Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 41 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 14 Paź 2019 14:08 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
- Ej, ale będzie widać góry? - zapytała Asia.
"Właściwie wyłącznie" powinienem odpowiedzieć, ale wtedy jeszcze nie byłem taki mądry
- No wiesz, tam jest dużo gór, to chyba będzie...
- Dobra, kupuj!

I tak oto, zamiast lecieć w jakieś ciepłe miejsce z palmami, turkusową wodą i białym piaskiem albo jechać na Bałkany lecimy do Kazachstanu, ale z planem, że większość wyjazdu spędzimy w Kirgistanie.
Azja Centralna chodziła za nami już od dawna, ale nie była jakoś wysoko na liście. Mocno podskoczyła, gdy przeczytaliśmy świetną relację @nenyan: "Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan: od Pamiru po M. Aralskie" (którą przy okazji bardzo polecam, jeśli ktoś nie widział i nie czytał). Plany na ten rok były jednak inna, ale gdy pod koniec marca na f4f pojawiło się info o promocji do Ałmaty, coś nas tknęło. Że może jednak... Że teraz... Że w sumie żadnych konkretnych planów nie mamy...
W pierwszej wersji miał to być wyjazd tylko do Kazachstanu, w dodatku wymyśliłem sobie, że wynajmiemy auto z kierowcą i nas będzie wozić, bo przecież to taki dziki kraj... Sam nie wiem, skąd mi się takie bzdurne pomysły czasami biorą.

Poczytałem relacje i blogi, pooglądałem jakieś filmiki i już wiedziałem, że:
1. Żadnego "pana z samochodem". Daliśmy radę w USA (i kilku innych dzikich miejscach jak Zanzibar czy Neapol), damy radę i tu.
2. W Kazachstanie nie ma za wiele do zwiedzania, za to tuż obok, w Kirgistanie jest o wiele ciekawiej. To moja opinia, i jeżeli ktoś ma inną, to ja to szanuję.

Na południu Kazachstanu postanawiamy zobaczyć kilka jezior oraz spędzić chwilkę w Ałmaty, w Kirgistanie najdalszym oraz jednocześnie najważniejszym punktem zostaje baza pod Pikiem Lenina, a jak pogoda i kondycja pozwoli, to z bazy wejdziemy do obozu pierwszego. Oczywiście, choć w Kirgistanie nie ma za dużego wyboru, do tej bazy nie pojedziemy najkrótszą drogą, tylko najciekawszą. :)
Większość relacji, zwłaszcza z Kirgistanu pisali podróżnicy, którzy preferowali transport publiczny lub łapanie okazji. Dla nas było to nie do przyjęcia, z uwagi na ograniczony czas i napięty program. Poza tym marszrutka nie zatrzyma Ci się na przełączy, bo ładny widok, tylko będzie zasuwać z maksymalną możliwą (nie mylić z "dozwoloną") prędkością w dół. Zatem trzeba auto wynająć, i to jakieś porządne. Z tego, co poczytałem i zobaczyłem, wysoko zawieszony SUV z napędem 4x4 wcale nie będzie przesadą. Co prawda i Matizem ludzie dojeżdżali do Song Kul, pokonując po drodze przełęcze powyżej 3 tys. m.n.p.m. a Arkady Paweł Fiedler maluchem był jeszcze wyżej, ale nie tego rodzaju adrenaliny nam potrzeba. :) Zaczynam szukać auta najpierw w popularnych sieciówkach i ZONK - ceny są z kosmosu. Zaczynam drążyć temat. W tym momencie warto wspomnieć, że całkiem nieźle sobie oboje radzimy z językiem rosyjskim, a cyrlica nie jest dla nas zbiorem dziwnych robaczków. Okazuje się, że to właściwy trop. Na stronach rosyjskojęzycznych ceny są znacznie bardziej przystępne, wypożyczalnie mają jakieś opinie i oceny wystawiane przez wynajmujących, a kontakt za pośrednictwem e-maili lub WhatApp działa bez zarzutu.
Niestety, pojawił się kolejny problem - przekroczenie granicy wynajętym autem. Nie dość, że są wymagane dodatkowe papiery i ubezpieczenia, to i cena drastycznie rośnie, a w ogóle potencjalni wynajmujący zniechęcają nas do tego rozwiązania.
OK, to weźmiemy dwa auta. :) Jedno w Kazachstanie, drugie w Kirgistanie, a trasę między Ałmaty a Biszkekiem pokonamy marszrutką.

Ostatecznie w Ałmaty bierzemy kilkunastoletnią Toyotę LandCruiser od Andrieja. Nie miał co prawda najniższej ceny za dzień wynajmu, ale jako jedyny policzył nam za okres od godziny 5:00 rano we wtorek do godziny 18:00 w środę jak za jeden dzień. Pozostali liczyli to jak 2 dni i tym sposobem Andriej wygrał. Wynajem Toyoty na jeden dzień miał nas kosztować ostatecznie 30k KZT (tenge), czyli ok. 300 PLN. Warto jeszcze wspomnieć, że większość wynajmu aut a Ałmaty, to wynajem do jeżdżenia w granicach miasta i taka jest domyślna formuła. Wynajem z opcją wyjazdu gdzieś dalej poza miasto kosztuje drożej. Zwracajcie na to uwagę, jeśli będziecie dogadywać cenę.
W celu zarezerwowania musiałem wysłać skan prawa jazdy oraz biletów. Dodałem do nich na wszelki wypadek "znaki wodne". Żadnej przedpłaty, całość przy odbiorze auta, gotówką. W tej cenie Andriej miał nam podstawić auto na lotnisko o godzinie 5:00 rano. W normalnych godzinach i z biura byłoby taniej.

W ramach przygotowań rezerwuję też kilka pierwszych noclegów, dalej będziemy improwizować. O noclegach będę pisał, jak już tam dotrzemy. Za jedne z noclegów płacę Dinersem, aby aktywować ubezpieczenie.

Termin wylotu zbliża się wielkimi krokami. Lecimy z Warszawy liniami Ukraine International Airlines z BARDZO KRÓTKĄ przesiadką w Kijowie. Na forum można poczytać, że 35 minut wystarczy na zmianę samolotu, ale bałem się troszkę tej przesiadki, bo by się nam plan posypał. Lecimy tylko z bagażem podręcznym i to kolejny powód do zmartwień, bo ani noża zabrać ani jakichś sprzętów, które mogłyby się przydać gdzieś w górach. W dodatku przygotowaliśmy się na temperatury sporo poniżej zera, a kurtki już się do plecaków nie mieściły, polary również. :) Zatem początek lipca, piękna pogoda, a my w polarach, kurtkach zimowych i z plecakami pakujemy się do samolotu. :)

Image

Image

Image

Image

Odcinek do Kijowa bez przygód. Przygody zaczęły się na lotnisku w Kijowie. Dolecieliśmy z minimalnym opóźnieniem, a my mamy 35 minut do następnego lotu. Zatem biegiem.
Z tym, że przypominam, w lipcu, w polarach, kurtkach zimowych i z plecakami (tak ok. 50 l każdy). Wyglądaliśmy na tyle niezwykle w tłumie ludzi w krótkich rękawkach, że jak się bezczelnie przepchnąłem przez całą kolejkę do security, holując za sobą Asię, to nikt się nawet słowem nie odezwał.
A może zadziałała tu mentalność człowieka postsowieckiego - skoro się przepycha, to najwyraźniej ma do tego prawo. No w każdym razie to był kluczowy moment, bo kolejki było na kilkanaście minut stania, a boarding na nasz lot do Ałmaty już się zaczął.

Przy samym wejściu niemiła niespodzianka - mieliśmy, zupełnie przypadkowo, przydzielone przez system miejsca w Exit Row, ale długopis pani, która wpuszczała na pokład zmienił nam je na inny rząd. Zdyszani, spoceni weszliśmy jako jedni z ostatnich na pokład. Siedzi z nami, przy oknie, elegancko ubrana starsza pani (na oko 60+) o środkowoazjatyckiej urodzie. Początkowo nieufnie na nas patrzyła, ale później troszkę się rozkręciła i pogadaliśmy po rosyjsku. Pani wracała z trzytygodniowych wakacji, które jak co roku spędza w sanatorium w Karlowych Varach. "Bo tam Panie to elegancko i Europa!" Zasugerowałem, że mogłaby się kiedyś do Polski wybrać, bo też pięknie, to odpowiedziała, że do takich postkomunistycznych krajów jak Polska czy Ukraina, to nie jeździ. Ona jeździ do cywilizowanych miejsc. Nie udało się jej przekonać, że w kilku miejscach swojej wypowiedzi nie ma racji, ale za mocno tez nie próbowałem, bo i po co, skoro ona wiedziała lepiej jak jest w Polsce, niż ja. :lol:
Dowiedzieliśmy się też, że pani ma córkę w USA, w stanie Colorado i że była u córki kilka tygodni, ale jej się tam bardzo nie podobało. Ludzie tam ze sobą nie rozmawiają, nie odwiedzają się i nawet nie ma chodników a do sklepu się jedzie samochodem. U siebie w Ałmaty jak idzie do sklepu, to kilka koleżanek po drodze spotka, a takie zakupy to mogą i kilka godzin potrwać. :lol:
Dopytywała się też, czy wiemy gdzie lecimy, bo w Ałmaty to teraz ponad 30 stopni na plusie i te zimowe kurtki to nie bardzo. Gdy wytłumaczyłem, że my do Kirgistanu i w góry, to usłyszałem po raz pierwszy, że do Kirgistanu to zupełnie nie warto jechać, bo tam nic nie ma. W czasie tego wyjazdu, od Kazachów, usłyszałem taką opinię co najmniej kilkukrotnie.

Sam lot OK, zapamiętałem jedynie, że byłem pozytywnie zaskoczony jedzeniem, było naprawdę smacznie.

Lądujemy lekko przed czasem i idziemy ogarnąć internet i poczekać w kawiarni na Andieja i naszą Toyotę. Kawiarnia na przylotach jest jedna, duża, jedzenia tam za bardzo nie polecam, takie sobie, ale herbata dobra i gorąca. Tuż przy kawiarni jest punkt sprzedaży kart SIM. Bardzo drogi punkt. Mimo tego, że pokazywałem im cenniki w internecie i targowałem się, to ostatecznie i trochę zeszli z ceny ale i tak przepłaciłem. Jakieś 20 PLN drożej, niż bym kupił w mieście, no ale nie było na to czasu, zwłaszcza, że o 5:00 rano, to mógłbym nie znaleźć czynnego punktu.
Andriej pojawia się planowo, szybko załatwiamy formalności i możemy ruszać. Auto na wszelki wypadek obfotografowałem, ale całkiem niepotrzebnie. Przy zwrocie nawet go za bardzo nie oglądał, sprawdził tylko poziom paliwa.

Image


Image

Ahoj przygodo!

Dziki kraj okazuje się zaskakująco mało dziki. Wszystko jest takie jakieś normalne i w miarę europejskie. Ulice, chodniki, nawet szklane domy mają.
Najbardziej zaskoczył mnie chyba widok ekip, które dbały o zieleń miejską i niezliczoną ilość kwietników i klombów. Skoro mają zasoby na takie akcje, to znaczy, że nie ma tu biedy oraz że jest tu jakaś cywilizacja.

A później zaczęły się góry...

Image

Image

Image

Naszym pierwszym celem było jezioro Big Almaty, położone na wysokości 2511 m.n.p.m., jakieś 16 km od centrum miasta. Bo, może ktoś nie wie, ale Ałmaty leżą naprawdę blisko, naprawdę dużych gór, które się w dodatku pięknie nazywają: Tien-Szan (Góry Niebiańskie). :)
Jezioro jest jednym z głównych źródeł zaopatrzenia Ałmaty w wodę (stąd te rury). Powyżej jeziora znajduje się obserwatorium astronomiczne a jeszcze wyżej, nieczynny już, ośrodek treningowy dla kosmonautów. Całość jest w pasie przygranicznym i dostęp tu jest ograniczony. Założenia: jedziemy najdalej i najwyżej, jak się da.

Image

Image

Nad jeziorem jesteśmy około 6 rano. Tłumów nie ma, są tylko dwa auta, z których wyłaniają się dość dziwni jegomoście. Jak by mnie ktoś zapytał, jak wygląda mafiozo w Kazachstanie, to bym opisał właśnie takich panów. Panowie są wyraźnie skacowani i wygląda, że przyjechali tu na zachód słońca, ale się troszkę zasiedzieli. :) Na szczęście okazują się przyjaźnie nastawieni i ciekawi, co to za idioci o świcie po górach jeżdżą. Troszkę pogadaliśmy, jeden z nich nawet był kiedyś w Polsce. Inny ma sąsiadów Polaków, z tych, którzy zostali zesłani do Kazachstanu w czasie 2 wojny światowej. Jest miło, i pewnie, gdyby mieli jakąś flaszkę, to by zaproponowali, ale wygląda, że się wszystkie wieczorem skończyły a do sklepu daleko.
Asia poszła robić zdjęcia jakimś roślinkom, a ja zdobyłem jeszcze jednego przyjaciela.

Image

Image

Image

Sympatyczna sabaka przyleciała do mnie z własną zabawką, żebym się z nią troszkę pobawił. Zabawka okazała się byś bokserkami, więc wyobraźnia nie pozwoliła mi na jakieś bliższe z nimi zapoznanie. :lol:
Zostawiamy psa, bokserki i mafiozów, i jedziemy wyżej. Mafiozi twierdzą, że pogranicznicy nas nie wpuszczą, ale spróbować trzeba.
I wpuścili. Bez najmniejszych problemów. Młody wojak rzucił okiem na nasze paszporty i powiedział, że jak turisty, to możemy jechać do następnego szlabanu.
No to jedziemy.

Image

Image

Image

Image

Image

Kosmiczne takie trochę to zdjęcie, co? 8-)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ewidentnie koniec drogi.
Na kolejnych zdjęciach widać takie malutkie, drewniane domki. Ponoć służyły one do sprawdzania, jak sobie przyszły kosmonauta radzi z samotnośią. Zamykano gościa w takim domku i tam siedział ileś dni.

Image

Image

Rozpoczynamy zjazd w dół. Gdy mijaliśmy parking przy jeziorze mafia już się zwinęła, za to rozwijał się miejscowy przedsiębiorca-restaurator ze swoim foodtruckiem. Wyglądał na mocno zdziwionego, że o tej porze jacyś turyści już z góry zjeżdżają. :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zjeżdżamy na poziom miasta, co oznacza ok. 700 m.n.p.m. Po drodze na przedmieściach kupujemy owoce (pyszne) i opuszczamy Ałmaty wyruszając w długą drogę ku kolejnym atrakcjom...

Image
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
27 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 16 Paź 2019 20:05 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Ты пил! (Piłeś!) - powiedział lekko podniesionym głosem policjant.
Minę miał groźną, ale oczy mu się jakby uśmiechały...
Ни хуйa! (Nie, nie piłem! ;) ) - odpowiedziałem ni to po polsku, ni to po rosyjsku...
Na dłuższą chwilę zapadła cisza...

Kurde, może te oczy się wcale nie uśmiechały? Może azjatyckie oczy uśmiechają się zupełnie inaczej?

Załącznik:
Mapa dzień 1.JPG


Jechaliśmy do Saty. Z 400 km, które mieliśmy tego dnia do przejechania zostało nam jeszcze jakieś 250. Nie za daleko odjechaliśmy. To już nie były Ałmaty, ale wciąż jeszcze czuło się bliskość dużego miasta.

Policjanci stali w bocznej drodze i "suszyli" auta na głównej. My zajechaliśmy ich tak trochę od tyłu. Młody policjant, który stał z suszarką pewnie by nas nie zatrzymał, ale jak zobaczyli białasów w środku, to machnął. A gdy do tego usłyszał jak mówię niczym Michał Pater "Я из Польши..." (Ja z Polski) to już nie było przebacz.

- Proszę zabrać dokumenty i wsiąść do radiowozu.

Biorę zatem papiery z wypożyczalni, prawo jazdy normalne i międzynarodowe, paszport i idę do radiowozu. Nie pamiętam, co to było, ale jakieś takie niezbyt nowe. W środku dwóch kolejnych policjantów i od razu widać, który z nich rządzi. Ten gruby, spocony, w niechlujnie wyglądającym mundurze. W aucie jest duszno i śmierdzi jakimś żarciem.

- Полак. Он говорит по русски. (Polak, umie po rosyjsku.) - zaanonsował mnie Młody.

Gruby wyraźnie się ożywił.

- Polak? Wspaniale... Co robisz w Kazachstanie?
- Zwiedzam wasz piękny kraj.
- Zwiedzasz powiadasz? A może ty natowski szpieg, co? - Gruby spojrzał na mnie groźnie...
- O, to, to... może szpieg... - zarechotał Trzeci z dzielnych stróżów prawa.
- Gdzie, ja szpieg? Czy ja wyglądam na szpiega? - uśmiechnąłem się najszczerzej, jak potrafiłem. I najbardziej głupkowato.
- No właśnie, nie wyglądasz. I to właśnie jest podejrzane, bo szpieg nigdy nie wygląda jak szpieg. To gdzie pracujesz?
I tu leci cała seria pytań o miejsce zamieszkania, zawód, wykształcenie i co tam jeszcze im do głowy przyjdzie. Trochę się plączę w odpowiedziach, bo mi znajomości rosyjskiego nie starcza. Niby byłem spokojny, bo wiedziałem, że nie mają się do czego przyczepić, ale jednak stres był.

I wtedy Gruby wytacza najcięższe działa:

Ты пил! (Piłeś!)...

Moja odpowiedź chyba go troszkę zbiła z tropu, ale w końcu uśmiechnął się tajemniczo i wyjął alkomat. Normalny, bezdotykowy.

- Dmuchaj...

Dmuchnąłem. Urządzenie zapiszczało, zamrugało i zaczęło wyświetlać na zmianę dwa komunikaty:
ALC: 0.0
TEMP: 35.5


- No widzisz... Piłeś... Po co kłamać władzy... - Gruby patrzył na mnie uważnie - U Ciebie 35 i pół alkoholu jest...
- Jak? Zaraz! Przecież tu jest, że ZERO! Alkohol zero! Temperatura 35,5! A alkohol ZERO!
- No zobacz - powiedział Gruby do Trzeciego - Polak się awanturuje... A czy Ty wiesz Polak, że my Cię teraz powinniśmy zabrać do szpitala na badanie krwi? Tam się Tobą zajmą, wyjdzie ile piłeś. I zapłacisz milion tenge (jakieś 10.000 PLN) Zostaniesz w szpitalu na leczenie na 3 lata... Chcesz spędzić 3 lata na leczeniu w Kazachstanie?

Im dłużej on mówił, tym lepiej się czułem. To oni takie cwaniaki są. :) Trzy lata leczenia powiadasz? Nie kochany, łapówki nie będzie, przynajmniej nie bez walki...

- Panie oficerze, ja policję szanuję. W każdym kraju. Jak trzeba jechać do szpitala, to jedźmy, ale szkoda czasu. Bo ja nic nie piłem i w szpitalu to wyjdzie. Nie lepiej łapać tych, co naprawdę coś złego zrobili?
- To może wczoraj piłeś...
- nie poddawał się Gruby.
- Ja całą noc w samolocie spędziłem, dopiero dzisiaj przylecieliśmy. A to klasa ekonomiczna, alkoholu nie dają, choćbym chciał...
- No tak...
- Zamyślił się Gruby. Spojrzał pytająco na Trzeciego, ale ten tylko wzruszył ramionami. - A z kim jedziesz? Kto tam jest w aucie?
- Żona
- Żona legalna? - Gruby ewidentnie chwytał się brzytwy...
- Bardzo legalna.
...
- Dobra Polak. My tu, w Kazachstanie, jesteśmy bardzo gościnni. I ja Ci nie będę robił problemów. Zwiedzaj nasz kraj, tylko autem jeździj ostrożnie, prędkości nie przekraczaj i nie pij, jak masz jechać. Rozumiesz?
- Tak jest! Dziękuję panie oficerze.
- Wy na długo do Kazachstanu przyjechali - zainteresował się jeszcze Trzeci.
- Na kilka dni, później jedziemy do Kirgistanu.
- Do Kirgistanu? A po co? Przecież tam nic nie ma...


Trwało to wszystko pewnie kilkanaście minut, w tym czasie Asia siedziała w Toyocie i zastanawiała się, czemu tak długo nie wracam. I zaczęła jej pracować wyobraźnia... A jak mnie zatrzymają? To co ona sama zrobi? Nawet nie wie, gdzie jechać, do kogo się zwrócić o pomoc... Oczywiście przesadzała, na pewno poradziłaby sobie świetnie i gdyby Gruby chciał mnie zatrzymać to pewnie za kilka godzin miałby na głowie Konsula albo i jednostkę Gromu... :lol: Kiedy jej opowiedziałem, że było blisko spełnienia się jej obaw, i że "35 i pół alkoholu" i "3 lata więzienia" to śmiechom nie było końca...

Dalsza jazda już bez przygód. Początkowo jechaliśmy przez tereny podmiejskie. Było sporo wioseczek, jakichś sklepów, bazarów... Kiedy zaczęło się robić bardziej pusto postanowiłem zatankować, żeby później się nie martwić, czy będzie jakaś stacja.
Tankowanie to jeden z bardziej sympatycznych momentów podczas podróżowania po Kazachstanie i Kirgistanie. 60 litrów benzyny za około 100 PLN. :D Poniżej 2 PLN za litr. Tak to ja mogę jeździć...
Gdy skończyły się tereny podmiejskie, to zaczęły się jakieś pola uprawne, a później już tylko step. Ale nie za długo, bo znowu zaczęliśmy się zbliżać do gór Tien-Szan. I było coraz ładniej...

Image

Image

Image

Image

Trochę nas zmęczenie po trasie dopadło, bo to w końcu kilka godzin różnicy, a do tego bardzo krótka i kiepsko przespana noc. Dwa czy trzy razy zatrzymywaliśmy się na mikrodrzemki. Polecam, lepsze niż Red Bull.

Image

Image

Image

Zatrzymujemy się przy punkcie widokowym na Kanion Szaryński, ale do samego kanionu nie jedziemy. Jesteśmy świeżo po zwiedzaniu zachodu USA (Wielki Kanion, Utah itd), więc odpuszczamy. Chociaż Kanion Szaryński nawet w takiej małej dawce, w jakiej my go widzieliśmy, ładny.

Image

Image

Image

W Saty mamy zamówioną wcześniej kwaterę w Gościńcu "Maria". Jedna noc, dwie osoby, 3 posiłki dziennie i to wszystko za niecałe 200 PLN. Były tańsze miejsca w okolicy, ale nie wyglądały za dobrze.
Wyszukałem sobie ten dom wcześniej na Google Maps, żeby się nie błąkać po wiosce. Na google opisany jest "Гостевой дом "Мария" в поселке Саты близ озер Кольсай и Каинды". Zajeżdżam na miejsce zgodnie z mapą, dom niby jest, ale troszkę jakby inny, niż to, co widziałem w internetach. Nie, że gorszy. Inny. Jak się później okazało, po prostu trochę go przebudowali. Nowych zdjęć nie wrzucili, bo i po co. ;)
Brama zamknięta, parkuję obok i zaczynam się dobijać. Tzn. dzwonić dzwonkiem. Nikogo. No dobra, czekamy. Przed przyjazdem miałem kontakt z gospodynią przez WhatsApp. Piszę więc do niej, że jesteśmy, wysyłam zdjęcie domu i pytanie, czy to tutaj. Niestety, jest offline.
Po kilku minutach przychodzi jakaś młoda dziewczyna z siatami pełnymi zakupów i otwiera bramę. Pytam ją grzecznie, po rosyjsku, czy to "Гостевой дом Мария", a dziewczyna wpada w panikę. Coś tam mruczy pod nosem, zamyka bramę i z zakupami, biegiem ucieka w stronę wioski. Tego się nie spodziewałem... :shock:
Po kolejnych kilku minutach, wraca z jakimś chłopakiem. Tak na oko ok. 20 lat. Podchodzą do nas, więc ponawiam, bardzo grzecznie, pytanie. Wywołuje to ożywioną dyskusję pomiędzy nimi, w języku, którego nie znam. Chłopak wyciąga komórkę, gdzieś dzwoni i dość długo rozmawia..
- Musicie tu poczekać. - mówi mi po skończonej rozmowie.
- Czyli to tutaj? Pensjonat Maria?
- Nie wiem, czekajcie. - i się oddala.

:?

Dziewczyna z zakupami wchodzi do środka, ale nas nie wpuszcza. Czekamy, ale coraz bardziej chodzi mi po głowie, żeby zmienić lokal. Jakieś szyldy po drodze mijaliśmy...
Wreszcie przychodzi jakaś ciotka i ratuje sytuację.
Tak, to pensjonat Maria. Tak, czekają na nas. Ona tylko u koleżanki była, ale już jest i zaraz będzie robić kolację. Chcecie kolację?
Kolację poprosiłem na trochę później. Najpierw chcielibyśmy się rozgościć i umyć. Przypominam: biegi z plecakami w zimowych kurtkach, noc w samolocie, łażenie po górach, stres w dusznym radiowozie - prysznic to nie była kwestia wyboru tylko konieczność.
A sama kwatera? Całkiem, całkiem... Na piętrze kilka pokoi z wejściem z wspólnego, dużego pomieszczenia. Na dole kuchnia, jadalnia prysznic i toaleta.
Z pozytywów to wspólne pomieszczenie ma wielkie okno ze świetnym widokiem. Łóżko w naszym pokoju wygodne. I wszędzie bardzo czysto.

Image

A teraz ciekawostki:
W sypialni żadnych mebli, tylko dwa łóżka. Żadnej szafy, stolika, krzesła, półki. Nawet, kurde, gwoździa w ścianie nie było.
W jadalni ozdobny, kryształowy żyrandol troszkę nie współgra z ceratą na stołach. Za to sufit ładny. :) Niestety, cały budżet przeznaczony na żyrandole został skonsumowany przy zakupie tych kryształów do jadalni i w pozostałych pomieszczeniach żyrandoli nie było.
W jadalni jest też umywalka. I bardzo dobrze, można sobie ręce umyć przed jedzeniem albo po skorzystaniu z toalety. Tak, bo w toalecie ani łazience umywalek nie ma. :lol: Żeby umyć ręce po skorzystaniu z toalety trzeba przejść dokładnie przez cały parter, do jadalni.
Pod prysznicem była półka na mydło czy szampon. Ale spadła. No to teraz sobie leży na podłodze. Komu to przeszkadza...
Bardziej przeszkadza, że prysznic kopie. Prądem. Nie za mocno i wyłącznie wtedy, gdy się chwyci za słuchawkę stojąc nie w brodziku, tylko obok, na podłodze. Odpuściłem sobie płukanie po sobie brodzika...
Toaleta niemal normalna. Muszla i deska widać, że nowe. Najwyżej kilka miesięcy. Nawet jeszcze nie zdążyli tej deski przykręcić...

Image

Image

I żebyśmy się dobrze zrozumieli - ja tu nie narzekam i się nie żalę. To jest bardzo fajny pensjonat i jak ktoś się tam wybiera, to polecam. Można śmiało tam wbijać. Tylko trzeba mieć świadomość, że to jest jednak Azja. Dom jest w miarę nowy, cały czas rozbudowywany i są pewne... nazwijmy to, niedoskonałości. W Polsce nie do pomyślenia, ale tam po prostu tak jest.
Podejrzewam, że to jeden z lepszych obiektów w okolicy.

Umyci i najedzeni natychmiast zasypiamy. Budzą nas jakieś odgłosy ze wspólnego pomieszczenia. Okazuje się, że jest tam troje nastolatków (para z Ałmaty i dziewczyna z Ukrainy), którzy właśnie wrócili znad jeziora Kaindy, a teraz grają w domino czekając na taksówkę, która ich zawiezie do Ałmaty. Troszkę porozmawialiśmy i w sumie natchnęli nas, żeby jeszcze dziś jechać nad jezioro Kolsai. Bo blisko, a droga bardzo normalna.
Byliśmy umówieni na jutro, na 8 rano z kierowcą, który miał nas zawieźć nad jezioro Kaindy, a na Kolsai chcieliśmy jechać sami, później. Jadąc dzisiaj zaoszczędzaliśmy trochę czasu, a że z dwie godziny pospaliśmy, to i organizmy się zregenerowały.
Zatem w drogę.
Młodzież do taksówki, która właśnie przyjechała, a my nad jezioro.
Po drodze jest szlaban i trzeba kupić bilet .Za wjazd autem oraz dwie osoby zapłaciłem 17 PLN i o tyle mniej zapłacę jutro jadąc nad Kaindy (bo to wspólny bilet). Jezioro ładne, ale bez szału. Może to kwestia tego, że byliśmy za późno, a słońce się już schowało za górami.

Image

Image

Image

Wracamy do hotelu, podziwiamy jeszcze zachód słońca przez okno i kończymy ten baaardzo długi dzień. Jak się chce zwiedzić "cały" Kazachstan w 2 dni, to musi być intensywnie.

Na koniec jeszcze taka dygresja - wyjazd był w lipcu, piszę to w październiku. Jakim cudem pamiętam tyle szczegółów?
Nie pamiętam.
Wiedziałem, że nie będę pamiętał, bo tydzień po powrocie lecieliśmy na Islandię, więc nie było szans na pisanie relacji na gorąco. Wymyśliłem więc sobie, że codziennie (a czasami kilka razy dziennie) nagrywałem sobie notatki w telefonie o wszystkim, co mnie spotkało, zdziwiło lub zachwyciło.

A teraz, pisząc to, słucham i sam się dziwię co tam się wyrabiało. :lol:


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
31 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#3 PostWysłany: 19 Paź 2019 20:08 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Na noc w budynku zostaliśmy sami. Nie tylko nie było innych gości, ale i nikogo z gospodarzy. :) Mogliśmy spokojnie zdemontować żyrandol (najcenniejszą rzecz, jaka tam była) i uciec pod osłoną nocy. Ale my nie tacy. Świadczy to jednak o tym, że ludzie mają tam do siebie zaufanie.

Kierowca, który miał nas zawieźć nad Kaindy miał przyjechać o 8:00 rano. Wstajemy zatem po 7:00, poranna toaleta (przypominam, jedyna umywalka w jadalni) i zaczynamy czekać.
Najpierw na panią, która miała być o 7:00 i na 7:30 nam zrobić śniadanie.Przyszła o 7:45. :) Ale śniadanie zrobiła szybko i właściwie o 8:00 byliśmy gotowi. Kierowca niestety nie :lol: Przyjechał tak coś koło 8:30. Ale przyjechał, i to jest najważniejsze.
Kierowcą okazał się być chłopak, który dzień wcześniej kazał nam czekać pod pensjonatem. Nie był zbyt rozmowny, ale nie to, że jakiś niemiły. Po prostu mało rozmowny.
Za to auto na wypasie :) UAZ-452, prawdopodobnie starszy od kierowcy. Ale sprawny. Trochę mu tylko przy większym obciążeniu jedynka "wylata", ale jak się ręką trzyma, to się da pod każdą górkę podjechać.
Nasz egzemplarz wyglądał tak:

Image

Fotele co prawda niezbyt wygodne i klimy nie było, za to był znaczek o zakazie zasmradzania powietrza przez pasażerów oraz dostęp do silnika bez wysiadania z auta. :)

Image

Image

Image

Co do samej drogi nad Kaindy - licząc od zjazdu z asfaltu jest to zaledwie ok. 12 km. Jedzie się ok. godziny. Droga nie jest jakaś bardzo trudna. Każde wysoko zawieszone auto da radę. Pytanie czy warto się tam pchać samemu? Ja stwierdziłem, że nie warto i uważam, że to była dobra decyzja. Chłopak wziął 80 PLN za podwózkę, więc nie było jakoś strasznie drogo.
Co mogło się stać, gdybyśmy pojechali sami?
Bardzo prawdopodobne jest porysowanie lakieru o krzaki. W bardzo wielu miejscach gałęzie mocno szorowały o drzwi czy dach. Przy wynajętym aucie mógłby to być problem. W kilku miejscach można też wybrać zły wariant (droga się dzieli na kilka opcji) i się wpakować w jakieś dziury czy kamienie, ale to już mniej prawdopodobne. No i można utknąć pośrodku rzeki (przy wysokim poziomie wody). Czyli można samemu, ale niekoniecznie polecam.

A my jechaliśmy tak:



Po drodze jest budka, gdzie wnosi się opłatę za wjazd. Bodajże 15 PLN za 2 osoby +17 PLN za auto, ale tego już nie musiałem płacić, bo pokazałem kwitek z poprzedniego dnia, z jeziora Kolsai. Gdy stoimy przy budce mija nas kilkuosobowa wycieczka, która udaje się w kierunku Kaindy... na koniach. 8-)
Od budki do parkingu jest jeszcze spory kawałek i tutaj uwaga: parkingi są dwa. Nas kierowca wysadził na tym pierwszym i myślałem, że dalsza droga jest nieprzejezdna lub zamknięta, ale nie. Droga jest bardzo kiepska, ale da się nią jechać. Mijało nas kilka aut z turystami, którzy byli zawożeni na drugi parking, tam, gdzie stoją jurty. Jadąc na drugi parking zaoszczędzicie sobie kilkanaście minut marszu. Zresztą macie mapkę poglądową.

Załącznik:
Parkingi Kaindy.JPG


Kiedy doszliśmy do drugiego parkingu, to akurat dojechała tam ekipa ciotek z Ałmaty, które są gdzieś w okolicy na wczasach. Ponieważ oczywiście też szły nad jezioro, to szliśmy razem, a ciotki były wyjątkowo rozmowne, głównie między sobą, ale i z nami troszkę pogadały, a nawet piosenki po drodze śpiewały. Po drodze, ze ścieżki którą szliśmy, pierwszy widok na jezioro:

Image

W końcu dochodzimy do jeziora. Ładne. Bardzo ładne. Wszyscy pewnie wiedzą, jak wygląda jedna z największych atrakcji Kazachstanu, ale i tak muszę kilka zdjęć tu dać.

Image

Image

Image

Nazwa miejscowa (po kazachsku) to Қайыңды көлі i oznacza jezioro brzozowe lub jezioro otoczone brzozami. Jezioro, jak łatwo się domyśleć, powstało na skutek osuwiska i zatamowania koryta rzeki. Powierzchnia jeziora jest na wysokości ok. 1867 m.n.p.m., długość jeziora ok. 400 m, temperatura wody w lecie nie przekracza 6 st. Celsjusza.

Image

Image

Image

I tym oto sposobem osiągnęliśmy najdalszy punkt kazachskiej części naszej wycieczki. Od tego momentu zaczynamy wracać. Szybko poszło. :lol:
Najpierw wracamy na kwaterę. W planie obiad i wyjazd. Gospodyni proponuje nam na obiad jakieś "kartoszki z mjasem" i mówi, że za pół godziny będzie gotowy, ale tych ziemniaków jeszcze nie zaczęła obierać więc ten czas nie wydaje się być wiarygodny. :) Proszę ją, żeby jednak zamiast obiadu na ciepło zrobiła obiad na szybko. Nie podoba jej się to, ale klient nasz pan i daje jakieś wędliny sery i lepioszki (rodzaj pieczywa) oraz duży dzbanek herbaty. Pojedliśmy, popiliśmy, ale całej herbaty nie daliśmy rady wypić. Pani, nadal lekko sfochowana, że nie chcieliśmy porządnego obiadu powiedziała, że za mało herbaty wypiliśmy, a kto dużo nie pije, tego głowa później boli.

I mi kurde wykrakała. :cry:

Na razie jednak nic nie boli, uiszczamy się, zabieramy graty, odpalamy Toyotę i w drogę powrotną do Ałmaty. Nie obyło się oczywiście bez przystanków na zdjęcia po drodze.

Image

Image

Image

Image

Jaka trasa? Bardzo podobna, jak pierwszego dnia., tyle tylko, że:
- nie jedziemy na Big Ałmaty :)
- nie oddajemy auta na lotnisku, tylko w centrum
- poprzednio jechałem wg google maps, tym razem wg Maps.me
Maps.me prowadzi przez miejscowość Жаланаш, google prowadzi skrótem.

Załącznik:
Skrót.JPG


Dlaczego to ważne?
1. Lepiej chyba nadrobić trochę kilometrów, bo droga przez wioskę jest nie najgorsza, natomiast skrót jest tragiczny, jeżeli chodzi o jakość nawierzchni. Za to kwiaty piękniejsze rosną właśnie wzdłuż tego skrótu.
2. W wiosce Жаланаш stały trzy dziewczyny z plecakami i łapały stopa. I pewnie by tak długo łapały, bo większość aut, jadących w kierunku Ałmaty, jeździ jednak skrótem.
Oczywiście zatrzymałem się. Jedna z dziewczyn zaczęła się pytać po angielsku, dokąd jedziemy i czy mogą się zabrać z nami... Tylko ten akcent...
- Przepraszam, a Wy przypadkiem nie z Polski?
- Ło Jezu, tak! A po czym to widać?
- Nie widać, słychać. Polacy jakoś tak specyficznie mówią po angielsku...

Dziewczyny co prawda nie jechały do Ałmaty tylko gdzieś na wschód i wysiadły po ok. 80 km na skrzyżowaniu, ale wysiadły w miejscu, gdzie ruch był już całkiem duży i pewnie szybko coś złapały. Ich plan na Kazachstan bardzo się różnił od naszego. One miały zaplanowane 3 tygodnie na zwiedzanie Kazachstanu, my 2 dni. :lol:

Image

Image

Image

Image

Zbliżamy się powoli do Ałmaty i znowu zaczynam się czuć jak zwierzyna łowna. Po drodze mijamy kilkanaście fotoradarów stacjonarnych oraz kilka patroli policyjnych. Bardzo się pilnuję, żeby jechać przepisowo, ale w końcu na moment tracę czujność. Po tankowaniu zapominam włączyć światła przed wyjechaniem ze stacji. W moim prywatnym aucie włączają się same, pewnie dlatego.
Już po kilkuset metrach, jadący z naprzeciwka patrol daje mi znaki, żebym się zatrzymał. Panowie zawracają, zatrzymują się za mną i zapraszają do radiowozu. Nie wiedziałem, dlaczego mnie zatrzymali (prędkości nie przekroczyłem) więc przygotowuję się na kolejną rozmowę o 3 latach leczenie i milionie tenge kary, ale nie.
Inna liga.
Tym razem auto to była jakaś w miarę nowa terenówka, a załogę stanowiło dwóch młodych, schludnie umundurowanych policjantów, którzy próbowali nawet po angielsku zacząć ze mną rozmawiać. Bardzo się jednak ucieszyli, że nie muszą i rosyjski wystarczy.
Pokazali mi nagranie z wideorejestratora, gdzie wyraźnie było widać, że nie mam świateł.
Pokazali mi taryfikator, gdzie jak byk było "Za brak świateł 10.00 tenge" czyli ok. 100 PLN.

Uśmiechnęli się zachęcająco.

- Вы должны написать штраф, или ... (Musicie pisać mandat, czy...)
- У вас есть 10 долларов? (Masz 10 dolców?)
- Да. (Tak)
- Ну, нам не нужно... (No to nie musimy...)


I pokazał palcem na półkę miedzy fotelami.

A później wjechaliśmy do Ałmaty i zaczęły się koszmarne korki. A jeszcze chwilę wcześniej było TAK pusto.

Image


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
DorotaY uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 24 Paź 2019 14:26 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Troszkę dziwnie się czułem. Strażnik w uniformie patrzył na mnie, ale nie podchodził.
Wziąłem kolejną porcję banknotów.
No bo w sumie bez przesady... to że nasze stroje nie pasowały do otoczenia nie oznacza, że od razu musi nas mundurowy ganiać. Stroje typowo górskie, a tu marmury, kryształy, garnitury...
- Piękny ten żyrandol. - powiedziała Asia.
- No. Piękny. - W zasadzie nawet nie spojrzałem. Skoro Asi się podoba, to musi być piękny. Albo przynajmniej musi mi się podobać. ;)
Zajęty byłem liczeniem kasy i upychaniem jej do portfela.
- I w ogóle... "Marian, tu jest jakby luksusowo." - Pojechała klasyką
- Dobra wystarczy. Spadamy z tych luksusów.
- Może chociaż serniczek? - pełne pożądania spojrzenie Asi padło na ladę kawiarni w hotelowym lobby..
- Może Uberek? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie - Późno już. Zresztą, cholera wie ile taki serniczek tu kosztuje...
- Wiem, wiem - zarzuciła plecak - spadajmy.

Wyszliśmy na zewnątrz. Nikt nas nie zatrzymał, bo i po co. W końcu tylko skorzystaliśmy z bankomatu.

Odwróciłem się i popatrzyłem na hotel. Ładny. Duży. Hotel Kazakhstan w Ałmaty. Zaraz, zaraz... włączyło mi się tentegowanie w głowie.
- Asiu...
- Tak?
- My tu mamy rezerwację na przedostatnią nockę...


Jak już pisałem, przed wyjazdem zarezerwowałem kilka noclegów. Tak dokładnie, to pięć: trzy pierwsze noce i dwie ostatnie. Bo w te nocki wiedziałem, gdzie dokładnie mam być. Pozostałe noclegi były ogarniane na bieżąco. Pierwszy nocleg mamy już za sobą w Saty, drugi będzie wyjątkowy, ale najpierw, zupełnie nieświadomie, trafiliśmy do przedostatniego.

Po przebiciu się przez korki oddajemy Toyotę. Andriej nawet jej zbyt dokładnie nie ogląda i nie robi żadnych problemów. Potrzebowałem teraz trochę gotówki, więc sprawdziłem, gdzie jest najbliższy bankomat i okazało się, że właśnie w hotelu Kazakhstan. I naprawdę, dopiero po wyjściu, skojarzyłem, że mamy tam rezerwację, ale to dopiero za dwa tygodnie.
Za to na najbliższą nockę mamy również coś specjalnego: Shymbulak Ski Resort Hotel. Nie mam oczywiście ładnego zdjęcia z zewnątrz, zatem dam poglądowo jakieś losowe z internetów.

Załącznik:
Szymbulak.JPEG


Hotel jest przepięknie położony na wysokości około 2.260 m.n.p.m. pośrodku terenów narciarskich. Dojechać tam można na dwa sposoby: kolejką linową lub ekobusem (autobusem elektrycznym). W planie był wjazd kolejką, więc zamawiam Yandex (to tutejszy odpowiednik Ubera - bardzo sprawnie działający i bardzo tani) i jedziemy do stacji początkowej kolejki. Z tym Yandexem były na początku komplikacje, bo musiałem ściągnąć aplikację, później się nie mogłem znaleźć z kierowcą (w sumie, to chyba była moja wina, ale ciii...) a na koniec okazało się, że korki wcale nie maleją pod wieczór. Tym sposobem, gdy wysiedliśmy przy dolnej stacji kolejki, to od kilku minut była już wyłączona. Zatem ekobus. Tyle, że przystanek ekobusa jest prawie kilometr dalej i prawie 100 metrów wyżej. A mnie, właśnie w tym momencie zaczęła boleć głowa. Bardzo. Pewnie za mało herbaty w Saty. I z tą moja bolącą głową i z plecakami prawie biegniemy ten kilometr, żeby zdążyć na ekobusa.
Zdążyliśmy jakieś 2-3 minuty przed odjazdem ostatniego. Nie wiem, co by było, gdybyśmy się spóźnili.
Bilet na ekobus to około 5 PLN od osoby. Trasa około 8 km. Czas przejazdu około 20 minut. Ekobus mocno się męczy jadąc pod górę. Stromo i ładne widoki. Z kolejki byłyby pewnie jeszcze ładniejsze, ale nie narzekam. Najważniejsze, że pod koniec jazdy Metafen zaczyna działać i łeb odpuszcza. Mogę się cieszyć pięknym zachodem słońca z balkonu naszego pokoju.

Image

Image

Image

Image


Domyci (tu prysznic prądem nie kopał) i przebrani w normalne ciuchy idziemy zaszaleć na kolacji. Tanio nie było (jak na Kazachstan), bo 70 PLN poszło, ale było pysznie i do syta.


Image

Image

Image


Na śniadanie wybrałem stolik z widokiem. Śniadanie równie dobre i obfite, jak kolacja.
O 10:00 ma wystartować kolejka, więc zabieramy niezbędne rzeczy, ubieramy się cieplutko i wychodzimy na dwór, żeby przekonać się, że:
1. Kolejka jeszcze nie działa.
2. O 10:00 jest już 33 stopnie Celsjusza i wszyscy się dziwnie patrzą na nasze polary. Polary do plecaka i idziemy czekać na kolejkę.


Image

Image

Image

Image


Jedziemy oczywiście do góry. Start z 2.260, przesiadka na wysokości 2.860 i stacja końcowa na 3.194 m.n.p.m.
Na stacji pośredniej też jest hotel. Nawet myślałem, żeby tu spędzić tą nockę, ale ostatecznie wybrałem ten niżej. Jest tu też ładnie urządzona restauracja. Nie jedliśmy, więc nie wiem czy bardzo drogo i czy bardzo smacznie. Ale ładnie i z ładnym widokiem.
Nie wiem tylko, czemu w wystroju dominują elementy kojarzące się z morzem.


Image

Image

Image

Image

Image


Jesteśmy.
Ponad 3.200 m.n.p.m. Wyżej w Kazachstanie już nie będziemy. Co prawda to, że tu dotarliśmy to zasługa środków transportu, a nie nasz wysiłek, ale nie ma to żadnego wpływu na piękno otoczenia.
Dookoła cudne góry, piękne kwiaty i ogólnie jest OK.


Image

Image

Image

Image

Image


Co tu robi pies? Pracuje. Co prawda pracę ma dość lekką, bo musi jedynie ładnie wyglądać. Obok psa jest skarbonka i coś tam napisane, w taki sposób, że nie sposób przejść obojętnie i nie dać kilku groszy na pieska. A że ludi się tam przewija codziennie tłum, to myślę, że piesek na siebie zarabia.
Obok buduje się kolejna jurta.


Image

Image

Image

Image


Czasami trzeba się trochę nagimnastykować, żeby dobre zdjęcie wyszło.
Troszkę kwiatów od Asi.


Image

Image

Image

Image

Image


Ciekawostką jest tutejsza toaleta. I jest to pełen wypas, a nie jakaś drewniana szopa, jak ta pod Rysami.
I jeszcze takie duże okno... Głupi tego nie wymyślił.


Image

Image

Image


Obok WC był jeszcze jeden wyciąg, krzesełkowy. Aktualnie nieczynny, wykorzystywany pewnie w sezonie narciarskim. Właśnie trwały na nim ćwiczenia ratowników. Muszę przyznać, że sprawność, z jaką się poruszali robiła wrażenie.


Image

Image

Image

Image

Kiedy się już napatrzyliśmy, to zjeżdżamy w dół, do naszego hotelu. Po drodze możemy obserwować, jak po stoku porusza się kilka ekip sprzątających, które powoli schodząc z góry zbierają wszystkie śmieci.
Wymeldowujemy się z hotelu i idziemy na ekobus, żeby wrócić do cywilizacji. W czasie jazdy jeszcze jedno ciekawe zdarzenie. Ekobus już ruszył w dół, ale jakiś przechodzień zaczął coś sygnalizować kierowcy. Ten się zatrzymał, ale nie był w stanie nic zobaczyć, więc zapytał pasażerów, czy ktoś tam biegnie za autobusem. Pasażerowie chórem potwierdzili, że faktycznie jakaś para z wózkiem dziecięcym macha w kierunku busa. Kierowca westchnął, wrzucił wsteczny i cofnął się jakieś 100 metrów. Spóźnialscy zdążyli jeszcze kupić bilet w kasie, a później wszyscy się poprzesuwali i zrobili miejsce, żeby ta młoda para z wózkiem i małym dzieckiem mogła wejść do środka. Wszystko w bardzo miłej atmosferze. Wszyscy się do siebie uśmiechali i mówili młodym, że mieli szczęście, bo w ostatniej chwili zdążyli.
Nikt nikogo nie wyzywał.
Nikt nie przeklął pod nosem, że mu teraz niewygodnie.
Dziwne... prawda?
Jakoś tego nie widzę w Polsce, w busie nad Morskie Oko na przykład...


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 28 Paź 2019 00:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 246
Loty: 30
Kilometry: 88 684
srebrny
Relacja zapowiada się świetnie :), z niecierpliwością czekam na dalsze wpisy, zwłaszcza z Kirgistanu (i zdjęcia :))! Już wiem, że trzeba tam koniecznie pojechać, być może Waszymi śladami i tak na wariata, też to lubimy :P. Niestety nie znamy rosyjskiego, więc jak zatrzyma nas policja, to 3 lata więzienia w szpitalu jak nic :P (cały czas nie mogę ze śmiechu z Waszych przygód ;P). Ale faktycznie jak już człowiek ogarnie jedną taką większą i dalszą wyprawę (jak do USA) to potem reszta wydaje się pestką (czyli np.brak bukowania noclegów w KIRGISTANIE (!), przecież jakoś sobie poradzimy :P) :lol: . Ciekawe co było dalej :)!
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 28 Paź 2019 17:58 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
@Bubu69 Dzięki! Sam z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy. Niestety, nie chcą się same napisać. :( Co do noclegów, to zupełny luz, tam booking działa tak samo, jak wszędzie indziej. Na google maps też można hotele znaleźć... Tylko ten rosyjski - to naprawdę bardzo pomagało. Raz, że organizacyjnie, dwa - towarzysko.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 29 Paź 2019 18:37 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
A co tu się dzieje? Film kręcą?
Niewątpliwie...
Bo dzisiaj będzie filmowo.



Wysiadamy z Ekobusa i idziemy na autobus miejski. Jedziemy zieloną linią. Nie mam pojęcia, czy to oficjalna nazwa, tak sobie to nagrałem w moich notatkach, może ma jakiś numer. Koszt biletu do centrum to ok. 1,50 PLN od osoby. Autobus jedzie, a jakże, do hotelu Kazakhstan :lol: Też tam pojedziemy, ale to jeszcze nie teraz. Wysiadamy trochę wcześniej, żeby przesiąść się w taxi (Yandex) i dojechać do dworca autobusowego.

Przy okazji - taksówki (Yandex czyli Uber) są w Kazachstanie (i w Kirgistanie) naprawdę tanie. I wygodne. Do aplikacji dodałem kartę Revolut, więc mogę sprawdzić historię. Przejrzałem sobie przed chwilą koszty przejazdów. To przeważnie kwoty rzędu 2, 3 czy 5 PLN. Najdroższy był przejazd z centrum Ałmaty na lotnisko, ok. 17 km, ok. 20 PLN.

Dworzec autobusowy Saryan duży i gwarny. Pytamy jakiegoś, wyglądającego na dobrze poinformowanego, gościa, siedzącego na ławeczce przed wejściem, skąd pojedziemy do Biszkeku.
- Taxi czy marszrutka?
- Taxi
- różnica w cenie niewielka, a wymyśliliśmy sobie że będzie szybciej. Zresztą marszrutki jeżdżą chyba głównie rano i, kurs powrotny, popołudniu. My byliśmy około południa.
"Dobrze poinformowany" machnął ręką w kierunku przeciwnym do dworca.
- Tam Kirgizi stoją.
"Czy Ty mnie aby nie chcesz wystrychnąć na dudka?" - nie wiem czemu przypomniało mi się hasło z jednego z moich ulubionych memów. Idziemy w kierunku machnięcia. Faktycznie przy ulicy stoi kilka aut, różnej wielkości i w różnym stanie. Od razu ktoś nas pyta:
- Kordaj? Biszkek?
Kordaj, to miejscowość, w której się przekracza granicę. Biszkek, to wiadomo.
- Nie wiem, zależy od ceny...
- Kordaj 3.000 tenge, Biszkek 4.000 tenge
Ceny oczywiście od osoby. 230 km i ponad 4h jazdy za 40 PLN. Może być.
Zostaliśmy pokierowani do odpowiedniego auta, którym okazała się być... znowu Toyota, tym razem Hilux. Kierowca, niemłody i bardzo sympatyczny jegomość zapytał, czy chcemy "pod adres" czy na dworzec. Jak "pod adres" to za 45 PLN. No to jedziemy pod adres.
Tylko, że nie od razu.
Przecież taksówka nie będzie na wpół pusta jeździć... Trzeba zaczekać, aż znajdzie się pozostałych dwoje pasażerów.

Informujemy zatem kierowcę, że się na chwilę oddalamy. Plecaki zostawiamy w Toyocie. Ostentacyjnie robię sobie zdjęcie auta. Zdjęcie, żebym wiedział, co w razie czego Policji mówić, a ostentacyjnie, żeby kierowca wiedział, że ja wiem. ;)
Idziemy coś zjeść w budynku dworca. Jest tam taki troszkę z wyglądu dziwny bar, ale jedzenie dają znośne. Wymieniliśmy też w kantorze na dworcu część kazachskich tenge na kirgiskie somy i wracamy do naszej taksówki.
Nie zniknęła. :) Nawet się troszkę zapełniła, bo w aucie siedział jakiś młody chłopak. Nasz kierowca, jak i kilku innych, uprawiali marketing krzyczany. Niestety, dość długo nie było chętnych na przejazd do Biszkeku.

Czekaliśmy siedząc na dworze obok tego całego zamieszania i mieliśmy niezły widok na to, jak to wszystko jest zorganizowane. Nie rozgryzłem do końca zasad, jakie tam panowały, ale widać, że kierowcy ze sobą bardziej współpracują, niż konkurują. Kilka razy były sytuacje, że przekazywali sobie pasażerów. Ostatecznie i do naszego auta znalazł się ostatni, brakujący, piąty element, którym okazała się niestety nie młoda Milla Jovovich, tylko jakaś kazachska babuszka, jadąca do córki do Biszkeku.

Jest komplet - ruszamy.

Niemal całą drogę trwały dyskusje i opowieści. Nasz kierowca okazał się być gawędziarzem, a my okazaliśmy się być główną atrakcją. Najwyraźniej nieczęsto zdarzają się turyści jadący do Kirgistanu. Bo i po co, przecież tam nic nie ma. :lol: Zostaliśmy dość dokładnie wypytani o wszelkie szczegóły naszej podróży, życia w "Ewropejskim Sajuzie", rodzinę, wykształcenie, pracę, ceny aut i mieszkań w Polsce oraz czy nam się podobało w Kazachstanie.
Młody chłopak, który z nami jechał, okazał się być studentem z Turkmenistanu, który studiował w Biszkeku. W Ałmatach znalazł się dlatego, że z Turkmenistanu do Biszkeku nic nie lata. Lata za to do Ałmaty. Jak zaczął opowiadać jak wygląda jego podróż z jakiegoś niedużego miasteczka przy granicy z Iranem, to mi się od razu przypomniało...



No co, miało być filmowo...
Po drodze jakiś krótki przystanek na siku i ew. zakupy jedzenia/picia i lecimy dalej. W pewnym momencie widzę w lusterku, że pan kierowca zaczyna lekko przysypiać, więc zaczynam zadawać dużo trudnych pytań, żeby go jakoś rozruszać. Na szczęście za chwilę już granica.

Na granicy kierowca pokazuje nam, na czym polega różnica między marszrutką, a taksówką.
Pasażerowie marszrutek muszą wysiąść sporo przed granicą i dalej iść na pieszo, z bagażami. Później odstać swoje w kilkunastominutowej kolejce a następnie, po przejściu granicy, nadal z bagażami, odszukać swoją marszrutkę kilkaset metrów od granicy.
Nasze taxi podjeżdża pod samą bramę na granicy, tylko taką jakoś z boku, zamkniętą. Jeden telefon i pojawia się pogranicznik, który otwiera nam tę bramę. Bagaże zostawiamy w aucie, bierzemy tylko paszporty. Kierowca odjeżdża, a pogranicznik nas prowadzi, omijając kolejkę, prosto do okienek. Nie wiem, czy każdy taksówkarz ma takie "wtyki", czy tylko ten nasz, ale poszło bardzo sprawnie.
Musieliśmy jedynie chwilę poczekać na studenta z Turkmenistanu, bo przy wchodzeniu do Kirgistanu jego wzięli gdzieś na bok, na dokładniejszą kontrolę.
Z granicy do Biszkeku to już moment, a do tego, nieprzypadkowo, nasz hotel jest po tej stronie Biszkeku, z której przyjeżdżamy. No właśnie, nasz hotel...

Nasz hotel na tę noc nazywał się Futuro i zdecydowanie zasługuje, żeby go mocno pochwalić. Właściwie wszystkie hotele, które mieliśmy były dobre lub bardzo dobre, ale ten był wybitny. Świetny wystrój, nieskazitelna czystość, przesympatyczna obsługa oraz pyszne żarcie, w tym najlepszy kurczak, jakiego w życiu jadłem.

Image

Czuć, że mięsko było wcześniej trzymane jakiś czas w marynacie czy przyprawach, ryż z dodatkiem różnych ziaren (soczewica?, soja?), mazy z jakiegoś lekko słonego sosu i najważniejsze - ten duży kleks na górze talerza, to sos (konfitura?) z czarnej porzeczki. Niebo w gębie! Za jakieś 15 PLN.
Śniadanie też było pyszne, najlepsze były serowe ciasteczka.
A w kirgizkiej telewizji znajome twarze. :)

Image

Hotel można by spokojnie teleportować do jakiejś europejskiej, topowej lokalizacji i bez wstydu dźwigałby swoje 3*. W sumie, to powinien mieć 4, ale pewnie nie spełnia jakichś tam warunków. Pytałem na recepcji, czy właścicielem jest ktoś z Europy, ale podobno nie, lokalny biznesmen.
- My też podróżujemy po świecie, i wiemy, jak wygląda dobry hotel... - zawstydził mnie trochę recepcjonista. A później okazało się, że zna nawet kilka słów po polsku, bo dłuższy czas (2 lata?) spędził w czeskiej Pradze.
Jedynym minusem hotelu Futuro jest jego lokalizacja - przy jakiejś bocznej uliczce, pośrodku jakiejś kiepskiej dzielnicy. Za to oferują darmowe podwózki do centrum. Nie korzystaliśmy, więc nie wiem jak to wygląda.

Lokalizacja hotelu to nic, w porównaniu z lokalizacją wypożyczalni samochodów, do której jedziemy po pysznym śniadaniu. Znajduje się ona na takim zadupiu i prowadzi tam (jedyna) tak kiepska droga, że taksówkarz kilka razy się pytał, czy na pewno wiemy, gdzie chcemy jechać...

Wypożyczalnia nazywa się Russian Trojka a jej właścicielem i (chyba) jedynym pracownikiem jest Siergiej. Wypożyczalnię bardzo polecam.
Przeglądałem oferty kilku wypożyczalni z Biszkeku. Mocno się zastanawiałem nad Mitsubishi Delice w wersji przystosowanej do spania (taki prawie kamper), polecaną nawet tu na forum (wynajem-samochodow-motocykli,1094,90577&p=965691&hilit=delica#p965691), ale ostatecznie stwierdziłem, że noclegi nie są tu zbyt drogie, za to wynajem tej Delicy i owszem. Igor za Delice życzył sobie $80 za dobę. W Russkiej Trojce, za Mazdę Tribute miałem zapłacić o połowę mniej.

Sergiej (z Russkiej Trojki) mówi płynnie po rosyjsku i po angielsku, ma stronę, na której można zobaczyć jego ofertę i dokonać rezerwacji (http://avtoprokat.kg/start/en/), można też wszystko załatwiać przez WhatsApp. Nie wymagał żadnej przedpłaty, poprosił tylko o przesłanie skanów prawa jazdy i biletów lotniczych, jako potwierdzenie. Kaucja za auto $300. Zresztą wszystko jest na stronie.
Oprócz auta zarezerwowaliśmy trochę gadżetów (stolik, krzesła, kanister, kuchenkę i trochę naczyń, nóż a nawet kartę SIM). Wszystko było dodatkowo płatne, ale jakieś bardzo małe pieniądze.

Przed wyjazdem dobrze się przygotowałem - ściągnąłem z sieci instrukcję obsługi do dokładnie tej wersji Mazdy Tribute, którą mieliśmy jeździć. Poczytałem jak tam działa napęd 4x4, co i jak się włącza i co oznaczają poszczególne kontrolki. Pogrzebałem na forach, jakie są najczęstsze usterki w tym aucie i czym się objawiają. Sprawdziłem, czy wymiana żarówek jest prosta i jak się dostać do koła zapasowego. I na koniec, kiedy już dojechaliśmy do wypożyczalni, to dowiedziałem się, że dostaniemy jednak inne auto. :lol:

Rozmawiając wcześniej z Siergiejem, pisałem, że wolałbym jakieś bardziej terenowe auto, niż ta Mazda, ale żadne nie było dostępne. Gdy przyjechaliśmy, okazało się, że jednak dostanę Mitsubishi Montero Sport. W Polsce bardziej znany jako Pajero.
Psu na budę moje przygotowania, ale z tej zamiany byłem mimo to bardzo zadowolony. Bo to było auto terenowe z prawdziwego zdarzenia, a nie jakiś SUV, co to udaje, że on wszędzie wjedzie...
Oto nasze cudo, ksywa "Misiu" albo "Czołg".

Image

Image

Image

Wszystkie auta powyżej są własnością Siergieja i są do wypożyczenia. W domku obok, gdzie Siergiej ma małe biuro mieszkają też jego rodzice. Od taty dostaliśmy na drogę miskę najprawdziwszych papierówek. :)

Przechodzę krótkie, trzydziestosekundowe, szkolenie z obsługi Misia, pakujemy graty i ruszamy. Na początek bardzo niedaleko, bo trzeba uzupełnić prowiant przed wyjazdem w dzikie rejony. Tuż obok jest Аламедин Базары (Alamedin Bazar) i tam robimy zakupy. Głównie owoce, orzechy, woda, kompot (tak, kompot - tak się nazywał i był napojem w półtoralitrowych butelkach o smaku kompotu wiśniowego albo gruszkowego - pychota), orzechy oraz lepioszki - podstawowe miejscowe pieczywo.

Image

Image

Image

Image

A co to jest to powyżej, Wie ktoś? 8-) Jako podpowiedź - zakupiliśmy, przywieźliśmy do domu i nawet czasami używamy. ;)
Zaopetrzeni i wyekwipowani wyruszamy najpierw w kierunku Issyk-kul, a następnie nad Songköl, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Ostatni (nie licząc tych przed samym wylotem) zarezerwowany z domu.
Tego dnia zrobimy 356 km. Po drodze prawdopodobnie największa flaga, jaką kiedykolwiek widziałem.

Załącznik:
Mapa Kg dzień pierwszy.JPG


Image

Do Issyk-kul z założenia jedziemy tylko na moment. Chętnie byśmy zostali dłużej w okolicy, objechali jezioro dookoła, pojechali do Karakolu, odwiedzili kanion Skazka, zobaczyli Siedem Byków czy wybrali się do doliny Kok Jayik. A może nawet spróbowali swoich sił w trekingu do Ala kul. Ale wtedy musielibyśmy zrezygnować z całej reszty. A Pamir na przyciągał coraz mocniej...
Do Issyk-kul zatem jedziemy tylko na moment i tak, aby jak najmniej nadłożyć drogi, do Bałykczy. I właśnie w Bałykczy rozgrywa się akcja filmiku, który rozpoczął tę część relacji i filmiku, który tę część relacji zakończy. Powinienem Wam coś więcej napisać o co tu chodzi i napiszę, ale ponieważ wpis zrobił się zbyt długi, to napiszę w następnym. A teraz sobie obejrzyjcie.



Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#8 PostWysłany: 31 Paź 2019 13:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Mar 2014
Posty: 148
Loty: 405
Kilometry: 918 570
niebieski
widze, że kundelek spod jurty na Talgarze rośnie jak na drożdżach. W czerwcu to była mała kulka
_________________
Ruszaj ze mną w podróż: http://www.przepodroze.pl
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 31 Paź 2019 17:06 

Rejestracja: 25 Paź 2012
Posty: 726
niebieski
Przyjemna relacja i zdjęcia. Szczególnie z kwiatkami :) , też lubię. A to, co kupiliście i używacie mi wygląda na cukier kandyzowany.
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 31 Paź 2019 23:57 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
@ewaolivka Dokładnie, to cukier. :)
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 01 Lis 2019 19:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Paź 2015
Posty: 270
Loty: 30
Kilometry: 45 201
niebieski
Super relacja! nie to co moja... Teraz żałuję że nie miałem okazji zobaczyć tego wszystkiego wokół Ałmaty, no ale wszystkiego się nie da zobaczyć :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 01 Lis 2019 20:39 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
A ja żałuję, że nie starczyło nam czasu na odwiedzenie Uzbekistanu. :lol:
Tak jak mówisz, nie da się wszystkiego zobaczyć. Dzięki temu jest dobry pretekst, żeby wrócić. :)
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 03 Lis 2019 04:38 

Rejestracja: 31 Paź 2019
Posty: 0
Ja caly czas glowkuje co to jest to co kupiliscie do domu :)))) Wyglada na jakies bursztyny z mydla glicerynowego ;) A w ogole to zaluje, ze nie pojechaliscie do Uzbekistanu, bo byloby cudownie poczytac relacje i z tamtad !
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 03 Lis 2019 09:10 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
@DorotaY Popatrz wyżej - ewaolivka już "wygłówkowała", że to cukier. :)
Co do Uzbekistanu, to właśnie się zastanawiamy, czy w następne wakacje nie uzupełnić pozostałych poradzieckich stanów (Uzbekistan, Tadżykistan). :) Inną alternatywą, którą bardzo poważnie rozważamy, myślę, że też dla Ciebie interesującą, jest opcja wyjazdu do Kanady. :lol::

Co do poczytania relacji z Uzbekistanu, to jest tu na forum kilka. Na przykład relacja Cubero4: azja-srodkowa-zabim-skokiem,215,146077
albo, nie tylko moim zdaniem, rewelacyjnie napisana i ze świetnymi zdjęciami relacja nenyan: kirgistan-uzbekistan-tadzykistan-od-pamiru-po-m-aralskie,215,120523

Czytania wystarczy na kilka zimowych wieczorów. :)
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 03 Lis 2019 16:18 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Nawet nie to, że MUSIAŁEM tam iść. Po prostu chciałem zobaczyć, jak wygląda wnętrze tego przybytku. Niewiele jest w Kirgistanie miejsc, gdzie trzeba płacić za wejście.
Ruchem zarządzała jakaś młoda, sądząc po stroju, muzułmanka. Kiedy tylko ktoś wyszedł, szybko wchodziła do środka, zapewne sprawdzić czy czegoś nie ukradł. Albo po sobie nie zostawił jakiejś pamiątki, nie tam, gdzie trzeba.

- Teraz ty kobieto - pokazała na jedyną kobietę wśród oczekujących.

Wskazana szybko weszła do środka i oto chyba po raz pierwszy spotykam się z sytuacją, gdzie do męskiej toalety jest kolejka, a do damskiej nie. :) Akcja bowiem dzieje się przy płatnej toalecie, tuż przy płatnej plaży w Bałykczy.



Trzech nas zostało w kolejce, czekających, aż ten w środku zakończy "dwójeczkę". Atmosfera była miła i bezstresowa, widocznie nikomu się aż tak bardzo nie śpieszyło. Słonko chwilami przebijało się przez chmury. Z głośników leciała jakaś wakacyjna muzyka. Pierwszy z kolejki rozmawiał z Wąsatym o samochodach. Nuda.
Od strony plaży zbliżał się jakiś wysoki, chudy, w kąpielówkach. Całe ciało miał pokryte jakimiś krostami i strupami. Wąsaty przerwał na chwilę opowieść o zaletach silnika swojej Łady, zmierzył Chudego wzrokiem i zagaił:

- Egzema?

Jedno słowo, a ja przekraczam kolejny stopień wtajemniczenia w zrozumieniu tutejszych ludzi. Oni są nieprawdopodobnie bezpośredni i niewiele jest tu tematów tabu. Wyobrażacie sobie, żeby ktoś w Polsce zaczął rozmowę od takiego pytania?
Chudy odpowiedział, że nie, nie egzema i zaczął tłumaczyć jakieś zawiłości schorzeń dermatologicznych i narzekać na lekarzy, a ja oddałem się zadumie nad skomplikowaną naturą ludzką.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Cały, ponad godzinny pobyt na tej plaży, to było wielkie przeżycie socjologiczne. Czułem się jak podróżnik w czasie. Z tego, co pamiętam, to właśnie tak wyglądały plaże nad morzem, jeziorem czy rzeką w latach 70-80. Te ciotki w kapeluszach i bikini, ci wujowie z papierosem, ci młodzieńcy popisujący się przed dziewczynami skokami do wody i te dziewczyny, które "wcale_na_nich_nie_patrzą_najwyżej_przypadkiem" :) I mnóstwo dzieci, które są jak żywioł i robią wszystko, a żadna matka za nimi nie krzyczy "Nie biegaj, bo się spocisz" i "Nie wchodź do tej brudnej wody". Wszyscy się jakoś tak szczerze uśmiechają i wygląda, że się świetnie bawią.
A uwierzcie, że jest to chyba najbrzydsza plaża, jaką w życiu widziałem.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

- ...
- Ogłuchł?! Chce wejść czy nie? - z zadumy wyrwał mnie głos kierowniczki płatnej toalety przy płatnej, brzydkiej plaży.
- Tak, tak, oczywiście...

Płacę za wejście jakieś 30 groszy, wchodzę i już wiem, że przepłaciłem. Śmierdzi. Wszystko dość mocno zniszczone. Byłem w Indiach czy Afryce i wiem, jak bardzo źle może wyglądać toaleta. Ta jest zdecydowanie lepsza. Niby płytki na ścianie, ale... po płatnej toalecie spodziewałem się więcej, tym bardziej, że niedaleko są bezpłatne toalety przenośne (coś jak toi toi).
Jest i polski akcent - producentem ceramiki jest Cersanit. :)

Opuszczam jak najszybciej ten przybytek i ogólnie zaczynamy się zbierać z plaży. Mimo tego, że plaża brzydka, to nie żałuję, że spędziliśmy tu tyle czasu. Wrzucam bardzo dużo zdjęć z tej plaży. Może nawet za dużo, ale chciałbym, żeby udało Wam się poczuć ten klimat...

Kiedy już wychodzimy z plaży ma miejsce akcja z przestawianiem auta z poprzedniego wpisu. Nie mam pojęcia, czemu ta ekipa filmowa jechała tym spalinowozem, ale źle zaparkowane auto skutecznie ich zatrzymało. Spalinowóz zaczął donośnie "drzeć ryja", żeby wezwać kierowcę, ale ten pewnie zbyt dobrze się bawił na plaży. Pojawiło się za to kilku innych, uczynnych mężczyzn i jak widać rozwiązali problem.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ponieważ teraz oddalamy się od cywilizacji, to trzeba nakarmić nasz "Czołg". Siergiej wypożyczając auto radził, żeby nie tankować na małych, starych stacjach. Pomimo tego, że będzie tam kilka dystrybutorów i kilka różnych cen, to jest najczęściej tylko jeden zbiornik z paliwem i jest to benzyna o liczbie oktanowej 78. Nie zalecana do naszego auta. Powinniśmy tankować 95 albo przynajmniej 86. Najlepiej tankować na dużych, niedawno wybudowanych stacjach. Tam powinno być wszystko dobrze.
Potwierdzeniem tego jest, że mamy przed sobą dwie stacje, na jednej, starszej, są niższe ceny i pustki, na drugiej cena o kilkanaście procent wyższa i kolejki. My też jedziemy na tą droższą, mijając po drodze Lenina.

Image

Wypożyczając auto wziąłem też 20l kanister, właśnie na ten moment. Bałem się, że w rejonie, w który się teraz udawaliśmy nie będzie gdzie uzupełnić paliwa, więc jakiś zapas trzeba mieć.
Kanister okazał się mieć nieszczelne zamknięcie. :( Pomysłowy Dobromił, który nam nalewał paliwo uszczelnił to torebką foliową, a na moje pytania, czy to aby bezpieczne, odpowiedział, że oczywiście.
Jakoś nie do końca byłem przekonany i postanowiłem się pozbyć tego kłopotliwego ładunku jak najszybciej.

Wyruszamy zatem w stronę Songkul. W aucie paskudnie śmierdzi benzyną, więc wentylacja pracuje cały czas na podwyższonych obrotach, żeby stężenie oparów w kabinie nie zaczęło zagrażać zdrowiu czy wręcz życiu. Na szczęście po kilkunastu minutach natężenie smrodu wyraźnie spada.

Image

Image

Image

Jedziemy przez piękne, ale bardzo surowe okolice. Niewiele tu roślinności, są za to pomniki. :) Goni nas burza, ale jej uciekamy.

I wtedy dzieje się coś, co powoduje że wyrywa mi się kilka brzydkich wyrazów, a włosy na moment stają dęba. Telefon, który służy za nawigację i jest podłączony cały czas do zasilania stwierdza, że bateria właśnie się rozładowała i się wyłącza. :shock:
Ale jak?
Okazuje się, że w gniazdku zapalniczki, do którego podłączyłem telefon nie ma napięcia. Zostajemy bez telefonu, bez nawigacji, bez połączenia z internetem, bez wielu ważnych informacji, które w telefonie miałem... Najważniejsze rzeczy (jak np rezerwacje) mam podrukowane, ale nie wszystko. Na szczęście, po krótkim poszukiwaniu, udaje się znaleźć inne gniazdko zapalniczki, w podłokietniku. Tu napięcie jest i telefon, po kilku minutach ponownie zaczyna współpracować.
Uff...!!!

Z drogi A365 skręcamy w dolinę rzeki Tolok. Kończy się asfalt, ale za to zaczynają jeszcze piękniejsze widoki. I robi się bardziej zielono.

Image

Image

Image

W pewnym momencie zaczyna padać. Po chwili przestaje, ale zieleń robi się jeszcze bardziej zielona. A droga coraz bardziej stroma.

Image

Image

Image

Image

Wreszcie przełęcz. Na górze, mimo tego, że to lipiec wciąż leży trochę śniegu. Żeby zrozumieć, ile to jet trochę, trzeba zauważyć, że te czarne kropeczki poniżej śniegu, to konie.

Image

Image

Image

Image

Image

I jest. Pierwszy widok na Songkul. Nawigacja twierdzi, że do miejsca, gdzie będziemy spać zostało am jeszcze około 15 minut. Jazda zajmuje nam ponad półtorej godziny. Ale o tym będzie dopiero w kolejnym odcinku.

Nie wierzcie google maps w górach, a zwłaszcza tam, gdzie nie ma zasięgu!
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 04 Lis 2019 12:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 1342
Loty: 66
Kilometry: 132 538
Ostrzeżenia: 1
złoty
maps.me podaje bardziej realne czasy przejazdu.
_________________
Coito ergo sum
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 04 Lis 2019 14:21 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
@eskie No i zepsułeś niespodziankę. O tym miało być w kolejnym odcinku. :lol:
Faktycznie maps.me radzi sobie nieźle z określaniem czasu przejazdu w głuszy i przy normalnym ruchu, za to google maps jest zdecydowanie lepszy w miastach czy na autostradach - uwzględnia na bieżąco korki. Kiedyś miałem okazję zobaczyć na żywo, jak konar drzewa spadł na drogę i zaczął się tworzyć korek. Google dosłownie po minucie już to miał na mapie.
Jednak gdy nie ma zasięgu i nie mają informacji zwrotnych, to pewnie algorytm przyjmuje czas przejazdu wg jakiejś hipotetycznej średniej dla danego typu dróg. Wynik może być bardzo różny od rzeczywistości.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
eskie lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 17 Lis 2019 20:09 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Najgorszy odcinek drogi mieliśmy już za sobą.

Teraz droga, choć nadal szutrowa, była równa, szeroka i prosta. Prowadziła dość wysokim nasypem, delikatnie w dół, w stronę doliny gdzie widać było pola uprawne i sady. Chyba zacząłem lekko przysypiać...

- Jezu!!! - krzyknęła Asia
Nasz "Czołg" zaczynał obracać się bokiem do kierunku jazdy.
"Poślizg! Kontrować, nie hamować" - setki godzin za kierownicą w różnych warunkach sprawiły, że te myśli natychmiast zapaliły się wielkim czerwonym neonem w mojej głowie. I pewnie odruchy sprawiłyby, że zacząłbym to robić, zanim zdałbym sobie sprawę co właściwie się dzieje, ale... tym razem za kierownicą siedziała Asia.

Po raz pierwszy, od kiedy wynajmujemy auta.
Po raz pierwszy w takim dużym, terenowym aucie i na szutrowej drodze.
Po raz pierwszy w takiej sytuacji...

Poprzedniego wieczoru, gdy wjeżdżaliśmy do Songkul, nawet mi do głowy nie przyszło, że to Asia będzie z niego wyjeżdżać...

Songkul powitało nas przepięknym zachodem słońca. Niebo, przez ostatnich kilka godzin całkowicie zachmurzone, po przekroczeniu przełączy zorganizowało nam ten niezwykły spektakl i przybrało barwę fioletu. I nie tylko niebo zadbało o oprawę artystyczną. Właśnie w tym momencie wjechaliśmy w obszar łąki porośniętej na powierzchni chyba kilku hektarów, przez fioletowe astry.
Nad nami i pod nami fiolet a przed nami jurty, jezioro i ośnieżone szczyty.... Żałuję tylko, że nie wyjąłem statywu i zdjęcia są średniej jakości.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jak już się widowisko zakończyło, to ruszyliśmy w dalszą drogę, póki widno. Nawigacja (google maps) pokazywała 15 minut, tylko, że my jechaliśmy i jechaliśmy, a czas do przybycia do celu się nie zmniejszał. No ale nic dziwnego. Jeżeli google założyło, że jest to normalna droga w terenie niezabudowanym, i będziemy jechać z 90 km/h, a my jechaliśmy jakieś 15 km/h. Po drodze kilka małych strumyczków i jedna większa rzeka. Większa być może dlatego, że przez ostatnich kilka godzin w górach padał deszcz. Mostów oczywiście żadnych nie ma. :) Te strumyczki, to jak większe kałuże, ale przed rzeką, to bym się pewnie moment zawahał, zatrzymał i poszedł popatrzeć, czy damy radę. Na szczęście akurat wtedy z naprzeciwka jechało jedno z dosłownie kilku spotkanych w okolicach Songkul aut - zwykła, stara osobówka, która nawet za bardzo nie zwalniając po prostu przejechała przez tą rzeką. Jak tak, to i "Czołg" da radę.

Niestety nie zdążyliśmy dojechać za widoku.
Ciemność, która zapadła, była naprawdę ciemna. W promieniu kilku kilometrów świeciło się tylko kilka żarówek, i to bardzo słabych. Na szczęście byliśmy już blisko obozowiska: Yurt camp Tuzashuu Azamat, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Najpierw jednak wjechaliśmy na podwórko ich sąsiada, bo tak nas droga poprowadziła, ale gospodarz wskazał nam właściwy kierunek i za niewielkim wzgórzem wreszcie nasz dzisiejszy nocleg.
Samo obozowisko (może należałoby pisać hotel? :) ) pokażę Wam rano, jak się rozwidni, a teraz tylko kolacja i spać.

Image

Image

Na zdjęciu z Asią rozmawia Sabiną. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że Sabina, to Sabina i ochrzciliśmy ją na roboczo "Wańka-wstańka". Zupełnie bez sensu, bo zgodnie z definicją:
Wikipedia napisał(a):
Wańka-wstańka – zabawka, która poruszona kolebie się na boki, lecz nigdy się nie przewraca. Po wychyleniu samoistnie odzyskuje równowagę i powraca do pionowej pozycji wyjściowej...

... a Sabina zachowywała się dokładnie odwrotnie. Postawiona do pozycji pionowej, po chwili przewracała się i za nic nie była w stanie samodzielnie wstać. Przeszkadzało jej w tym ubranie, a konkretnie wielkie i sztywne palto, które miała na sobie. Najbardziej przewracała się, przekraczając wysoki próg w wejściu, no ale oczywiście musiała właśnie co chwilę wychodzić i sprawdzać, czy aby na pewno na dworze jest ciemno.

Po zjedzeniu, wypiciu gorącej herbaty i postawieniu Sabiny jakieś 27 razy na nogi udaliśmy się na spoczynek.
A tam panie, luksusy. Kocyki od Chanel!

Image

Z wierzchu Chanel, a pod spodem deska, na której leżało coś w rodzaju materaca. Nie wiem kto projektował te łóżka, ale ta deska nie była płaska, tylko pofalowana. Kiedy już udało się dopasować naturalne krzywizny ciała do tej deski, to można było zasnąć, ale jakoś super wygodnie, to nie było.

Zdjęcie Asi śpiącej w "szanelach" oczywiście zrobione już rano. Może powinienem posprzątać drugi plan, przed zrobieniem zdjęcia, ale Asia tak słodko spała...

Zresztą zdjęcie posprzątanej jurty też mam. Na zdjęcia załapały się również:
- system ogrzewania
- łazienka
- skład opału
- obiekty sportowo-rekreacyjne
:lol:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

O zaopatrzenie obozowiska w opał dbają krowy, konie i Kuba.
Kuba był jedynym facetem w obsłudze tego ośrodka wypoczynkowego. Kiedy rano wstałem, Kuba właśnie kończył poranne zbiory. Bardzo się ucieszył, że jest okazja zrobić sobie przerwę i pogadać z turystą.
Dowiedziałem się kilu ciekawych rzeczy o życiu tutaj. Zdecydowanie nie jest łatwe. Jesienią natomiast wszyscy się stąd zwijają, bo jak śnieg zasypie przełęcze, to nie ma opcji się tu dostać. Jedynie helikopterem. Nie bardzo zrozumiałem w jakim celu, ale podobno kilka osób tu zostaje na zimę żeby pilnować. Ale czego? Przecież jurty się zwija.
- Zrób mi zdjęcie. - poprosił w pewnym momencie Kuba.
Zrobiłem i pokazałem Kubie jak wyszło.
- Ładne - stwierdził.
- To dla Ciebie? Przesłać Ci?
- Nie, to dla Ciebie. Na pamiątkę.


No to mam pamiątkę z Kubą.

Image

Przy śniadaniu mieliśmy okazję poznać innych mieszkańców obozowiska.
Była tam para Amerykanów, wyglądająca trochę jak bezdomni. Jak się okazało małżeństwo nauczycieli z Nowego Jorku. Pani uczyła matematyki, pan "Computer Science", cokolwiek to dokładnie znaczy. Bardzo mili i świetnie się z nimi rozmawiało. Właśnie byli w trakcie siedmiotygodniowego urlopu, który spędzają w Azji Centralnej. Przemieszczają się transportem publicznym, co w Songkul oznacza akurat zamawianą taksówkę. W jurtach spędzili 3 nocki i bardzo im się podobało.
Był Austriak, podróżujący rowerem i nie za bardzo mówiący po angielsku.
Był drugi rowerzysta, chyba z Singapuru, ale skończył śniadanie, zanim przyszliśmy.
Był też Chińczyk, ale ten w ogóle na śniadanie nie przyszedł i z nikim nie rozmawiał.

Okazało się też, że nie tylko Kuba, ale cała obsługa chętnie pozuje do zdjęć. Jest oczywiści i nasza kumpela Sabina, tym razem w outficie, pozwalającym jej na samodzielne wstawanie, a nawet wsiadanie do samochodu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Robimy jeszcze trochę zdjęć okolicy. Ja przelewam paliwo z kanistra do baku i wietrzę kanister pozbywając się wreszcie ostatecznie problemu smrodu. Płacimy za pobyt całe $18 (czyli ok. 70 PLN) za dwie osoby ze śniadaniem i kolacją oraz pytam Kuby, czy jesteśmy w stanie dojechać tego dnia do Osz. Bo nawigacja pokazuje, że powinno nam to zająć 8 godzin z kawałkiem, ale po wczorajszym dniu już jej nie ufam. Kuba, podrapał się w głowę i powiedział, że w 8 godzin, to się absolutnie nie uda. Że gdyby wyjechać bardzo wcześnie rano, jak się tylko rozwidni, to może by się udało dojechać przed północą, ale nie jest pewien. Trzeba by szybko jechać. No tak...
Pakujemy graty, żegnamy się z sympatycznymi gospodarzami i wyruszamy na objazd jeziora Songkul.

Image

Image

Image

Image

Image

Ja tu cały czas "Songkul" i "Songkul", a przecież nie wszyscy wiedzą, co to jest ten Songkul.
Songköl, to drugie co do wielkości jezioro Kirgistanu. Ma 29 km długości i 18 km szerokości. Ale to nie jego rozmiar jest najciekawszy, tylko położenie. Powierzchnia wody jeziora znajduje się na poziomie 3016 m.n.p.m. Dla porównania: Morskie Oko na 1395. Zanim przyjechałem do Kirgistanu, to zastanawiałem się po co ludzie tu się przenoszą na kilka letnich miesięcy, żeby później uciekać przed zimą. Zrozumiałem dopiero, kiedy jadąc przez Kirgistan zobaczyłem, jak mało jest tam roślinności, nadającej się do wypasu zwierząt. I jak dużo jest jej tutaj. Bo otoczenie jeziora Songkul, to jedna wielka, ciągnąca się przez kilkadziesiąt kilometrów łąka.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Szarotka. Napisałbym z rozpędu alpejska, ale alpejska występuje tylko w Alpach, Karpatach i na Półwyspie Bałkańskim.
Zatem Szarotka Niealpejska.
Zatrzymujemy się co chwilę, na podziwianie okolicy, robienie zdjęć a raz nawet, żeby zamoczyć nogi w jeziorze.

Image

Image

Image

Image

Image

Spotykamy też naszych rowerzystów, którzy wyruszyli jakiś czas przed nami. Tu się rozstają - jeden jedzie na północ, w stronę Kyzart, drogą, która podobno nie nadaje się dla żadnego samochodu. Jedynie rowery i konie dają radę. Drugi będzie jechał tą samą trasą, co my.

Przy okazji, problemem w tamtej okolicy jest to, że nawigacja pokazuje jedną drogę, a w rzeczywistości jest cała siatka krzyżujących się ze sobą śladów. Ślady te przez jakiś czas prowadzą równolegle, by nagle się rozjechać w dwie strony, a za kilometr połączyć ponownie. Albo nie. Nigdy nie wiesz, czy ślad, którym aktualnie jedziesz, jest tym właściwym. Raz niestety nadrobiliśmy kilka kilometrów, bo okazało się, że pojechaliśmy źle, ślady się nie zeszły, a przejazd między nimi na skróty był niemożliwy z powodu nieprzejezdnego strumyka. Trzeba się było kawałek cofnąć, żeby pokonać ten strumień.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W końcu, po prawie 3 godzinach (50 minut wg google maps) droga zaczyna oddalać się od jeziora i jedziemy w stronę przełączy, po przekroczeniu której ostatecznie rozstaniemy się z tą cudną krainą.
Na ostatnim odcinku droga jest trochę lepsza, ale z niespodziankami. I to podwójnymi.
Pierwszym stopniem niespodzianki,jest fakt, że są mosty.
Drugim stopniem niespodzianki, jest to, że są pozarywane i nieprzejezdne. :) Zostały podmyte przez wodę i raczej nikt ich tu nie naprawi.
Trzeba uważać, bo szeroka droga kusi, żeby przyspieszyć. I się można mocno zdziwić, bo z drogi jest nagle zjazd w bok, a za chwilę zarwany most. Trzeba oczywiście zjechać tym wcześniejszym zjazdem i rzeczki pokonywać tradycyjnie, brodem.

Na koniec troszkę zdjęć dla miłośników koni.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na przełączy trochę śniegu, piękne widoki i niespodzianka. Trochę marudzę, że po nocce na pofalowanej desce i trzech godzinach jazdy po wertepach zmęczony jestem, na co Asia wychodzi z propozycją, że może teraz ona poprowadzi auto. Szok! Do tej pory Asia nigdy nie siedziała za kierownicą wynajętego auta. Stwierdziła, że się niekomfortowo czuje w czasie zjazdów po tych górskich drogach, ale może to właśnie dlatego, że jest pasażerem. Będąc kierowcą masz kontrolę, wiesz, co robisz i czujesz się bezpieczniej. Oczywiście z ochotą się zgodziłem.
Asia bez żadnego dyskomfortu, wręcz z uśmiechem na ustach zjechała z przełączy. Tym razem za to ja czułem się nieswojo na serpentynach. :) Coś w tym jest, że lepiej być kierowcą.
Później droga zaczęła się wypłaszczać, zrobiło się szeroko, równo, ale cały czas jeszcze lekko z górki. Auto zaczęło się trochę za bardzo rozpędzać i Asia lekko wcisnęła hamulec. Niestety, niedostatecznie lekko, a auto na szutrze zachowuje się inaczej, niż na asfalcie... Wtedy właśnie wpadliśmy w ten poślizg.
Z poślizgu Asia wyszła jak zawodowy kierowca rajdowy. Po trzech solidnych bujnięciach lewo-prawo, które pięknie i zupełnie odruchowo skontrowała auto wróciło na właściwy tor jazdy, a Asia, tym razem naprawdę delikatnie, wyhamowała i zatrzymała się, żeby ochłonąć.

Tym sposobem Asia zdobyła nowe doświadczenie a ja historię do opisania. Jedyny minus, że już do końca wyjazdu nie dała się namówić na zajęcie fotela kierowcy.

A tak wyglądał zjazd z przełączy.

_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
BrunoJ uważa post za pomocny.
 
 
#19 PostWysłany: 19 Lis 2019 11:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 Wrz 2014
Posty: 2458
srebrny
Fajna ta mapka. Muszę to rozpracować.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 19 Lis 2019 13:16 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 633
Loty: 63
Kilometry: 202 612
BrunoJ napisał(a):
Fajna ta mapka. ...

Masz na myśli #relive czy historie z google maps? :lol:
Domyślam się, że raczej to pierwsze. Żebyś nie musiał za dużo rozpracowywać - ja po kilku różnych próbach uznałem, że dla mnie najodpowiedniejszy jest następujący schemat działania:
1. Ścieżkę w telefonie zapisuję za pomocą endomondo. Relive też potrafi to robić, ale wiele razy mi się wieszało.
2. Po drodze robię kilka zdjęć, najlepiej tym samym telefonem, którym zapisuję ścieżkę.
3. Efekt końcowy "robi się sam" w aplikacji #relive. Apka jest darmowa w wersji podstawowej (niska rozdzielczość, brak muzyki, krótkie filmy) albo płatna (nie pamiętam ile). Można wziąć wersję pełną na miesiąc na próbę za darmo.
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 41 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group