Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 21 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
 Temat postu: Gruziński off-road
#1 PostWysłany: 13 Paź 2014 17:41 

Rejestracja: 29 Sty 2013
Posty: 14
Gruziński off-road

Słowem wstępu:

Ilość osób: 4

Termin podróży: 5 – 17 września

Większość zdjęć w relacji nie jest mojego autorstwa a Pawła, który był z nami (http://www.photopawel.eu/blog/).

Do odwiedzenia Gruzji zbierałem się już kilka razy, jednak zawsze wypadały inne wyjazdy. Wreszcie w pracy powstał pomysł i ruszyliśmy. Dołączyła do nas jeszcze koleżanka Ania, która przez kilka lat mieszkała w Gruzji (z jej blogiem możecie zapoznać się na stronie http://www.rozagruzji.pl).

Dzień 1 – 5 września 2014

Do Gruzji polecieliśmy liniami Wizz Air z Warszawy. Niestety już na początku samolot miał godzinę opóźnienia, jednak dalej lot przebiegał już bez problemu.

Pierwszy nocleg mieliśmy zarezerwowany w Hostelu Kutaisi by Kote (http://hostelkutaisi.wordpress.com/, 20 lari / osoba, miejsce w pokoju dwuosobowym, łazienka na zewnątrz). Z lotniska za darmo do hostelu zawiózł nas Geogrian Bus. Przyjechaliśmy dość późno, dlatego skoczyliśmy tylko wymienić pieniądze, zjeść kolację i wypić piwko.

Dzień 2 – 6 września 2014

Pierwszą rzeczą, którą mieliśmy rano do zrobienia było odebrania samochodu. Z racji tego, że chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej i jednocześnie być niezależnym zdecydowaliśmy się na wypożyczenie samochodu. Samochód wypożyczyła nam koleżanka Ania, o której wspominam na początku relacji. W czasach, gdy mieszkała w Gruzji był to jej samochód, teraz wypożycza go na potrzeby Fundacji Serce dla Gruzji lub turystą. Nie będę pisał o stawce, ponieważ dla nas było ona promocyjna, ale jak ktoś chce wypożyczyć samochód to zachęcam do bezpośredniego kontaktu z Anią.
Do dyspozycji mieliśmy Nisana Pathfidera 4x4. Samochód był sprowadzony z USA, dlatego nie zdziwiła mnie automatyczna skrzynia biegów, nie zdziwił mnie także 3,5 litrowy silnik. Bardziej obawiałem się wizyty na stacji, ale i tutaj samochód wprawił mnie w osłupienie. Przy jeździe trochę po asfalcie, trochę po górach spalił 12 litrów / 100 km, przy jeździe głównie po asfalcie spalił około 15 litrów / 100 km. Nigdy nie byłem przekonany do automatycznej skrzyni biegów, ale w tym modelu działa ona bardzo sprawnie i na gruzińskie drogi automat to wybawienie (jak pomyślałem sobie ile musiałbym się namachać skrzynią przy tych wszystkich zakrętach, podjazdach to aż mnie boli na samą myśl :) ). Wielokrotnie przydał się także fakt, że samochód był wysoko zawieszony i żadna droga nie stanowiła dla nas przeszkody (tylko raz musieliśmy włączyć napęd 4x4).

Image

Po odebraniu samochodu ruszyliśmy do pierwszego miejsca, czyli katedry Gelati. Trwa jej renowacja (stoi trochę rusztowań), ale nie psuje to ogólnego wrażenia. Bardzo ładnie prezentuje się wnętrze. Spędzamy tam chwilę i ruszamy dalej.

Image

Image

Drugim punktem tego dnia jest monastyr w Motsametcie. Już w Gelati było turystów jak na lekarstwo, za to w Motsametcie jesteśmy tylko my i dwójka Polaków, których zgarnęliśmy po drodze. W przewodniku wychwalali położenie tego monastyru, ale na mnie nie wywiera ono wrażenia. Tak samo jak freski.

Image

Image

Powoli robi się późno a przed nami jeszcze droga do Mestii. Podczas przerwy w małej miejscowości pod sklepem zagaduje nas Gruzin, który się pyta, czy możemy go podrzucić do kolejnej miejscowości. Odpowiadamy, że nie ma problemu, Pan jeszcze biegnie kupić dla nas snickersy i jedziemy. W trakcie drogi okazuje się, że nasz pasażer jest już mocno wstawiony. Prawie krzycząc, stara się nas przekonać, że podróż do Mestii jest bezsensu, ponieważ lepiej jechać do niego na wino. Na nic zdają się tłumaczenia i podziękowania na zaproszenie. Gruzin robi się coraz bardziej męczący, dlatego w miejscowości musimy się z nim pożegnać.

Droga do Mestii mija powoli. Na całej drodze jest asfalt, ale zakrętów jest bardzo dużo i nie ma nawet za bardzo kiedy przyśpieszyć. Ruch jest niewielki, widoki wspaniałe, dlatego podróż mija nam bardzo przyjemnie :)

Image

Image

Mieliśmy już wcześniej zarezerwowany nocleg u Rozy (http://www.roza-mestia.com/, 35 lari / osoba w pokoju 4-osobowym ze śniadaniem i obiadem). Śniadania są bardzo dobre i mega sycące, jak nam coś zostawało to braliśmy na trasę. Mieliśmy wykupiony jeden obiad, ale akurat tego dnia Pani Roza się rozchorowała i nie mieliśmy okazji spróbować jej dań.

Tego dnia zrobiliśmy jeszcze mały spacer po mieście.

Image

Wieczorem, gdy siedzieliśmy już w naszym guesthousie usłyszeliśmy gruzińskie śpiewy. Nie chciało nam się ruszać, ale wreszcie poszliśmy sprawdzić o co kaman. Okazało się, że w restauracji obok "ryneczk (zaraz obok komisariatu policji) jest restauracja z muzyką na żywo. W środku było mega dużo osób (w 90% turyści), ale śpiewy były bardzo fajne. Kupiliśmy piwko w sklepie obok i siedząc na ławeczce słuchaliśmy gruzińskich śpiewów. Kolejnego dnia wróciliśmy tam na obiad – jedzenie było okay, chociaż porcje dość małe a ceny wysokie (tylko piwko było w miarę tanie). Dlatego, mimo, że śpiewy są robione pod turystów, chłopakom wychodzi to bardzo fajnie i uważam, że wieczorem warto wpaść na piwko czy dwa i posłuchać muzyki. Niestety nie pamiętam nazwy lokalu.

DZIEŃ 3 – 7 września 2014

Na ten dzień mieliśmy zaplanowany jednodniowy treking. Po przepysznym śniadanku ruszamy na trasę. Niestety już na samy początku się gubimy. Szlaki w Gruzji nie są jeszcze dobrze oznaczone, przez co osobom, które są tam pierwszy raz poruszanie się po górach może sprawić pewne problemy.

Zaplanowaliśmy trasę Mestia – Tsvirimi (czerwony szlak, http://www.svanetitrekking.ge/eng/mestia_c_info.htm). Na początku nic nie wskazywało na taką klęskę. Przy muzeum znaleźliśmy strzałkę kierującą na szlak i myślimy sobie, będzie git. Po jakiś 45 minut dochodzimy jednak do ślepego zaułku. Próbujemy wszystkie wcześniej mijane odnogi, ale także i to kończy się porażką. Bez pardonu mogę powiedzieć, że na takim kręceniu straciliśmy dobre 2,5 – 3 h. Ania na ten dzień wypożyczyła konia i stwierdziła, że ona szybciej zawróci i może uda jej się gdzieś wypatrzeć oznaczenie. Wiedzieliśmy, że w pewnym momencie szlak idzie asfaltową drogą, gps wskazywał nam, że w linii prostej do asfaltu jest 300-400 m. Chcieliśmy przejść ten kawałek na azymut, przez las, ale i tutaj nie daliśmy rady. Wreszcie Ania oddzwoniła, że znalazła strzałkę. Była ona wymalowana na kamieniu, praktycznie przy samej ziemi, dodatkowo schowana za drzewem. Trasa odbijała w lewo ale idą od Mestii nie było jej praktycznie widać. Tego dnia nie spotkaliśmy żadnych innych turystów, ani ludzi, więc nie było się nawet jak zapytać o drogę. Dalej strzałki także były mocno pochowane, ale my byliśmy już bardziej uważni. Dopiero ostatni etap przed dojściem do asfaltówki był wyraźnie oznaczony.

Image

Image

Do Kheshkildi docieramy dopiero o 14:00, czyli po 5 h marszu. Według mapy zrobiliśmy dopiero 6 km, nam gps pokazuje, że mamy nabite już 18 km. Robimy się późno, dodatkowo zbierają się deszczowe chmury. Trochę wkurzeni musimy skapitulować i tą samą drogą wracamy do Mestii.

Image

Image

Wieczorem z powodu choroby naszej gospodyni idziemy do knajpki, którą opisywałem wcześniej.

DZIEŃ 4 – 8 września 2014

Po wczorajszych perypetiach zbieramy się dużo wcześniej i dopytujemy się naszej gospodyni jak oznaczony jest szlak nad jezioro Koruldi (http://www.svanetitrekking.ge/eng/mestia_q_info.htm). Wcale nie jesteśmy zdziwieni informacją, że w Mestii możemy się pogubić i lepiej dojechać samochodem pod krzyż. Gospodyni mówi, że droga jest extreme, ale jak się nie boimy to na pewno jest to najlepsze rozwiązanie. Dzisiaj czasu nie mamy za wiele, dlatego decydujemy się na opcję samochodową. Do samej drogi docieramy bardzo szybko, ale równie szybko dowiadujemy się, dlaczego droga jest extreme. Asfaltu oczywiści nie ma i nigdy nie było, są za to mega dziury, praktycznie cały czas zakręty 180 stopni, ostre podjazdy i małe strumyczki do pokonania. Przez dużą część trasy miejsca jest na jeden samochód, chociaż to też za wiele powiedziane - 20 cm dalej i samochód spada w przepaść. Na szczęście bez żadnych problemów (za to z masą filmików i zdjęć) docieramy pod krzyż.

Image

Image

Z tego miejsca pod jezioro Koruldi jest już stosunkowo blisko. Od samego początku widoki są świetne.

Image

Image

Tego dnia pogoda nam dopisuje, momentami nawet za mocno dopieka słoneczko. Przez dużą część trasy towarzyszyły nam dwa pieski, które na końcu trochę podkarmiliśmy. Same jezioro... no coż, to mega rozczarowanie. Bardziej to dwa bajorka, ale nie żałujemy ponieważ widoki po drodze wszystko wynagradzają.

Image

Droga powrotna samochodem mija spokojnie, chociaż dwa razy musieliśmy mijać się z samochodem z na przeciwka (było tyle o ile miejsca na taki manewr). Po szybkim prysznicu ruszamy w drogę do Batumi. Ruch na trasie jest praktycznie zerowy, zaczyna się dopiero przed Zugdidi (w naszą stronę jechał dosłownie jeden samochód). Powoli zaczyna się robić ciemno i komfort jazdy spada dramatycznie. Jak jest jeszcze „szarówka” to praktycznie nikt nie ma włączonych świateł a jak jest już ciemno to większość ma odpalone wszystkie światła, jakie mają. Normą jest jechanie na długich. Sytuacji nie poprawia stan drogi przed Poti, który jest masakryczny, dodatkowo na trasie jest bardzo dużo tirów. Później droga się poprawia, ruch jest mniejszy, więc i prędkość wzrasta. W Batumi niestety nasz gps się gubi. Niby mamy wpisany adres z rezerwacji, ale wywozi nas w jakąś dziwną dzielnicę. Dzwonimy do właściciela naszego hotelu, ale ten uparcie twierdzi, że adres w rezerwacji jest poprawny. Tracimy dobre 45 minut, aby wreszcie trafić do hotelu. Śpimy w Beach House Hotel (15 lari/ osoba ze śniadaniem w pokoju 4-osobowym z łazienką). Hotel jest blisko plaży, ale daleko od centrum. Właściciel powiedział, że w przypadku rezerwacji osobistej (nie przez booking) cena jest jeszcze niższa – mail do kontaktu beachhousebatumi@gmail.com).

Właściciel woła nas na winko. W recepcji siedzą inni goście – małżeństwo z Rosji oraz małżeństwo z Ukrainy (z Charkowa). Pan z Ukrainy od razu przedstawił się i powiedział, że nie jest żadnym separatystą. Obaj Panowie byli już po spożyciu, więc nie trudno było przewidzieć, że za chwilę zaczną dyskutować o obecnej sytuacji na wschodniej Ukrainie. Rozmowa momentami przemieniała się w mocną kłótnię. Postanowiłem ratować wieczór i przyniosłem naszą polską wódkę :) Panowie na czas kolejki godzili się, piliśmy na przyjaźń polsko-ukraińsko-rosyjsko-gruzińską i dalej wracali do swojej „dyskusji”. Największy ubaw z tego mieli Gruzini :) Impreza kończy się nad ranem.

DZIEŃ 5 – 9 września 2014

Po wczorajszej imprezce pozwalamy sobie na trochę dłuższy sen. Po śniadaniu ruszamy na plażę. Widać, że jest już po sezonie, ponieważ na plaży jesteśmy sami. Słoneczko ładnie przygrzewa (było ponad 30 stopni), więc plażowanie jest całkiem sympatyczne. Robimy małą przerwę i jedziemy na lokalny bazar, gdzie kupuję sandały (wcześniejsze rozleciały się pierwszego dnia w Gruzji). Wracamy ponownie na plaże a wieczorem jedziemy do Gonio, gdzie polscy znajomi Ani prowadzą bar.

Image

Image

Image

Byliśmy wszyscy mocno zmęczeni, dlatego tego dnia nie zwiedziliśmy zbyt dużo.

DZIEŃ 6 – 10 września 2014

Tego dnia budzik dzwoni o niemiłosiernej 5:30. Wyjeżdżamy chwilę po 6. Pierwszym celem dzisiejszego dnia jest Akhaltsikhe. Droga liczy niby tylko 150 km, ale jest to droga przez góry, więc spodziewamy się, że przejazd może nam zająć więcej czasu. Początkowo jedzie się bardzo przyjemnie – super asfalt, piękne widoki. Około godziny 8 zatrzymujemy się w małej miejscowości i szukamy miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść śniadanie. Z tego co zauważyliśmy o tej godzinie większość knajpek jest jeszcze pozamykana, ale w tej mieścinie jest otwarty jeden sklep. Mówimy, że chcemy śniadanie i Pani zabiera nas na tył sklepu, gdzie stoi kilka stołów (jeszcze zastawionych po wczorajszej biesiadzie), jest także kuchnia. Pani nie wie za bardzo co nam przygotować, dlatego ze sklepu przynosimy jej jajka i kilka innych składników i prosimy o przygotowanie śniadania. Po chwili na nasz stół wjeżdża przepyszna jajecznica :)

Tak posileni ruszamy dalej. Niestety, około 70 km za Batumi urywał się asfalt i zaczyna się prawdziwa gruzińska przeprawa. Szybciej niż 20-30 km/h nie jedziemy, bo na tych dziurach jednak szkoda samochodu, zresztą wszyscy poruszają się z taką prędkością (ruch jest malutki, głownie jadą samochody terenowe i kamazy). Przejeżdżamy przez kilka malutkich miejscowości z małymi minarety. Po drodze mijamy budowę wyciągu narciarskiego. Po około 6 godzinach od wyjazdu docieramy do Akhaltsikhe. Średnia jest bardzo słaba, moglibyśmy jechać dłuższą, ale szybszą drogą przez Kutaisi, ale nie żałujemy czasu spędzonego na tej trasie. Dla nas właśnie takie przejazdy poza asfaltem i trasą maszrutek będą stanowić esencję naszej podróży po Gruzji.

Zwiedzenie w samo południe, przy temperaturze sięgającej ponad 30 stopni, po raptem kilku godzinach snu i kilku godzinach za kierownicą nie jest mega komfortowe, momentami zasypiam na stojąco, ale trzeba przyznać, że twierdza prezentuje się świetnie (wejście kosztuje 5 lari).

Image

Image

Po małym odpoczynku ruszamy do Vardzi. Już po drodze widoki są przepiękne i od razu wszyscy są mniej śpiący :) Zgarniamy z drogi stopującego Chorwata i takim składem dojeżdżamy pod parking. Wjazd kosztuje 3 lari i już od samego początku widoki są powalające z nóg. Zastanawiałem się, czy to skalne miasto to przypadkiem nie będzie jakaś lipa, ale to co widzę jak najbardziej mnie satysfakcjonuje :) Nie śpieszymy się i spokojnie wchodzimy do pojedynczych domów (cel). Jest to chyba pierwsze miejsce w Gruzji w którym spotykamy tylu turystów.

Image

Image

Image

Tego dnia mieliśmy jeszcze jechać do Borjomi i tam nocować, jednak rezygnujemy z tego i postanawiamy zanocować w Vardzi. Wcześniej odwiedzamy jednak pobliski żeński klasztor. Na miejscu spotykamy tylko kilku miejscowych, którzy przyjechali akurat na zaczynające się nabożeństwo. Klimat jest magiczny, chwilę się przyglądamy i przysłuchujemy śpiewom i jedziemy do hoteliku.

Image

Hotel znajduje się on zaraz za mostem po prawej stronie (jadąc w kierunku Akhaltsikhe). Jest to hotel znajomych Ani, dlatego my dostajemy specjalną ceną, standardowo jest to 30 lari / osoba (pokoje są z łazienkami). Namiary - Hotel Taoskari Vardzia, +995 577 74 99 96, kartula@ymail.com. Na kolację udajemy się do restauracji po drugiej stronie ulicy z przepięknym widokiem na Vardzię (i tęczę, która akurat wychodzi). Kolacja z winkiem z takimi widokiem smakuje wybornie.

Image

CDN
Góra
 Relacje PM off  
 
#2 PostWysłany: 14 Paź 2014 16:52 

Rejestracja: 29 Sty 2013
Posty: 14
DZIEŃ 7 – 11 września 2014

Rano nie pozwalamy sobie na długi sen i dość wcześnie ruszamy do Borjomi. Po drodze zatrzymujemy się przy twierdzy Khertvisi. Jest ona trochę zaniedbana, wejście nie jest w żaden sposób oznaczone. Robimy sobie mały spacerek i już chcemy ruszać dalej, gdy Paweł przypomina sobie, że pod poduszką zostawił paszportówkę ze wszystkimi dokumentami i pieniędzmi. Szybko wracamy do hotelu, na szczęście nic nie zniknęło :)

Image

Do Borjomi docieramy chwilę po 11. Jest już za późno, żeby ruszyć gdzieś w góry, dlatego postanawiamy się trochę pokręcić po okolicy. Na początku jedziemy do naszej kwatery. Śpimy w Likani u Giorgi. Jest to kwatera w żaden sposób nie oznaczona. Nocleg kosztuje 10 lari / osoba (łazienka na zewnątrz), śniadanie kosztuje 2,5 lari / osoba. Nasza właścicielka jest mega przeuroczą osobą, która wkłada dużo serca, żeby turyści czuli się u niej jak najlepiej. Śniadania przyrządza tylko z własnych produktów, może przygotować także obiady. Będąc w Likani trzeba kierować się w uliczkę, która znajduje się naprzeciwko sklepiku (jest tam kilka sklepów obok siebie i szerokie pobocze). Namiar telefoniczny to: +995 593 667 420.

Pierwsze miejsce, które odwiedzamy w Borjomi to informacja turystyczna. Mądrzejsi jedziemy do biura Parku Narodowego Borjomi (znajduje się między Borjomi a Likani). Aby wejść do parku trzeba wyrobić przepustkę (bilet), które można dostać tylko w ich siedzibie. Bilet jest darmowy, spisują jednak Twoje namiary i bilet jest przypisany na konkretną trasę (nie można jej zmienić w trakcie wycieczki). Bilety mogą być na trasie sprawdzane przez strażników (o samym parku i trasie trochę dalej).

Następnie postanawiamy odwiedzić pobliski Zielony Monastyr, ale nie wywiera on na nas dużego wrażenia.

Image

Siedzimy i tak dumamy co by tu dalej zrobić i wpadamy na pomysł podjechania do gruzińskiego kurortu zimowego Bakuriani. Droga jest bardzo dobra, chociaż kręta (ale do tego już się w Gruzji przyzwyczailiśmy). Latem w zimowym kurorcie wieje nudą, więc szybko chcemy z niego uciekać. Na mapie w okolicy jest zaznaczone jezioro Tabatskhuri. Pytam się policjantów ile to jest kilometrów – słyszę odpowiedzieć 30 km, pytam jaka jest droga – słyszę że ani harosza ani plochaja. Nie zastanawiając się więcej wsiadamy w samochód i jedziemy.

Wraz z końcem miejscowości kończy się asfalt. Na szczęście droga faktycznie jest dobra. Ruch musi być mały, ponieważ w większości jest ona równa, więc spokojnie można jechać 50-60 km/h. Po kilku kilometrach wiemy, że dla samych widoków warto było jechać. Co chwilę zatrzymujemy się, aby robić zdjęcia.

Image

Image

Image

Gdy dojeżdżamy na przełęcz Tskhratskaros (2454 m.n.p.m) zatrzymuje nas armia (w pełnym umundurowaniu,w kamizelkach kuloodpornych i z kałachem u boku). Sprawdzają nam dokumenty. Paweł ma tylko dowód i bardzo krzywo na to patrzą. Tłumaczymy im, że na takim dokumencie można wjechać do Gruzji i że wszystko jest okay. Cała kontrola trwa dobre 20 minut i ostatecznie nas puszczają. Żołnierze mówili, że są ze specjalnej jednostki antyterrorystycznej i widziałem, że zatrzymywali wszystkie pojazdy na tej przełęczy. Mieli tam swoje stanowisko, więc obstawiam, że są tam na stałe.

Dalej widoki są jeszcze lepsze, buzia sama nam się cieszy. Dojeżdżamy wreszcie do małej mieściny położonej nad jeziorem o takiej samej nazwie jak jezioro :) W mieścinie aż piszczało biedą. Domostwa były bardzo biedne, dojeżdżamy do małego kościółka. Jest zamknięty, ale już za chwilę przychodzi Pani i zaprasza nas do środka. Kościółek jest ormiański, opowiada nam trochę o samej miejscowości (liczy ona około 200 domów, małą swoją szkołę, w zimę temperatura spada do -30).

Image

Image

Image

Robi się późno, dlatego powoli wracamy do Borjomi. Po drodze widzimy kilka szałasów, obstawiamy, że stoją one tylko w lato, kiedy wypędzane są owce. Przy jednym z takich szałasów stoją dzieci, więc dzielimy się z nimi delicjami. Ich radość była nie do opisania :) Na przełęczy stoją inni żołnierze, więc znowu nas zatrzymują. Mówimy im, że nasze dokumenty były już sprawdzane, więc tym razem kontrola trwa szybko.

Kolację zjadamy już w Borjomi. Szukamy jeszcze w supermarkecie czaczy i wtedy z pomocą przychodzi nam lokals. Mówi, że tutaj jest drogo i słabo i on ma poleci miejsce, gdzie możemy dostać super czaczę. Jest to restauracja Cafe Turisto (przekraczając most, który prowadzi do Parku Borjomi należy skręcić w drugą ulicę w prawo, ulica Nodar Dumbadze). Właściciel jest bardzo sympatyczny, już na przywitanie nas wyściskał. Pół litrowa butelka domowej czaczy kosztuje 5 lari. Kupujemy od niego jeszcze kiszone ogórki na zagrychę. Następnego dnia przyjeżdżamy na obiad (przepyszne jedzenie, do tego bardzo tanio) i wychodzimy z całym kartonem czaczy :)

DZIEŃ 8 – 12 września 2014

Po przepysznym śniadaniu ruszamy na trasę parku narodowego Borjomi-Kharagauli.

Jedynym możliwym szlakiem do zrobienia w jeden dzień jest szlak nr 1 i szlak nr 6 – a dokładnie połączenie ich. Zaczynamy szlakiem nr 1, dochodzimy do jego połączenia ze szlakiem nr 6 i tym szlakiem wracamy.

Szlak nr 1 zaczyna się w Likani, dlatego tym bardziej jesteśmy zadowoleni że śpimy tam a nie w Borjomi. Podejście nie jest specjalnie trudne, momentami jest stromo, ale bez problemu i szybko docieramy do łącznika. Mamy apetyty na więcej, dlatego postanawiamy podejść jeszcze trochę szlakiem nr 1 i później już wracać. Około 12 docieramy do pierwszego schroniska. Poniżej zdjęcie schroniska – jak widać jest czysto ale spartańsko. Nie ma co liczyć na prąd, wodę, czy jakiś obiad.

Image

Image

Tam też robimy dłuższą przerwę i powoli zaczynamy schodzić w kierunku wioski Kwabischewi. Gdy jesteśmy już na wspomnianym łączniku trasy 1 i 6 i do końca trasy mamy 6 km zaczyna padać deszcz, który zamienia się w burzę z piorunami. Trasa momentami to mały strumień, jest mega ślisko, dodatkowo trasa nr 6 jest dużo bardziej stroma niż 1, dlatego wszyscy solidarnie zaliczamy kilka wywrotek.

Image

Image

Po pewnym czasie deszcz ustaje, ale i tak do wioski wracamy przemoczeni, brudni i zmęczeni. Pod wejściem do parku czeka taksówka, która za 15 lari zawozi nad do Likani.

Po małym odpoczynku ruszamy do centrum miasta. Po męczącym dniu chcemy skorzystać z gorących źródeł. Po wejściu do parku zdrojowego należy iść około 40 minut (za wodospadem kończą się latarnie, więc niezbędne są latarki). Obecnie jest tylko jeden basen z ciepłą wodą. Całość jest trochę zaniedbane i nie ma tam żaden infrastruktury (nie ma żadnej latarni, ławeczek, czy przebieralni).

DZIEŃ 9 – 13 września 2014

Dzisiejszy dzień zaczynamy od wizyty u wulkanizatora. Gdy wyjeżdżamy z kwatery okazuje się, że przednia lewa opona jest przebita (znajdujemy w niej wbitą śrubkę). Na szczęście naprawa trwa szybko i ruszamy w drogę do Tbilisi. Ruch jest dużo większy niż na innych trasach, ale już bez większych problemów docieramy w okolice Metra Didube. Pierwszy nocleg w Tibilisi mamy w Caritasie. Do dyspozycji mamy swój własny pokój, z własną łazienką za 20 lari / osoba. Dodatkowo Caritas jest zlokalizowany dosłownie 1 minutę od metra Didube (jest także gdzie postawić samochód).

Metrem dojeżdżamy na początek ulicy Rustvaveli i spokojnie spacerujemy sobie po mieście. Już od początku przypada mi ono do gustu. Atrakcje turystyczne są dobrze oznaczone, w wielu miejscach jest darmowe wifi, mimo że jest to największe miasto w Gruzji nie czuć tego. Takie przyjemne miejsce :)

Na ulicy Puszkina trafiamy do baru Warszawa. Wstępujemy na piwko, trochę rozmawiamy, dostajemy rekomendacje co jeszcze można zobaczyć i w ten sposób trafiamy na bazar w okolicy Suchego Mostu. Jeżeli ktoś szuka pamiątek, starych orderów i innych artefaktów z ZSRR to miejsce jest stworzone dla niego. Wielu Gruzinów sprzedaje swoje pamiątki z zamierzchłych czasów – wybór jest ogromny.

Image

Image

Trafiamy także na stare miast a następnie wjeżdżamy kolejką na wzgórze. Powoli szukamy czegoś do jedzenia, niestety ceny nas trochę przerastają. Ostatecznie siadamy w jeden z knajpek, gdzie zamawiam typowo Gruzinką potrawę – stek z frytkami. Mega zmęczeni wracamy do Caritasu.

Image

Image

DZIEŃ 10 – 14 września 2014

Na dzień dzisiejszy mieliśmy zaplanowane bardzo dużo, niestety rzeczywistość trochę zweryfikowała nasze plany.
Z samego rana ruszyliśmy w kierunku Stepancminda. Pierwszy postój zrobiliśmy przy twierdzy Ananuri. Po małej sesji zdjęciowej pojechaliśmy dalej i zatrzymaliśmy się dopiero w Godauri na śniadanie. Mała sesja zdjęciowa przy Przełęczy Krzyżowej i byliśmy na miejscu. Wbrew temu co wiele osób mówiło droga wcale nie była taka straszna. Praktycznie przez całą trasę był asfalt, ruch owszem momentami był większy, ale też bez przesady.

Image

Image

Image

Na ten dzień mieliśmy ambitny plan wejść do starej bazy meteorologicznej i tam zanocować. W Internecie były sprzeczne informacje na temat samego czasu dojścia tam spod kościoła Tsminda Sameba jak i samych warunków tam panujących. Nocleg zarezerwowaliśmy już w Tbilisi (20 lari sam nocleg, 25 lari nocleg z pościelą), ale na miejscu w informacji turystycznej Pani po raz pierwszy w życiu usłyszała od nas, że można wykupić nocleg z pościelą. Potwierdziły się także informacje (od poznanych na szlaku polek), że warunki w schronisku są bardzo słabe – brak wody, prąd tylko przez 2 godziny, dach w wielu miejscach dziurawy jak szwajcarski ser, dlatego w środku jest bardzo wilgotno a temperatura wewnątrz wynosi około 0 stopni (podobno cieplej jest w namiocie niż w środku). Nie byliśmy przygotowani na takie warunki (ja nie zabrałem żadnego śpiwora, ponieważ liczyłem na pościel za którą de facto już zapłaciłem), dlatego ostatecznie zrezygnowaliśmy z tego planu.

Wsiedliśmy w naszą terenówkę i pogrzaliśmy pod kościół. Chwilę się pokręciliśmy – nie powiem, zdjęcia, które oglądałem wcześniej wyglądały super, ale w rzeczywistości kościół wygląda jeszcze lepiej.

Image

Image

Image


Zostawiamy samochód pod kościołem i ruszamy w kierunku lodowca. Pogoda nam dopisuje, więc idzie się całkiem dobrze. Jednak z każdym metrem pogoda się zmienia – robi się coraz chłodniej, w pewnym momencie wchodzimy ponad poziom chmur i tam wieje już ostro. Gdy dochodzimy na przełęcz (2951 m.n.p.m.) wiemy, że podejście pod lodowiec trochę mija się z celem. Na przełęczy siedzą trzy dziewczyny z Izraela do których się przysiadamy. Dziewczyny są zmarznięte (nie zabrały żadnych ciepłych rzeczy), ale za to mają pyszne jedzonko :) Dziewczyny jak same powiedziały są religijne, dlatego mogą jeść tylko koszernie i na cały wyjazd zabrały swoje jedzenie. Dzielą się z nami, my za to oddajemy im część swoich ubrań. Razem schodzimy na dół a że z każdym metrem jest cieplej to i idzie się przyjemniej. Opowiadamy sobie nawzajem o Polsce i Izraelu. Zanim się zorientowaliśmy byliśmy już na dole. Widoczność była jednak zerowo. Chmury zawisły na wysokości kościółka i widoczność była na kilka metrów. Planowaliśmy na koniec dnia porobić jeszcze trochę zdjęć, ale musieliśmy obejść się smakiem.

Image

Image

Zabieramy dziewczyna na nasz pokład i podwozimy je pod ich guesthouse. W ich miejscu noclegowym były wolne tylko miejsca w pokoju wspólnym za 20 lari, dlatego postanawiamy sprawdzić inne opcje. Na głównym placyku zagaduje nas Gruzin, który proponuje nam nocleg za 25 lari (pokój z łazienką). Kwatera w żaden sposób nie była oznaczona, ponieważ jak sam mówi w jednym pokoju śpi on z rodziną, drugi wynajmuje turystą. Przyniósł nam jeszcze kosz owoców, hasło do wifi oraz podpowiedział o kilku ciekawych miejscach, które możemy zwiedzić następnego dnia.

DZIEŃ 11 – 15 września 2014

Dzień zaczynamy od pierwszego miejsca poleconego nam przez naszego gospodarza. Jest to wodospad w miejscowości Gveleti. Miasteczko znajduje się jakieś 10-15 km za Stepancminda w kierunku rosyjskiej granicy. Po dotarciu do znaku Gveleti należy skręcić w lewo z drogi lekko pod górę a następnie jeszcze raz w lewo, w górę szutrową drogą. Od głównej szosy do polanki jedzie się 10 minut. Na polance (tam kończy się droga) zostawiamy samochód i pieszo oznaczonym szlakiem (czerwonym albo niebieskim) po kolejnych 10-15 minutach docieramy pod wodospad. Jest przepiękny, ma na około 100-150 metrów wysokości (a nie 300 jak mówił nasz gospodarz). Jesteśmy tam sami, dlatego rozkładamy koc, wyciągamy termos z herbatką, do tego gruziński chlebek oraz jogurt arjan. Słoneczko tego dnia pięknie przygrzewa, dlatego w ten sposób mamy jedno z najpiękniejszych śniadań tego wyjazdu :) Gdy już wracamy, na polankę zjeżdża 6-7 dokładnie takich samych Nissanów Pathfiderów (tylko dużo czystszych) i za chwilę pod wodospad pakuje się spora wycieczka.

Image

Image

Image

Po tak miłym śniadanku ruszamy jeszcze trochę pochodzić po okolicznych górach. Jako punkt wypadowy obieramy sobie małe miasteczko Juta. Sama droga ponownie dostarcza nam wielu wrażeń (dojazd możliwy jest tylko samochodem terenowym). Gdy dojeżdżamy naszym oczom ukazuje się piękna mapa całej okolicy z zaznaczonymi szlakami. Po wcześniejszych wędrówkach trochę nas to zdziwiło, ale podpis wszystko wyjaśnił – współfinansowane prze ministerstwo spraw zagranicznych RP.

Jeszcze tego samego dnia chcieliśmy wrócić do Tbilisi, dlatego po rozmowie z lokalnym przewodnikiem, zostawiamy samochód i ruszamy na mały spacer. W planach mamy podejść 2-3 godziny i wrócić. I tak też robimy. Tego dnia pogoda nas rozpieszcza i opaliłem się mocniej niż na plaży w Batumi :) W drodze powrotnej, praktycznie już pod sam koniec szlaku ponownie spotykamy Izraelki z którymi wczoraj byliśmy na przełęczy. Dziewczyny bardzo się cieszą, że nas spotkały, my także ponieważ dziewczyny właśnie zaczynają przygotowywać obiad. Śmiejemy się, że mamy perfekcyjny timing. I w ten sposób załapujemy się na koszerne jedzonko. Największy podziw budzi fakt, że dziewczyny przywiozły całą masę przypraw i wszystko smakuje wyśmienicie. Z informacji praktycznych – dziewczyny za taksówkę powrotną zapłaciły 75 lari.

Image

Image

Image

Żegnamy się i ruszamy do Mtskhety. Ruch nie jest duży, dlatego w niecałe dwie godziny docieramy do byłej stolicy Gruzji. Tam chwilę kręcimy się po mieście, zachodzimy do katedry (przepiękne wnętrze) i idziemy na kolację (zjadamy tam chyba najlepsze chinkali).

Image

Image

W Tbilisi zgarniamy Anię, która z powodów wcześniejszych zobowiązań musiała zostać w Tbilisi, i przenosimy się na dwie ostatnie noce do hotelu Tbilis Central (położonym nad Dworcem Centralnym).

Dzień jeszcze się nie skończył i nie był to koniec atrakcji zaplanowanych na dziś. Po szybkim ogarnięciu się jedziemy do bani. Ania, która mieszkała kilka lat w Tbilisi, zabiera nas do swojego ulubionego miejsca na starym mieście. Rezerwujemy sobie prywatną banię (Gulo Bakhmaro, 5 Grishashvili, Tbilisi, tel. 577 588 122), która za godzinę kosztuje 70 lari. Do dyspozycji jest jeden pokój, który służy za przebieralnię, ale jest tam także kanapa i kilka foteli, telewizor, druga wielka sala, gdzie są łóżka do odpoczynku (i gdzie są prowadzone wszystkie zabiegi), basenik z zimną wodą oraz basen z ciepłą wodą, oraz sauna. Dodatkowo scrub kosztuje 10 lari a masaż 15 lari (piwko 2,5 lari, herbata – cały dzbanek dla kilku osób 5 lari). Sama bania – mnie trochę rozczarowała. Spodziewałem się chyba czegoś innego, ale nie powiem super było się odpocząć na koniec wyjazdu.

Robimy jeszcze mały nocny spacerek i po dniu pełnym wrażeń padamy zmęczeni spać.

DZIEŃ 12 – 16 września 2014

Na ten dzień mieliśmy przede wszystkim zaplanowane David Gareja. Nasz „super” gps wyprowadza nas w pole i zamiast do skalnego miasta dojeżdżamy do jednostki wojskowej. Żołnierze na szczęście do nas nie strzelają, ale pokazują nam drogę. Widoki po drodze są niesamowite.

Image


Na początku dojeżdżamy do innego skalnego miasta, która wydawało nam się tym właściwym. Na miejscu jest jeden duchowy i dwóch mężczyzn, którzy remontują cerkiew. Trochę dziwnie się na nas patrzą, więc wnioskujemy, że turyści się tam raczej nie pojawiają. Był to także pierwszy raz kiedy nie mogliśmy dogadać się po rosyjsku. Preferowanym językiem był niemiecki.

Na szczęście wracamy na dobrą drogę i docieramy do David Gareja. Same skalne miasto jest okay, chociaż najbardziej zapadły nam w pamięci freski, które znajdują się po drugiej stronie góry. Na początku trzeba wdrapać się górę – widoki są przepiękne, powalają na kolana. Po jednej stronie góry jest Gruzja po drugiej Azerbejdżan o czym informują nasz żołnierze oraz sms z sieci. Po drugiej stronie zbocza znajdują się przepiękne freski w wykutych w skale komnatach.

Image

Image

Image

Image

Wracamy do samochodu i zastanawiamy się co dalej. Trochę czasu straciliśmy na błądzenie, ale dzień jeszcze młody i stwierdzamy, że nie warto go tracić na siedzenie w Tbilisi (zwłaszcza, że było dość gorąco). Postanawiamy jechać do Sighnaghi. Jadąc prawidłową drogą do David Gareja (a nie tak jak my przez bazę wojskową i totalne zadupie) można zatrzymać się w polskiej knajpce, co też robimy. Posileni z werwą ruszamy do Sighnaghi. Ta werwa była chyba za duża ponieważ zatrzymuje nas policja. Przepisowo nie jechałem, ale kto jeździ w Gruzji przepisowo? Najbardziej rozśmieszyło mnie samo zatrzymanie. Jak wcześniej widziałem policję patrolującą miasto, czy gdzieś się przemieszczającą to zawsze mieli odpaloną dyskotekę (górne koguty się świeciły). Przy moim zatrzymaniu puścili raz dźwięk i mrygnęli długimi. No, ale nic, zatrzymuję się, policjant przychodzi i prosi o dokumenty. Patrzy na mnie, patrzy na dokumenty i mówi, że zatrzymał mnie ponieważ rozmawiałem przez komórkę. Przy cenach roamingu rozmowa była ostatnią rzeczą o jakiej pomyślałem, dlatego mówią, że mija się on z prawdą. Mówię, że telefon cały czas miałem w kieszeni, wyjmuję go i pokazuję mu ostatnie wykonane połączenia. Policjant widzi, że ostatnia rozmowa było wczoraj o 19:32. Prosi, abym chwilę poczekał. On udaje, że sprawdza moje dokumenty, wraca po minucie i mówi, żebym jechał dalej. Nie wiem, czy chciał wymusić na mnie łapówkę, czy był jakiś inny powód tego zatrzymania. Ja jednak obstawiam inną wersję. Wcześniej przez 20 km jechałem cały czas za radiowozem. Policjanci w ogóle nie przestrzegali przepisów i wszystkich wyprzedali. Ja się pod nich podczepiłem i jechałem równo z nimi. Radiowóz, który mnie zatrzymał stał na początku na poboczu w przeciwnym kierunku. Może policjanci, do których byłem przyklejony poprosili tych drugich o małe przystopowanie mnie. Taka jest moja wersja, ale jak było naprawdę nie wie nikt :)

Już bez problemu docieramy do Sighnaghi. Pierwszym miejscem, które odwiedzamy jest cerkiew świętej Temidy. Tam też widziałem najpiękniejsze freski. Samo miasteczko jest przepięknie położone na wzgórzu. Spędzamy tam chwilę, ale pogoda zaczyna się psuć (zaczyna kropić), dlatego postanawiamy wrócić do Tbilisi.

Image

Image

Image

Tego dnia Paweł miał urodziny, dlatego po uszczupleniu naszych zapasów czaczy z Borjomi ruszamy na miasto. Chcieliśmy na chwilę zajść do Baru Warszawy i dalej ruszyć na imprezę, ale w Warszawie jakaś Polka też obchodziła urodziny więc impreza się rozkręca i dopiero chwilę przed 5 wracam do hotelu.

DZIEŃ 13 – 17 września 2014

W planach mieliśmy wczesny wyjazd i zwiedzanie Kutaisi. Po takiej imprezie było to jedna niemożliwe i z małym kacem wsiadamy o 12 to maszrutki. Jest mega gorąca, więc podróż to mała masakra. Po przyjeździe zostawiamy walizki w małym sklepiku, obok McDonalda (za 2 walizki i plecak płacimy 3,5 lari) i autobusem ruszamy do centrum miasta. Energii nadal brakuje, dlatego ograniczamy się do małego spaceru, wizyty na bazarze i siadamy w knajpie na obiad i ostatnie piwko. Pytam się właściciela knajpki ile kosztuje taksówka na lotnisko. Ten zamiast rzucić jakoś orientacyjną kwotę biegnie do taksówkarza i negocjuje nam kwotę 20 lari (z podjechaniem na dworzec po nasze bagaże). Taksówkarz bardzo się cieszy, że jesteśmy z Polski i mówi, że w czasie sowieckiego sojuzu stacjonował w Polsce (pod Legnicą).

Na lotnisku w Kutaisi wszędzie są ogromne kolejki. Do odprawy bagażu, do kontroli paszportowej, w sklepie wolnocłowym. Dodatkowo wzywają Pawła do kontroli bagażu, ponieważ nie spodobała im się herbata, którą Paweł z Anią kupili. Po tych ekscesach docieramy bez problemu do Warszawy.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 14 Paź 2014 17:44 

Rejestracja: 14 Mar 2014
Posty: 1238
Loty: 85
Kilometry: 125 454
niebieski
To jest dopiero "pełne odwiedzenie Gruzji", cały przekrój tego kraju, fajna relacja. Służby w tym kraju są w ogóle jakieś przewrażliwione, ja za zdjęcie panoramy gór na tle pasa startowego lotniska w Kutaisi prawie zostałem uznany za szpiega. :) Po przylocie za zdjęcie samolotu Wizzaiar / dla prywatnych statystyk/ także byłem przyczyną niezrozumiałej wówczas interwencji. Jednakże Gruzja jest fajnym i może przez to bezpiecznym krajem.
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 21 Lis 2014 14:05 

Rejestracja: 04 Lip 2011
Posty: 324
niebieski
Świetna i konkretna relacja. Można ją wykorzystać planując samochodówkę. Zdjęcia przepiękne, najwyższa klasa.
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 21 Lis 2014 15:38 

Rejestracja: 18 Gru 2013
Posty: 41
Świetna relacja i miodzio zdjęcia. Można wiedzieć, czym pstrykasz?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 24 Lis 2014 18:40 

Rejestracja: 29 Sty 2013
Posty: 14
Dzięki za miłe słowa! Zdjęcia nie są mojego autorstwa, tylko kolegi, który z nami był. Aparat Pawła to. Nikon D300s i tamron 17-50 2.8.
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 26 Lis 2014 15:01 

Rejestracja: 29 Mar 2011
Posty: 249
Loty: 10
Kilometry: 28 060
niebieski
Piekna Gruzja nic tylko jechać. Tak się zapytam autora ...hmm jaki był koszt samochodu na tyle dni. Coś możesz powiedzieć o warunkach , wypożyczalni, depozyty itp. Koszt.
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 26 Lis 2014 15:46 

Rejestracja: 31 Lip 2013
Posty: 65
Loty: 70
Kilometry: 167 826
Relacja miazga !!! Zdjęcia ekstra !!!
Super
Super
Super
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 26 Lis 2014 22:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lip 2013
Posty: 96
Dzięki wielkie za super relację. Sam od pewnego czasu wybieram się w tamte strony i na pewno twoje doświadczenie przyda się. Niektóre zdjęcia na prawdę super, aż chciałoby się wrzucić w ramkę :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 27 Lis 2014 18:06 

Rejestracja: 29 Sty 2013
Posty: 14
Samochód był naszej koleżanki, więc nie mieliśmy żadnego depozytu :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 02 Gru 2014 21:44 

Rejestracja: 02 Gru 2014
Posty: 2
Super relacja. Mam dwa pytania:

-czy byłaby możliwość podania kontaktu do pani Anny? ,
-na jakich źródłach opieraliście się tworząc plan wyprawy, oczywiście poza sugestiami "tubylców" ( internet, przewodniki)?
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 02 Gru 2014 21:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Mar 2011
Posty: 148
polecam Gruzje
dla samych cudownych widokow warto
zdjecia super, gratulacje
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 03 Gru 2014 18:40 

Rejestracja: 29 Sty 2013
Posty: 14
Kontakt do Ani to rozagruzji@onet.eu .

Gruzję od dawna miałem w planach, więc od dawna o niej czytałem (fora, czasopisma podróżnicze, książki). Na miejscu miałem ze sobą przewodnik Lonely Planet.
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 03 Gru 2014 19:58 

Rejestracja: 02 Gru 2014
Posty: 2
Dziękuję za pomoc.
Pozdrawiam
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 04 Gru 2014 09:42 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 177
Można wiedzieć jak to wyglądało od strony bardziej przyziemnej tj. kosztowej ? : ) ps. suuuuper foty.
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 04 Gru 2014 11:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2014
Posty: 248
Loty: 29
Kilometry: 73 985
Super relacja. Sam planuję odwiedzić Gruzję, więc będzie cenną wskazówką.
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 04 Gru 2014 12:20 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Wrz 2011
Posty: 2439
Loty: 225
Kilometry: 270 267
Bardzo fajna relacja, przypomniała mi mój wyjazd do Gruzji :-)
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 04 Gru 2014 13:08 

Rejestracja: 15 Gru 2011
Posty: 920
niebieski
Niewiarygodnie piękne zdjęcia. Krajobrazy super no i dla fotografa propsy.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#19 PostWysłany: 07 Gru 2014 18:15 

Rejestracja: 29 Sty 2013
Posty: 14
Cały wyjazd kosztował około 2.650 zł (w tym przelot za 660 zł, z jednym dużym bagażem na dwie osoby).
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 07 Gru 2014 19:52 

Rejestracja: 05 Lis 2014
Posty: 102
Loty: 19
Kilometry: 23 746
Super relacja. Mogę się zapytać w jakim terminie kupowałeś bilety?
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 21 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group