Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 6 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 11 Kwi 2016 23:38 

Rejestracja: 24 Lut 2012
Posty: 1166
Loty: 120
Kilometry: 257 443
niebieski
Relacji z Zachodu USA jest na forum mnóstwo.
Dorzucam swoją cegiełkę jako inspirację dla nieznających i zachętę dla niezdecydowanych.

Jak zawsze inspiracją kolejnego tripu była propozycja Fly4free, jaka pojawiła się w czerwcu 2015 r. lotów do słonecznej Kalifornii http://www.fly4free.pl/tanie-loty-do-ka ... -1241-pln/.
Perspektywa zimowych ferii w ciepłym klimacie, obejrzenia na żywo meczów NBA i chęć skorzystania z aktualnych jeszcze amerykańskich wiz sprawiła, że bilety zostały zakupione. Termin - druga połowa lutego, ponad dwa tygodnie poza domem!
Skład wycieczki - 3-osobowa rodzina z 15-latkiem i dwoma adultsami.
Zasadniczy bilet na lot do USA liniami British Airways obejmował podróż na trasie Goteborg - Londyn - San Francisco i powrót Ontario - Dallas - Londyn - Kopenhaga i kosztował 270 EUR za osobę. Trzeba było do tego dokupić dolot do Goteborga i powrót z Kopenhagi.
Ostatecznie za bilety lotnicze na podróż Warszawa - USA - Warszawa zapłaciłem ok. 1450 zł/os.

Plany na USA - San Francisco, Los Angeles i jak najwięcej amerykańskich cudów natury zachodniego wybrzeża.
Pozostało czekać na terminarz NBA, od którego uzależnione były plany całego wyjazdu. Tenże ogłoszony został dopiero jesienią, nie był rewelacyjny, o czym za chwilę.
Do tej pory nie planowałem tak długich samodzielnych wypraw, w dodatku miało być wygodnie ale ekonomicznie, dlatego korzystając z pojawiających się promocji zarezerwowałem z wyprzedzeniem kilka noclegów tworząc w ten sposób ramowy plan wyprawy, taki szkielet, którego z założenia mieliśmy się trzymać.
16 lutego nadszedł szybko, spakowane walizki wylądowały w bagażniku samochodu i ruszyliśmy w amerykańskie nieznane!

Dzień 1.
Wyjechaliśmy z domu wczesnym lutowym rankiem do Warszawy. Samochód został na parkingu przy lotnisku w ramach grouponowej oferty 45 zł za 2 tygodnie, na lotnisko Chopina dotarliśmy bez przeszkód. Lot Wizzairem do Goteborga był krótki i bez większej historii. Szwedzka ziemia przywitała nas słońcem ale też chłodem. Zapakowaliśmy się z bagażami do zarezerwowanego wcześniej Swebusa (42SEK dorosły i 28 SEK dziecko) i pojechalismy do miasta. Swebus dojeżdża do jedynego przystanku w mieście na dworcu głównym w Goteborgu. Chłód i perspektywa dalekiej podróży dnia następnego sprawiła, że nie planowaliśmy w ogóle zwiedzania miasta - przespacerowaliśmy się do hotelu Liseberg Heden (nocleg z promocji Hotwire kupiony z wykorzystaniem HotDollars za 28 USD) i tam wypoczywaliśmy przed dalszą drogą.

Dzień 2.
Po śniadaniu w hotelu (całkiem niezłe) i wymeldowaniu pojechaliśmy autobusem Flygbussarna na lotnisko (95 SEK dorosły, 79 SEK dziecko) - opcja droższa od Swebusa, ale autobusy kursują częściej i zatrzymują się w kilku punktach miasta, w tym bardzo blisko hotelu w którym mieszkaliśmy). Odprawiliśmy się sprawnie otrzymując karty pokładowe już docelowo do San Francisco.
Lot do Londynu airbusem British Airways trwał niecałe 1,5 godziny, po drodze jakieś napoje i przekąska za free.
Na Heathrow klasycznie kolejna kontrola security - nie bardzo wiem, dlaczego na innych lotniskach przy flight connections po prostu się przesiada a na Heathrow są te szopki z kolejnymi odprawami.
Na szczęście mieliśmy trochę czasu, więc po kontroli był czas popatrzeć jeszcze na ogromne maszyny Britisha ruszające w transkontynentalne rejsy. Do lotu szykował się też nasz ogromny A380.
Załącznik:
image049.jpg

To był mój pierwszy lot tą maszyną, co dodawało dodatkowego smaczku całej wyprawie. Od razu powiem, że wrażenia z lotu jak najlepsze - cicho, wygodnie, przestrzennie, brakuje tylko internetu. Podawane posiłki jak najbardziej w porządku, podobnie napoje (również alkoholowe).
11-godzinny lot siłą rzeczy musi być męczący, ale szczerze mówiąc spodziewaliśmy się, że będzie dużo gorzej. Do San Francisco dolecieliśmy ok. godz. 18 miejscowego czasu, miasto przywitało nas deszczem i chłodem. To jednak nie był koniec naszej podróży tego dnia.
Terminarz NBA sprawił, że 3 kolejne dni mieliśmy spędzić w Los Angeles, gdzie akurat rozgrywane były mecze NBA, dlatego z lotniska autobusem SamTrans nr 282 pojechaliśmy do centrum San Francisco, stamtąd tramwajem (metrem) na stację Caltrain, skąd odjeżdżają autobusy firmy Megabus. Punktualnie o 22.30 ruszyliśmy w naszą nocną podróż do Los Angeles.
Mieliśmy nadzieję, że nocą nie będzie wielu pasażerów i może uda się powyciągać na kilku siedzeniach.
Strategicznie zajęliśmy tyły, niestety plan legł w gruzach bo autobus wypełnił się niemal co do miejsca.

Dzień 3.
Do LA dotarliśmy ok. godz. 6.30. Miasto Aniołów również przywitało nas fatalną deszczową pogodą. Z Union Station, dokąd dojeżdżają autobusy Megabusa pojechaliśmy wreszcie do hotelu na zasłużony spoczynek. Zatrzymaliśmy się w Americas Best Value Inn po 83 USD za nocleg rezerwowane ma MakeMyTrip - opcja ekonomiczna - bez luksusów ale poprawnie, nawet z namiastką śniadania (jakieś płatki, dżemy, kawa, herbata) i co ważne w centrum miasta i w zasięgu spaceru od stacji metra. Po jakichś 35 godzinach od wyruszenia z domu organizm domagał się choć kilku godzin snu. Na szczęście pomimo wczesnego ranka dostaliśmy bez problemu pokój i poszliśmy spać.
Wstaliśmy po 3-4 godzinach obudzeni promieniami pięknego słońca. Taka pogoda towarzyszyła nam już przez cały wyjazd.
Przespacerowaliśmy się po centrum LA, które jest przyjemne, ale bez fajerwerków - w porównaniu z takim Nowym Jorkiem na przykład szału nie ma.
Załącznik:
image051.jpg

Załącznik:
image053.jpg

Załącznik:
image001.jpg

Spacerując dotarliśmy do Staples Center - hali, w której swoje mecze rozgrywają oba kluby NBA z Los Angeles.
W jednej z ogromu knajp dookoła hali zjedliśmy pizzę i na spokojnie poszliśmy na mecz Los Angeles Clippers - San Antonio Spurs.
Załącznik:
image054.jpg

Załącznik:
image052.jpg

Załącznik:
image008.jpg

Załącznik:
image009.jpg

Hala jest ogromna, widoczność z każdego miejsca znakomita, ale siedzenie w górnych sektorach, bardzo pionowo wyniesionych, budzi pewien strach przed dużą otwartą przestrzenią, nad którą się niemal wisi. Mecz nie porwał, ale nie to było ważne - pierwszy sportowy cel został spełniony. Do hotelu wróciliśmy późnym wieczorem.

Dzień 4.
Obudziły nas dźwięki z hotelowego parkingu. Za oknem zamieszanie, jakieś dźwigi, samochody, wysięgniki. Okazało się, że na parkingu naszego hotelu kręcą film! Cóż - Hollywood blisko.
Załącznik:
image050.jpg

Po dokładnym przyjrzeniu się całej ekipie i szybkim researchu w internecie okazało się, że to serial Castle, popularny również u nas. Z okna mieliśmy idealny widok, dlatego przez chwilę popatrzyliśmy na kulisy filmowej roboty. Czas do wieczornego, kolejnego meczu NBA w Staples Center (tym razem Los Angeles Lakers - San Antonio Spurs) spędziliśmy w Universal Studios Hollywood. Dojechaliśmy tam czerwoną linią metra i podstawionym tuż obok shuttle busem w formie otwartej.
Załącznik:
image057.jpg

Universal Studios to wyprawa na cały dzień. My byliśmy poza sezonem i tak naprawdę od otwarcia do zamknięcia ledwie się wyrobiliśmy. Studios to połączenie studiów filmowych, w których normalnie kręcone są produkcje z tematycznym parkiem rozrywki.
Każdy znajdzie tam coś ciekawego. Park jest podzielony na tematyczne krainy odpowiadające przebojowym filmom nakręconym w wytwórni Universal.
Mamy więc krainę Minionków z symulatorem zmieniającym nas w jednego z nich, mamy wielki plac zabaw dla dzieci, mamy krainę Shreka z olbrzymim kinem prezentującym film w technice 4D. Jest część poświęcona Simpsonom z symulatorem.
Załącznik:
image002.jpg

Załącznik:
image003.jpg

Załącznik:
image004.jpg

Załącznik:
image005.jpg

Załącznik:
image006.jpg

Załącznik:
image007.jpg

Na nas największe wrażenie zrobił show Wodnego Świata i Studio Tour - przejadżka po słynnych planach filmowych z atrakcjami - realistyczną walką King-Konga z tyranozaurem, symulacją trzęsienia ziemi na stacji metra czy planami z filmu Szczęki.
Załącznik:
image055.jpg

Załącznik:
image056.jpg

Jest show z pokazem zwierząt występujących w filmach i rewelacyjny rollercoaster z Powrotu Mumii.
Atrakcji jest bez liku. Są oczywiście miejsca, w których można się posilić, w pobliżu parku jest również kilka hoteli dla tych, którzy zechcieliby tu spędzić więcej niż jeden dzień.
Z czystym sumieniem polecamy to miejsce.

Wieczór dnia 4 zwieńczyliśmy jak pisałem znowu w Staples Center na kolejnym meczu koszykówki. Dla nas mecz symbol - moja ulubiona drużyna kontra ulubiona drużyna syna w hali, którą zawsze chciał zobaczyć z kończącym karierę Kobe Bryantem na parkiecie w jednym z jego ostatnich meczów.
Załącznik:
image058.jpg

Załącznik:
image059.jpg

Załącznik:
image060.jpg

Mimo, że oprawa meczu a zwłaszcza publiczność nie zachwyciła (mamy porównanie z meczami w obu nowojorskich halach), Staples Center opuszczaliśmy usatysfakcjonowani. W hotelu zameldowaliśmy się znów późnym wieczorem.

Dzień 5.
Ostatni dzień w LA spędziliśmy w Hollywood. Nasza wizyta w tym miejscu wypadła na tydzień przed wręczeniem Oskarów, trwały już przygotowania do ceremonii, rozstawiano jakieś rusztowania do trybun itp., ale generalnie wszystko dało się obejrzeć bez problemów.
Załącznik:
image010.jpg

Załącznik:
image011.jpg

Załącznik:
image012.jpg

Załącznik:
image013.jpg

Załącznik:
image061.jpg

Tłumy ludzi wszędzie, kicz i tandeta w sklepach. Niby nie spodziewaliśmy się niczego innego, fajnie było zobaczyć napis Hollywood gdzieś w oddali, aleję gwiazd, ale na kolana nas to miejsce nie rzuciło.
W planach mieliśmy jeszcze wieczorny mecz Los Angeles Clippers z mistrzami NBA Golden State Warriors, ale ostatecznie z uwagi na horrendalnie drogie bilety, których ceny w ogóle nie chciały spadać, temat odpuściliśmy.
Mecz obejrzeliśmy w TV (fajnie jest kibicom amerykańskich sportów w USA - mecze o ludzkiej popołudniowej lub wieczornej porze, a nie w środku nocy jak w Polsce) i poszliśmy wcześniej spać, bowiem rano czekał nas wyjazd w dalszą drogę.

Dzień 6.
Wczesnym rankiem podreptaliśmy na stację metra, skąd dotarliśmy na porannego Megabusa i ruszyliśmy w drogę do Las Vegas. Kilkugodzinna podróż nie była specjalnie uciążliwa, po drodze przystanek na kawę i rozprostowanie nóg. Do Vegas dotarliśmy wczesnym popołudniem. Kupiliśmy dobowe bilety na komunikację miejską i pojechaliśmy do centrum.
Zamieszkaliśmy w popularnym wśród forumowiczów hotelu Stratosphere, noclegi znowu z promocji Hotwire po 27 USD za dobę + dopłaty w hotelu na miejscu.
Załącznik:
image014.jpg

Załącznik:
image015.jpg

Początkowo dostaliśmy pokój na niskim bodaj 6 pietrze z rewelacyjnym widokiem na... ogromne klimatyzatory i inną hotelową infrastrukturę techniczną. Prośba u managera i sugestia, że chcielibyśmy aby nasz pierwszy raz w Vegas nie był ostatnim okazała się skuteczna na tyle, żeby dostać identyczny pokój 6 pięter wyżej. Widoku na Strip nie było, ale i tak byliśmy zadowoleni.
Ruszyliśmy na miasto. Każdy jadąc do Vegas ma jakieś tam o nim wyobrażenie. Że miasto rozrywki, że hazard itd. To wszystko się zgadzało, chociaż nie doceniliśmy chyba jego ogromu i wielkości, tej liczby hoteli, ludzi w nim mieszkających, kasyn, w których te tłumy zostawiają codziennie miliony dolarów....
Wieczorne Vegas robi wrażenie jeszcze większe. Feeria barw, świecące neony tworzą klimat tego miejsca. Vegas słowami trudno opisać, to naprawdę trzeba zobaczyć. Raz w życiu wystarczy, ale trzeba.
Załącznik:
image016.jpg

Załącznik:
image017.jpg

Załącznik:
image018.jpg

Załącznik:
image019.jpg

Załącznik:
image020.jpg


Dzień 7.
Dzień luzu w Vegas, który chcieliśmy przeznaczyć m.in. na jakieś zakupy w Stanach. Ruszyliśmy więc do reklamowanych outletów Las Vegas. Cóż - nie wiem, gdzie i jak robią zakupy w USA ci, którzy się nimi zachwycają. Dla nas te outlety okazały się totalnym niewypałem.
Otwarci na jakieś promocje sportowego obuwia i odzieży przemierzaliśmy rozliczne sklepy sportowych marek, ale tak naprawdę nie spotkaliśmy żadnych fajnych ofert. Rozczarowani wróciliśmy z pustymi rękoma i ponownie ruszyliśmy w miasto. Przegraliśmy kilkanaście dolarów na automatach, popodziwialiśmy ogrooooomne kasyna w wielkich hotelach typu MGM Grand czy Ceasars Palace i grzecznie wróciliśmy do hotelu.
Załącznik:
image062.jpg

Załącznik:
image063.jpg

Załącznik:
image024.jpg

Załącznik:
image025.jpg

Załącznik:
image026.jpg

Załącznik:
image027.jpg



Dzień 8.
Znowu w drogę. Po wymeldowaniu z hotelu komunikacją miejską dotarliśmy na lotnisko, skąd lotniskowym autobusem podjechaliśmy do wypożyczalni samochodów. Oczywiście można było samochód wypożyczyć w centrum miasta, ale po prostu ceny wypożyczenia z lotniska były dużo niższe. Rezerwacja dokonana przez internet, przy okienku dopełnienie formalności i już siedzieliśmy w białym Chevrolecie. Krótkie przystosowanie się do automatycznej skrzyni biegów i już mknęliśmy po wielopasmówce w stronę zapory Hoovera. Po mniej więcej godzinie jazdy dotarliśmy do celu.
Załącznik:
image028.jpg

Zapora robi wrażenie nawet na laikach, jeśli chodzi o techniczne aspekty tego typu budowli. Widokowo też jest to atrakcyjne miejsce. Po krótkim pobycie i spacerze po moście biegnącym ponad zaporą i kanionem stwierdziliśmy, że robi się późno i w zasadzie czasu starczy nam tylko na dojechanie do miejsca kolejnego noclegu - Williams, stanowiącego bramę do Grand Canyonu.
Po drodze wstąpiliśmy tylko na jakieś jedzenie i ostatecznie już po zmierzchu zameldowaliśmy się w Williams, w hotelu Days Inn (64 USD za trójkę ze śniadaniem na MakeMyTrip). Pomimo pięknej i słonecznej pogody przez całą drogę w Williams przywitały nas resztki śniegu i rześki chłód. Atak zimy w Grand Canyonie był jakieś 2 tygodnie przed naszym przyjazdem.

Dzień 9.
Noc minęła spokojnie, po śniadaniu (amerykańskie standardy, ale bardzo poprawnie, nawet z samodzielnie przyrządzanymi pancake'ami) zdecydowaliśmy nadrobić zaległość dnia poprzedniego i wrócić do Seligman - klimatycznego miasteczka starej Route 66, którego obejrzenie poprzedniego dnia uniemożliwiły nam zapadające już ciemności.
Załącznik:
image029.jpg

Załącznik:
image030.jpg

Załącznik:
image031.jpg

Z Seligman wróciliśmy ponownie do Williams, skąd już bez zbędnych ceregieli podążyliśmy prosto do Wielkiego Kanionu.
Tam oczywiście wielkie wow!
Załącznik:
image032.jpg

Załącznik:
image033.jpg

Załącznik:
image064.jpg

Załącznik:
image065.jpg

Ukłony w stronę niebios za fantastyczną pogodę, która w lutym mogła przecież pokrzyżować plany i sprawić, że zamiast kanionu ujrzelibyśmy na przykład gęstą mgłę albo chmury. Nic takiego nie miało miejsca - Kanion pokazał nam się w pełnej krasie, a że nie był to szczyt sezonu, wygodnie dojeżdżaliśmy i parkowaliśmy w poszczególnych punktach widokowych.
Wspaniałe panoramy i panująca cisza to ogromne doświadczenie obcowania z naturą - wspaniałe. Znad kanionu ruszyliśmy w ogólnym kierunku Page - kolejnego miejsca noclegu. Krajobrazy po drodze - cudowne. Ta przestrzeń, te pustynie, góry, przytłaczająca, bezkresna natura wokół - coś pięknego. Jazda samochodem po takich drogach - marzenie.
Załącznik:
image034.jpg

Załącznik:
image035.jpg

Załącznik:
image036.jpg

Załącznik:
image037.jpg

Załącznik:
image038.jpg

Załącznik:
image039.jpg

Załącznik:
image040.jpg

Do Page dotarliśmy już przy zachodzącym słońcu. Zgodnie z planem podjechaliśmy jeszcze do Horseshoe Band, ale oglądanie tego miejsca niemal po ciemku jest totalnym nieporozumieniem, dlatego zgodnie zdecydowaliśmy wrócić tam kolejnego dnia rano.
Załącznik:
image041.jpg

W Page wieczorem zjedliśmy najlepszy posiłek w ciągu całego pobytu w Stanach - znakomite steki chociaż w sieciowej knajpie Denny's. Zanocowaliśmy w hotelu Best Western View of Lake Powell - trójka ze śniadaniem za 63 USD z oferty MakeMyTrip.

Dzień 10.
Po najlepszym chyba ze wszystkich hotelowych śniadań w ciągu całego wyjazdu pojechaliśmy zorganizowaną wycieczką do Kanionu Antylopy.
Wycieczkę wykupiliśmy przez internet w Antelope Canyon Tours, opcja jest wygodna, bo pod biuro firmy podjeżdża się samochodem, wsiada do firmowych pickupów z indiańskim przewodnikiem - kierowcą i jedzie do Kanionu. Całość za 3 osoby kosztowała 114 USD.
Załącznik:
image042.jpg

Pomimo opcji częściowo zamkniętego i osłoniętego plandekami samochodu kurz przy jeździe przez pustynię do samego kanionu jest uciążliwy, czerwonawy pył wdziera się wszędzie i osiada na ubraniach. Wszystko to jednak nic wobec nagrody jaką jest sam kanion.
Coś absolutnie niewiarygodnego i fantastycznego - dzieło dokonane przez naturę w ciągu milionów lat jest warte każdego poświęcenia (znowu nie trzeba go aż tak wiele).
Załącznik:
image045.jpg

Załącznik:
image046.jpg

Załącznik:
image047.jpg

Załącznik:
image067.jpg

Po zakończonej ponad godzinnej wycieczce zrobiliśmy zakupy w Page (najniższe ceny spożywki w ciągu całego wyjazdu) i pojechaliśmy zgodnie z wcześniejszym postanowieniem do Horseshoe Band. Tutaj kolejne wielkie, ogromne WOW!
Załącznik:
image068.jpg

Widok z kolekcji nie do zapomnienia do końca życia. Trudno tu coś pisać tym, którzy tego nie widzieli.
Po prostu zobaczcie to!
Page opuszczaliśmy z żalem, ale plan był nieubłagany - jeszcze tego samego dnia mieliśmy wieczorem zameldować się znowu w Las Vegas.
Ruszyliśmy znów drogami i bezdrożami Arizony, Utah i wreszcie Nevady.
Wjazd do ogromnego, rozświetlonego, nocnego już Vegas z ciemnej pustyni - niezapomniany.
Zameldowaliśmy się w hotelu Super 8 Las Vegas Strip Area (rezerwacja bezpośrednio na stronie za 29 USD + dopłata w hotelu) i zaliczyliśmy jeszcze jeden wieczorny spacerek po Stripie.

Dzień 11.
Po śniadaniu pojechaliśmy na lotnisko w Vegas aby zwrócić wypożyczony samochód i zadekować się na samolot do San Francisco. W wypożyczalni wszystko jak zwykle sprawnie i szybko, na lotnisku jeszcze ostatnie dolary przegrane na automatach (tuż przed wejściem do samolotu) i już lecieliśmy nad Nevadą samolotem linii JetBlue.
Bilety kupione po 50 USD od osoby z bagażem rejestrowanym w cenie, samoloty wygodne, wifi na pokładzie, woda + chipsy z niebieskich ziemniaków w cenie - szczerze polecam! Szybki lot i znowu byliśmy w San Francisco. Równie błyskawicznie jak w Vegas ze zwrotem uporaliśmy się w San Francisco z odbiorem kolejnego wypożyczonego samochodu. Kompakty się skończyły dlatego bez dopłaty dostaliśmy wygodną, dużą limuzynę chevroleta, którą pojechaliśmy od razu na most Golden Gate.
Tutaj na dzień dobry rozczarowanie - most we mgle!
Załącznik:
image077.jpg

Cóż, nie szło się już wycofać z przejazdu (za wjazd mostem do San Francisco jest opłata ściągana przez wypożyczalnię po jakimś tygodniu, bo przejeżdża się jedynie ograniczając prędkość), zatrzymaliśmy się po drugiej stronie mostu w oczekiwaniu ma ustąpienie mgły. W nadziei na lepsze widoki wjechaliśmy na wzgórza Marin Headlands, niestety mgła tylko się nasilała, dlatego zrezygnowani wróciliśmy do miasta i pojechaliśmy do hotelu. Zatrzymaliśmy się w Van Ness Inn - nocleg za 115 USD na booking.com, w cenie kontynentalne śniadanie. Bardzo poprawnie, blisko do Lombard Street i innych atrakcji San Francisco.
Zaliczyliśmy jeszcze popołudniowo - wieczorny spacer po nadbrzeżnej części miasta, dzień zakończyliśmy kolacją ze świeżej ryby i krewetek z frytkami na Fisherman's Warf.
Załącznik:
image078.jpg

Załącznik:
image079.jpg

Załącznik:
image080.jpg


Dzień 12.
Po śniadaniu wymeldowaliśmy się z hotelu, samochód pozostał na hotelowym parkingu, zaś my zrobiliśmy spacer po ulicach San Francisco.
Załącznik:
image081.jpg

Załącznik:
image082.jpg

Załącznik:
image083.jpg

Załącznik:
image084.jpg

Załącznik:
image085.jpg

Załącznik:
image069.jpg

Zgodnie stwierdziliśmy, że miasto za dnia robi o wiele większe wrażenie aniżeli wieczorem - przeszliśmy się po stromych ulicach Russian Hill, obejrzeliśmy samochody zjeżdżające serpentynami Lombard Street, popatrzyliśmy na słynne tramwaje linowe i zdecydowaliśmy pojechać jeszcze raz na obejrzenie Golden Gate.
Tym razem most nie robił niespodzianek w postaci chowania się w chmurach i grzecznie służył jako tło do obowiązkowych zdjęć.
Załącznik:
image021.jpg


Załącznik:
image023.jpg

Zdecydowanie najlepsze panoramy oferują wzgórza po drugiej stronie jadąc od miasta, Battery Spencer czy dalej Marin Headlands.
Załącznik:
image086.jpg

Załącznik:
image087.jpg

Czas gonił, zgodnie z planem i zrobioną rezerwacją mieliśmy dotrzeć tego dnia do San Luis Obispo. Podróżowaliśmy Pacific Coast Highway, biegnącą w stronę Los Angeles nad oceanem. Po drodze piękne widoczki, poszarpane wybrzeża, poprzerzucane nad klifami mosty w okolicach Big Sur, urokliwy zachód słońca.
Załącznik:
image070.jpg

Załącznik:
image071.jpg

Załącznik:
image072.jpg

Załącznik:
image088.jpg

Załącznik:
image089.jpg

Załącznik:
image090.jpg

Załącznik:
image091.jpg

Załącznik:
image092.jpg

No tak - zachód słońca a my wciąż daleko od San Luis Obispo. Nawigacja pokazywała jakieś 80 mil do celu kiedy wokół nas zrobiło się zupełnie ciemno. Droga wiła się cały czas wzdłuż skalistego wybrzeża oceanu, jakoś tak ubywało z każdą minutą samochodów jadących w obie strony, wreszcie najechaliśmy na jakiś wypadek, w wyniku którego jakiś nieszczęśnik posadził autko na dachu zjeżdżając do rowu. Nikomu się na szczęście nic nie stało, ale zrobiło się po prostu trochę nieswojo...
Na szczęście po kilkunastu minutach walki z zakrętami droga się "wyprostowała" i jakoś doturlaliśmy się wreszcie do motelu Super
8 w San Luis Obispo na zasłużony odpoczynek. Nocleg za 77 USD za trójkę, niby ze śniadaniem, z którego jednak de facto z powodu spóźnienia nawet nie skorzystaliśmy.

Dzień 13.
Ostatni dzień naszej podróży po Stanach, w którym mieliśmy dotrzeć finalnie do hotelu nieopodal lotniska Ontario w okolicach LA.
Do przejechania było 230 mil, wyruszyliśmy więc przed południem, po drodze robiąc kilka przystanków nad oceanem.
Załącznik:
image073.jpg

Załącznik:
image093.jpg

Ambitny plan zakładał jeszcze podjechanie pod litery słynnego napisu Hollywood na Mount Lee, niestety do LA wjeżdżaliśmy już przy zapadającym zmierzchu i ostatecznie odpuściliśmy slalom po wąskich uliczkach wiodących w kierunku napisu.
Wieczorem dotarliśmy do hotelu Radisson Inn koło lotniska Ontario. Fajnie oglądało się w telewizji ceremonię wręczenia Oskarów, będąc tak naprawdę rzut beretem od Dolby Theatre.

Dzień 14.
Z hotelu na lotnisko jechaliśmy góra 5 minut, oddaliśmy wypożyczone auto i wyruszyliśmy w powrotną podróż do Polski.
Z Ontario liniami American Airlines polecieliśmy do Dallas.
Załącznik:
image074.jpg

Ogromne lotnisko przy nie za długiej przesiadce sprawiły, że zwątpiliśmy, aby nasze bagaże miały szansę dotrzeć razem z nami do Europy. Zapakowaliśmy się do jumbo-jeta British Airways i pożegnaliśmy amerykańską ziemię.
Załącznik:
image075.jpg

W Londynie lądowaliśmy już rankiem dnia 15.

Dzień 15. Na Heathrow klasycznie - ponowna kontrola, ponowne skanowanie, grzebanie w plecakach - nie lubię tego lotniska, choć tak naprawdę patrząc na różnorodność ras, ubiorów, kolorów skóry przewalających się tam pasażerów, żadne środki bezpieczeństwa nie są w stanie dziwić.
Nasz lot do Kopenhagi był trochę opóźniony, ale nie było zagrożenia dla dalszej podróży.
Wylądowaliśmy w Kopenhadze, gdzie niestety nasze przewidywania co do bagażu częściowo się sprawdziły.
Z trzech toreb pojawiły się na taśmie tylko dwie. Cóż było robić - zgłosiliśmy zaginięcie tej nieszczęsnej, która jak się finalnie okazało utknęła nie w Stanach ale już w Londynie.
Z nieco popsutymi humorami odprawiliśmy się na lot SAS-em do Warszawy, wykupiony jako oddzielna rezerwacja.
W pierwotnej wersji mieliśmy w Kopenhadze spędzić ponad 8 godzin, na szczęście zmiany w rozkładzie SAS-a i likwidacja naszego połączenia sprawiły, że przebukowano nam bilety na wcześniejszy lot. Z Kopenhagi do Warszawy to już prawie jak rzut kamieniem.
Stolica przywitała nas zimnem, deszczem i śniegiem. Bolesny kontrast ze słoneczną Kalifornią.
Załącznik:
image076.jpg

Odebraliśmy samochód i za 3 godziny dotarliśmy do domu, kończąc już naszą amerykańską przygodę.
Taki ostateczny koniec nastąpił za kilka dni, kiedy do domu przywieziono naszą zaginioną w akcji powrotnej torbę.

Podsumowanie:
Ameryka nigdy nie była naszym celem nr 1, możnaby rzec, że nie była nawet w czubie jeśli chodzi o podróżnicze plany.
Od wyprawy na zachód USA odstraszały nas zawsze obawy wysokich kosztów i długiego urlopu, bo przecież wyjazd na krócej byłby bez sensu.
Spory wpływ na decyzję o wyjeździe miały mecze NBA, na które się wybraliśmy.
Ostatecznie wszystko się wspaniale udało. Stany to kraj stworzony do podróży samochodem. Wszystko jest przystosowane dla wygodnych zmotoryzowanych Amerykanów - korzystają z tego również wypożyczający auta turyści.
Jazda po bezkresnych przestrzeniach Nevady, Arizony czy Kalifornii daje wielką frajdę, ważne tylko, żeby nie planować zbyt długich odcinków na każdy dzień i nie spędzać całych dni jedynie w samochodzie. Lepiej ostatecznie dojechać do mniejszej liczby miejsc, ale realizować plany na większym luzie i bez pośpiechu.
Zachodnie wybrzeże poza sezonem to bardzo dobry wybór - nie bardzo wyobrażam sobie jak wyglądają turystyczne atrakcje w lecie.
Dlatego polskie zimowe ferie to dobry termin na taki wyjazd.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
przemos74 lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 12 Kwi 2016 01:07 

Rejestracja: 13 Sty 2015
Posty: 100
niebieski
Dzięki za relację. Czy masz może pod ręką rozpiskę kosztów? Jakieś porady, coś zwróciło Waszą uwagę, zaskoczyło?
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 12 Kwi 2016 20:22 

Rejestracja: 24 Lut 2012
Posty: 1166
Loty: 120
Kilometry: 257 443
niebieski
Część kosztów wymieniłem w tekście.
Postaram się zrobić jakieś zestawienie tego co mam w rezerwacjach, na szybko mogę powiedzieć, że całość kosztów za 3 osoby zamknęła się w jakichś 14 tys. PLN z czego na bilety NBA poszło ok. 2,5 tys.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 09 Maj 2016 11:49 

Rejestracja: 10 Lip 2012
Posty: 179
Te koszty, które podajesz -14 tys obejmują też przeloty?
_________________
Ania
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 09 Maj 2016 13:41 

Rejestracja: 24 Lut 2012
Posty: 1166
Loty: 120
Kilometry: 257 443
niebieski
mufl26Te koszty, które podajesz -14 tys obejmują też przeloty?

Tak, przeloty kosztowały ok. 4 tys. PLN, bilety NBA ok. 2,5, reszta ok. 7,5 tys.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 10 Maj 2016 16:21 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 935
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Dobra relacja. Dobrze się czyta, sporo konkretów, dobre zdjęcia.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny>
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 6 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 8 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group