Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 9 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 02 Lis 2014 13:28 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 175
Witam, jest to moja pierwsza relacja z podróży więc wybaczcie jeśli czegoś będzie za dużo a czegoś za mało ;-) W październiku 2014 wybraliśmy się w 2 osoby w podróż po Hiszpanii i Portugalii. Jako że oboje jesteśmy ludźmi na etacie, mieliśmy na to 2 tygodnie. Miejsca w których byliśmy to: Madryt, Granada, Sevilla, Faro, Lagos, Sagres, Lizbona, Porto. Mam nadzieję że komuś z Was przydadzą się informacje i moje doświadczenia z tej podróży, a może też kogoś zainspiruję swoją relacją.

Podróż rozpoczęliśmy w Toruniu 4/10/2014. Do Warszawy dojechaliśmy Polskim Busem. Z dworca autobusowego Metro Młociny dojechaliśmy metrem do centrum i tam przesiedliśmy się na autobus jadący na lotnisko Chopina. Wylot z Warszawy 13:30, lądowanie w Madrycie 17:10 Norwegianem. Jak do tej pory lataliśmy tylko „Rajanem” i Wizzem, Norwegian miło zaskoczył dostępem do WI-Fi na pokładzie J Lotnisko w Madrycie jest świetnie skomunikowane z centrum miasta. W tym samym kompleksie budynków co lotnisko jest też i metro, tak więc idąc „po strzałkach” dotarliśmy do metra i w ten sposób dojechaliśmy do stacji Chueca a stąd mieliśmy już kilka minut spacerem do naszego mieszkania, które zarezerwowaliśmy przez airbnb.
Po zostawieniu bagaży ruszyliśmy na spacer po mieście. A że mieszkaliśmy w samym centrum daleko nie musieliśmy chodzić. Pierwsze wrażenie: tłok, mnóstwo ludzi. Idąc Calle S. Bartolome trzeba było uważać żeby się nie zgubić, tłumy ludzi w sklepach i na ulicy. Wieczór zakończyliśmy w barze El Tigre. Za 5 eur dostaliśmy dwa piwa i talerz tapas.

Załącznik:
DSC_0100.JPG


Drugi dzień w Madrycie chcieliśmy wykorzystać maksymalnie. Tymbardziej że w niedzielę można było wejść za darmo do muzeów które nas najbardziej interesowały: Prado i Reina Sofia. Od rana zaczęliśmy zwiedzanie miasta: Gran Via, Puerta del Sol, na Plaza Mayor jak w każdą niedzielę spotykają się kolekcjonerzy m.in. znaczków, monet, więc było mnóstwo „straganów” z mniej lub bardziej cennymi eksponatami. Z Plaza Mayor udaliśmy się do Palacio Real. Wstęp oczywiście płatny dlatego posiedzieliśmy sobie na placu między katedrą a pałacem, zwiedziliśmy Katedrę i spacerowaliśmy po ogrodach przy pałacu. Z Palacio Real udaliśmy się w stronę Teatru Real a stamtąd spacerem wąskimi uliczkami kierowaliśmy się w stronę muzeów Prado i Reina Sofia. Ponieważ Museo Nacional Centro de Arte Reina Sofia w niedzielę jest otwarte za darmo od godziny 13:30, mając jeszcze z godzinę czasu spędziliśmy go w Parku Retiro, zwiedzając Palacio de Cristal, oglądając wystawę malarstwa w Palacio de Velazquez i leżąc po prostu na trawie i gapiąc się w niebo.

Załącznik:
DSC_0005.JPG


Załącznik:
DSC_0033.JPG


Załącznik:
DSC_0053.JPG


Pierwsze na ogień poszło muzeum Rei na Sofia. Mimo że byliśmy trochę przed czasem kolejka wiła się wzdłuż placu jednak wpuszczanie tych tłumów szło dość szybko więc mimo jej rozmiarów czekaliśmy naprawdę krótko. Głównym celem było zobaczenie prac Picassa oraz Salvdora Dali. Muzeum składa się z 5 pięter, przy wejściu wzięliśmy mapę z informacją co gdzie jest dlatego nie było problemu ze znalezieniem interesujących nas wystaw. Największe wrażenie robi „Guernica” Picassa oraz obrazy Dalego – to co kiedyś widziałam tylko w podręcznikach do plastyki w podstawówce i wydawało mi się ciekawe tylko z powodu niebotycznej wartości tych obrazów (jak kawałek pomazanej szmaty może być tyle warte?!?) teraz wisiało przed moimi oczami i nie mogłam oderwać wzroku, były tak niesamowite!
Kolejne muzeum – Del Prado. Tu kolejka zakręcała wokół budynku, czekaliśmy zdecydowanie dłużej. Po wejściu do muzeum można zgłupieć. Czasu niewiele bo jakieś 2-3 godziny do zamknięcia a na mapie dziesiątki pokoi z malarstwem z całej Europy. Same słynne nazwiska: Raphael, Goya, El Greco, Bosch, Caravaggio, Rubens, Rembrandt, Brueghel, Velazquez i wielu innych. Żeby wszystko obejrzeć – dzień to za mało. Wybraliśmy to co nas najbardziej interesowało (ah co za ignorancja!) i do dzieła! „Ogród rozkoszy ziemskich” Boscha był najbardziej obleganym obrazem ze wszystkich, nawet „Trzy Gracje” Rubensa nie skupiały takiej uwagi na sobie jak Bosch. Jeśli ktoś fascynuje się malarstwem (a w szczególności hiszpańskim) to Prado jest idealnym miejscem na zatracenie się J
Wychodząc z muzeum jest jeszcze jasno więc idziemy zobaczyć Palacio de Cibeles Centrocentro oraz Edificio Metropolis a dalej w kierunku Gran Via na obiad w Museo del Jamon. Docieramy tam już w świetle latarni. Jemy zupę kastylijską, stek z sałatą, płacimy nawet przyzwoitą kasę (ok 5 eur za obiad) i spacerujemy po mieście oglądając jak wygląda to wszystko wieczorem.

Załącznik:
DSC_0077.JPG


Załącznik:
DSC_0082.JPG


Załącznik:
DSC_0090.JPG


Ostatni dzień w Madrycie, wstajemy niekoniecznie z samego rana, pakujemy plecaki, zostawiając je jeszcze w mieszkaniu, ruszamy zobaczyć Bibliotekę Narodową, powłóczyć się po różanych ogrodach w Parku El Retiro, zobaczyć dworzec Atocha. Czas szybko ucieka, wracamy po plecaki i idziemy zjeść w El Tigre dwa talerze tapas, wypić 0,75l sangrii oraz mojito - w Granadzie będzie późno jak dojedziemy więc to musi nam wystarczyć na kilka godzin. Ruszamy na dworzec Sur. Mamy kupione bilety na Alsę. O 16:30 wyruszamy w drogę ku Granadzie!

Załącznik:
DSC_0105.JPG


Podsumowując: Madryt specjalnie nas nie zachwycił. Wszystkie budowle są monumentalne, jest mnóstwo ludzi, pełno Chińczyków i ogólnie Azjatów, turystów, jednak mam wrażenie że brakuje mu ducha/klimatu, czegoś co w Sevilli wyczuliśmy od razu w pierwszej sekundzie. Miasto bardzo czyste, bardzo zachodnioeuropejskie.

CDN


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#2 PostWysłany: 02 Lis 2014 14:44 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 175
W Granadzie jesteśmy dość późno. Z dworca żeby dotrzeć do Centrum musimy skorzystać z dwóch autobusów. Kupując bilet za 1,2 eur w pierwszym możemy na nim jechać również i drugim autobusem. Docieramy do katedry i stamtąd pieszo jakieś 7 min dochodzimy do miejsca noclegu zarezerwowanego przez airbnb. Za 33 eur/2osoby/2 noce dostajemy przepiękne studio z w pełni wyposażonym aneksem kuchennym i własną łazienką, oczywiście na dachu dostępny taras gdzie można przyjemnie zjeść śniadanie, posiedzieć z kieliszkiem wina. Jest już dość późno ale ruszamy na miasto, chcemy dojść do punktu widokowego na Plaza Mirador de San Nicolas w dzielnicy Albaicin. W porównaniu z Madrytem, na ulicach Granady o godz 23 pustki, pojedynczy turyści, a już na uliczkach Albaicin ani żywego ducha. Wspinaczka stromymi uliczkami, schodami może trochę zmęczyć jednak widok z Plaza Mirador wynagradza wszystko! Na punkcie widokowym masa ludzi, siedzą na murkach, piją wino, grają na gitarach, a w tle cudownie oświetlona Alhambra. Do domu wracamy dość późno, jutro rano trzeba wcześnie wstać – mamy wykupione bilety na zwiedzanie Alhambry.

Do Alhambry mamy 10-15 min drogi. Idziemy wcześniej ponieważ bilety wykupione ze zniżką (karta EURO>26) trzeba odebrać w kasie. Są dwie kolejki do kas: jedna dla tych co kupują bilety i nie mają rezerwacji, druga dla tych co wykupili bilety on-line i muszą je odebrać. Pierwsza kolejka na 200-300 metrów, setki ludzi z całego świata, nasza kolejka to zaledwie kilkanaście osób i w dodatku uprzywilejowana bo Pan który zarządza kolejką do kas częściej wpuszcza tych z rezerwacją. Jeszcze nie ma 9 rano a z głośników rozbrzmiewa komunikat, że właśnie w tym momencie skończyły się bilety na ranne wejścia do Pałacu Nasrydów, w zwykłej kolejce słychać falę jęków zawodu, ale nie widać żeby ktokolwiek zrezygnował – można kupić bilet na zwykłe zwiedzanie albo jeśli się uda – wykupić bilet na popołudniowe zwiedzanie z Pałacem Nasrydów włącznie. My odbieramy swoje bilety i idziemy od razu w stronę Pałacu Nasrydów – wejścia do tego miejsca są limitowane i na bilecie jest konkretna godzina o której rozpoczyna się zwiedzanie. Nie wyobrażam sobie zwiedzania Alhambry bez Pałacu Nasrydów! Trzeba tam po prostu być! Byłam i nadal jestem zachwycona architekturą, zdobieniami, ornamentami – przyjemnie musiało się tam mieszkać! Po wyjściu z Pałacu zwiedzamy całą resztę kompleksu: Alcazaba, Partal, Generalife – piękne ogrody, budynki, mury, widoki. Można tam zginąć na cały dzień!

Załącznik:
DSC_0121.JPG


Załącznik:
DSC_0134.JPG


Załącznik:
DSC_0172.JPG


Załącznik:
DSC_0179.JPG


Zwiedzanie Alhambry zajęło nam 5-6 godzin. Po tym solidnym spacerze po szliśmy na ulicę Solarillo de Gracia gdzie mieliśmy wcześniej wyszukaną restaurację aby zjeść obiad. Po posiłku kontynuowaliśmy zwiedzanie miasta: Katedrę, Mercado Artesania, Colegiata de San Justo, Colegio Notarial, Szpital Real i z powrotem trafiliśmy na Albaicin. Jest to dzielnica, której nie sposób całej zwiedzić, urocze stromo wspinające się uliczki, małe place, kościoły, stare mury – spędziliśmy tam resztę wieczoru.

Załącznik:
DSC_0505.JPG


Załącznik:
DSC_0437.JPG


Załącznik:
DSC_0466.JPG


Załącznik:
DSC_0476.JPG


Ostatni dzień w Granadzie, a właściwie połowa dnia upłynęła nam na włóczeniu się po Albaicin. Jest to przepiękna dzielnica, z mnóstwem rzucających się w oczy akcentów arabskich, wszędzie widoczny jest ich wpływ na architekturę tego miasta i jego klimat. Wszędzie dosłownie znajdują się sklepiki z ceramiką i wszelkiego rodzaju „suwenirami” prowadzonymi przez Marokańczyków. I jedna uwaga – jeśli chcecie sobie kupić pamiątkę np. ceramiczną miseczkę na oliwki to u Marokańczyka zapłacicie 5 eur, natomiast na lokalnym targu staroci 1-2 eur bez targowania ;-) o czym przekonaliśmy się w Sevilli.
Jeszcze obiad w Granadzie i ruszamy już z plecakami na dworzec autobusowy.

Załącznik:
DSC_0521.JPG


Załącznik:
DSC_0530.JPG


O 15:30 odjeżdżamy znów Alsą do Sevilli, gdzie lądujemy późnym popołudniem

-- 02 Lis 2014 14:34 --

Jest 8/10/2014 późne popołudnie kiedy wysiadamy w Sevilli. Nocleg (z airbnb 24 eur/2os/2noce) mamy blisko katedry, w jednej z bocznych uliczek. I tu niespodzianka – nasz host jest u dentysty bo coś mu się przedłużyło i czekamy. Po godzinie czekania i wymianie smsowej dociera do nas córka hosta z kluczami. Szkoda zmarnowanego czasu ale ogarniamy się i wyruszamy na wieczorne zwiedzanie. Od razu widać i czuć, że klimat tego miasta jest niepowtarzalny. Coś czego brakowało Madrytowi. Ludzie tańczący flamenco, małe restauracyjki, konne bryczki, muzyka, architektura, jak dla mnie kwintesencja Andaluzji. Katedra, uniwersytet, Plaza de Espana w nocy robi niesamowite wrażenie. Jeszcze kolacja w pobliskiej restauracji i w domu od razu zapadamy w sen.

Załącznik:
DSC_0539.JPG


Załącznik:
DSC_0552.JPG


Dzień zaczynamy od zakupów śniadaniowych w pobliskim Dia. Zwiedzanie Sevilli zaczynamy od targu staroci, który odbywa się w każdy czwartek na Calle de la Feria. Można tu kupić/wygrzebać dosłownie wszystko – od niepowtarzalnej śrubki po stary widelec czy skórzaną torebkę. No i można się targować!

Załącznik:
DSC_0576.JPG


Załącznik:
DSC_0728.JPG


Gdy już obkupiliśmy się w pamiątki ruszyliśmy w stronę katedry. Wejście bez zniżek 8 eur. W środku wszystko wygląda inaczej niż jak to jest w polskich czy nawet europejskich kościołach/katedrach. Jakiś taki przedziwny klimat. Jest tu wszystko – grób Krzysztofa Kolumba, przepiękny chór, niezliczona ilość bocznych kaplic, pełen złota i przepychu ołtarz, wieża z przepięknym widokiem na miasto i do tego przyszyty z boku dziedziniec z drzewkami pomarańczowymi. Kilka kroków od Katedry znajduje się Real Alcazar. Zrezygnowaliśmy z wejścia do niego – z powodu kręcenia „Gry o tron” ze zwiedzania wyłączona była duża część tego zabytku, udaliśmy się więc dalej do Uniwersytetu i na Plaza Espana, dalej nad rzekę, Torre del Oro a dalej na Plaza del Toros. Zwiedzanie areny walki byków 7 eur ale zdecydowanie warto! Sama arena robi niesamowite wrażenie. Od razu zdecydowaliśmy że trzeba zobaczyć corridę na żywo przy najbliższej wizycie w Andaluzji. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o samej corridzie, o zasadach, regułach, historii. W miłym miejscu czas szybko leci, więc z Plaza del Toros udaliśmy się na obiad (przepyszna paella) i dalsze zwiedzanie miasta.

Załącznik:
DSC_0608.JPG


Załącznik:
DSC_0627.JPG


Załącznik:
DSC_0662.JPG


Załącznik:
DSC_0741.JPG


Załącznik:
DSC_0760.JPG


Załącznik:
DSC_0828.JPG


Następnego dnia z samego rana ruszaliśmy do Portugalii.

CDN


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 04 Lis 2014 12:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Cze 2014
Posty: 115
Loty: 29
Kilometry: 34 491
Patrzę na Wasze zdjęcia z Alhambry i zazdroszczę :D my byliśmy na początku września i były tłumy :)
_________________
OdwiedziłamAlbania,Austria,Belgia,BiH,Bulgaria,Chorwacja,Czarnogóra,Czechy,Anglia,Francja,Macedonia,Niemcy,Gibraltar,Litwa,Luxemburg,Holandia,Norwegia, Portugalia, Słowacja, Słowenia, Hiszpania, Szwecja,Kosowo
czarnogora-albania-macedonia-i-kosowo-17-dni-w-raju,209,79465
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 05 Lis 2014 10:07 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 175
Może to kwestia wczesnej pory ? Po wyjściu z Pałacu trudno było znaleźć choćby jedną wolną ławeczkę.
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 11 Lis 2014 15:57 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 175
Na następny dzień z samego rana ruszaliśmy do Portugalii, transport znaleźliśmy przez blablacar. Za 9 eur/osobę pewien Hiszpan przewiózł nas z Sevilli do Taviry (chcieliśmy dojechać do Faro ale akurat nikt rano nie jechał na tej trasie).

Załącznik:
Tavira.JPG


W Tavirze przesiedliśmy się na pociąg do Faro. Zwykła „osobówka” za 3,15 eur. Wysiadamy praktycznie w centrum Faro, udajemy się w stronę starego miasta i tam odbijamy w górę. Ponieważ nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu w Faro, udajemy się do Le Penguin Hostel. Niestety za noc w tym przybytku płacimy najwyższą cenę ever – jakieś 28 eur za noc w pokoju 2-osobowym ze śniadaniem. Jest czysto, schludnie jednak niesmak ceny pozostał. W hostelu można za 5 eur zjeść również obiad. Wygląda to tak, że właściciel gotuje obiad na który można się wcześniej zapisać. My jednak rezygnujemy z tej okazji i idziemy na obiad do O Gimbras. Menu dnia kosztuje 12 eur. W tej cenie dostajemy przystawkę (oliwki z pieczywem i sosem), danie główne (mięso bądź rybę do wyboru) do tego butelkę wina (do wyboru wino, woda itp.), deser, kawę, kieliszek lokalnej nalewki . Ledwo stamtąd wychodzimy na własnych nogach, właściwie toczymy się z przejedzenia. Jedzenie świetne, obsługa tak samo dobra! Resztę dnia spędzamy na zwiedzaniu miasta i małym piwku przy zachodzie słońca.

Załącznik:
Faro.JPG


Rano pełni nowych sił kupujemy bilet na lotnisko w Faro (2,22 eur) i jedziemy wypożyczyć samochód. Bez rezerwacji… Naiwniacy! Docieramy na miejsce i mega rozczarowanie – nie ma wolnego samochodu. Najpierw szukamy w lokalnych wypożyczalniach (na parkingu przy lotnisku stoi „buda” gdzie zgromadzone są wszystkie lokalne wypożyczalnie) ale nie ma nic wolnego bez wcześniejszej rezerwacji. Chcemy zwiedzić całe wybrzeże Algarve dlatego nie tracimy nadziei i pukamy do drzwi Europcar, Hertz i paru innych. I albo nie mają samochodu na wypożyczenie albo mają w kosmicznych cenach. Wygląda na to, że wszyscy, którzy wysiadają z samolotu wypożyczają samochody i nie wystarcza dla takich jak my. Szkoda czasu, wracamy autobusem do centrum, zabieramy plecaki z hostelu i uderzamy na pociąg. Kupujemy bilet do Lagos za 7 eur/osobę i w drogę. W Lagos idziemy od razu na naszą „kwaterę” niedaleko od mariny. Nazywa się to Vitasol Park i jest kompleksem apartamentów do wynajęcia. W śmiesznej cenie 13 CAD (promocja na hotels.com) dostajemy apartament z sypialnią, salonem połączonym z kuchnią i dużym tarasem na dwie doby. Do dyspozycji gości jest również basen.

Załącznik:
Lagos.JPG


Godzina jest już późna i knajpy z jedzeniem, które mieliśmy zapisane niestety są zamknięte dlatego wchodzimy do pierwszej lepszej – Palato na Rua Marreiros. Zamawiamy danie dla 2 osób. Kelner zapewnia nas, że porcja jest duża i do tej pory nikt nie wyszedł głodny. Więc zamawiamy wołowinę dla dwóch osób i wino. Danie niczego sobie chociaż mając porównanie z knajpą w Faro – stekowi trochę brakuje, no i nie można powiedzieć żeby porcja była faktycznie dla 2 osób, dlatego po drodze robimy jeszcze zakupy w Intermarche ;-) Ponieważ jest jeszcze jasno wybieramy się na spacer po wybrzeżu. Mijamy fort nad oceanem i idziemy trasą skalistych plaż. Co jakiś odcinek pojawia się strzałka z nazwą plaży, wystarczy skręcić, zejść po schodkach w dół i można mieć plażę na wyłączność otoczoną z trzech stron pionowymi skałami. Docieramy do Praia do Camilo z pięknym widokiem na zachód słońca.

Załącznik:
Lagos 2.JPG


Załącznik:
Lagos 3.JPG


Rano jedziemy autobusem do Sagres (bilet 7,7 eur w opcji „tam i z powrotem”). Zwiedzamy Fortaleza de Sagres (wejście 4 eur). Resztę dnia spędzamy na Praia do Tonel, najbardziej urokliwym miejscu, gdzie huk fal oceanu był muzyką dla ucha :)

Załącznik:
Sagres.JPG


Załącznik:
Sagres 2.JPG


Załącznik:
Sagres 3.JPG


Wracamy do Lagos, gdzie do późna w nocy przesiadujemy nad mariną.

Kolejny dzień to krótki spacer po Lagos, pakowanie plecaków. Pociągiem wracamy do Faro. Idziemy na obiad do sprawdzonego miejsca - O Gimbras – a następnie na dworzec kolejowy. Mamy kupione bilety na szybki pociąg Alfa Pendular do Lizbony (13,5 eur/osobę, kupiony przez internet z 40% zniżką). Ponieważ jedziemy klasą turystyczną nie dostajemy obiadu na pokładzie, ale w bardzo krótkim czasie dostajemy się do Lizbony (pociąg mknie z prędkością 200-220 km/h). Docieramy do naszego hostelu w centrum miasta (Rua da Conceicao) i tu okazuje się że nasz hostel zalała woda i nie można tu mieszkać. W Lizbonie od kilku dni ostro padał deszcz, przez miasto przetoczyła się rzeka wody (po kolana jak mówiły nam dziewczyny z Niemiec) a dach naszego hostelu nie wytrzymał i dwa piętra totalnie są zalane. W tej samej sytuacji znalazła się nasza rówieśniczka z Monachium. Właścicielka hostelu proponuje nam inny hostel w centrum, że tam może nas przenieść w tej samej cenie(57 eur/2 os/2 noce). No więc idziemy zobaczyć co to za miejsce. Właściciel nie chce nam pokazać pokoi, od razu chce od nas paszporty. Po kilku spięciach (nie damy paszportów bez obejrzenia pokoi!) pokazuje nam szczurzą norę, bez światła, z dywanami na ścianach, czarną dziurę z dziwnym zapachem odświeżonej stęchlizny. Nie ma mowy żebyśmy spali w takim miejscu! Wracamy do naszego zalanego hostelu i dowiadujemy się, że za tą samą cenę właściciel nie może nam nic innego załatwić. Ale jakbyśmy dopłacili ok 50 eur to jest szansa znaleźć coś lepszego… No więc usiedliśmy na kanapie w zalanym korytarzu i z Niemką zaczęliśmy grzebać po internecie w poszukiwaniu czegokolwiek bez pcheł i ze światłem. Ogólnie załamka – wszyscy odpisywali, że „sorry guys”, albo ceny były kosmiczne, albo ceny były OK ale bardzo daleko od centrum. Bardzo późnym wieczorem znajdujemy The Keep. Kobieta z naszego zalanego hostelu dzwoni tam i załatwia nam nocleg w tej samej cenie a nam oddaje kasę. Na szczęście działały jeszcze windy więc dwóch odcinków pod górę nie musieliśmy pokonywać pieszo. Zostawiamy bagaże i z naszą monachijską towarzyszką niedoli ruszamy na krótkie zwiedzanie Lizbony. Noc kończymy przejażdżką tramwajem 28 i zielonym winem w pobliskiej knajpie.

Załącznik:
DSC_0068.JPG


-- 11 Lis 2014 15:14 --

Szkoda wczoraj straconego czasu dlatego z samego rana jemy śniadanie i ruszamy w trójkę na zwiedzanie miasta.
Zaczynamy od samej góry czyli zamku Sao Jorge, potem uliczkami Alfamy dochodzimy do Museo do Fado i na Arco da Rua Augusta.

Załącznik:
Lizbona2.JPG


Załącznik:
Lizbona.JPG


Potem znów odbijamy na Alfamę i tam znajdujemy zatłoczoną restaurację (niedaleko kościoła św. Antoniego). Siedzi w niej mnóstwo policjantów, ludzi w garniturach i i bez. Zajmujemy ostatni wolny stolik. Zamawiamy zupę, danie główne (mięso, ryby, curry) do tego wino i za wszystko płacimy jakieś 22 eur na 3 osoby. Stamtąd udajemy się metrem i dalej kolejką podmiejską na Belem. Zwiedzamy Mosteiro dos Jeroniimos, Torre de Belem. Oczywiście zaglądamy też do Pasteis de Belem. Zamawiamy słynne wypieki i kawę. Mnie akurat nie zachwyciło nic – dostałam słynne „ciasteczko” które smakowało jak środek budyniowej drożdżówki – cienke jak pergamin ciasto w formie foremki do którego wrzucono budyń i w takiej postaci zapieczono. Ale w naszej trzyosobowej grupie znaleźli się też entuzjaści tego wypieku ;)

Załącznik:
Belem.JPG


Załącznik:
Lizbona Jeronimos.JPG


Po powrocie do Lizbony, późnym wieczorem udaliśmy się na „koncert” fado. Śpiewała Filipa Carvalho, jednak nie ujęła mnie za serce bardziej niż kieliszek czerwonego wina.
Z samego rana wymeldowujemy się z The Keep, zostawiamy Therese w Lizbonie i ruszamy znów super szybkim pociągiem (18,50 eur) do Porto.

No a Porto wita nas ulewą. Wysiadamy na Porto Campanha i na tym samym bilecie możemy się przesiąść i dojechać na Sao Bento. Tak też robimy, ale z Sao Bento nie wychodzimy jeszcze przez godzinę – tak leje deszcz.

Załącznik:
Porto Sao Bento 2.JPG


Załącznik:
Porto Sao Bento.JPG


Ze stacji mamy jakieś 10 min spacerem do hostelu Almada (Rua do Almada). Docieramy tam cali mokrzy mimo że deszcz trochę zelżał. Hostel jest bardzo przyjemny, czysto , fajny klimat, prowadzi go starsza kobieta która mieszka na parterze kamienicy i ni w ząb nie mówi ani po angielsku, ani niemiecku, ani hiszpańsku. Mówi po francusku. Porozumiewamy się z nią językiem migowym a jedyne co nam przychodzi do głowy po francusku to „merci” i „mademoiselle”. No i jak tu powiedzieć że potrzebujemy hasła do wi-fi i korkociąg?!?
Na obiad weszliśmy do Cafe Capitolio. Jak zwykle ryba i mięso, do tego zupa, przystawka z pieczywa i oliwek i wino. Cena 13 eur. Klimat specyficzny – bar mleczny pomieszany z restauracją z czasów cesarza Franciszka Józefa – panie w chusteczkach na głowach, mięso podane na „srebrnym” półmisku. Smakowo nie zachwyciło, cenowo owszem. Jako że niedaleko znajdowała się Confeitaria do Bolhao musieliśmy tam pójść. Ciastka i drożdżówki z przeróżnymi kombinacjami np. z chorizo. Najbardziej czekoladowe muffinki i ciastka – najlepsze jakie kiedykolwiek jadłam. I cena bardzo przyzwoita –za trzy „rogaliki”, dwie „drożdżówki” i dużą muffinkę zapłaciliśmy 2,45 eur.
Ponieważ deszcz lał nieprzerwanie i zrobiło się przez to szybciej ciemno zaopatrzyliśmy się w wino, owoce i oliwki i wróciliśmy do hostelu.

Kolejny dzień zaczął się również od deszczu ale już lżejszego niż dzień wcześniej. Zaopatrzyliśmy się w parasole i udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Niestety na zwiedzanie Porto mieliśmy tylko ten jeden dzień a w dodatku pogoda w ogóle nie rozpieszczała. Zaczęliśmy od Avenida dos Aliados ponieważ była najbliżej hostelu, księgarnia Lello, po drodze muzeum de Historia Natural, Mosteiro S Bento da Vitoria, Palacio da Bolsa, Muzeum Arte Sacra Arqueologia, katedra, Ponte Luis I.

Załącznik:
Porto.JPG


Załącznik:
Porto 2.JPG


Ponieważ ulewa stawała się coraz mocniejsza na drugiej stronie rzeki postanowiliśmy schować się do Sandemana. Za 5 eur kupiliśmy bilet na zwiedzanie piwnic i degustację dwóch rodzajów porto. Czas przyjemnie płynął, szczególnie przy degustacji gdzie spotkaliśmy trzy Polki z Krakowa. Miła rozmowa przy niesamowitym winie w fajnym miejscu. W ten sposób przeczekaliśmy deszcz i wydaliśmy trochę eur na suweniry z Sandemana ;)

Załącznik:
Porto Sandeman.JPG


Załącznik:
Porto 4.JPG


Przeszliśmy znów na drugą stronę rzeki i na Rua Reboleira 36 znaleźliśmy małą restauracyjkę. Zjedliśmy pyszną zupę krem z marchewki (chyba) a na drugie danie naprawdę dobre mięso i rybę (menu dnia), do tego po kieliszku wina – 17 eur.
Pozostałą część dnia spędziliśmy na zwiedzaniu uliczek w pobliżu rzeki Douro.

Poranek, szybkie pakowanie ostatnich rzeczy, upychanie pamiątek i spacer z plecakami na stację metra Trindade. Tam wsiadamy w metro, które dowozi nas na samo lotnisko. Z Porto lecimy do Brukseli Charleroi, przesiadka na drugiego "rajana" i wieczorem kończymy naszą przygodę w zimnym Modlinie.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
Cicha_Woda lubi ten post.
Cicha_Woda uważa post za pomocny.
 
 
#6 PostWysłany: 14 Lis 2014 16:16 

Rejestracja: 31 Paź 2012
Posty: 150
Świetna trasa :) A ogólnie oprócz tej ulewy jakie temperatury były? Bo patrząc na ludzi na zdjęciach to tak różnie poubierani.
_________________
http://nasze-lepsze-ja.blogspot.com/
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 15 Lis 2014 23:01 

Rejestracja: 29 Paź 2014
Posty: 42
Loty: 11
Kilometry: 11 822
Ile dni trwała podróż?
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 17 Lis 2014 10:58 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 175
Wyruszyliśmy 4października w sobotę, powrót był 17tego w piątek. Mniej więcej po tygodniu w Hiszpanii i Portugalii.
Magdadd - > Ulewa zaskoczyła nas praktycznie na dwa dnia przed odlotem. W Hiszpanii temperatury do 30stopni.
Południe Portugalii już maks 25. Patrzyłem na wykresy po naszym powrocie i w Porto było już dużo cieplej.
Podobno nie ma złej pogody, są tylko ludzie niewłaściwie ubrani ; )
Góra
 Relacje PM off
kasiadookola lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 20 Lip 2016 16:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Wrz 2015
Posty: 1274
Loty: 92
Kilometry: 121 214
niebieski
Z uwagą i przyjemnością przeczytałam relację, gdyż będę robić częściowo podobną trasę w listopadzie. Informacje o rzeczywistych warunkach pogodowych są bardzo cenne, bo wykresy klimatyczne za bardzo uśredniają sytuację.
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 9 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group