Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 16 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 15 Mar 2020 11:20 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Do Indii to my chyba szczęścia nie mamy.

Gdy kilka lat temu zaplanowaliśmy krótki objazd po Rajastanie to owszem, nie można powiedzieć,
udało się tu dotrzeć, samochód był, kierowca czekał i wycieczka w sumie doszła do skutku.
Rzeczy w walizkach jednak z piaskiem i cementem się ciut pomieszały, byliśmy nieco posiniaczeni
i w sumie - bez najlepszego humoru.
Rzecz w tym, że dzień wcześniej w Nepalu odbyło się trzęsienie ziemi, z naszym pełnym udziałem,
hotel nam się trochę poskładał a do Delhi udało się dotrzeć chyba tylko cudem, jedynym samolotem,
jaki z Kathmandu zdołał wystartować.

Mieliśmy zatem niedosyt Indii, w zasadzie - to ja miałem, bo Ela twierdziła, że trudno jej uwolnić się od,
co by nie mówić, nieprzyjemnych wspomnień.
Zdecydowaliśmy się jednak na wyjazd, tym razem na dłuższą, dwutygodniową wycieczkę po północnej części kraju.
Z wyprzedzeniem nabyliśmy na koniec lutego'20 potrzebne bilety lotnicze i z radością oczekiwaliśmy na pierwszy,
po rocznej przerwie, urlop.
No i co tym razem?
Ano - trafiliśmy dokładnie w środek ogólnoświatowej zarazy.

W związku z tym, na wstępie relacji z tego wyjazdu, chcę złożyć oświadczenie:
Do Indii nie mamy zamiaru więcej się wybierać.
Nie pojedziemy tam i już.
A nawet gdyby - to uprzedzimy wcześniej.
Załącznik:
tajmahal.gif

PS.
Przepraszam, ogon od krowy mi nie wyszedł ale nie chciało mi się już poprawiać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 15 Mar 2020 13:41 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Nie wiem czy jest to powszechna opinia, ale wśród znanych mi osób, nawet tych, które mają trochę
doświadczenia podróżniczego, Indie uchodzą za niekoniecznie najłatwiejszy kraj do zorganizowania
sobie samodzielnej podróży - bo dużo ludzi, bo brud, bo opóźnienia w komunikacji, bo duże odległości itd. itp.
Nie mieliśmy ochoty na doświadczenia w typie "off-road" - zrezygnowaliśmy więc z oglądania "prawdziwych Indii"
na rzecz widoku "przez szybkę".
Zamiast ciekawych hosteli w ciekawych miejscach - hotele z gwiazdkami, zamiast integracji z miejscową ludnością
w autobusie kursowym - wynajęty samochód z kierowcą.
Koleje Indyjskie były, ale też niestety: pierwsza klasa, więc żadnych emocji.
Do tego wszystkiego - jeden samolot i plan podróży gotowy.

Zapowiadało się zatem łatwo, lekko i przyjemnie, całość biletów kolejowych i lotniczych,
hoteli i usług kierowców za 620 EUR/os.

Po kolei, dzień za dniem:
* Przylatujemy do Delhi i od razu ruszamy samochodem do Jaipuru
* Zwiedzamy Jaipur
* Jedziemy rano do Pushkar, potem o Udaipuru
* Okolice Udaipuru: Nagda i Eklingji i w końcu sam Udaipur
* Jedziemy do Ranakhpur, który też trzeba zobaczyć a potem do Jodhpur
* Zwiedzamy Jodhpur i jedziemy z powrotem do Jaipuru
* Z rana okolice Jaipur a potem po drodze do Agry: Abhaneri i Fatehpursikri
* Zwiedzamy co się da w Agrze
* Rano żegnamy się z kierowcą i pociągiem jedziemy do Jihansi, tam witamy się z innym kierowcą
i jedziemy zwiedzać Orchę a potem droga do Khajuraho.
* Zwiedzamy Khajuraho - świątynie zachodnie a potem wschodnie, wsiadamy do samolotu do Varanasi,
w Varanasi czeka kolejny kierowca i wieczorem wybieramy się nad Ganges na Aarti.
* Rano pływamy po Gangesie, potem oglądamy co się da w Varanasi, jedziemy zobaczyć Sarnath
a wieczorem pożegnanie z kierowcą i wsiadamy w pociąg do Delhi.
* Noc w pociągu, rano w Delhi kolejny kierowca, zwiedzamy miasto, potem na cztery godziny do hotelu
i koło północy - lotnisko i samolot do domu.

No i w sumie było i łatwo i przyjemnie.
Żeby jednak było lekko, na sumieniu zwłaszcza - o to już jednak trochę trudniej.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 15 Mar 2020 19:43 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Wyglądało na to, że wszyscy kierowcy w Indiach mają 39 lat.
Do takiego wieku przyznał się Parveen, z którym spotkaliśmy się rano w Delhi
i z którym mieliśmy spędzić kilka najbliższych dni.
Dokładnie tak samo przedstawiali się czterej później wożący nas panowie.
Unifikacja dotyczy także marki samochodu: tutaj turystów, jeżeli nie ma ich za dużo, wozi się
Toyotą Innowa.
My byliśmy we troje: Ela, Asia i ja więc auto było w sam raz.
Samochód ma trzy rzędy foteli i czterech pasażerów też wygodnie może podróżować, jakkolwiek
bagaż wówczas musi powędrować na dach.

Gdyby ktoś miał ochotę kierować samochodem w Indiach samodzielnie, to wystarczy podobno międzynarodowe
prawo jazdy.
Uważam jednak, że jeżeli koniecznie potrzebna jest komuś odrobina emocji, to lepiej niech sobie
poszuka jakiegoś spokojniejszego i mniej zagrażającego życiu lub zdrowiu zajęcia - łapania tygrysów,
rozbrajania bomby albo czegoś podobnego.

W Indiach płaci się rupiami i te rupie trzeba przy sobie mieć.
Owszem, euro, dolary jak najbardziej są mile widziane i pożądane ale głównie po to, żeby na te rupie
właśnie je wymienić albo gdy nie połapiemy się w porę i damy zawlec do placówki handlowej
typu "best price sir, super quality, original products, factory not shop".
Tam wezmą od nas każdą walutę.
Bankomatów jest pod dostatkiem, ten który testowałem był w uliczce, gdzie prócz dwóch znudzonych krów,
kowala zajętego naprawą tuk-tuka i przysypiającego za kontuarem astrologa nie było nic więcej.
Mam taką kartę z BOŚ, która u nas jest bardzo chimeryczna, nigdy nie wiem - zadziała czy nie i dlatego
noszę drugą, zapasową.
A w Indiach? - działała niezawodnie, oczywiście pod warunkiem, że terminal kart też funkcjonował.
A że z tym bywało różnie - bez rupii w gotówce życie jest tu trudne.

Przelicznik walutowy jest jak zawsze prosty, w tym wypadku 1000 INR = 55 PLN albo 1 USD = 70 INR,
mniej więcej oczywiście.
Natomiast ustalenie w Indiach, czy coś jest drogie czy tanie, czy ktoś nas naciąga absolutnie bezczelnie
czy tylko w ramach ogólnie przyjętej normy to prawdziwa abrakadabra.
No bo jak tu znaleźć punkt odniesienia, gdy np. bilet wstępu do jakiejś atrakcji dla cudzoziemca kosztuje
kilkanaście albo i kilkadziesiąt razy drożej niż dla Hindusa?
Czy zatem gdy jesteśmy w restauracji dedykowanej turystom i chcą od nas np. 300 INR to możemy się spodziewać, że
gdy zdecydujemy się zaryzykować zagładą żołądka i zjemy w lokalnej gastronomii to powinno być 30 INR za to samo?!

Ela twierdzi, żę lubię się przechwalać, walczę z tą obrzydliwą wadą charakteru ale tym razem muszę się pochwalić:
znalazłem absolutnie idealne rozwiązanie problemu oceny "drogo, tanio czy: w sam raz".
Otóż:
Okazało się, że na paczkach herbatników, nieważne, czekoladowych, waniliowych czy o smaku owocowym, okrągłych, kwadratowych,
jest wydrukowana cena sugerowana przez producenta - i zawsze jest to 5 INR!
Wystarczyło zatem wprowadzić własną jednostkę przeliczeniową: 1 MPH (nie jak Miles Per Hour tylko jak Mała Paczka Herbatników)
I od tej pory, gdy jakiś pan oferował mi np. komplet magnesów na lodówkę za 10 INR wystarczyło to zamienić na 2 MPH
i zastanowić się, czy jestem gotowy zamienić dwie paczki ciasteczek na te magnesy.

Parveen okazał się w ciągu kilku najbliższych dni całkiem sympatycznym facetem i w sumie polubiliśmy go.
W drodze do Jaipuru lustrowaliśmy się nawzajem i przełamywali pierwsze lody.
Gdyby ktoś potrzebował w północnych Indiach kierowcy - polecam, mogę dać kontakt.
Na miejsce dotarliśmy po południu i był jeszcze czas, żeby trochę pozwiedzać.
Pojechaliśmy na górę, wnoszącą się nad miastem, do Fort Nahargarh.

Tutaj poranek w Delhi. Kto twierdził, że w Indiach nikt nie sprząta?
Załącznik:
DSC06522.JPG

Fort Nahargarh:
Załącznik:
DSC06539.JPG

Załącznik:
DSC06543.JPG

Załącznik:
DSC06554.JPG

Załącznik:
DSC06557.JPG


Wyglądało na to, że hotel rzeczywiście jest w porządku.
A na pewno nie można mieć zastrzeżeń do widoków z tarasu restauracji i z pokoju:
Załącznik:
DSC06567.JPG

Załącznik:
DSC06568.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez TikTak, 17 Mar 2020 16:01, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 17 Mar 2020 13:05 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Popołudnie i wieczór w Fort Nahargarh zburzył nam wyobrażenia na temat Indii.

Wkoło czysto i schludnie, zabytek zadbany i dobrze wykorzystany: we wnętrzach, gdzie
zachowały się stare artefakty wszystko odnowione i zakonserwowane, a tam, gdzie nie było
nic ciekawego do pokazania - urządzono galerię sztuki nowoczesnej.
Załącznik:
DSC06564.JPG

Załącznik:
DSC06559.JPG

Turystów sporo, ale lokalnych. Droga do fortu jest wąska i bardzo stroma, więc wycieczki się
tu nie pchają.
Europejczyków, poza nami, nie zauważyliśmy, w związku z tym wyglądało, że my też zaczęliśmy
stanowić rodzaj atrakcji i ludność hinduska postanowiła nawiązać z nami kontakt.
Były dwie opcje relacji - o charakterze konserwatywnym lub modernistycznym.
Pierwsza wersja wyglądała tak:
- Mogę sobie zrobić z panem zdjęcie?
- O, super, to dziękuję. Ale, ale... Żona i córka też mogłyby się koło pana ustawić?
W wariancie modernistycznym natomiast, nikt się mną nie przejmował, tylko startował wprost do wybranej blondynki.

Poza tym wszystko było bardzo po europejsku.
Nawet wrażenia ze wspinaczki po dachach fortu to wypisz wymaluj dachy Gaudiego z Barcelony.
Później jeszcze, przy zmierzchu, spacerek promenadą wzdłuż jeziora przy hotelu, z widokiem na Jal Mahal (to ten
budynek na zdjęciu pośrodku wody) i - spać.
Ach, pięknie było zasypiać po takim dniu...

Wieczorem nazajutrz już tak dobrze się nie czułem.

Po całodziennych dokonaniach wychodziło na to, że "dr Samo Zło" przy mnie wyglądałby jak niewinna istota.
W ciągu zaledwie dziesięciu godzin:
* skrzywdziłem lub skrajnie rozczarowałem ze sto osób
* zbezcześciłem kilka świątyń
* dręczyłem zwierzęta
Chyba zacząłem zamieniać się w potwora...


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 18 Mar 2020 21:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Maj 2012
Posty: 1247
srebrny
Moja dziewczyna - wyjątkowo twardy krytyk - właśnie stwierdziła, że tak ładne zdjęcia, że myślała, ze są z National Geographic.
_________________
Bułgaria - Rumunia 2015: Góry Piryn, Delta Dunaju, Morze Czarne.
http://www.fly4free.pl/forum/z-bulgarii-do-bulgarii-przez-delte-dunaju,1512,81506
http://arturro.fly4free.pl/blog/1455/z- ... te-dunaju/
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 26 Mar 2020 20:30 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Ale mi radość sprawiłeś! Pierwszy raz ktoś pochwalił moje zdjęcia. :D
A jedna koleżanka żony to nawet twierdzi, że ja je robię złośliwie, żeby wszyscy na nich źle wyglądali. :roll:

==========================================================

Napotkaną ludność hinduską zaczęliśmy krzywdzić w zasadzie już wczoraj.

Gdy wczesnym popołudniem zbliżaliśmy się do Jaipuru, Parveen zaproponował
krótki postój na poboczu "autostrady".
- Tu jest takie miejsce, że jest bardzo dużo małp. Ludzie tu się często zatrzymują
i je karmią.
- To chcecie karmić małpy?!
No dobra, chcieliśmy.
Rzeczywiście małp było pod dostatkiem, rzeczywiście nie byliśmy jedynymi, którzy się tu
zatrzymali.
Bóg Hanuman ma postać ssaka z rodziny naczelnych, jest on odpowiedzialny w tych rejonach
świata za dobre zdrowie, co by nie mówić, chyba rzecz najcenniejszą, więc nic dziwnego,
że chętnych do ufundowania paru kawałków arbuza jego pobratymcom nie brakowało.

Na jednym z kilku rozzstawionych kramów zaproponowano nam nabycie miski z cząstkami
owoców za 100 rupii, tymczasem Parveen zdążył już pozamykać samochód, dogonił nas w porę
i dokonał sprawunków płacąc za dwie miski jedną dziesiątą tej kwoty.
W zasadzie, tym razem, to jeszcze nie my ale nasz kierowca skrzywdził sprzedawcę...
Załącznik:
DSC06531.JPG

W czasie gdy Asia organizowała małpom obiad sytuacja wokół nas zaczęła się zmieniać.
Nie wiem jakim cudem (autostrada a wokół niej puste pole z krzakami na horyzoncie)
wyrósł obok mnie żałośnie wyglądający człowiek, z najwyraźniej chromą nogą.
Jasno pokazywał, że jest osobą w potrzebie, więc żal mi go się zrobiło ogromnie,
a że jeszcze nie miałem całkiem drobnych pieniędzy, wysupłałem 100 rupii i dałem nieborakowi.
W tym momencie, znowu nie wiadomo skąd, obok kulawego zjawiły się cztery dziewczynki, które
postanowiły podzielić się z nim pieniędzmi, a niewskórawszy nic - zwróciły się
w moją stronę.
Za chwilę dołączyły do nich dwie kobiety, z dziecięciem na ręku i bardzo żałosnym spojrzeniem,
wskazywały palcem na przemian, to dziecię to moją kieszeń.
Opuszczając postój zostawiliśmy w chmurze kurzu stojącą na poboczu niemałą grupę ludzi.
Wszystkich, wszystkich zawiedliśmy i rozczarowali...
Nawet kulawy pokazywał, że powinniśmy go hojniej obdarzyć i że 100 rupii to nie znowu takie kto wie co.
Jak oni smutno za nami patrzyli...

Dzisiejszego pięknego i pogodnego poranka wybraliśmy się w stronę Amber Fortu.
Złe uczynki zaczęliśmy praktykować niemal od świtu, gdy przyszło nam do głowy, żeby
zatrzymać się na zdjęcie.
Załącznik:
DSC06576.JPG

Po chwili zjawił się zaklinacz węży, nieproszony dołączył do towarzystwa, wyciągnął flecik,
potem węża i zaczął instrumentem zagłuszać ruch uliczny.
Kobra tymczasem zachowywała stoicki spokój.
- Biedna kobra, w niewoli taka - roztkliwiła się Asia.
Asia bardzo rozczula się się nad wszelkimi przedstawicielami fauny, każdy kulawy piesek bez swojego
domku wywołuje wilgoć w oku, Asia nie pozwala mi wymordować kretów w ogródku a przypuszczam, że los patyczaków
też nie jest jej obojętny.
- A gdyby ją tak wykupić i uwolnić?! Iskra szalonego pomysłu rozbłysła i natychmiast zgasła...
Należało potępić wykorzystywanie zwierząt niezgodne z ich naturą, tymczasem zamiast tego, banknotem 100 rupii
zachęciliśmy właściciela kobry do dalszego kontynuowania tych praktyk.
Nie wyglądał na specjalnie zadowolonego z otrzymanego wynagrodzenia, nie mniej jednak chwilkę później
zjawiło się kolejnych dwóch zaklinaczy węży.
Gdy wsiadaliśmy z powrotem do auta ich oczy mówiły wszystko:
- Jak to, co to?! To nasze kobry gorsze?! To tamtemu dałeś, wprawdzie mało ale jednak a nam to już nic się nie należy?!
Z jakim wyrzutem oni za nami patrzyli...
Załącznik:
DSC06574.JPG

W Indiach, jak pewnie na całym albo prawie całym świecie działają organizacje społeczne, których celem
jest jego naprawa albo nawet i ulepszenie.
Wygląda na to, że dzięki temu zwrócono tu większą uwagę między innymi na los i prawa zwierząt.
Przed paru już laty przez kraj przetoczyła się głośnym echem afera tygrysów bengalskich, gdy okazało się
niespodziewanie, że w ich największym i najsłynniejszym rezerwacie nie ma ani jednego zwierzaka w paski.
Zarząd rezerwatu pokątnie urządzał polowania na tygrysy, aż wybito je co do nogi - wszystkie.
Teraz trwa akcja społeczna - ratujmy tygrysy bengalskie.

Inne, jeszcze bardziej spektakularne przedsięwzięcie, to akcja: "nie dręczyć słoni".
Zachęcają do tego np. napisy na zagłówkach w pociągu, billboardy, mówią o tym w telewizji.
Tymczasem powszechnie praktykowany w Jaipurze sposób dotarcia do położonego na górze Amber Fortu,
to jazda na słoniu, taka tutejsza wersja "konia do Morskiego Oka".
Rozważaliśmy wgramolenie się na górę na własnych nogach, jednak z tego co mówił Parveen wynikało,
że w ten sposób prawdopodobnie zdezorganizujemy ruch turystyczny w Indiach, a już na pewno zrobimy
krzywdę kierowcy słonia, który pozostanie bez zarobku.
-A słoniowi źle nie jest, bo słoń teraz ma pracować od 8.00 do 11.00 i władza pilnuje, żeby tak było, twierdził.
Faktycznie, zauważyliśmy, że po jedenastej ruch pod górę zamarł.
Koniec końców jednak - męczyliśmy zwierzę i to nie jedno a dwa.
Kierowcy słonia też mieli bardzo niezadowolone miny, bo zabrakło mi banknotów po 100 rupii i dałem im po dolarze,
a to, wiadomo, mniej.
Z jakim rozczarowaniem za mną patrzyli...
Załącznik:
DSC06579.JPG

Załącznik:
DSC06584.JPG

Załącznik:
DSC06589.JPG

Załącznik:
DSC06591.JPG

Załącznik:
DSC06595.JPG

Najbardziej elegancko wystrojone w Amber Fort osoby, to sprzątaczki.
Przypuszczam, że to efekt podobnej historii, jak ze zdjęciem z Hawany w National Geographics, przedstawiającym
panią z cygarem - teraz wszyscy turyści na Kubie chcą takie zdjęcie osobiście wykonać a pozujących za
opłatą pań nie brakuje.
Przychodzą zatem sprzątaczki Amber Fort do pracy wystrojone w najlepsze sari i zamiast machać miotłą - pozują.
A gdy tylko ktoś skuszony malowniczym widokiem wyceluje w nie obiektyw, gonią za nim po swoje 100 rupii...
My nie mieliśmy ochoty na taką ustawioną fotografię i składane co chwilę propozycje- brutalnie odrzucaliśmy.
Przykro było patrzeć na ten gasnący za każdym razem entuzjazm...
Załącznik:
DSC06601.JPG

Załącznik:
DSC06618.JPG

Zabraliśmy też uśmiech sprzedawcom obrusów, właścicielom kolekcji mosiężnych dzwoneczków, twórcom drewnianych
figurek Ganesha, marmurowych i plastikowych figurek Ganesha a także Brahmy, Wishnu i Shivy.
A nie, przepraszam, tylko Wishnu i Shivy, Brahmy - nie.
Rozczarowaliśmy sprzedawców rysunków słoni, przedstawicieli rzemiosła tkackiego, szwalniczego, kowalskiego,
odlewniczego i wielu innych rzemiosł - także.
Wyglądało na to, że zwiedzanie Indii będzie polegało na nieustannym opędzaniu się od przyjaźnie nastawionych ludzi,
którzy próbują uczynić cię szczęśliwszym przy pomocy dostarczanych przedmiotów lub usług.

Powoli jednak zaczęliśmy się przyzwyczajać do tej nawałnicy, powoli zaczynaliśmy być zdolni, żeby bez większych
wyrzutów sumienia minąć bez ŻADNEGO zainteresowania i uwagi kolejnego przewodnika, który próbuje nam sprzedać
swoje usługi albo kogoś, kto prosi tylko o wsparcie, bez oferowania czegoś w zamian.
Byliśmy zupełnie nieświadomi, że oto rozpoczął się szczególny, trwający dziesięć dni proces, którego ostateczny
finał dopełnił się w Varanasi.

Drugi żelazny punkt wycieczek do Jaipuru, to Pałac Miejski.
Część pałacu jest do oglądania, część nie - bo mieszka w nim maharadża i nie wolno mu przeszkadzać.
Niestety, nie może on w dzisiejszych czasach łupić sąsiednich księstw ani wyzyskiwać poddanych,
a żyć z czegoś musi, więc łupi i wyzyskuje turystów.
Za zwykły bilet wstępu do pałacu trzeba zapłacić 140 MPH a za niezwykły chcą 500 MPH!!!
Niezwykłość polega na tym, że dadzą miniaturową mapkę obiektu, pozwolą zobaczyć kilka pokoi więcej i pożyczą
elektronicznego tourguida.
Jeżeli ktoś objeżdża tylko tzw. Złoty Trójkąt Delhi-Jaipur-Agra, to pewnie może poświęcić tych 140 paczek
herbatników, jeżeli jednak wybiera się na zachód i południe, do Udaipuru i Jodhpuru, to tamtejsze pałace władców
są nieporównanie ciekawsze.
Ludzie w Jaipurze nie lubią tego maharadży, mówią, że żyje źle, na czym to "źle" polega- nie wypytywałem.
Załącznik:
DSC06676.JPG

Załącznik:
DSC06687.JPG

Załącznik:
DSC06688.JPG

Załącznik:
DSC06700.JPG

Kilka kroków od bramy Pałacu Miejskiego jest Hawa Mahal, czyli inaczej: Pałac Wiatrów.
Wygląda pięknie, tak jak na podkolorowanych zdjęciach w Internecie i wszyscy, którzy piszą, że strasznie
się tym miejscem rozczarowali, to chyba malkontenci jacyś.
Może spodziewali się, że wkoło będzie park a to tymczasem jest element miejskiej zabudowy.
O ile w sąsiedztwie Pałacu Wiatrów są prawie wyłącznie sklepy z pamiątkami i znowu pełno nagabujących
sprzedawców, kawałek dalej, gdy pójść w stronę minaretu jest już normalnie, nikt nie zaczepia,
można zrobić ciekawsze zdjęcia albo wejść na tyły pałacu.
Jest tam całkiem przyjemny i czysty deptak, można posiedzieć, odpocząć i popatrzeć na ludzi.
A trafiają się bardzo ciekawe osoby np. ortodoksyjni dżiniści, swoją drogą, po co oni tu przychodzą?
Chyba jednak nie powinienem zadawać tego pytania.
To, że ktoś nosi siatkę na twarzy, aby nie skrzywdzić żadnej żywej istoty, niechcący ją pożerając
albo też uważa iż zakładanie odzieży jest wbrew naturze i niszczy harmonię świata,
wcale przecież nie znaczy, że nie może się interesować ładną architekturą albo przyjść do sklepu
po garnek.
Załącznik:
DSC06775.JPG

Załącznik:
DSC06765.JPG

Załącznik:
DSC06763.JPG

Załącznik:
DSC06739.JPG

Załącznik:
DSC06732.JPG

Załącznik:
DSC06730.JPG


Na wprost minaretu, po drugiej stronie ulicy jest spora świątynia Kriszny.
Zwykłe wycieczki tu nigdy nie zaglądają, wejście od ulicy jest niepozorne i trzeba je wypatrzeć,
poza tym trzeba narazić życie, żeby tą ulicę przekroczyć.
Za to po wejściu do środka otwiera się rozległy dziedziniec, na parterze w podcieniach można zobaczyć
szkołę na wolnym powietrzu a z piętra jest widok na miasto.
Opiekun świątyni ma przyjemny i powściągliwy sposób bycia i nawet dość ciekawie o niej mówi.
Doszedł do wniosku, że w Polsce kult Kriszny jest bardzo rozpowszechniony, bo co roku przyjeżdżają
tu do niego nasze grupy pielgrzymów.
- Bardzo sympatyczni ludzie, stwierdził.
- Trochę się dziwnie zachowują, bo ubierają się w takie luźne szaty i kwiaty, grają na bębenkach
i tańczą.
- No ale jak takie u was zwyczaje, to przecież nic w tym złego, dodał.
Załącznik:
DSC06751.JPG

Załącznik:
DSC06754.JPG

Załącznik:
DSC06756.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 27 Mar 2020 18:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
@TikTak, dziękuję :) wniosłeś w moje cztery ściany dużo radości :) Czekam jeszcze na bezczeszczenie świątyń :D
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 29 Mar 2020 13:38 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Dzięki za odwiedziny i dobre słowo! :)
Bezczeszczenie świątyń potraktowałem bardziej serio i będzie w następnym odcinku:

========================================================================
Rzeczywiste problemy w kontaktach z ludźmi trafiają się
Zupełnie niechcący sprawialiśmy czasem komuś przykrość.
A i sobie przy okazji też, bo wbrew pozorom, aż tak bardzo na szerzenie zła nie nastawialiśmy się.

Napór wszelkiego rodzaju prób nawiązania kontaktu, w celu zmaterializowania go w postaci banknotu
100 rupii, oczywiście większe nominały też są mile widziane - jest PRZEOGROMNY.
W ferworze opędzania się przed zdesperowanymi natrętami od czasu do czasu trafiamy jednak na kogoś miłego.
Kogoś, kto rzeczywiście chciał nam pokazać drogę, kogoś, kto miał ochotę zapytać jak się nam podoba
w jego pięknym kraju albo kogoś, kto po prostu zainteresował się przybyszami i chciałby zamienić parę słów.
No i wtedy, w odpowiedzi na wyciągniętą dłoń słyszy:
- Nie, nie chcę, dziekuję, przepraszam, do widzenia, idę sobie, nie mam czasu, wolę sam, nie mam ochoty,
nie potrzebuję, śpieszę się i tym podobne teksty.
Pochopnie wypowiedziane i nie trafione w sytuację słowa, które można skwitować w jeden sposób: "spadaj"
trudno wycofać lub naprawić.

Zachowanie się w miejscach kultu stanowi drugi problem.
Bezczeszczenie świątyń to pewnie za mocno powiedziane ale okazanie szacunku dla cudzych wierzeń
od czasu do czasu sprawia kłopot.
Kilka lat temu w Jerozolimie, na Via Dolorosa natknąłem się na rozbawioną grupę Chińczyków.
Złapali krzyż odstawiony przez grupę pielgrzymkową i chichocząc pozowali na zmianę do zdjęć, naśladując
sylwetkę Chrystusa.
Nie uważam się za dewota, rozumiem, że na temat chrześcijaństwa wiedzą oni tyle co ja na temat konfucjonizmu,
ale spotkanie to było dla mnie bardzo przykre.

Za nic w świecie nie chciałbym stać się dla kogoś Chińczykiem.
Załącznik:
DSC06828.JPG

Tymczasem tutaj, wchodząc do świątyni, na schody do świętej sadzawki albo innego, podobnego przybytku,
do końca nie wiesz, czy jeśli odmówisz zaopatrzenia się w kwiatki i ryż na pudżę to będzie znaczyło,
że pozbyłeś się naciągacza czy też, że złamałeś reguły.
Trudno ustalić, czy sadhu, który namolnie chce ci napaćkać na czole tikę to rzeczywiście osoba związana
z religią czy rodzaj misia z Krupówek.
Nie za każdym razem udawało nam się trafnie zgadywać, więc nie mogę się uznać za eksperta.
Ale wiem z całą pewnością, że osobę, która zbyt głośno twierdzi, że właśnie bezcześcisz jej świętą wiarę
i święte miejsce - należy zignorować.

No, chyba, że jest wyposażona w karabin maszynowy.

Tak jest w przypadku porządkowych z Ranakhpur.
Dżiniści, którzy mają tu główną świątynię za swój cel przyjęli troskę o życie każdej żywej istoty.
Przestrzegania tej jak i innych reguł w obrębie komplesu świątynnego pilnują uzbrojone po zęby typy.

Całe szczęście, że są też jednak i takie aspekty życia i ważne sprawy, które łączą niepodzielnie
wyznawców, wydawałoby się, bardzo odległych religii.
Tak właśnie jest w Pushkar, do którego trafiliśmy po drodze do Udaipuru.
Miasto wypełniają tak wyznawcy Brahmy jak i ksiąg Starego Testamentu a napisy na ulicach i w sklepach
są często dwujęzyczne: po hindusku i po hebrajsku.
Zjednoczyła ich gandzia, póki będzie dostępna i w niewygórowanej cenie - wszystkie różnice doktrynalne
dadzą się pogodzić na sto procent.

Większość Hindusów jednak nie dla gandzi ale dla świątyni Brahmy tu przyjeżdża.
Jest ona traktowana z bardzo dużym pietyzmem i respektem, jakkolwiek sądząc po jej zewnętrznym
wyglądzie trudno byłoby się tego spodziewać.
To JEDYNA świątynia tego bóstwa w Indiach, więc też pewnie i na świecie.
Bardzo mnie to zastanawiało, bo podział ról pomiędzy Brahmę, Wisznu i Sziwę jest taki, że pierwszy
odpowiada za kreację, drugi za podtrzymanie tego co powstało a ostatni za zniszczenie.
No więc wydawało mi się, że to Brahma powinien mieć najwięcej świątyń a Sziwa jedną albo nawet i wcale.
A tu dokładnie na odwrót!
Wyjaśniałem sprawę z Parveenem, który okazał się bardzo religijny i potem opowiem.
Załącznik:
DSC06875.JPG

Załącznik:
DSC06879.JPG

Załącznik:
DSC06882.JPG

Wracając do Pushkar, ważna tu jest nie tylko świątynia ale i jezioro.
Jezioro powstało z płatków lotosu, które upuścił Brahma w związku ze swoimi problemami matrymonialnymi,
więc nic dziwnego, że jest święte.
To z kolei powoduje, że kąpiel w nim, obok zwykłej przyjemności z kąpieli, może stać się
źródłem rozmaitych, nadprzyrodzonych korzyści dla kąpiącego się.
Wokół brzegów powstały rozległe ghaty a wejście do wody jest praktykowane z nabożeństwem.
Załącznik:
DSC06829.JPG

Załącznik:
DSC06830.JPG

Załącznik:
DSC06858.JPG

Załącznik:
DSC06865.JPG

Załącznik:
DSC06872.JPG


A to już gigantycznych rozmiarów wizerunek Sziwy, kilkadziesiąt kilometrów przed Udaipurem:
Załącznik:
DSC06904.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
arturro uważa post za pomocny.
 
 
#9 PostWysłany: 29 Mar 2020 16:42 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
niebieski
@TikTak przeczytałam całą Twoją relację z zapartym tchem i niegasnącem uśmiechem na ustach :D masz świetne lekkie pióro (klawiaturę?)
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 12 Kwi 2020 21:57 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
@nenyan dzięki! Zmotywowałaś mnie, żeby zabrać się do roboty i coś dalej napisać. Ja czytam Twoją relację z Chin. Jest re-we-la-cyj-na!

========================================================================================================

Udai-pur na zdjęciach aż tak bardzo od Jai-puru albo Jodh-puru nie różni się.
W ogóle, gdy popatrzymy na pamiątki z podróży pokazane w Internecie, wszystkie indyjskie -pury
sprawiają wrażenie, jakby zostały odlane z tej samej formy i przypadkiem możemy pomyśleć,
że wystarczy nam jeden tylko taki -pur zobaczyć.

W związku z tym bardzo się baliśmy, że cały ten nasz objazd po dwóch, trzech dniach zrobi
się bardziej męczący niż ciekawy i zamiast cieszyć się z tego co mamy, będziemy czekać
na Varanasi, bo tam to na pewno jest inaczej.
A póki co, będzie: daleko jeszcze? Daleko jeszcze? Daleko jeszcze? Daleko jeszcze? DALEKO JESZCZE?!

Źle jednak nie było.

Przede wszystkim zauważliśmy, że zdjęcia w Internecie są STRASZNIE pomieszane.
Chyba wszystko przez to hinduskie nazewnictwo, ludziom te nazwy się mylą i jeden
publikuje fotografie z Jaipuru z podpisem: Jodhpur, drugi podpisuje Udaipur - Ranakhpur i tak dalej.
A potem, kiedy ktoś do Indii chce się wybrać, przegląda to wszystko i myśli, że oni tam odbijali
świątynie i pałace przez kalkę.

Do Udaipuru trafiliśmy w piątkowy wieczór, na zwiedzanie była przeznaczona sobota a w niedzielę rano
mieliśmy jechać dalej.
Zatem weekend.
Ani miejsce ani styl życia ludzi, jakich w Udaipurze zdarzyło nam się spotkać, za grosz nie miał nic
wspólnego z wizją Indii ze "Slumdoga".
Z rana pojechaliśmy na przedmieścia, najpierw do Nagdy a potem do Eklingji.
Nagda to zespół starych, hinduskich świątyń kilkanaście kilometrów za miastem.
Dojazd jest wąską, malowniczą drogą, raczej nieprzyjazną dla dużych autokarów, więc dużo ludzi tu nie ma.
Dlatego Nagda jest inna.
Opiekun zabytku na nasz widok wyskoczył ze swojego zakamarka, oprowadził, za oprowadzenie zainkasował, a jakże,
100 rupii.
Załącznik:
DSC06908.JPG

Załącznik:
DSC06925.JPG

Załącznik:
DSC06932.JPG

Załącznik:
DSC06933.JPG

Załącznik:
DSC06947.JPG

Załącznik:
DSC06952.JPG

Załącznik:
DSC06958.JPG

Był to chyba jego pierwszy zarobek dzisiaj, bo nikogo prócz nas nie było widać.
Parveen twierdził, że z tego się on tu utrzymuje, w zamian on z kolei ma utrzymywać porządek.
Porządek był w porządku, czysto, trawka wystrzyżona, rabaty i kwiatki, zupełnie nie takie Indie sobie
wyobrażaliśmy.
Drugie miejsce - Eklingji, też świątynia hinduistyczna, aby różniło się od wcześniej jak i później
oglądanych świątyń, trzeba odwiedzić w godzinach porannej pudży.
Wtedy tutaj, dla odmiany, ludzi jest co niemiara, ale nie turystów tylko hinduskich pielgrzymów, bo to ważne
miejsce kultu.
Do środka wchodzi się w powoli sunącej procesji, jest na co popatrzeć i czego słuchać - rozmodleni ludzie
z darami ofiarnymi, śpiewy, grająca psychodeliczną muzykę orkiestra ulokowana pośród kamiennych stup.
Szkoda tylko, że nie można fotografować ani filmować.
Załącznik:
DSC06964.JPG

Przed wejściem do Eklingji. Wcale nie wydaje się, że warto tu było jechać, tymczasem w środku...
Wszystkim antyfotograficznym inkwizytorom mówimy stanowcze: NIE.
Załącznik:
DSC06965.JPG

Znakiem firmowym Udaipuru jest Pałac Miejski czyli pałac tutejszego maharadży.
W Radżastanie maharadżów było pełno, zatem i pałaców też jest trochę, ale ten jest największy, malowniczo
usytuowany i występował w filmie, zatem jest sławny.
Podobno w lokalach na mieście regularnie, w koło macieju puszczają "Ośmiorniczkę".
Mieliśmy zamiar zbadać, czy rzeczywiście tak codziennie oglądają Jamesa Bonda, ale wieczorem zapał nam
opadł i nikomu już się nie chciało.
A pałac okazał się faktycznie przeogromny, żeby obejść dziedziniec i wnętrza trzeba poświęcić co najmniej
dwie godziny intensywnych starań.
I na dobrą sprawę, to tylko po tym można osądzać jego rozmiary, bo ogarnąć go wzrokiem w całej krasie - nie da się.
Przeszkadza woda, która dochodzi niemal pod same mury.
Załącznik:
DSC07007.JPG

Załącznik:
DSC07010.JPG

Załącznik:
DSC07018.JPG

Załącznik:
DSC07053.JPG

Załącznik:
DSC07081.JPG

Załącznik:
DSC07093.JPG

Załącznik:
DSC07104.JPG

Załącznik:
DSC07118.JPG

Są jednak dwa sposoby na to, żeby upewnić się, że pałac jest odpowiednio duży - albo wypłynąć na jezioro albo wjechać
na górę wznoszącą się nad miastem.
Wybraliśmy to drugie, kierując się przede wszystkim mniejszym prawdopodobieństwem utonięcia ale też i próbą
redukcji kosztów pobytu w Indiach, naiwnie sądząc, że na górę można tak sobie wjechać.
To był błąd kardynalny.
Jak się później okazało, zarząd miasta musi w jakiś sposób czuć się związany ze sportem motorowodnym, bo
dotuje wszystkich, którzy podejmą ryzyko wejścia na pokład jednostki pływającej po jeziorze.
Tymczasem na wspomnianej górze maharadża wybudował taki trochę fort, trochę cenotaf, jak napisał na
pamiątkowej tablicy: "z miłości i wdzięczności dla swego ukochanego ludu".
No i teraz ten lud jak i lud przyjedny za każdy wjazd na górę musi płacić myto.
Na dodatek za przyjemność robienia zdjęć, co by nie mówić, ładnej panoramy, też trzeba uiścić podaną
na tablicy kwotę: dla miejscowego ludu: 50 rupii a dla ludu spoza granic: 100000000000000 albo coś koło tego.
Załącznik:
DSC07121.JPG

Ale w Udaipurze widzieliśmy nie tylko pałac.
Oprócz niego są bardzo ładne Ogrody Dam Dworu a niedaleko od wejścia do nich - sklepy z rzemiosłem.
Postanowilismy zlitować się nad Parveenem i dać się zawlec w końcu do jakiegoś sklepu.
Maharadżowie udajpurscy mieli pewną słabość do malarstwa miniaturowego więc ludzie się tu tego,
nie wiem, rzemiosła czy sztuki nauczyli.
I do sklepu z miniaturami właśnie poszliśmy.
Obrazek, jaki sobie kupiłem aż taki miniaturowy to nie jest, bo ma rozmiar komórki, mniej więcej.
Przedstawia pawia.
Paw jak to paw, wygląda ładnie, bo ma kolorowy ogon.
Ale gdy się mu przyjrzeć lepiej, to widać każde piórko oddzielnie.
A gdy wziąć szkło powiększające, to okaże się, że każde z piórek składa się z setek pojedyńczych niteczek
a kolorowe oczko znowu z kilku nałożonych na siebie kolorów.
Jeżeli powiększyć bardziej - w każdym oczku złota kropeczka.
Kiedyś może pooglądam dokładniej, może jeszcze coś da się wypatrzeć.
Załącznik:
DSC06994.JPG

Załącznik:
DSC06996.JPG

Załącznik:
DSC06997.JPG

Do hotelu wracaliśmy pod wieczór drogą wzdłuż jeziora.
Przez kilka kilometrów ciągnęły się wesołe miasteczka, stragany z ulicznym jedzeniem, setki spacerowiczów.
Tu grała muzyka, tam organizowały się jakieś występy, słowem: gwarny i wesoły tłum na festynie w sobotni wieczór.
Ani śladu "prawdziwych" Indii.
Załącznik:
DSC07129.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 13 Kwi 2020 13:46 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Przydałby się jeszcze jeden dzień w Udaipurze.
Niestety, za nic w świecie pomiędzy samolotami do- i z- Indii nie chciał się on zmieścić,
więc w niedzielę rano spakowaliśmy manatki i wyjechali w stronę Jodhpuru.
Pierwszy raz, no może poza skokiem w bok do Nagdy, przyszło nam jechać nie jakąś główną drogą, tylko
taką zwykłą, gdzie można zatrzymać się na poboczu, bez obaw, że cię rozjadą.

Droga była super a w jednym miejscu to nawet stał znak, na którym pisało, żeby w nocy tu nie jechać
a już na pewno nie zatrzymywać się, bo może przyjść tygrys i próbować dołączyć do towarzystwa.
Gdyby zatem ktoś podróżował po Rajastanie i nawet miał wszędzie dobry dojazd, to niech sobie trochę
zabłądzi i poogląda mniej uczęszczane okolice.
Tylko niech uważa na tygrysy, oczywiście.

Na początku były pola uprawne, gdzie co kawałek pracowały pompy tłoczące pod górkę wodę.
Każde takie urządzenie było napędzane przez dwa woły, motywowane do pracy przez towarzyszącego im pana.
Szkoda się łudzić, turystów na drodze do Jodhpuru, choć wygląda ona dość skromnie, też na pewno nie brakuje.
Na widok wysiadających z samochodu ludzi, z aparatem fotograficznym, kierowca wołów rozpromienił się
od ucha do ucha, natychmiast postanowił zamienić swój warsztat pracy w karuzelę i na tą karuzelę
sprzedawać bilety.
Niestety, pięknie rozwijający się w nas, zapoczątkowany w Jaipurze proces zamiany serc w zimne kamienie przystopował.
Od dwóch dni nie trafił żaden żebrak, którego możnaby zignorować albo sprzedawca czy przewodnik, żeby potraktować
go jak powietrze.
Zatem poświęciliśmy się, konkretnie to Ela zrobiła dwa kółka, z ulgą zostawiła głupawą rozrywkę i wręczyła
zadowolonemu woźnicy 100 rupii.
Szerzenie zła w Indiach okazywało się wcale nie takie ani łatwe ani przyjemne, jak mogło się wydawać wcześniej.
Załącznik:
DSC07130.JPG

Załącznik:
DSC07132.jpg

Załącznik:
DSC07133.JPG

Załącznik:
DSC07136.JPG

Teren powoli wznosił się ku górze, wkrótce zostawiliśmy w tyle co najmniej z dziesięć innych par wołów i ich
właścicieli rozczarowanych naszym brakiem zainteresowania i chęci na przejażdżkę.
Wkrótce skończyły się też i pola uprawne.

Wjechaliśmy do jakiejś bardzo dziwnej krainy.

Kilometrami, wkoło nie było żywego ducha.
Żadnych domów, zwierząt, żadnych przechodniów czy jakiegokolwiek innego śladu życia.
Po horyzont tylko opustoszałe pagórki pokryte rachityczną trawą i słupy elektryczne.
Jedynym urozmaiceniem pustkowia były wyłaniające się zza wzgórz, co kawałek - sklepy alkoholowe.
Było ch mnóstwo, nikt do nich nie wchodził ani z nich nie wychodził, bo też i skąd ktoś by się tu mógł znaleźć?!
Załącznik:
DSC07134.JPG

Za dziwną krainą rozpoczęły się góry.
Najpierw był most i punkt widokowy, potem droga pięła się serpentynami przez monsunowy las.
Tygrysów nie było, za to wkoło kręciły się setki małp.
Załącznik:
DSC07158.JPG

Załącznik:
DSC07161.JPG

Załącznik:
DSC07163.JPG

Jedne rozsiadły się na poboczu i tylko się przyglądały, inne chciały wejść w większą zażyłość i wskakiwały
na samochód, gdy tylko trochę zwolnił.
Ładnych parę chwil staliśmy na poboczu i gapili się na małpy a małpy na nas i to chyba z nie mniejszym
zainteresowaniem.
Zapadł mi w pamięć moment, gdy nagle do zgromadzonego stadka dołączył jeszcze jeden zawodnik.
Kilku pobratymców minął bez zainteresowania a potem spotkał kolegę.
Rzucili się sobie w ramiona, wyściskali się jak starzy znajomi po długim rozstaniu, poklepali nawzajem po plecach
i ustawili razem na widowni, żeby wspólnie nas podglądać.
No nie wiem, ale chyba nie wymorduję tych kretów w ogródku, nawet jeżeli Asia nic by miała o tym nie wiedzieć.
Załącznik:
DSC07155.JPG

Załącznik:
DSC07165.JPG

Załącznik:
DSC07169.JPG

Załącznik:
DSC07170.jpg

Droga wkrótce osiągnęła punkt kulminacyjny i kolejnymi serpentynami zaczęła opadać w dolinę.
Las zrobił się rzadszy potem zniknął a drzewa zostały zastąpione przez słupy elektryczne.
Pojawiło się miasteczko a w miasteczku przy drodze niewielka świątynia, niestety nie pamiętam, jakiemu
bóstwu została poświęcona.
Była niedziela, dzień i tutaj wolny od pracy, więc ludzie mieli pewnie trochę więcej czasu i co chwilę ktoś
zaglądał do środka na modlitwę.
Ciekaw jestem bardzo czego tu szukają? Sensu życia? Czy może tylko zapewnienia sobie pomyślności?
Jak wspominałem, Parveen był chyba dość religijny i nasze zainteresowania w tym zakresie odebrał jak
potencjalną możliwość nakierowania nas na właściwą drogę życiową przy współudziale pilnującego przybytku
sadhu.
Skończyło się na zrobieniu nam kropek na czole przy użyciu jakiegoś trudno zmywalnego mazidła.
Załącznik:
DSC07152.JPG

Załącznik:
DSC07151.JPG

Załącznik:
DSC07150.JPG

Załącznik:
DSC07149.JPG

Zwiedzanie Indii jest dużo ciekawsze, jeżeli choć trochę uda się ogarnąć o co w ich systemie religijnym
chodzi, bo na każdym kroku przeplata się on tu z życiem codziennym, polityką, gospodarką, kulturą i wszystkim,
co tam tylko jeszcze może być.
Przed wyjazdem coś na ten temat chcieliśmy się dowiedzieć, trafiliśmy na dwuczęściowy wykład ks.prof.Kościelniaka.
Wydaje się godny polecenia, na Youtube słowa kluczowe: Koscielniak i hinduizm.
Załącznik:
DSC07142.JPG

Potem już nic ciekawego nie było, aż do momentu, gdy przyjechaliśmy do Ranakhpur.
To właśnie tutaj jest ta wielka świątynia dżinijska, o której wcześniej wspominałem, że w imię idei niekrzywdzenia
najmniejszej nawet istoty, porządku pilnują ludzie uzbrojeni w broń automatyczną.
No cóż, na pewno to nie pierwszy raz gdy poezja zderza się z prozą, myśl z materią, piękne zamiary z marnym wykonaniem.
Świątynię zobaczyć trzeba, jest monumentalna i niepowtarzalna.
Gdyby ją jednak podsumować mniej wzniośle, to: bardzo dużo, bardzo dużo, bardzo finezyjnie, bardzo finezyjnie rzeźbionego
marmuru:)
Załącznik:
DSC07172.JPG

Załącznik:
DSC07175.JPG

Załącznik:
DSC07179.JPG

Załącznik:
DSC07192.JPG

Załącznik:
DSC07197.JPG

Załącznik:
DSC07221.JPG

Załącznik:
DSC07223.JPG

Załącznik:
DSC07225.jpg

Załącznik:
DSC07230.JPG

Załącznik:
DSC07234.JPG

Załącznik:
DSC07242.JPG

Załącznik:
DSC07254.JPG

Załącznik:
DSC07257.JPG

Załącznik:
DSC07282.JPG

Do Jodhpuru dotarliśmy pod wieczór a nocleg okazał się inny niż wszystkie do tej pory.

W każdym hotelu w Indiach, po przyjeździe gości, odbywa się specjalna ceremonia.
Otóż po wniesieniu bagażu do pokoju obsługa stwierdza:
- Ojejej, Państwo zarezerwowali pokój dla trzech osób a tu są dwa łóżka, zaraz będzie trzecie.
Po wypowiedzeniu tej formuły znika i tyle ją widzieli.
Nie trzeba się jednak martwić, tylko wziąć prysznic, wprowadzić w telefon hasło do WiFi i zrobić sobie herbaty.
Gdy spodziewamy się, że za jakieś 45 min. będzie chciało się nam spać, należy wykręcić numer na portiernię
i wypowiedzieć formułę:
- Gdzie łóżko?
W ciągu minuty albo i szybciej w drzwiach stanie gość z prześcieradłem, niewykluczone, że on cały czas tam czatował.
Gość będzie miał zdziwioną minę, bo po co nam trzy prześcieradła, jak mamy dwa łóżka.
Po chwili, gdy przepędzimy go od próby wymiany pościeli na jednym z nich, trzeba pokazać mu poduszkę i kołdrę.
On wówczas woła:
- Aaaaaaa
Potem odchodzi ale za kwadrans powraca wyposażony w jasiek i nakrycie, a my mówimy:
- Jeszcze łóżko
I tak po niecałej godzinie mamy pościelone spanie, obok którego stoi dwóch uśmiechnietych i zadowolonych z siebie
Hindusów (do łóżka był potrzebny pomocnik), którzy wcale nie mają zamiaru nigdzie sobie pójść.
Ceremonia kończy się wręczeniem 100 rupii, po czym stajemy się pełnoprawnym, samodzielnym posiadaczem łóżeczka.

W Jodhpurze tradycja nie została dotrzymana, łóżko było od razu.
Całe szczęście, że się to już nigdy nie powtórzyło.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 15 Kwi 2020 22:52 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Jodhpur bardzo nam się podobał, bardziej chyba niż poprzednio widziane duże miasta.
Mam na myśli zabytki i inne miejsca dla turystów oczywiście, bo na nic więcej nie było czasu.
Za zwiedzanie zabraliśmy się po ósmej a przed czwartą byliśmy już w drodze.
Załącznik:
DSC07290.JPG

Załącznik:
DSC07298.JPG

Załącznik:
DSC07302.JPG

Załącznik:
DSC07304.jpg

Załącznik:
DSC07314.JPG

Załącznik:
DSC07333.jpg

Załącznik:
DSC07337.JPG

Załącznik:
DSC07340.JPG

Załącznik:
DSC07341.jpg

Załącznik:
DSC07350.JPG

Załącznik:
DSC07355.JPG

Załącznik:
DSC07356.JPG

Załącznik:
DSC07371.JPG

Załącznik:
DSC07385-2.jpg

Załącznik:
DSC07386.JPG

Załącznik:
DSC07389.JPG

Załącznik:
DSC07394.JPG

Załącznik:
DSC07412.jpg

Załącznik:
DSC07422.JPG

Cała trasa do przebycia w Indiach miała kształt leżącej poziomo, z zachodu na wschód, ósemki.
Na jej skrzyżowaniu był Jaipur i dlatego mieliśmy tam zajechać po raz drugi.
To był najdłuższy, dzienny przejazd, z Jodhpuru do Jaipuru jest ok. 350km.
Niby to nie tak dużo, droga nienajgorsza - dwu, miejscami trzypasmowa, ale niestety, podóże się
tu ciągną ponad miarę i średnia prędkość, nawet na "autostradzie" nie przekracza 60 km/h.

Wszystko za sprawą zupełnego luzu w podejściu do przepisów drogowych, choć szczerze zupełnie
wydaje mi się, że takich tu nie ma.
Wybór pasa ruchu jest całkowicie przypadkowy, czasem ktoś też wybiera sobie dwa pasy na raz.
Jeżeli to akurat baaardzo wyładowana ciężarówka, od której zdążyła już odpaść część szoferki
i dlatego nie da się za szybko pojechać, bo kierowcy wieje, to wszyscy wyprzedzają ją poboczem.
Ale tu sprawy lubią się skomplikować, bo tak się akurat składa, że dość często trochę skrajem drogi,
trochę poboczem mknie auto pod prąd.
Ponieważ ewentualność taka, że ktoś zatrzyma się, ktoś kogoś przepuści, absolutnie ale to ABSOLUTNIE
nie wchodzi w rachubę, no to trzeba wjechać na jeszcze bardziej odległe pobocze, żeby się nie zderzyć.
A tam są kozy i krowy, które też gdzieś muszą się podziać, więc skoro z drogi wjeżdżają na ich podwórko,
to one przenoszą się na szosę.
Niestety, robią tym znowu trochę zamieszania, bo muzułmańska pielgrzymka zmierzająca po pobliskiego
sanktuarium w towarzystwie kóz być nie chce, więc zaczyna gramolić się i przeskakiwać przez barierki
na przeciwległy pas.
A że to sprawa niełatwa, bo słupki wysokie, to muszą się nawzajem podsadzać, skupili się w grupę
i zablokowali półciężarówkę z gośćmi na wesele, a tym bez przewiewu gorąco od razu, bo stłoczeni bardzo.
Zaczęli więc wysiadać i próbować jakieś zakupy zrobić, bo jak się klienci zjawili, to bardzo szybko
gość z arbuzami i kukurydzą wózkiem podjechał.
Zauważyłem tylko, że choć wszyscy uczestnicy ruchu okazują sobie nawzajem całkowite lekceważenie,
zajeżdżając drogę trzeba czy nie, blokując bez sensu ruch, podejmując rozliczne próby staranowania -
wcale nie wyglądają a zdenerwowanych.
Widziałem to setki razy - sfaulowany kierowca zawsze ma taką przerażająco smutną minę, jakby mówił:
zabijasz we mnie wiarę w człowieka i patrzy wzrokiem skrzywdzonego spaniela.
Uważam, że to klakson rozwiązuje sprawy.
Gdyby tak u nas pozwolić wszystkim trąbić bez przerwy, wszędzie i na wszystkich, to na pewno każdemu
kierowcy w Polsce też by ulżyło.

Po sześciu godzinach takiego wesołego miasteczka mieliśmy podróży po Indiach cokolwiek dość.
Pewnie dlatego, że nie mogliśmy sobie na klakson ponaciskać.
Na dodatek a może właśnie przez ten brak klaksonu, tradycyjna ceremonia w hotelu zamiast mnie bawić,
to zaczęła wkurzać.
Obsługę, która godzinie manewrów przywlokła trzecie łóżko zamiast wynagrodzić banknotem 100 rupii -
opyskowałem i przepędziłem.
Znów zacząłem krzywdzić ludzi:(


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 18 Kwi 2020 17:56 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Plany na kolejny dzień w Indiach były najbardziej ambitne wśród całego objazdu.
Miało się zacząć i zaczęło od Świątyni Małp, kilkanaście kilometrów od Jaipuru.
Dojazd tutaj nie jest zbyt wygodny, przez wioski, miejscami dość wąską, na dodatek
licznie okupowaną przez krowy drogą.
Przeszkodę mogą stanowić też nisko przelatujące pawie albo pawie przebiegające.
A świętej zwierzyny nie sposób przegonić, więc jak zajdzie drogę, to trzeba cierpliwie zaczekać.
Załącznik:
DSC07431.JPG

Załącznik:
DSC07433.JPG

Pewnie dlatego zorganizowane wycieczki nie za często się tu wybierają.
Wycieczki niech więc żałują a tacy, jak my, z kolei, mogą się cieszyć podwójnie, bo oprócz
tego, że w środku gór można oglądać stare, hinduskie sanktuarium to jeszcze na dodatek jest cisza i spokój.
Droga przez kompleks świątynny pnie się stopniowo do góry, później, gdy minąć ostatnie zabudowania, jest
trasa pielgrzymkowa na szczyt pobliskiego wzniesienia.
Można się tam wybrać pieszo, ale wówczas trzeba na to ze dwie godziny chyba, albo zawiozą nas tam motorem.
Niestety, nie było na to czasu i nie wypróbowaliśmy żadnej z możliwości.
Załącznik:
DSC07439.JPG

Załącznik:
DSC07443.JPG

Załącznik:
DSC07449.JPG

Załącznik:
DSC07457.JPG

Załącznik:
DSC07464.JPG

Potem mieliśmy jechać do Agry, około 300 km.
W przeciwieństwie jednak do wczoraj, tym razem nie miała to być tylko sama nurząca jazda, bo po drodze
były do zobaczenia a nawet do dłuższego zwiedzania różne fajne miejsca.

W Abhaneri jest zabytkowy, wielki zbiornik na wodę a obok niego ruiny świątyni, też zabytkowej.
Czasy, kiedy można było to sobie pooglądać za darmo (tak twierdził przewodnik) zdaje się, że przeszły
bezpowrotnie do historii, wstęp kosztuje 100 MPH i na dodatek kupuje się kota w worku, bo dopiero, gdy
zapłacimy i wejdziemy do środka, będzie wiadomo, czy było warto.
Zatem - gdyby ktoś był w Abhaneri i zastanawiał się nad zamianą 100 paczek herbatników na bilet wstępu -
to naszym zdaniem warto.
Choć do oglądania jest nieporównywalnie mniej, niż na przykład w pałacach maharadżów, to widok budowli jest
wyjątkowo surrealistyczny, nie można powiedzieć, że niepowtarzalny, bo w Rajastanie takich studni jest więcej.
Załącznik:
DSC07510.JPG

Załącznik:
DSC07511.JPG

Załącznik:
DSC07518.JPG

Załącznik:
DSC07520.JPG

Załącznik:
DSC07526.JPG

Surrealistycznie wyglądała też hinduska świątynia, tym razem ani trochę zabytkowa, do której wstąpiliśmy w miasteczku
po drodze.
Wyglądała jak wielka, różowa landrynka a żeby było jeszcze bardziej słodko, akurat niedaleko wejścia sprzedawali
sok z trzciny cukrowej.
Taki biznes trzcinowy jest tutaj bardzo popularny.
Polega on na tym , że na wózku jest zamontowany nieduży diesel z dużym kołem zamachowym i jeszcze większą przekładnią.
W tryby tej przekładni wkłada się łodygi, koła je rozgniatają i wypływa sok.
Na widok naszych starań podjętych w celu zakupu i spróbowania w/w specjału oczy Parveena zrobiły się cokolwiek okrągłe,
podbiegł do nas i zaczął się upewniać, czy aby na pewno chcemy robić to co robimy.
Potem dopilnował, żeby operator maszynerii przegonił wszystkie muchy, posolił wodę, potem tą wodą umył wyciskarkę
i wyciągnął kubki z nowego opakowania a nie skądś tam.
Sok był fajny i nie okazał się trujący, jakkolwiek cień uświadomionego ryzyka trochę zabawę popsuł.
Dobrze, że Parveen nie wiedział, że już raz wypuszczeni samopas takiego eksperymentu dokonaliśmy kilka dni temu.
Wtedy jednak było już ciemno, żadnych aspektów sanitarno-epidemiologicznych nie było widać więc było przyjemniej.
Załącznik:
DSC07478.JPG

Załącznik:
DSC07481.JPG

Załącznik:
DSC07491.JPG

Załącznik:
DSC07495.JPG

Załącznik:
DSC07498.JPG

Mniej więcej w dwóch trzecich drogi Jaipur-Agra jest zjazd do Fatehpur Sikri.
Sądząc po ilości informacji w przewodniku na temat tego miejsca, wydawało nam się, że to atrakcja drugiej kategorii.
Tymczasem wszystko jest tu zorganizowane z rozmachem.
Zajeżdża się na jeden z dużych parkingów przygotowanych dla zwiedzających właśnie, potem trzeba przedrzeć się przez
miasteczko złożone ze sklepów z pamiątkami, wreszcie jest przystanek wahadłowo kursujących autobusów dowożących
pod bramę do zabytkowego kompleksu.
Założyciel Fatehpur Sikri był z dynastii Mugolskiej, wyznawał Islam, więc to co kazał wybudować, jest inne, niż
pałace i świątynie w Rajastanie, gdzie Hinduizm oparł się wyznawcom Mahometa.
Akbar, bo tak się on nazywał, chciał koniecznie mieszkać blisko pustelnika-astrologa, który mu pasował do towarzystwa,
a że pustelnik nie chciał się przeprowadzić, to władca postawił pałac i całe miasto koło domu swojego idola.
W efekcie, wszystkim było tu nie po drodze i gdy Akbar opuścił ten świat, wszyscy pozostali opuścili miasto.
Tak to było, mniej więcej, a dzięki temu Fatehpur Sikri nikt nie zdobywał, palił, równał z ziemią, wszystko się
pierwszorzędnie zachowało i przez pół dnia można chodzić po domach, pałacach i meczetach.
Najciekawszy wydawał się nam Meczet Piątkowy (to ten z kozami na schodach).
Żeby zobaczyć go od najciekawszej strony, idąc od pałaców trzeba obejść go naokoło a nie korzystać z nakrótszej drogi.
Załącznik:
DSC07536.JPG

Załącznik:
DSC07558.JPG

Załącznik:
DSC07565.JPG

Załącznik:
DSC07574.JPG

Załącznik:
DSC07589.JPG

Załącznik:
DSC07622.JPG

Załącznik:
DSC07626.JPG

Załącznik:
DSC07636.JPG

Załącznik:
DSC07661.JPG

Załącznik:
DSC07665.JPG

Do Agry dotarliśmy późno, już w Fatehpur Sikri słońce chowało się powoli za horyzont.
Pomimo ciemności, miasto w którym jest Taj Mahal zrobiło na nas wszystkich, bez wyjątku - piorunujące wrażenie.
"Ponad wszystkie wasze uroki -- Ty! poezjo, i ty, wymowo -- Jeden wiecznie będzie wysoki:
Odpowiednie dać rzeczy słowo!"
Podparłem się autorytetem poety Cypriana Kamila, żeby usprawiedliwić się w kwestii tego, co tu dalej napiszę.
Otóż, ogólnie wiadomo, że w Indiach to nie wszędzie jest porządek, w sensie, że nie wszędzie jest posprzątane
do końca dobrze.
Ale gdyby powiedzieć tutaj, w niektórych miejscach, np. "azaliż tu bałagan panuje" - nie byłoby to nadanie
odpowiedniego słowa rzeczy.
Zatem posługiwaliśmy się, w różnych sytuacjach, zdecydowanie lepiej dopasowanym określeniem,
mianowicie: "pierdolnik".
Po pół godziny przeciskania się przez ciemne i zatłoczone przedmieścia Agry, Parveen chrząknął znacząco i stwierdził:
- Agra należy do tych miast w Indiach, gdzie problem usuwania nieczystości nasilił się w ostatnich latach.
Tymczasem Asia oglądała widok za oknem coraz większymi oczami.
- Co to jest?!
- O matko! Co to jest?!
- Nie wierzę!!!
Faktycznie, w tym wypadku "pierdolnik" nie nadawał rzeczy odpowiedniego słowa.
Nowe wyrażenie: "kurwidół" jak na razie zostało zastrzeżone wyłącznie dla podmiejskich okolic Agry.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 18 Kwi 2020 18:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 1362
Loty: 66
Kilometry: 132 538
Ostrzeżenia: 1
złoty
ostatni obrazek aby właściwy?
_________________
Coito ergo sum
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 20 Kwi 2020 19:19 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Nie wiem. A co mu dolega?
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 16 Cze 2020 18:30 

Rejestracja: 05 Mar 2017
Posty: 714
srebrny
@TikTak a gdzie ciąg dalszy?
Bardzo lubię Twoje relacje
_________________
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 16 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group