Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 47 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3
Autor Wiadomość
#41 PostWysłany: 06 Cze 2019 17:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
@bozenak - oj szukaj ! "Będzie Pani zadowolona!" :D



Przedostatni dzień na Siquijor…


Po wczorajszym dniu pełnym wrażeń, wstajemy i przy porannej kawie stwierdzamy jednogłośnie – JESTEŚMY SPEŁNIENI WYJAZDEM W 100% :!:

Już, teraz, mimo tego, że jeszcze przed nami 2 dni na wyspach. Ach, jakie to cudowne uczucie.
To nie jest tak, że już chcielibyśmy wracać, o nie nie ! Po prostu idealna perspektywa, że nie musimy biegać, żeby na siłę coś zobaczyć, że mamy niedosyt. Nie ! Wszystko było tak, jak sobie wyobrażaliśmy. Ba! Nawet sporo lepiej ! :D

Zostały nam jednak 2 pełne dni. Zwalniamy zatem tempo i na spokojnie jedziemy poleżakować na (podobno) ładnej Paliton Beach.

Co prawda moglibyśmy dojść tam brzegiem, bo plaża ta oddalona jest od naszej o jakieś max 2 kilometry, ale ze względu na żar lejący się z nieba wybieramy skutery 😊

Docieramy. Plaża ładna, spokojna i oprócz nas może 5 osób…
Image

Image

Image

Uwaga: w wodzie jest od groma parzydełkowców (meduz) jednak w żadnym stopniu nie są one groźne dla człowieka :)


Na Paliton Beach pobijamy nasz rekord… w długości pobytu w jednym miejscu 8-)
Dwie godziny ! Leżakowaliśmy, czilowaliśmy a czas płynął i płynął... :twisted:
No ale w końcu zaczyna nas łupać w kościach – za długo :D
- hmm, co by tu teraz? – uruchamiamy burzę mózgów;
- posnurkujmy! – rzuca któreś z nas i od razu zaczynamy przeglądać notatki i internet.

Fakt, snurkowania do tej pory zaczerpnęliśmy tylko na Balicasag oraz w okolicy Salagdoong Beach – mało !

W kilka chwil zrobiliśmy zestawienie miejsc, w których rzekomo podwodna fauna i flora jest całkiem przyjemna.
Jednak biorąc pod uwagę ilość „za” i „przeciw” zdecydowaliśmy się na część plaży Tubod, a dokładniej na Tubod Marine Sanctuary, czyli nic innego jak rezerwat przyrody.

Na mapę nawet nie mamy co spoglądać, bo kilkukrotnie obok tego miejsca przejeżdżaliśmy. W sieci czytamy, że jedyną opcją na uniknięcie opłat za „korzystanie” z plaży to przejście przez Coco Grove Beach Resort, co podobno łatwe nie jest.
- ale jak to, my nie damy rady? Potrzymaj nam piwo ! – moglibyśmy powiedzieć :D

No ale wiadomo, jak w jakikolwiek sposób można opłat uniknąć – unikamy :D a przynajmniej próbujemy…

Jak mówią nam google: „Coco grove beach resort to strzeżony, 3-gwiazdkowy hotel na Siquijor, z trzema odkrytymi basenami, SPA, siłownią i strefą relaksu…”

Podjeżdżamy pod wielką, mosiężną bramę, w której stoi ubrany w elegancki mundur Pan ochroniarz. Wjeżdżamy „twardo” :D jednak zatrzymuje nas, wyciąga listę gości i pyta co tu robimy… :roll:
- jesteśmy umówieni w hotelowej restauracji! – odparłem z dużą dozą pewności;
- z kim jesteście umówieni? – spokojnie zapytał, a pytanie to nas zamurowało. :lol: No tak, bo jak mogliśmy je przewidzieć? :roll:
- z Miro Radovicem! – krzyknąłem bez zastanowienia ! :D (pierwsze co mi przyszło na myśl – piłkarz Legii Warszawa, czyli klubu, któremu kibicuję)

Chłop szuka i szuka i szuka.. NIC.
- nie ma Pana na liście gości hotelowych – odparł 8-)
- a no tak, wiem wiem, bo on tutaj dziś przyjechał, a nie ma pieniędzy, które zostawił na Bohol. Przyjechaliśmy mu je dać..
Bla bla bla, typowa gadka wymyślona na poczekaniu, z coraz to pewniejszym wpychaniem się za progi hotelu.
W końcu miły Pan ochroniarz macha ręką i wskazuje miejsce do pozostawienia skuterów. :D

Coco Grove Beach Resort robi wrażenie. Teren obiektu jest bardzo duży, spokojny i zielony. W tle leci cicha i chillująca muzyka, a na gęsto porośniętych drzewach słychać śpiew ptaków, a spotkać też można kolorowe papugi. Nawet nie wiem ile kosztuje tam noc, ale gdyby ktoś się zastanawiał i miał trochę większy budżet niż my, to polecam 😊
Image

Po niezliczonej ilości uśmiechów w stronę obsługi hotelowej w końcu dochodzimy do plaży.
Image

Wychodzimy na jej prywatnej, hotelowej części, a więc mega czystej z przegrabionym piaskiem.
Jako, że średnio się czujemy w takich miejscach to mamy dwie opcje:
- odbić w prawo, w stronę klifu, gdzie nie ma ani jednej osoby;
- w lewo, gdzie jest sporo wypoczywających ludzi, ale tym samym mnóstwo rurek wyłaniających się z tafli wody.

Przyjechaliśmy tutaj na snurkowanie, a nie ustronny plażing ! Kierunek jest w takim razie jasny :D

Jak już wielokrotnie wspominałem, po rafach Morza Czerwonego nie mamy już wielkich wymagań do innych miejsc. W Marsa Alam zobaczyliśmy naprawdę wiele, często zbierając szczęki z piaskowego dna :)
Swoją drogą, jak ktoś lubi podwodne atrakcje – meeega polecam ! 8-)

Wróćmy.
Rozkładamy ręczniki na (w teorii) publicznej plaży, bo przecież cała reszta ludzi zapewne jest tutaj po uiszczeniu opłaty (50 php za wejście na plażę, 50 php za snorkeling). Od razu rzucają nam się w oczy budki z „ochroniarzami”, którzy skrupulatnie sprawdzają wchodzących pod kątem biletu...
Ale tych wchodzących od strony drogi :D

No i co, nie ma na co czekać, lecimy sprawdzić wodę, a nuż miło nas zaskoczy…

I zaskoczyła! Jest naprawdę pięknie! :D
Mnóstwo różnego rodzaju kolorowych stworzonek, żywa rafa, rozgwiazdy i … NEMO :o
Jak wcześniej pisałem, na Salagdoong Beach pierwszy raz w życiu udało nam się zobaczyć te niesamowite rybki, tak tutaj jest ich całe mnóstwo. Co kilka metrów ! Całe rodziny ! :D

Dla nas osobiście – niesamowite!

I tak na podziwianiu podwodnego świata zeszła nam lekką ręką godzinka, a zdecydowaliśmy się wyjść z wody tylko dlatego, że zbliżał się odpływ, a woda była na tyle płytka, że brzuchami mogliśmy zahaczyć o jeżowce i inne nieprzyjemne stworzenia.
- jutro tutaj wracamy na dłużej ! – stanowczo stwierdziliśmy i zaczęliśmy szybki proces „osuszania” w mocnych jeszcze promieniach słońca.
(Bardzo chciałbym wrzucić chociażby stopklatkę z filmiku, ale wychodzi słabej jakości. Pod wodą mieliśmy włączony tylko tryb wideo, więc zobaczyć błazenki będziecie mogli w filmie na koniec relacji :D )

Po fajnie spędzonym czasie, jedziemy w stronę „centrum” San Juan coś przegryźć, po drodze pstrykając kilka zdjęć najbliższej okolicy…
Image

Image

Image

Image

I filipińskie cmentarze, które charakteryzują się grobami, obudowanymi w kamienne pomniki w kształcie wysokich sarkofagów. Mnóstwo grobowców, jedne mniejsze, inne większe, jednak wszystkie bardzo ciasno zbudowane, jeden przy drugim. Co prawda na małej wyspie Siquijor nikt raczej nie zamieszkuje cmentarzy, to np. w Manili, na Cmentarzu Północnym mieszka obecnie około 10 tysięcy ludzi ! :o Dodam tylko, że Filipiny to jedyny kraj w Azji, którego przeważającą część mieszkańców stanowią chrześcijanie…
Image
Image

Przejeżdżając przez „centrum” San Juan słyszymy głośną muzykę, wydobywającą się z boiska do koszykówki, należącego do szkoły. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie podjechali zobaczyć co się święci :lol:

Miejscowe dzieciaki siedzą wkurzeni, bo nie mogą grać dziś w kosza z powodu wieczornej imprezy – STUDNIÓWKI ! :D
Na boisku rozstawiane są stoły, przyozdobione białymi obrusami. Na pierwszy rzut oka, wszystko wygląda jak u nas w Polsce. No takiej imprezy nie możemy odpuścić! Wieczorem będziemy ! :D

Po plażingu, snurkowaniu i z pełnymi brzuchami wracamy „do siebie”.
Zostało nam 1,5 dnia na wyspie a dziewczyny już zaczynają pranie na powrót :lol:
Image

Pranko się suszy, więc chwila dla nas na ogarnięcie i ruszamy „w miasto” :D

Portfele nadal w miarę grube :o 8-) więc można zaszaleć.
Plan na kolację? Wszędzie polecana knajpa Monkey Business, mająca właściciela Polaka Rodaka, ale też… mega wysokie ceny. Hmm, śmiem twierdzić, że najwyższe, z jakimi spotkaliśmy się na Siquijor.
Ale co tam, jedziemy :D

Monkey Business jest raptem 2/3 kilometry od naszej chatki, a skuterami droga ta mija w mgnieniu oka.
Parkujemy, wchodzimy i… zonk.
- its full today, sorry – mówi do nas ślicznka, młoda filipinka.
- full? – tylko tyle potrafiliśmy wykrzesać w stanie dużego zaskoczenia.
Patrzymy na zegarki… 18:00. Czwartek…

Chwila „negocjacji” i dopytywania o szczegóły. Kurde, faktycznie mają pełno ludzi a do tego rezerwacje do 22/23. Szok. :shock:
Całe szczęście, że mamy jeszcze jutro, bo naszła nas duża chęć na wypróbowanie tej miejscówki, tym bardziej, że gra tam na żywo kapela, co dodatkowo dodaje klimatu…

Nic tam, idziemy na drugą stronę ulicy, do znanej nam już knajpy Dagsa.
- full today, sorry 8-)
- że co ?! jak to ? – rozkładamy ręce :roll:

Z niedowierzaniem wsiadamy na skutery w poszukiwaniu żaaaaarcia i wolnego stolika w ten piękny, czwartkowy wieczór :D

Ogólnie Siquijor knajpami stoi, a już na pewno San Juan.
Po drodze mijamy kilka i jakoś nie możemy się przekonać. Mając jednak w pamięci te polecane, jedziemy w stronę Baha Bar.
No i na pewno nie zgadniecie...
- parkujemy
- wchodzimy do środka
- FULL :lol: :lol: :lol:

Jakiś komos, nigdzie nie ma miejsc. Zaczynamy śmiać się przez łzy...
Summa summarum, zatrzymujemy się w fajnie wyglądającej Luca Loco, której de facto mega nie polecamy. :idea:
Jedzenie mocno średnie, co by nie powiedzieć, że słabe. Drinki rozwodnione a lemoniada na bazie zagęszczonego soku. Słaboooo.


Wuj tam, brzuchy nieco zapełnione więc lecimy do „centrum” na STUDNIÓWKĘ :D

Podjeżdżamy, ale muzyki nie słyszymy.
Coś tu nie gra – myślimy.
- pewnie jest FULL – rzuca ze śmiechem jeden z nas :D

Idziemy jednak w stronę boiska, ale zatrzymujemy się na lodach, do których kolejka jest baaardzo długa. Jako, że wyróżniamy się z tłumu i wszystkie oczy miejscowych skierowane są na nas, to Pani sprzedająca gestem proponuje nam ominięcie kolejki.
Po chwili zastanowienia przystajemy na propozycję, ale… dzieciakom kupujemy lody 😊
Image
Image


Zadowoleni tym obrotem spraw zmierzamy radośnie w stronę imprezy.
Wchodzimy na wysokie trybuny, no i oczywiście wzbudzamy bardzo duże zainteresowanie lokalsów.
Na „parkiecie” zastawione stoły z przekąskami i napojami. No i oczywiście – gwiazdy wieczoru, czyli maturzyści ( :?: ).

Dziewczyny poubierane w piękne, kolorowe suknie, z dużą ilością biżuterii, a chłopaki klasyczne garnitury. Jedni bardziej eleganccy, inni mniej. Klasycznie, jak u nas 😊
No, może z tą różnicą, że jest około 30 stopni ciepła i wszyscy przed swoimi twarzami wachlują czym się da, aby się nie rozpuścić w tych nietypowych, jak dla nich strojach.
Image

Wstęp do „baletu” trwał bardzo długo. Dziesiątki podziękowań, oznaczenia najlepszych uczniów, pokaz śpiewu, pokaż tańca, etc.
No i psy – bezpańskie czworonogi, których na Filipinach jest niezliczona ilość. Biegały wszędzie, a było ich naprawdę sporo. Nikt jednak z tym nic nie robił, więc niejako rozumiemy, że byli gośćmi (może nie honorowymi) imprezy :D
Siedzieliśmy tam dobre 2 godziny wysłuchując przemów i oglądając występy.
Chwilę po rozpoczęciu „właściwego baletu” się ulotniliśmy.

A jak na prawdziwego turystę przystało, nie mogłem odpuścić zdjęcia z gwiazdami wieczoru * :D :lol:
Image


* wybaczcie, zapomniałem wspomnieć o opędzlowanej na trybunach piersióweczce Tanduay... :roll:
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#42 PostWysłany: 14 Cze 2019 14:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
OSTATNI DZIEŃ NA WYSPACH ! :shock:


Zrywamy się z łóżek dość wcześnie i przy porannej kawie ustalamy plan dnia, mając na uwadze, że jest to nasz ostatni dzień na Siquijor, a nawet na wyspach…

Z Sebkiem orientujemy się, że dziś … 8 marca – Dzień Kobiet ! 8-)
(w zeszłym roku w Tajlandii wypadły nam walentynki :D )

Szybko zbieramy się na skutery i pod pretekstem „rezerwacji stolika na kolację w Monkey Business” jedziemy coś dziewczynom kupić. 8-)
Tylko co :?: :roll:

Zastanawiamy się całą drogę….
Jedziemy na „bazarek” jednak nic nie wpada nam w oko.
- Ty, jest fajna piekarnia, dosłownie obok Monkey Business, może tam coś ciekawego będzie? – Sebek dziś w formie :D

No i dobra. Podjeżdżamy pod restaurację i faktycznie piekarnia wygląda na „high level”.
Bierzemy najdroższe ( :!: ) babeczki z czekoladą dla dziewczyn, a dla nas jakieś gnioty po 30 peso :lol:
-Jak już jesteśmy, to od razu machniemy rezerwację na wieczorną kolację - pomyśleliśmy zgodnie

Co prawda knajpa jeszcze nieczynna, ale obsługa już jest, więc grzecznie prosimy o rezerwację.
- sorry, everything is FULL above 18:00 – to zdanie o 8 rano postawiło nas skutecznie na nogi :o

Nie wiemy czy to sen, czy się śmiać, czy co :roll:

Na nic zdają się nasze prośby i błagania. Zajęte to zajęte. Ech…
I tak przyjedziemy wieczorem – gestem Kozakiewicza nabieramy sił :D


No dobra, w kuferkach mamy słodkości, więc jedziemy jeszcze szybko na lokalny bazar, dokupujemy świeże owoce, jakąś miejscową nutellę i wracamy do swoich kobiet 😊

Co prawda nic wielkiego, ale mamy nadzieję, że chociaż zrobiło im się miło i po złożeniu życzeń z okazji Dnia Kobiet w cudownych warunkach przyrody jemy śniadanko 😊

Na zegarkach dochodzi 9:00, więc szorujemy zęby i ruszamy w drogę!
Ten dzień planujemy spędzić aktywnie, a nasze must have na dziś to:
:arrow: zakup biletów promowych do Tagbilaran (wylot)
:arrow: ostatni wodospad na naszej liście
:arrow: snorkeling na Tubod Beach
:arrow: kolacja w Monkey Business


Punkt pierwszy - przystań promowa Siquijor!

:!: Żeby Was nie zmylić – wypływać będziemy z przystani promowej w miejscowości Siquijor, a nie z tej, do której przypłynęliśmy na wyspę (Larena), ponieważ z Lareny do Tagbilaran wypływa tylko jeden prom dziennie o 12:30, co dla nas jest za późno.

Patrząc na mapę, mamy dwie opcje dojazdu:
1) Główną drogą jakieś 12 kilometrów jakieś 25 minut
2) „Przeciąć wyspę” i jechać pobocznymi, nieutwardzonymi drogami 8 kilometrów.

Mapa de facto pokazuje nam taki sam czas dojazdu, ale jednak wybieramy drogę „boczną” ze względu na „liźnięcie” jeszcze miejscowego życia na uboczu.
No i faktycznie, po około 25 minutach docieramy do miejscowości Siquijor i od razu kierujemy się do przystani.
W okienku „Ticket office” Pani wymaga od nas 4 paszportów i tym razem bez żadnych problemów (mamy kasiorę! :D ) kupujemy bilety na jutro.
Bilety kosztują podobnie, jak w pierwszą stronę – 700 php od osoby.
Promy wypływają dziennie 5 krotnie ( 6:00, 8:30, 10:50, 13:30, 15:50)

Image

Uff, bilety chowamy w bezpieczne miejsce w kufrze skutera i jedziemy do punktu numer 2.

Z racji „braku przygód” i dobrego czasu, w drodze powrotnej nieco zwalniamy i pobieżnie zwiedzamy okolice miasta Siquijor.
Image
Tuż przy przystani, jest spore rondo z kolorowym napisem SIQUIJOR, a od razu za nim ogromny kościół katolicki, do którego w obliczu ostatnich wydarzeń na świecie dygamy się wejść :roll:

Samo miasto to nic wyjątkowego i szczególnego – sporo ludzi, lokalne garkuchnie, komisariat policji, szkoły, itp. Normalnie miejscowe życie, które w mojej opinii warto zobaczyć 😊

W drodze powrotnej, jadąc szutrowymi drogami zatrzymujemy się pod małym, drewnianym, schowanym wśród palm domkiem, na ganku którego siedzi stary Filipińczyk i macha nam z szerokim uśmiechem
Image


Dojeżdżamy do głównej drogi San Juan i od razu kierujemy się na Lugnason Falls, czyli wodospady oddalone o około 6 kilometrów od naszej chatki, a więc najbliżej ze wszystkich pozostałych.

Na miejscu, jak na praktycznie wszystkich pozostałych wodospadach.
Brak ludzi, miejsce na skutery, opłata 50 php i zejście na wodospad stromymi schodami.
Sam wodospad spoko, okolica zacieniona, woda błękitna, ale… SKOKI ! :o
W pierwszej chwili nie spodziewaliśmy się, że będzie tam aż tak wyjątkowo.
Wyjątkowo czy ekstremalnie :?: Hmm, raczej jedno i drugie. :D
To właśnie w Lugnason Falls najdłużej zbieraliśmy się do skoków. :mrgreen:
Miała na to wpływ zarówno wysokość, jak i brak takiego „wydzielonego”, tudzież w teorii bezpiecznego miejsca. Taka… totalna dzikość !
Najpierw wiadomo, lokalny chłopak pokazał nam, ŻE MOŻNA! 8-)
A później już jakoś poszło… :D

Najpierw ze „ścieżki”, później z liny a na koniec nawet wdrapaliśmy się na sam wodospad i stamtąd z nieutwardzonej i nieprzygotowanej sztucznie ścieżki skakaliśmy.
Wrażenia? NIEZAPOMNIANE !
Image
Image
Image

Duuużo zabawy, duuuużo emocji, duuuuużo wrażeń !
2/4 planu dnia odhaczone.


Punkt 3 :arrow: snorkeling w Tubod Marine Sanctuary

Nie chcemy już się “prosić” czy też ściemniać ochronie hotelu Coco Grove, więc jedziemy w stronę „publicznego” wejścia na plażę. A znajduje się ono 100, może 200 metrów za hotelem, jadąc w stronę miejscowości Lazy (oddalając się od „centrum” San Juan)

Dość duży parking na skutery, więc bezpiecznie zostawiamy i przez gąszcz palm idziemy w stronę plaży.
Omijamy budkę z ochroniarzem i tablicą z wielkim napisem „Snorkeling and swimming 50 php per person”.
Nie zaczepia nas jednak, więc zgodnie z hasłem „nadgorliwość gorsza od faszyzmu” bez opłaty wchodzimy do wody :D

Tym razem okoliczności nam sprzyjają.
Woda przezroczysta, przypływ, słońce i brak wiatru.
Możemy w spokoju podziwiać piękno podwodnego świata. A jest co ! :D
Kilka stopklatek z nagrywek GoPro…
Image

Image

Image


Po dłuuugim snorkelingu czas na powrót.
Do końca dnia sporo czasu, więc pakujemy walizki, sprzątamy domek i … no właśnie nie wiem co. :?:
Siedzimy na plaży przed domkiem, ale ciężko to nazwać plażowaniem czy chillowaniem. Po części tak jest, ale zdecydowanie bardziej dumamy nad tym, że musimy wkrótce opuścić to wspaniałe miejsce.
Naprawdę moglibyśmy tam zamieszkać ! Magiczna miejscówka.

Przechadzamy się plażą, gdzie mnóstwo lokalnych dzieciaków ma czas zabawy. Stara i zużyta rowerowa opona, lina zwisająca z palmy, prowizoryczna tratwa zmontowana z kilku drewienek czy po prostu kawałek plaży, na której dzieciaki doskonalą swoje akrobatyczne umiejętności – naprawdę niewiele im trzeba, żeby się dobrze bawić. A na każdej buzi szeroki i szczery uśmiech. Mega! :D
Image

Image

Image


ŻEGNAM się z miejscówką ostatnimi fotkami „naszego” domku i plaży, korzystając z odpływu..
Image

I znalezisko…
Image

A dziewczyny mają NIEDOSYT fotek na tle zachodu słońca… :lol:
Image

Image

Jako, że chcemy pozbyć się kilku zbędnych rzeczy, tj. japonki, maska, rurka, które są niezniszczone i czyste oddajemy je dziewczynce, która ma z tego tytułu mega radochę, co jednocześnie nam też sprawia niezwykłą radość 😊
Image


Skutery co prawda mamy do jutra rana, ale ze względu na dość wczesny wyjazd na prom oddajemy je dziś.
Gość od skuterów przyjeżdża ponownie z całą rodziną i bez najmniejszych problemów, z uśmiechem na ustach dziękujemy sobie nawzajem za udaną transakcję 😊
Jest na tyle obrotny, że od razu umawiamy tricykla na jutrzejszy poranek, który za 600 php zawiezie naszą czwórkę do portu w Siquijor.

Spakowani, wykąpani, wypachnieni – czas na ostatnią kolację na Siquijor. :D
Przed hostelem łapiemy tricykla i jedziemy (za o ile dobrze pamiętam 150 php) do wspomnianej wcześniej knajpy Monkey Business.
Co prawda miał być full, więc stawiamy na ryzyko i gotowi jesteśmy poczekać na wolny stolik.
Na miejscu okazuje się, że jedna z rezerwacji się zwolniła, więc w ten ostatni wieczór uśmiecha się do nas los i wygodnie zasiadamy przy stoliku.

Monkey Business – jak pisałem wcześniej restauracja, która ma polskiego właściciela. W karcie widnieją nawet „Polish dumplings”, czyli flagowe polskie danie – pierogi :D
Image

Image

Co prawda ceny są najwyższe, z jakimi się na Siquijor spotkaliśmy, ale klimat jest mega przyjemny.
Przede wszystkim muzyka na żywo, w skład której wchodzi gitara, bębenki, flet no i oczywiście – lokalna piosenkarka :D
Grają fajne, chillujące, europejskie kawałki 😊

Image

Zamawiamy specjalność zakładu – Monkey Business Burger (z frytkami z pieczonych bananów)
Image

Plus do tego oczywiście woda kokosowa, podana w świeżym kokosie.
Drinki dają radę, choć na dobre Mohito jeszcze nigdzie nie trafiliśmy…
Image

No i gwiazda wieczoru – lody ze świeżego mango podane w kokosie.
Uwierzcie mi, paaaaalce lizać !!!
Image


Oczywiście nieustannie podpuszczamy się, choć nikt z nas nie decyduje się na krok w myśl zasady „Potrzymaj mi piwo..” :lol:
Choć słyszeliśmy, że dzień wcześniej jakiś BOGACZ odważył się i celebrował urodziny w ten właśnie sposób :D
Image


I tak właśnie upłynął nam ostatni wieczór na Siquijor…
Monkey Business możemy polecić z czystym sumieniem. Jedzenie bardzo dobre, drinki dają radę a deser najlepszy jaki jedliśmy na Filipinach.




A już jutro rano - TIME TO SAY GOODBYE...
Góra
 Relacje PM off
bozenak lubi ten post.
 
 
#43 PostWysłany: 28 Cze 2019 18:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
DŁUGA PODRÓŻ DO DOMU…



No dobra, czas finalnie pożegnać się z Siquijor…
Image

Jak widzicie (zdjęcie instagramowe), przed nami dość długa podróż do Polski 😊



Przed chatką umówieni jesteśmy na 7:00 z kierowcą tricykla.
Na zegarkach 7:02 więc wkrada się pierwszy atak paniki :lol:

- uratowani! – z optymizmem reagujemy widząc w oddali zbliżający się pojazd. 8-)

Podjeżdża radośnie trąbiąc Filipińczyk, a w środku już 3 osoby. Pyta się, czy nie przeszkadza, jak podrzucimy jego znajomego z dwójką dzieci do szkoły :D
Kuurde, nie wiem jak oni to robią.
3-osobowy tricykl podjeżdża do nas mając na pokładzie 4 osoby i zabiera… nasza czwórkę :lol: :shock:
Co prawda, Filipińczycy jako, że są „gośćmi na gapę” siadają na błotniku koła, czy ramie łączącej motor z „przyczepą”, ale sam fakt jazdy w 8 osób ( :!: ) to prawdziwy obraz Azji ! :D
(zdjęcie nie oddaje realizmu)
Image


Dość sprawnie i bezpiecznie docieramy do przystani w miasteczku Siquijor.
Prom na Bohol (Tagbilaran) płynie 1,20 h.

Ciekawostka (o której de facto zapomniałem napisać w pierwszych stronach mojej relacji): lotnisko w Tagbilaran jest zamknięte, a wszystkie loty przekierowane są na nowo otwarte lotnisko na Panglao. Mimo, że w momencie zakupu biletów było ono jeszcze otwarte, to nikt nas nie powiadomił o zmianie. Na szczęście wyczytaliśmy to przed wylotem, na grupie o Filipinach na Facebooku.

Tak więc po dotarciu do przystani promowej w Tagbilaran musimy przedostać się jeszcze na Panglao, skąd mamy lot do Manili liniami Cebu Pacific.
Przy przystani jest mocno nachalnie. Mnóstwo taksówek, tuktuków, wypożyczalni skuterów i tym podobnych. Wołają Cię z każdej strony i próbują wcisnąć transport. Nauczeni doświadczeniem odchodzimy znacząco, robimy zakupy w 7/11 i stamtąd łapiemy taksówkę.
Tak, taksówkę. A to dlatego, bo obładowani jesteśmy bagażami, w cieniu jest co najmniej 35 stopni a do lotniska nie chcemy wejść śmierdząc od potu. Koszt takiej przyjemności na linii Tagbilaran – lotnisko Panglao to 500 php (jakieś 20 km) co daje po około 9 zł od osoby 😊

Jak wspomniałem, lotnisko w Panglao jest nowe. No i faktycznie można to na miejscu odczuć. Co krok miejsca z kablami do ładowania telefonów, czyste łazienki i ciekawa gastronomia. No i ceny nie są takie złe, mając na uwadze, że to lotnisko. Za dobrą kawę z ekspresu ciśnieniowego płacimy jakieś 6 zł, a świeże kanapki 5 zł. No i ta puuuustka. Po części fajnie, ale z drugiej strony przerażająco. Jako, że byliśmy na lotnisku już jakieś 3 godziny przed godziną odlotu, to przez ten czas odleciał… jeden samolot! :shock:
Co fajnie, dla palaczy na filipińskich lotniskach (a przynajmniej na tych, na których byliśmy) nie ma najmniejszego problemu. Można wyjść w każdej chwili, a wracając pokazać tylko paszport.
Więc tak wychodziłem. Pierwszy raz, drugi, piąty… W międzyczasie trafiłem na lokalne policjantki celebrujące dzień kobiet :D
Image

Docieramy do Manili o planowej godzinie 16:20, a lądujemy w Terminalu 3.
Hostel N&J Lopez Lodging House znajduje się jakieś 2 kilometry od lotniska, więc trasę tą postanawiamy przejść z buta.
Noc w tym hostelu kosztowała nas 25 zł od osoby, a do dyspozycji mieliśmy bardzo fajny pokój, z dużą łazienką, klimatyzacją, telewizorem. Okolica może średnio ciekawa, ale zważywszy, że lot do Pekinu mamy już o 6 nad ranem, to taka miejscówka na kąpiel i drzemkę była dla nas w sam raz 😊


Po odświeżającym prysznicu postanawiamy wybrać się na jakiś shopping. :D
Szybki research sieci i wyszukujemy takie miejsca, jak: SM Mall of Asia, Baclaran Market, SM City Manila, Balikbayan Center, 168 Shopping Mall, Greenbelt Mall czy Divisoria Market.

Ze względu jednak na opinie i odległość na tapetę bierzemy Greenbelt oraz Baclaran Market, do których mamy +- 30 minut jazdy.
Idziemy zatem do głównej ulicy, na której po uprzednim zapytaniu wsiadamy do lokalnego środka komunikacji – jeepneya. 8-)
Image

Siadamy na „pace” tuż za kierowcą, więc przez nasze ręce przechodzą pesosy, które ludzie płacą kierowcy za przejazd. No i zaczyna się zabawa :D
W moment łapiemy słówka w lokalnym języku i pośredniczymy przy rozmienianiu pieniędzy, przekazywaniu informacji nt. ilości biletów, za które dana osoba płaci i tym podobne historie
Mamy z lokalsami niezły ubaw :D
Image

Sama podróż przez mega zatłoczone i nie mające żadnych reguł dróg (a bynajmniej tych znanych z europejskich miast) – TO TRZEBA PRZEŻYĆ !

Docieramy :arrow: Baclaran Market

Chaos, smród i brak poczucia bezpieczeństwa. :roll:
Pierwsze trzy słowa, które przychodzą mi na myśl i doskonale opiszą to miejsce.
Zegarki, portfele, ciuchy, okulary, (…) można tak wymieniać w nieskończoność. Mnóstwo podróbek. Jedne gorsze, inne lepsze. Ceny śmiesznie niskie. Jednak w porównaniu do zakupów np. w Bangkoku totalnie nas to miejsce rozczarowało. Pokręciliśmy się małą godzinkę, zjedliśmy coś w miejscowej knajpce i postanowiliśmy ewakuować się w stronę hostelu.
- dawajcie do tego Greenbelt, na godzinkę – rzuca pomysł Monika;
Zastanawiamy się wszyscy, bo szczerze mówiąc średnio nam się chce. Dla facetów zakupy też są mega fajne, ale... takie nie dłuższe niż 30 minut :lol:
- bo pojedziemy do hostelu, później do domu i będziemy żałować – Monia atak ostateczny :D
No i dobra, klamka zapadła. Łapiemy tuktuka za jakieś 300 php i po 20 minutowej podróży kierowca podstawia nas pod Greenbelt Mall.
- wow, tu jest tak jakby luksusowo – stoimy pośrodku wielkich wieżowców, a witryny przyozdobione w takie marki, jak: Guess, Tommy Hilfiger, Calvin Klein czy Massimo Dutti.
- kurde, chyba nie o to nam chodziło – zgodnie stwierdzamy.
Wchodzimy jednak do środka pierwszego budynku, który ma nazwę Greenbelt 3. Jak się okazało później, jest tam 5 wieeeelkich budynków pod nazwami Greenbelt 1-5. Po środku tychże budynków duży park z drogimi knajpami, Starbucksami i ludźmi elegancko ubranymi w najlepsze markowe ciuchy.
Łał, ale kontrast :o
Pół godziny temu byliśmy na lokalnym markecie pod chmurką, gdzie śmierdziało ściekami, a pomiędzy jednym a drugim stoiskiem z ciuchami smażony był kurczak, a lokalsi zajadali się balutem – a teraz to my czujemy się jak brudasy, chodząc w wymiętolonych koszulkach w otoczeniu elegancko ubranych ludzi, drogich knajp i najlepszych markowych sklepów. :oops:
No nic, pochodziliśmy jednak po sklepach. Ceny w normalnych sieciówkach podobne co w PL. Jeden z budynków miał takie nonemowe sklepy, ale absolutnie też nie robiły szału. Dziewczyny jednak znalazły oczywiście tam jakieś torebki za grosze, ale to by było na tyle.

Ostatecznie decydujemy się na powrót do hostelu.

Najważniejsze jednak co chcieliśmy przywieźć z Filipin dla naszych znajomych/rodzin to lokalny rum w 330 ml butelkach.
Udało nam się to w pobliskim 7/11, w którym wykupiliśmy CAŁY asortyment sklepu :D
Wzrok miejscowych – bezcenny :lol:

Dodam, że jedna buteleczka 330 ml lokalnego rumu Tanduay to koszt w przeliczeniu na złotówki – ok. 4 zł.


:idea: Godzina 23:00 to nie jest ewidentnie dobra pora na zwiedzanie tej mało bogatej (delikatnie mówiąc) części Manili. Ludzie śpią gdzie popadnie – na skuterach (!), na chodnikach, ulicy, w wejściu do domów, hosteli, a w powietrzu panuje niesamowity smród po resztkach jedzenia porozrzucanych we wszystkich możliwych zakamarkach. Co prawda nauczyliśmy się, że „mało przyjazny” wzrok Filipińczyków w rzeczywistości nie odwzorowuje ich zamiarów, ale na plecach cały czas czuliśmy powiew niepewności.


O 6 nad ranem wylatujemy z Manili do Pekinu, a ruszamy z Terminala 1.
Koszt taksówki nad ranem na drodze hostel-Terminal 1 to 400 php, więc po około 7 zł od osoby 😊

W stolicy Chin ponownie mamy 17 godzinny stopover, więc tak samo, jak w pierwszą stronę jedziemy z lotniska podstawionym prywatnym autem do Hotelu, by zostawić rzeczy, wziąć prysznic i wypić kawkę – a wszystko ZA DARMO, jako transit od linii lotniczych 😊

Wielki Mur Chiński zwiedzony a suvenirów nadal brak :?
Jako, że większość rzeczy są MADE IN CHINA to nasze umysły są rozpalone do granic czerwoności – ależ tu będzie szoping ! :twisted:

Po szybkim researchu nie pozostaje nam nic innego, jak obrać kierunek na Silk Market.
Z wyszukiwani w goglach wynika, że jest to najbardziej popularne miejsce na zakupy w Pekinie. Świątynia podróbek, targowania się i udanych zakupów – brzmi jak plan :D

Nawigacja pokazuje 23 kilometry do celu. Wychodzimy z hotelu, a z powodu wystarczającej ilości czasu szukamy „złotego środka” na podróż.

Pierwsza napotkana taksówka i się zaczyna :D
Dogadujemy się z kierowcą jakieś 40 minut. :roll: Kurde, co za masakra! Serio ! :lol:
Ni w ząb angielskiego. Mało tego – wstukujemy w maps.me trasę z naszej aktualnej lokalizacji do miejsca, do którego chcemy dotrzeć i… on dalej nie rozumie :lol:
Na mapie oczywiście chiński alfabet, ale jak grochem o ścianę.

Po wspomnianych 40 minutach jednak przełamujemy lody i pod mocnym naciskiem z naszej strony ruszamy, a migowo dogadujemy się (przynajmniej taką mamy nadzieję, że się dogadaliśmy 8-) ) na to, że będziemy pokazywać mu gdzie ma skręcać.
Koszt za 23 kilometrową trasę? 200 yuanów, czyli w przeliczeniu jakieś 110 zł.
No niestety, to już nie Filipiny. I tak zjechaliśmy z początkowej ceny 400 yuanów. :D
23 kilometry pokonujemy w jakieś 1,5 godziny. Korki, korki, korki. Wszędzie ogromne korasy. :o
Co interesujące – na drogach czujemy się jak byśmy byli zamknięci w dźwiękoszczelnej bańce. 95 % samochodów jest hybrydowych :o

Kilka zdjęć z trasy:
Image
Image
Image

Silk Market to nie aż tak ogromne centrum handlowe. Jednak skracając już nieco opowieść – spełniamy tutaj wszystkie zakupowe zachcianki.
Magnesy, mydełka, ubrania, galanteria – jest tutaj totalnie wszystko ! :D
No i najważniejsze – targowanie ! Potrafimy zjechać z początkowej ceny, przykładowo 200 yuanów do 20 !!! :o 8-)
Z jednymi da się bardziej, z innymi mniej. Ale uwierzcie, trzeba mocno się targować. Nigdy w życiu nie spotkałem się z aż takim schodzeniem z cen.
Zakupy pochłaniają nas do reszty, a gdy już praktycznie mamy wszystko, co chcieliśmy to wychodzimy w poszukiwaniu prawdziwej chińskiej kuchni.
Image
Image

Dosłownie po drugiej stronie ulicy znajdujemy pasaż z lokalnym jedzenie. Turystów zero. Wchodzimy do jednej z knajp, w której zajadają się lokalsi.
Pomimo barier językowych udaje nam się wybrać „najbardziej lokalne potrawy”.
Za każdą z nich płacimy w przeliczeniu jakieś 12-16 zł.
Image
Image
Image

Siedzący obok przemili Chińczycy widząc naszą nieudolność w posługiwaniu się pałeczkami, bardzo zaangażowali się w naukę i przez jakieś 15 minut mieliśmy kupę śmiechu, aż na koniec zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. :D
Image


No i to na tyle naszego pobytu w Pekinie, w Chinach.
Powrót do hotelu, prysznic i lotnisko.
Już tylko 9 godzin lotu i meldujemy się w Warszawie, tym samym kończąc nasz niesamowity, 15-dniowy trip :D



No kolejnej, ostatniej stronie - podsumowanie, kosztorys i film 😊
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#44 PostWysłany: 01 Sie 2019 07:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
Uaaa, nie spodziewałem się tylu wiadomości na pw, dzięki ! :D
Cieszę się, że mogłem pomóc.
Jednak śmiało komentujcie też tutaj, żeby inni mogli czerpać wiedzę i wskazówki 😊

p.s. sorry, że tak późno podsumowuję relację, ale nadmiar pracy skutecznie mnie powstrzymał. :roll:



Do rzeczy:
Podróż na Filipiny okazała się dużo ponad nasze, i tak mocno rozbujane oczekiwania :!:
Tak teraz raz jeszcze przeczytałem wszystkie moje wpisy i widzę, że w większości opisywałem wszystko w samych superlatywach i zastanawiam się, czy mogłem gdzieś być bardziej krytyczny, pokazać tę gorszą stronę – i wiecie co? Nie mogłem ! Sorry, ale tam było naprawdę magicznie! :D
Wspaniali i pomocni ludzie, niskie ceny (!), łatwa komunikacja (tu nas ostrzegano), cudowne wodospady, pola ryżowe, puste plaże, no i widoooooki.

Co nam się najbardziej podobało? – brak turystów! Tutaj jesteśmy raczej zgodni. Raz, że mega komfortowo i „dziko”, a dwa, że żyliśmy wśród lokalnej społeczności – rewelacja!

Po krótcę pozwolę sobie zreasumować poszczególne lokacje:

1) Anda (Bohol) – na wschód wyspy Bohol pojechaliśmy ze względu na Cabagnow Cave oraz pola ryżowe w miejscowości Candijay. Co prawda w miejscowości Anda spędziliśmy raptem 3 dni, ale równie dobrze mogliśmy być tam tydzień i więcej. Totalnie odrealniona, mała miejscowość. Życie płynie tam wolno. Zero turystyki, świetne plaże, przepiękne pola ryżowe. No i miejscowi, którzy na nasz widok z każdego miejsca machają i uśmiechają się. Coś niesamowitego ! A podróż tam wcale nie była tak ciężka i długa, jak pisano w internetach. MEGA POLECAM ! 8-)

2) Panglao – tę małą wysepkę wybraliśmy ze względu na „main points”, czyli te najbardziej turystyczne, widokówkowe miejsca na Filipinach, tj. Chocolatte Hills, terasiery (małe małpki), Zipline, rzeka Loboc, walki kogutów, itp. Co prawda wszystkie te „atrakcje” znajdują się na wyspie Bohol, ale zdecydowaliśmy się na Panglao z tytułu ładnych plaż i łatwego, a przede wszystkim krótkiego czasu dojazdu do w/w. Mimo, że w tych miejscach już było dość mocno czuć turystykę, a przy głównych atrakcjach była masa zwiedzających to nie żałujemy tego wyboru. Ba, jesteśmy zadowoleni, że się zdecydowaliśmy. Na pewno miejsca ta utkwią nam w pamięci na dużo dłużej. A samo Panglao też było bardzo fajne. To właśnie tam zobaczyliśmy najładniejszą podczas naszego wyjazdu plażę. Poza tym objechaliśmy wyspę skuterami i kilka miejsc było urzekających.

3) Siquijor – no tutaj to po prostu trzeba być ! Co tylko przeczytaliśmy w internetach przed wyjazdem – sprawdziło się. Magiczna wyspa! Jak ktoś lubi trochę poskakać do wody, czy po prostu wychillować na ładnych, nieturystycznych plażach, a na koniec dnia wpatrywać się w zachód słońca i zjeść dobrą kolację – ta wyspa jest dla niego ! Przepiękne wodospady, pola ryżowe, skoki z klifów do krystalicznie czystej wody, snorkeling i spokojne, klimatyczne życie – tak w skrócie mogę opisać Siquijor.

4) Manila – jak pisałem wcześniej, byliśmy tu tylko na noclegi przed i po wylocie na wyspy. Osobiście żałuję, że nie wygospodarowaliśmy sobie choć jednego/dwóch dni więcej. Z tego co dało się w tak krótkim czasie zauważyć – miasto pełne kontrastów. Smród, brud, uliczne życie, a z drugiej strony centra handlowe z najlepszymi światowymi markami, wypasione auta i zapach najdroższych perfum unoszących się w powietrzu. Klimatyczne jeepneye! :twisted:

5) Pekin (Chiny) – 2 x 17 godzinny stopover. W pierwszą stronę Wielki Mur Chiński, a na powrocie zakupy w chińskim markecie. Mega się cieszymy, że to były tak długie przesiadki. Pekin zaimponował nam czystością na ulicach, ładem no i oczywiście chińskimi zdobieniami. No i zobaczyć Wielki Mur Chiński, budowlę o której czytało się tylko w szkole – niesamowite! :o :D


Co do samego kosztorysu: (za osobę)
• Loty Warszawa – Manila– Warszawa – 2200 zł
• 2 x lot wewnętrzny – 260 zł
• Transport lokalny ( 2 x prom, 4/6 x bus) – 120 zł
• Noclegi - 565 zł (średnio 40zł/doba)
• Ubezpieczenie Gothaer – 100 zł
Łącznie – 3245 zł sztywnych kosztów, jeśli chodzi o logistykę wyjazdu.

Koszty wynajmu skuterów, jedzenia, wstępów do atrakcji i tak dalej i tak dalej są niskie no i oczywiście zależne od osobistych wymagań i upodobań. Swoją drogą - tak samo noclegi. Baza noclegowa jest bardzo rozbudowana, więc każdy znajdzie coś na własne potrzeby.

Ponadto, my wzięliśmy po 2000 zł „w kieszeń”, z czego żyliśmy naprawdę „na bogato”, praktycznie niczego sobie nie odmawialiśmy + dodatkowo wydaliśmy sporo na zakupy „ciuchowe” w Pekinie, a już w ostatecznym rozrachunku – i tak przywieźliśmy z powrotem po kilka stów. :D

Uważam, że 4000-5000 zł na taki 17 dniowy wyjazd jest kwotą naprawdę dobrą. 8-) Oczywiście, sporo moglibyśmy jeszcze z tego „uciąć”, ale taka kwota dla nas była do przyjęcia. Dla chcących jeszcze bardziej budżetowo domknąć taki wyjazd – totalnie nic trudnego 😊

Udało nam się pobawić trochę kamerką sportową i nagrać kilka ujęć.
Pozostawiam Wam zatem mój amatorsko złożony filmik:



Gdyby ktoś chciał obejrzeć „relację wyróżnioną” na Instagramie to zapraszam @piieeras :)
Śmiało pytajcie tutaj, gdyby były jeszcze jakieś pytania. Postaram się pomóc 😊

Życie jest zbyt krótkie, żeby ciągle marzyć. Trzeba spełniać marzenia! 😊
Życzę udanych podróży, pozdrawiam !


p.s. ostatnią stronę relację piszę z pokładu Bombardiera CRJ – 700, należącego do fińskich linii lotniczych Nordica.
Służbowy, 3-dniowy wyjazd do Kuopio 😊
Góra
 Relacje PM off
marimorena lubi ten post.
 
 
#45 PostWysłany: 01 Sie 2019 07:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Lis 2011
Posty: 306
niebieski
A jeszcze nie byłeś na Palawanie . I jak sobie pomyślisz, ze za takie koszty na osobę ,jak podałeś, ja spędzam tam miesiąc w dwie osoby z przelotami . Dopiero byś zwariował :)
Ale od czegoś trzeba zacząć.
Góra
 Relacje PM off  
 
#46 PostWysłany: 01 Sie 2019 08:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
Oj nieee, nie zwariowałbym. Wiem, że można dużo bardziej budżetowo - co napisałem w podsumowaniu :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#47 PostWysłany: 16 Wrz 2019 21:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
p.s. 2: po corocznym, październikowym ładowaniu energii w Egipcie, które już tuż tuż, planujemy na luty/marzec spełnić jedno z naszych największych marzeń podróżniczych - Safari w Afryce.

Zaczynam zbierać wiedzę, orientować się co, gdzie i jak, zbierać koszta, etc.
Gdyby ktoś czuł się „ekspertem”, albo po prostu był w Tanzanii/Kenii i mógłby pomóc, dać porady - będę ogromnie wdzięczny!

Aktualnie mam mętlik w głowie odnośnie:
- dokąd najłatwiej (najtaniej) dolecieć z Polski;
- jak na miejscu ułożyć trasę, aby 10 dni pozwiedzać/ poleżeć, a 2-3 dni przeznaczyć na Safarii;
- co wyjdzie logistycznie i budżetowo lepiej.

Pzdr !
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 47 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group