Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 41 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 19 Lis 2019 16:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 Wrz 2014
Posty: 2464
srebrny
Dzięki. Tak, chodziło o relive. Wstępnie już czytałem. Pomacam co i jak. Tylko chyba telefon będę musiał po mału wymienić bo od tych wszystkich apek w tle to bateria przestaje trzymać ;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#22 PostWysłany: 21 Lis 2019 22:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Maj 2010
Posty: 329
Loty: 54
Kilometry: 85 890
niebieski
To computer science to, w duzym uproszczeniu, informatyka :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#23 PostWysłany: 22 Lis 2019 00:41 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
:lol:
Tak w dużym uproszczeniu, to wiem, bo sam coś takiego kończyłem jakieś dwadzieścia kilka lat temu. Tyle, że świat idzie na przód i teraz są tysiące najróżniejszych specjalizacji. Nie drążyłem, czy pan Amerykanin uczył ogólnie obsługi komputera, czy też był specjalistą od nierelacyjnych baz danych, programowania w C/C++ czy może tworzenia modeli 3D.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
orchidea04 lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 22 Lis 2019 12:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Maj 2010
Posty: 329
Loty: 54
Kilometry: 85 890
niebieski
Ty lepiej kończ tą relację bo zastanie Cię grudzień :P
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#25 PostWysłany: 22 Lis 2019 13:38 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Ehhh... czasu brakuje. W weekend na pewno pojadę dalej, ale do końca jeszcze co najmniej 4 części będą.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off  
 
#26 PostWysłany: 22 Lis 2019 21:35 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 102
Loty: 61
Kilometry: 134 874
Super relacja :D . Bardzo mi się zachciało jechać tam gdzie nic nie ma ;) . Zdjęcia tez fantastyczne. Czekam na więcej.
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
#27 PostWysłany: 24 Lis 2019 14:39 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Jedna z historii, które spotkały nas w drodze miała swój finał dosłownie kilka dni temu (po 4 miesiącach), a moja wiara w to, że karma wraca jest jeszcze głębsza. Kilka dni temu dokonałem "odkrycia", które sprawiło, że zupełnie inaczej spojrzałem na tę historię... Ale po kolei...

A jako przerywniki będą zdjęcia. Wszystkie z dni, które tu opisuję, ale w kolejności dość przypadkowej.

Image

Image

Image

Image

Image

Pierwsza miejscowość od Songkul to Ak-Tal i właśnie tam, na skrzyżowaniu, stoi busik, przy którym kilku mężczyzn pali papierosy, a kawałeczek dalej rodzina łapiąca stopa. Rodzina składa się z mężczyzny w wieku ok. 30 lat, dziewczyny o kilka lat młodszej i dwójki dzieciaków: trzylatka i jakiegoś maleństwa, co jeszcze roku nie miało. Oczywiście zatrzymałem się i usłyszałem historię, że on jedzie z kolegami do miasta, do pracy a ona z dziećmi odwiedzić matkę i siostry. I czy bym ich nie podwiózł. No chętnie, tylko mi się to z mapą nie zgrywa, bo my jedziemy do Kazarman, a dziewczyna do Baetov.
Załącznik:
Mapa Kg dzień 2 historia.JPG


- No właśnie. Do Kazarman, czyli przez Baetov. - ucieszył się chłopak.
- No właśnie nie bardzo. - odpowiedziałem patrząc na mapę.
Chłopak zrobił zdziwione oczy i powiedział, że przecież do Kazarman nie ma innej drogi. Tylko przez Baetov.
Popatrzyłem kolejny raz na mapę. No jak nie ma, jak jest. Na załączonej mapce ją Wam zaznaczam na czerwono.
Z drugiej strony ruchu tu dużego raczej nie ma. Koledzy przy busiku wyglądają na zniecierpliwionych, a my mamy mnóstwo czasu, bo jesteśmy na wakacjach. Paliwo tanie. Dobry uczynek można zaliczyć i może karma kiedyś wróci.
Zabrać kogoś na stopa, bo akurat jedziemy w tym samym kierunku i mamy wolne miejsca,, to żaden dobry uczynek, ale nadrobić kilkadziesiąt kilometrów, żeby zawieźć kobietę z dwójką małych dzieci, to już inny level.

- No dobra, wsiadajcie. Zawieziemy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Okazało się, że "wsiadajcie" dotyczyło również kilku dużych toreb, które mąż szybko przerzucił z busika do naszego "Miśka". Czułe pożegnanie i możemy odjeżdżać. Przy okazji wraca temat tego, jak bardzo ludzie tam sobie ufają. Ja bym tak żony z małym dzieckiem nie puścił.

W Ugut zaplanowana, asfaltowa droga prowadzi dalej prosto, a my skręcamy w kierunku na Beatov, niestety na znacznie gorzej wyglądającą drogę. I właśnie odcinek od tego miejsca aż do Kazarman to była najgorsza nawierzchnia, jaką mieliśmy okazję jechać w Kirgistanie. I nie te dodatkowe kilometry, tylko świadomość, że mielibyśmy dobrą, asfaltową drogę, a jedziemy jakąś masakrą... Dziury takie, że mimo tego, że jedziemy czołgiem, to boję się, żebyśmy koła nie zgubili.

Dzieciaki po drodze były nieprawdopodobnie grzeczne. Maleństwo chyba dostało papu i grzecznie spało, a trzylatek całą drogę stał między fotelami i patrzył na drogę i na nas. :)
W Beatov zawieźliśmy dziewczynę pod rodzinny dom. Coś tam o jakichś pieniądzach zaczęła mówić, ale oczywiście nic nie chcieliśmy, więc zaprosiła nas na herbatę. Z tej okazji oczywiście skorzystaliśmy bardzo chętnie.
Dom, jak dom. Ja pamiętam podobne z wizyt na wsi, kiedy byłem mały. Asia mówi, że biedny. Asia pochodzi z Wielkopolski, ja jeździłem za młodego na wioski już prawie w Kieleckie. Stąd może ta różnica. ;) Myślę, że dom był, jak na tamte okolice, po prostu normalny. Ani biedny, ani bogaty.

Za to ludzie bardzo mili. Mama i starsza siostra bardzo ucieszyły się z przyjazdu dziewczyny. Trzylatek poleciał od razu bawić się z jakimiś kuzynami czy inną watahą rówieśników, a ciotka i babcia nie mogły przestać "ciuciać" nad maleństwem, które chyba pierwszy raz widziały.
My zostaliśmy posadzeni przy stole, dostaliśmy herbatę, lepioszki i dżemik. I byliśmy zdecydowanie mniejszą atrakcją, niż maleństwo. :) Pogadali z nami, byli mili, uprzejmi i zainteresowani co dwójka białasów robi na tym pustkowiu, ale widać było, że jednak chcą się nacieszyć sobą. Nie przedłużaliśmy wizyty. Wypiliśmy herbę i w drogę.

Jakość drogi niestety się nie poprawiła. I gdzie tu ten powrót karmy?

Image

Image

Image

Image

Image

Nawet nie wiedziałem, a karma już była z nami. :)
I dowiedziałem się w końcu kilka dni temu, kiedy szykując się do tego wpisu postanowiłem sprawdzić, jak wyglądała droga, którą mieliśmy zamiar jechać. I oglądając ją na zdjęciach satelitarnych zauważyłem, że w kilku miejscach jest pozarywana. :shock: Zresztą zobaczcie sami na obrazku z google.
Nie uwierzyłem w pierwszej chwili. Sprawdziłem na openstreetmap - tam już naniesiono te zarwania i droga po kilkunastu kilometrach od naszego rozwidlenia się kończy. Oczywiście nie potopilibyśmy się tam i nie zginęli marnie, ale musielibyśmy zawrócić po przejechaniu iluś kilometrów i jednak jechać na Baetow.
Jednak mąż naszej pasażerki miał rację - innej drogi nie ma.

Załącznik:
Mapa Kg dzień 2 google zoom.JPG


Z kronikarskiego obowiązku: No dobra, jednak jest inna droga. Wystarczy się kawałek cofnąć i po drugiej stronie rzeki Naryn jest inna droga, którą można dojechać do Kazarman. Mocno górska droga, ale podobno przejezdna. Przynajmniej latem.

I jeszcze ciekawostka o rzece Naryn. Kawałek dalej łączy się z rzeką Kara-daria i dalej płyną pod nową nazwą: Syr-daria. Od źródeł Naryn do ujścia Syr-darii jest ponad 3.000 kilometrów. A uchodzi do Morza Aralskiego, obecnie bardziej znanego jako Pustynia Aralska. :( Jest to druga najdłuższa rzeka na świecie, która kończy bieg w jeziorze. Pierwszą jest Wołga. Ale zostawmy już te rzeki...

Image

Image

Image

Image

Image

Ponieważ dojechanie jednego dnia z Songkul do Osz jest faktycznie niemożliwe, zwłaszcza jak się robi co chwile przystanki na podziwianie okolicy, picie herbaty i inne takie, to między Songkul a Osz zrobiliśmy dodatkowy stop w miejscowości Kazarman. Niby tracimy dzień, ale mieliśmy 1 czy 2 w zapasie.

Kazarman znane jest z tego, że jest tam czynna kopalnia złota oraz prehistoryczne malunki naskalne (petroglify), o czym nie miałem zielonego pojęcia wybierając akurat to miejsce na nocleg. Był tu też jedyny hotel w okolicy połowy naszej drogi, i to zadecydowało. :)

Kazarman wita nas piękną, podwójną tęczą.

Image

Hotel nas zaskakuje od samego początku.
Po pierwsze jest świetnie zamaskowany. :) Nie wiem w jakim celu. Normalnie hotele wywieszają jakieś szyldy, neony, drogowskazy... Tu była stalowa brama, trzymetrowy mur i żadnej informacji na zewnątrz.

W środku też dość dziwnie. Wygląda to, jakby w hotelu było kilka pokoi dla gości, a w razie godziny "W", gdy gości jest więcej, to się im udostępnia pokój jakiejś babci, cioci czy dzieciaka. My się chyba załapaliśmy właśnie na tę opcję. Wraca motyw żyrandola...

Image

Image

Było dziwnie, ale czysto.
Była też baaardzo wypasiona kabina prysznicowa (poważnie - bicze wodne, deszczownica, radio, LED-y itd). Tyle, że współdzielona nie tylko z innymi gośćmi hotelowymi, ale i z rodziną właścicielki hotelu. :) W łazience, obok tej wypasionej kabiny stała stara pralka i leżały sterty prania. Na półce pod lustrem kilka szczoteczek do zębów, jakieś kremy itd. Normalna domowa łazienka. :D

Muszę też wspomnieć o toaletach. Były na zewnątrz, drewniane, ale w wersji luks. Normalna deska do siedzenia, oświetlenie, czyściutko. I prośba, żeby zużytego papieru nie wrzucać do "dziury" tylko do wiaderka obok. Jakoś nigdy nie zastanawiałem się, co się później dzieje z tymi papierkami z wiaderka. A następnego dnia rano dowiedziałem się. Pani sprzątająca kibelki wywaliła zawartość wiaderka na ziemię obok toalety i po prostu to spaliła.

Przy kolacji mieliśmy okazję poznać ciotki, które wraz z przewodnikiem zwiedzają Kirgistan Toyotą Landcruiser o kołach wielkich, jak w traktorze. No prawie. Poprzednią noc też spędziły w Songkul, tylko w innym obozie. Tu przyjechały przed nami i zajęły te normalne pokoje. Ciotki były bardzo fajne, super się z nimi rozmawiało. O na przykład:

- И когда мы готовились провести ночь в юртах в Сонгкуле, гид сказал нам, что ночью придет холод. A jak myśmy szykowały się do noclegu w jurtach przy Songkul, to nam przewodnik powiedział, że w nocy przyjdzie chłód. - powiedziała ciotka - Мы ждали всю ночь. И холод не пришел... Myśmy czekały całą noc. A chłód nie przyszedł...

W nocy, w jurtach, było około 5 stopni.

Ciotki przyjechały na wycieczkę ze Wschodniej Syberii. :lol:

Inne, świetne zdanie od ciotek, które mi utkwiło w pamięci, to takie rozwinięcie znanego i u nas powiedzenia:
"Чувствуйте себя как дома, но не забывайте, что вы гость" - "Czuj się jak u siebie w domu, ale nie zapominaj, że jesteś w gościach."
Czyż nie genialne?

Przed wyjazdem z Kazarman korzystamy jeszcze z dobrodziejstw cywilizacji. Jest bankomat, więc uzupełniam zapasy gotówki. Jest stacja benzynowa, więc tankujemy do pełna, bo nie wiadomo, kiedy następna.
Na stacji benzynowej nawiązuje kolejną znajomość. Przy drugim dystrybutorze kierowca tankuje do pełna kilka pięciolitrowych butelek plastikowych po wodzie, a pasażer postanawia pokazać, jakim jest światowcem. Podchodzi do mnie i pyta:
- Du ju spik inglisz?
- Yes - odpowiadam, bardzo ciekaw, co też ma mi do powiedzenia ten starszy jegomość
Mina jegomościa świadczyła o intensywnym wysiłku umysłowym, i po dłuższej pauzie...
- Łelkom Kirgistan! - uśmiechnął się tryumfalnie i wrócił do swojego auta. :)

Z Kazarman w kierunku Osz jest budowana nowa, piękna droga. Niestety, nie była jeszcze gotowa. Zatem starą szutróweczką wspinamy się na przełącz Kaldema



Droga stara i niezbyt dobra, ale widoki przednie.
Za przełączą robimy sobie piknik i zjadamy pół arbuza. Drugie pół oddajemy dzieciakom, które kręciły się w okolicy.
A w czasie pikniku na Asię coś napada. I zaczęła słyszeć głosy. Nawet udało się to uwiecznić na filmie. Oglądajcie koniecznie z dźwiękiem.



Image


Później zjeżdżamy w bardziej cywilizowane okolice. Widać dużo pól uprawnych. Przejeżdżamy przez brzydkie miasto o pięknej nazwie: Dżalalabad i wyjeżdżamy na główną drogę Kirgistanu. Z Biszkeku do Osz.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

A przy głównej drodze, to już i sklepy i bary przydrożne... Stęskniony już trochę za cywilizacją i zmęczony jazdą, zatrzymuję się przy jednym z takich barów, z zamiarem wypicia kawy. Szefowa baru dobrze zna się na swojej robocie i namawia nas (no w sumie, to bardziej mnie, bo Asia nie chciała) na lekki obiad, zamiast kawy. Szefowa wygląda trochę z twarzy i stroju, jak cyganka, do tego ma komplet złotych zębów. Tak, komplet - góra i dół.

Image

Image

Image

Image

Image

Żeby było łatwiej liczyć - 100 somów to jakieś 5 PLN.

Zamawiam po 2 miejscowe pierogi (manty) - śliczne. Do tego, dla siebie, jeszcze jakiegoś kotleta z surówką. I chyba ten kotlet właśnie mi zaszkodził. Było w jego smaku coś takiego, że ponad połowę zostawiłem, ale to i tak był błąd. Trzeba było zostawić cały.
Drugim błędem było to, że w sklepie kupiliśmy tylko jakiś napój gruszkowy zamiast czegoś z procentami. Może by mnie te procenty w nocy uratowały, a tak to musiałem oddać kotleta. Z obu stron go oddawałem. Przez pół nocy. Rano byłem padnięty.

Padnięty, nie padnięty, trzeba jechać dalej. Kolejną nockę mieliśmy zamiar spędzić już w bazie pod Pikiem Lenina. :)
Najpierw jednak trzeba pokonać kolejne pasmo górskie. Kolejne piękne pasmo górskie.

Image

Image

Image

Image

Image

Przez niemal całą drogę towarzyszy nam rzeka Gulcza. A mi właśnie skończyły się pomysły o czym jeszcze pisać, żeby nie przynudzać, natomiast zostało kilka zdjęć, które chcę pokazać. No to sobie popatrzcie. :lol:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

I wreszcie jest!!! Po raz pierwszy pojawiają nam się siedmiotysięczne szczyty Pamiru... Ale to już w następnym wpisie.

Image


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#28 PostWysłany: 01 Gru 2019 14:46 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Pik Lenina. 7.134 m.n.p.m. Cel naszej wyprawy.

"Łatwy siedmiotysięcznik" mówili...
Jak bardzo łatwy, przekonało się w 1990 43 wspinaczy, którzy zginęli w lawinie spowodowanej trzęsieniem ziemi.
Jak bardzo łatwy, przekonały się radzieckie alpinistki, które w ośmioosobowej, wyłącznie żeńskiej grupie, w 1974 roku chciały zdobyć tę górę i wszystkie zamarzły w obozie na wysokości ok. 7.000 m, w którym utknęły po załamaniu się pogody.
Również nasz wspaniały himalaista, Adam Bielecki, będąc jeszcze nastolatkiem, miał okazję zapoznać się z tym łatwym szczytem, a jego kariera o mało co nie skończyła się, zanim się zaczęła. Próbując samotnie wejść na szczyt zjechał z lawiną 100 metrów w dół i wyłącznie szczęściu zawdzięcza, że przeżył.

Nie ma łatwych, wysokich gór.

I do tego nazwa - Szczyt Lenina... Ku czci pamięci człowieka, który jest współodpowiedzialny za śmierć milionów. Ale jakie były czasy, takie były nazwy. Pik Lenina leży na granicy Kirgistanu i Tadżykistanu. Tadżykowie, w 2006 roku, zmienili nazwę na уллаи Абӯалӣ ибни Сино (kullai Abuali ibni Sino czyli Szczyt Awicenny).
Awicenna, to postać faktycznie zasługująca na upamiętnienie. Perski lekarz, filozof i uczony, cząsto nazywany "Ojcem współczesnej medycyny". Autor 450 książek(!), z których najbardziej znana - "Kanon medycyny" była używana jako podręcznik na uczelniach medycznych do końca XVIII w. To dość długo, bo Awicenna żył w latach 980-1037.
Niestety, kirgiska i rosyjska nazwa pozostały bez zmian.

My oczywiście nie wybieraliśmy się na szczyt, tylko do bazy pod szczytem, na wysokość ok. 3.500 m.n.p.m., gdzie można dojechać samochodem. Wersja rozszerzona przewidywała dojście do obozu pierwszego (4.200 m.n.p.m).
Plan zakłada, że pierwszego dnia dojeżdżamy do bazy i tam śpimy w wynajętym namiocie, drugiego dnia idziemy do obozu pierwszego i tam znowu wynajmujemy miejsce w namiocie, a trzeciego dnia podejdziemy kawałek, do lodowca, następnie wracamy do bazy i jak będzie jeszcze w miarę widno, to zaczynamy powoli wracać w stronę Osz. Oczywiście jeżeli w którymkolwiek momencie zabraknie nam sił lub chęci, to plan będziemy korygować.
Wiedziałem też, że czasami w bazie można spotkać pograniczników, którzy sprawdzali przepustki. Baza znajduje się na terenie przygranicznym i do przebywania tam wymagana jest zgoda jakiegoś tam urzędu mieszczącego się w Osz. Wydanie takiej zgody jest bezpłatne, ale trwa kilka dni. Ale, jak twierdzi internet, pogranicznikom nie robi różnicy, czy dasz im przepustkę, czy banknot w kolorze zielonym z portretem Abrahama Lincolna. Nawet chyba wolą te drugie. ;)

Najpierw jednak dojeżdżamy do niewielkiej miejscowości Sary Tasz.

Image

Image

Miejscowość niewielka, ale bardzo strategicznie położona. Krzyżują się tu ważne drogi.
Północ-południe to słynna M41 "Pamir Highway" z Osz w Kirgistanie, przez główne przełęcze Pamiru do Tadżykistanu.
Na wschód prowadzi Kashgar–Erkeshtam Expressway - bardzo ważna droga do Chin.
Jadąc na zachód, dojechalibyśmy do stolicy Tadżykistanu, Duszanbe. Albo do bazy pod Pikiem Lenina. :)

Skręcamy zatem na zachód. Obok drogi wije się rzeka Wachsz, w Kirgistanie nazywana Kyzyłsu (Czerwona Rzeka - bardzo dobra nazwa ;) ). I znowu ciekawostka hydrologiczna - Wachsz łączy się z rzeką Pandż (to ta z Korytarza Wachańskiego, stanowiąca granicę między Afganistanem a Tadżykistanem) i razem, pod nazwą Amu-daria płyną w kierunku Morza Aralskiego. Płyną, ale obecnie już nie dopływają. To właśnie głównie wykorzystanie całej wody z Amu-darii na uzbeckich uprawach bawełny jest przyczyną znikania Morza Aralskiego.

Image

Image

Image

Przed nami coraz lepiej widoczny Pik Lenina. Już za chwilkę tam będziemy... No tak mi się przynajmniej wtedy wydawało.

Na drodze stał posterunek i zatrzymywał wszystkie pojazdy. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież miało być 2 pograniczników w bazie, a tu się kilkunastu kręci, w dodatku, sądząc po mundurach, z różnych służb. Kilka aut, część wojskowych, część jakby policyjnych. No ale za kilka dni mają się odbywać miejscowe igrzyska (World Nomad Games) - duża impreza, dużo turystów. Może zwiększyli siły, żeby wszystkich godnie obsłużyć. :)

Mnie oczywiście też zatrzymują. Pytanie o przepustkę.
- Przepustkę? Jaką przepustkę? My turyści, z Polski....
- Proszę zabrać dokumenty i udać się do tego wozu - pokazał ręką na wojskowego Kamaza. No fakt, przecież nie przy tylu świadkach...

Zupełnie bez stresu wysiadam z dokumentami naszymi i auta, pakuję się na tył Kamaza (takie, jakby biuro tam mieli) i zaczynam negocjacje z oficerem, który tam urzędował. W sumie negocjacje, to kiepskie słowo. Ja mu na różne sposoby sugeruję, że jestem skłonny zapłacić za przepuszczenie nas, a on, z uporem maniaka twierdzi, że absolutnie nie ma takiej możliwości. Jest bardzo uprzejmy, ale nieugięty. W końcu chyba ma mnie dość, bo stwierdza, że właściwie powinni nam już mandat wystawić, bo przebywamy bez zezwolenia w strefie przygranicznej i żebym więcej nie dyskutował, tylko pojechał do strażnicy, bo muszą nas zarejestrować.

- I tam nam wydadzą przepustkę? - pytam z nadzieją
- Nie. Tam wam pozwolą jechać dalej. Może bez mandatu.

Zatem ruszamy my i para niemieckich motocyklistów pod "eskortą" jakiegoś cywilnego autka, do strażnicy mieszczącej się kilka kilometrów wcześniej. Tam już stoi kilka innych aut. Podchodzi kilku mundurowych. Spisują dane nasze i auta i każą czekać.
Zaczynam rozmowę z jednym z mundurowych, który się kręcił po okolicy i wyraźnie nudził. Wspinam się na szczyty mojej znajomości rosyjskiego i sposobów zjednywania sobie ludzi. Po pół godzinie jest już moim najlepszym przyjacielem i zaczyna nam szczerze współczuć.

- Ale tu nic nie załatwicie. Jest wielki peirdolnik, bo trwają bardzo ważne manewry wojskowe, w które zaangażowanych jest 5 państw. Ma być premier z wizytacją. Co chwila jakieś kontrole jeżdżą. Nikt się nie podłoży. Nawet gdybyśmy tu was przepuścili, to dalej was zatrzymają, a wtedy i wy, i my mamy przesrane.
- A ile te manewry potrwają?
- Czort znajet. Ze dwa tygodnie jeszcze.
- No to co my mamy zrobić? Nam bardzo zależy na tym Piku Lenina...
- Wracajcie do Osz. Załatwcie przepustkę i przyjedźcie.
- Ale to daleko, a na przepustkę się podobno tydzień czeka... Nie można jej jakimś e-mailem przesłać? Czy faksem?
- Nie. Musi być oryginał.
Zakląłem szpetnie...
- Czekaj, fajny gość z ciebie. Mm znajomego w biurze od przepustek, zadzwonię... - wyciąga komórkę i długo rozmawia. Po kirgisku. Słowa nie rozumiem, ale skoro długo rozmawia, znaczy jest o czym...

Czyżby nasza karma...??? :)

- Słuchaj, mój kolega może wam pomóc. Za darmo. Normalnie byś musiał dużo zapłacić...

No jak nic, karma. :D

- ... On wam te przepustki załatwi góra w trzy dni. Musicie do niego pojechać do Osz.
- Nie zdążymy - przerywam mu...
- Zdążycie. Jutro się z nim spotkasz.
- Nie zdążymy. Za 4 dni musimy być w Biszkeku, za 6 dni mamy samolot do domu z Ałmaty.
- No to fakt, nie zdążycie.
Pogadał jeszcze chwilę z kumplem. Rozłączył się i stwierdził, że w takiej sytuacji to on nic nie może pomóc.

Jednak nie karma.
Czyżby posterunek z którego nas zawrócono, był najdalszym punktem naszej wycieczki?

Czekamy na tym parkingu i obserwujemy absurdy kirgiskiej biurokracji.
Jest na przykład grupa kilku Rosjan z przewodnikiem. Sądząc po wyposażeniu, oni mają bardziej ambitne plany, niż my. Zapewne zamierzają wejść na szczyt. Nawet mają przepustki, ale jao grupa zorganizowana powinni mieć jeszcze jakiś dodatkowy papier. Za brak papieru jest kara. Można zapłacić gotówką lub przelewem. Gotówki w tej wysokości nie mają. Przewodnik chce zrobić przelew i biega po okolicy z komórką, szukając zasięgu z internetem. Nieskutecznie.
W końcu któryś pogranicznik się zlitował, zabrał go do auta i pojechali w stronę miasta. Wrócili po kilkunastu minutach. Udało się.

Albo niemieccy motocykliści. Motory przysłali TIR-em w kontenerze do Kirgistanu, a sami dolecieli samolotem. Chcieli pojechać kawałek Pamir Highway, do granicy z Tadżykistanem i wrócić. Nie pojadą. To znaczy Niemka mogłaby jechać, bo ma wizę Tadżycką, a Niemiec nie może, bo nie ma. Kiedy zaczęli tłumaczyć, że przecież granicy nie chcą przekraczać, to pogranicznik zmienił zdanie i powiedział, że w takim razie... Niemka również nie może jechać. Bo z wizą, to tylko tranzytem, do Tadżykistanu, a żeby jechać turystycznie, to musi być przepustka..

Po około godzinie podchodzi do nas mundurowy i mówi, że możemy jechać. Sprawdzili, że nie jesteśmy poszukiwania a auto nie jest kradzione.

Wracamy do Sary Tasz. Wyszukuję jakiś nocleg kierując się opiniami na google. Wybieram "Pamir Extreme". Opinie nie kłamały, i nocleg jest świetny, choć może nie wygląda. :)

Image

Image

Image

Image

Image

O noclegu będzie jeszcze później. Na razie tylko napiszę najważniejsze: świetny właściciel, niesamowicie czysto i cudne widoki.

Image

Image

Image

Asia ogarniała rzeczy przyziemne, jak na przykład pranie, a ja pobiegłem "w miasto" znaleźć jakiś sposób na dojechanie do naszego celu. No bo przecież tak szybko się nie poddamy... Może uda się coś wykombinować z tymi igrzyskami? Może jakiś miejscowy nas zawiezie?
Nie brałem natomiast pod uwagę rozwiązań rażąco naruszających prawo, typu "A może uda się nocą przejechać, przy wyłączonych światłach..." To jednak nie jest Europa, i wojsko mogłoby zrobić użytek z broni, którą noszą. Ew. moglibyśmy się zapoznać z miejscowymi więzieniami, a tego byśmy nie chcieli.
W końcu trafiam na gościa, który zna gościa, który może coś pomóc. Mam się zgłosić jutro, to będzie coś więcej wiedział. Pytam podejrzliwie, czy mam mu coś zapłacić z góry? Nie, dopiero jak będzie papier - z ręki do ręki.
Taki układ pasuje. Zatem zostajemy w Sary Tasz.

W naszym "hotelu" poznajemy ciekawych ludzi.

Japończyka, lat 21, który na rowerze przejechał całą Azją południowo-wschodnią i Chiny, a w planach ma Kaukaz i pół Europy. Bardzo miły i niesamowicie grzeczny chłopak. Ciekawe, czy wszyscy Japończycy tacy... Trzeba by jechać i sprawdzić.

Parę Austriaków, którzy wynajęli auto w Osz i właśnie kończą objazd przez Uzbekistan i Tadżykistan. Nie dość, że strasznie za to auto przepłacili (płacili za dzień prawie 3 x tyle, co my), to jeszcze mieli łyse opony, a hamulce w jednym z kół zepsuły się po kilku dniach. I jeszcze złapali gumę gdzieś na bezdrożach, więc teraz jechali już bez zapasu. Właściciel hotelu załatwił, że następnego dnia przyjedzie ktoś z wypożyczalni i przywiezie im inne auto, żeby ostatnie dni mieli już spokojniejsze.

Postanawiamy następnego dnia jechać w stronę chińskiej granicy, żeby dzień nie był całkowicie zmarnowany. Proponujemy Austriakom, że mogą się z nami zabrać, skoro mają się tu nudzić do popołudnia. Oczywiście jadą z nami.

Do granicy jest ok. 50 km. Droga dobra, Chińczycy dbają jak o swoją. ;) Widoki też niczego sobie. Jedziemy oczywiście wzdłuż Czerwonej Rzeki, tylko tym razem pod prąd.

Image

Image

W kilku miejscach się zatrzymujemy. Piękne łąki z pięknymi kwiatami. Czasami nawet w formie dywanów. Takie dywany znikają co prawda w żołądkach różnych bydlątek, ale zanim znikną, ciszą oczy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Asia w swoim żywiole. Nie dość, że natrzaskała setki pięknych zdjęć kwiatów, to jeszcze wytropiła świstaki. :)

Image

Image

Image

Image

Image

Do samej granicy oczywiście nie udaje się dojechać. Znowu trafiamy na posterunek i znowu bez przepustki się nie da. Ale to już było bardzo blisko, dosłownie kilka kilometrów. Ponieważ na oglądaniu chińskiej granicy nam aż tak bardzo nie zależało, to zawracamy bez żalu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dzień bardzo udany, tym bardziej, że po powrocie do Sary Tasz dowiaduję się, że przepustki dla nas będą. Przyjadą następnego dnia taksówką z Osz. :)
Całość ma nas kosztować ok. 200 PLN. Nie tak źle.

Na konice zatem coś dla oczu. Takie tam piękne kwiaty można znaleźć.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#29 PostWysłany: 06 Gru 2019 10:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 246
Loty: 30
Kilometry: 88 684
srebrny
Jakie tam są piękne widoki :o !!! Za to przygody macie równie ciekawe :P. Podziwiam, że nie odpuszczacie i kombinujecie dalej, żeby dostać przepustki :) i to wszystko pod okiem uzbrojonych strażników :P. Super relacja!
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#30 PostWysłany: 14 Gru 2019 20:41 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Wieczorem bardzo długo siedzimy z Austriakami gadając o wszystkim i o niczym. Oni są mniej więcej w naszym wieku i pomimo braków językowych, świetnie się rozumiemy. Okazuje się, że nie tylko oni są tacy dość chodzący po górach, ale też mają bogate tradycje rodzinne.- jej wujek, Peter Hebeler, razem z Rainholdem Messnerem dokonał pierwszego wejścia na Everest bez wspomagania dodatkowym tlenem. Niestety, żaden mój wujek nie chodził z Kukuczką, więc nie miałem czym na to odpowiedzieć. :)

Na jutro od rana Austriacy zaplanowali wejście na "tę górkę za wsią". Górka ma ponad 3.800 (czyli jakieś 700 metrów przewyższenia). Trudności techniczne żadne. Pytają, czy chcemy iść z nimi. Ja zdecydowanie nie czuję się jeszcze na siłach po wczorajszych walkach z białym smokiem, ale Asia chętnie.

Rano wyruszają we trójkę, a ja zostaję nudzić się, robić zdjęcia i czekać, że może taksówka z przepustką przyjedzie wcześniej.
"Górka za wsią" wygląda tak:

Image

Za to widoki w drugą stronę są o wiele bardziej atrakcyjne.

Image

Image

Image

Image

Te "kuleczki" to pozostałość po radzieckiej bazie zwiadu elektronicznego, która przez wiele lat podsłuchiwała stąd co słychać u braci Chińczyków. Teraz raczej opuszczona, choć chyba z okazji odbywających się właśnie manewrów wojskowych stało tam sporo pojazdów i kręcili się jacyś ludzie.
W pewnym momencie podleciały 3 śmigłowce wojskowe i zaczęły chyba przeprowadzać pozorowane ataki właśnie na tę bazę. Niestety było to wtedy, kiedy aparat odniosłem już do domu i wylegiwałem się na słoneczku obserwując konie, krowy i dudki, których tu było zaskakująco dużo.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Koło 13:00 zrobił się ruch koło hotelu. Przyjechała jakaś parka, na oko dwudziestoparolatków. Na rowerze. Jednym. Pierwszy raz widziałem, że ktoś wyruszył w taką trasę na tandemie.

Image

Jak się okazało, przejechali na tym rowerze sporą część Azji Południowo-Wschodniej i Chiny, a teraz wybierają się do Tadżykistanu. Szczęściarze, tranzytem. Nie potrzebują przepustki. ;)

Mieliśmy okazję trochę pogadać. Spytałem jaka jest historia tego roweru i czemu akurat taki wybrali. Okazuje się, że taki rower ma wiele zalet. Przeważnie facet ma więcej mocy niż kobieta, więc gdy jadą oddzielnie, to jadą wolniej, bo tempo trzeba dostosować do osoby wolniejszej. Tu nie ma tego problemu. O wiele łatwiej się komunikować jadąc na jednym rowerze, niż na dwóch. Można nawet wspólnie muzyki słuchać z jednego urządzenia. Dziewczyna stwierdziła,że ona się bardzo boi, kiedy duże auta ich mijają z dużą prędkością. Za każdym razem ma ochotę uciekać i na pewno w czasie tego wyjazdu kilka razy już by w rowie leżała. A tak, nie ma dostępu do kierownicy i może się bać ile chce. ;) Pierwszy raz na tandemie jechali gdzieś we Francji, ale był to jakiś marketowy rower i nie nadawał się na dłuższy wyjazd. Myśleli, że nie ma tandemów w takim bardziej profesjonalnym wykonaniu, aż przypadkowo znaleźli tę firmę, z której teraz korzystają. Rower był kosmicznie drogi, ale podobno jest kosmicznie dobry. Nie wiem, nie znam się, ale skoro tak twierdzą...
Z rowerem mieli jednak akurat jakiś problem. Coś im tam pękło i chłopak nagrywał filmy, a następnie wysyłał je do serwisu producenta, do USA. W odpowiedzi dostali dokładny opis co i jak trzeba zrobić, żeby rower usprawnić i przygotować do dalszej drogi.
Oboje byli Brazylijczykami i pochodzili z Kurytyby, czyli największego ośrodka Polonii w Ameryce Południowej. W tym trzymilionowym mieście około 10% mieszkańców ma polskie korzenie. Potwierdziły to pytania i opowieści naszych nowych znajomych.
- Czy u Was w Polsce na Wielkanoc naprawdę maluje się jajka? Ale naprawdę? A ja myślałem całe życie, że Polacy nas wkręcają...
- Czy typowa architektura w polskich wsiach i miasteczkach to góralskie, drewniane chaty?
- Czy lubicie pierogi? Bo obok mojego rodzinnego domu był polski sklep i zawsze w środy były świeże pierogi. I jak wracałam po szkole do domu, to zawsze tam wchodziłam i kupowałam porcję... Jezu, jakie one były pyszne...
- Czy młodzież w Polsce też tańczy takie dziwne tańce w dziwnych strojach? Ale czy tylko na imprezach oficjalnych, czy na jakichś domówkach czy w klubach też? (Żeby się upewnić, czy dobrze rozumiem pytanie, pokazałem im występ Mazowsza. Właśnie o to chodziło).

I tak sobie milusio gadaliśmy, aż wróciła Asia. Sama.

Okazało się, że doszła z Austriakami na jakieś 3.600 i jej odcięło prąd. Całkowicie. :) Już wcześniej nie szło jej się zbyt dobrze, ale na jakieś 200 metrów przed szczytem totalnie straciła siłę i ochotę do dalszej wędrówki. Austriacy stwierdzili, i pewnie mieli rację, że to brak aklimatyzacji. Im szło się świetnie, ale oni już od ponad tygodnia non stop przebywają powyżej 3.000 m.n.p.m., a wchodzili na góry powyżej 5.000.
Pewnie gdyby Asia trochę odpoczęła, wypiła trochę wody i podjadła węglowodanów, to by dała radę dojść do szczytu. Ponieważ jednak zupełnie jej na tym szczycie nie zależało, to nie chciała wstrzymywać Austriaków i powiedziała, żeby szli dalej, a ona się pomalutku skulnie na dół. Nie chcieli jej samej puszczać, ale w końcu się jakoś dogadali, że niby góry, ale trudności żadnych nie ma, zgubić się nie ma gdzie, bo cały czas widać wioskę a pogoda kryształ, więc co się może stać. Dali jej zatem batona energetycznego, których mieli pół plecaka, zapytali jeszcze z 5 razy, czy na pewno wszystko OK i ostatecznie się rozstali.
I chyba bardzo dobrze się stało, bo powrót Asia wspomina bardzo dobrze. Idąc pomału w dół dość szybko odzyskała siły, a do tego mogła robić dowolną ilość przystanków na podziwianie widoków, robienie zdjęć i obserwację świstaków.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Austriacy przyszli jakieś 2 godziny po Asi. Ogarnęli się trochę, coś zjedli, spakowali bagaże, których mieli nieprawdopodobnie dużo, ładnie się z nami pożegnali i pojechali w kierunku Osz, bo za 3 dni mieli samolot do domu.

Do hotelu przybyła jeszcze jedna para. Również młoda, jak Brazylijczycy. A że nasz hotel, zwłaszcza jadalnia, sprzyjał integracji, to już po chwili dużo o nich wiedzieliśmy.
Oboje to Amerykanie. On z Miami, z kubańskimi korzeniami, ona urodzona w Turcji. Obecnie, od kilku lat, mieszkają w Chinach, uczą angielskiego i są bardzo zadowoleni ze swojego życie. Podobno zarabiają tam całkiem niezłe pieniądze, a do tego mają kilka miesięcy wakacji w ciągu roku. Usłyszeliśmy sporo ciekawostek...
Że na granicy chińsko-wietnamskiej osobiście widzieli, jak przeglądano wszystkim przekraczającym granicę telefony, a niektóre podłączano pod jakiś kabelek.
Że Chińczycy niby się nie uśmiechają, ale jak się do takiego serdecznie uśmiechniesz, to nie wytrzyma i odwzajemni uśmiech.
Że Chińskiego można się nauczyć i niedawno dziewczyna ze zdziwieniem odkryła, że chyba już jest całkiem niezła, bo jej przeszkadzało, gdy jakiś Koreańczyk usiłował mówić coś po chińsku, ale kurde z jaką kiepską intonacją, jak można tak kaleczyć... :)
Że największym problemem w nauczaniu Chińczyków angielskiego, jest to, że się nie chcą odzywać. Znają słówka, gramatykę ale mają kiepską wymowę i nie chcą się ośmieszać.
Że prawie nikt w Chinach nie wie, co to Turcja, Istambuł czy Ankara, ale każdy słyszał o Kapadocji i chce tam pojechać. Oczywiście po to, żeby się przelecieć balonem.
A propos Kapadocji, to dziewczyna poleca nie kupować koszmarnie drogiego lotu balonem, tylko wdrapać się na jakieś okoliczne wzgórze i stamtąd obserwować startujące balony. Widok nie gorszy, a za darmo.

Przed kolacją przychodzi informacja, że przepustki przyjechały. Wymiana pieniędzy na przepustki ma się odbyć na stacji benzynowej. Przez głowę przelatują mi najróżniejsze sceny z filmów sensacyjnych, ale ostatecznie stwierdzam, że nie będę z siebie robił idioty i organizował sobie jakiejś obstawy, bo jadę zapłacić 200 PLN na stacji benzynowej. W sumie pewnie niektórzy więcej za paliwo tam płacą.
Okazało się, że miałem rację. Jeżeli ktoś chciałby wkleić scenę tej transakcji do jakiegoś filmu sensacyjnego, to byłby to niewątpliwie bardzo nudny film.
A nasza wymarzona, wyczekana i ciężko przepłacona przepustka wygląda tak:

Image

Wracam triumfalnie do naszego hotelu wymachując papierami w dłoni niczym Chamberlain wracający z Monachium. Odbieram owację od międzynarodowego towarzystwa w jadalni, które wiedziało co to za papiery i idziemy z Asią zrobić trochę zdjęć, bo słoneczko ładnie zachodzi. A przecież jutro opuszczamy już tę okolicę...

Image

Image

Image

Image

Image

Wstajemy rano jako pierwsi. Po cichutku pakujemy graty do auta, jemy śniadanie i wyjeżdżamy w kierunku bazy pod Pikiem Lenina.
Nasz gospodarz doradził nam, że skoro i tak nie będziemy szli do obozu pierwszego, bo nie ma na to czasu, to żeby nie jechać do samej bazy, tylko do jeziora Tulpar-Kul. Droga jest dużo krótsza i w dużo lepszym stanie, a widoki dokładnie te same, co z bazy.

Jedziemy, a ja sobie układam w głowie co powiem pogranicznikom. Zastanawiam się, czy będą Ci sami, co poprzednio, czy może jakaś inna zmiana. Czy nas rozpoznają? Czy będą się dopytywać, jakim cudem w 3 dni zdobyłem przepustkę, na którą czeka się 2 tygodnie... Czy powinienem być bardziej "I co? Kto jest teraz debeściak?" czy bardziej "тише едешь, дальше будешь" (ciszej jedziesz, dalej dojedziesz)...

Dojeżdżamy do posterunku i... posterunku nie ma.

Ani tu, ani nigdzie indziej przez cały dzień nie spotykamy żadnego pogranicznika. Wygląda na to, że manewry się niespodziewanie szybko zakończyły. Se tą przepustkę w ramkę mogę oprawić. Jedynie do tego się przyda.

Do dziś nie wiem - powinienem śmiać się z tego, czy płakać...

Na szczęście nie miałem za wiele czasu, żeby wtedy to roztrząsać, bo widoki, które otwierały się przed nami... Ale to już w następnej części... :)
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#31 PostWysłany: 14 Gru 2019 21:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Paź 2011
Posty: 295
niebieski
marcinsss napisał(a):
Se tą przepustkę w ramkę mogę oprawić. Jedynie do tego się przyda.


E tam. Warto było. Już choćby dla samej formułki: "marcinsss, razem z nim 1 człowiek". Możesz się poczuć jak jakiś Terminator czy coś... ;)
_________________
Image

Naprawdę pisze się razem. Naprawdę!
Zresztą zresztą też.
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
#32 PostWysłany: 15 Gru 2019 11:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 246
Loty: 30
Kilometry: 88 684
srebrny
:lol: Ja pierdz..., no weź :P! Ale najważniejsze, że załatwiłeś, to ich sprawa, że zwinęli posterunek :P, ale wiem co czujesz :lol:
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
#33 PostWysłany: 28 Gru 2019 20:05 

Rejestracja: 29 Paź 2012
Posty: 49
Loty: 31
Kilometry: 47 622
Ej, ale będzie kontynuacja? ;)

Świetna relacja :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#34 PostWysłany: 28 Gru 2019 23:14 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Będzie, będzie...
Na razie okres świąteczny, teraz siedzę na kilka dni w Norwegii, a do tego mnóstwo czasu zajmuje przygotowanie kolejnego wyjazdu (HKG + Filipiny). :)
No ale w styczniu muszę skończyć.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off  
 
#35 PostWysłany: 29 Gru 2019 11:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Maj 2010
Posty: 329
Loty: 54
Kilometry: 85 890
niebieski
Dopiero co mówilam, ze zaskoczy Cie grudzien, a tu styczen sie zbliza :lol:
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#36 PostWysłany: 03 Sty 2020 15:30 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
- O, rany, jak tu pięknie - powiedziała Asia i przysiadła na rozgrzanym w promieniach porannego słońca kamieniu, przytłoczona otaczającym nas pięknem.
- No... - wysapałem i przysiadłem obok, przytłoczony małą ilością tlenu w powietrzu i brakiem jakiejkolwiek aklimatyzacji. :)

Było pięknie.

Za radą Shamurata pojechaliśmy do jeziora Tulpar-Kul. Droga niczego sobie, końcówka troszkę gorsza. Przy ładnej pogodzie spokojnie do zrobienia każdą osobówką. Tylko te przestrzenie, których umysł mieszczucha nie ogarnia. Góry, będące na wyciągnięcie ręki, są w rzeczywistości w odległości 35 km. Droga przez łąki, tradycyjnie, rozwidla się na wiele mniejszych dróg, które się ponownie łączą ze sobą, albo i nie. I są w różnym stanie - jedna bardziej rozjeżdżone, inne mniej.

Image

Image

Image

Image

Po drodze mijamy kilka obozowisk. Niektóre typowo dla turystów, inne normalne. Dla miejscowych, którzy pilnują swoich stad wypasanych w okolicy.
Zatrzymujemy się na dłuższą chwilę przy jeziorkach (jest ich kilka). Robimy mnóstwo zdjęć przy akompaniamencie "ochów" i "achów".

Image

Image

Image

Image

Image

Następny przystanek przy jurtach, typowo turystycznych. Myśleliśmy, że to już koniec przejezdnej drogi, ale spotykamy dwie Niemki, które właśnie idą na spacer. Są tam już od kilku dni i dowiaduję się od nich, że można jechać dalej. No to jedziemy. Ostatecznie zatrzymujemy się na dużej polanie, za którą jest już tylko rzeka, a za rzeką baza pod Pikiem Lenina. Czas zostawić naszego "Misia" i trochę pospacerować.

Image

Image

Asia, znacznie lepiej zaaklimatyzowana po wczorajszym wypadzie z Austriakami, bryka jak kozica. Ja wręcz przeciwnie - czuję się jakbym miał nogi z ołowiu. I w ogóle wszystko z ołowiu - głowę, aparat, plecak... :) Na szczęście trasa jest niemal płaska, bo jak by były jakieś większe podejścia, to bym mógł zejść, zamiast wejść. ;)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W końcu dochodzimy do miejsca, w którym stwierdzamy, że dość. Lepiej już nie będzie. Siadamy sobie i się gapimy na tą białą, wielką górę przed nami. Wiele osób pisze, że jest brzydka. Mało strzelista. Taka jakaś rozlazła. I że na szczycie ciężko znaleźć szczyt. Obiektywnie rzecz biorąc, z tych, które widzieliśmy, na pewno taki Matterhorn, Machhapuchhare czy choćby nasz malutki Mnich są dużo ładniejsze. Ale subiektywnie, w tamtym momencie, Pik Lenina był najpiękniejszy.
Posiedzieliśmy, pojedliśmy trochę przepysznych suszonych moreli i zaczęliśmy wracać. Tak całkiem wracać. Od tego momentu zaczyna się nasza droga powrotna do domu.
Ale spokojnie, nie oznacza to jeszcze końca atrakcji. I horrorów.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Widocznym na zdjęciu mostkiem można przejść do bazy. My nie skorzystaliśmy, ale skorzystała trójka dość nietypowych podróżników, którą spotkaliśmy po drodze. Dwoje Rosjan w wieku na oko 60+ i ich przewodnik, z Kazachstanu mający spokojnie 70+. Rosjanie mocno zmęczeni, ale przewodnik pewnie bez większego problemu wszedłby na szczyt Piku Lenina.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Niespodziewanie sporo kłopotu w czasie powrotu mieliśmy z tym malutkim trawersikiem. Idąc rano "tam", nie zwróciliśmy na niego uwagi. Szło się normalnie. Idąc "z powrotem" okazało się, że wierzchnia warstwa na słońcu wyschła i ścieżka zrobiła się bardzo, bardzo śliska. Ewentualne zsunięcie się w dół raczej śmiercią nie groziło, ale do przyjemnych by nie należało.
Czując bardzo słabą przyczepność do podłoża przeszedłem ten odcinek powolutku i ostrożnie, całą drogę przepraszając Asię, że ją spowalniam. Byłem pewien, że idzie tuż za mną. Na koniec odwróciłem się i zobaczyłem taki widok...

Image

Moja Najdroższa też się tu czuła bardzo niepewnie. Jak to Asia później powiedziała: "Aparat na plecy, tablet w gacie i na czterech naprzód." :)

W okolicy rośnie mnóstwo słynnej cebuli (ta od "cebulowej polany") i żyje mnóstwo świstaków. I nawet pozwalają w miarę blisko do siebie podejść.
To, co nas najbardziej w tych zwierzakach zaskoczyło, to ich rozmiar i tusza.
Na jednym ze zdjęć porównanie świstakowej nory i buta, rozmiar 43.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tak jakoś wyszło, że w tym odcinku dużo obrazków, a mało treści, ale co tu pisać, jak wszystko widać. :)
No to jeszcze kilka ostatnich. Ostatni rzut oka na okolicę, na Pik Lenina, na Sary Mogol, na Czerwoną Rzekę...

A w kolejnych częściach będzie jeszcze trochę treści. Będą źli policjanci i dobrzy tubylcy. Będę głupi ja i bohaterska Asia.
I mam nadzieję, że na te kolejne części nie trzeba będzie tak długo czekać, jak na tą. ;)

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#37 PostWysłany: 11 Sty 2020 18:02 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Wszystkie kolory gór.

To było hasło drugiej części dnia. Do dzisiaj inaczej o tej okolicy nie mówimy. Rano śnieżnobiały Pik Lenina, popołudniu... no właśnie, wszystkie kolory gór.

W wielu miejscach na świecie byłaby to jedna z głównych atrakcji kraju. Byłyby punkty widokowe i oznakowane szlaki. Jeździłyby by tu wycieczki z przewodnikami, którzy, za grubą kasę, opowiadali by o historii i geologii, wymyślali nazwy dla gór i skał ("... A tu proszę Państwa mamy... Kto zgadnie? Tak, właśnie, Wielbłąda! Brawo dla pana z trzeciego rzędu! Tuż obok Pośladki Szeherezady..."). Opowiadaliby, z dupy wzięte historie, jak to "... właśnie przy tej górze Dżyngis Chan w 1210 roku podjął decyzję o zaatakowaniu Chin...".
Turyści by tego słuchali, podziwiali widoki, robili tysiące zdjęć, kupowali jakieś badziewie (oryginalne, kirgiskie, ludowe rękodzieło prosto z nieodległych Chin), zjedli "tradycyjne, kirgiskie frytki z kurczakiem" i wracali do domów, z przeświadczeniem, że byli w niezwykłym, unikalnym i przepięknym miejscu. I że warto było wydać tyle kasy. A ten przewodnik tak ciekawie opowiadał i miał taką wiedzę...

Na szczęście tego wszystkiego tu nie ma. Są tylko piękne góry, droga M41 i my.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W Osz nocowaliśmy w Hotelu Orient. Czysto i niedrogo ($40 ze śniadaniem). Nie wychodziliśmy do miasta, kolację tez zjedliśmy w hotelu. Asia spaghetti (typowe, kirgiskie ;) ) ja (równie typowo) kurczaka po tajsku. Kilka dni na lokalnym kirgiskim jedzeniu w Sary Tasz na pewno miało wpływ na nasze wybory. Kolacja była smaczna i kosztowała (z napojami) coś koło 20 PLN.
Następnego dnia mamy długi odcinek, ok. 500 km. A 500 km w Kirgistanie, to nie jest to samo, co 500 km po niemieckich autostradach. Najpierw, wzdłuż granicy z Uzbekistanem (dosłownie, płot graniczny był kilka metrów od szosy) jedziemy przez tereny rolnicze. Dużo miejsc, gdzie można zatrzymać się i coś kupić. My zatrzymujemy się obok Pani Pomidor.

Image

Image

Przeurocza Pani Pomidor była hersztem gangu ciotek, które na tym odcinku drogi handlowały warzywami. Kawałeczek dalej, obok sterty melonów spał jakiś młodzieniec. Ponieważ chciało nam się melona, to zatrzymałem się również obok niego, ale chłopak się nie obudził. Może od 4:00 rano te melony zbierał na polu. Zareagował dopiero na gromkie "Здравствуйте!" tuż nad uchem. Melon jakieś grosze kosztował, a pyszny.
W końcu tereny rolnicze się skończyły, a my, wzdłuż rzeki Naryn ruszyliśmy w kierunku gór. Po drodze mijaliśmy największą elektrownię wodną w Kirgistanie (przy tamie Toktogul). Tama, jak tama (215 m wysoka, 292 szeroka), ale zbiornik wodny, który przy okazji powstał, ładny.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Rzeka coraz mniejsza, góry coraz większe. :) To już oczywiście nie jest Naryn, tylko mały jego dopływ, Chychkan. Zatrzymujemy się w jakiejś górskiej, jakby turystycznej, wiosce, w przydrożnej knajpce. Na obiad mamy kawę, herbatę, naleśniki i kupionego wcześniej melona. Oraz suszone morele i orzechy ze starych zapasów. O tym melonie, to nawet film powstał. :)



W filmie, drugoplanową, ale jakże ważną rolę zagrała "Dziewczyna od naleśników". Ta niezwykła technika, ten zapał i zaangażowanie... Co ja będę, popatrzcie sobie... :lol:



Przy sąsiednim stoliku jakaś miejscowa rodzina właśnie kończyła posiłek. No oko byli to dziadkowie z córką i dwojgiem wnucząt w wieku 6-8 lat. Na biednych nie wyglądali. Dzieciaki się co chwilę bardzo oglądały na naszego melona, a że nie było szans, żebyśmy zjedli całego, to oczywiście zaniosłem im połowę do stołu i życzyłem smacznego. Ładnie podziękowali, pouśmiechali się, a babcia, wyciągniętym nie wiadomo skąd nożykiem, oprawiła owoc o wiele sprawniej, niż ja. :) Zebrali się do odjazdu chwilę przed nami, a mama najwyraźniej kazała dzieciakom jeszcze raz nam podziękować. Strasznie speszone podeszły, coś tam cichutko wybąkały pod nosem i poleciały w stronę samochodu, krzycząc z daleka zapewne coś w rodzaju "Mama!! Już podziękowaliśmy!!! Możemy jechać?". A auto... no nie powiem. Bardzo wypasiona, wielka, czarna limuzyna, z wyglądu coś jak Audi A8. Wiek jakieś 3-4 lata, marki nie znam (chińskie jakieś?).

My również ruszamy w dalszą drogę, w przeciwnym kierunku. Brzuszki najedzone, humory dopisują, kawał drogi jeszcze przed nami, więc jadę w miarę szybko. Za szybko.
Przed zakrętem ograniczenie do 40, a za zakrętem radiowóz i fotoradar na trójnogu. 68 km/h kosztowało mnie ponad 100 PLN. Tym razem policjant nie miał w sobie nic z kawałów o policjantach. Był młody, bardzo konkretny i miał świetny sprzęt. W życiu takiego nie widziałem. Fotoradar połączony z laptopem. Pan mi od razu pokazał całą sekwencję zdjęć ze mną w roli głównej. Pokazał mi też taryfikator mandatów, gdzie stawki były naprawdę wysokie. Zapytał, czy ma pisać mandat, czy płacę bez pokwitowania. Miałem jakieś zaćmienie umysłu, bo zupełnie bez walki zapłaciłem pierwszą kwotę, jakiej zażądał policjant. Strasznie mnie to później wkurzało, bo uważam, że mocno przepłaciłem.

Że można taniej, przekonałem się kilkadziesiąt kilometrów dalej. Podobna sytuacja - ograniczenie do 40 przed zakrętem, a za zakrętem radar. Tym razem suszarka. A ja znowu o jakieś 20 km/h więcej. Myślałem, że mnie szlag trafi i poszedłem w zaparte.
Tym razem policja była znowu taka bardziej typowa, jak na tamte rejony. Młody latał z suszarką, gruby siedział w radiowozie i inkasował. Mówię, że nie mam więcej i daję mu jakieś 40 PLN.
Przez kilka minut mnie wyzywał, krzyczał, groził wypisywaniem mandatów na znacznie wyższe kwoty i domagał się podwojenia stawki.

- Nie mam więcej.

Cała moja wściekłość za poprzednie przepłacenie zmieniła się w spokój i cierpliwość. A policmajster nie chciał odpuścić, bogatemu przecież na pewno, białasowi... Zapłać!

- Nie mam więcej, więc nie mogę dać więcej. Dolarów też nie mam. Tylko karty. Kartą można?

Po tej karcie poddał się.

- I żebym Was więcej nie spotkał, bo następnym razem piszę mandat od razu!!!

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wjechaliśmy na płaskowyż, powyżej linii drzew. Była to kraina łysych gór, nieprzeliczalnych stad krów, koni i owiec, jurt i fotoradarów. Asia naliczyła ich kilkanaście. Co kilka kilometrów, nad drogą wisiały urządzenia do pomiaru prędkości i kamery. Nie wiem, jak sprawnie działa tan ich system, ale na jeden dzień 2 zatrzymania i 160 PLN kosztów wystarczy, nie testowałem.

Na nockę zatrzymaliśmy się w niezwykłym miejscu: Suuslodge.

Nie potrafię nawet powiedzieć, co to było. Hotel? Pensjonat? Ośrodek narciarski latem? Duży, parterowy budynek, składający się z ze wspólnej sali rozrywkowo-gastronomiczno-sportowej oraz kilkunastu pokoi dookoła tej sali. Sądząc po zdjęciach, których mnóstwo wisiało na ścianach, specjalizują się w sportach zimowych. Mają dwa własne ratraki, którymi wożą narciarzy w góry. Może to być ciekawe...
Cena za nocleg ze śniadaniem nie była jakaś wybitnie niska, ale akceptowalna. Szef zaproponował nam też kolację za jakieś kilkanaście PLN od osoby, ale odmówiłem. Nie ze skąpstwa, tylko mieliśmy jeszcze trochę jedzenia ze sobą i trzeba było zjeść. Dostaliśmy malutki, ale czysty pokoik, w którym oprócz nas miało zamiar spędzić noc jeszcze jakieś dwie setki komarów. Na to zgody oczywiście nie było. Było polowanie, a raczej masakra. Kiedy wracaliśmy spod prysznica (bo prysznice nie były przy pokojach, tylko też się do nich wchodziło z tej wielkiej sali), to Szef zawołał mnie i powiedział, że kolację mamy za darmo. Może mieli nagotowane na zapas i nie chciał, żeby się zmarnowało? Może uznał, że mizernie jakoś wyglądamy? :lol: A może po prostu gościnny. W każdym razie zjedliśmy pyszne plow.

Rano wyruszamy skoro świt. Prawie 200 km do Biszkeku, a trzeba jeszcze po drodze umyć auto, oddać je i w planach mieliśmy jakieś, choćby krótkie zwiedzanie Biszkeku. Jedziemy zatem pokonać ostatnie górskie przełęcze w czasie tego wyjazdu, przejechać przez najdziwniejszy tunel drogowy, jaki widziałem. A właściwie "nie_widziałem", bo oświetlenie w tym tunelu, to był jakiś żart. Przez dłuższy czas jechaliśmy za karetką pogotowia ratunkowego.

Image

Image

Image

Image

Image

I na tej karetce na razie zakończymy. :)
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
jerzy5 uważa post za pomocny.
 
 
#38 PostWysłany: 29 Lut 2020 13:52 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Zdrowy rozsądek mówił: "Luz, wszystko jest OK."
Niezdrowe przeczucie mówiło: "A takiego, jak słonia noga! Nic nie jest OK! Łby nam tu zaraz poucina..."

- Asiu, ja mam cały czas te złe przeczucia. Nie jedźmy z nim. Podziękujmy, powiedzmy, że się śpieszymy i spadajmy.
- Luz, wszystko jest OK - powiedziała Asia, zajęta oglądaniem detali pięknie inkrustowanej ściany.
Kurde, od kiedy ona taka zdroworozsądkowa...?

Wesoły dźwięk dzwonka oznajmił przyjazd windy. Drzwi rozsunęły się, a Pan Miyagi uśmiechnął się po raz tysięczny i gestem zaprosił nas do środka...

Nic nie zapowiadało takich emocji. To miał być spokojny, nudny dzień. Przedostatni dzień naszych wakacji. Przejechaliśmy ostatnie górskie przełęcze i wjechaliśmy do innego świata. Znowu było pełno ludzi, samochodów, sklepów, kurzu i hałasu. Znowu były remontowane drogi i korki we wszystkich kierunkach.
Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów wyglądało tak:



Myjemy auto, tankujemy po raz ostatni i około 14:00 oddajemy naszego "Miśka". Parafrazując klasyka - "Fajne to było auto, nie zapomnę go nigdy". Samochód dzielnie pokonał wszystkie drogi i bezdroża, nigdy nie zawiódł, a słysząc opowieści innych i widząc auto np. Austriaków spotkanych w Sary Tasz, to bardzo polecam Siergieja i jego wypożyczalnię: Русская Тройка. Dobre ceny i zadbane auta, a do tego uczciwy i sympatyczny właściciel.
Zwrot auta zupełnie bezproblemowy. Siergiej nie oglądał auta zbyt szczegółowo. W zasadzie ograniczył się do sprawdzenia, czy ma 4 koła. Oddał nam $300 kaucji oraz to, co płaciliśmy za kanister (sam zaproponował zwrot kasy, gdy usłyszał, że był nieszczelny) i życzył spokojnego powrotu do domu.

Image

My z bagażami, Yandexem, jedziemy do hotelu, zostawiamy graty i jedziemy zobaczyć trochę tutejszej cywilizacji. Uznałem, że z tutejszą cywilizacją najlepiej będzie zapoznać się na bazarze, jedziemy zatem na największy, najbardziej znany bazar w Biszkeku, który dla niepoznaki nazywa się Osz (czyli tak, jak drugie co do wielkości miasto w Kirgistanie). Warto pamiętać, że "słynny bazar Osz" to nie to samo, co "słynny bazar w Osz".

Image

Image

Image

Image

Image

Oprócz celu kulturoznawczego był też cel praktyczny. Dwa dni wcześniej jedyne sandały mi się zepsuły, a konkretnie taka metalowa klamerka łącząca paski mi się wzięła i pękła. Z sandałów zrobiły się klapki. Podobno na tym bazarze jest cała alejka szewców, więc będzie okazja to naprawić.
Alejkę udało się znaleźć, naprawa trwała kilka minut i kosztowała kilka złotych, choć i tak myślę, że przepłaciłem. Zresztą zamiast naprawiać, kilka alejek dalej mogłem kupić za ok. 50 PLN sandały firmy GEOX. Prawie jak oryginalne, tylko napis cyrylicą. :lol:

Image

Image

Image

Te białe kuleczki, to nie Raffaello tylko Kurut - suszony, słony ser. Popularny w całym regionie i wg mnie, niezbyt smaczny. Wiąże się z nim ciekawa opowieść z Kazachstanu. Nie mam pojęcia, czy prawdziwa. Podobno, gdy Związek Radziecki w czasie 2 wojny światowej przesiedlał m. in. Polaków na Kazachskie stepy, to często zostawiał ich w szczerym polu, ogradzał drutem kolczastym, ustawiał strażników i kazał sobie radzić wewnątrz tych drutów. Ilość jedzenie, którą dostarczano przesiedleńcom była niewystarczająca do przeżycia, a kontakty z miejscową ludnością zabronione.
Kazachowie widząc ludzi powoli umierających z głodu nie mogli im pomóc w normalny sposób. Wymyślili więc, że barwili te serowe kuleczki na ciemny kolor, by przypominały kamienie i rzucali nimi przez płot w Polaków. Polacy dość szybko zorientowali się o co chodzi, i gdy strażnicy nie widzieli, to zbierali te "kamienie" i jedli.Takie to były "ciekawe" czasy. Nie wolno było głodnemu dać chleba, ale na rzucanie w niego kamieniami władza pozwalała.
I jak już jesteśmy przy temacie jedzenia, to i my na bazarze się posililiśmy. Najpierw pół kilo PYSZNYCH czereśni, później kukurydza i herbatka. A na deser baklava.

Image

Image

Image

Image

Image

Pokręciliśmy się jeszcze trochę po bazarze. Jest wielki i jest tam wszystko. A następnie, jak zwykle Yandexem, jedziemy zobaczyć inny aspekt tutejszej cywilizacji - meczet. Nie jest to jakaś zabytkowa świątynia z bogatą historią, wręcz przeciwnie. Pachnie nowością. Ufundowała go Turecka fundacja Turkey Diyanet Foundation, budowę zakończono w 2017 roku, a na otwarcie przyjechał prezydent Turcji, Erdogan.

Image

Image

Image

Wysiadamy z taxi obok meczetu. Duży i piękny. Widać, że coś się ma tam zaraz odbywać, bo ze wszystkich stron idą tam wierni. Nie jakieś tłumy, raczej pojedyncze osoby. Oczywiście sami mężczyźni. Asia chce lecieć do środka, a mi się coś w głowie dziwnego dzieje i zaczynam odczuwać jakiś irracjonalny lęk.
Asia często ma różne przeczucia. Bardzo często się sprawdzają. Mi się to przytrafia niezwykle rzadko, ale jak już przyjdzie, to nie chce z głowy wyleźć. Normalnie boję się iść do tego meczetu. Nie mam pojęcia dlaczego. Nie jest to pierwszy meczet, nie mam nic do muzułmanów i nie uważam, że 90% z nich to terroryści. Więc skąd ten lęk? Może faktycznie nie powinniśmy tam wchodzić? Ale weź zatrzymaj kobietę w ferworze zwiedzania i robienia zdjęć.
Idę zatem za Asią, najpierw na dziedziniec, później do środka.
Oprócz nas jest jeszcze kilkoro turystów. Może nie będzie źle... Nie przy ludziach...

Image

Image

Image

Już się prawie wyluzowałem, bo w końcu nic się nie dzieje. Podziwiam ogrom budowli, piękny sufit i wspaniały dywan gdy nagle Asia mnie trąca w ramię...
- Zobacz tego gościa...

Ten gość, to był starszy pan, siedzący troszkę z boku na dywanie, który uśmiechał się szeroko, pokazując braki w uzębieniu, machał do nas ręką i wyglądał jak... Pan Miyagi z prastarego filmu "Karate Kid". Zdjęcia temu staruszkowi nie zrobiłem, ale poniżej kadr z innego filmu tego aktora (Pat Morita, "I kowbojki mogą marzyć" (1993)). Na tym zdjęciu jeszcze bardziej przypomina tego staruszka z meczetu, tyle, że nasz staruszek był ubrany bardziej odświętnie.

Załącznik:
Pan Myagi.JPG


Pan Miyagi uśmiechał się i machał, żeby do niego podejść.
- Dobra, zobaczyliśmy meczet, spadamy - mój lęk powrócił ze zdwojoną siłą...
- No co Ty, chodź zobaczymy, czego on chce...
- Mam złe przeczucia...
- Nie przesadzaj Najdroższy, idziemy - z wdziękiem zignorowała moje przeczucia Asia.

Pan Miyagi okazał się mało komunikatywny. Wstał z podłogi i uśmiechając się dawał znaki, żebyśmy szli za nim...
Zaczyna się - pomyślałem... Schowałem aparat do torby, żeby mieć wolne ręce. Wyjąłem aparat z powrotem - jest twardy, ciężki... Pan Myagi miał może z półtora metra wzrostu i jakieś 40 kg wagi, z drugiej strony kto oglądał "Karate Kid" ten wie, że nie ma z nim żartów.
Zaprowadził nas do jakiegoś korytarzyka przy głównej sali meczetu, gdzie była winda.
- Może on nas chce na minaret zawieźć?
- Oooo, super.... - ucieszyła się Asia oglądająca, a jakże, kolejny w tej opowieści żyrandol.
- Asiu, ja mam cały czas te złe przeczucia. Nie jedźmy z nim. Podziękujmy, powiedzmy, że się śpieszymy i spadajmy.
...
Wsiedliśmy do windy, Pan Miyagi wcisnął przycisk a winda ruszyła... w dół.
- Czyli nie minaret, a lochy pod meczetem. - z satysfakcją powiedziało moje złe przeczucie i uprzejmie podrzuciło obrazy z kilku filmów, gdzie Saraceni torturują Krzyżowców. Na chwilę zapomniałem, że meczet ma dopiero 2 lata...
Winda zatrzymała się, a to, co zobaczyliśmy po otwarciu drzwi zupełnie nie przypominało lochów, tylko kopię głównego pomieszczenia meczetu. Było równie duże, był tam identyczny, olbrzymi i przepiękny dywan i tylko sufit był zwykły.
- Łelkom, łelkom - powiedział Pan Miyagi, pokazując, że możemy sobie po tym dywanie pochodzić. Dość słabym angielskim zaczął nam tłumaczyć, że ten dywan jest identyczny, jak ten na górze, że meczet zbudowali Turcy, że w meczecie mieści się 20.000 ludzi i że tam na górze nie można chodzić po całej sali, ale tu można.
Później zaprowadził nas do jakiegoś sporego i pięknie urządzonego gabinetu. Wyglądało, że to jego gabinet. Otworzył szufladę wielkiego biurka i, ku mojemu zaskoczeniu, nie wyjął z niej noża tylko ulotki, które nam dał. Jeszcze chwilkę poopowiadał, po czym odprowadził do windy i puścił całych i zdrowych.
Odetchnąłem głęboko dopiero, kiedy wyszliśmy do parku przed meczetem.
- No widzisz, mówiłam Ci, że będzie dobrze - powiedziała Asia i poszła zrobić jeszcze kilka zdjęć meczetu z zewnątrz.

Image

Gdybym palił, to bym sobie zapalił. Na szczęście to już prawie dziesięć lat, od kiedy rzuciłem palenie na zawsze, więc może by się chociaż czegoś napić na uspokojenie? Ta, świetny pomysł. Napić się, pod meczetem. Ale, ale... stoi kobitka, obok niej żółta beczka z napisem KWAS. No wreszcie jest okazja spróbować, jak to tutaj smakuje.
I powiem Wam, że smakuje przepysznie!. Od tego momentu, do końca wyjazdu, nie pominąłem żadnej okazji, żeby się napić kwasu.

Nie mam pojęcia, kim był Pan Miyagi, ale "... nie zapomnę go nigdy".
Nie wiem, skąd i po co był ten lęk, na szczęście minął i jak na razie nigdy więcej nie wrócił.

Wracamy do hotelu. Ten nasz hotel (Astor), to nawet fajny, tylko kilka szczegółów było dziwnych. Jak to w Azji...
- Remont ulicy przed hotelem. Nawierzchnię zdjęto całkowicie, wysypano jakieś góry piachu i kruszywa. Pewnie już jest nowa i to nie wina hotelu, niemniej jednak kilkaset metrów trzeba było dojść z buta. Dobrze, że mieliśmy plecaki, nie walizki.
- Gniazdka elektryczne w całym hotelu (jak i wszędzie indziej w Kirgistanie) były "normalne", takie jak w Polsce. Co z tego, kiedy wtyczki od hotelowych sprzętów były "angielskie"? Nie dało się czajnika włączyć. Poszedłem na recepcję po jakąś przejściówkę czy inny czajnik, a pan mi dał przejściówkę, którą wyciągnął z kontaktu pod biurkiem w innym pokoju.
- Czujki dymu na suficie. Normalnie robi się jedną, na środku pokoju. U nas były dwie. w narożnikach, bo środek sufitu zajmowała jakaś płyta na wysoki połysk. Takie rozmieszczenie czujek znacząco obniża ich skuteczność, ale co tam. Ważne, że sufit ładny.

Załącznik:
Sufit.jpg


Najlepsze ze wszystkiego było jednak śniadanie. Myślę, że człowiek, odpowiedzialny za jego przygotowanie po prostu się spóźnił, bo na początku był chaos. Śniadanie miało być od bodajże 7, i kiedy pojawiliśmy się w hotelowej śniadaniowni kilkanaście minut później, to trafiliśmy na dziwny obrazek. Prawie nic do jedzenia tam jeszcze nie było i w losowej kolejności pojawiały się różne rzeczy związane ze śniadaniem. A to serwetki, a to jogurty, a to talerzyki na ciasto... Problem polegał na tym, że pojawiały się te mniej ważne, a tych najważniejszych dość długo brakowało (np. jakichkolwiek sztućców, głównych dań typu pieczywo, sery czy jajka), a wodę na herbatę włączyli dopiero, jak już prawie kończyliśmy jedzenie.
To niemożliwe, żeby tak to wyglądało codziennie, więc obstawiam, że to była jakaś jednorazowa wpadka.
Po śniadaniu pełnym niespodzianek jedziemy na dworzec znaleźć jakiś transport do Ałmaty.
Najpierw znajduję taksówki, ale cena, którą proponują jest daleka od moich oczekiwań. Kierowcy nie są chętni do negocjacji, za to pokazują mi, skąd odjeżdżają marszrutki. Cena za marszrutkę bardzo przystępna, zatem jedziemy w ten sposób. Za resztę kirgiskich pieniędzy Asia kupuje pamiątkowe skarpetki dla córki. Ze złotą nitką. A co, na bogato. W zasadzie Asia poszła kupić pamiątkowe widokówki, ale nigdzie w okolicy największego dworca w stolicy kraju nie było takiej możliwości. Co więcej, ludzie byli mocno zdziwieni i nie bardzo rozumieli o co właściwie chodzi...
Za resztę reszty pieniędzy kupiłem sobie... kwas.
W marszrutce poznajemy Kasię i Victora - bardzo sympatyczną polsko-hiszpańską parę, która jest w podróży znacznie dłużej niż my. Nieprzerwanie od 2015 roku. Było o czym porozmawiać, i na tych rozmowach szybko nam mija droga.
Jeszcze tylko kilka uwag na temat granicy kirgisko-kazachskiej. Przypominam - w przeciwnym kierunku kierowca taksówki nam jakoś załatwił przejście poza kolejką i bez bagaży (bagaże zostały w aucie). Tym razem nie było tak super. Musieliśmy z plecakami odstać swoje najpierw przed budynkiem, następnie w budynku. Dobrze pomyślane jest to, że do budynku wpuszczają ludzi w niewielkich grupkach i dopóki cała poprzednia grupka nie zostanie obsłużona, to nie wpuszczają kolejnych.
W budynku czynnych było 6 stanowisk i dość szybko zorientowałem się, że jest pewna różnica w widzeniu tej sytuacji między nami, a miejscowymi. Dla nas była to jedna kolejka do 6 stanowisk, dla miejscowych 6 kolejek. I to, że jakiś gość się obok przepycha, to on się wcale nie przepycha, tylko stoi w innej kolejce, do innego stanowiska. I ta jego kolejka porusza się szybciej.
I tak oto dojechaliśmy z powrotem do Ałmaty...


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#39 PostWysłany: 02 Mar 2020 00:40 

Rejestracja: 13 Paź 2014
Posty: 27
Nie daj czekaj na kolejną część tak długo :)
Świetnie się czyta, to styl, który lubię- w razie czego pierwszą chętną na książkę już macie ;) Tylko koniecznie z toną zdjęć, bo są cudne!
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
#40 PostWysłany: 07 Kwi 2020 18:28 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 666
Loty: 63
Kilometry: 202 612
- Długo jeszcze będę czekał? - warknąłem w kierunku Ochroniarza. Gotowało się we mnie, ale wiedziałem, że tylko na spokojnie mogę coś załatwić...
- O, idzie... - powiedział Ochroniarz.
Kierownik techniczny ochrony okazał się jakimś młodym, wystraszonym łepkiem. Posłuchał o co mi chodzi, podrapał się po głowie i powiedział
- To by się musiał dyrektor zgodzić...
Bardzo brzydko zakląłem w myślach...
- Marcin! - usłyszałem gdzieś z tyłu. Odwróciłem się i zobaczyłem Asię. Biegła w moim kierunku. Miała łzy w oczach...

...

Po powrocie do Ałmaty udajemy się Yandexem do hotelu Kazakhstan.
Pamiętacie?
Cytuj:
"- Piękny ten żyrandol. - powiedziała Asia
No. Piękny. - W zasadzie nawet nie spojrzałem. Skoro Asi się podoba, to musi być piękny. Albo przynajmniej musi mi się podobać. "

To było w czwartej części, wieki temu i chodziło o ten żyrandol:

Image

Mieliśmy tu wrócić na przedostatnią nockę i właśnie nadszedł ten moment. Jest to hotel z tradycjami. Wybudowano go w 1977 roku. Przez długie lata był najbardziej reprezentacyjnym hotelem w stolicy oraz (do 2008 roku) najwyższym budynkiem w mieście. Aktualnie, z wysokością 102 metry, zajmuje 3 miejsce. W hotelu "czuć piniądz". Może dlatego, że wizerunek hotelu znajduje się na banknocie 5.000 tenge

Załącznik:
5000tenge.jpg


Ponieważ hotel zamawiałem dużo wcześniej i w jakiejś promocji, to cena była bardzo korzystna. Zaszalałem i wziąłem taki trochę lepszy pokój. Nie dość, że miał 2 razy większą powierzchnię niż standardowy, to do tego był na 19 piętrze. Na tej lokalizacji i na widokach mi właśnie najbardziej zależało. No wiecie, żeby było widać góry...

Image

Image

Wyposażenie pokoju na niezłym poziomie, ale bez żadnych wielkich szaleństw. Zaskoczyła mnie jedynie zawartość "mini-baru". Czy to standardowe wyposażenie w tych lepszych hotelach? :lol:

Image

W holu była makieta, na której można zobaczyć jak hotel wygląda w całej okazałości, wraz z przyległym terenem. Przy okazji i zdjęcie oryginału.

Image

Image

Wieczorem poszliśmy do baru na najwyższym piętrze, licząc na jakieś fajne foty nocne. Niestety, brudne szyby i zbyt mocne oświetlenie w środku nie dały szans. Widoki były, ale ze zdjęć nic nie wyszło. Wypiliśmy jakiegoś drinka, piwo i do spania.

Śniadanie było super. Naprawdę. Zjedliśmy w miarę wcześnie, zdaliśmy pokój, bagaże zostały w depozycie, a my do zwiedzania. Miasta nas niespecjalnie kręcą, Ałmaty nie są wyjątkiem, ale po ponad 2 tygodniach w Kirgistanie, gdzie jak wiadomo nic nie ma, trzeba było wreszcie "coś" zobaczyć. Na pierwszy ogień idzie Sobór Wniebowstąpienia Pańskiego.
Piękny budynek, którego budowę zakończono w 1907 roku. Przetrwał wiele trzęsień ziemi, pokonała go komuna. Za czasów ZSRR sobór przekształcono najpierw na radiostację, następnie na muzeum krajoznawcze, co wiązało się z kompletną przebudową wnętrza. Dopiero w 1995 roku budynek został zwrócony Kościołowi Prawosławnemu i stopniowo przywrócono jego pierwotną funkcję. Niestety, podczas naszego pobytu we wnętrzu trwały jakieś poważne remonty i wszystko było pozasłaniane i poobstawiane rusztowaniami.
W parku otaczającym sobór mnóstwo ludzi. I gołębi. Fajne miejsce na krótki wypoczynek w cieniu.

Image

Image

Idziemy dalej, w kierunku Arbatu. Mijamy ciekawy budynek. Zainteresowałem się, cóż to. Okazało się, że Arasan Wellness & SPA. Kiedyś po prostu miejska bania (łaźnia).

Image

Image

Obok Arbatu jest Centralny Dom Towarowy (ЦУМ = Центральный универсальный магазин). Większość sklepów podobna do tego, co można u nas w galeriach zobaczyć. Z rzeczy mniej oczywistych: sklep z pięknymi sukniami, kilka sklepów z futrami i automat do lodów.

Image

Image

Image

Image

Spędzamy trochę czasu na Arbacie, głównie na obserwacji ludzi. Dużo się dzieje - dzieciaki się kąpią w fontannach, mnóstwo zakochanych par, takich nastoletnich, i takich 60+. Dookoła sklepy, kawiarnie, lody. W kilku miejscach ktoś przygrywa na jakimś instrumencie. Normalny deptak w centrum miasta.
Ruszamy dalej. Kolejny punkt programu - Central Park. :)
Już na wejściu humory poprawiają nam bohaterowie naszej młodości. :)

Image

Image

Image

Image

Załącznik:
Komnata_smiecha.JPG


Po drodze mijamy "Komnatę śmiechu", do której obiecuję sobie wrócić (kto oglądał "Wilka i zająca", ten wie...) i idziemy na diabelski młyn. Widać go z połowy miasta, to pewnie i widoki z niego przednie. Mnie oczywiście najbardziej zainteresował napęd. ;)

Image

Image

Widoki faktycznie były niezłe. I na park, i na aquapark i na miasto. Wysiadamy z karuzeli i idziemy w kierunku ZOO, ale ostatecznie przed samym wejściem rezygnujemy. ZOO nie jest chyba jakieś wyjątkowe, a my już mocno głodni. Posiedzieliśmy chwilę na ławce przy wejściu, sprawdziłem, gdzie w okolicy warto coś zjeść i poszliśmy do jakiejś restauracji. Zamawiamy jedzonko. Płacimy, bo tu płaci się z góry. I tutaj mała dygresja.

Do robienia zdjęć służyło nam kilka urządzeń.
Najbardziej podręczne i najrzadziej używane, to mój chiński telefon, z półki raczej niższej, niż wyższej. Jakość zdjęć słaba.
Niewiele lepsze są zdjęcia z iPada. Przy dobrym oświetleniu jeszcze całkiem, całkiem, ale jak zrobi się ciemniej, to słabo.
Kolejny na liście to stary Pentax MX-1. Kilka lat temu przeżył straszliwą przygodę na Bali - kąpiel w morzu. Woda nie służy urządzeniom elektronicznym, ale woda morska jest dla nich wręcz zabójcza. Nasz Pentax jakoś przeżył. Reanimowałem go (z pomocą kolegi Radka) i ostatecznie straty ograniczyły się do tego, że nie działa lampa błyskowa i bateria podtrzymująca pamięć. Każdorazowo po wymianie akumulatora trzeba od nowa ustawiać datę, godzinę i jeszcze kilka rzeczy. Ale robi świetne makro (jak na kompaktowy aparat), a pozostałe zdjęcia też są OK. Nieduży, lekki, jeździ więc z nami, jako drugi aparat.
I wreszcie aparat podstawowy: Sony a6300 z dwoma obiektywami (Sony 18-105 F4.0 oraz Samyang 12 mm F2.0).

Mam taki odruch, że jak robię zdjęcia tym Sony, to dekielek od aparatu (osłonę obiektywu) chowam do kieszeni. I właśnie, siedząc w tej restauracji i płacąc za jedzenie znajduję w kieszeni ten dekielek. Czyżbym schował aparat do torby bez dekielka? Nie, nie ma go w torbie.
- Asiu, masz aparat?
- Nie, a co?

Ponad 30 stopni Celsjusza, a ja zaczynam się oblewać zimnym potem. Sprawdzam jeszcze w plecaku.
Nic.

...Gdzie ja go miałem ostatnio?

Aparat z obiektywem to ładne kilka tysięcy PLN, ale nie wiem, czy bardziej nie przeraża mnie utrata większości zdjęć z całego wyjazdu. Tym razem nie miałem ze sobą laptopa, i jedyne kopie zdjęć były na karcie w aparacie.
Czyżby do relacji, która miała powstać po powrocie będę mógł dodać jedynie zdjęcia z iPada i Pentaxa???

...przy ZOO jeszcze chyba był, może na tej ławeczce...

Po minie Asi widzę, że już wie co się stało.
- Asia, czy kojarzysz, gdzie ostatnio mieliśmy aparat?
- Nie.
- No to czekaj tutaj, ja lecę szukać. Przy ZOO chyba jeszcze był.

Nie czekając na odpowiedź, ruszam szybkim krokiem w stronę wejścia do ZOO. To jakieś 300 m.. Po drodze uważnie się rozglądam, czy ktoś nie ma mojego Soniacza.
Nic.

Sprawdzam ławeczkę i okolice.
Nic.

Obok ławeczki jest jakiś kiosk z gadżetami. Pytam sprzedawczynię, czy cokolwiek widziała.
Nic. Kononowicz byłby zachwycony.

Rozglądam się. Na ławeczkę patrzy kamera wisząca przy wejściu do ZOO. Bingo! Za chwilę będę wiedział, czy miałem tu aparat, czy nie. Może będzie widać, że go zostawiliśmy i ktoś go wziął. Może uda się namierzyć tego kogoś... Trzeba działać szybko.

Pytam Ochroniarza przy wejściu, czy mogą sprawdzić zapis z kamer z ostatnich kilkunastu minut. Zawodowo zajmuję się m.in. instalowaniem i obsługą takich systemów, i wiem, że za 5 minut mógłbym mieć odpowiedź na moje wątpliwości. Ale nie w Kazachstanie.
- Ja tam nic nie wiem, trzeba zapytać szefa zmiany.

Szef zmiany, a właściwie Szefowa po wysłuchaniu mojej opowieści najpierw mnie zwyzywała, jak można zgubić aparat. No nie powiem, trochę mnie zatkało. Później stwierdziła, że to musi Kierownik techniczny ochrony coś zdecydować, i że ona do niego zadzwoni. I zadzwoniła, kilka razy, bo nikt nie odbierał.
Mijała minuta za minutą, a mój aparat oddalał się coraz bardziej.
W końcu ktoś odebrał. Porozmawiali chwilę i Szefowa powiedziała, że Kierownik zaraz przyjdzie. mam czekać obok Ochroniarza. I jeszcze mi wytłumaczyła, że jeżeli będę chciał wejść i oglądać ten obraz z kamer, to i tak będę musiał kupić bilet wejściowy do ZOO...
Po kolejnych kilku czy może nawet kilkunastu minutach w końcu przeszedł ten Kierownik. I przybiegła Asia.

Kiedy Asia została sama przy stole, nie usiedziała zbyt długo. Powiedziała kelnerce, że wrócimy, żeby nam zostawiła jedzenie na stole, zabrała plecak i pobiegła w przeciwnym kierunku niż ZOO, porozglądać się. Jak mi później opowiedziała obejrzała każdą ławkę, obok której przechodziliśmy. Zajrzała do każdego kosza na śmieci. Zapytała niezliczoną ilość osób, czy nie widziały aparatu. i na sam koniec, niemal już bez nadziei na sukces dotarła do młyńskiego koła. Dziewczyna, która nas na to koło wpuszczała, teraz siedziała na kasie. Na pytanie, czy nie widziała aparatu, odpowiedziała ze stoickim spokojem:
- Tak, tego szukacie? - i wyjęła spod lady naszego Soniacza.
Asi puściły nerwy. Podobno rozryczała się jak bóbr, wyściskała i wycałowała dziewczynę, która, w szoku, powtarzała tylko:
- Не надо плакать.... (Nie trzeba płakać...)
A później sobie przypomniała, że ja, gdzieś tam po drugiej stronie parku, mogę za chwilę zejść na zawał. :) Więc znowu biegiem...

Niniejszym ogłaszam, że bohaterem wyjazdu zostaje Asia!
A ja, cóż ja... aparat zostawiłem w wagoniku na diabelskim kole...

Jak już Asia złapała oddech, a ja odwołałem cyrki z ochroną i kamerami, to wróciliśmy zjeść zimny obiad, który o dziwo na nas cały czas czekał.

Do "Komnaty śmiechu" już nie wróciłem. Ponieważ mieliśmy dość wrażeń, a i pora była ku temu odpowiednia, to zamówiłem Yandex na powrót do hotelu. Na zwykły Yandex trzeba by długo czekać, więc zamówiłem wersję exclusive. Całe 2 PLN droższą. :)
Odbieramy bagaże w hotelu i kolejnym Yandexem jedziemy na nasz ostatni nocleg. Właściwie taki północleg, bo o 3:00 nad ranem go musimy opuścić. O 5:00 ma startować nasz samolot.
Hotel Aksunkar, bo w nim nocowaliśmy, ma dwie wielkie zalety: ceną i odległość od lotniska. Cena to ok. 50 PLN, a do lotniska jest jakieś 200 m spacerem. Ostrzegam tylko, że więcej zalet ten hotel nie ma.W drodze powrotnej do Polski, a później FlixBusem do domu nic ciekawego się już nie działo. Większość przespaliśmy.

I to by było na tyle.

Góry były. We wszystkich możliwych odmianach i kolorach.
Ta malutka część Kazachstanu, którą zobaczyliśmy była super, ale to Kirgistan został gwiazdą wyjazdu. Bardzo nas zaskoczył na plus. Może dlatego, że nic tam nie ma. Warto go odwiedzić, zanim zacznie się tam pojawiać coraz więcej "czegoś". Atrakcji, turystów, komercji... Bardzo możliwe, że jeszcze kiedyś tam wrócimy. Na razie jest plan, żeby zrobić kolejne kółko po okolicy z Uzbekistanem i Tadżykistanem w rolach głównych. Zahaczając o Kirgistan.

Czego sobie i Wam życzę.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 41 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group