Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 3 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 15 Sie 2017 18:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lis 2012
Posty: 5178
Zbanowany
srebrny
W tym roku postanowiłem zmienić wielkotygodniowe plany i pojechałem na zachód zamiast na południe, tak jak to było w ubiegłych latach( :arrow: wschodnia-hiszpania-na-dwoch-kolkach,1506,73195). Dotarłem do Saragossy, na rowerze oczywiście, i potem wróciłem na wybrzeże. Nigdy nie byłem w Saragossie ale byłem w Aragonii (Saragossa jest jej stolycą) i wiedziałem, że najciekawszy region to to nie jest. Spodziewałem się silnego wiatru z zachodu, ogromnych pustych przestrzeni i rzadko spotykanych wiosek. Częściowo moje przypuszczenia się potwierdziły...ale nie było w tym nic złego! Poniżej wklejam mapkę z trasą i z miejscami gdzie spałem.
Załącznik:
bici.jpg


Chcąc nie chcąc, jest mi ciężko wyjechać z Barcelony nową trasą więc na pierwszy nocleg wybrałem moje zeszłoroczne odkrycie, czyli L'Espluga de Francolí i pobliski Poblet, gdzie znajduje się znany monastyr (Reial Monastir de Santa Maria de Poblet).
Załącznik:
bici1.jpg
Widok na monastyr ze schroniska

Nie będę ukrywał, że oprócz walorów widokowych, głównym magnesem przyciągającym mnie do tego miejsca jest tanie spanie w pobliskim schronisku (Alberg Jaume I). Byłem tam 2 razy i bardzo polecam to miejsce.
Załącznik:
bici3.jpg
Schronisko Jaume I

Schronisko to jest duże, mają również pokoje 2-osobowe (i jak nie traficie na większe święta to mogą wam je dać pomimo rezerwacji w sali wieloosobowej); w 15 minut można dojść do Espluga. Espluga słynie z carquinyolis, czyli takich małych, twardych (a'la suchar) i słodkich ciasteczek, które świetnie komponują się z kawą. Dojście do monastyru zajmuje jeszcze mniej czasu ale nie jest to po drodze do Espluga, więc najpierw trzeba pójść coś zjeść w miasteczku a dopiero potem zwiedzanie. Ja niestety nie zwiedziłem dogłębnie monastyru, bo zawsze późno kończyłem wizytę w miasteczku i docierałem do klasztoru już przed zachodem słońca. Warto również nadmienić, że to miejsce jest położone na trasie Cystersów (Ruta del Cister) i przez to można je uznać za punkt startu do odwiedzenia innych miejsc tego typu położonych w okolicy. W Espluga polecam przekąsić coś w L'estic, a na deser najlepiej się udać do Pastisseria Carquinyolis Ferrer.
Załącznik:
bici2.jpg
Danie z szaszłykiem w L'estic

Następnego dnia czekał mnie przejazd w zupełnie nowe rejony, do Baldellou. Patrząc na mapę zobaczymy, że jest to wioska gdzieś na końcu świata. Ranny przejazd po N-240 nie należał do rzeczy, które chciałbym powtórzyć - spory ruch i do tego liczne ciężarówki. Na szczęście potem było już bardzo spokojnie, bo jechałem między polami zbóż i plantacjami migdałów. Cała okolica LLeidy słynie z sadów, m.in. migdałowych, i z hodowli świń. Świnie muszą coś jeść więc często spotykałem mieszalnie pasz.
Załącznik:
bici4.jpg
Mieszalnia pasz
Załącznik:
bici5.jpg
Plantacja migdałowców

Wracając do sadów trzeba wspomnieć kto tam pracuje: Afro-Afrykańczycy (potocznie zwani Murzynami). Jest ich tylu, że zdarzały się momenty, kiedy ciężko było stwierdzić, że to Stary Kontynent. Do Baldellou dojechałem wczesnym popołudniem. Jeśli ktoś by zapytał po co tam pojechałem to odpowiedz jest dość prosta: jedno z najtańszych miejsc do spania w Katalonii i okolicach (bo to już Aragonia). Ponadto, w okolicy znajduje się urocza tama i jeszcze podobno jakieś takie ścieżki do chodzenia.
Załącznik:
bici6.jpg
Zalew (Embalse de Santa Ana) w okolicach Baldellou

Wszystko to ładnie wygląda na zdjęciach ale żeby tam dotrzeć potrzebowałbym więcej czasu (i chęci). Jakkolwiek, samo Baldellou nie jest takie złe. Jest tam nawet sklep a'la GS, gdzie nie ma kasy tylko pani wszystko zapisuje w zeszycie. Samo schronisko (ACDC) również ma to coś. Prowadzi je człowiek, który sam stwierdził, że nie robi tego dla piniędzy, bo ma inną, normalną robotę i mu wystarcza. Sale sypialne znajdują się na piętrze a na dole jest jadłodajnia. Niestety, ceny mają normalne a nie takie jak za nocleg, co sprawiło, że poznałem cenę porcji pulpo a la gallega. Nie jest to tanie danie...ale nie można powiedzieć, że nie jest warte swej ceny! Ostatni element noclegowni: własna kaplica.
Załącznik:
bici7.jpg
Kaplica w schronisku w Baldellou

To nic, że dwa domy dalej jest kościół... W Hiszpanii jest sporo mniejszych wyludniających się miejscowości. Baldellou, pomimo swojego dziwnego położenia, wciąż jest żywo połączone z resztą kraju.

Trzeci dzień miał być nie tylko dotarciem do najważniejszego punktu tej wycieczki ale także miałem pobić rekord najdłuższego przejazdu w ciągu jednego dnia po tej stronie Pirenejów. Jakkolwiek, nie chciałem zbytnio się przemęczać i starałem się zoptymalizować trasę żeby zmieścić się w jakimś rozsądnym przedziale. Niestety, moje plany zostały zweryfikowane już po pierwszych 10 kilometrach. Jazda do czymś czego nie można nazwać żwirkiem była zbyt wolna i zbyt ryzykowna. Musiałem przesiąść się na asfalt i przez to wydłużyć przejazd do prawie 160 km.
Załącznik:
bici8.jpg
Rolniczy pejzaż Aragonii

Moja trasa przebiegała przez Monzón, miasto znane ze swojego zamku na skale. Bardzo ładnie on wygląda z zewnątrz ale podobno nie zachwyca z bliska. W Monzón byłem świadkiem jakże surrealistycznej sytuacji. Tak jak wcześniej wspominałem, cały ten region zajmuje się rolnictwem i nie trudno spotkać afrykańskiego imigranta pracującego na roli. Ktoś mógłby pomyśleć: niewolnictwo! A skądże znowu! Otóż siedzę sobie pod parasolkami i wcinam kanapkę kiedy nieopodal mnie zatrzymuje się samochód, wychyla się z niego Murzyn i woła żartobliwie do najprawdopodobniej kumpla (białego) z roboty: ejj, nierobie! kiedy ruszysz zad i przyjedziesz do roboty?! I pomyśleć, że to Hiszpanie odkryli Amerykę...
Tego dnia trasa była dość nudna. Płasko i rolniczo. Wiał lekki wiatr w twarz ale jakoś szczególnie nie przeszkadzał. Po mimo moich obaw, nie było problemow ani ze znalezieniem jedzenia ani ze znalezieniem wody. Zaskoczyła mnie ilość bocianów w tym tej części Hiszpanii.
Załącznik:
bici9.jpg
Bociania antena przy wjeździe to Monzón

Również pewnie formacje skalne wydawały mi się jakby z zupełnie innego kontynentu.
Załącznik:
bici10.jpg
Skały w okolicach Sodeto

Tego dnia miałem przejechać przez niedużą ale dość znana miejscowość. Leciñena to wioska położona na północ do Saragossy. Słynie ona z produkcji ciężarówek (czy tam naczep). Poruszając się po Hiszpanii jest wręcz niemożliwe żeby nie natknąć się na produkt wykonany w tej wiosce. I jak wielkie było moje zdziwienie, gdy przejechałem wzdłuż przez tą miejscowość i nie znalazłem ani jednego znaku, że to tu rodzą się naczepy. Miałem uczucie, że nie są z tego dumni.

Do Saragossy dotarłem przed zachodem słońca. Jakże wielka różnica w poruszaniu się głównymi traktami w porównaniu z tym co jest w Barcelonie! I w ogóle cisza, spokój i dość zielono. Centrum, pomimo obecnego tłumu, nie przytłaczało i dalej mogłem się czuć tam dość swobodnie a nie osaczony przez tych wszystkich...ludzi. Akurat był to Wielki Piątek i kończyły się uroczystości w centrum.
Załącznik:
bici11.jpg
Nazarenos uczestniczący w procesji

Spałem w hostelu La Posada del Comendador. Miałem łóżko w 6-osobowym pokoju. Nie było źle ale w połowie kwietnia tam już było ciepło... Nie chce wiedzieć jakie temperatury panują tam teraz. Jest klima ale marny los tego, na którego będzie dmuchać całą noc... W Saragossie miałem niepohamowaną ochotę zjeść pizze i udałem się do przybytku o nazwie Pomodoro. Pizza dobra, ludzi sporo, warto się wybrać. Chyba kawy nie mieli o tej porze (ok.21) więc w ramach rekompensaty postawili kieliszek limoncello.
Załącznik:
bici12.jpg
Bazylika katedralna Nuestra Señora del Pilar (Matki Bożej na Kolumnie) w Saragossie

Czwartego dnia musiałem przejechać kawałek autostradą w kierunku Caspe, czyli już wracając na wybrzeże. Nie widziałem alternatywnej drogi po tej stronie rzeki Ebro i miałem lekkie obawy ale, na szczęście, ruch był mały a wiatr wiał ostro w plecy, co pozwoliło mi rozwinąć prędkości, z którymi nie mógłbym się poruszać po ulicach okolicznych miast i wsi. Szybka, prawie darmowa jazda na rowerze jest fajna...ale nudna zarazem. Cały ten dzień jechałem z wiatrem i pól dnia następnego. Gdy własnie ostatniego dnia przestało wiać i musiałem wtoczyć się o własnych siłach pod stromą gorę to coś mi się we łbie przestawiło i strasznie dziwnie zacząłem postrzegać szybkość z jaką się poruszałem; byłem świecie przekonany, że licznik mi się zepsuł ale postanowiłem się tym nie przejmować, bo zostały mi tylko 3-4 godziny do końca wycieczki. Oczywiście jedyne co mi w tamtym momencie popsuło to głowa a nie licznik. Ponadto, po takiej wspomaganej jeździe nie czułem, że byłem 5 dni w trasie. Zdecydowanie wole długie pojazdy i długie zjazdy ale w obu przypadkach przy bezwietrznej pogodzie.
Wracając do atrakcji dnia 4., zbyt wiele ich nie było. Trasa nadebrańska jest płaska, z nudnym krajobrazem.
Załącznik:
bici13.jpg
Krajobraz otaczający dolinę rzeki Ebro

Załącznik:
bici14.jpg
Krajobraz otaczający dolinę rzeki Ebro ale trochę bliżej Caspe

Cebula - hit eksportowy tego regionu. Cebula ze Źródeł Ebro, słodkawa, biała, królowa twoich sałatek!

Inne regiony mają wina, oliwę, pomarańcze... a tam szczycą się cebulą, pierwszym hiszpańskim produktem z certyfikatem pochodzenia! Warzywo o bogatej historii, sięgającej czasów rzymskich i późniejszych arabskich. W Caspe w El Quijote podają dorsza z tymże wyrafinowanym produktem miejscowych pól.

W Caspe spałem w La Cabana, akurat to była Wielka Sobota i tam jest taka tradycja, że gdzieś tak do północy dzwonią dzwony, bębnią na bębnach itp i potem jest 7 godzin na spanie i od 7 znów co pół godziny obwieszczają zmartwychwstanie. Nastawianie budzika nie jest konieczne. Caspe słynie ze swoich kościołów (jest ich kilka ale takie większe to chyba 2 naliczyłem). Jakkolwiek, co trzeci spotkany na ulicy mieszkaniec raczej do nich nie zagląda, tak samo za pewne nie delektuje się hiszpańską szynką czy winem. Caspe jest dość przygnębiające i nie polecam tam się zatrzymywać na dłużej niż siku.

Ostatniego dnia przejechałem przez miejscowości Gandesa i Móra d'Ebre. Obie położone są w okolicy, która słynie z produkcji wina. Zanim przystąpiłem do ostatniego zjazdu, wprost na plażę, rzuciłem okiem na miejscowość Tivissa. Jest to wioska położona na granicy parku krajobrazowego. Na bookingu znajdziecie kemping/domki w dość atrakcyjnej cenie (przy 4 osobach) i polecam to ładne miejsce, chociażby na jeden dzień.
Załącznik:
bici15.jpg
Widok na Tivissę

Rowerowa część podróży zakończyłem na stacji kolejowej L'Hospitalet de L'Infant, gdzie skorzystałem z "hiszpańskiej promocji". Polegała ona na tym, że pomimo zapalonego światła w poczekali dworcowej, drzwi do niej (i do automatów sprzedających bilety) były zamknięte. Ponadto konduktor wsiadł do pociągu parę stacji dalej i, niczym Harrison Ford w "Ściganym", czmychnął do kanciapy maszynisty, z której wypełzł na 2 minuty przed Barceloną. Potem tylko gapienie się w sufit/podłogę + ciemne okulary przy przechodzeniu przez bramki i 13€ zostaje w kieszeni.
Załącznik:
bici16.jpg
Plaża w L'Hospitalet de L'Infant

Podsumowując tę część: w tym roku nie było tak interesująco jak w latach ubiegłych. Jazda przez hiszpański interior jest zdecydowanie inna niż wicie się po bliższym lub dalszym ale wciąż wybrzeżu. Widoki są bardziej monotonne. Owszem, znajda się miejsce na ładne fotografie z wakacji ale trochę się trzeba ich naszukać. Z drugiej strony, ruch jest zdecydowanie mniejszy, jest mniej turystów i jest po prostu spokojniej niż gdziekolwiek na wschodnim wybrzeżu.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Załącznik:
auto1.jpg


1. maja to, oprócz święta pracy, również końcówka tygodnia imprez związanych z dniem Świętego Jerzego (Sant Jordi), 23. kwietnia. Wiele katalońskich miejscowości przygotowuje z tej okazji jakieś specjalne atrakcje, festyny itp itd, które szczególnie atrakcyjnie wyglądają w miastach, gdzie zachowały się budowle średniowieczne. I tak własnie pod koniec kwietnia wybraliśmy się do L'Abroç, miasteczko położone na południowy-zachód od Barcelony.
Załącznik:
delt1.jpg
"Niech Pan zaakceptuje naszą chęć i nasze poświecenie dla Katalonii bardziej chrześcijańskiej i bardziej odpowiedzialnej"

Słynie ono z wieży zbudowanej z stylu, który pasuje jak pięść do nosa reszty okolicy. Jest ona zbudowana na wzór giraldy, czyli dzwonnicy katedry w Sewilli. Z jej powstaniem związana jest ciekawa historia ale jej nie będę opowiadał tylko zachęcam nie tylko do poszukania ale także do odwiedzenia tego miejsca.
Załącznik:
delt7.jpg
Giralda w L'Arboç

Załącznik:
delt5.jpg
Wnętrze giraldy w L'Arboç

Samo miasteczko jakoś szczególnie się nie wyróżnia (gdyby nie ta giralda). Zwiedzanie wieży odbywa się tylko z przewodnikiem i chyba kosztuje 10€. My weszliśmy za dużo mniej, bo własnie z okazji w/w święta były "drzwi otwarte".
Załącznik:
delt6.jpg
Festyn na głównej ulicy L'Arboç z okazji dnia Świętego Jerzego

Następnym punktem programu (patrz mapka) była Atafulla. Jeśli ktoś jechał kiedyś między Tarragoną i Barceloną to za pewne widział piękny zamek na wzgórzu. I ja widziałem go nie raz i chcieliśmy pojechać tam i zobaczyć co skrywa w swoich wnętrzach. Niestety, dziś to już "tylko" hotel (pewnie wypaśny) i można sobie pooglądać z zewnątrz jedynie.
Załącznik:
delt8.jpg
Zamek w Altafulla

Popołudniu zameldowaliśmy się w schronisku w Delterbe. Jest to miejscowości umieszczona w centralnej części delty rzeki Ebro. Delta słynie z produkcji ryżu i dlatego chcieliśmy poznać tajniki jego uprawy. W tym celu udaliśmy się do Arroz Molí de Rafelet, gdzie o 17 mieliśmy zwiedzanie z przewodnikiem tego tradycyjnego młyna. Była to trochę promocja własnych produktów ale warto odwiedzić to miejsce. Koniec wizyty miał miejsce w sklepiku, gdzie za 5€ można było kupić kilo ryżu. Przed kolacją rzuciliśmy okiem na ujście rzeki Ebro do morza a potem szybko pojechaliśmy szukać żarcia, bo zaczęło kropić (ale tam chyba często przelotnie kropi i się chmurzy). Tam przy ujściu widziałem ofertę rejsów po rzece i morzu w dość atrakcyjnej cenie tj. ok 7€ za 45 min. Na drugi raz przyjadę wcześniej i zamówię ładniejszą pogodę!W Deltebre zjedliśmy kolacje w barze/restauracji "Lo Carillet" gdzie mieli bogatą ofertę smacznych kanapek. Jedynie hot-dogów nie polecam, bo wyglądały strasznie tanio.

Drugiego dnia wybraliśmy się najpierw na poszukiwania flamingów a potem do kopalni ołowiu w Bellmunt del Priorat. Flamingi znaleźliśmy dość szybko w południowej części delty. Jak tam się im przyjrzeć to w sumie są to brzydkie ptaszyska. Jadąc do kopalni myślałem, że pewnie przyjedzie 2-3 dziwaków jak ja (kto normalny się pcha na zwiedzanie kopalni ołowiu?) i może chociaż z łaski nam pozwolą wejść i rzucić okiem (bo to niedziela była i wcześnie zamykali). Jakież wielkie było moje zdziwienie gdy zobaczyłem, że nie ma gdzie zaparkować, nawet pobocza były pozastawiane. Tego dnia, oprócz chętnych na zwiedzanie kopalni, było również sporo chętnych na skosztowanie miejscowego wina. Priorat jest kolejnych regionem znanym ze swoich win i odbywało się tam jakie spotkanie/targi, coś żeby się napić i pozachwycać się tym, że kasa się zgadza. Kopalnia ołowiu ma dwie części: muzealną na powierzchni i tą właściwą, czyli pod powierzchnią.
Załącznik:
delt9.jpg
Multimedialne wprowadzenie do kopalni w części muzealnej

Załącznik:
delt10.jpg
Wnętrze kopalni

Wizyta jest z przewodnikiem i można prosić o urządzenie z nagranymi mowami przewodnika w innych językach. D nie urywa ale jak ktoś jedzie z dziećmi albo nigdy nie był w takim obiekcie to można rzucić okiem.

Ostatnim punktem tej 2-dniowej wycieczki była wizyta w Montblanc. Średniowieczne mury tego miasteczka pięknie się zgrały z obchodami dnia Święta Jerzego. Były atrakcje typu wykuwanie podków, dmuchanie szkła czy karuzela o napędzie nożnym. Jakkolwiek, moi towarzysze podróży bardziej interesowali się oferta bufetu, gdzie z 6€ można się było nażreć do porzygania. Dużo ludzi, i dla kogoś kto woli najeść się w spokoju to słaba oferta ale raz można...
Załącznik:
delt11.jpg
Montblanc w ostatnią niedziele kwietnia 2017
Załącznik:
delt12.jpg
Montblanc w ostatnią niedziele kwietnia 2017
Załącznik:
delt13.jpg
Montblanc w ostatnią niedziele kwietnia 2017

I teraz wracamy do Saragossy ale na 4 kółkach, czyli streszczanie ubiegłotygodniowej wycieczki do Saragossy, Hueski (Huesca) i Pampeluny; mapka poniżej.
Załącznik:
auto2.jpg


Między Barceloną i Pampeluną trzeba się było gdzieś zatrzymać na spanie i padło na Hueskę, jako eksperyment, bo nigdy nie byłem i ludzie (m.in. @rw30) mówio, że tam wrony zawracają. Jadąc z nastawieniem na zaścianek i niebezpieczne okolice zostaliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni.
Załącznik:
nav6.JPG
"Jeśli (w końcu) przybędą to niech nam zazdroszczą!" - Plakat promujący standardowe normy współżycia mieszkańców

Hueska posiada historyczną, średniowieczną zabudowę (jak większość hiszpańskich miast). Na początku sierpnia były organizowane wizyty z przewodnikiem, za jedyne 5€. Ja po 3 godzinach za kołkiem nie chciałem już wsiadać do żadnego pojazdu i sobie darowaliśmy ale plan wyglądał całkiem przyzwoicie. Całości się zaczynała o 20 a kończyła gdzieś po 22.

Załącznik:
nav5.JPG
Fragment wejścia do katedry w Huesce

W Huesce znajduje się najstarszy działający sklep w Europie "La Confianza". Działa od 1871 roku ale nie sprzedaje niczego szczególnego, to samo co w innych sklepach tylko w innym otoczeniu. "Ultramarinos" w nazwie sklepu pochodzi ze sposobu określania dalekich morz: ultra~bardzo, w sensie daleko, maksymalnie, i marino-morski, stąd ultramarino - daleko morski, produkty zza dalekich mórz.
Załącznik:
nav1.jpg
Najdłużej działający sklep w Europie

Po za tym, znajduje się tam katedra z muzeum diecezjalnym (można wejść na wieżę), muzeum Hueski, muzeum pedagogiczne oraz obserwatorium astronomiczne (kawałek za miastem).
Załącznik:
nav4.JPG
Eksponat z wystawy w Muzeum Hueski

Jak widać, w Huesce nie koniecznie trzeba się nudzić. Dobre jedzenie serwują z "La Vicaría".
Załącznik:
nav19.jpg
Drugie danie w "La Vicaría"

Myśmy spali w hostelu Lizana, który jest położony na obrzeżach starego miasta. Parking mają płatny ale o 5 minut z buta jest osiedle gdzie można spokojnie znaleźć miejsce. Na 2 dni, w drodze z/w Pireneje jak najbardziej polecam!

Drugiego dnia pojechaliśmy do Pampeluny, przejeżdżając przez Jakę(Jaca). O tej mieścinie wspominała już kiedyś @Kasia111 i dlatego tam zrobiliśmy postój. Jaca oferuje pięciokątna twierdzę (z góry ładna a z dołu to tak średnio) z pasącymi się jeleniami, nie wchodziliśmy.
Załącznik:
nav7.JPG
Wejście do twierdzy w Jace

Centrum akurat było opanowane przez przyjezdnych artystów folklorystycznych. Niektórzy z nich postanowili rozpocząć zabawę jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem dzięki czemu gawiedź miała rozrywkę bez szukania miejsca czy programu. Wydaje mi się, że tego było by tam dość nudno więc warto przed przyjazdem zorientować się czy coś się w mieście dzieje.
Załącznik:
nav8.JPG
Występy zespołu folklorystycznego z Tijuany z Meksyku

Po drodze do Pampeluny mijaliśmy jeziora/zalewy ale jadąc po złej stronie drogi ciężko było zatrzymać się na chwile. W Pampelunie spanie mieliśmy przez airbnb, 70€ za 2 noce za 2 osoby. W samym centrum ale cicho i spokojnie. Samochód zostawiliśmy na publicznym, darmowych parkingu, gdzie niby mogą parkować tylko samochody zarejestrowane w systemie ostrzegania przed powodziami ale nikt tam tego nie sprawdzał. Obok płynie rzeka i pewnie czasem sobie wylewa. Obeszliśmy centrum, postrzelaliśmy foty i w sumie tyle tego było.
Załącznik:
nav9.JPG
Byk w centrum Pampeluny

W El Redín serwują bardzo smaczne jedzenie (na obiad). Na kolacje polecam tapas itp w La Comedia.

Trzecie dnia nasz wypoczynek przybrał bardziej aktywny charakter. Rano pojechaliśmy na kajaki do miejscowości Lerate, nad zalewem Alloz. 10€ za godzinę za dwuosobowy. Parking 2,5€. Są mini schowki na drobiazgi, ale na kajaku bardzo się nie zamoczyłem więc jakieś szczególnej wartości przedmioty, czy nawet telefon, można zawiesić sobie na szyi w jakimś plastikowym woreczku. Spokojny odpoczynek na wodzie, polecam każdemu.
Załącznik:
foto z: semanaazulluisamigo.blogspot.com.es
Zalew Alloz

Potem pojechaliśmy do Baquedano, gdzie zaczyna się szlak do źródeł rzeki Urederra. Ale najpierw stanęliśmy w Estella na obiad i tam odkryliśmy prawdę, której chyba nie zna jeszcze cały świat. Otóż uliczne gonitwy byków nie odbywają się tylko w Pampelunie ale także w innych miejscowościach Navarry. Tego dnia było własnie w Estelli. A wracając do źródeł Urederry, jest to atrakcja tak popularna, że trzeba się rejestrować na stronie przed przyjazdem! Jest limit osób na dzień. Parking niby jest płatny (4,5€) ale my mieliśmy za darmo. Być może dlatego, że przyjechaliśmy wczesnym popołudniem kiedy już było mało osób. Przy wejściu dają naklejki a potem jest kontrol (u nas nie było, bo własnie może z powodu małej liczby osób). Trasa w jedna stronę to ok. 2 godziny (a nie 45 min spacerkiem jak mi wcześniej wszyscy mówili...). W trampkach się idzie niewygodnie, bo jest trochę kamieniście ale da radę. Szmaragdowa rzeczka, wodospadziki, no ładnie jest :)
Załącznik:
nav10.JPG
W drodze do źródła Urederra

Czwartego dnia pojechaliśmy w stronę Saragossy, z przystankiem na zwiedzanie zamku w Olite. Zamek jest na tyle duży, że jak ktoś nie jedzie sam to albo nie rozdzielać się albo mieć telefon. Po tej wizycie miałem już dość zamków. W środku standard - puste ściany, podłogi, czyli jak ktoś lubi oglądać kamienie to ma jak w raju.
Załącznik:
nav11.JPG
Zamek w Olite

Dalej, między Tudelą i Arguedas można podziwiać krajobraz pustynny, taki bardziej a'la dziki zachód. Z drogi widać wystarczająco ale można zjechać jak ktoś chce.
Załącznik:
nav13.JPG
Widoki miedzy Tudelą i Arguedas; Parque de Bardenas Reales

W Tudeli znaleźliśmy taki oto strzeżony parking:
Załącznik:
nav14.JPG
Strzeżonego Pan Bóg strzeże w nieco przesadzonej formie

W Saragossie spaliśmy w hotelu Inca, w samym centrum. Tam, w odróżnieniu od Hueski i Pampeluny, oferta hotelowa jest dużo bogatsza i tańsza. 35€ za dwójkę. Samochód zostawiliśmy po drugiej stroni rzeki i, niestety, ktoś go raczej przypadkiem zarysował na sumę +/-200€. Akurat była niedziela więc wybraliśmy na darmowe zwiedzanie pałacu Alfajería. Jest to budynek o charakterze podobnym do Alhambry, czyli styl arabski.
Załącznik:
nav15.JPG
Pałac Alfajería
Załącznik:
nav16.JPG
Futurystyczne formy muzeum i kościoła w Saragossie

Potem przeszliśmy się przez centrum, gdzie zobaczyliśmy, że przyjazd bez planu zwiedzania nie jest dobrym pomysłem. Wieczorem załapaliśmy się na końcówkę mszy w Bazylice. I to było na tyle.

Załącznik:
nav18.JPG
Bazylika katedralna Nuestra Señora del Pilar (Matki Bożej na Kolumnie) w Saragossie, nocą do strony rzeki Ebro

Ostatniego dnia wsiedliśmy w naszego wypożyczonego Opla Corse i powlekliśmy się N/A-II do Barcelony.
Jeszcze słów parę o naszych autach. Na majowy weekend mieliśmy Nissana Pulsara 1.2 benzyna z Autoclick, za ok 35€ z pełnym ubezpieczaniem bezpośrednio od nich. Tu akurat nie było żadnych problemow po za spalaniem (a i tego by nie było gdyby mi dali diesla, tak jak rezerwowałem...). Ponad 7 litrów na 100 km przy autostradowej jeździe to sporo za dużo. Teraz, przy wyjeździe do Pampeluny, testowałem nową wypożyczalnię olecar. Ceny w sierpniu są...wiadomo jakie a oni oferują za 10€ za dzień przez doyouspain (bezpośrednio też taka cena). 82€ wyszły 5 dni z zabezpieczeniem wkładu własnego przez doyouspain. Ale tu jest mały haczyk (a właściwie 2): -doyouspain mówi, że wkład własny to tylko 350€, co jest +/- 3-4 razy mniej niż normalnie; w rzeczywistości oni (olecar) blokują 350€ ale wkład własny to 1200€. Jak by co o tyle skubną, ale na wstępie biorą tylko 350€. -Drugi haczyk, w porównaniu z Autoclick to taki, że przy uszkodzeniach dochodzi opłata administracyjna (50€), której chyba mi ubezpieczyciel nie zwróci, bo na fakturze jest wyraźnie, że szkoda 150€ a obsługą 50€. W Autoclick tego nie było. Tak czy siak, nawet za 130€ za 5 dni w sierpniu, na dzień przed wyjazdem to jest dobra cena.

Mam nadzieje, że natchnę kogoś na porzucenie utartych szklaków i zachęcę do odwiedzenia mniej znanych zakątków tej części półwyspu iberyjskiego.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Marzy Ci się wycieczka rowerowa po Hiszpanii? Zapytaj! Coś podpowiem ;)
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 15 Sie 2017 18:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Sie 2012
Posty: 3417
srebrny
1 zdjęcie fajne, czym robiłeś?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 15 Sie 2017 20:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lis 2012
Posty: 5178
Zbanowany
srebrny
@becek
Telefonem, redmi3. Oprócz tego, są jeszcze zdjęcia robione Canonem IXUS10 HS i Olympusem jakimś tam (jakaś lustrzanka, którą w zasadzie spokojnie zastępuje ten Canon).
_________________
Marzy Ci się wycieczka rowerowa po Hiszpanii? Zapytaj! Coś podpowiem ;)
Góra
 Relacje PM off
dubaj1910 lubi ten post.
 
 
 [ 3 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group