Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 32 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 04 Cze 2015 08:52 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Często słyszy się o Japończykach a ostatnio również o Chińczykach - odbywających podróż
typu "Europa w tydzień" albo "Poznaj Francję we wtorek".
My, Europejczycy powinniśmy mieć na to swoją odpowiedź.
W związku z tym przygotowałem następujący plan podróży:
* lecimy do Pekinu i zwiedzamy go przez dwa dni,
* z Pekinu przez kolejne dwa dni podróżujemy pociągiem do Lhasy,
* prawie dwa dni w Lhasie,
* cztery kolejne dni - podróż samochodem przez Tybet, po kolei:
Shigatse, Tingri, Mount Everest Base Camp do Kodari przy granicy z Nepalem,
* w Kodari rano przekraczamy granicę Chiny-Nepal, wynajmujemy auto i po południu jesteśmy w Kathmandu,
* trzy dni w stolicy Nepalu i samolotem do Delhi,
* no i na koniec trzydniowy objazd: Jaipur, Agra, Delhi, czyli tzw. Złoty Trójkat
* do domu wylatujemy z Delhi.

Plan udało się zrealizować.
Cieniem na całości położyło się trzęsienie ziemi w Nepalu, w którego środek dokładnie wpakowaliśmy się.
Dzięki dużej dozie szczęścia, jednak nie zakłóciło to podróży.

Budżet całej imprezy nie przekroczył 10 tys./os., wliczając wszelkie koszty, w tym wizy, ubezpieczenia, bilety lotnicze,
permity tybetańskie.
Za bilety lotnicze Warszawa-Pekin, Delhi-Warszawa zapłaciliśmy w Emiratach 2 tys. / os.
Największy koszt stanowiła podróż przez Tybet, razem z pociągiem Pekin-Lhasa trzeba było za nią zapłacić aż 4.2 tys.

PS. Relację rozpocząłem na innym forum. Chciałbym jednak ją przenieść i kontynuować tutaj. Przepraszam.

-- 04 Cze 2015 09:01 --

Że z Chiny są inne, to zorientowaliśmy się od razu, gdy tylko wkleili nam wizy do paszportu.
- kurcze, mamy nieważną wizę, stwierdził Zbyszek, zanim zorientował się, że wpisana tam data
jest poprzedzona malutkim napisem "enter before".
- ma Pan nieaktualną wizę, stwierdził urzednik na Okęciu, zanim pokazałem mu to, czego nie
nie widział Zbyszek,
- your china visa is invalid, zauważył arabski pogranicznik przy przesiadce w Dubaju,
i tak za każdym razem, gdy tylko ktoś chciał tą wizę sprawdzić.

Natomiast chińska odprawa celno paszportowa poradziła sobie z tym dokumentem bez mrugnięcia okiem.

Ostatnim napisem, jaki dane było mi czytać ze zrozumieniem była tablica na lotnisku: "Taxi 2nd floor".
Potem znajomość alfabetu łacińskiego do niczego już przydatna nie była.
Podobnie zresztą jak znajomość języków obcych, poza mandaryńskim chyba tylko.

Zgodnie z internetowymi zaleceniami ominęliśmy wszystkich taksówkowych naganiaczy, dotarli
szczęśliwie na postój, na który kierował wspomniany, ostatni po ludzku napisany drogowskaz.
Walizki upchaliśmy do bagażnika pierwszej z brzegu taksówki.
Było nas czworo, bagażu trochę i właściciel na uszczęśliwionego naszym towarzystwem raczej nie wyglądał.
Coś nam próbował tłumaczyć, ale w końcu zniechęcił się, zrezygnowany machnął ręką i siadł za kółkiem.
Okazało się, że adres naszego hotelu wraz ze wskazówkami dojazdu wydrukowany po chińsku to
dokument bez którego w Pekinie przepadlibyśmy na amen.

Zapłaciliśmy tyle, co pokazał taksometr plus opłata za autostradę plus napiwek,
czyli 130RMB, na nasze pieniądze będzie ok. 80 PLN.
Lotniskowi naganiacze chcieli na dzień dobry 300RMB.

Napiwek był jak najbardziej zasłużony - hotel znaleźliśmy sobie w hutongu a tu uliczki
wąskie, ledwo samochód się mieści i do tego tłumy spacerowiczów.
"Beijing Traditional View Hotel" miał cokolwiek przydługą nazwę, ale tak tutaj już
mają: "Plac Niebiańskiego Spokoju", "Pałac Najwyższej Harmonii" i trzeba przywyknąć.

Image
Beijing Traditional View Hotel z zewnątrz. W środku też jest stylowo.

Miejsce na nocleg okazało się udane - wieczorem po hutongach przyjemnie się powłóczyć.
Warunki zakwaterowania też w porządku, hotel jest na booking.com.

-- 04 Cze 2015 09:09 --

Wolne popołudnie po przylocie zagospodarowaliśmy na hutongi.
Było łatwo, bo wystarczyło wyjść za próg hotelu.
Uliczki wąskie, ludzi bardzo dużo, sklepy, sklepiki, knajpki najrozmaitszego kalibru
i asortymentu.

Image
Image

Do tego kolorowe lampiony, co kawałek wydobywająca się skądś muzyka, jednym słowem
przyjemne okolice do pospacerowania.
Powodów do jakichś specjalnych zachwytów jednak nie ma i gdyby ktoś miał się tu specjalnie
taszczyć z odleglejszego miejsca, to wydaje mi się - szkoda fatygi.

Image

Nazajutrz planowaliśmy wycieczkę na Wielki Mur do Mutanyu i w drodze powrotnej - Pałac Letni.
Jeżeli ktoś dysponuje wolnym czasem, bardzo lubi rozrywkę stanowiącą połączenie krzyżówki z randką w ciemno i skokiem
na bungie - warto w tym celu skorzystać z transportu publicznego.
Powyższych kryteriów żadne z nas niestety nie spełniało, więc postanowiliśmy w wyżej wymienionym celu pozyskać taksówkę.

Sprawa też wcale nie okazała się taka łatwa.
Jakiś żarowniś napisał w Internecie, że w Pekinie taksówek jest co niemiara a najlepiej brać je z postoju.
Jest dokładnie na odwrót: taksówek brakuje a postojów NIE MA.
To znaczy są, ale nieoznaczone i tylko w szczególnie popularnych miejscach i po zbójeckich cenach.
W skrócie reguły rządzące taksówkami są następujące:
* w godzinach szczytu porannego lub popołudniowego taksówki na ulicy złapać się nie da, no chyba, że ma się szczęście,
* w okolicach atrakcji taksówki złapać się nie da, bez względu na porę, z zastrzeżeniem jak wyżej,
* taksówkarz złapany na ulicy z reguły włącza taksometr, co oznacza, że nie zapłacimy drogo,
* w popularnych miejscach, z reguły, czeka na klienta w jednym miejscu kilka samochodów, żaden z kierowców nie ma jednak
ochoty jechać wg taksometru, tylko żąda zbójeckiej zapłaty.
* taksówki można sobie zamawiać przez Internet, wtedy przyjadą i zabiorą nas skąd będziemy chcieli i dokąd zapragniemy.
Chińczykom się to doskonale sprawdza.
W naszym wydaniu, zważywszy koszty roamingu komórkowego, przejazd taksówką stałby się droższy niż podróż na biegun,
poza tym nie znamy chińskiego w którym był zrobiony portal do zamawiania - więc nie próbowaliśmy.

Może ktoś bardziej obyty z Chinami wie jak sobie z tym radzić?

Ostatecznie poszliśmy po najmniejszej linii oporu i za pośrednictwem recepcji hotelowej zamówiliśmy sobie "private car"
na cały dzień, za jedyne 700RMB, czyli jakieś 420PLN.

-- 04 Cze 2015 09:10 --

"Private car" zjawił się o umówionej porze razem z niezamówioną wartością dodaną - przewodniczką.
Do szczęścia nam ten dodatek potrzebny nie był - żona bardzo dobrze opracowała, jeszcze w domu, co się
tylko dało na temat odwiedzanych miejsc i teraz nas na okrągło szkoliła.
Żal nam jednak zrobiło się dziewczyny i uznaliśmy - Aaa co tam, niech sobie jedzie.

Już po kwadransie okazało się jednak, że najlepsze co można było zrobić, to ową przewodniczkę czym prędzej
przegonić:
- To chcą państwo do Mutanyu?
- Tak, Mutanyu.
- A może lepiej do Badaling?
- Nie, do Mutanyu.
- Bo gdyby do Badaling, to byłoby bliżej i moglibyśmy zobaczyć wspaniały sklep!
- NIE, DO MUTANYU!
- To po drodze do Mutanyu też jest taki wspaniały sklep.
- ŻADNYCH SKLEPÓW! WRRR...

A w drodze powrotnej z Wielkiego Muru:

- Dużo było tego chodzenia, to na pewno nogi państwa bolą!
Może wobec tego pojedziemy na masaż stóp?
Jest taki wspaniały salon masażu!
- WRRR...

Na szczęście tego brzęczenia słuchać trzeba było tylko w trakcie, w sumie nie tak długich
przejazdów - przy zabytkach zostawaliśmy już sami a te nie rozczarowały ani trochę.

Wielki Mur w Mutanyu, zgodnie z obietnicami z przewodników, nie był ani trochę zatłoczony, można było nacieszyć
się spacerem i widokami do woli.
Słowo "spacer" nie do końca jest tu odpowiednie - mur wędruje to w górę, to w dół, często bardzo, bardzo stromo.
Przejście jednego, dwóch kilometrów wymaga niemałego wysiłku.
W czasie naszej eskapady pogoda dopisała, gdyby jednak komuś zdarzyło się tu być po deszczu, to trzeba chyba
bardzo uważać - kamienie będą masakrycznie śliskie.

Image
Image
Image

Otoczenie Pałacu Letniego okazało się znacznie bardziej rozległe i okazałe, niż przypuszczaliśmy.
Spodziewaliśmy się, że zwiedzanie zajmie nam tu nie więcej niż dwie godziny, a zrobiły się cztery.
"Private car" okazał się w związku z tym dobrym nabytkiem, bez tego trudno byłoby obskoczyć te dwa miejsca.
A tak - zostało jeszcze późne popołudnie i wieczór do zagospodarowania.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

-- 04 Cze 2015 09:15 --

"Wangfujing" to jedyna chińska nazwa, którą udało mi się wypowiedzieć
w sposób zrozumiały dla taksówkarza.

Spacer ulicą Wangfujing jest ze wszech miar godny polecenia.
Miejsce jest nieodległe od hutongów i Zakazanego Miasta, pojechaliśmy taksówką,
o którą późnym popołudniem, po godzinach szczytu nie było już trudno.

Image
Image
Zbieram zdjęcia samochodów policyjnych. Ten ozdobi kolekcję.

W nowoczesnej części typowo handlowego deptaka można kupić sobie prawdziwego Rolexa,
albo torebkę od Armaniego, gdyby ktoś potrzebował.
Później otwiera się labirynt wąziutkich uliczek utrzymanych w starym stylu.
Tutaj też są Rolexy i torebki i wszystkie inne wspaniałości tego świata ale produkcji chińskiej
i po kilka dolarów.
Lepiej jednak sprawić sobie jakąś tradycyjną pamiątkę w nieprzebranej ilości sklepików i straganów.
Image
Image

A jeszcze lepiej coś zjeść!
Do wyboru pieczone skorpiony, pająki, węże, rozgwiazdy, takie jakieś dziwne białe robale i chyba wszystko inne
co tylko chodzi, pełza, pływa, lata a po upieczeniu albo nawet i przed - da się nabić na patyk.
Image

Z taksówkami było jak z akupunkturą: za wbicie igły niewielka opłata ale za wyjęcie, no to inna sprawa.
Z hotelu dojechaliśmy wg licznika za 30Y, czyli mniej niż 20 PLN.
Droga powrotna kosztowała 100Y - potencjalnych klientów nie brakowało i kierowcy odmawiali jazdy
wg taksometru, żądając ustalonej ceny.

-- 04 Cze 2015 09:18 --

Drugi dzień w Pekinie też miał być pracowity - z rana Świątynia Niebios, potem
Plac Tiananmen i przylegające do niego Zakazane Miasto.

Na wieczór zaplanowana była "operacja pociąg", która cokolwiek nas stresowała.
Kolej chińska obiecała dostarczyć nas do Lhasy a ewentualna wpadka typu spóźnienie,
błąd w rezerwacji, problem z permitami tybetańskimi itp. itd. mógł rozłożyć cały plan
podróży na łopatki.

Do Świątyni Niebios chcieliśmy dojechać taksówką, niebacznie wybierając się w porze,
gdy kto żyw zmierzał do pracy, szkoły albo do innego, pożytecznego zajęcia.
Po pół godziny prób zatrzymania czterech kółek z napisem "taxi", doszliśmy do wniosku, że musimy
stać przy jakiejś Bardzo Ważnej Ulicy, która wiedzie w kierunku Bardzo Ważnych Miejsc, więc
nic dziwnego, że wolnych aut już nie ma.
Przeszliśmy na drugą stronę hutongu, przeciwległa ulica wcale nie wyglądała na gorszą i mniej ważną,
ale taksówkę udało się złapać w pięć minut.

Zaplanowane do oglądnięcia zabytki są warte poświęconego czasu i fatygi - bez dwóch zdań.

Image

Świątynia Niebios jest otoczona rozległym, bardzo rozległym parkiem.
A w tym parku Chińczycy.
Pełno Chińczyków.
Część z nich, pewnie przyjezdni jak i my, włóczy się i zwiedza świątynię za świątynią, pawilon za pawilonem.
Pozostali natomiast podzielili się na grupy i ćwiczą "coś".
"Coś" w wersji "gra w badmintona" albo "gra w zośkę" to najbardziej lightowe wersje "cosia".
W jednym zakątku, z pięćdziesiąt osób, tańczy walca angielskiego i to takiego z figurami.
Na innym placyku kilkanaście pań w rytm muzyki z wdziękiem wymachuje w wyjątkowo skomplikowany sposób
ozdobionymi wstążkami paletkami, na których spoczywa jakby przyklejona piłeczka.
Jeszcze gdzie indziej śpiewają arie operowe, ba, chyba odgrywają sobie na trawniku cały spektakl, bo śpiewających
jest pełno i zmieniają się rolami albo łączą w chór.
Nie brakuje grup, gdzie panie i panowie dobrze po czterdziestce, ćwiczą zawadiackiego rock-and-rolla, takiego
w szybkim tempie, z podnoszeniami i podrzutami.

Image

Odjazd zupełny.
Nie wiem tylko czy tylko do południa, czy oni tak przez cały dzień.

Plac Tiananmen niczym rozległym nie jest otoczony, bo jest bardzo rozległy sam w sobie.
A na tym placu Chińczycy.
Pełno Chińczyków.
Tutaj jednak nic intrygującego nie robią, tylko się tłoczą z każdej możliwej strony.
Można chyba śmiało stwierdzić, że w Pekinie jest PEŁNO TURYSTÓW.

Image
Wejście na plac pod ścisłą kontrolą, kolejka do prześwietlenia bagażu.

Trzeba to jednak rozumieć inaczej niż w wielu innych zakątkach świata.
Jeżeli mamy na myśli dajmy na to Egipt, Turcję albo np. Tajlandię, to kto przychodzi
nam do głowy, gdy mówimy "turysta"? - raczej jakiś przyjezdny cudzoziemiec.
W Chinach natomiast turystami są Chińczycy.
I dla nich przede wszystkim funkcjonuje cały przemysł turystyczny - kasy biletowe,
rezerwacje, restauracje, bary, hotele, komunikacja.
Przyjezdni, bez względu ilu by ich tu nie przyjechało, przy tak dużej masie turystów
wewnętrznych będą stanowić rodzynki, którymi tak specjalnie nie warto się zbytnio przejmować,
tłumacząc np. kartę dań.
Że jesteśmy swego rodzaju ewenementem - przekonaliśmy się już w parku, gdzie jakaś chińska
grupa chciała się koniecznie z nami sfotografować.
A na Placu Tiananmen i w Zakazanym Mieście mogliśmy się poczuć prawie jak miś na Krupówkach.
Ale może to czas przed sezonem i poprzyjeżdżali jacyś Chińczycy z prowincji ?!
W sumie przyjemne było to wspólne fotografowanie się.

Image
Image
Image
Image
Image
Image

Na Dworzec Zachodni, z którego wyrusza pociąg do Lhasy, wyjechaliśmy
z kilkugodzinnym wyprzedzeniem, na wypadek, gdyby trzeba stawić czoła jakimś
komplikacjom.
Dworzec i jego otoczenie robi z zewnątrz wrażenie - wieżowce "szkło i aluminium",
wielopoziomowe estakady, mnóstwo kolorowych reklam.
Wnętrze - jest już mniej porywające, jakkolwiek wszystko działa jak należy.
Żeby jednak je zobaczyć, to nie tak od razu - wchodzisz i już.
Trzeba się postarać.

Image

-- 04 Cze 2015 09:20 --

Tybetu na własną rękę zwiedzać nie wolno.
Czy ktoś ma ochotę czy nie - musi skorzystać z miejscowego biura podróży.
Dopiero ono, w imieniu turysty, występuje o dokumenty uprawniające do wjazdu
na teren Tybetu.
A bez tych tzw. "permitów" - ani rusz.
Okazji do pochwalenia się ich posiadaniem jest bez liku.
Odbierasz bilet kolejowy - chwalisz się, wsiadasz do pociągu - też, jedziesz pociągiem, wysiadasz,
wychodzisz z dworca, przyjeżdżasz do hotelu - jak najbardziej to też okazja do okazania "permitu".
A i w terenach mniej ludnych można liczyć na jakiegoś audytora.
Wkoło tylko sterty kamieni i śnieg a tu nagle szlaban i budka.
A w tej budce znudzony policjant albo żołnierz czeka na rozrywkę i na pewno sprawdzi, czy masz
potrzebną kartkę.

Zatem, zgodnie z oczekiwaniem władz Chińskiej Republiki Ludowej, poszukaliśmy w Internecie
kontaktu z lokalnym biurem i złożyliśmy stosowne zamówienie na sześciodniową eskapadę
z Lhasy do Kodari - na granicy z Nepalem.
Przed zakupem korespondowałem z kilkoma biurami, z każdym kontakt był bardzo dobry
i na moje niekończące się pytania odpowiadali z nadzwyczajną cierpliwością.
Z reguły do wyboru była możliwość dołączenia do grupy kilku lub kilkunastu osób (zależy, jaką
mają koniunkturę) albo wynajęcia prywatnego auta.

Ostatecznie zdecydowałem się na: http://www.tibettravel.com/, bo zaproponowali naszej czwórce
indywidualny samochód w cenie objazdu grupowego.
Za pośrednictwo w nabyciu biletu kolejowego też zażądali mniej niż inni - 16 USD.
Całość zatem kosztowała 5000Y, czyli mniej więcej 3000 PLN - za hotele, transport w Tybecie
i przewodnika oraz 210 USD za pociąg.

Podróż koleją trwa aż dwie doby i zastanawialiśmy się, czy nie szkoda trochę czasu na to.

Nie jest jednak źle - wyjazd z Pekinu następuje wieczorem, zatem z "życia" przejazd zabiera nam
tak na prawdę jeden następny dzień i pół kolejnego.
To okazja żeby sobie trochę odpocząć, a jest po czym, bo za nami przelot z Europy i dwa intensywne
dni w stolicy Chin.
Nie bez znaczenia jest też sposób w jaki dostaniemy się do Lhasy - przejazd pociągiem daje szansę
lepszej aklimatyzacji do tybetańskich wysokości.

Żeby jednak podróż była odpoczynkiem a nie męką trzeba kupić sobie miejsce sypialne.
Wyjątek stanowią tylko ci, którzy nad wygodę podróży przedkładają sobie możliwość integracji
z chińskim społeczeństwem - wtedy miejsce siedzące będzie niezastąpione.

Image
Chiński, to zdaje się jedyny język naszego konduktora.
Żadna to przeszkoda jednak, żeby się zapytać, gdzie w przedziale jest zainstalowane
gniazdko 220V albo o inną życiową sprawę.
Człowiek był bardzo uczynny i sympatyczny.

Image
Wagon restauracyjny to żywy dowód na to, że Chiny to państwo trochę komunistyczne
a trochę kapitalistyczne.
Jeżeli jest czynny, to ewidentnie panuje tu gospodarka rynkowa.
Jeżeli ...

Są dwa rodzaje sypialnych miejscówek: "hard sleeper" and "soft sleeper" i nie chodzi tu o to,
że łóżko będzie twarde albo miękkie, tylko tak się tu nazywa po prostu druga i pierwsza klasa.
Zasadnicza różnica pomiędzy nimi, to sześcioosobowe, niezamykane przedziały w pierwszym
przypadku i czteroosobowe, zamykane w drugim.

Wybraliśmy sobie wersję "soft" , było całkiem fajnie.
Wagon restauracyjny jest i wbrew temu, co można przeczytać na niektórych forach,
można w nim przyzwoicie i niedrogo zjeść o ile ktoś nie oczekuje koniecznie
europejskiego menu.
Co do czystości toalet i umywalni - też nie można narzekać.
Są systematycznie sprzątane i wcale nie jest gorzej niż na pokładzie Airbusa.
Jeżeli mamy pecha i przed nami trafiła się jakaś fleja, trudno obsługę pociągu o to winić.

Na korytarzu wywieszono szczegółowy plan podróży i można sobie poczytać, gdzie jesteśmy
i gdzie będziemy np. za dwie godziny:

Image

W przedziałach, przy każdym łóżku jest zawieszony telewizorek, ale i tak ciekawszy
program nadają za oknem.

Image
Image

Dworzec w Lhasie jest czysty, ładny i nowoczesny.
Przy wyjściu policja sprawdza dokumenty i wyłapuje wszystkich cudzoziemców, którzy
są kierowani do oddzielnego budynku.
Tam sprawdzają jeszcze raz paszporty i "permity" - odprawa, jak przy przekraczaniu
granicy międzypaństwowej, i to takiej, gdzie sąsiedzi niekoniecznie za sobą przepadają.

Image

Nigdzie indziej na świecie nie widziałem tak doskonałych wskazówek dla turystów, gdzie i w którą stronę ...
Zaraz za budyneczkiem odpraw stoją dwa szpalery żołnierzy z opuszczoną bronią automatyczną.
Zabłądzić się nie da.
Szkoda, że postawili tabliczkę, żeby ich nie fotografować.
Przy końcu obstawionej uliczki czeka na nas Nima - nasz przewodnik po Tybecie, wyposażony
w minivana, chińską podróbkę Hyundaia.
Siedziba biura które organizuje nam wycieczkę jest niedaleko i dworca i centrum Lhasy, zanim
trafimy do hotelu, musimy podjechać tam i zapłacić za całą eskapadę.
Dolary mogą być, kurs wymiany przy przeliczeniu okazał się uczciwy.

Zatem jesteśmy w Tybecie.

Image

-- 04 Cze 2015 09:22 --

Tybet jest kolorowy.

Kolorowy od chorągiewek modlitewnych rozwieszanych, gdy tylko trafi się jakieś dogodne miejsce.
Taka chorągiewka to jeszcze lepszy wynalazek, niż buddyjski młynek.
Napędza ją wiatr, z każdym poruszeniem zabierając w świat słowa mantry.

Image

Chińskie flagi na dachach Lhasy próbują być nie mniej liczne.
Ale one nie niosą żadnej modlitwy.

Image

- Nima, powiedz, ludzie wieszają te flagi bo chcą czy muszą?
- Nooo, muszą! Jeżeli ktoś nie powiesi, zaraz policja przychodzi i pyta: dlaczego?
Niektórym się to nie podoba i zawieszają flagę niżej, na przykład koło drzwi, zamiast dachu.

Nasz przewodnik jest Tybetańczykiem z urodzenia.
Na świat przyszedł w namiocie nomadów wypasających jaki.
Od tego czasu niewątpliwie przebył długą drogę - bardzo dobrze mówi po angielsku,
jest oczytany, ale sercem pozostaje związany ze swoją ojczyzną i religią.

- Wiecie jak odróżnić Tybetańczyka od Chińczyka?, pyta Nima, przy okazji objaśniania struktury
demograficznej Tybetu.
- ???
- Po uśmiechu! Tybetańczycy chodzą zawsze uśmiechnięci!
- A Chińczycy się nie uśmiechają ?!
- Eee tam, tylko tak zęby szczerzą.

A przy innej okazji:
- Nima, powiedz, czemu z tyłu, pod zderzakiem samochody mają przywiązaną taką małą, czerwoną
szmatkę?
- To Chińczycy wiążą. To zabobon taki, ma chronić przed złymi urokami. Ciemni ludzie!
- A te białe wstążki przy lusterkach wstecznych to do czego?
- To przynosi szczęście i chroni od wypadków.
- To też Chińczycy wieszają?
- Nie, nie. To jest prawdziwy znak i to my używamy.

Image

Tybet jest religijny.

Jakiś czas temu zauważyłem, że ludziom bardzo często wszystko udaje się na opak.
Chcą mieć demokrację? - a tu wychodzi dyktatura.
Miał być kapitalizm? - a powstało socjalne społeczeństwo.
Komunizm? - w wydaniu chińskim to agresywna kapitalistyczna ekspansja.

Podobnie rzecz się chyba miała z religią w Tybecie.
W myśl Mao, że to trucizna dla umysłu - buddyzm tybetański niszczony i prześladowany
w okresie Rewolucji Kulturalnej, eksplodował ze zdwojoną siłą.
Na każdym kroku widać przywiązanie ludzi do ich religii.
Miejsce pracy - kierowcy autobusu, taksówkarza, sprzedawcy, restauratora - z reguły jest wyozdabiane
buddyjskimi symbolami krzyczącymi kolorami lub złotem.
Odważniejsi przyczepiają dyskretnie wizerunek dalajlamy, panczenlamy albo karmapy.
Na ulicy, przystanku - niejeden wyciąga z kieszeni różaniec mola i przesuwa w palcach jego paciorki,
mrucząc pod nosem mantrę.

Kiedy ogląda się zdjęcia z Lhasy, uwagę przyciąga przede wszystkim Pałac Potala.
Natomiast, gdy się w Lhasie jest - najciekawszym miejscem jest pozornie niepozorny Jokhang.

Image

To nie świątynię postawiono w Lhasie tylko Lhasa została wybudowana wokół świątyni.
Dzień w dzień setki jeśli nie tysiące ludzi odprawiają Korę, trzykrotnie okrążając swoje święte miejsce.
Jedni - po prostu idą, poruszając młynkami modlitewnymi, inni - odmierzają drogę własnym ciałem.
Starzy, młodzi, ubrani tradycyjnie ale też i zupełnie nowocześnie.
I tak podobno bez przerwy, od VI wieku ...
Nawet próba przerobienia Jokhang na chińskie koszary nic tu nie zmieniła.
Nima twierdzi, że to dlatego, że miejsce na budowę było bardzo dobre - wcześniej mieszkała
tu cała masa demonów a postawienie świątyni poskutkowało odwróceniem złych sił na dobre.

Image

Image

Wnętrze robi jeszcze większe wrażenie.
Mrok, bo nie ma okien a światło pochodzi tylko od niezliczonych zniczy z masła jaka.
Powietrze ciężkie od kadzideł i swądu palącego się tłuszczu.
Nieprzebrane ilości ludzi.
Jedni zasiadają pod ścianami medytując i mrucząc mantry, inni wędrują w niekończących się
kolejkach do kaplic ze świętościami.
Co krok skarbony, z których wysypują się na posadzkę niemieszczące się już w nich banknoty.

Image
Miejsce odpoczynku pielgrzymów na tyłach świątyni.
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 06 Cze 2015 23:51 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Wszyscy turyści, którzy odwiedzają Lhasę, jak jeden mąż zwiedzają
Pałac Potala, potem Jokhang, w rejon którego zajrzeliśmy już wczoraj,
bez opieki przewodnika.
No i nie ma co się dziwić - obydwa miejsca są fascynujące.
Budowle wraz ze swoją wyjątkową architekturą i urokiem - to jedno.
Drugie, a w zasadzie pierwsze - to pielgrzymi odwiedzający swoje świętości.
Postąpiliśmy zgodnie z utartym schematem - i nie żałujemy.

Image
Image


Image
Image
Image

Popołudnie trzeba zarezerwować na Klasztor Sera.
Klasztor słynie z publicznych debat mnichów a te odbywają się już
raczej po obiedzie i wyglądają trochę jak bijatyka.
To dlatego, że prowadzone są nie tylko werbalnie ale i przy użyciu
ustalonych tradycją gestów.
Nima zapewniał, że to faktyczna debata, a klasztorna szkoła, to najwyżej
notowana uczelnia buddyzmu tybetańskiego.
Niestety, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to trochę cepelia.
Ale może jednak, na szczęście, to tylko impresja cynika z Europy.

Image
Image
Image

Pogoda w Lhasie okazała się nadzwyczaj zmienna.
Rano - słonecznie ale chłodno i bez kurtki ani rusz, potem - zdecydowanie
nic poza krótkim rękawem.
Kiedy natomiast, już po odwiedzinach u rozdyskutowanych mnichów, chcemy
ruszyć w miasto i znaleźć miejsce, gdzie dają coś jadalnego - rozpoczyna się
śnieżyca.
Śnieg wali tak gęsto, że zaczynamy obawiać się o nasze plany na najbliższe dni.
Od jutra mieliśmy ruszyć przez Tybet autem, trasa praktycznie cały czas przez góry,
po drodze kilka wysokich, w okolicy 5000m przełęczy.
Jeżeli to wszystko zamarznie i oblodzi się - będziemy mieli kłopot.
Mają tu piaskarki?

Ranek powitał nas jednak słońcem i rozterki duchowe typu " a co będzie jak się
nie da dojechać do Kodari?" powędrowały na bok.
Niestety.
Niespełna 3o km od Lhasy samochody zaczęły stopniowo zwalniać,
by w końcu zatrzymać się w bliżej nieznanych rozmiarów kolejce.
Na co czekamy?
Aż śnieg stopnieje!
Choć wkoło nas piękna pogoda, bezchmurnie i ciepło, dalej droga zaczyna
stromą wspinaczkę ku przełęczy.
A tam zrobiło się niebezpiecznie ślisko i policja rozstawiła szlabany w pobliskim
miasteczku, całkowicie wstrzymując ruch.
Image


Ostatnio edytowany przez TikTak, 07 Cze 2015 00:59, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 07 Cze 2015 00:32 

Rejestracja: 07 Sty 2013
Posty: 6
Cytuj:
* taksówki można sobie zamawiać przez Internet, wtedy przyjadą i zabiorą nas skąd będziemy chcieli i dokąd zapragniemy.
Chińczykom się to doskonale sprawdza.
W naszym wydaniu, zważywszy koszty roamingu komórkowego, przejazd taksówką stałby się droższy niż podróż na biegun,
poza tym nie znamy chińskiego w którym był zrobiony portal do zamawiania - więc nie próbowaliśmy.

Może ktoś bardziej obyty z Chinami wie jak sobie z tym radzić?


Najwygodniej korzystajac z np. Didi Dache (http://en.wikipedia.org/wiki/Didi_Dache) dostepnej np. w chinskim App Store na iOS (rowniez na Androida). W teorii nalezy dodac srodek platnosci, w praktyce natomiast nic nie stoi na przeszkodzie w zaplaceniu kierowcy w gotowce. Obsluga bardzo intuicyjna nawet bez znajomosci chinskiego (choc adred docelowy nalezy wymowic / napisac po chinsku), ale podobno ostatnio pojawiaja sie starania, zeby uniemozliwic taksowkarzom korzystanie z tego typu aplikacji.
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 07 Cze 2015 10:38 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
He, he - "adres wymówić albo napisać po chińsku" - mission impossible :D

W oczekiwaniu, aż słońce zmieni lód na drodze w wodę i pojedziemy dalej -
rozważania na temat choroby wysokościowej.

==============
Chyba każde tybetańskie biuro podróży na swoim portalu zamieszcza informacje,
jak sobie z chorobą wysokościową radzić.
W większości hoteli są też zainstalowane punkty medyczne mające wspierać tych,
którzy mimo rad jednak sobie nie poradzili.
Skoro tak, uznaliśmy, że coś na rzeczy musi być i ewentualność ślęczenia
w jakimś szpitalu zamiast zwiedzania trochę nas straszyła.

Z perspektywy spędzonego w Tybecie tygodnia - wygląda to jednak nie tak strasznie.
W zeszłym roku byliśmy w Andach i tutaj wszystko działało niemal identycznie.
Do wysokości 4000m (Lhasa 3600m) specjalnie nie ma się czym przejmować.
Wiadomo, wchodząc po tysiącu schodkach do pałacu Potala o zadyszkę
znacznie łatwiej, trzeba też liczyć się z migreną.
Natomiast w okolicy 5000m następuje przeskok.
Kilka szybszych kroków wywołuje kołatanie serca, brak tlenu wymusza co chwilę
konieczność długiego i głębokiego wdechu.
Na szczęście nie ma to istotnego wpływu na samopoczucie w trakcie jednej,
dwóch godzin przebywania w wyższej okolicy.

Ważne jest natomiast - gdzie się śpi.

Dobrze się jednak składa i dla najwyższego noclegu - w Mount Everest Base Camp jest alternatywa.
W razie problemów można zjechać do Old Tingri i przespać się na na 4300.

Można też wspierać się farmakologicznie.
Nasza lekarka rodzinna akurat osobiście rok temu Tybet odwiedziła i zasugerowała,
żeby zażywać diuramid (diamox).
Wcinaliśmy zatem te tabletki na wszelki wypadek i rzeczywiście - nikomu z nas
kompletnie nic nie dolegało.
====================

Po niemal dwóch godzinach śnieg stopniał.
Kolejka samochodów ruszyła powoli.
Kilometr dalej każdy pojazd musiał zatrzymać się przy zaimprowizowanym
na drodze stoliczku z policjantem.
Po chwili kierowca wrócił trzymając jakiś dokument, z którego był wyraźnie niezadowolony.
- Mandat?
- Nie. Dostaliśmy strasznie długi limit.
Limit oznacza, że gdzieś tam, hen, hen, za górami, stoi drugi taki podobny stoliczek
z innym policjantem i gdy będziemy przejeżdżali obok, ten policjant sprawdzi
zalecony nam minimalny czas przejazdu.
Jeśli przyjedziemy za szybko, to znaczy, że jechaliśmy brawurowo i nieostrożnie -
i wtedy to już mandat będzie.

Do Shigatse, gdzie mieliśmy przenocować, dotarliśmy przed zmierzchem.
O ile wczoraj oglądaliśmy zabytki cywilizacji, o tyle dzisiaj - niemal wyłącznie przyroda.

Widoki z kolejnych przełęczy - warte trudu podjazdu.
Image
Image
Image
Image
Image

Szczególnie ładnie prezentowała się okolica jeziora Yamdrok.
Jezioro jest bardzo duże, a wszystko co szczególne - wielkie, wysokie albo głębokie tutaj uznawane jest za święte.
Tak też jest i z Yamdrok.
Nima, głęboko religijny, kilkakrotnie przypominał nam, że w związku z tym trzeba w jeziorze
zanurzyć ręce.
A potem, na wszelki wypadek, osobiście dopilnował, żeby nikt z nas sobie o tym nie zapomniał.
Image
Image
Image

Po drodze, przy okazji obiadu, trafiła się okazja do pooglądania małomiasteczkowej rzeczywistości
w Tybecie.
Odnosiło się wrażenie sielskiego spokoju, połączonego ze względnym dobrobytem.
Przy okazji - gdyby ktoś poszukiwał tu szczęścia swojego życia, to panie z fartuszkami - to mężatki,
bez fartuszków - można stawać w konkury.
Image
Image
Image

O Gyantse tylko trochę zahaczyliśmy.
Image

Hotel w Shigatse przywitaliśmy z radością - całodzienna podróż wyciągnęła z nas całą energię.
Z zewnątrz wyglądał całkiem przyzwoicie i w środku też taki się okazał.
Image
Image
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 07 Cze 2015 13:52 

Rejestracja: 01 Lip 2012
Posty: 185
Loty: 14
Kilometry: 90 771
niebieski
Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg!


Wysyłane z mojego iPad przy użyciu Tapatalk HD
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 07 Cze 2015 14:47 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Dzięki! :)

Następny dzień rozpoczął się trochę nietypowo.
Do tej pory startowaliśmy zaraz po śniadaniu, bo "szkoda czasu".
Tym razem Nima stwierdził, że musi udać się do magistratu po kolejne
pozwolenia i przepustki dla nas.
A ponieważ, jak mówił, urzędnicy są gnuśni i pracują jak się im podoba,
zejdzie mu najpewniej co najmniej do 11.

Wolny czas wykorzystaliśmy na szukanie czegoś do jedzenia po drodze.
Najłatwiej zaopatrzyć się a później nawet i zjeść chińską interpretację
drożdżówki - jest z reguły ok, choć strasznie słodka.
Chcieliśmy jednak jakiegoś urozmaicenia.
Odnieśliśmy w tej materii znaczący sukces - cukierki "White Rabbit", takie
chińskie toffi, bardzo dobrze wchodziły.
Niestety, była też i porażka - kupiona herbata znowu była wymieszana
z jaśminem.

Nima wrócił z lekkim opóźnieniem, na temat wydających przepustki powiedział
parę słów po tybetańsku, a że słońce było już wysoko a droga przed nami
daleka, zadał podchwytliwe pytanie z nutką nadziei w głosie:
- A do klasztoru Tashilhumpo w sumie to chcecie?
Nie daliśmy się zwieść tkwiącej w tonie sugestii, że nie , że to powtórka
z tego co już było - i chcieliśmy.

No i bardzo dobrze - klasztor chyba najbardziej malowniczy ze wszystkich po drodze.
A mnisi najbardziej pragmatyczni - zamiast wieszać zakazy fotografowania
(chodzi o wnętrza), kasują dodatkowe pieniądze przy każdej okazji.
Grób religijnego dostojnika, głoszącego za życia pogardę dla bogacenia się,
zrobiony z 15 ton srebra, pół tony złota i sterty drogocennych kamieni, to
całkiem godny widok dla obiektywu i niejeden turysta się skusi na ekstra
wydatek.

Image
Image
Image
Image
Image
Image

Z tym zdaje się, jak Chiny długie i szerokie, jest nieustający problem.
Nie pomogły nawet surowe kary wymyślone przez Mao.
Image


W świątyniach Nima ma z nami problem.
Przed każdym liczniej odwiedzanym buddyjskim przybytkiem stoją
przenośne "kantory", które wymieniają junany na juany.
Dajesz banknot np. 100 juanów a w zamian otrzymujesz 90 jednojuanówek.
Po co?
A no w świątyni jest pełno skarbonek przed wizerunkami bóstw dobrych albo złych,
taka domieszka hinduizmu.
Każde bóstwo jest na swoim rozrachunku, więc nic dziwnego, że woli dostać
swój własny pieniądz.
Te dobre bóstwa można sobie w ten sposób zjednać, a tym złym powiedzieć,
żeby poszukały kogoś innego i na nim skupiły swoją uwagę i talent.
My, mimo powtarzanych sugestii przewodnika, w tym, jak by nie patrzeć,
przekupnym procederze nie chcemy brać udziału.

- A co będzie jak mi się pochorujecie, albo pogubicie? desperuje Nima.

Uspokaja się, gdy tłumaczymy, że jesteśmy katolikami i na nas to nie działa.
A gdy żona wyjmuje z torebki różaniec, przecież bardzo podobny do jego
paciorków mala, twarz przewodnika promienieje.

W ogóle - dużo czasu spędzamy w samochodzie, więc jest okazja na pogaduchy.
Nima stara się wytłumaczyć mi, po co i do kogo modlą się buddyści, skoro ich
religia zakłada nieobecność Boga.
Ja z kolei, próbuję wyjaśnić podstawy religii katolickiej.

Podobno cudzym zwyczajom nie powinno się dziwić, tylko próbować zrozumieć.
Ale czasem przychodzi mi to z trudem.
Już nie pamiętam, co skłoniło mnie do zadania tego pytania:
- A co robicie ze zmarłymi? Kremujecie?
- No, no. We put them to eagles!
- Dajecie ptakom???!!!
- Nie, takim byle jakim ptakom to nie. Orłom!

Słyszałem o tej praktyce w Tybecie ale sądziłem, że ma ona charakter marginalny.
Tymczasem Nima zapewniał, że to powszechnie stosowana forma pogrzebu.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 07 Cze 2015 17:02 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Shigatse to drugie pod względem wielkości miasto w Tybecie.
Potem, bardziej na zachód tereny są już mniej ludne.
Ma to istotne znaczenie praktyczne - nie za bardzo można sobie
pogrymasić w kwestii "a gdzie by tu zjeść obiad?".

Przekonałem się, że najlepiej jednak zaufać w tej sprawie przewodnikowi.
Wiadomo, że zawiezie nas tam, gdzie mu za to zapłacili, ale otruć nas
też raczej nie powinien chcieć, bo to kłopot i dla niego.

Miejsce w którym zatrzymaliśmy się, po kolejnej przełęczy, na posiłek
zupełnie na restaurację nie wyglądało a założenie, że cokolwiek tam
będzie się konsumować, od razu przyprawiało o ból żołądka.

Image

Image

Nima zawołał właścicielkę, która poganiała właśnie jaka w obejściu.
Pani przyszła, umyła ręce, a za pół godzinki był obiad - gorący i smaczny.
Image

Dobrze, że nie grymasiliśmy.
Potem jechaliśmy już tylko do góry, do góry, aż do przełęczy Gyatsola, najwyżej położonego
miejsca, jakie dane nam było w Tybecie odwiedzić.
Żadnych osad ani restauracji po drodze już do późnego popołudnia nie było.

Ilość chorągiewek zdaje się tu być proporcjonalna do wysokości npm.
Image

Mieliśmy nocować w New Tingri, ale przewodnik stwierdził, że w Old Tingri hotel też
jest do niczego, za to widoki fajne.
Potwierdzam jedno i drugie, to znaczy widoki i to, że w hotelu nie chciałem położyć plecaka
na podłodze, żeby się nie pobrudził.
Stan bramy oddaje mniej więcej urodę Snow Leopard Guesthouse :)
A na wprost - Cho Oyu.
Image

Jeżeli tylko trochę wystawić głowę za słupek z lewej - widać Mount Everest.
Image

Łóżko było jednak szerokie, wygodne i czyste.
Miało też zainstalowany wspaniały patent - elektrycznie ogrzewany materac.
Dzięki temu, choć w pokoju temperatura progu 10 stopni raczej przekroczyć nie chciała, to
spało się całkiem fajnie.

No i przed spaniem bajka na dobranoc:
Image
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
jerome uważa post za pomocny.
 
 
#8 PostWysłany: 12 Cze 2015 20:56 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Przymusowe korzystanie z usług biur turystycznych w Tybecie ma też
i dobre strony.
Poza pytaniem "a ile to dziś będzie kosztował obiad" - żadne inne
sprawy bytowe nie muszą nas martwić.
O wszystko dba Nima, o wszelkie bilety wstępu też.

Image

A tu Snow Leopard Guesthouse w całej okazałości:

Image


Odkąd pod Mt. Everest podciągnięto autostradę, biznes turystyczny
rozkwitł tu jak konwalie w maju.
Dzisiaj jest wyjątkowo gwarno.
Wprawdzie lokatorzy tych wszystkich luksusowych hoteli, zaraz u podnóża
góry, pewnie jeszcze nie powychodzili z łóżek a pole golfowe czynne będzie dopiero
za godzinę ale niemal jednocześnie przyjechało kilkanaście autobusów.
Kolejka linowa na szczyt od dawna jest przeciążona i planuje się budowę drugiej,
ale znacznie nowocześniejszej.
Na szczęście spora część turystów woli spędzić czas w wesołym miasteczku.
Tam, choć karuzele i rollecoaster są z tych najnowocześniejszych, największą
frajdę dziatwie szkolnej sprawia celowanie "kulami śniegu" ze styropianu
do gumowych Yeti.

BRRR ..., koszmar senny.
Albo ten elektryczny materac za bardzo grzeje albo tlenu mało.
Kiepski sen to podobno częsty skutek przebywania na dużej wysokości.

Image

Rano, wszyscy raczej niewyspani, dostajemy dość surrealistyczne śniadanko:
jajko na twardo z naleśnikiem i w drogę - do Mount Everest Base Camp.
Przy zjeździe z asfaltu posterunek, w którym trzeba znowu wylegitymować się
permitami, paszportami i dodatkowo biletem wstępu do "Chomolungma area".
Dalej droga przechodzi stopniową ewolucję, zaliczając kolejne fazy:
* RegularnieRozsypaneKamienie
* UmiarkowaneWertepy
* WielkieWertepy
* WertepyTakieŻeWiększeByćNieMogą

Osiemdziesiąt kilometrów jazdy, przekłada się tu trzy, cztery godziny w samochodzie.
Czas się bardzo nie dłuży - za oknem krajobrazy ciekawe, choć rozmawiać trudno,
bo wszystko się tłucze i podskakuje.

Image

Niespodziewanie na pustkowiu, gdzie kierunek wyznaczają ślady kół poprzednika,
ni stąd ni zowąd wyrasta przed nami ogromna ciężarówka, a za nią następna.
A potem jeszcze jedna, buldożer i dwa spychacze.
Przed mijanymi maszynami otwiera się widok na rozległy plac budowy.
- No, gdybyście przyjechali za rok, to już nie będziemy się tłukli po wybojach,
stwierdza Nima.
- Budują autostradę do Rongbuk, prawie pod same namioty w Base Camp !!!

Kawałek dalej otwiera się panorama na Mt. Everest.

Image

Do Rongbuk prace budowlane i cała ta nowoczesność jeszcze nie dojechała.

Image
Image

-- 12 Cze 2015 21:08 --

W rejon, gdzie rozstawione są namioty himalaistów spędzających czas
na aklimatyzacji - można dojechać tylko kursującym wahadłowo busikiem.
Wszystkie inne pojazdy muszą zostać na parkingu, wokół którego
stoją jurty, mające zapewnić nam nocleg.

Image

Wokół kręci się spore stado jaków.
Przewodnik twierdzi, że to w związku z mającą lada moment wyruszyć wyprawą

Image

Wnętrze namiotu-hotelu okazuje się zaskakująco ciepłe i przytulne a gospodyni
częstuje świeżo upieczonymi podpłomykami.

Image
Image
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 13 Cze 2015 08:54 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Po kolejnym dniu specjalnie wiele sobie nie obiecywaliśmy.
Miała to być po prostu przeprowadzka z Chin do Nepalu.
W tym celu należało dojechać do granicy Autostradą Przyjaźni
a następnie pieszo ją przekroczyć, maszerując przez Most Przyjaźni.

Autostrada Przyjaźni to wyjatkowo długa trasa.
Zaczyna się w Szanghaju i tutaj, w Kodari, na granicy z Nepalem - kończy.
Korzystaliśmy z niej już od momentu opuszczenia Lhasy, czasem tylko trochę
zbaczając, np. w stronę Mt. Everest Base Camp.
Droga z autostradą nic wspólnego nie ma, miejscami owiec i jaków jest na niej więcej
niż pojazdów, nie mniej jednak pełni tu rolę strategiczną i dzięki temu jest
bardzo dobrze utrzymana.

Wbrew oczekiwaniom, na drzemkę w samochodzie nie było okazji.
Najpierw za sprawą kolejnych przełęczy, gdzie krajobrazy zachęcały do
większego niż przeciętnie zużycia pamięci z karty aparatu fotograficznego.

Image
Image
Image
Image

Potem rozpoczął się zjazd w dół.
O ile od strony Chin pociąg przez dwa dni wspinał się stopniowo na Wyżynę Tybetańską,
tutaj trzeba było znaleźć windę, która szybko opuści nas 3 km niżej.
Wygląda to tak, że doliny od strony Nepalu wrzynają się długimi jęzorami w masyw
Tybetu, tworząc, na oko, bezdenne wąwozy a rolę windy spełnia droga położona
na półkach skalnych, wyciosanych w ich ścianach.

Jazda, wydawałoby się, niekończącymi się serpentynami trwa blisko trzy godziny.
Droga, od czasu do czasu, przeskakuje przez most zawieszony nad przepaścią na
półkę po drugiej stronie wąwozu.
Wtedy też jest okazja, żeby popatrzeć sobie z dalsza - "a którędy to przed chwilą jechaliśmy?"
i najczęściej wydaje się, że to niewiarygodne, że tam jest droga, że można tamtędy
jechać i nie zlecieć w dół.
Tymczasem w trakcie pokonywania kolejnych zakrętów, dzięki zamontowanym barierkom
ochronnym poczucia zagrożenia nie ma, więc nawet, gdy ktoś cierpi na lęk wysokości,
powinien sobie tu dać radę.

Image

Przejście graniczne ma charakter nieco jednostronny, to znaczy - kontrolę sprawują wyłącznie
Chińczycy.
Tutaj żegnamy się z kierowcą i przewodnikiem, który asystuje nam aż do momentu, gdy
w paszportach mamy przybity stempel wyjazdowy.
Od tej pory kończy się nam tybetańska łatwizna i musimy zacząć o siebie dbać samodzielnie.
Na razie jest to nietrudne, bo Nima zadzwonił do znajomego, zajmującego się transportem
od granicy do Kathmandu i Nepalczyk już na nas czeka, praktycznie przy wyjściu
z budynku odpraw.

Gdyby jednak komuś trafiło się tu działać samodzielnie, to zgubić się nie sposób.
Przechodzimy przez most, w razie potrzeby chętnych do niesienia bagażu jest co niemiara.
A za mostem są już samochody do wynajęcia, które zawiozą nas do Kathmandu.
Jedyna rzecz, którą można przeoczyć, to uzyskanie wizy Nepalskiej.
Nikt nas do tego nie zmusza i trzeba samemu wypatrzeć kantorek, gdzie za 25 USD dostaniemy
potrzebną naklejkę w paszporcie.
Przypuszczam zresztą, że w razie czego wynajęty kierowca przypomni nam o sprawie i pokaże,
gdzie kupić wizę - wprawdzie na granicy Nepalczycy niczego nie kontrolują, ale później, po drodze
są posterunki policji, które sprawdzają dokumenty podróżnych.

Droga, zwłaszcza w rejonie przygranicznym jest zdecydowanie terenowa i tylko
terenowe samochody nadają się do w miarę wygodnego jej przebycia.
Cena jaką trzeba zapłacić za wynajęcie takiego samochodu waha się od 100 do 120 USD,
zależnie od ilości jadących osób.

Winda Tybet-Nepal przenosi nas do innego świata.

Zmienia się i kultura i klimat.
O ile kilka godzin wcześniej było mroźne powietrze i potrzebne były kurtki, polary,
czapki i rękawice, teraz tylko t-shirt, bo jest gorąco i parno a wkoło las deszczowy.

Image
Image

Jedynym elementem łączącym te dwa światy są reguły ruchu drogowego a raczej,
w oczach Europejczyka - ich zupełny brak.
Choć po dłuższej obserwacji, wydaje mi się jednak, ża dadzą się one jakoś i tutaj
skodyfikować.
Opisałbym to tak:
* jedziemy sobie przed siebie i niczym się nie martwimy,
* jeżeli ktoś lub coś nam przeszkadza, to zatrzymujemy się i trąbimy i wcale
się przy tym nie denerwujemy,
* jeżeli ktoś na nas trąbi, to wcale się tym nie przejmujemy, a tym bardziej nie
denerwujemy, tylko jedziemy jak jechaliśmy,
* jeżeli sobie trochę potrąbimy na zapas, to jest fajnie i nie ma co sobie tej
przyjemności żałować
* ponieważ piesi nie trąbią, nie należy zwracać na nich specjalnej uwagi,
no najwyżej w drodze wyjatku.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 14 Cze 2015 10:04 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Jak wspomniałem, wraz z pożegnaniem z Nimą skończyły się tybetańskie wygody,
gdzie nas wozili, nocowali i karmili - i o nic nie trzeba było martwić się samemu.
Dlatego teraz parę słów na temat spraw bytowych w Kathmandu.

Nepal jest niedrogi.
Tanie są hotele, taksówki, wstępy, posiłki w restauracjach.
Nie ma też najmniejszego problemu z ich dostępnością a po angielsku
można porozumieć się niemal wszędzie.
Dzięki temu każdy sobie tu bez problemu poradzi a ewentualna wpadka
będzie co najwyżej polegała na tym, że za taksówkę zapłaci się 10 USD,
choć można było tylko 5.

W Kathmandu proponuję zamieszkanie w dzielnicy Thamel.
Thamel wygląda tak:

Image

a czasem tak:

Image

Zamieszkaliśmy w hotelu "Nepalaya", dostepnym przez booking.com.
Za dwuosobowy pokój z DOBRYM śniadaniem chcą tutaj niewiele ponad równowartość 100 PLN.
Do środka wchodzi się z takiej właśnie zatłoczonej uliczki pełnej sklepów, knajpek i wszelkiego rodzaju
ruchu.
Hotel luksusowy nie jest ale czysty, obsługa bardzo uczynna i miła a na dachu ma fajną restaurację.

Image

Kathmandu było kiedyś mekką dzieci-kwiatów i coś z tego zostało do dzisiaj.
Na ulicy często można spotkać podstarzałych hippisów, którzy chyba nie zauważyli, że trochę czasu
od ich młodości już upłynęło.
Kręci się jednak też niemało młodych następców dla kadry z pokolenia Lennona a marihuana w doniczkach
niezmiennie rośnie.

Image
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 14 Cze 2015 12:26 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
A teraz o zwiedzaniu.
W Dolinie Kathmandu trzeba koniecznie znaleźć czas nie tylko na
samą stolicę ale też na Bhaktapur i Patan.
Formalnie to oddzielne miasta ale tak na dobrą sprawę można popatrzeć
na nie, jak na dzielnice Kathmandu.
Do Bhaktapur taksówka za 10-20 USD dostarczy nas w nieco ponad pół godziny,
do Patan - w kwadrans.
Jeżeli ktoś nie nasycił oczu himalajskimi widokami, powinien też bladym świtem wybrać
się do odleglejszego Nagarkot i popatrzeć o wschodzie na "zapalanie szczytów".
Jest zatem co zrobić z czasem i w moim odczuciu, jeżeli nie spędzimy tu przynajmniej
trzech dni, to szkoda było pieniędzy na samolot.

W Kathmandu z rana dobrze jest wybrać się do Pashupatinath.
To zespół hinduistycznych świątyń bezpośrednio nad rzeką Baghmati, a że dopływa
ona do Gangesu, to też tak jak i Ganges jest święta.
Uczyniło to z Pashupatinath nepalskie Varanasi.

Image
Image

Pełno pielgrzymów, sądząc po strojach, z różnych zakątków kraju.
Niezliczone kramy z hinduskimi dewocjonaliami.

Image
Image
Image

Przede wszystkim uwagę zwracają położone bezpośrednio przy nabrzeżu ghaty, na których odbywają się
kremacje zwłok.
Z jednej strony wejścia - brzydkie i z zardzewiałymi daszkami - ogólnie dostępne.
Po drugiej stronie, w pobliżu mandiru Shiwy - dla co znaczniejszych albo lepiej płacących obywateli.
Widoczny na pierwszym zdjęciu ogień, to właśnie trwający pochówek jakiegoś vip-a, a poniżej
miejsca dla pozostałych:

Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 18 Cze 2015 21:17 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Żeby nie marnować czasu i pieniędzy, z Pashupatinath trzeba pojechać
prosto do Boudhanath.
Stupa jest odległa tylko o 10 min. jazdy taksówką, na północ od hinduistycznej świątyni.
A Boudhanath pominąć nie można, bo to jakby nieformalne godło Nepalu.

Image

Budowla jest ogromna, wypełnia sobą spory plac okolony kamieniczkami, którego obrzeżami wcale
nie jest tak łatwo przejść, bo buddyjscy wyznawcy, podobnie jak w Tybecie, odprawiają Korę
wokół świątyni.

Image

Podobnie jak przy Pashupatinath także tutaj za dostęp do zabytku cudzoziemcy muszą zapłacić.
Dokładnych cen nie pamiętam, ale w Nepalu szkoda się kosztami wstępów specjalnie przejmować.
Z reguły to opłaty, w przeliczeniu, 10-15 PLN, więc jeśli ktoś zapłacił za samolot, to i te wydatki nie powinny boleć.

Skwapliwie skorzystaliśmy z okoliczności, że Thamel nie jest daleko a taksówki majątku nie kosztują
i na obiad pojechaliśmy do naszego hotelu.
Na popołudnie został Durbar Square.
Do placu jest tylko niewiele ponad kilometr i można śmiało wybrać się tam na piechotę,
zwłaszcza, że ze względu na specyfikę ruchu, taksówką wcale szybciej nie będzie.
A ze względu na rozliczne i cokolwiek głębokie dziury w jezdni - wygodniej i przyjemniej - też nie.
Typowa uliczka miejska prezentuje się jako dość poważne wyzwanie, tak dla kierowców jak
i pieszych:

Image

Wyobraźcie sobie sztachetę od płotu, na której ktoś postanowił wyrzeźbić drzewa.
Na tych drzewach każdy listek - jak żywy.
Wokół drzew spacerują, też wyrzeźbione słonie, latają ptaszki, a nad drewnianą rzeką czyha smok.
Teraz wystarczy tylko pomyśleć o tysiącach takich desek misternie ze sobą splecionych
w rozmaite budowle - i obraz Durbar Square w Kathmandu gotowy.

Image
Image
Image

Tutaj podobno, jeszcze w XVII w. składali ofiary z ludzi.
Nadal to wyjątkowo święte miejsce i dlatego wchodzić tam nie wolno.

Image

Nie wolno też zaglądać niewiernym do wnętrza domu żywej bogini Kumari.
Do wnętrza - nie, ale na dziedziniec - jak najbardziej:

Image
Image

Szwagier, któremu przydarzyło się zwiedzać Kathmandu rok temu, stwierdził, że tutejszy Plac Durbar
w sumie był najmniej ciekawy w porównaniu z pozostałymi miastami doliny.
Zachodziliśmy więc w głowę co też jeszcze można wymyślić i tym bardziej byliśmy ciekawi
jutrzejszego Bhaghtapur.

Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 19 Cze 2015 21:00 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Pisałem o koronkowej pracy budowniczych - w Bhaktapur pobrałem próbki:

Image
Image

Wszystkie budowle są tak zrobione - żadna belka, łata, krokiew czy najzwyklejsza deska
nie może się poskarżyć, że ktoś o niej zapomniał i nie ozdobił jej jak należy.

Bhaktapur jest inny niż starówka w Kathmandu.
Teren zabudowany świątyniami i pałacami zdecydowanie bardziej rozległy.
Całość jest uporządkowana, na bieżąco sprzątana a wjazd dla samochodów
i jednośladów - zabroniony.
Widać rękę gospodarza, który dba o niezwykłe zabytki, tymczasem w Kathmandu można
było odnieść wrażenie, że wszystko zostało pozostawione samemu sobie.

Image
Image
Image

Z Durbar Square wąskimi, dość zadbanymi jak na nepalskie warunki uliczkami, można przejść
do Placu Taumadhi.
W mijanych sklepikach, których są dziesiątki, jeśli nie setki warto pokupić pamiątki.
Są trochę inne niż te na Thamelu.
Ręcznie wyrzeźbione filigranowe repliki drewnianej architektury, jak na swoją urodę
i pracochłonność wytworzenia kosztują bardzo niewiele, w innych miejscach już takich
nie spotkałem.
Za to grające mosiężne miski, we wszelkich możliwych rozmiarach są wszędzie.
Ozdobą Taumadhi jest Nyatapola, w sumie kształtem podobna do innych mandirów ale
wysokością bije konkurencję na głowę.

Image
Image

Ten elegancki pojazd to pamiątka niedawno odbywanej uroczystej procesji.
Niebawem zostanie zdemontowany a części zmagazynowane do następnego roku,
tutaj będzie to 2073.

Image
Image
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 20 Cze 2015 09:01 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Po południu - Swayambhunath albo inaczej "Małpia Świątynia" w Kathmandu.

Miejsce również jest nieodległe od Thamelu ale okazuje się, że tylko na mapie.
Droga tam jest baaardzo pod górkę, dziurawa, często bez nawierzchni.
No i na dodatek - wszechobecne bałaganiarstwo.
Tu i ówdzie, gdy ktoś doszedł do wniosku, że samochody jeżdżą za blisko jego chałupy
albo sklepiku, przytaszczył kilka wielkich kamieni, a z daleka taszczyć nie musiał,
i położył na środku drogi i tak już zostało.
Zatem nie tylko nie jest łatwo przejść ale przejechać - też.

Suma sumarum : DO SWAYAMBHUNATH JEDŹCIE TAKSÓWKĄ!

Gdyby jednak ktoś się łudził, że na tym trudności się kończą, to NIC Z TEGO.
Kiedy już wysiądziemy z taxi zobaczymy coś takiego:

Image

To tylko końcóweczka długich, długich, długich i stromych schodów.
Można je jednak pokonać uporem, cierpliwością, a kiedy zadyszka nie
pozwala posuwać się w górę równie żwawo jak co chwilę wyprzedzająca
nas młodzież wcale nie trzeba się dekonspirować z marną kondycją.
Wystarczy udawać, że zatrzymaliśmy się, żeby przyglądać się
harcom małpek, których tutaj rzeczywiście pełno.

Zaliczyliśmy zatem dwie próby:
* próbę drogi
* próbę schodów
a wiadomo, że wstępu do różnych niezwykłych miejsc zawsze bronią PRÓBY TRZY
(por. "Indiana Johns" i tym podobne).

Trzecia próba czekała nas na szczycie.
Kiedy z językami na brodzie pokonywaliśmy już ostatnie schodki, na drodze stanął
zadowolony z siebie młodzieniec i kiwając paluszkiem odwołał nas na bok.
- Ticket, Sir please, You must buy a ticket.
Okienko kasowe przymusowo oferowało karteczki warunkujące wstęp dalej,
z nadrukowanym ładnym obrazkiem świątyni i napisem: 200 NPR, czyli dwieście
rupii nepalskich.
Wysupłałem zatem dwa dolary, bo wszędzie taki zamiennik był akceptowany.
Wszędzie - ale nie tu.
- Only rupias, Sir, WE DO NOT TAKE OTHER CURRENCIES.
Rupie niestety, właśnie mi się skończyły, a wymiana była możliwa na dole ...

Zatem, podobnie jak i w filmach, trzecia próba była najtrudniejsza.
Ale i ją ostatecznie przeszliśmy.

A całkiem już na serio: w sklepach, taksówkach, hotelach bez problemu
zapłacimy dolarami.
Rzadko zdarza się, żeby ktoś próbował stosować nieuczciwy przelicznik.
Jeżeli nawet, to szkoda z tym się zmagać, bo straty z tym związane
nie będą godne uwagi.
Natomiast tam, gdzie administracja państwowa lub lokalna wzięła sprawy
w swoje ręce, czyli np. bilety do zabytków, bywa, że przyjmują wyłącznie
nepalską walutę.

Ze wzgórza świątynnego widok jest na całe miasto, nazwijmy go "rozległy",
bo słowo "wspaniały" trzeba chyba oszczędzić tu na inne miejsca i panoramy.
Na przykład na Swayambunath właśnie.
Świątynia jest jeszcze inna niż wcześniej oglądane i na pewno warta
przejścia trzech prób.

Image
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 20 Cze 2015 20:50 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
W ostatnim nepalskim dniu miał być Nagarkot a po południu Patan.
Ale co tu ukrywać, lenistwo zapanowało wśród nas, nikomu nie chciało zrywać
się do dnia i pod pretekstem, że niby powietrze mało przejrzyste i Himalaje będzie
kiepsko widać - rano spaliśmy w najlepsze, podczas gdy w Nagarkot słońce
zapalało kolejne szczyty.
Zatem został sam Patan.

Jak zdążyliśmy się już przyzwyczaić, wszystko okazało się być tu ładne i ciekawe.
Pewnie to takie czary związane z miejscem.
W Wenecji zacieki na ścianach i odpadający przy wodzie tynk wygląda fajnie,
a tutaj nawet kwitnące na zielono bajoro ma swój urok.

Image

Starówka lepiej zorganizowana i zadbana niż w Kathmandu, bardziej zaludniona i naturalna
niż w Bhaktapur i ostatecznie tutaj podobało mi się najbardziej.

Image
Image

Właśnie zapłaciliśmy za cappucino w kawiarence przy północnej pierzei rynku, wymienili baterię
w aparacie i z ochotą zabraliśmy się za dalsze zwiedzanie.
Pogoda, mimo nieciekawych prognoz meteo dopisała, nieliczne chmury tylko z lekka przysłaniały słońce.

Do biegu poderwał nas łopot setek skrzydeł.
Razem z chmurą niezliczonej ilości gołębi, sami nie wiedzieć czemu, goniliśmy na oślep.
Basowe dudnienie zdominowało okrzyki ludzi i zwierząt, a falujący chodnik zwalił nas
z nóg.

Sekundy i myśli zaczęły płynąć w zupełnie innym tempie.
Powoli.
- tak, to chyba trzęsienie ziemi,
- siedzimy / leżymy? przy krawędzi placu, no to chyba dobrze, bo
nie ma tu niczego, co mogłoby się zawalić,
- eee tam, to Himalaje, więc pewnie to nic szczególnego, na pewno
od czasu do czasu trochę potrzęsie, postraszy - i tyle.

Dudnienie ustało.
Przerażone ptaki nadal całą gromadą krążyły w powietrzu a przebłyskująco
wesoło słońce zakryła chmura pyłu.
Kilkupiętrowy mandir, przy którym, przed kwadransem, robiliśmy sobie z żoną fotki -
zmienił się w kupę gruzu, a inny stracił dach i widać, lada moment może podzielić los
sąsiada.

Pod gruzami niewątpliwie musieli zostać ludzie.
Ruch dzisiaj był niemały a turyści chyba ze wszystkich zakątków świata
wtykali swoje nosy i aparaty fotograficzne gdzie się tylko dało.

Kanadyjczyk otrzepujący się z pyłu zapytał mnie, czy aby to co widać nie jest
jego sennym koszmarem.
Niestety, nie było.

Kwadrans wcześniej:
Image

i kilka minut po pierwszym wstrząsie:
Image
Kamienny mandir, który jest widoczny na wcześniejszym zdjęciu przetrwał bez większego uszczerbku, tutaj poza kadrem.

Chwilę później pierwszy szok mija.
Nieliczni próbują samodzielnie rozbierać gruzowisko, żeby ratować przysypanych.
Większość sprawia wrażenie jakby uspokojonych - było, przeszło, miałem szczęście,
mnie nic się nie stało.
W stronę placu zaczynają nawet ściągać ciekawscy gapie.

Image

Image

Wygląda na to, że raczej tylko nieliczni przeczuwają, iż problemy dopiero się zaczęły.

Tymczasem trzęsienie ziemi jest jak buldog przyczajony w kącie pokoju - warczy złowrogo
i nie wiadomo, czy na tym poprzestanie, czy rzuci się do ataku.

Warczy - dosłownie.
Co chwilę czuć leciutkie, bardzo delikatne wstrząsy i słychać towarzyszące im pomruki ziemi.

Okolice Durbar Square to wąskie uliczki otoczone wysoką, kilkupiętrową starą zabudową.
Postanawiamy dostać się do najbliższej arterii drogowej - tam powinno być szeroko i - jeżeli iść
środkiem, nic na głowę nie powinno runąć.
Do pokonania jest tylko jedna taka wąska i niebezpieczna w związku z tym ulica.

Idziemy w miarę możliwości jak najszybiej.
Przed mijanym złowrogo wyglądającym wizerunkiem hinduskiego bóstwa palą się
złożone, chyba przed chwilą, ofiary.
Gdy już, już jesteśmy przy końcu ulicy - buldog atakuje.
Image

Biegniemy.
Z tyłu, w oddali osuwa się jakaś ściana, nieco bliżej spada z góry parę cegieł.
Przerażony nastolatek, który wybrał przeciwny kierunek ucieczki, niż my - wpada na Elę.
Zarobiony siniak na policzku, to pierwsze i na szczęście ostatnie obrażenia, jakich doświadczamy.

Po chwili buldog wraca do swojego kąta, a my jesteśmy na otwartej przestrzeni.
Wstrząsy były dwa razy i wszyscy już wiedzą, że trzeba spodziewać się kolejnych.
Dużo ludzi skupiło się na trawniku, na środku ronda, część rozpoczęła marsz środkiem drogi.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 21 Cze 2015 18:20 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Kara! Pozdrawiam! :D

Tutaj mamy już pewność, że skala nieszczęścia jest duża.
Nawet nowe, nowocześnie wyglądające budynki często noszą ślady uszkodzeń.

Image

Śladów paniki nie widać.
Dwa strumienie ludzkie środkiem szerokiej ulicy podążają w swoje strony - jeden na północ,
drugi na południe.
Cały nasz dobytek został w hotelu, na Thamelu, więc wybieramy północ, do przejścia jest jakieś
siedem kilometrów.

Nieco zamieszania powstaje na skrzyżowaniach.
Policja i ochotnicy starają się tam zorganizować wolną drogę dla transportu rannych,
robią to trochę nieudolnie, ale i tak dobrze, że są.
Musimy nieco zmodyfikować zaplanowaną drogę - ulica, którą zamierzaliśmy przejść została
zamknięta przez wojsko - stojący przy niej wielopiętrowy budynek został poważnie uszkodzony
i w każdej chwili może runąć.

Mijamy właśnie zielone tereny wokół stadionu.
Zmieniły się one, trochę spontanicznie, trochę za sprawą policji - w miejsca rozśrodkowania
ludności.
Co chwilę ktoś, chcemy, czy nie, próbuje kierować nas w to bezpieczne miejsce.
Musimy zatem sporo się nagimnastykować, żeby nie dać się oderwać od założonego kierunku.

W zasadzie, to nie ma powodu, żeby się gdziekolwiek śpieszyć.
Gdy trafiamy na otwartą jeszcze jakimś cudem ciastkarnię - postanawiamy się najeść.
Wprawdzie dwukrotnie kolejne wstrząsy przerywają posiłek i w panice wybiegamy na
zewnątrz - pomysł z najedzeniem się, to strzał w dziesiątkę.
Następna okazja ku temu była dopiero blisko 24 godziny później, w samolocie.

Po drodze śmiertelnym zagrożeniem okazują się niewinnie wyglądające słupki i murki ogrodzeniowe.
W przeciwieństwie do ścian budynków nie są dociążone stropem i przewracają się z łatwością,
nawet przy niewielkich wstrząsach.

Image

Dwie godziny później wydaje się, że już po wszystkim.
Odważamy zapuścić się w wąskie uliczki Thamelu i docieramy do naszego hotelu.
Pusto.
Popękane ściany, zgubione i porozrzucane w pośpiechu najrozmaitsze przedmioty, recepcja
z kompletem kluczy zostawiona na pastwę losu, rozsypane na podłodze towary z hotelowego
sklepiku.
Po chwili znajdujemy wszystkich w pobliskim podwórku.
Trochę tu więcej miejsca i dzięki temu można się poczuć bezpieczniej.
Jednak wstrząsy znowu powracają.
Choć tym razem nie są już tak silne, za każdym razem, gdy tylko ziemia zadrży ludzie z płaczem i krzykiem skupiają
się na środku placyku, oby jak najdalej od okalających ścian.

Obsługa hotelu troszczy się o nas nawet tutaj.
Przynoszą nam wodę i kilka paczek zdobytych gdzieś herbatników.
O zabraniu bagażu z pokoju mowy jednak być nie może - piąte piętro, popękane ściany
no i nie wiadomo, kiedy znowu zacznie trząść.
Ostatecznie zawieramy z kierownikiem hotelu umowę - jeżeli przez cztery godziny żadne silniejsze wstrząsy
nie pojawią się - możemy wejść na górę i zabrać walizki.

Cztery godziny później zmierzamy w stronę lotniska.
Idąc z Patan zorientowaliśmy się zawczasu które drogi są przejezdne a które nie.
Dzięki temu walizki holujemy niecały kilometr a później za jakąś astronomiczną cenę łapiemy
taksówkę.

Teren wokół lotniska jest już dość ciasno wypełniony ludźmi i ich bagażem.
Będą tu chyba ze dwa tysiące osób a ciągle przybywają nowi.

Niestety, musimy pozostać na zewnątrz, wstępu do środka terminala bronią wojskowi.
Brak jakichkolwiek informacji na temat pracy lotniska.
Próbuję rozmawiać z jednym z żołnierzy, twierdzi, że dzisiaj żadnych lotów już nie będzie,
czego spodziewać się jutro - on nie wie, po czym każe odsunąć się od pilnowanych przez
siebie drzwi.

Tłum przed wejściem do terminala stopniowo zagęszcza się a amosfera robi nieco nerwowa.
Chwilę później podjeżdża kilka drogich limuzyn a uzbrojeni w broń automatyczną żołnierze
torują przejście ich pasażerom.
Gdzie ja to widziałem? Gdzie ja to widziałem?
Aaa, już wiem.
W kinie - "2012"
Po chwili słychać silniki startującego samolotu.

Na dobrą sprawę zupełnie nie ma gdzie się podziać, trawnik, chodniki są zajęte przez
koczujących, niedoszłych pasażerów.
Nagle dokonujemy odkrycia!
Gdzie w obecnej sytuacji powinno być najmniej ludzi? No gdzie?
W hali przylotów!
Znajdujemy ją na drugim końcu długiego budynku terminala, jest niemal pusta.
Anektujemy rząd krzeseł i rozkładamy swój czteroosobowy biwak.

Pomysł ten przychodzi do głowy widać nie tylko nam, bo poczekalnia z czasem
wypełnia się.

Lista powinności linii lotniczych wobec pasażerów jest dość długa,
niestety, na jej końcu, małymi literami pisze, że wszystko diabli biorą
w wypadku klęski żywiołowej lub wojny.
I linie lotnicze skwapliwie z tego wyłączenia skorzystały.

Indigo Air wywiesiło karteczkę, że w przyszłym tygodniu można zgłosić się
po zwrot pieniędzy za bilet.
China Airlines na podobnym świstku poinformowała, że jej loty są odwołane
a dalsze informacje można otrzymać w biurze w ... Pekinie.
Quatar odesłał niedoszłych pasażerów do placówki dyplomatycznej
swojego kraju, nie pamiętam już w jakim mieście.
Jet Airways, który miał nas wieźć nazajutrz rano nie zdobył się nawet na tyle.

Jedynie Ehtiad stawił czoła sytuacji.
Ich przedstawicielka zza zaimprowizowanego przy chodniku biureczka, jak
mogła starała się wspomagać swoich i nie swoich pasażerów.

W hali przylotów mamy zdecydowanie lepsze warunki, niż ludzie
oczekujący na zewnątrz, gdzie nocny chłód daje się trochę we znaki.

Przebywanie pod dachem ma też jednak i ujemne strony.
Co godzinę, dwie ludzie podrywają się z krzeseł, rozesłanych posłań
i z krzykiem wybiegają przed budynek - nawet niewielkie wstrząsy
wywołują trwogę.
Za każdym razem, na szczęście, kończy się tylko na strachu, choć jedna z arabek,
uciekając w klapeczkach na obcasie - skręca nogę.

Tłoku nie ma - sypiący się z sufitu kurz i stopniowo powiększająca rysa pod nogami
na posadzce powodują, że co chwilę ktoś wyprowadza się na trawnik.

My wierzymy w opinię Zbyszka, który na konstrukcjach żelbetowych się zna i twierdzi,
że nasz budynek nie powinien się poskładać.

Przed zamkniętymi drzwiami terminala jeszcze wieczorem ustawiła się niekończąca kolejka.
Potem druga - konkurencyjna a jeszcze później - trzecia i czwarta.
W efekcie ludzie tłoczą się wokół kompletnie zakorkowanego wejścia, dochodzi do kłótni i przepychanek.
Zastanawiamy się, czy też nie powinniśmy ustawić się w takiej "kolejce" ale nie widzimy
jakiegokolwiek sensu takiego działania.

Przeraża mnie jednak perspektywa poranka - nawet gdyby jakimś cudem, jak obiecuje jeden z żołnierzy,
lotnisko ruszyłoby o ósmej a nasz samolot przyleciał, to nie ma najmniejszej szansy przedarcia się
do środka terminala przez szczelnie otaczający go, coraz bardziej nerwowy tłum.

Już około siódmej słychać silniki samolotu, zatem jest nadzieja, że lotnisko rzeczywiście zacznie
pracę.
Pierwszy zabiera pasażerów na pokład pozarozkładowy samolot Air India do Kalkuty,
wygląda to na lot przeniesiony z wczoraj.

Ponieważ wejście do terminala jest zablokowane przez napierający tłum, przedstawiciel linii w asyście
dwóch policjantów czy żołnierzy próbuje wywoływać osoby posiadające odpowiednią rezerwację.
Cały czas głośno woła "Kalkuta, Air India, Kalkuta, Air India ...".
W odpowiedzi co chwilę gdzieś w tłumie podnosi się ręka z biletem.
Tak wyposażoną osobę nawet najbardziej agresywni kolejkowicze przepuszczają.

Wykorzystujemy tą obserwację.
Gdy godzinę później, teoretycznie przynajmniej, powinien zacząć się check-in dla
naszego lotu, wbijamy się w tłum i zaczynamy się drzeć "Delhi, Jet Airways, Delhi, Jet Airways, Delhi Jet Airways ..."
Zawołanie od razu podchwytują inni, którzy też mają bilety od Jet Airways.
Zadziałało.
Powstaje strumień, który wsysa nas do środka.

Samolotu wprawdzie nie ma, ale też obsługa lotniska nie otrzymała żadnych innych specjalnych dyrektyw,
więc działa na podstawie zwykłych zasad: check-in zacząć na trzy godziny przed odlotem.
Dalej zatem wszystko przebiega najnormalniej w świecie, dostajemy karty pokładowe i trafiamy do
poczekalni.

Widać tu, że wstrząsy lotniska też nie oszczędziły - pęknięcia na ścianach a marmurowa posadzka
w niektórych miejscach mocno zdemolowana.
Wszyscy w napięciu czekają na samolot - przyleci po nas czy nie?
W końcu koła Boeinga z dużym napisem "Jet Airways" dotykają lotniska a w poczekalni rozlegają
się brawa.

Gdy dwie godziny później lądujemy w Delhi, dowiadujemy się, że lotnisko w Kathmandu znów nie pracuje.
Kolejne wstrząsy, które wystąpiły wkrótce po naszym wylocie, były tak silne, że mogło nastąpić
uszkodzenie pasa startowego, więc do czasu zbadania jego stanu, żadne starty ani lądowania
nie będą możliwe.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 21 Cze 2015 18:43 

Rejestracja: 26 Sie 2014
Posty: 1498
@TikTak
Dziękuję i również pozdrawiam. Do tej pory tylko czytałam, podziwiałam zdjęcia i klikając na "Lubię", już czekałam na więcej, więcej, więcej! :-)

Bardzo mi się podoba i relacja, i sama wyprawa. Wyrazy uznania dla uczestników za hart ducha (bo: serpentyny, trzy próby i trzęsienie ziemi).

Ciekawa jestem, co się Wam przydarzyło w Indiach... :-)
Góra
 Relacje PM off
TikTak lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 22 Cze 2015 22:28 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Indie okazały się oazą spokoju i do końca podróży nic nadzwyczajnego
już się nie działo.
No najwyżej ewakuacja hotelu stanowiła pewne urozmaicenie, ale o tym później. :P

Planując podróż, początkowo, mieliśmy przylecieć do Delhi, przespać się i - do domu.
Potem doszliśmy do wniosku, że Agra jest blisko, więc Taj Mahal nie zobaczyć, to byłby grzech.
Gdy zaczęliśmy zgłębiać co jak i za ile, okazało się, że do kompletu trzeba jeszcze odwiedzić
Jaipur, trzy miasta stanowią tzw. "Złoty Trójkąt".

Biur chętnych do organizacji zwiedzania w tym rejonie jest pełno.
Po kilku mailach zdecydowałem się na: http://www.glimpsesofindia.com
O co tylko nie zapytałem lub poprosiłem, dostawałem odpowiedź "no problem".
Chcę w trzy dni objechać trasę którą zwykle robi się w cztery ? - no problem.
Chcę wynieść się z hotelu nie przed 14.00 tylko dziesięć godzin później, przed północą ? - no problem.
Zawiozą nas w nocy na lotnisko ? - no problem.

Cena - to jedyny problem jaki z nimi miałem, ale bynajmniej nie taki całkiem typowy.

Za cztery noce w hotelach, ze śniadaniami, indywidualny transport klimatyzowanym autem na trasie
Delhi-Jaipur-Agra-Delhi, zwiedzanie z przewodnikami, kierowcę, przejażdżkę na słoniach i riksze
w Delhi zażyczyli sobie 145 USD od osoby.
Aha, mieli nas jeszcze w tych pieniądzach odebrać z lotniska a na koniec eskapady tam odstawić.
Wydawało mi się to podejrzanie tanio ale dla hecy zapytałem ile musiałbym dopłacić, gdyby hotele
miały być czterogwiazdkowe.
Cena urosła do 164 USD/os. i trzeba było wpłacić zaliczkę, równowartość 600 PLN za całą czwórkę.

Zaryzykowałem, przekazałem pieniądze, ale szczerze mówiąc, nie bardzo wierzyłem, że ktoś
będzie na nas na lotnisku czekał.

Gdy zatem za barierką dla oczekujących na lotnisku w Delhi zobaczyliśmy Astousha z umówioną
tabliczką "Mr Thomas" - zdziwienie było podwójne.
My dziwiliśmy się, że widzimy Astousha a Astoush dziwił się, że widzi nas, bo nie spodziewał się,
że uda się nam wydostać Kathmandu.

Po horrorze trzęsienia ziemi kusiło nas trochę, żeby przerwać podróż i wracać do domu.
Doszliśmy jednak do wniosku, że gdy zaczniemy zmieniać rezerwacje, czekają nas na pewno
dodatkowe godziny pokuty w lotniskowych poczekalniach.

Zapakowaliśmy się zatem do przeznaczonej dla nas Toyoty Innova.
I w drogę do Jaipur.
I było wygodnie ...
I dobre jedzenie po drodze ...
I na koniec dnia PRYSZNIC !!!
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 27 Cze 2015 15:23 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 245
Loty: 19
Kilometry: 100 280
Wygląda na to, że po Brytyjczykach został w Indiach nie tylko ruch lewostronny
ale również resztki ich arystokratycznego blichtru.
Vinod, nasz kierowca, za każdym razem, gdy któreś z nas próbuje dotknąć
klamki samochodu wyskakuje zza kierownicy i rzuca się do otwierania drzwi.
Poza tym ma uniform i jest poprawny aż do bólu.

Na szczęście po godzinie trochę wrzuca na luz, chętnie opowiada o sobie,
bardzo też interesuje się tym, jak żyje się u nas.
"Yes, Sir" jednak zostało aż do końca objazdu.

Hotel w Jaipur jak i późniejsze noclegi, okazał się rzeczywiście czterogwiadkowy,
nie tylko z nazwy, więc biuro z którym związaliśmy się mogę szczerze i bez
żadnych "ale" wszystkim polecić.

Image
Image
Image
Image

Zwiedzanie Jaipuru trzeba zacząć rano od Amber Fort.
Przez okalające wzgórza ciągnie się mur obronny, na oko wygląda jak gdyby mógł
konkurować z Murem Chińskim a główne zabudowania fortu też w dolinie położone nie są.
W związku z tym, trzeba się nieco wspiąć.
Można w tym celu użyć osobistych nóg, ale praktycznie wszyscy pokonują
trasę na grzbiecie słonia.
A że słoniom później jest gorąco, zabawa kończy się przed południem.
Spóźnialscy słoni nie zobaczą.

Image

Jaipurski Pałac na Wodzie na zdjęciach wygląda bardzo malowniczo.
W oryginale - też.
Zwiedzania jednak żadnego tu nie ma, ot postój na fotki.

Image

Pałac Miejski odwiedzić warto.
Jest to rozległy kompleks zabudowań, tutejszy maharadża nadal tu mieszka.
Architektura specjalnych wrażeń nam nie przysporzyła, ale ominąć byłoby szkoda.

Image

Za to Pałac Wiatrów, dostępny wprost, z ulicy jest jedyny w swoim rodzaju.
Warto przy nim się pokręcić, tak ze względu na urodę budowli jak i toczące
się wokół życie.

Image
Image

Panie w Radżastanie noszą się generalnie bardzo kolorowo.
I to bez względu na to, czy wybrały się do miasta na zakupy czy właśnie ruszają
do pracy w polu albo zasiadają na tylnym siedzeniu rozklekotanego skuterka.

Image

Mimo starań, nie udało mi się namówić małżonki na uzupełnienie garderoby o podobną kieckę.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 27 Cze 2015 21:41 

Rejestracja: 26 Sie 2014
Posty: 1498
Mam nadzieję, że Pani TikTakowa da się jeszcze kiedyś namówić na - przynajmniej - mierzenie sari. To świetna zabawa i bardzo kobiecy strój. Najbliższe dobrze zaopatrzone sklepy - w Londynie. ;-)

Czekam na c.d. i cieszę się, że w Jaipurze nie męczą słoni przez cały dzień.
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 32 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group