Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 10 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 05 Lut 2016 19:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Paź 2014
Posty: 7
Fin del Mundo – czyli w bezpośrednim tłumaczeniu „koniec świata”. Jak tam jest? Jeszcze nie wiem. Ale to pytanie przyświecało mi, kiedy pewnego wrześniowego wieczoru ubiegłego roku zdecydowałem się na zakup biletów do położonego najdalej na południe miasta na świecie – argentyńskiej Ushuaii (za Wikipedią – nazwa pochodzi z lokalnego języka Indian Yámana, w którym znaczy „zatoka u krańca”). Bilety będące wynikiem błędu taryfowego zostały znalezione oczywiście dzięki uprzejmości F4F :D

Tak więc 22 lutego rano zamelduję się na warszawskim Okęciu, a następnie przez Dusseldorf, Mediolan, Sao Paulo i Buenos Aires udam się aby sprawdzić sytuację na miejscu ;) Celem solowego projektu, któremu od tego postu możecie kibicować, jest średnio-zaawansowany trekking na lodowcowym pograniczu argentyńsko-chilijskim, a konkretnie między Ushuaią, a mierzącym ponad 100 km długości jeziorem Fagnano. Orientacyjną trasę przejścia możecie obejrzeć na załączonej mapie.


Image

Posty dot. przygotowań jak i samej wyprawy będę zamieszczał równolegle na moim fejsbukowym profilu: https://www.facebook.com/aleksander.paszkowski

Jeśli macie jakieś pytania - śmiało ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#2 PostWysłany: 12 Lut 2016 18:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Paź 2014
Posty: 7
Przygotowania w pełni. Mój pokój jest teraz wielkim magazynem logistycznym, a w piwnicy rozłożony został obóz bazowy ;) Sporo osób przed wyjazdem pyta mnie o obawy dot. ewentualnych zagrożeń, jakie mogą mnie spotkać w trakcie tej wyprawy.

Prawdę mówiąc, do chwili obecnej widzę dwie niezależne ode mnie kwestie, które mogą spowodować zawalenie się tego misternie realizowanego projektu. Pierwsza, banalna, to zagubienie się bagażu. Mając na względzie, że czekają mnie po drodze cztery przesiadki realizowane na dwóch oddzielnych biletach, należy się liczyć z taką całkiem realną możliwością. Staram się jednak nie dopuszczać do siebie tej myśli dopóki nie wyląduję cało na lotnisku w Ushuaii.

Drugą, są warunki pogodowe jakie zastanę. O ile silny wiatr, czy sporej wielkości deszcz nie będą tutaj przeszkodami, o tyle nawet podczas tamtejszego sezonu letniego, który ma właśnie miejsce, odstraszający może być śnieg i ewentualne zagrożenie lawinowe. Lokalne wierzchołki sięgają co prawda 1000-1100 metrów, jednakże biorąc pod uwagę przewyższenie liczone od poziomu morza, to trochę jak z Kuźnic na Kościelec, oznakowanych dróg żadnych, a ewentualna asekuracja jedynie we własnym zakresie.

Image
Image
Góra
 Relacje PM off
marcino123 lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 12 Lut 2016 19:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lis 2013
Posty: 460
Loty: 151
Kilometry: 350 524
niebieski
Warunki pogodowe naprawdę są bardzo zmienne. Dla przykładu wchodząc na wieże Torres w Parku Torres del Paine mieliśmy bardzo ciepło i nawet słońce świeciło. Z przeprowadzonego w schronisku wywiadu dowiedzieliśmy się , iż dzień wcześniej lało jak z cebra i urywało głowy. Natomiast wchodząc na Guanaco w Parku Tierra del Fuego, tuż przed wierzchołkiem zaczął padać śnieg, a na dole świeciło słońce. Generalnie nastawiliśmy się na zmienne warunki i byliśmy trochę zszokowani jak wysiedliśmy z samolotu w Ushuaii i było bezwietrznie :)
_________________
http://swiatwmoimzasiegu.blogspot.com/

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 12 Lut 2016 20:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Paź 2014
Posty: 7
Dzięki za info! W jakim miesiącu byłeś? W pierwszej kolejności interesują mnie warunki jeśli chodzi o śnieg. Jeżeli byłoby go mało (czyt. jak w naszych Tatrach latem) będę lżejszy o trochę niepotrzebnego sprzętu.

Na marginesie - w Ushuaii przy ul. Leandro Alem działa "Club Andino Ushuaia" - ponoć można tam zdobyć mapy turystyczne i zasięgnąć języka co do polecanych tras. Napisałem do nich na FB i mailem ale do chwili obecnej bez odpowiedzi. Ponadto, dla bezpieczeństwa wyjście w góry można skonsultować z "Defensa Civil" - a przynajmniej taką nazwę podali mi lokalsi ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 12 Lut 2016 20:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lis 2013
Posty: 460
Loty: 151
Kilometry: 350 524
niebieski
Ja byłem 20-31 stycznia. Wysoko po górach nie chodziłem. Tam gdzie byłem tzn. na wysokości 800-900 m npm były tylko połacie starego śniegu na przemian z suchym podłożem.
_________________
http://swiatwmoimzasiegu.blogspot.com/

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 15 Lut 2016 18:57 

Rejestracja: 19 Sie 2015
Posty: 77
plan fajny tez mielismy dokladnie taki tam gdzie zaznaczyles idzie szlak akurat ;p
ale po dotarciu do ushuaia 2 lutego pogoda byla slaba strasznie lalo i zrezygnowalismy i poszlismy do parku.
1 dzien lazenia to ulewa straszna ale kolejne 4 dni to juz piekne slonce....
a jak wrocilismy do ushuaia to ostatni dzien 9 luty to juz lalo strasznie a w gorach to ostry snieg ze nie bylo ich widac w ogole.
takze z ta pogoda to nie wiadomo do konca. Bo prognoza pokazywala troszke inaczej i wyszlo inaczej...

:edit.
Polecam wziasc naprawde dobry spiwor tez bo w nocy jest naprawde zimno :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 15 Lut 2016 22:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Paź 2014
Posty: 7
@duskraider - namiot, śpiwór, karimata, folia NRC, polar, termo i ogrzewacze - będą - choć niekoniecznie w takiej kolejności ;) Co do trasy waham się między wariantem idącym doliną (Valle Andorra), a granią (odcinek między Cerro Esfigne a Cerro Vinciguerra). Tutaj decyzja zapadanie po wizji lokalnej.

Tak przy okazji trochę o topografii rejonu - największą bolączką jest deficyt informacji w języku angielskim. Niby góry położone w rejonie Ushuaii to nadal Andy, niby to nadal Patagonia, ale nawet w podstawowej serii Lonely Planet, nie ma zbyt wielu przydatnych wiadomości. Ponieważ jedynej znalezionej na ww. temat lektury (Luis Turi "Guía de Sendas y Escaladas de Tierra del Fuego") nie zdobędę nawet w lokalnej Bibliotece Pedagogicznej (;)) trzeba szukać gdzie indziej. Z odsieczą przychodzą wszelkiego rodzaju strony internetowe na których podróżnicy dzielą się zdjęciami i śladami GPS swoich wycieczek (np. Wikiloc czy Garmin). Tak dozbrojony w lokalne nazwy własne gór i jezior przeszukuję hiszpańskojęzyczną Wikipedię. Oprócz szczegółowego opisu są tam współrzędne, które po „wklepaniu” w nawigację stają się przydatnymi punktami odniesienia.
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 22 Lut 2016 20:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Paź 2014
Posty: 7
Uwaga. Nie chce siac zbednej paniki ale wlasnie czekam juz pozytywnie odprawiony w Mediolanie na dalszy lot do Sao Paulo. Niestety czesc osob z PL ma problemy po wczesniejszej zmianie godzin lotow na odcinku Buenos-Ushuaia - nie widac u nich tego odcinka w systemie rezerwacyjnym. Dlatego polecam odprawic sie na stronach LAN i TAM a tutaj tylko nadac bagaz (nadany do Ushuaii ale wg checkinu do odbioru w Buenos aby przejsc odprawe celna).
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 04 Mar 2016 03:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Paź 2014
Posty: 7
Ufff… Szczęśliwy i zadowolony wróciłem do kraju. Oczywiście w trakcie wycieczki nie udało mi poprowadzić relacji na żywo, ograniczając się do postów na Facebooku dla najbliższych. Po rozpakowaniu chociaż części rzeczy wreszcie jest chwila czasu żeby spróbować opisać tę niezwykłą eskapadę, co postaram się robić we w miarę regularnie publikowanych odcinkach ;)

CZĘŚĆ I - WARSZAWA, DUSSELDORF, MEDIOLAN, SAO PAULO

Ponieważ chciałem wyruszyć z Warszawy do Mediolanu tego samego dnia, którego miałem wieczorem dalszy wylot do Sao Paulo, pierwsze dwa odcinki spędziłem na pokładzie linii Eurowings z przesiadką w Dusseldorfie. Pozostali przewoźnicy albo nie mieli tego dnia rejsów, albo ceny były jak na moją kieszeń dość zaporowe. Obydwa loty w zasadzie bez historii – szybka odprawa w Warszawie, trochę oczekiwania, a potem mimo silnego wiatru i intensywnego opadu bardzo ładny start i lądowanie. Lotnisko w Dusseldorfie okazało się zupełnie niedużym portem, w każdym razie wyobrażałem je sobie raczej jako spory hub przesiadkowy. W Eurowings w ramach taryfy SMART dostajemy oprócz rejestrowanego bagażu, możliwość wyboru miejsca, buteleczkę wody i mizernej jakości pseudo-kanapkę.

Image
Image

W Mediolanie jako jeden z pierwszych melduję się w kolejce do nadania bagażu (odprawę i rezerwację miejsc na wszystkie odcinki zrobiłem przez internet na stronach LAN-u i TAM-u) – tutaj duży plus dla przewoźnika bo umożliwił taką opcję już na cztery godziny przed odlotem. Bagaż jest przez obsługę oklejony do Ushuaii, jednakże ze względu na odprawę celną konieczny będzie jego odbiór i ponowne nadanie w Buenos Aires. Na lotnisku poznaję pierwszych rodaków, którzy także wybierają się na koniec świata. Niestety nie wszystkim odprawa przeszła tak gładko – część osób ma problemy bo nie widać u nich ostatniego odcinka podróży z Buenos Aires do Ushuaii. Każdy negocjuje na swój sposób, jedni chcą w dalszym ciągu tylko do Ushuaii, inni decydują się na dłuższy pobyt w Buenos Aires kosztem krótszego pobytu na miejscu, dla jeszcze innych celem jest El Calafate. Na szczęście obsługa stanowiska LAN bardzo elastycznie podchodzi do sprawy (czasem tylko wymaga to dłuższej konsultacji telefonicznej z centralą gdzieś w Ameryce Południowej).

Image

Lot przebiega bez żadnych problemów. Układ 3-3-3 Dreamlinera nie jest może tak wygodny jak np. 2-4-2 w Airbusach 340-600 Iberii, ale jeśli chodzi o wyposażenie, obsługę i standard rozrywki w niczym nie odbiega od konkurencji. Jako, że mam miejsce po prawej stronie przy oknie bez trudu rozpoznaję i podziwiam pięknie wyglądające nocą i posiadające charakterystyczne miejsca Barcelonę (Camp Nou), Madryt (Puerta Del Sol i Santiago Bernabeu), Lizbonę (podzieloną ujściem Tagu) i Maderę (jedyny jasny punkcik na Oceanie Atlantyckim ;) ) - niestety jakość zdjęć wyjątkowo marna więc nie do publikacji.

Image
Image

Po lądowaniu w Sao Paulo proponuję poznanym po drodze Ewie, Małgosi, Kasi i i Oli, że oprowadzę je po centrum, gdzie już byłem niecałe dwa lata temu. Trochę błądząc próbujemy bezskutecznie wymienić na lotnisku pieniądze jednak wszystkie miejscowe kantory i bankomaty chcą od tej transakcji pobrać słoną prowizję. Summa summarum zdajemy nasz bagaż podręczny do lotniskowej przechowalni (koszt 35 reali – dogadujemy się, że zapłacimy po powrocie), i wciskając kierowcy autobusu linii 257 kilka dolarów dojeżdżamy do stacji metra Tatuapé. Uważni obserwatorzy dostrzegą po drodze kilka znanych z opowiadań o Brazylii moteli na godziny ;) Na stacji niestety okazuję się, że jedyny kantor w pobliżu jest w parku handlowym otwieranym o 10.00, czyli za nieco ponad godzinę, zaś w kasie biletowej metra nie chcą od nas przyjąć zapłaty w innej walucie. W trakcie spaceru po okolicy wpadam na iście szatański plan – otwieram gps-a, z którego wychodzi mi, że odległość do centrum to około 6,5 km i proponuję dziewczynom abyśmy ruszyli do celu na piechotę kierując się „na azymut”, na co o dziwo wszystkie przystają. Nasza trasa wiodła uliczkami ciągnącymi się wzdłuż czerwonej linii metra po jego północnej stronie – najpierw przez bogatszą dzielnicę domów jednorodzinnych Belenzinho, potem przez bardziej uprzemysłowioną Bras, gdzie przy stacji metra znajduje się gwarne i tłoczne targowisko pełne straganów ze świeżymi owocami, serami, rybami i mięsem.

Image
Image
Image
Image

W centrum moim głównym celem było dostanie się na taras widokowy lokalnego „Empire State Building” czyli wieżowca Banespa. Niestety po dotarciu na miejsce okazało się, że jest on czasowo zamknięty ze względu na remont. Po drodze w jednej z setek sklepiko-kawiarni przy deptaku na Rua Sao Bento kupuję za 6 reali sorbet z owoców Acai, aby pokazać dziewczynom jeden z lokalnych symboli. Ruszamy w dalszą drogę po centrum. Wchodzimy do katedry Se, a następnie udajemy się japońskiej dzielnicy Liberdade. Tutaj też decydujemy się na obiad, którego integralnym elementem były drinki Caipirinha podane na naszą prośbę w rozmiarze „grande” :D Całość kosztowała około 45 reali za osobę. Potem, jeszcze krótki spacer, zakup paru pamiątek, powrót metrem, wiadomym autobusem i odbiór bagażu z przechowalni (nic nie zginęło chociaż zostawiłem cały swój sprzęt fotograficzny).

Image
Image
Image
Image

Tuż po dotarciu na lotnisko Sao Paulo żegna nas całkiem sporą ulewą. Rozochoceni smakami Brazylii decydujemy się na jeszcze jedną Caipirinhę. Według wskazań gps-a łącznie tego dnia pokonaliśmy na piechotę ponad 12 kilometrów!

Image
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 14 Mar 2016 01:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Paź 2014
Posty: 7
CZĘŚĆ II – BUENOS AIRES, USHUAIA

Po powrocie na lotnisko GRU musimy ponownie przejść odprawę paszportową pokazując urzędnikowi zachowany odcinek blankietu „Cartão de Entrada e Saída” wypełnianego na wjeździe. W trakcie oczekiwania na odlot zerkam w stronę ekip sprzątających wyposażonych w dodatkowe środki ochronne ze względu na zagrożenie wirusem Zika (ostrzegają przed nim tablice umieszczone na lotnisku). Również przed startem samolotu jedna ze stewardess rozpyla na pokładzie jakiś tajemniczy specyfik po którym większość pasażerów dostaje ataku kaszlu ;-) W trakcie lotu trochę trzęsie, zaś największe wrażenie robią ogromne cumulonimbusy przez które samolot kilka razy zmienia trasę.

Image
Image

W Buenos na lotnisku AEP lądujemy w ciemnościach. Kolejki do odprawy paszportowej dłużą się niemiłosiernie. Niektórzy urzędnicy szczegółowo odpytują turystów z miejsc w których będą przebywać wpisując do systemu podane adresy. Ja na szczęście trafiam na sympatycznego pana, któremu stwierdzenie, że następnego dnia lecę do Ushuaii w zupełności wystarcza. Jeszcze odciski palców i portret pamięciowy, a następnie szybko udaję się do strefy odbioru bagażowego zobaczyć czy moja torba nadana w Mediolanie przyleciała. I pozytywne zaskoczenie - jest jako jedna z pierwszych! Odprawa celna była formalnością. Mimo teoretycznego zakazu wwozu żywności na terytorium Argentyny moje zapasy batoników i konserw w góry jadą dalej.

Image

Noc na lotnisku umila nieograniczony transfer WiFi (w Sao Paulo - 1 godzina). Na pierwszym piętrze koczuje sporo ludzi. Część Polaków lecących do El Calafate znowu ma problemy ze względu na planowany na kolejny dzień strajk tamtejszych kontrolerów lotów, do którego jednak ostatecznie nie dochodzi. Klasyczna lokalna mañana. Budzę się o brzasku i mając za oknem fantastyczny widok na ujście La Platy ruszam na krótki spacer po przyległej do lotniska ulicy.

Image
Image

Ostatni odcinek podróży na miejsce przebiega w ładnej słonecznej pogodzie. W trakcie podejścia do Ushuaii obserwuję całkowicie ośnieżone wierzchołki gór i już wiem, że nie będzie tam łatwo. Z kolei na ostatniej prostej do lądowania podziwiam malutkie, skaliste, pełne ptactwa i morskich zwierząt wysepki położone na Kanale Beagle. Lotnisko w Ushuaii jest bardzo kameralne, a uroku dodaje mu drewniane wykończenie. Po wyjściu tworzy się kolejka oczekujących na taksówki, które aż do ostatniego pasażera zamawia przez krótkofalówkę jeden z pracowników lotniska. Koszt przejazdu do centrum to około 130 ARS.

Image
Image
Image
Image

W recepcji Refugio del Mochilero (20 USD za nocleg z kontynentalnym śniadaniem, rozliczenie w ARS wychodzi taniej) serdecznie wita nas prowadząca je Ewa. Atmosfera typowo schroniskowa. Przed nami w kolejce trójka wyjątkowo wesołych Amerykanów po 60-tce. Jeden z nich porusza się z porusza się z pomocą pięknie lakierowanego czarnego balkonika przyozdobionego wielkim logo i napisem „Harley Parkinson” (sic!). Chwilę pożartowaliśmy, a następnie wraz z poznanym jeszcze w Mediolanie Mirkiem dostaliśmy przydział w malutkim pokoiku z dwoma piętrowymi łóżkami. W zasadzie byłoby ok, gdyby nie przenikający wszystko zapach, a raczej bliżej nieokreślony smród czegoś, co mogło, jak obstawiamy, być płynem do dezynsekcji albo deratyzacji (utrzymywał się na ubraniach jeszcze po powrocie do Polski).

Szybko się odświeżamy i ruszamy w miasto. Ushuaia jako żywo przypomina mi nasze Zakopane. Widać, że wszystko tutaj nastawione jest na komercjalnego turystę. Pełno różnorakich hoteli, restauracji, sklepików z pamiątkami, reklam i szyldów. Są lokalne Krupówki. Nawet busiki wożące turystów do atrakcji turystycznych podobne. Taki status „miasta na końcu świata” odbija się niestety na cenach, które przewyższają znacznie średni, argentyński poziom. Szybko odnajdujemy też polskie akcenty :-)

Image
Image

Po drodze przysiadamy na ławeczce obok przystani portowej aby zrobić kilka zdjęć. W oddali na jednym z jachtów majaczy polska flaga. Zaciekawieni ruszamy na przeszpiegi. W ten sposób poznajemy Grzegorza i Alicję – część załogi Wassyl360, która w zaplanowanym na dwa lata rejsie postanowiła odbyć podróż dookoła świata! Z tego miejsca polecam ich blog, który można śledzić tutaj http://wassyl360.com/.

Image
Image
Image
Image

Jednym z ciekawych akcentów dot. historii Argentyny w Ushuaii jest kilka miejsc poświęconych przegranej skądinąd bitwie o Falklandy w 1982 roku. W samym centrum przy Avenida Maipú znajduje się pomnik poległych, a także wystawa zdjęć poświęconych najważniejszym momentom konfliktu. Z kolei główna droga krajowa prowadząca do miasta od północy (tzw. Ruta „3”) nosi imię „Heroes de Malvinas”.

Image
Image

Pierwsze podejście do obiadokolacji zakończyło się falstartem, gdyż polecana nam w kilku miejscach restauracja „La Estancia” podobnie jak sporo innych tutaj ma przerwę w ramach siesty między godziną 15.00 a 20.00. Na szczęście za drugim razem się udało i za skromne 350 ARS + koszt napojów mogliśmy cieszyć się menu w formacie „jesz ile chcesz”. Na pierwszy strzał była oczywiście argentyńska wołowina. Trzeba przyznać, że gdy po krótkim szkoleniu podeszliśmy do szefa grilla (w większości knajp posiada swój wydzielony i niezależny od reszty kuchni obszar) wołając mieszane „beef” oraz „jugoso!” (czyt. „hugoso”) efekt był znakomity i na nasze talerze trafił doskonały, średnio krwisty stek :) Poza tym mogę polecić świetnie doprawioną białą kiełbasę z grilla oraz kuleczki wołowe w sosie.

Image
Image

Inną restauracją w której się stołowałem było „Bamboo”. Tutaj z kolei „jesz ile chcesz” (250 ARS) jest jedyną dostępną opcją. Mięsa z grilla nie były niestety takiej jakości jak w „La Estancii” natomiast ilość potraw (w szczególności owoce morza, w tym paluszki krabowe) była na tyle duża, że każdy znalazł dla siebie coś smacznego.

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 10 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group