alex, pojawia się punktualnie, płacimy za hotel, plecaki do samochodu i w drogę :D
Pamiętajcie. To, że ktoś będzie punktualnie nie oznacza tego, że nie będzie z wami jeździł w poszukiwaniu paliwa bądź nie zacznie zmieniać koła.. :D
No nic, po godzinnej batalii z ciśnieniem w oponach, zmianą koła, przepychaniem się z tuk tukami na stacji walcząc o paliwo, wyjeżdżamy z Gondar.

Droga do Bahyr jest asfaltowa, biegnie przez góry przez co jej większość jest dość kręta.
Załącznik:
2.jpg

Załącznik:
3.jpg

Po 3 godzinach całkiem przyjemnej podróży dojeżdżamy :D wita nas palmowa aleja i jakieś takie bardziej uporządkowane ulice :D
Meldujemy się w Flamingo Hotel i w końcu (!!) wyruszamy na poszukiwanie jedzenia.
Przy okazji poznajemy kierowcę i pół godziny później jesteśmy już w jego samochodzie w drodze do wodospadów. Znajdują się one około godziny podróży od Bahyr Dar i większość drogi nie jest gruntowa. Za to przejeżdżamy przez okoliczne wioski.. :D i znowu masa ciekawych ludzi, widoków..

Do głównego punktu widokowego prowadzi ścieżka usłana błotem i śliskimi kamieniami :D i można pomyśleć, że ha! przyszedł czas na tę złamaną nogę! –rozczaruję, ale jeszcze nie, wszystkie cztery nogi wróciły brudne, ale całe.
Załącznik:
1.jpg

Załącznik:
4.jpg

Załącznik:
5.jpg

A wodospady, ahhh.. :D to dopiero było coś! Przez to czego się naczytałam przed wyjazdem to baardzo się obawiałam co tam zastaniemy.. bo elektrownia wodna, bo regulacja rzek, a to już nie wodospad tylko mały ciurek wody.. :D nie wiem jak jest w porze suchej, ale jeżeli ktoś się będzie wybierał w takim czasie jak my, naprawdę nie ma się czego obawiać.. :D
Zostawiam zdjęcia do wzdychania
Załącznik:
6.jpg

Załącznik:
7.jpg

Załącznik:
8.jpg

Załącznik:
9'.jpg

Załącznik:
10.jpg

Załącznik:
17.JPG

Cała wycieczka trwała około 5 godzin. Po tym przychodzimy, zmieniamy ubrania na te bez błota i wychodzimy w poszukiwaniu kolacji..
Po paru dniach jedzenia.. czegokolwiek, żeby tylko zapełnić żołądki (pojęcie „czegokolwiek” nie dotyczyło się injery ani żadnego mięsa „spod pociągu”) wybieramy zakupy w 7 eleven (tak, jedyne jakie widzieliśmy).. a w naszym koszyku trzy paczki chipsów, dwie paczki ciastek i po coli.. light oczywiście :P za stolik posłużyła ławka nad jeziorem Tana.. :D
Załącznik:
11.jpg

Szybko zmęczenie jednak dopadło i trzeba było wracać. Z resztą kolejnego dnia czekała nas już przeprawa do Lalibeli.

Początkowo zakładaliśmy, że dostaniemy się jakoś do Lalibeli drogą lądową. Ale tu nie ma drogi gruntowej, a pora mokra i dość prawdopodobne problemy z dojazdem, więc nie ryzykujemy i znowu lecimy Ethiopian Airlines. Tym razem tylko 30 minut :P i szczerzę tę opcje samolotową polecam.. i dlaczego? A dlatego jakich widoków się można doczekać.. Lalibela jest położona w górach, więc w czasie krótkiego lotu nie wznosimy się na tyle wysoko, żeby nie było na czym zawiesić oka.. :D
Załącznik:
12.jpg

A no i tym razem postanowiliśmy się zatrzymać w trochę droższym hotelu, a to z dwóch powodów.. raz, że to polowa naszego wyjazdu i spędzamy tu 3 noce, więc dobrze by było zrobić jakieś większe pranie.. a dwa, czy znajdzie się tu ktoś, kto nie chciałby się budzić przy takim widoku z łóżka?
Załącznik:
13.JPG

No i poza tym to był zdecydowany dzień lenia.. Trochę pospaliśmy, skorzystaliśmy z dobrodziejstw Panoramic View Hotel i poszliśmy na obiad do słynnej (?) Ben Abeby.
Restauracja założona przez.. Szkotkę! I nawet mięliśmy przyjemność wdać się z nią w „small talk” :D Niezwykłe miejsce, z całą pewnością bardzo odbiegające architektonicznie od etiopskich standardów, ale jednocześnie tak współgrające z naturalnym otoczeniem!
Załącznik:
14.jpg

A jakie jedzenie pyszne!
Załącznik:
15.jpg

I to z takim widokiem!
Załącznik:
16.jpg

Regenerujemy siły na hotelowym tarasie przyglądając się zachodowi słońca.. :D
Załącznik:
18.jpg

Załącznik:
19.jpg

Załącznik:
20.jpg


Następnego dnia czekają nas słynne skalne kościoły :D


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 13 Paź 2019 08:43 

Rejestracja: 04 Cze 2012
Posty: 3646
Loty: 310
Kilometry: 703 688
srebrny
Ile placiliscie za dojazd nad wodospad?
Czy z Gondar do Bahyr nie jeżdżą autobusy? Bo tak planowalam pokonać ten odcinek. Ewentualnie były jakieś opcje że zwiedzaniem klasztorow lub rejsem po jeziorze?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 13 Paź 2019 15:53 

Rejestracja: 07 Paź 2018
Posty: 20
Loty: 20
Kilometry: 115 368
maxima napisał(a):
Ile placiliscie za dojazd nad wodospad?
Czy z Gondar do Bahyr nie jeżdżą autobusy? Bo tak planowalam pokonać ten odcinek. Ewentualnie były jakieś opcje że zwiedzaniem klasztorow lub rejsem po jeziorze?


Według źródeł do których udało mi się dotrzeć mówi, że jest autobus, ale ostatni powrotny do Bahyr odjeżdża o 15. Dla nas ta opcja nie wchodziła w grę ze względu na krótki pobyt i stosunkowo późny przyjazd.. :D ALE jadąc samochodem autobusy jadące w stronę Bahyr widziałam o godzinie 17.. Nie mam pojęcia gdzie można znaleźć jakieś konkretne i aktualne informacje na ten temat :( najlepiej będzie jak jeden dzień poświęcisz na wypytanie, a kolejnego w drogę :D
A za dojazd do wodospadów zapłaciliśmy 60 dolarów uwzględniając pana który nas zaprowadził. Jednak prawdą jest to, że mocno się daliśmy zrobić.. :D tyle, że to było naszym "być albo nie być" :P
Pan nam również proponował łódkę z rejsem po jeziorze Tana wraz z odwiedzeniem klasztorów. Ale wg słynnego Briggsa (i znalazłam potwierdzenie tego w całkiem niedawnym poście na Trip Advisor) do ich większości kobiety nie mają wstępu.. Myśleliśmy, że zamiast tego wypłynąć o zachodzie słońca, ale było zachmurzone.. :D
No i taka impreza, według tego pana, miałaby nas kosztować 100 dolarów... Zdecydowanie bardziej nam się podobało zostanie na brzegu :P
Góra
 Relacje PM off
maxima uważa post za pomocny.
 
 
#7 PostWysłany: 13 Paź 2019 17:14 

Rejestracja: 04 Cze 2012
Posty: 3646
Loty: 310
Kilometry: 703 688
srebrny
Dzięki @asiaad
nie wiem jakie są Twoje odczucia, ale w Etiopii to raczej kroją turystów - tu 50 usd, tam 100 usd za jakaś bzdurę, która w Azji kosztowałaby max 10 usd :D
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 13 Paź 2019 18:17 

Rejestracja: 07 Paź 2018
Posty: 20
Loty: 20
Kilometry: 115 368
@maxima tak, dokładnie! niestety, ale takie naciąganie na dolary jest dość powszechne. z naszym kierowcą się utargowaliśmy o -20 usd, dając 100 usd musieliśmy się dwa razy o resztę, oczywiście wydawaną w birrach, upominać :/ a nasz przewodnik początkowo nas nie wziął do głównego punktu widokowego.. dopiero w drodze powrotnej brat punkt zauważył i się dopomnieliśmy. no i się trzeba było wrócić, bo panu się wcześniej nie chciało :P :D
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 30 Paź 2019 20:04 

Rejestracja: 07 Paź 2018
Posty: 20
Loty: 20
Kilometry: 115 368
BĘDZIE DŁUGO :D

Kościoły w Lalibeli są ciekawe. I warto je zobaczyć. Naprawdę.
I piszę to z pełną świadomością tego, że bilet wstępu kosztuje 50 dolarów i możemy z niego korzystać przez 4 dni.
Dla osób, które wpadają do Lalibeli i zaraz chcą z niej wypaść, niestety, ale nie ma innego wyjścia jak również kupno tego „kościołowego karnetu”. Coś takiego jak bilet jednokrotnego wejścia po prostu nie istnieje :D

Również Etiopczycy nauczeni tym, że biały też czasem na jakiś sprytny pomysł wpadnie, wypełniając imienny bilet obok danych dopisujemy numer naszego paszportu. No a później jak przy każdym z kościołów nasz bilet jest sprawdzany paszport należy okazać i swoją tożsamość potwierdzić :P (a to chyba stąd, że turyści odkupywali od siebie bilety)
Ów kościoły nazywane są skalnymi, bo jak nietrudno się domyślić, są wykute w skale.

Z tą różnicą, że wykute w głąb ziemi.
Na ponad 10 metrów.
A, no i pochodzą z XII i XIII wieku.
Załącznik:
1.jpg

Załącznik:
2.jpg

Załącznik:
3.jpg


Połączcie sobie ze sobą te wszystkie fakty i te 50 dolarów wcale nie wydają się takie irracjonalne :P
Kościoły znajdują się w otwartym, dość sporym kompleksie. Pomiędzy nimi poruszamy się skalnymi korytarzami albo czymkolwiek co akurat się znajdzie w zasięgu naszego wzroku. Bo nie ma co owijać w bawełnę – mimo, że jest to (chyba) TOP 1 przewodnikowa atrakcja Etiopii, co z resztą widać po ilości wycieczek białasów, to jest kompletnie do tego nie przystosowana.
Załącznik:
5.jpg

Nie mówię, że mamy jakieś oczekiwania z kosmosu, bo nie.
Do większości kościołów, gdyby nie mapy offline, zwyczajnie byśmy nie trafili – brak choćby pół informacji; żeby przejść z jednego do drugiego szliśmy przez trawę po kolana, a zdarzyło się nawet przez drut kolczasty (i to nie tak, że był wstęp wzbroniony, bo wejść można było, tylko jakoś tak ten płotek przy okazji).. no i chyba najważniejsze – jakoś te 10 metrów w głąb ziemi trzeba zejść, ano schodzi się kamiennymi korytarzami o różnej szerokości. I one są może nie tyle co niebezpieczne, ale mogą się przyczynić do powstania różnych urazów mechanicznych… jak np. złamanie nogi :P
O i jak teraz myślicie, że HA! Czas na te złamaną nogę! – dajcie mi jeszcze dzień :P

Ale wracając do zalet, bo jest ich zdecydowanie więcej… kościoły są cudowne, magiczne i naprawdę zapierają dech w piersiach, jak tylko sobie uświadomimy fakt jak one powstały.
I cały czas są w użytku, dla Kościoła Etiopskiego to taki Rzym/Mekka/Jerozolima.
Wszystkie budynki, oprócz Kościoła Jerzego są przykryte. Niestety dla nas, szczęście dla nich.
Załącznik:
4.jpg

Załącznik:
6.jpg

Załącznik:
7'.jpg


Obejście tego wszystkiego tempem iście z maratonu, zajęło nam ponad 5 godzin. I teraz fajnie mieć w perspektywie możliwość powrotu i jeszcze raz przyjrzeniu się temu wszystkiemu, tym razem na spokojnie..
Tak też postanowiliśmy. Była godzina 16, zaczynało się chmurzyć.. Wrócimy jeszcze jutro, w sobotę..
Załącznik:
10.jpg

No i jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Idziemy jeszcze raz w okolice kościoła św. Jerzego a potem na targ. Jeżeli to jeszcze można nazywać.
Załącznik:
9.jpg

Załącznik:
18.jpg

Sobota dzień targowy, każdy to wie. No i Etiopczycy też to wiedzą, więc w każdą sobotę z okolicznych wsi schodzą się do Lalibeli, żeby kupić co trzeba i sprzedać co się może.
I faktycznie można tam dostać wszystko… Gdyby ktoś miał fantazję kupienia sobie muła, kilograma cebuli, nowych klapek czy materiału na nowe zasłony – jest to idealne miejsce :D
Załącznik:
12.jpg

Weszliśmy wgląd targu z eskortą nowopoznanych kolegów :D – dwóch siedemnastolatków, a jeden z nich płynnie policzył do 30 po polsku.. :D
Wracając do fantazji zakupów… Nie udało mi się sfotografować choćby ćwiartki tego wszystkiego, ale pozostawiam z tym co mam.
Załącznik:
11.jpg

Załącznik:
14.jpg

Załącznik:
13.jpg

W ramach odpoczynku postanowiliśmy przysiąść na schodach prowadzących do kas kościołów. No i też zaraz mięliśmy towarzystwo.. :D
Załącznik:
15.jpg

Też ni stąd ni z owąd pojawiła się Maria – nasza wczoraj poznana koleżanka :D kolejna :D
Załącznik:
8.jpg

I przy okazji tego, że o niej wspomniałam – teraz jest właściwy moment dla tej relacji, żebym napisała o pomocy jaką możemy przynieść będąc turystą.
W Lalibeli spotkaliśmy się z wyłudzaniem pieniędzy „na szkołę”, jak i z rozmowami zakończonymi szczerą prośbą: jakbyście mogli nam kupić książę/jak macie parę zbywających koszulek.
Wybierając się do Etiopii trzeba włączyć w swojej głowie znieczulicę i swego rodzaju filtr. Może brzmieć okrutnie, ale jest to prawda, inaczej sami nic z naszego wyjazdu nie wyciągniemy. Ludzi potrzebujących jest więcej niż mnóstwo, ale tych wykorzystujących współczucie też nie brakuje.
I tutaj będzie nam potrzebny ten filtr. Funkcjonowanie z nim nie było najprzyjemniejsze i (przynajmniej w moim wypadku) każde użycie go wiązało się z poczuciem winy. Nie należało też do najłatwiejszych, bo wiadomo, dla obu stron danie ryby jest opcją szybszą i prostszą.
Więc co robić? – a chyba najlepiej poświęcić trochę czasu, porozmawiać z kimś, pozwolić mu się zaprowadzić z punktu A do punktu B, niech ma czas i możliwość opowiedzenia o sobie. Młodzi mają wielką chęć i zaparcie do nauki, także warto zainwestować we wskazane przez nich książki czy słowniki.
Podsumowując: weźmy rzeczy takie, których na co dzień nie używamy – niech tam dostaną drugie życie! Przyjmując, że średnia cena podręcznika/słownika wynosi ok. 300 birrów (niecałe 40 zł) może warto określić sobie jakiś budżet, który będziemy w stanie na to przeznaczyć. No i warto porozmawiać z obsługą hotelową, która się podzieli kontaktem do miejscowych szkół czy innych placówek, tym zaś można pomóc kiedy już wrócimy do domu..

No i jaka była ta nasza Maria! Mieszkająca u swojej ciotki i wraz z pozostałym kuzynostwem chodzi do szkoły średniej. Marzy o zostaniu weterynarzem.
Siedzących nas na tych schodach zaprosiła więc pod swój dach na kawę. Myślimy, że super, więc zbieramy manatki i w drogę za naszą koleżanką. Prowadzi nas (jak to w Lalibeli) stromą, pokrytą piaskiem ścieżkę. Po bokach mieszkania. Tu wisi pranie, tu pani domu myje filiżanki po kawie, z daleka widać dzieciaki kopiące piłkę. Proza życia.. :D

Nie nagle, bo po prostu po drodze, ale pod moimi nogami znalazł się kamień. I był mokry. Nie wiem czy przez to, że ktoś chwilę wcześniej wylał tam wodę z mycia filiżanek czy to jakieś pozostałości to wczorajszym deszczu. Ale był mokry i się na nim poślizgnęłam.

Mój brat idący za mną widząc moją wywrotkę pomyślał, że aaaa zaraz wstanę, otrzepię się z kurzu i idziemy dalej.
No ale nie wstałam, nie otrzepałam się i nie poszliśmy. Bo pojechaliśmy. Do szpitala.. :D przypominam: jesteśmy w Etiopii… :D
Nasza Maria zeszła na dół i zatrzymała jadąc samochód, chłopak nim kierujący zmienił swoje plany i spędził z nami cudowne 2 godziny w szpitalu Lalibeli.

Tak myślę, że to forum cierpi na brak relacji z afrykańskich szpitali.. :D postaram się nadrobić :P

Zdjęć budynku, z chyba oczywistych przyczyn, nie mamy, ale dla ciekawskich co nieco się pokazuje po wygooglaniu „Lalibela hospital”. :D
Przyjął mnie doktor taki pierwszego kontaktu. No ale jedyny jaki był i w ogóle jest. Obejrzawszy moją nogę stwierdził, że nie sądzi, żeby cokolwiek tam było nie tak, ale napisze mi skierowanie i pójdę zrobić rentgen. Ale zanim, szpital nie dysponuje lekami, nie jest tak, że lekarz mówiąc, że dostaniesz zastrzyk przeciwbólowy to wyjmuje go z gabloty obok biurka. Mój brat dostał receptę do wykupienia w aptece obok. Aptece, czyli miejscu gdzie na środku stoi obdrapana lada a za nią witryna z paroma kolorowymi fiolkami. Cena takiego zastrzyku: 20 birrów (ok. 3 zł).
Przekicałam (od teraz to słowo zastępuje wszystkie „poszłam” :D ) do budynku obok gdzie miał przyjść ktoś, kto mi owy rentgen wykona. Po jakiś 20 minutach pan przyszedł, zdjęcie zrobił i powiedział… „Broken, but you’re lucky!!! Not this big one, a little one!!”
Nie mniej brzmiało trochę to jednak jak wyrok, no bo co dalej?

W Lalibeli pomogli mi jak tylko umieli, ale jak chce gips czy porozmawiać z ortopedą muszę pojechać do Addis Abeby. Tam nie mają.
Także dzień skończył się dość szybko, dodatkowo z lewą kostką owiniętą bandażem.
Ale co do samego szpitala, jadąc samochodem ja o tym nie myślałam, za to mój brat wspomina, że był przerażony tym, co możemy tam zobaczyć. Na szczęście jedne co nas zaskoczyło to ciepło i chęć pomocy którą dostaliśmy. O ubezpieczenie też się nie trzeba było martwić. Oczywiście wieeelki szok :D PZU nie ma umowy ze szpitalem Lalibeli, więc mogliśmy pozbierać rachunki i się domagać zwrotów. Ale… Koszty tego wszystkiego były tak groszowe: zastrzyk – 20 birrów, rentgen – 40 birrów, dwa listki mocnych leków przeciwbólowych (nie wiem do końca jak to jest z ich legalnością w Europie, bo to opioidy… :D) – 30 birrów.

Zapytaliśmy lekarza ile mamy mu zapłacić za usługę jego i pana od rentgena, przyznał, że ile tylko uważamy za właściwe, bo to i tak dla szpitala, nie dla niego. Daliśmy 40 dolarów. A oni popatrzyli po sobie z niedowierzaniem, jakbyśmy sobie z nich robili jakieś żarty..

A jak się potoczyły dalsze losy naszej afrykańskiej przygody?
Ano tak, że trzeba było się ewakuować, bo ciężko jednak funkcjonować ze złamaną nogą, a jedyny możliwy sposób poruszania się to skakanie na tej jednej zdrowej.. :P
Lucky In unlucky było takie, że cały wypadek wydarzył się w sobotę, a w niedzielę i tak mieliśmy planowany lot z Lalibeli do Addis.

Życie uratował kupiony bilet powrotny na poniedziałek.
No i tak zamiast lecieć do Nairobi, polecieliśmy do domu..
Moje ostanie zdjęcie z Etiopii.. :D
Załącznik:
16.jpg

Załącznik:
17.jpg

No i tak się chyba zakończy ta relacja.
Z Etiopią pożegnam się jutro, przy mam nadzieje, ściąganiu gipsu.. :D


Niedługo jeszcze dodam krotki post z kosztorysem, a póki co dziękuje wszystkim za uwagę! <3
Uważajcie na swoje nogi w podróży (i nie tylko)!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 9 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group