Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 47 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 21 Maj 2019 07:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
Najważniejsze jednak, że to ja tam teraz byłem i ja rozumiem :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#22 PostWysłany: 21 Maj 2019 08:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Sie 2010
Posty: 2710
złoty
@startowiec55
Świetna relacja mam nadzieje, ze rozwazania na temat jesc/nie jesc chinskiej zupki
nie zniecheca Cie do dalszego pisania, czekam na ciag dalszy :)
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 21 Maj 2019 08:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Wrz 2015
Posty: 358
Loty: 64
Kilometry: 107 143
srebrny
Słusznie. Wracamy do relacji
Góra
 Relacje PM off  
 
#24 PostWysłany: 21 Maj 2019 08:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Kwi 2011
Posty: 1356
niebieski
Przyłączam się do tych co "rozumią", chociaż tej pizzy na słodkim cieście raczej bym nie przełknął :roll:
Ich tłustej/kościstej garkuchni raczej unikam, na codzień zjadliwe głównie kurczaki.
Szukałbym rybki z grilla, ewentualnie chleb tostowy (oczywiście słodki) z Cheese Wizz albo sardynkami z puszki.
Czasami mają takie białe chińskie pączki z mięsem (Siopao).
Nietłusto jest w popularnym Andoks (kurczaki) i w Jolibee, można zaryzykować też Mang Inasal.
Relacja bardzo fajna, tylko rumu jakoś nie widzę :lol:
Ale Emperador Light jest także moim faworytem.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#25 PostWysłany: 21 Maj 2019 08:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Lip 2012
Posty: 3071
złoty
Na Filipinach jest tak podła kuchnia, że to był jedyny kraj gdzie stołowaliśmy się z małżonką w mcdonalds i ichnich fast foodach więc jedzenie zupek chińskich jak najbardziej rozumiem.
Jest nawet specjalny wątek na forum poświęcony żarciu filipińskiemu, swoją drogą bardzo ciekawy, polecam jedzenie-na-filipinach,1035,53308
O widzę, że kolega @jobi się pojawił a miałem właśnie pisać, że dużo może powiedzieć o filipińskiej "kuchni" właśnie jobi.
Ja tam dzień w dzień tłukłem tanduaya, mango, koguty i soki i można było jakoś przeżyć te ich gównożarcie :lol:

A relacja fajna i dobrze się czyta.
_________________
Mam alergię na "witam" i "w mojej ocenie".
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#26 PostWysłany: 21 Maj 2019 10:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
@cypel
@jobi
@tarman
@correos

Dzięki !
Nie zniechęcam się, zaraz piszę dalej :D

Ale gwoli ścisłości - jadąc do Tajlandii numerem jeden było jedzenie (zresztą możecie przeczytać w relacji).
Ale lecąc na Filipiny na jedzenie się nie nastawialiśmy. Tak, po części ze względu na przeczytany wcześniej temat, który przytoczył @cypel, jak i setki opinii znalezionych w sieci.

Z drugiej strony nie zrażaliśmy się opiniami i oczywiście przekonaliśmy się na własnej skórze.
Nie widzieliśmy jednak nic wyjątkowego z jedzenia kurczaka, ryżu, sajgonek, itp...

Tajlandia - PadThai, Grecja - souvlaki, Hiszpania - paella, Włochy - pizza, Meksyk - tacos; i tak dalej i tak dalej...
Lokalna kuchnia jest wspaniała :!:

Ale serio, Filipiny? :roll: Nie znaleźliśmy nic takiego mega lokalnego, no, może oprócz rumu :D który jest w temacie relacji i który gościł na naszym stole każdego dnia (to nie jest tak, jak brzmi :lol: ) i może Balut - a tu bije się w pierś, nie spróbowałem :cry:

Nie żałujemy niczego, czego nie zjedliśmy, bo inne mieliśmy cele i priorytety :)
I nie uważam, że "jechać na drugi koniec świata i jeść pizzę" na WAKACJACH to coś złego, tym bardziej w obliczu kraju w jakim się znajdujemy.
Kolejki lokalsów po pizzę na słodkim cieście były ogroooomne :shock: :D

Enjoy ! 8-) :D
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#27 PostWysłany: 21 Maj 2019 11:16 

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 798
platynowy
Wlasnie sobie skanuje w pamieci moj pobyt na Filipinach pod wzgledem jedzenia i stwierdzam, ze nic nie utkwilo mi w glowie. A to oznacza, ze nie bylo ono ani super ani fatalne, bylo po prostu normalne. Wedlug mnie normalne lokalnie gotowane jedzenie jest lepsze niz chemia z zupek chinskich ale kazdy je co lubi :)
_________________
Azerbejdżan - zakończona
Laponia - zakończona

Komory | Bahrajn | Senegal | Santiago de Chile | Guca | Ladakh | Palestyna | Athos | Ziemia Ognista | Syberia zimą

Instagram: @podruuznik
Góra
 Relacje PM off  
 
#28 PostWysłany: 21 Maj 2019 11:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
Dwa, może trzy razy jedliśmy zupki chińskie.

Ale nieważne. Każdy lubi co lubi - na tym zakończmy :)

Każdy podróżuje na swój sposób ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#29 PostWysłany: 21 Maj 2019 16:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
Panglao – dzień 3.


No to dziś dzień „głównych atrakcji” wyspy Bohol.

Wczesna pobudka, pożywne śniadanko i ruszamy.
Image


Mapa w dłoń…
Image


Pierwszy przystanek ?
:arrow: Sanktuarium wyraków filipińskich!

Garść suchych faktów:
Wyraki to malutkie, drapieżne ssaki, które występują tylko w Indonezji oraz na Filipinach.
Długość ich ciała wynosi od 9 do 15 cm, a masa od 50 do 150 g.!
Potrafią skakać na odległość od 1,5 do nawet 6 metrów!
Prowadzą nocny tryb życia.
Są zagrożone jako gatunek o podwyższonym ryzyku wyginięcia.



Po 30/40 minutach spokojnej jazdy docieramy na miejsce.
Przed wejściem do sanktuarium jest duży parking, na którym zostawiamy nasze skutery.
Wejście kosztuje symboliczne 50 php. Na miejscu zostajemy wyposażeni w informatory, które przekazują nam najważniejsze zasady, tj. zachowaj ciszę, nie używaj lampy błyskowej, nie karm.

Wszystko jasne, ruszamy zatem w zupełnej ciszy. ;)
Jest bardzo ciepło i parno ,a dookoła nas bujna zieleń.
Przed nami idzie jeden z wolontariuszy, od którego słyszymy, że w sanktuarium znajduje się aktualnie 16 wyraków.
Wolontariusze zaczynają „obchód” już o 5 nad ranem, aby odnaleźć wszystkie schowane w gąszczu liści zwierzątka.
Przy każdym ustawia się jeden wolontariusz i tworzy niejako „przystanek” dla zwiedzających.

Dochodzimy zatem do pierwszej osoby ubranej w zieloną koszulkę, stojącej przy drzewie bambusowym.
Pokazuje nam palcem wgłąb liści…
Jest! Po wytężeniu wzroku zauważamy naszego pierwszego wyraka filipińskiego ! :D
Malutkie stworzonko śpi na jednej z gałęzi.
Jaki słodziak, jaki malutki, jakie wielkie oczy ! – uśmiech mamy od ucha do ucha :D

Image

Idziemy dalej i odwiedzamy kolejne „stanowiska”
Mimo ich pory snu, jeden otworzył swoje ogromne, wyłupiaste oczy!
Trzeba mieć mega szczęście – odparł nam jeden z wolontariuszy 😊

Image

Mimo tego, że jest to niejako atrakcja turystyczna, bo przecież nie jesteśmy w dzikiej dżungli.
Mimo, że są to (nie)zwykłe zwierzęta.
To wszyscy cieszymy się jak małe dzieci :D
Jaki ten świat jest piękny i różnorodny. Po to właśnie jeździmy na takie wyjazdy! 😊


Następny przystanek – Zipline !

Jeszcze na długo przed wyjazdem byłem stanowczo na NIE!
Typowo turystyczna atrakcja, po co tracić czas – upierałem się mocno. :roll:

Jednak czemu nie :?:
Nigdy nie byłem na czymś takim. Widok podobno zapiera dech w piersiach, a adrenalina osiąga wysoki poziom.

No dobra, kolejne 10/15 minut jazdy skuterami i jesteśmy.
Loboc Ecotourism Adventure Park – czyli jedno z dwóch (?) najsłynniejszych tego typu miejsc.

Kupujemy bilety, za 350 peso mamy przejazd w dwie strony.
Po chwili jednak paraliżuje nas strach :?
520 metrów w jedną stroną i 480 m w powrotną. A wszystko to 120 metrów nad rzeką Loboc :o

Dobra tam, idziemy na szczyt i dochodzimy do miejsca startu. :D
Kolejna chwila zawahania przychodzi, kiedy kładziemy się zapięci w uprzęży.
Organizatorzy próbują pocieszyć nas informacją, że przecież na głowach mam kaski. :lol:
Nie no, teraz to już ku**a jestem spokojny. Co tam, że spadniemy z wysokości 120 metrów, ale przecież mamy kaski ! :D 8-)

Image

Gopro w dłoń i ruuuuszamy…
Image

Widoki NIE SA MO WI TE :o :!:
Image

Image

Image

Po „wylądowaniu” jeszcze kilka chwil debatujemy, dochodzimy do siebie i wymieniamy się odczuciami.
Krótko mówiąc – warto było ! :D



Dobra, rzut okiem na mapę. Ruszamy dalej…

2, może 3 km dalej mamy Twin Hanging Bridge – czyli dwa wiszące nad rzeką Loboc bambusowe mosty, wokół których rozpościera się bujna zieleń a fotki na Instagramie aż proszą się o lajki :D

Dojeżdżamy i zastajemy na miejscu niestety tłumy ludzi, przez co cały urok tego miejsca trafia szlag.

Ale dobra, jak już jesteśmy to przejdziemy się po tych mostach.
Hola hola, bilety! A jakże! Co prawda jak wszędzie, opłata symboliczna, ale bez biletów nie przepuszczą :)
Co tu dużo mówić. „Veni vidi vici”. Atrakcja odbębniona więc czas jechać dalej.

Image

Image


Jestem przekonany, że gdyby było się tam samemu, to okolica na pewno zrobiłaby na nas wrażenie.
W tych okolicznościach to nie było jednak nic szczególnego...


:arrow: Do głównego celu wyprawy, czyli Chocolate Hills pozostało nam jakieś 25 kilometrów.

Po drodze przejeżdżamy przez mega klimatyczny (w mojej opinii 8-) ) las, stworzony przez człowieka (Bilar Man-Made Forest).
Ciągnie się on przez niemal 2 kilometry i wyróżnia się tym, że wszystkie drzewa zostały posadzone przez jednego człowieka podczas 2 wojny światowej. :o

Image

Image

No i punkt główny – Chocolate Hills!

Czekoladowe wzgórza, bo o nich mowa, to najpopularniejsza i flagowa atrakcja wyspy Bohol, a nawet i całych Filipin.
Pasmo górskie, zbudowane z wapiennych wzgórz w kształcie stożków.
Nazwa wzięła się od koloru, jakie mają pagórki podczas pory suchej (od lutego od maja), czyli brązowo – czekoladowy. Podczas pory deszczowej wzgórza są intensywnie zielone.
Na całym terenie znajduje się ponad 1200 kopców, które osiągają nawet od 30 do 100 metrów wysokości.

Do celu mamy jakieś 20 kilometrów.
Niebo zaczynają przysłaniać deszczowe chmury. A te na szczęście widzimy pierwszy raz podczas dotychczasowego pobytu. :)

Dojeżdżamy, a na wstępie oczywiście opłata :D
W przeliczeniu jakieś 2 zł.
I wszędzie krzyki: „cold waaater! Many stairs there, many stairs !”.
A woda oczywiście z 10-krotną przebitką. :roll:

Po wjechaniu jakiegoś kilometra pod krętą górę przed nami „main station”, czyli na oko 200 skuterów, wciąż przewijające się autokary i tłuuumy ludzi. :cry:

Siet, co prawda zdawaliśmy sobie sprawę, że tak to będzie wyglądać, ale średnio optymistycznie na to patrzymy.
Robimy kilka fotek, na które de facto musimy czekać w kolejce :lol: :( , a wszystko to odbywa się na poziomie „0”, że się tak wyrażę. Mimo to, widok i tak jest niesamowity :o

Do głównego punktu widokowego prowadzi 600 schodów (via internet), mocno stromych schodów. :shock:
Ale…. Na całe szczęście dość duża część osób właśnie z tego powodu rezygnuje i pociesza się widokiem z „dołu”.

My wiadomo 8-) , nie po to przyjechaliśmy taki kawał, żeby 600 schodków nie pokonać. Pff, lecimy! :D
W sumie faktycznie, nie było łatwo. :oops: Może przez wysoką wilgotność powietrza, może przez duże nachylenie schodów – nie wiem.
Ale finalnie docieramy. Trochę ludzi tam jest, ale bez tragedii.

Pierwsze primo – fotki :D
Ale już później przystajemy na dłuższą chwilę i napawamy się niesamowitym widokiem…

Image


Ufff, jak ktoś teraz zapyta: „Widziałeś te słynne Czekoladowe Wzgórza?
- taaaaaak, widziałem ! Odpowiem z ogromną przyjemnością ! :D


Najwyższa pora wracać.
Co prawda mamy 70 km do domu, ale na zegarkach dochodzi dopiero 15:00, więc nie jest źle. ;)


Brzuchy dają o sobie znać i … zatrzymujemy się w McDonalds. :roll: :lol:
A wszystko dlatego, bo nic po drodze innego nie było, a McSpaghetti to produkt, którego w Polsce nie dostaniemy. Próbujemy zatem :D

Image

Image

Image


Zmęczenie daje o sobie znać, więc finalnie odpuszczamy rzekę Loboc, którą de facto podczas tego dnia mieliśmy okazję wiele razy zobaczyć. ;)
Nie decydujemy się jednak na szczególny kurs, bo w planach mieliśmy wynajęcie Paddleboard`ów, czyli desek na których się stoi i odpycha wiosłem.

Jeszcze w drodze powrotnej próbujemy odnaleźć dużą hodowlę kogutów bojowych w miejscowości Sikatuna, ale niestety nie udaje nam się.

Wracamy zatem na Panglao.
Tyłki nam odpadają, ale jesteśmy szczęśliwi i zgodnie stwierdzamy, że było warto. :D


Późnym wieczorkiem wybieramy się do pobliskiej knajpki na kolację.
Zamawiamy lasagne, żółte curry z ryżem, carbonarę a wszystko to w otoczeniu zimnego San Miguela 8-)
Ceny dań wahały się od 200 do 400 php.

Image
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
jobi uważa post za pomocny.
 
 
#30 PostWysłany: 24 Maj 2019 11:09 
Site Admin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Sty 2011
Posty: 6447
Loty: 303
Kilometry: 522 266
Fajna relacja, w stronnictwie jedzeniowym wybieram grupę "rozumiem" :P natomiast mimo tytułu nie widać na ani jednym zdjęciu Tanduay :o
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
jobi lubi ten post.
jobi uważa post za pomocny.
 
 
#31 PostWysłany: 27 Maj 2019 17:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
@Washington - Tanduay był grany przez pierwsze 3 dni, później już tylko Emperador - jakoś nam bardziej przypadł do gustu. Mimo, że droższy jakieś 1-2zł 8-)

Btw - Twoja relacja była przeczytana co najmniej kilka razy. Przetarła szlaki :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#32 PostWysłany: 28 Maj 2019 10:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
Panglao – 2 ostatnie dni !

Zawsze takie wyjazdy lecą w mgnieniu oka. :?
Teraz jest nieco inaczej.
Zwiedziliśmy już tyyyyle, a to dopiero połowa naszych dni :D

Po wczorajszym tripie na skuterach w końcu się dobrze wysypiamy 😊
Ach, jakie to wspaniałe uczucie, gdy budzi Cię słońce i pianie kogutów, a nie budzik w ajfonie.

Spokojna kawa, klasyczne śniadanko (świeże mango, słodka bułka) i można powoli się zbierać.

Plan na dziś?
:arrow: Eksplorujemy wyspę :!:

Ale zaraz zaraz! Przygotowane mieliśmy jeszcze w tabelce „warte odwiedzenia” dwie małe wysepki – Balicasag i Pamilacan.
Idziemy zatem na pobliską plażę i podpytujemy się miejscowych o możliwość przetransportowania nas na Balicasag.

Dlaczego Balicasag?

Żółwie :!:
Co prawda mieliśmy już okazję dwukrotnie z nimi obcować (w Marsa Alam w Egipcie), ale skoro na Balicasag można to powtórzyć to korzystamy z tego bez wahania! 😊

Na White Beach podchodzi do nas hmm, może nazwę go „koordynatorem” :D
Gość, który organizuje łódki, przydziela do nich chłopaków od pilotowania, ale też ma kogoś nad sobą, bo co chwila dzwoni z prośbą o udzielenie mu zgody.
Rzuca nam na wstępie 3000 php za podróż w dwie strony :roll:
Jednak wcześniej przygotowani o informacje od podróżnych wiedzieliśmy, że normalną ceną jest 1500-2000 php, więc… proponujemy 800 :D
Nienachalnie, w ramach żartu, wstępnej negocjacji, w miłej atmosferze – bo przecież gdzieś tam się w końcu musimy spotkać w granicy przyzwoitości 😊

No i po krótkich, bardzo spokojnych negocjacjach ostatecznie płyniemy za 1400 php, co w rozbiciu na nasze 4 osoby jest ceną zdecydowanie do zaakceptowania 😊
Gość bierze połowę, jako zaliczkę i zostawia nas na chwilę, bo obok para chińczyków też chce odbyć taką podróż, jak my.
Proponuje im podobnie – 3000 php na co… oni przystają :lol:
Wraca do nas z bananem na twarzy i radośnie przybija nam piątki.
Wiadomo – na nas zarobił, ale na tamtych – złoty strzał :D

Zabezpieczamy skutery przy plaży, zabieramy maski, rurki, buty do wody i ruszamy 😊

Rejs katamaranem trwa jakieś 40 minut
Image

Image

Oddalamy się od naszej plaży, oglądamy wybrzeże Panglao które obficie porośnięte jest palmami, a w dalekiej oddali pojawia się Balicasag.
Łódka pędzi, wiatr przyjemnie wieje, słońce grzeje – jest idealnie!
Z biegiem czasu wysepka zaczyna się powiększać, a woda robi się turkusowa :o
Image


Docieramy. Na miejscu łódka przy łódce, na co byliśmy przygotowani, a w wodzie widzimy wystające kapoki i rurki. Musi być dobrze! 😊
„Sternicy” zabierają nas do miejsca, z którego wypożycza się sprzęt do snurkowania, a tam zostajemy wyposażeni w informacje na temat tego, co można w wodzie zobaczyć i innych turystycznych kwestii, tj. lunch czy nurkowanie.
Dostajemy ulotki, z których wynika, że snurkowanie ( :? ) jest płatne, po 250 php od osoby.
Mało tego ! 250 php od osoby musimy zapłacić za każdą część, w zależności którą opcję wybierzemy.
:arrow: Chcecie zobaczyć żółwie? 250 php !
:arrow: A może rafę? 250 php !
:arrow: Maska i rurka? 250 php.

Spoko, oczywista podpucha pod turystów – myślimy.

Mając wcześniej przygotowane notatki posiłkując się podpowiedziami zaczerpniętych z sieci, z których jasno wynika:
„około 100 metrów po lewej stronie są żółwie, około 100 metrów po prawej rafa” rezygnujemy ze wszystkich atrakcji, grzecznie dziękujemy za przedstawioną ofertę i idziemy na plażę. 8-)

Dostajemy jeszcze pytania, w stylu: „Czyli jesteście pewni, że nie będziecie wchodzić do wody, a tylko siedzieć na plaży?” z pełnym przekonaniem odpowiadamy – „Tak, jakoś nie mamy chęci na pływanie.” :lol:

Ależ chcieli nas wydymać na kasę – myślimy. Nie dla nas te numery :D
Jak to możliwe, że chcą od nas wydębić siano, za normalne wejście do wody z brzegu? Przecież to nie jest ich – w kółko sobie powtarzamy i zgodnie z notatkami udajemy się w lewą stronę wyspy, cały czas czując wzrok „nagabywaczy” na swoich plecach. :roll:

Rozstawiamy ręczniki, zakładamy buty do wody i zacieramy ręce na nadchodzący snorkeling. :D

Hmmm, patrzymy na wodę i… nie ma w niej nikogo. Tzn w okolicy 100 metrów od wejścia.
Do tego wszędzie katamarany i łódki z silnikami. Trochę średnia perspektywa jednak.

Co tam, wbijamy się do wody, zobaczymy co to będzie :D

2 metry i od razu gwizdy. :evil:
- Zakaz! Nie wolno ! – krzyczy starszy Filipińczyk;
- ale jak to? – pytamy, jak byśmy nie wiedzieli :D
- tylko na łódkach, z przewodnikiem.

No i w środku raju dopada nas rzeczywistość i naciągactwo. Ech. Brzydsza strona turystyki... :x

Żeby nie było – rozumiemy opłaty na poczet środowiska, dbania o atrakcje, itp. Ale raczej przy takiej ilości turystów powinny być symboliczne. Spoko, może zarabiają mniej, może żyje im się gorzej – ale takimi opłatami na pewno nie poprawią swojej sytuacji ekonomicznej. Przynajmniej wg mnie…

Tak czy inaczej, dajemy się naciągnąć.
Skoro już tu jesteśmy, skoro zapłaciliśmy za łódkę to i wyciągniemy z kieszeni po te 250 php.
Wybieramy oczywiście część z żółwiami. :D
Wsiadamy do sporego „kajaka”, i wypływamy z przewodnikiem, który odpycha nas prowizorycznym wiosłem.

Image

Niestety pogoda momentalnie się psuje. :x
Niebo przykrywają ciemne chmury, a wiatr się nasila. Na skórze od razu „gęsia skórka”.
Jakieś 100 metrów od brzegu dostrzegamy pierwszego żółwia, który wytyka łepek nad powierzchnię wody, żeby zaczerpnąć powietrze.
Szybko uzbrajamy się w sprzęt do snorkelingu i wskakujemy.


Woda, o dziwo, ma rewelacyjną przejrzystość. Mimo częściowego braku słońca i sporego wiatru jest naprawdę dobrze.
Jest! Kilka metrów przed nami dostojnie płynący żółw morski.
Przypatrujemy się i podziwiamy. Rewelka! :D
Skręcamy głowy… drugi ! Tym razem malutki :D

Image

Pływamy tak dobrą godzinkę. Dostrzegamy przepiękne, kolorowe rozgwiazdy, ławice kolorowych ryb i jeszcze kilka żółwi.
Ze względu na spore fale i dość dużą głębokość, przez co nie możemy zejść na tyle nisko, aby podziwiać podwodny świat z bliska wdrapujemy się na kajak i wracamy.

Na brzegu jeszcze chwila odpoczynku, a na niebie znowu zaczyna świecić słońce 😊

Zwołujemy naszych ludzi od łódki i wracamy na Panglao

Postanawiamy nie wracać do hostelu, złapać spokojny obiad i skuterami objechać wyspę.

Kierujemy się zatem główna drogą na południe wyspy, w stronę Danao Beach.
Cała trasa porośnięta rozłożystymi palmami. Spokojnie, cicho, a w powietrzu czuć lokalny klimat.
Na południu wyspy odwiedzamy kilka plaż, jednak żadna z nich nie skradła naszego serca.
Nie były złe, ale szału absolutnie nie robiły.
Zaliczamy kilka meczów w kosza z lokalnymi chłopakami, w znakomitych warunkach przyrody

Image


Rzut oka na mapę – Hinagdanan Cave !

Czyli jaskinia, którą jeszcze przed wylotem umieściliśmy w swoich notatkach jako taką, którą warto odwiedzić. Znajduje się w północno – zachodniej części wyspy, a więc dosłownie po drugiej stornie, niżeli nasze miejsce zakwaterowania.

Po 20/30 minutach spokojnej jazdy docieramy.
Na miejscu jest parking dla skuterów za dodatkową opłatą 50 php, kilka straganów z lokalnymi pamiątkami i panie, robiące świeże i orzeźwiające koktajle.
Kupujemy bilety wstępu do jaskini – 100 php/os, koktajl ze świeżego mango, kokosa i bananów i w zacienionym miejscu przysiadamy na chwilę odpoczynku.

Miejsce mega spokojne i czilujące. :)
Wejście do jaskini mocno klaustrofobiczne, ale jej wnętrze robi wrażenie

Image

Image

Dla orzeźwienia oddajemy po kilka skoków do krystalicznie czystej wody i wychodzimy „na powierzchnię”.


Słońce zaczyna zachodzić, więc zbieramy się na „naszą” część wyspy. Chcąc zaoszczędzić drogi, postanawiamy nie jechać naokoło po głównej drodze, tylko przebić wyspę po lokalnych, nieutwardzonych wertepach. :D

Z jednej strony nie był to najlepszy pomysł, bo tyłki odmawiały już posłuszeństwa :lol: , a prawie pionowe spady przyprawiały o duży dreszczyk emocji (nie mówiąc już o skuterach :shock: ), ale z drugiej – odcięliśmy się od gonitwy główną drogą, zwolniliśmy przy małych, umiejscowionych w środku lasu domkach, z których machały nam całe rodziny i zwiedziliśmy okolicę, do której na pewno nie przyjechalibyśmy z jakimś konkretnym celem. :)

Przed małym sklepikiem usłyszeliśmy, że jutro ma się odbyć słynna Walka Kogutów na Bohol. Nie doszliśmy jednak z miejscowym chłopem do porozumienia na temat godziny i miejsca tej imprezy. :?

Wiedzieliśmy, że chcemy na czymś takim być, choć planowaliśmy, że załapiemy się na to na Siquijor, to jednak stwierdziliśmy, że warto tutaj, bo nie wiadomo czy na Siquijor się uda (słyszeliśmy, że walki odbywają się tylko w niedziele).
Po dotarciu do naszego noclegu zaczęliśmy wypytywać miejscowych. Od każdego jednak słyszeliśmy sprzeczne wersje.
Jedni mówili, że pojutrze, inni, że jutro, a jeszcze kolejni, że to właśnie dziś było. :roll:

Przy wieczornym rumie poszperaliśmy trochę po sieci i poznaliśmy przynajmniej miejsce – Baclayon Cockpit Arena ! i wiedzieliśmy, że ostatni nasz dzień na Panglao wykorzystamy właśnie tak :D



PANGLAO – OSTATNI DZIEŃ!

Dwa cele na dziśWalki Kogutów na Bohol i kupno biletu na prom na Siquijor.


:arrow: Baclayon Cockpit Arena – arena do walk kogutów. Zlokalizowana raptem 5 kilometrów od mostu Borja, łączącego Bohol z Panglao.

Cockfight, czyli Walki Kogutów to dla Filipińczyków nie tylko sposób na spędzenie niedzieli. To przede wszystkim biznes i ogromne pieniądze, które można zarobić na obstawianiu zwycięzcy.
To „sport”, który wpisany jest od pokoleń w kulturę miejscowych. Z tego też powodu bardzo chcieliśmy odwiedzić to miejsce. 8-)

Choć pewnie dla wielu z Was, jak również dla nas to było nie do pomyślenia. Absolutnie jesteśmy za humanitarnym traktowaniem zwierząt, a już na pewno nie za zabijaniem ich dla rozrywki. Jednak może warto spojrzeć na to zjawisko, jak na element odrębnej kultury, bez zbędnego oceniania i moralizowania. W każdym razie my tak do tego podchodzimy i z ogromną ciekawością zbieramy się do zobaczenia tego na własne oczy… ;)

Po 30 minutach jazdy skuterami docieramy do małej miejscowości Baclayon, mieszczącej się w prowincji Bohol. Podpytujemy ludzi, gdzie znajdziemy arenę, a Ci bez namysłu wskazują nam drogę z uśmiechem na twarzy.
Docieram pod stary hangar, z którego już z dużej odległości słyszymy głośne krzyki.
Na miejscu setki skuterów i niesamowity smród. 8-)

Zabezpieczamy nasze jednoślady i wchodzimy do środka.
Na wejściu kupujemy bilety po 50 peso i jesteśmy sprawdzeni przez groźnie wyglądającego ochroniarza. :o
Atmosfera przypomina trochę, jak byśmy brali udział w czymś nielegalnym i mafijnym.
Jednak po przekroczeniu pierwszych drzwi wita nas szereg uśmiechów i zaciekawienia.
Jesteśmy tam jako jedyni turyści. :D

Uderza w nas niesamowita duchota, a dookoła unosi się kurz.
Przeciskamy się przez długi korytarz, w którym czekają na swoją kolej właściciele kogutów, którzy pieszczotliwie głaszczą podopiecznych i przygotowują do nadchodzącej walki.
Jesteśmy na trybunach, na których zajmujemy miejsce w „loży VIP”, tuż przy tablicy wyników. 8-)

Image

Image

Piętrowe trybuny wypełnione są do ostatniego miejsca ludźmi. Ba, powiedziałbym nawet, że jest nadkomplet. :o
W centralnym punkcie jest mata, przypominająca klatkę do walk MMA. Po środku leży kupa pierzu i rozbryzgana krew.
Nagle wszystko zamiera…

Do klatki wchodzą trenerzy ze swoimi kogutami.
Już z daleka daje się zauważyć podczepione długie ostrze do jednej z nóg koguta. Wszyscy widzowie wstają i się zaczyna…
„To trzeba przeżyć, żeby to zrozumieć, żeby w to uwierzyć.” – tym cytatem można to opisać. Jesteśmy w totalnym szoku co się dzieje! :shock:
Gwar, amok i niesamowite emocje wiszące w powietrzu. Na tablicach wywieszone są imiona walczących kogutów, rozlega się głośny dzwonek odmierzający czas przyjmowania zakładów a ludzie… jak opętani :!:
Wszyscy przekrzykują się wzajemnie, gestami wskazując na którego koguta i jaką kwotę obstawiają. A z tego co zauważamy, kwoty są ogromne!

Image

W międzyczasie koguty na „ringu” dziobią się po szyjach – w ten sposób rozdrażniają się nawzajem i wyzwalają ducha walki.

Image

Ostatnie chwile, zaczynamy !
Głośny gong, okrzyki milkną…
Trenerzy stawiają koguty w wyznaczonym miejscu i wychodzą z klatki.

Image

Walka trwa krótko, może dwie minuty. Tyle wystarcza, aby przegrać lub się wzbogacić.
Po wszystkim, do klatki wchodzi ekipa sprzątająca, która przemywa matę z krwi przegranego i zamiata pióra, a osoba, która przyjmowała zakłady bardzo sprawnie wypłaca wygranym pieniądze. :)

Z zapartym tchem i różnymi emocjami oglądamy tak jeszcze kilka walk.
Jedne trwały bardzo długo, inne natomiast – jeden kopniak, podcięcie gardła i tryskająca krew. :o
Przegrany kogut ląduje w wiadrze, po czym trafia zapewne do jednej z pobliskich restauracji, wygrany natomiast dostaje drugie życie i w zależności od obrażeń – przygotowuje się do kolejnych walk. 8-)

Podsumowując, było to niesamowite doświadczenie.
Coś, czego nie uświadczymy w Europie. Skala tego zjawiska jest ogromna. Tutaj praktycznie każdy ma swojego koguta i przygotowuje go do walk…


Ufff, jesteśmy już na świeżym powietrzu. :D
Przez gryzący w gardle kurz każdemu chce się pić. Nawadniamy się i ruszamy w stronę przystani promowej, aby kupić bilety na jutrzejsze połączenie na Siquijor.
:idea: Słyszeliśmy, że często promy są zapełnione do ostatniego miejsca, a zakup biletu na chwilę przed planowanym wypłynięciem może okazać się niemożliwe, dlatego zawsze staramy się minimum dzień wcześniej podjechać i dokonać zakupu.


Terminal promowy Tagbilaran – to właśnie z tego miejsca ma odbyć się nasza jutrzejsza podróż.

Docieramy, a jako, że zaczyna burczeć w brzuchu, to postanawiamy się skorzystać z bardzo popularnej tutaj sieci Minute Burger, która ZAWSZE ma promocję BUY ONE, TAKE ONE :lol:

Image

Zamawiamy burgery, a w międzyczasie podchodzę kilka metrów dalej do kas biletowych, zorientować się na temat cen biletów na prom.
Bilet za osobę kosztuje 700 php. Wracam zakomunikować to reszcie ekipy i… chwila zakłopotania :roll:

Otwieramy portfele, przeliczamy kasę pochowaną po kieszeniach i paczkach po chusteczkach – brakuje nam! :oops:
- ile brakuje? – z niedowierzaniem rzuca ktoś z tłumu;
- 100 peso – odpowiadamy zgodnie, dodając wszystkie nasze fundusze;
- ku*wa, ale jak to ?! przecież tyle siana mieliśmy – zastanawiamy się. :?:

Widmo powrotu na Panglao po pieniądze i powrót do przystani średnio nam się uśmiecha.
Godzina w jedną stronę, godzina w drugą, a na niebie pełne słońce i + 30 stopni w cieniu.
Tym bardziej, że mamy prawie 3000 php, a brakuje nam tylko stówki. :x

- ejj, za burgery zapłaciliśmy prawie 500 php – rzuca jeden z nas.

O masz, to Ci informacja. :roll:
Ale gamonie z nas, że najpierw rzuciliśmy się na żarcie, a nie przeliczyliśmy ile mamy przy sobie pieniędzy.
Śmiejemy się wszyscy, z jednoczesnymi łzami w oczach. :cry:

Rozkoszujemy się zatem burgerami :lol: i rozkminiamy co z tym fantem zrobić…

- a może zarobimy?! – podrywam się z entuzjazmem :D
- ale jak? Co Ty ćpiesz?! – z niedowierzaniem wszyscy.
- normalnie! Wymyślmy coś! Może pośpiewamy na ulicy? – pomysły same nasuwają się do głowy. :D

O dziwo, w tej beznadziejnej sytuacji nie było sprzeciwu. :D
Biegniemy zatem pod pobliskie garkuchnie gdzie miejscowi urządzają sobie karaoke.
Idealnie! Lepszej sytuacji nie mogliśmy trafić. :D

Proszę o mikrofon i ogłaszam, że: „jest z nami gwiazda muzyki pop w Polsce” – kieruję palcem na Sebka :lol: .
Witają go brawa pomieszane ze śmiechem lokalsów. :D

Image

Opowiadam zatem, jak wygląda sytuacja. Że brakuje nam 100php na bilety. Że zostawiliśmy kasę w hostelu i pytam: „czy chcieliby przeżyć największe show w ich życiu i na żywo posłuchać niesamowitej barwy głosu naszego kolegi”. :?: :D
Spotyka się to o dziwo z dużym entuzjazmem. :D
My przecieramy oczy ze zdumienia a brzuchy zaczynają nas boleć od śmiechu. :lol:
Od razu dostajemy stówkę od chłopów, którzy zamawiają dla nas piwka, rum i zapraszają do stołu. :o
NIE SA MO WI TE ! :!:

Dla takich przygód warto podróżować :!:

Siedzimy tam kilka dłuższych chwil, rozmawiamy, opowiadamy o Polsce no i rzecz jasna – dajemy show!
Włączają nam jakąś Shakirę, na malutkim 20-calowym monitorze pojawia się tekst i dajemy (anty)popis :lol: naszych umiejętności wokalnych.

Image

Po dobrej zabawie dziękujemy im za wsparcie i lecimy do kas po bilety.

Jakie było zdziwienie Pani w okienku, że wróciłem z kasą, a chwilę wcześniej błagalnym tonem prosiłem o sprzedaż biletów, bo brakuje nam 100php… :lol: 8-)

Szczęśliwi, z biletami w ręku i bagażem wrażeń wracamy do hostelu.
Tam się wstępnie pakujemy, oddajemy skutery i dogadzamy sobie godzinnym masażem za 300 php:

Image




:arrow: Następny przystanek - Siquijor...
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#33 PostWysłany: 29 Maj 2019 16:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
:arrow: Siquijor !


Rano zamawiamy taxi, która za 400 php wiezie nas do przystani promowej Tagbilaran.
Wypływamy o 10:20, a po 1.20h jesteśmy na Siquijor, w porcie Larena.
Image


Dlaczego Siquijor :?:

Zaplanowaliśmy tutaj nasze ostatnie 4,5/5 dni na filipińskich wyspach.
Gdzieś tam przeczytaliśmy, że wyspa jest piękna i stosunkowo mało popularna wśród turystów.
No i przede wszystkim pełna wodospadów! :D
Jak ktoś czytał moją relację z Tajlandii, to w jednej z ostatnich stron opisywałem skok z „klifu” na Koh Tao. Uwielbiamy takie rodzaje aktywności, ale po Tajlandii (ze względu na rejony, które wybraliśmy) czuliśmy spory niedosyt. :x

Na kilku blogach przeczytałem opis Siquijor w samych superlatywach, po czym dołączyłem do facebookowej grupy „Polacy na Siquijor”, której de facto mega nie polecam, ze względu (trudno mi tak mówić o rodakach) na przemądrzałych Polaków, którzy postradali wszystkie zmysły i uważają się za wielkich lokalsów, bo mają przy boku młode filipinki, a sami 50/60+. Wiem, brutalnie to brzmi, ale tak jest. Musiałem to w końcu napisać. 8-)
Nie miałbym nic przeciwko takim „związkom”, gdyby mieli choć grosz empatii i mniej przerośnięte ego.
Jest kilka ciekawszych grup na temat podróży po Filipinach 😊

Odbiegłem od tematu. Sorry :?

Siquijor wita nas małym portem, a przed nim dziesiątkami tuktuków, tudzież tricykli.
Image


Odchodząc kawałek łapiemy jeden i jedziemy w stronę zabookowanego wcześniej hostelu. (400php)
Podróż trwa małą godzinkę, bo pokonać musimy praktycznie całą wyspę.
Docieramy :D
Image


Nasz nocleg?
Creme de la crème, wisienka na torcie, zwieńczenie wyjazdu – mógłbym tak wymieniać i wymieniać…
Po prostu – PETARDA :!: :!: :!: :o

Do dyspozycji mamy cały domek, z dwiema sypialniami, dwiema łazienkami z wc, dużym salonem, kuchnią, klimatyzacją, wiatrakami i… dużym gankiem ! :D
Przed domkiem pusta i piaszczysta plaża, palmy, leżaki.
RAJ – tylko tak, jednym słowem można opisać to miejsce. :D

Image
Image


Ależ trafiliśmy ! Nie przestajemy przekomarzać się, kto z nas to „wyrwał” w sieci. :lol:
Acha, bo nie napisałem :D spaliśmy w Palm Village Guesthouse Siquijor, a zarezerwowaliśmy go za pośrednictwem Agody 😊
Przyznam, trochę zaszaleliśmy z ceną (choć i tak mega mało, jak na takie miejsce!!!), więc w przeliczeniu na osobę, noc kosztowała nas bagatela 50 zł. 😊

Rozpakowujemy się, sprawdzamy zegarki… jest! 13:10, można!
Wyciągamy z plecaka 330 ml buteleczkę rumu i wznosimy toast za udaną miejscówkę :D


Po chwilach ekscytacji, sięgam po swoje niezawodne notatki i sprawdzam po raz enty, co można na Siquijor porabiać 😊

Malutka wysepka, na której z pozoru nie ma nic nadzwyczajnego.
Jest za to cała masa wodospadów, plaże i krystalicznie czysta woda z (ponoć) ciekawym życiem podwodnym. :)

A moja klasyczna, prowizoryczna mapka wygląda tak:
Image

Po chwili relaksu od razu wypożyczamy skutery. Pomaga nam w tym właścicielka hostelu, która dzwoni po znajomego, a ten angażując żonę i syna przywożą nam dwa, pachnące jeszcze nowością skutery.
Dopiero kilka chwil na tej wyspie, a już poznajemy przemiłych ludzi. :D
Nie musimy mocno negocjować i obawiać się o jakiekolwiek oszustwo.
Bierzemy skutery na cały pobyt i płacimy po 400 peso za dobę.


Plan na dziś? Plan na Siquijor?
:arrow: ZWOLNIĆ !
:arrow: Cieszyć się chwilą
:arrow: Wyczilować

Jako, że dotychczas zwiedzaliśmy z dużą intensywnością, to na Siquijor zdecydowanie chcemy wypocząć.
Co prawda nie jesteśmy osobami, które potrafią cały dzień przeleżeć na plaży, ale na tym etapie wyjazdu potrzeba nam chwili beztroski i nie trzymania się mocno planu.


Zasiadamy zatem na skutery i jedziemy „w miasto”. 8-) Czyli do małego centrum miasta San Juan, na obrzeżach którego się zatrzymaliśmy.

Malutki ryneczek, sporo straganów, sklepików, posterunek policji i liceum – a miejscowi witają się ze sobą na ulicy.
Przypomina to trochę typową polską wieś, w której każdy każdego zna. :D
Już odczuwamy, że życie płynie tu wyjątkowo wolno i sielankowo😊

Kręcimy się chwilę po okolicy i zatrzymujemy na obiad w Tropical Fun-Ta-Sea, czyli knajpce położonej przy samym morzu, z rewelacyjnym klimatem i dobrym jedzeniem, w której de facto stołowaliśmy się jeszcze kilkukrotnie.
Po przeliczeniu budżetów wiemy, że możemy sobie w tych ostatnich dniach pozwolić na odpust cenowy :D
Image

Image

Za każde z powyższych dań obiadowych płacimy po około 220-300 php 😊

Brzuchy napełnione, słońce przypieka, więc zaliczamy jeszcze lokalny bazarek, w którym to robimy niezbędne, spożywcze zakupy i wracamy napawać się chwilą przed naszym domkiem…
Image

Image

Image


Reszta dnia upływa nad wyraz spokojnie.
Świeże owoce, zimne drinki z lokalnym rumem, morze, pusta plaża… ach, czego chcieć więcej od życia ? :D

Na ganku biesiadujemy do późnych godzin wieczornych…
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#34 PostWysłany: 29 Maj 2019 16:37 

Rejestracja: 14 Maj 2016
Posty: 1106
srebrny
Jesteś młodym i rozumujesz jak młody czyli...prawidłowo. Jednak jak już dożyjesz 50-60tki i będziesz po rozwodzie lub rozwodach a status finansowy będziesz miał dobry to przypomnisz sobie szybko o stronie facebookowej ,,Polacy w... " i być może dołączysz do tej kolonii ściskając młodą Filipinkę :lol: :lol: :lol: Nie oceniaj za szybko. Dozyj takich lat i sam zobaczysz jak wiele Twoich poglądów życiowych ulegnie zmianie :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: Pozdrawiam
Góra
 Relacje PM off  
 
#35 PostWysłany: 29 Maj 2019 16:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
@HandSome do życia podchodzę z pokorą. Staram się nie oceniać książki po okładce.
Ale tak jak napisałem, nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie ich komentarze na forum.
Wyśmiewcze, szydercze, a o jakiejkolwiek pomocy można zapomnieć.

Swoją drogą - nie mowa tutaj o "ocenie" ludzi, tylko o przydatności w/w grupy facebookowej. Taka dygresja :)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#36 PostWysłany: 30 Maj 2019 13:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
Odpoczęliśmy wczoraj za wszystkie czasy, akumulatory naładowane, więc można ruszać :lol:

Plan na dziś?

:arrow: Skoki do wody na Salagdoong Beach !!


Salagdoong Beach, to jak sama nazwa wskazuje plaża 8-) , ale dla nas no.1 są skoki do wody, z dwóch platform, które umieszczone są na klifie. Między innymi ze względu na to miejsce wybraliśmy Siquijor :D

Ustawiamy nawigację, która pokazuje aż 36 kilometrów, ale z drugiej strony – jest to najdalszy punkt na mapie Siquijor, do którego chcemy dotrzeć. Postanawiamy „odbębnić” to od razu, a pozostałe dni zostawić na bliższe wojaże.


Droga na wschodnią część wyspy wiedzie przez przepiękne tereny, na których podziwiać możemy pola ryżowe, plantacje palmy kokosowej i ananasów.
Image

W połowie drogi, w miejscowości Lazy, tuż przy głównej drodze przejeżdżamy przez duży las, w którym to występuje najstarsze, bo liczące około 400 lat drzewo na wyspie. :o

Century Old Balete Tree – drzewo należące do rodziny figowców, w którym w wielu regionach Filipin uważa się, że zamieszkują duchy, a szamani w ich wnętrzach wykonują magiczne rytuały.
Z korzeni roślin wypływa źródło, którego wody wypływają do kamiennego basenu.
W basenie tym żyją rybki, z gatunku Garra Rufa, które kojarzyć można ze słynnym „fish spa”.
Żywią się one martwym naskórkiem i wykorzystywane są w terapii chorób skóry.

Aby móc skorzystać z Fish Spa i zanurzyć stopy w zimnej wodzie, należy uiścić opłatę 10 peso + 10 peso za zaparkowanie skutera. Oczywiście korzystamy i siadamy na kamieniach w zacienionym miejscu. Po dotknięciu stopą tafli wody, błyskawicznie zjawia się stado rybek i łaskocząc przysysa się do skóry. :D
Image
Image


Po chwili relaksu ruszamy dalej.
Kolejne 20 minut i podjeżdżamy pod bramę wyjazdową przed plażą Salagdoong, gdzie za przejazd za szlaban należy zapłacić 25 peso za osobę + 20 peso za skuter. Opłata jest pobierana, bo teren w całości jest prywatny.


Parkujemy i szybkim krokiem zmierzamy do klifu :D

Image

Jesteśmy na górze, a oprócz nas jest jeszcze kilka osób.
Przed nami dwie platformy – wyższa 11 metrowa i niższa 9 metrowa.

-no dobra, przebieramy się i jazda – ogłosiłem wszem i wobec :D

Jak powiedziałem, tak zrobiliśmy. Chwila i wszyscy w strojach kąpielowych gotowi do skoku :D

Wchodzimy na platformę, na razie niższą i … nogi jak z waty :roll:
Patrząc na to z dołu, nie sądziłem, że to będzie tak duża bariera do pokonania :lol:
Abstrahując od wysokości, widok z krystalicznie czystą wodą jest nieziemski :shock:
Image

Image

Na klifie spędziliśmy łącznie z półtorej godziny, w tym dobre 40 minut na zbieranie odwagi do skoków :D

- idę sprawdzić wodę ! – jak zwykle złota myśl z moich ust :D

Po części trochę, żeby faktycznie sprawdzić bezpieczeństwo, ale trochę też, żeby nie stać jak kołek na górze i tracić kolejne chwile na zebranie się w sobie. :D

Schodzę zatem po drabinkach do wody. Spoko, do dna jest jakieś 5 metrów, chyba wystarczająco 😊
Po chwili przychodzi trzech miejscowych, którzy „pomagają” nam przełamać bariery i oddają pierwsze skoki, niejako torując nam drogę :D

Image

Uff, teraz na pewno się uda – myślę.
Niepewne kroki na niższą platformę, nogi odmawiają posłuszeństwa a serce bije jak oszalałe.
- dobra, leeeeeecęęę ! – zamykam oczy i krzyczę :D

Image

:!: I tu cenna uwaga :!: skacząc z takiej wysokości, przed uderzeniem o taflę wody należy ręce ułożyć wzdłuż ciała ! My niestety przy swoich pierwszych skokach ręce mieliśmy rozłożone szeroko, co przy uderzeniu o wodę wywołało dość duże bąble na wewnętrznych częściach rąk, które szczypały i wyglądały okropnie. :x


Bariery przełamane, więc reszta ekipy też się decyduje. Zabawa przednia! :D

Image



Po rewelacyjnej rozrywce rozkładamy się w zatoce (nie na plaży głównej) w której ponoć jest fajnie zachowana rafa.
I faktycznie, ilość kolorowych rybek jest bardzo zadowalająca. :D
I tutaj też spełniamy nasze kolejne małe marzenie
NEMO :!: Pierwszy raz w życiu widzimy na żywo błazenka plamistego, czyli popularne Nemo! :D
Nawet będąc dwukrotnie w Egipcie czy Tajlandii i mocno eksplorując podwodną faunę i florę nie udało nam się go zobaczyć.
Udaje nam się to na Filipinach, w małej zatoce w pobliżu Salagdoong Beach :!: :!: :!: (film na końcu relacji)


Po tych niesamowitych przeżyciach zbieramy się w stronę San Juan.
W miejscowości Lazy przystajemy na obiad.
Na długiej, głównej ulicy jest w czym wybierać. Decydujemy się na knajpkę z kanapkami zapiekanymi w piecu, coś a`la Panini.


Po sytym obiedzie wracamy do „naszego” domku, przed którym na plaży spędzamy resztę dnia, wchłaniając witaminę D z promieni słonecznych i czekamy na piękny zachód słońca, który na Siquijor naprawdę robi wrażenie 😊

Image

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#37 PostWysłany: 31 Maj 2019 11:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
Oj to była ciężka noc… :cry:

Uraczeni sporą ilością rumu położyliśmy się spać…
Ta przyjemna część doby nie trwała jednak długo. Budzi nas stukanie… :roll:
Okazało się, że w naszym IDEALNYM domku jest mnóstwo szpar/dziur, przez które do sypialni wchodziły nam jaszczuuuurki. :shock:
Co prawda wiemy, że nie gryzą, nie atakują ludzi, ale świadomość biegających nad głowami gadów nie pozwalała nam spokojnie zasnąć.

Okna pooklejaliśmy moskitierą, a szpary wokół sufitu wypchaliśmy tym, co pod ręką.
Nim się obejrzeliśmy była 2 w nocy. Jeszcze kontrola pokoju i ufff, spokojnie można iść spać. :)

Nie minęło 15 minut i znowu stukot na ścianie. :roll: Echh, zaczynaliśmy się wściekać.
Zapomnieliśmy o przestrzeni pod drzwiami, przez którą zapewne jaszczurki dostawały się do środka.
Wypełniliśmy ją ręcznikiem i z przekonaniem, że jesteśmy „bezpieczni” po raz 3ci podjęliśmy próbę zaśnięcia, co chwila nasłuchując czy aby na pewno nic nie biega nad głową.

Image


Cały czas jednak słyszeliśmy jakieś drapanie, stukanie ale już chyba z braku sił usnęliśmy…


Jako, że „po burzy zawsze wychodzi słońce” tak było i tym razem!

Po ciężkiej nocy budzi nas pianie kogutów i słońce przebijające się przez szpary w oknach. :D
Spokojna kawka, śniadanko z widokiem na morze i codziennie pytanie „co dziś?”.

Mapa, którą dostaliśmy od właścicielki hostelu mówi nam, że na wyspie są 2 wodospady:
Image


My jednak wiemy, że jest ich sporo więcej, bo jak podają różne źródła – 12, a nawet 15.
I tak też ten dzień chcemy spędzić – wodospady !


Pierwszy przystanek -> najsłynniejszy Cambugahay Falls :!:

Ponownie zatem kierujemy się w stronę miejscowości Lazy i po niespełna 30 minutach jazdy jesteśmy na miejscu.
Ku naszemu zdziwieniu – wejście na wodospady jest darmowe.
Dostajemy jedynie informację, że jeżeli chcemy skakać korzystając z lin to musimy zapłacić po 50 peso za każde „stanowisko”, których są 3.
Każde z tych trzech to inna wysokość. Płacąc 50 php za wybraną linę, można skakać bez limitu, ale tylko z tej, za którą zapłaciliśmy. 8-)

Sam wodospad ma kilka poziomów.
Na początku idziemy na najwyższy poziom, na którym jest tratwa i stosunkowo niedużo ludzi.
Image
Image
Image

Następnie przechodzimy na niższy, główny poziom wodospadów, skąd można poskakać – co też oczywiście robimy :D
Image
Image

Zabawa przednia! :D
A w panujących 30+ stopniach, wpaść do chłodnej wody to świetne ukojenie i orzeźwienie.

Wiecie co nas najbardziej utwierdza w przekonaniu, że Filipiny to coś, czego szukaliśmy ?
A no to, że pomimo tego, że Cambugahay Falls to można powiedzieć „główna atrakcja wyspy” to nie ma tam tłumów. Można odpocząć, pobawić się – po prostu cieszyć chwilą i pięknem natury, bez tłumu turystów. :)

Po znakomicie spędzonym czasie pora ruszać dalej…
Rzut oka na mapę (naszą, bo na zwykłej ich nie ma) – Lagaan Falls!

Z Cambugahay musimy wrócić się kilometr do głównej drogi, następnie w stronę San Juan jakiś kilometr, może dwa i skręcamy w prawo, w nieutwardzoną, boczną uliczkę.
Znaki na drodze będą pokazywały Cabugsayan Falls i tak też będą prowadziły ( :!: )
Więc tutaj uwaga – koniecznie musicie jechać jeszcze dalej, za Cabugsayan Falls (które są mega słabe) jakieś 800 metrów, może kilometr po wertepach, bez żadnych znaków będą Lagaan Falls.
Jedno z najbardziej klimatycznych miejsc, jakie udało nam się zobaczyć na Siquijor! :!:

Po postawieniu skuterów w niepozornym miejscu, a nawet mógłbym powiedzieć W KRZAKACH idziemy z miejscowym chłopakiem z kilometr schodkami w dół. Raczej nie robimy sobie wielkich nadziei. Oprócz nas nie ma nikogo, a zaniedbała okolica nie wygląda najlepiej… :roll:

Docieramy. Z pozoru zwykły, nieduży wodospad. Jedna lina do skoków. Nic szczególnego.
To co nam się aż tak tutaj spodobało ?
KLIMAT :!:
Jesteśmy sami, pośrodku niczego.
Wokół nas palmy, wodospad z chłodną wodą i ćwierkanie ptaków. :D
Gość, który chciał być naszym „przewodnikiem” po otrzymaniu tipu opuszcza nas, więc jesteśmy totalnie sami.
NIEZWYKŁE MIEJSCE! :o
Image

Image

Image



Zabaw z liną nie było końca.
Do tego ślizganie się z kamieni, salta – totalny fun :D

Brzuchy jednak dają o sobie znać. Łapiemy po drodze prosty, nieduży i tani obiad z lokalnej garkuchni:
Image
Image

i powoli wracamy w stronę San Juan


Odpoczywamy na plaży i w sieci szukamy polecanej knajpki na dobrą kolację.
Wybór jest bardzo duży, co daje się zauważyć przejeżdżając główną drogą.
Decydujemy się na knajpę Dagsa, która ma nieco wyższe ceny, ale za to rewelacyjny klimat z muzyką na żywo, świetne jedzenie i dobre drinki.
Image

Image


Po udanej uczcie wracamy w „nasze” okolice i idziemy na maaaasaż :D
Mega polecam salon masażu, który znajduje się naprzeciwko FunTaSea.
400 peso za godzinny, relaksacyjny masaż – rewelka! :D
Tylko Panie filipinki mają dziwny „odruch”, gdzie bekają, po cichu, ale bekają, a później się z tego nawzajem śmieją. :roll: :lol:


I uwaga uwaga – to był nasz 12(?) dzień na Filipinach i 1 (słowem:pierwszy) raz mieliśmy dość rumu ! :shock: :lol:
Wieczór spędzamy zatem przy zimnym San Miguelu
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#38 PostWysłany: 31 Maj 2019 15:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Lip 2012
Posty: 3071
złoty
niepotrzebnie wyganialiście gekony i się barykadowaliście przed nimi
gekon twoim przyjacielem, zżera robactwo, komary też :mrgreen:
_________________
Mam alergię na "witam" i "w mojej ocenie".
Image
Góra
 Relacje PM off
marcinsss uważa post za pomocny.
 
 
#39 PostWysłany: 31 Maj 2019 15:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Maj 2016
Posty: 59
Loty: 36
Kilometry: 82 406
niebieski
@cypel wieeeeeem. Wszystko ładnie, pięknie, ale jak podczas chrapania wsadzi mi ogon do nosa? :o :mrgreen:
Góra
 Relacje PM off  
 
#40 PostWysłany: 01 Cze 2019 22:07 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 92
Loty: 50
Kilometry: 108 659
Bardzo fajna relacja, szukam na ferie. biletu na Filipiny :D :lol: 8-)
Góra
 Relacje PM off
startowiec55 lubi ten post.
 
 
 [ 47 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group