Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 34 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
 Temat postu: Gruzja w cztery dni
#1 PostWysłany: 13 Lut 2014 08:45 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Miał być tydzień. Ale wyszły cztery dni. Tak na wszelki wypadek. Starsza córka ma sesję i musi się uczyć, a młodszy syn, aby z nami nie jechać (dostał już w kość nie raz na naszych intensywnych wyjazdach), pojechał na zimowisko harcerskie (tam też da sobie w kość) i wróci, gdy nas nie będzie. A nuż coś się stanie i będziemy mieć bardzo poważne problemy; zostawiliśmy wszak dziecko de facto bez opieki (córka już dorosła, ale nie będzie przecież ciągle pilnować piętnastolatka).

Rezerwowanie lotu trochę zajęło czasu, bo czekaliśmy na innych chętnych. Chciała lecieć z nami znajoma z pracy, ale nie mogła znaleźć nikogo chętnego na drugiego do pokoju. Bo choć obraca się w towarzystwie włóczykijów, to wszyscy się bali, że Gruzja to wojna, to dzicz, to...

W międzyczasie przygotowywałem program wyjazdu i szukałem noclegu. Program od zawsze przygotowuję sam. I nie na podstawie przewodnika; kiedyś „przejechałem się” na przewodniku National Geographic po Chorwacji; szajs delikatnie mówiąc; na miejscu znalazłem mnóstwo materiałów znacznie przydatniejszych od przewodnika. Ta metoda sprawdziła mi się już na Maderze, Węgrzech, Słowacji i w Polsce. Szukam w internecie, przygotowuję, a na miejscu weryfikuję po przestudiowaniu miejscowych materiałów.
Musi też być też ubezpieczenie. Znajoma raz o tym zapomniała i już drugiego dnia pobytu w USA bardzo się by przydało; syn złamał nogę. Oj, dużo ją wyniosło opłacenie wszystkich kosztów... My kupujemy zawsze i jak dotąd nigdy się nie przydało. A koszty nieduże, choć rosnące; kiedyś na dwa tygodnie dla czterech osób płaciłem stówę, teraz dla dwóch na cztery dni 90 zł. No, chyba że firma inaczej liczy Chorwację a inaczej Gruzję. Nocleg rezerwowaliśmy na podstawie opinii na wyspecjalizowanej w Kaukazie stronie. Najwięcej pozytywów było i cena też zachęcająca w hostelu u Kotego, w Kutaisi oczywiście, bo tam latają w miarę tanie (zimą tanie) samoloty. No to zarezerwowaliśmy u niego.

Plany były sprecyzowane; do zobaczenia zachodnia połowa Gruzji. Wszak na mapie odległość między Hrubieszowem a Kielcami jest większa niż z Tbilisi do nadmorskim Poti. A my będziemy w Kutaisi, czyli mniej więcej na środku. A skoro wypad z Lublina na jeden dzień do Kielc to żaden problem, to powinno się udać tam, gdzie chcemy. Zgoda, Gruzja to góry, ale my przez góry mieliśmy się przedzierać tylko dwa razy, raz do Swanetii, drugi do Uplicyche. Z kolei cztery dni to za mało na koczownictwo; zrobimy jedną część, a drugą zostawimy sobie na następny raz.

Czyli Tbilisi, Upliscyche na pewno, do tego jakieś baszty mieszkalne, swaneckie (Mestia) lub raczyńskie (Ambrolauri) oraz Kutaisi i okolice ostatniego dnia. Coś za coś; ja zrezygnowałem z domku na skale a`la Maczuga Herkulesa w Katshi a żona z plantacji herbaty. To duże wyrzeczenie z jej strony. Co parę lat nastawia się na kolejną roślinę i musi ją zobaczyć w naturze. Były więc palmy, banany, a jak Gruzja to herbata (następna pewnie będzie palma kokosowa...). Oczywiście nie w Batumi, bo tam herbata jest tylko w piosence Filipinek, ale w okolicach Ozgureti i Zugdidi (to droga na Mestię). Jak się na miejscu okazało, mnóstwo herbaty rośnie także w okolicach Kutaisi.

Lot odbył się bez kłopotów, tylko podczas lądowania okazało się, że w Kutaisi leje. Nie pada, a leje! Szybka była też odprawa na lotnisku w Kutaisi. Kote już czekał na nas. W styczniu ma promocję, przywozi z lotniska za darmo, a zwykle za przewóz lub dowóz płaci się 5 lari, czyli ok. 10 zł. To mało, bo za tą trasę taksówkarz weźmie 15 lari, a marszrutka, czyli bus, kosztuje 7 lari.

Jadąc do hostelu zatrzymaliśmy się przy kantorze. Mile zaskoczył mnie fakt, że za sto dolarów dostałem nie ok. 150 lari, jak sądziłem, ale 175. Po rozpakowaniu przeszliśmy się po mieście. Wracając uznaliśmy, ze warto zobaczyć, co jest na górze stromych schodów, obok których płynęło coś pomiędzy strumykiem a wodospadem. Na górze była ulica, może ta sama, którą szliśmy. Ale idziemy i nie ma charakterystycznego skwerku na środku. To nie tędy. Nie ma kogo zapytać o drogę, bo jest coś koło północy. Ale nie chce się nam wracać. Skręcamy więc w boczną uliczkę. Jedzie taksówka! Ale się nie zatrzymała. Taksówkarz albo się nas przestraszył, albo nie zauważył machania, wszak ciągle leje. Ale zobaczyłem, że w jednym samochodzie są zapalone lampy. Może ktoś jest w środku. Na pytanie, czy tedy dojdziemy do ulicy Gorkiego usłyszałem, że trzeba cały czas prosto. No to idziemy po kamienisto-żwirowej, teraz błotnistej uliczce, najpierw pod górę a potem w dół. I jesteśmy na ulicy Gorkiego, tyle że w drugim jej końcu. W hostelu rzucamy wyżęte z wody kurtki na kaloryfer. Rano były wyschnięte.

Dzień pierwszy, okolice Kutaisi
Dziś Kote proponuje wycieczkę po okolicy, jeśli okolicą można nazwać kurs o długości coś koło 100 km. Wiezie nas kolega Kotego swoim samochodem, płacimy mu po 15 lari od osoby. W planach jaskinia Prometeusza, klasztor Gelati notowany na liście światowego dziedzictwa UNESCO i klasztor Mocameta. Trochę kręciłem nosem, bo za jaskiniami nie przepadam, a z znane mi zdjęcia Mocamety nie wyglądały zbyt obiecująco. Ot, kolejny klasztor.

Mamy czas, bo druga jadąca z nami para marudzi. Wstali pół godziny po czasie, potem ślimaczyli się ze śniadaniem. My w tym czasie zdążyliśmy umyć się, zjeść i wyskoczyć na bazar. Wchodzimy - zatrzymuje nas sprzedawca orzechów i słonecznika. Widząc mój aparat pyta skąd my. Gdy słyszy że z Polski, wyciąga flaszkę czaczy (gruzińska grappa, równie ohydna, ale gdy pędzona domowymi sposobami jest dobra) i nalewa po stakanie. Na odchodne jeszcze daje nam torbę słonecznika.

Oglądamy gruzińskie specjały, czurczcheli, czyli nanizane na nitkę orzechy zatopione w soku owocowym, wyglądające jak kiełbaski, jadalną... folię z zestalonego soku owocowego, różne kiszonki, m. in kiszone buraki i takież nadziewane pomidory. Sery białe miękkie, świszczące w zębach jak oscypki, wędzone o konsystencji kamienia, mnóstwo zieleniny pachnącej równie przyjemnie co nieznano. Zaraz jedziemy, więc dziś nic nie kupujemy, ale gdy wrócimy, to i owszem. Te białe sery są zachęcające. No i coś do podgryzania, czyli czurczcheli.

Gdy wróciliśmy, druga para na szczęście już kończyła śniadanie. Już po drodze wyprawa nabrała wyrazu, bo kierowca pokazał nam mnóstwo plantacji herbaty. Zatrzymamy się na którejś w powrotnej drodze. To, z czego zrezygnowała żona ziści się, więc może będzie i Katshi... Jaskinia, przed którą sfotografowałem kwitnące cyklameny, okazała się być niepodobna do znanych mi jaskini polskich i słowackich, które mnie zniechęciły do tego typu atrakcji. W środku było mnóstwo przestrzeni i wspaniałe nacieki.
Potem plantacja herbaty, na którą wygłodniała tego gatunku żona rzuciła się jak pantera. Narwała gałązek, potem się je ususzy i zaparzy...

Przejeżdżamy przez uzdrowisko Cchaltubo, w czasach radzieckich ważniejsze od Batumi i Suchumi, a teraz wyglądające jak w dzień po wojnie. Wszystko kompletnie zrujnowane. Cóż, dwadzieścia lat nic tu się nie działo, kuracjusze nie przyjeżdżali. Ale po zabraniu przez Rosję Abchazji z Suchumi i resztą, gruzińskie władze musiały przeprosić Cchaltubo i już trwa odbudowa, a w zasadzie budowa od podstaw.
A mnie już zaczyna nosić, bo lepsza połowa drugiej pary marudzi, że chce napić się kawy i za pół godziny zacznie być głodna i trzeba będzie się gdzieś zatrzymać na obiad. Przecież tobie nie włóczyć się, ale siedzieć w hotelowym pokoju all inclusive z basenem, bo przecież na morze nie pójdziesz, bo się boisz...
Gelati naprawdę warte jest odwiedzenia. Trwa remont zrujnowanego klasztoru, gdzie pochowany jest Dawid Budowniczy, taki gruziński Kazimierz Wielki. Ale prowadzony jest dyskretnie, bez rusztowań i tłumów robotników. W klasztorze jest grób tegoż króla, ale ja niebacznie przeoczyłem ten fakt i go nie sfotografowałem.

Na Mocametę nie miałem ochoty, więc podpuszczam resztę wycieczki, by zamiast niej wybrać się do Katshi. Jakoż udało mi się ich przekonać i zarządzamy, że chcemy do Katshi. Ale kierowca zatrzymuje się przed... Mocametą. Ale już po wyjściu z samochodu widzę, że po powrocie będę musiał go przeprosić. Bo to, co widzę, jest bardzo obiecujące. W oddali coś jak średniowieczy zamek na stromej skale, opadającej pionowym niemal kanionem w dolinę rzeki. Im bliżej tym ciekawiej. No coś pięknego! I te kaniony, z lewej i z prawej strony klasztoru! To kolejne miejsce obok klifu Cabo Girao na Maderze, które trzeba koniecznie zobaczyć osobiście, bo żadne zdjęcia nie oddadzą tego wrażenia. Moje fotki notabene nie są lepsze, też nie oddają...
Oczywiście przeprosiłem kierowcę i podziękowałem mu za zawiezienie nas tutaj. I wracamy do Kutaisi, bo szofer mówi, że Katshi nie uda się zrobić, bo mało czasu do zmierzchu. No i drudzy marudzą, że są zmęczeni, chcą kawy, obiadu i cycusia pewnie też... A my dopiero się rozkręcamy. Ech, ta dzisiejsza młodzież, żadnej kondycji, żadnej ikry...

I rzeczywiście, zamknęli się w pokoju, a my w drogę do nieodległej katedry Bagrati. Widzimy przed nią rosłych brodatych facetów w gruzińskich strojach, oczywiście z kindżałami. Fotografujemy się z nimi, a ci nam proponują za 20 lari ich... płytę. Owszem, na dżygitów może i wyglądają, ale na śpiewaków to już niespecjalnie. Ale że zakupiona na Maderze płyta z tamtejszą muzyką się nam podobała, to kupujemy. Jak się okazało, warto było, choć muzyka, a w zasadzie chór a capella, brzmi nieco ponuro.
I oglądamy katedrę, podobnie jak Gelati w trakcie remontu. Mnisi wewnątrz pytają, czy my z Ukrainy. Gdy słyszą, że z Polski, wyciągają flachę wina i nalewają po stakanie... Dwa razy za sam fakt bycia Polakami napiliśmy się za friko...

Jeszcze tylko gruzińskie wino w sklepie, chleb, ichniejsza kiełbasa i do hostelu, by znów wyżąć z wody kurtkę (moją, bo dziś żona rano kupiła na bazarze parasol) i na kaloryfer. Bo dziś znów cały dzień padało albo lało.

Dzień drugi, bardzo długi
Na dziś Kote proponuje nam bardzo długą wyprawę. Skalne miasto Upliscyche, Gori z muzeum Stalina, Mcchetę, czyli gruziński Kraków i Tbilisi. Zawozimy naszych niewydarzonych wczorajszych towarzyszy do Tbilisi, oni tam zostają, więc koszty się inaczej rozkładają, oni po 30 lari a my po 50. Gdyby i oni wracali, byłoby po 40. Ale z ochotą się godzimy, bo pozbędziemy się marudnych towarzyszy. Tym razem zaznaczamy Kotemu, że jeśli znów będą się tak ślimaczyć, to nic z tego, pojedziemy gdzieś sami. Kote ich zmobilizował, bo przygotowali się sprawnie. Bo trasa długa, jakieś 500 km w obie strony.

Gdzieś po godzinie jazdy widzimy drogowskaz na Cziaturę, a więc i Katshi, więc kierowca miał rację, to zbyt daleko. Potem wjeżdżamy w góry a tam - śnieg. Trochę się przeraziliśmy, ale nic to. Przeżyliśmy dwa dni ulewy, to przeżyjemy i śnieg, wszak w Polsce zostawiliśmy kilkunastostopniowe mrozy. Ale już pod Gori śnieg niknie i wychodzi słońce. W Upliscyche mamy piękne słoneczko, ale żeby nie było za dobrze, to także silny mroźny wiatr.

Miasto o starożytnej proweniencji, stolica Kolchidy, do której mityczny Jazon popłynął a potem poszedł do ówczesnego Kutaisi po złote runo (do Upliscyche chyba nie dotarł), za podbojów arabskich główna gruzińska twierdza. Wykute w skale pomieszczenia, ich pozostałości i schody robią wrażenie. Oczywiście chodzimy sami, bo nasi towarzysze szybko odpadają i znikają. Gdy my, lekko zmachani skakaniem po skałach wracamy, obi od dłuższego czasu siedzą na kawie...

Do muzeum Stalina nie chciało się nam wchodzić (Kote mówił, że nie ma tam nic interesującego oprócz stojącego na zewnątrz osobistego pancernego wagonu Stalina). Pstryknąłem więc wagon i pomnik Ioseba Besarionisa Dze Dżughaszwilego, jak brzmi prawdziwe nazwisko twórcy potęgi ZSRR, ale też kata własnego narodu i narodów podbitych.

W Gori widzimy ogromne osiedla małych domków stojących rzędami przez wąskich uliczkach. To osiedla uchodźców z wojny 2008 roku z Abchazji i Południowej Osetii. Wpadamy na autostradę. Drogowskazy informują, jak daleko do Tbilisi (blisko), Baku (tak sobie) i Teheranu (daleko, prawie 1,4 tys. km). Krajobraz inny; góry, wcześniej porośnięte lasami, teraz są porośnięte niewysokimi, ale bardzo gęstymi krzakami.
I Mccheta. Obraz zupełnie inny od odwiedzanych dotąd miejsc, wciąż mniej lub bardziej zrujnowanych i zaniedbanych. Mnóstwo kramów z pamiątkami, domy odpicowane, wszędzie widać dostatek. Zwiedzamy najważniejszą gruzińską katedrę, otoczoną murami Sweti Cchoweli z grobami gruzińskich królów, klasztor Samtawro, jedną z najstarszych chrześcijańskich świątyń świata (w 319 roku zaczęto jego budowę), a obok widzimy ludzi modlących się na grobie archimandryty Gabriela, który zapewne niebawem zostanie świętym. Nad miastem wznosi się na wysokiej górze niewielki klasztor Dżwari, mający dla Gruzinów takie znaczenie, jak dla nas Częstochowa. Nachalni taksówkarze gotowi nas tam zawieźć za 15 lari, ale my nie mamy aż tyle czasu. jedziemy do Tbilisi.

Tam w hostelu zostawiamy naszych towarzyszy i ruszamy w miasto. Wchodzimy na dominujące nad miastem ruiny zamku Narikala, chodzimy po charakterystycznych dachach łaźni tureckiej, podziwiamy wodospad w środku miasta, spacerując brzegiem rzeki Kury podziwiamy domy na szczycie pionowych nadbrzeżnych klifów i stojącą na urwisku cerkiew Metechi. Potem idziemy na nowoczesny most, z racji kształtu i koloru nazywany przez Gruzinów Always Ultra (jako żywo przypomina podpaskę...), Grzyby, czyli oryginalny gmach Ministerstwa Sprawiedliwości, z daleka widzimy siedzibę prezydenta i sobór Cminda Sameba. Na przegryzkę kupujemy chaczapuri (placek z serem) i aczmę (placek z sadzonym jajkiem na wierzchu) i trzeba wracać.
Z powrotem drogowskazy inne. Choć droga wiedzie do Batumi, to znaki uparcie twierdzą, że to trasa na Suchumi. Takie granie na nosie Rosji, która z tegoż Suchumi uczyniła stolicę Abchazji, państwa oderwanego siłą od Gruzji i uznawanego jedynie przez Rosję, Nikaraguę, Wenezuelę, Nauru, Tuvalu, Vanuatu (ale szybko zmieniło zdanie) i podobnie jak Abchazja istniejące jedynie dzięki rosyjskim rakietom Osetia Południowa i Naddniestrze oraz zajęty przez prorosyjską Armenię Górski Karabach.
Po drodze w górach łapie nas śnieżyca, więc do hostelu wracamy późno, ale przed północą.

Dzień trzeci - wyryp
Rano idę na bazar kupić coś do jedzenia. Miał być czynny od godziny 8. Ale Gruzja to Orient, gdzie czas inaczej płynie. O tej porze bazar jeszcze śpi. Parę minut później na stoiskach są nieliczne babuszki, a reszta sprzedawców dopiero przeciąga się w łóżkach. W końcu udaje mi się znaleźć sprzedających ser. Kupuję biały do zjedzenia i wędzony do domu. Gorzej z chlebem; piekarze dopiero przygotowują ciasto. Na szczęście w sklepie w pobliżu hostelu jest jakiś wczorajszy, to biorę.

Dziś jedziemy sami, bo nie mamy z kim; nowi goście będą dopiero wieczorem. Będzie to klasyczny wyryp, czyli wycieczka, o której wiadomo jedynie gdzie i kiedy się zacznie. Reszta jest niewiadomą aż do końca. Nasz zaczęła się o godz. 11 na dworcu autobusowym. Mieliśmy kilka planowanych tras: wspominane wcześniej Katshi, Ambrolauri ze starą wieżą raczyńską (w Swanetii, gdzie jest tych wież najwięcej, leży metr śniegu i nie ma szans na obrócenie w jeden dzień, o ile w ogóle się dojedzie), ewentualnie cokolwiek innego jak najbliżej Wysokiego Kaukazu. Jakoż na początku stała marszrutka do Cziatury, to jedziemy do Katshi. Ze wszystkich jadących ja znam rosyjski i kiepsko angielski, a Gruzini jedynie gruziński. Dwóch coś tam bąknęło po rosyjsku ale kiepsko. Zrozumiałem, że to ostatnia marszrutka i jeśli na nią nie zdążymy z powrotem, to na nocleg zaprosi nas miejscowy niedźwiedź. Ale mamy ponad dwie godziny, to z powodzeniem zdążymy na nią.

Już z drogi widać charakterystyczną skałę z małym domkiem na szczycie. Po ponad kilometrze drogi to w górę, to w dół, jesteśmy na miejscu. Robi wrażenie. Warto było.

Od mieszkających tu mnichów dowiaduję się, że na szczyt nie wolno wchodzić, choć jest wiodąca tam otoczona barierką stalowa drabina. Zabronił patriarcha Gruzji, by mieszkający na szczycie mnich pustelnik miał spokój. Problem tylko w tym, że na szczycie nie ma nikogo. Nie ma chętnych na zostanie pustelnikiem. Ale zakaz wchodzenia mimo wszystko obowiązuje. Dowiadujemy się też innej ciekawej rzeczy; że marszrutek jest full, co 15 minut do pół godziny. No to idziemy na górę do wioski, gdzie są ładne panoramy Kaukazu. Po drodze spotykamy osła. I drugiego. Pasą się spokojnie, ale bliżej nie dadzą podejść. Ale na zdjęcie taka odległość wystarczy.

W wiosce widzimy starą niewątpliwie cerkiew. Sklepikarz, u którego kupujemy wodę mówi, że jest z 11 wieku. U nas żałosne resztki budowli z tego czasu można policzyć na palcach jednej ręki, a tu w co drugiej wsi stoją tysiącletnie budynki w całkiem dobrym stanie... Jak się potem okazało, gość nieco odmłodził cerkiew. To budowla z czasów Mieszka I i Bolesława Chrobrego, którego budowa zaczęła się jeszcze w wieku X. Fotografujemy cerkiewkę, chwilę gadamy z idącym na mszę proboszczem i idziemy zobaczyć pobliski cmentarz. Może nie tysiącletni, ale z pewnością stary.

Zaraz po wejściu widzimy, że przy jednym grobie stoi stół otoczony przez grupa ludzi, a na stole różne frykasy. Uczta na cmentarzu - u nas tego nie ma. Idę zapytać, czy możemy ten oryginalny zwyczaj sfotografować. Zgoda jest, ale jest też zaproszenie do stołu. Dostajemy po stakanie wina. Za zmarłego pije się do dna. To uczta w tydzień po śmierci. Następne są w miesiąc, pół roku, rok. Gdy się dowiadują, ze jesteśmy z Polski, i tak duża serdeczność jeszcze bardziej wzrasta. Kolejne stakany wina, skrzydełka kurczaka, pieczone serca wieprzowe, kiszona kapusta z granatem, marynowane na fioletowo buraczki, gruzińska kutia i inne specjały. Jak oceniła potem żona, wypiliśmy gdzieś po litrze wina na głowę. Proponują nam nocleg u siebie. Ale że następnego dnia wracamy do Polski, to odmawiamy, choć nie ukrywając, mamy na to ochotę.

Skoro marszrutek jest sporo, to może pojedziemy jeszcze do Cziatury? Są tam oryginalne, pordzewiałe liczne kolejki linowe (ponad 20) i stary klasztor na skale. Czekając spotykamy mieszkającą tu u rodziny Ukrainkę, którą widzieliśmy w cerkwi. gadamy dłuższą chwilę, podjeżdża marszrutka i wsiadamy. W Cziaturze chcemy zapłacić za kurs i dowiadujemy się że... już zapłacono. Ta Ukrainka zapłaciła za nas...

Niestety, nie połazimy, bo kierowca, który nas przywiózł mówi, że to ostatni kurs do Kutaisi. No to wracamy z nim. Na dworcu ustalamy, ze marszrutka do Ambrolauri jest też o 11, a niczego innego tak blisko Kaukazu nie znajdziemy.

Ale Kote ma dla nas inne plany. Przyjechała nowa ekipa, sprawiająca wrażenie konkretnej. Przed południem oni jadą po okolicach a my mamy wolne, a po południu wszyscy wsiadamy w dwa samochody i jedziemy do Martwili i Gachedili. To nawet lepiej, bo raz, że i tak blisko Kaukazu, dwa, że Gachedili to wodospady, ulubione miejsca mojej żony.

Dzień ostatni
Rano idziemy na bazar, by się zaopatrzyć w zapas czurczcheli, jadalnej folii owocowej, suszonych owoców niewiadomej proweniencji (Gruzini znają tylko ich gruzińską nazwę, nam nic nie mówiącą) oraz przypraw, głównie dla syna, który jest namiętnym alchemikiem kombinującym w domu różne smakowe mikstury z dużą i bardzo dużą nutą ognia w ustach. Mamy czas, więc łazimy też po ulicach Kutaisi.

Grupa wraca, a my z przerażeniem dowiadujemy się, że wycieczki nie będzie, bo kierowca się rozchorował. Jesteśmy wściekli. Cały dzień stracony! Ale przybyły zaraz Kote nas uspokoił. Jedziemy, ale jednym samochodem. dziś pojedziemy my i dwóch, którzy odlatują z nami dziś, a pozostająca dłużej para pojedzie tam innym razem. Po drodze na ulicę nagle wypadła świnia. Ostre hamowanie, czujemy uderzenie, z tyłu kulejącą świnię uciekającą z drogi. Jak się potem okazało, jedynie wytarła zabłoconą burtę samochodu.
Najpierw Martwili. Kierowca twierdzi, że w tym klasztorze wypoczywał Lech Kaczyński. Żadnej informacji nie znalazłem jednak na ten temat. Ale klasztor ładny. Stary, jego budowę zaczęto w VII wieku, a to, co widać obecnie, to wiek X-XIII. Tu według kierowcy pochowane są gruzińskie królowe. Został obfotografowany z zewnątrz i ze środka. Wewnątrz odbywały się przygotowania do mszy ślubnej. Na zewnątrz obfotografowałem pejzaże, czyli ośnieżone Góry Swaneckie, (4 tys. metrów wysokości) i jakiś szczyt Wysokiego Kaukazu, którego nie mogę oznaczyć, choć kształt ma dość charakterystyczny.

A że wieje jak cholera, to szybko schodzimy na dół i jedziemy do Gachedili. To wąwóz na rzece Abasza. Jest jak w filmie Hitchcocka, czyli najpierw trzęsienie ziemi w postaci jadowicie turkusowej wody, a potem napięcie stopniowo rośnie. Czyli nieduży ale szeroki wodospad, potem kilka wysokich kaskad z hukiem walących wody w wyżłobiony w skałach wąziutki, głęboki kanion, którym woda jak oszalała pędzi dalej. Niedługo potem kanion nagle się kończy, uspokojona już turkusowa woda wpływa do małego jeziorka, by zaraz znów wpaść w bystrza kolejnego, tym razem szerszego kanionu.

Rosnące w kanionie drzewa są zielone od porastających je mchów. Wszędzie masy kwitnących cyklamenów. Podjechaliśmy jeszcze do hydroelektrowni powyżej kanionu. Tam największą atrakcją była jednak nie zapora, lecz całe stado krów dostojnie kroczące środkiem jezdni.

I wracamy. Po drodze jeszcze zdjęcia oryginalnego budynku parlamentu Gruzji, po powrocie ostatni wypad na chinkali do knajpy i w drogę. Odprawa poszła sprawnie, lot też i o planowanej godzinie wylądowaliśmy w Warszawie.

Informacje ogólne i praktyczne
Pogoda
Gruzja w styczniu do zbyt ciepłych nie należy. Kilka-kilkanaście stopni na plusie. Zimową kurtkę mogłem zdjąć tylko raz, trzeciego dnia, i to na krótko. I leje. W klimacie śródziemnomorskim tak jest; większość opadów spada zimą. Ciepła i przeciwdeszczowa kurtka to podstawa, podobnie jak wodoszczelne buty na solidnej podeszwie – poślizgnąć się bardzo łatwo.
Ceny
Porównywalne z polskimi, choć częściej bywają wyższe (np. mleko, 2 lari), ale są i niższe (1 lari za 3 smażone bułki z mięsem).
Bezpieczeństwo
Według tych, co tam byli więcej niż my, jest wyższe lub znacznie wyższe niż w innych turystycznych krajach. Miejscowi mówią chętnie dlaczego: dzięki wysokim i bezwzględnie egzekwowanym karom. Jeśli za kradzież np. radia samochodowego można trafić do kicia na 10 lat, i z dużym prawdopodobieństwem na tyle lub niewiele mniej się trafi, to skórka nie opłaci się za wyprawkę i w Gruzji samochodów można praktycznie nie zamykać.
Polacy
Miejscowi w stosunku do Polaków są bardziej serdeczni niż zwykle. Szczególną estymą darzą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Raz, że wp*** się między wódkę a zakąskę, czyli pomiędzy Armię Czerwoną a Gruzinów i tym samym powstrzymał tę pierwszą od szturmu na Tbilisi, dwa, że wcześniej zezwolił na sprzedaż Gruzji jak się okazało – niezwykle skutecznych rakiet przeciwlotniczych Grom, które strącały rosyjskie samoloty i śmigłowce jak kaczki.
Transport
Bardzo dobry. W dużych miastach w każdym kierunku jeździ mnóstwo marszrutek. Gorzej z połączeniami kolejowymi; nie wiem, co Gruzini im zrobili, ale pociągów jest znacznie mniej niż w Polsce.
Dogadanie się
W Gruzji nie ma innej możliwości, trzeba się dogadywać. Mordę w kubeł można trzymać jedynie w nielicznych marketach, gdzie cenę do zapłacenia widać na ekranie i prowadząc samochód, bo wszystkie drogowskazy mają transkrypcję angielską. W pozostałych przypadkach koniec języka konieczny jest za przewodnika. Gruziński alfabet, czyli kółka z robaczkami albo same robaczki, jest absolutnie wszędzie. Widząc szereg marszrutek, nie wiemy dokąd jadą, choć każda ma tabliczkę; wszystkie napisy są po gruzińsku, czyli całkowicie niezrozumiale dla przeciętnego Polaka. Rosyjski zna spora część mieszkańców, angielski mniejsza (młodsza) część. Jeśli wszakże wybieramy się gdzieś w interior, może się zdarzyć, że nic nie wskóramy znając oba te języki. Mi się to przytrafiło w busie do Cziatury; po angielsku nikt, po rosyjsku w zasadzie też.
Koszty
W sumie cztery dni bardzo intensywnej wycieczki dla dwóch osób kosztowały nas dokładnie 1680 zł, wliczywszy w to 120 zł za bus do Warszawy i z powrotem. A mogło być 1570, ale wzięliśmy jeden bagaż większy, kosztujący nas 110 zł w obie strony. 840 zł na osobę. Jeśli ktoś wszakże zechce poszaleć, to z powodzeniem może przekroczyć tysiąc, wszak knajpy kosztują.


Ostatnio edytowany przez Gollum, 19 Lut 2014 18:28, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 13 Lut 2014 09:00 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
a tu trochę fotek (będzie więcej)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 13 Lut 2014 09:10 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
i parę następnych fotek


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
Kasica88 lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 13 Lut 2014 09:18 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
I kolejne


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 13 Lut 2014 09:21 

Rejestracja: 05 Sie 2011
Posty: 1003
Witam. Planujemy wyjazd w maju więc bardzo pomocna relacja. Pozdrawiam
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
ewaolivka lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 13 Lut 2014 09:28 

Rejestracja: 24 Maj 2012
Posty: 417
Fajna relacja.
Dziecko zostawiłeś bez opieki, 15 lat, dziecko :-D :-D

Ja w Gruzji dogadywałem się niekiedy po angielsku ale głównie po polsku z odrobiną słów rosyjskich, wszystko się da ;-)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 13 Lut 2014 15:06 

Rejestracja: 08 Wrz 2013
Posty: 4
Loty: 9
Kilometry: 16 581
Dobra relacja. Przyda się podczas mojej marcowej wyprawy do Gruzji. Dzięki
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 13 Lut 2014 18:50 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Dzięki za miłe słowa! I następna porcja fotek


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 13 Lut 2014 18:59 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Teraz Gori i Upliscyche


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 13 Lut 2014 19:14 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
a teraz Mccheta


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 14 Lut 2014 21:54 

Rejestracja: 08 Sie 2011
Posty: 23
Miło zobaczyć znajome miejsca. Byłam z mężem i dziećmi 3 lata temu. Spędziliśmy w Gruzji 18 dni, byliśmy od Lagodechi, przez Achalcyche (juz nie pamiętam pisowni...), Kutaisi po Batumi i Tbilisi. Gdy wyjeżdżaliśmy, rodzina i znajomi stawiałi na nas krzyżyk: przecież tam jest wojna... Było bezpiecznie, smakowicie i egzotycznie. Moje dzieci do dziś wspominają wyprawę konno nad granicę z Azerbejdżanem. Bardzo bym chciała jeszcze raz odwiedzić ten wspaniały kraj.
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 14 Lut 2014 23:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Wrz 2011
Posty: 1480
Loty: 141
Kilometry: 146 235
srebrny
Gollum bardzo fajna relacja (mam na myśli Twoje lekkie pióro) choć przyznam szczerze że przez te cztery dni mogliście trochę więcej z tej Gruzji 4 dni wycisnąć (Wardzia czy Cminda Sameba) :-D
_________________
Moja relacja po Gruzji

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 15 Lut 2014 10:42 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Owszem, ale gdybyśmy mieli samochód do naszej dyspozycji i kosztem czegoś. Wardzia była rozważana wraz z Upliscyche, ale mając do wyboru Wardzię z Achalcyche i Borżomi a Tbilisi, Mcchetę, Gori i Upliscyche, wybraliśmy to drugie. Ale nic straconego; mamy jeszcze wszak do zrobienia Gruzję wschodnią i bardzo zachodnią.
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 15 Lut 2014 10:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Wrz 2012
Posty: 2573
Loty: 119
Kilometry: 174 534
HON fly4free
Gory panowie - góry to jest największy skarb Gruzji,
Kazbegi, Tuszetii, Swanetia :)

relacja na +

/ a i wino:)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 15 Lut 2014 10:49 

Rejestracja: 20 Lip 2012
Posty: 141
jest Pan chodzacym przykladem ze realizowac marzenia, podrozowac mozna niezaleznie od wieku super pozdrawiam
Góra
 Relacje PM off
Pani Daga lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 15 Lut 2014 12:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Sty 2014
Posty: 181
Loty: 24
Kilometry: 39 364
Zarówno relacja jak i zdjęcia bardzo ciekawe. Chciałbym odwiedzić Gruzję na 2-3 dni i Twoja relacja na pewno będzie stanowiła świetne źródło informacji. Mam natomiast "ale", do formy. Tekst zbity razem, bez szczególnych wcięć, formatowania czyta się ciężko na monitorze komputera.
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 15 Lut 2014 14:02 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Niezależnie od wieku? Ja się bynajmniej nie czuję się emerytem! Żona też. Tempa nie zamierzamy zwalniać, a nawet przyspieszyć, bo już wiemy, że w tym roku dzieci z nami nie pojadą (córka organizuje sobie indywidualnie, syn jedzie na obóz).
A że tekst zbity? Bo mam dość mętne pojęcie o formatowaniu na ekranie. Na papierze ustawię jak trzeba, ale na stronie to już niekoniecznie. Proszę więc o rady, jak to zrobić, by było przejrzyście, bo przecież niebawem (no, w tym roku) powinna być kolejna relacja...
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 15 Lut 2014 14:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Wrz 2012
Posty: 2573
Loty: 119
Kilometry: 174 534
HON fly4free
glebolxxx napisał(a):
jest Pan chodzacym przykladem ze realizowac marzenia, podrozowac mozna niezaleznie od wieku super pozdrawiam

heh, a Tony Halik to w podstawówce podrozowal :)
otwarty umysl!
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#19 PostWysłany: 15 Lut 2014 14:15 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
i kolejne fotki, Tbilisi


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 15 Lut 2014 14:21 

Rejestracja: 20 Lip 2012
Posty: 141
lahcimmm2 napisał(a):
glebolxxx napisał(a):
jest Pan chodzacym przykladem ze realizowac marzenia, podrozowac mozna niezaleznie od wieku super pozdrawiam

heh, a Tony Halik to w podstawówce podrozowal :)
otwarty umysl!

nie porownyjmy Tonego Halika do zwyklego czlowieka, to jak postawic w jednym rzedzie amatora i Jacka Pałkiewicza
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 34 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group