Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 60 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
Offline
#21 PostWysłany: 27 Cze 2024 21:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
@sko1czek: ale żeś trafił :D !
Akurat wróciłem z MP, siedzę w recepcji hotelu, ćw którym spałem i rozglądam się za miejscem na kibsumpcje przed powrotem do Cuzco :D
Wczoraj byłem w https://maps.app.goo.gl/wQeijqJhS53x9H9z8. Też było bardzo dobre (szczegóły później), ale bardzo chętnie spróbuję też innej kuchni.
Góra
 Relacje PM off
sko1czek lubi ten post.
 
 
Offline
#22 PostWysłany: 27 Cze 2024 21:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1654
Loty: 724
Kilometry: 1 182 386
srebrny
He he, do Indio Feliz pokierował nas bardzo pomocny właściciel hotelu, w którym spaliśmy; szczerze zachwalał. Poszliśmy, kelner wydał się nam lekko namolny i obślizgły, zniechęcał też wybór europejskich trunków. Zrobiliśmy w tył zwrot i poszliśmy do Green House, który mieści się obok.
Góra
 Relacje PM off  
 
Offline
#23 PostWysłany: 28 Cze 2024 00:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
Inti Raymi to powiązane z przesileniem słonecznym inkaskie święto ku czci Boga Słońca, czyli rzeczonego Inti. Dla Inków było to coś naprawdę wielkiego. Do tego stopnia, że mimo upadku królestwa pod naporem Hiszpanii i plewienia wszystkiego co pogańskie (z punktu widzenia nowej, katolickiej władzy), przetrwało ono w lokalnej tradycji i po latach narodziło się na nowo, choć już w wymiarze nie religijnym.

Czy do Cuzco warto w ogóle przybywać w czasie Inti Raymi? Jak to zwykle bywa, odpowiedź brzmi... "To zależy".
Do samego Cuzco, owszem. Na odpłatną część uroczystości - absolutnie nie. Oto, dlaczego...

Głównym elementem współczesnego Inti Raymi jest kilkuetapowe przedstawienie, które odbywa się najpierw wcześnie rano na zielonym terenie przy Museo de Sitio Qorikancha (a w zasadzie nad nim, bo muzeum jest pod ziemią), potem na Plaza Mayor, by na koniec dnia przenieść się na teren inkaskiego Saqsaywaman, w którym prezentowana jest najważniejsza, finałowa część show. O ile pierwsze dwie są darmowe (ale trzeba być na miejscu kilka godzin wcześniej, by zająć sobie te najbardziej dogodne pozycje do obserwacji), o tyle ostatnia jest odpłatna i to słono. Koszt biletu waha się od 160 do 662 SOL, czyli nawet do prawie 700 zł! Jedynie dla Peruwiańczyków bilety są za 100 SOL (ale tylko najsłabsze miejsca). Jest co prawda również możliwość oglądania tej odpłatnej części z daleka, bezpłatnie, ale mija się to kompletnie z celem (o czym za chwilę).

Ja sam część poranną odpuszczam i po śniadaniu schodzę w okolice Plaza Mayor. Kręcę się w poszukiwaniu dobrego punktu obserwacyjnego, ale jest tu już chyba z ćwierć miliona ludzi. Po prostu, nie mam się jak wcisnąć tak, by być blisko barierek odgradzających teren "spektaklu". Ustawiam się mniej więcej tam, gdzie poprzedniego dnia, pod arkadami w uliczce prowadzącej do Plaza Mayor licząc, że coś zobaczę, gdy uczestnicy Inti Raymi będą się przemieszczać na Plaza Mayor. Faktycznie, pojawia się tu jedna z grup "aktorów" (chyba wojownicy).

Image

Image

Image

Szybko jednak orientuję się, że nie ma jednego zbiorowego przemarszu, lecz poszczególne grupy schodzą się różnymi drogami na Plaza Mayor i to tam właśnie trzeba byłoby być, żeby obejrzeć cokolwiek całościowo. Próbuję zatem przedostać się bliżej centrum akcji, ale o tej porze nie ma już na to szans. W kilku miejscach udaje mi się stanąć co najwyżej w nastym rzędzie i prawie nic nie widzę (tym razem, takich roslych przedstawicieli rasy kaukaskiej jest znacznie więcej, niż poprzedniego dnia).

Image

Image

Image

Rozczarowany wracam na chwilę do hotelu, żeby trochę odsapnąć i spróbować ponownie za jakiś czas. Kto wie, może tłum się przerzedzi? A może na Sacsaywaman będzie lepiej? Co ciekawe, blisko drzwi do mojego pokoju ustawiono dwoje bohaterów tej historii.

Image

Image

Z hotelu wracam na dół (bo HGI jest na całkiem sporym wzniesieniu) i korzystając z Boleto Turistico zaglądam do Regionalnego Muzeum Historycznego, z myślą, że może znajdę tu jakieś ślady Uminy lub jej matki Tetici (komiksowej inkaskiej arystokratki, która wyszła za Sebastiana Berzewiczego). Niestety, nie ma o nich ani jednego słowa. Nie ufam jednak do końca informacjom z tego muzeum, bo nie wydają się kompletne. Nie ma w nim nawet zdania o czymś tak istotnym dla Inków, jak kipu. Będę zatem kontynuował poszukiwania śladów inkaskiej rodziny przybysza z Polski.

Image

Image

Image

Image

Image

Po opuszczeniu muzeum idę w kierunku Plaza Mayor ale jakiś instynkt prowadzi mnie nieco okrężną trasą i wpadam akurat na dużą część bohaterów spektaklu, którzy w szyku paradnym zmierzają ze "sceny" do różnych pojazdów (nawet wojskowych), by udać się nimi na wzgórze Saqsaywaman, na "gran final del espectáculo". Mam ich tutaj wszystkich na wyciągnięcie ręki. Inni z resztą też, z czego korzystają robiąc sobie liczne sesje z "aktorami".

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Pora jest ciągle wczesna, a że nie mam dziś już nic lepszego do roboty, z nieprzebranym tłumem wspinam się najpierw na wzgórze San Cristobal, a potem jeszcze kawałek dalej do jednej z bram wejściowych do kompleksu archeologicznego Sacsaywaman (zwanego przez gringos dla uproszczenia "sexy woman").

Image

W tym miejscu zaczyna się seria decyzji, które sprawiają, że pokonuję dziś dużo więcej kilometrów, niż zakładałem pierwotnie.
Ludzie rozdzielają się tu na dwa potówki - jeden płynie przez tą bramę:

Image

a drugi, odrobinę mniejszy, podąża drogą prowadzącą w lewo od tego miejsca. Chciałem zajrzeć jeszcze na Mirador desde el Cristo Blanco i nie wiem jakim cudem ubzdurałem sobie, że dojdę do niego właśnie tą drogą w lewo. Skutek tego jest taki, że wraz z tłumem, wśród spalin mijających nas autobusów i ciężarówek, docieram do... kontroli biletów. Jest tu bowiem wejście dla tych, którzy wykupili wejściówki na finał Inti Raymi (do których się nie zaliczam). Schodzę zatem z powrotem do tej dolnej bramy i co? Zamiast spojrzeć na mapę i zobaczyć, że kawałek dalej jest odbijająca w prawo ścieżka prowadzącą pod figurę Cristo Blanco, jak ten pacan wybieram jakąś okrężną trasę, która prowadzi najpierw w dół, a potem obrzeżami dzielnicy San Blas i cholernie stromymi schodami w górę, właśnie do figury białego Chrystusa.

Image

Image

Image

Różnymi schodami chodziłem, ale te tutaj naprawdę dały mi w kość. Dobrze, że widok jest chociaż przedni.

Image

Image

Z drugiej strony, gdybym poszedł tą łatwiejszą ścieżką, ominąłby mnie surrealistyczny wprost widok, który czekał na mnie po wyjściu ze schodów na szczycie wzgórza.
Tłoczą się tu tysiące Peruwiańczyków, którzy Inti Raymi świętują w swój specyficzny sposób. Zjechali się tu tłumnie tylko po to, by w spalinach aut, oparach z ognisk i grillii oraz wszechobecnym hałasie spędzić czas w "rodzinnej atmosferze", zajadając się świnkami morskimi.

Image

Image

Image

Kawałek dalej jest wzniesienie z mini kopią Chrystusa z Rio. Ten tutaj, zamiast "biały", powinien mieć przydomek "hipnotyzer". Spójrzcie tylko na jego oczy...

Image

Image

Image

Do Sacsaywuaman jest stąd już tylko krótki spacerek. Dziś wstęp na teren tego zabytku, oprócz części wydzielonej do oglądania z bliska Inti Raymi, jest bezpłatny, ale duża część terenu jest niedostępna z powodu rozstawionych metalowych barierek. Skoro jest za darmo, zwaliło się tu całe Cuzco i okolice, no i oczywiście wszyscy przebywający w okolicy turyści. Jest tu wzgórze, z którego coś tam w oddali widać, co się dzieje na scenie, ale z tego widoku skorzystać mogą tylko ci, którzy są w pierwszej linii obserwacyjnej. Reszta nie ma szans, chyba że korzysta z selfie-sticków, albo wypożyczy plastikowy stołek, który jest tu obiektem pożądania, oferowanyn za 10 SOL przez przedsiębiorczych autochtonów.

Image

Image

Image

Kręcę się tu chwilkę i wracam do miasta z zamiarem zjedzenia czegoś taniej, niż wczoraj. W drodze do hotelu widziałem, że El Mordisco siedziało sporo klientów. Mimo niezbyt przyjemnej nazwy i nie najwyższej oceny, ryzykuję. Cena 20 SOL za "menu vegetariano" robi swoje. Oprócz zupy wybieram Arroz a la Cubana. Oto, jak prezentują się te potrawy:

Image

Image

Image

Powiem tak... Oceny na Googlach potrafią czasem oddać rzeczywistość. Cóż, szału tu nie ma. Jest tanio, można się najeść, ale to jednak tylko zwykły bar, bez krztyny talentu kulinarnego u kucharzy. Najlepsza z tego jest zupa i kompot (chyba z jakiś śliwek), ale drugie to wielkie, pozbawione jakiegokolwiek smaku rozczarowanie. Jutro kontynuuję poszukiwania gastronomicznego zachwytu w umiarkowanej cenie.

Podsumowując kwestię, czy Cuzco w czasie Inti Raymi jest wartościowym kąskiem dla turysty, uważam, że tak. Co prawda, Centro Histórico jest wtedy zatłoczone do granic możliwości, ale kręcąc się po nim znaleźć można miejsca, w których z łatwością zaobserwujemy kolorowo przebranych mieszkańców, czy też uczestników uroczystości.. Najlepsze miejsca, które udało mi się znaleźć to:

https://maps.app.goo.gl/j1ieUv5M7aVtKy989
na oglądanie parady 23 czerwca

https://maps.app.goo.gl/VF22EopfaEDSUX4T8
na oglądanie uczestników Inti Raymi opuszczajacych Plaza Mayor (około 12:30)

A jeśli komuś z Was będzie bardzo zależało na obejrzeniu za darmo samego spektaklu, albo chociaż jego części, to polecam z rana (myślę, że ok. 8:00-9:00 powinno wystarczyć) zająć sobie miejsce pod filarami (pomarańczowe kreski).

Image

Oczywiście, jeszcze lepiej jest zarezerwować sobie stolik lub zakwaterowanie w lokalach z oknami/balkonami wychodzącymi na Plaza Mayor, ale to już nie jest opcja gratisowa. Trzeba się też liczyć z wysokimi kosztami hoteli, choć działając z dużym wyprzedzeniem można się tego ustrzec. Dla przykładu, mój HGI zarezerwowałem z ok. 8-miesięcznym wyprzedzeniem, gdy kupiłem bilety lotnicze i z stawka elastyczna wynosiła wówczas średnio ok. 90 USD, podczas gdy kilka miesięcy później na 23/24.06 ta sama stawka opiewała na ponad 300 USD.

I jeszcze słowo o spektaklu... To, co udało mi się wychwycić, gdy miałem jakikolwiek podgląd "sceny", było strasznie nudne. Jest to zbiór mało porywających układów choreograficznych, patetycznych scenek wypowiadanych przez głównych aktorów z egzaltacją godną teatru z XIX wieku, a to wszystko na zbyt dużej przestrzeni. Najlepiej oglądało mi się retransmisję w TV, podczas posiłku w El Mordisco :D

Image

Uff, wyszedł z tego długi wpis. Kolejne postaram się skrócić.
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#24 PostWysłany: 30 Cze 2024 01:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
Dziś czeka mnie Ollantaytambo, Maras, Moray i dwa rozwody, których w planie wcale nie było.

Marco odbiera mnie po śniadaniu. Nie ma to, jak lomo saltado z rana z peruwiańskimi ziemniaczkami :D . No, a do tego omlet pełen zieleniny, pyszne lokalne bułeczki w kształcie małych "calzone", andyjski ser, bruschetty, świeżo wyciskane soki, domowe (przynajmniej tak smakują) kruche ciasteczka i stos owoców, w tym tych naj, naj, naj... marakuj (a może marakui?). Tutejszy poranny bufet wielce mi odpowiada, bo nie jest niewiadomo jak rozbudowany, ale ma akurat to, co lubię.

Jest 7:00 rano (śniadania serwują tu już od 5:00). Jedziemy najpierw do Ollantaytambo, by być tam przed duża falą grup turystycznych. Pod bramę docieramy szutrowym objazdem, bo jest akurat jakiś remont w miasteczku. Jesteśmy jednymi z pierwszych na miejscu, więc jest przyjemnie pustawo i cicho. Tutejsze ruiny nie są imponujące wielkością, ale położenie mają bardzo urokliwe. Szkoda, że słońce pada o tej porze z niesprzyjającego kierunku, bo słabo widać ruiny "colcas", czyli magazynów, które Inkowie (a może jeszcze ich poprzednicy, Wari?) zbudowali na górze na przeciwko.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po opuszczeniu Ollantaytambo jedziemy przez chwilę główną drogą, a potem zbaczamy, przejeżdżamy przez nie budząc wielkiego zaufania most, jedziemy chwilę klepiskiem wzdłuż torów i szutrową serpentyną dojeżdżamy do "miradoru", którego nie widziałem na Google Maps. Rozciąga się stąd piękna panorama Świętej Doliny. Ten gościu poniżej, to Marco.

Image

Image

Image

Image

Jeszcze kawałek i jesteśmy w Moray. To tu Inkowie prowadzili coś w rodzaju instytutu nasiennictwa. Na poszczególnych tarasach, które różniły się od siebie mikroklimatem sprawdzali odporność różnych gatunków ziemniaków, kukurydzy i zbóż na warunki glebowe. Nic dziwnego, że mają tu teraz kilka tysięcy odmian ziemniaków (a to niby my się uważamy za ziemniaczany pępek świata).

Image

Image

Image

Image

Przy wyjeździe z Moray robi się korek spowodowany kombajnem lokalnego rolnika. Gdy stoimy w korku podchodzi do nas młoda dziewczyna z ok. 5-cio letnią córką i pyta, czy nie moglibyśmy ich zabrać do Maras (miasteczka, nie kolejnej atrakcji). Zabieramy je oczywiście, bo widać, że bidule umęczone. Mama jeździ z miejsca na miejsce i sprzedaje wyroby z wełny alpaki, a córka jej towarzyszy. I tu pojawia się sprawa rozwodowa nr 1 tego dnia.
Pytamy ją o męża, a dziewczyna na to, że ją rzucił i nic nie płaci na dziecko, więc jej Marco mówi, żeby koniecznie wystąpiła o alimenty i ze zdziwieniem słyszę, jak jej krok po kroku klaruje, co i jak (a nie sądzę, by miał osobiste doświadczenia w tym zakresie, bo wygląda na przykładnego męża i ojca). Na poradzie z zakresu prawa rodzinnego zeszło akurat do Maras. Dziewczyna ładnie podziękowała, wyskoczyła z córeczką, a my dalej w drogę... Potem tylko kołacze mi w głowie myśl, że faceci to jednak świnie.

O ile w Ollantaytambo udało nam się uniknąć tłumów, w Salineras de Maras przeznaczenie nas dogania. Liczba mniejszych i większych busów z grupami turystów jest tak duża, że trzeba wysiadać spory kawałek wcześniej i iść do wejścia na piechotę. Spotykam tu po raz pierwszy sporą grupę Polaków, którzy mają objazdówkę po tej części Peru. Słyszę tam co chwilę ich zachwyty i nie przeczę - wizualnie prezentuje się to bardzo ładnie, tym bardziej, że pogoda sprzyja. Świadomość, że jest to jedno z bardzo nielicznych miejsc na świecie, gdzie wytwarza się sól różową, też działa pozytywnie na odbiór tej okolicy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kierujemy się do Cuzco. Po drodze mamy jeszcze jeden punkt planu - Chinchero. Z historycznego punktu widzenia miejsce jest o tyle odmienne od innych, że na jednym wzgórzu koegzystują tu ze sobą kościół katolicki i konstrukcje Inków. Jest to wynik aliansu (a może zdrady?) lokalnego władcy inkaskiego z Hiszpanami. Tutejszy kościół jest bardzo popularny wśród par organizujących śluby - zapisywać się tu trzeba z rocznym wyprzedzeniem, a możliwość powiedzenia sobie w tym miejscu "si" kosztuje kilka tysięcy soli. Niestety, o tej porze jest zamknięty.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W Chinchero daję się namówić, mimo, że doskonale wiem, o co w tym wszystkim chodzi, na wizytę w "zakładzie" lokalnych kobiet trudniących się wytwarzaniem różnorakich wyrobów z wełny alpaki i lamy. Oczywiście, kończy się kupieniem czegoś za cenę, która - jak podejrzewam, bo nie latałem potem po sklepach i stoiskach w Cuzco, żeby to sprawdzić - nie była wcale jakaś atrakcyjna - ale pani Gabriela, która po angielsku opowiedziała mi, jak wygląda produkcja wełny, jak ją barwią, itp., zrobiła to z takim wdziękiem, że nie mogę odjechać z pustymi rękami.

Image

Image

Image

Image

Te różne kolorowe plamy na dłoni Gabrieli, to wynik zgniecenia pewnego owada żyjącego w kaktusach, który sam w sobie jest (po rozgnieceniu) czerwony, ale po dodaniu różnego rodzaju innych składników, otrzymuje się tu całą paletę barw.

Na tym kończy się ten "day trip" (a raczej "half day trip") i po jakimś czasie jesteśmy pod hotelem. Schodzę "na miasto" by popatrzeć na nie bez wczorajszych tłumów, a potem trafiam, trochę na chybił-trafił, do lokalu "Kamari", w którym najpierw zjadam cudownie wręcz pyszny i niedrogi posiłek, a potem trafiam na sprawę rozwodową nr 2....

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Co do jedzenia, to skusiła mnie tablica z informacją o dwudaniowym "menu del dia" za 30 SOL. Myślę sobie, czemu nie, tym bardziej, że na GM oceny są tu o niebo lepsze niż we wczorajszym El Mordisco. Z dostępnego wyboru dań wybieram "Sopa Criolla" i Lomo Saltado, a do tego Qusquena Negra (pyszne piwo, które później bylo trudno dostępne).
Zamówienie przyjmuje pani, która oprócz mnie jest jedyną osobą w pozakuchennej części lokalu (jest dopiero ok. 16:00) i zanosi na zaplecze, gdzie majaczy mi postać męska.
Zaczynam się trochę irytować, gdy będąc jedynym klientem czekam i czekam, ale gdy pani przynosi mi wreszcie zupę, szczęka mi opada... Ta micha ma chyba pojemność wiadra i jest wypełniona po brzegi, a sam smak jest świetny. Jest ugotowana z dodatkiem mleka, więc przypomina nieco tajską Tom Kha i ma w sobie mnóstwo dodatków (makaron, mięso, warzywa).

Image

Image

Zanim ją kończę, dostaję jeszcze drugie danie. Nie wiem, jak to w siebie wcisnę po tej ogromnej porcji zupy, więc nie kończę jej na razie, tylko biorę się za Lomo Saltado i po prostu zamieram. Nie wiem, może to dlatego, że tak rzadko jem mięso, ale to tutaj jest rewelacyjne. Delikatne, nic a nic gumowate, jakby zrobione z najlepszej urugwajskiej wołowiny, a na dodatek jest go na talerzu bardzo dużo. Jestem zachwycony!

Image

Gdy kończę posiłek, widzę, jak pani kelnerka kręci się chwilę na zapleczu, po czym wychodzi. Czekam, żeby poprosić o rachunek, ale nie mam kogo. W końcu pojawia się kucharz, mówię mu, jakie to było "delicioso" i proszę o rachunek. Stoimy sobie przy barze, chwilkę gadamy, a skąd jesteś, a ja pracowałem 2 lata w Szwajcarii, też z Polakami i... nagle widzę, jak gościowi łzy napływają do oczu i wypala mi, że go właśnie żona rzuciła! To ta, co przyjmowała ode mnie zamówienie. No nie, co tu się dzieje w tym Peru? Dobrze, że przynajmniej statystyka wskazuje na równouprawnienie płci w tym zakresie.
Jestem teraz w kropce. Stoję przy tym barze, kucharz-właściciel chlipie i opowiada mi, oczywiście po hiszpańsku, jaki jest nieszczęśliwy, że co on teraz pocznie, a ja chciałbym zapłacić i wyjść, ale głupio tak go zostawić samego. Jeszcze weźmie i się powiesi. Myślę, co by mu tu powiedzieć i wypalam taką oto mądrość życiową:
"Hoy un problema, mañana sin problema!".
Nawet się lekko uśmiechnął (może raczej z politowaniem), wciskam mu pieniądze w garść i zmykam krzycząc na pożegnanie, że wrócę. On zaś jedną ręką wyciera łzy, a drugą macha, jakbyśmy widzieli się jednak ostatni raz (widocznie czuje, że jednak wciskam kit, bo z przyczyn logistycznych nie mam szans, by tu przyjść ponownie, choć bardzo bym chciał).

No i mam teraz poważny dylemat: rekomendować Wam to miejsce, czy nie?

Jeśli kucharz przeżył i żona do niego wróciła, to bez dwóch zdań trzeba tam iść, bo pod wpływem powrotu żony jedzenie jest pewnie jeszcze lepsze i obfitsze (choć raczej już nie tańsze).

Jeśli jednak żona nie zmieniła zdania, to może się okazać, że lokal wkrótce podupadnie, co byłoby wielką stratą.

Dajcie mu może jednak szansę. Znajdziecie go tutaj:

https://maps.app.goo.gl/qexCXjCEHZmxcjE27

(a miało być krócej ;) )
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#25 PostWysłany: 30 Cze 2024 21:03 

Rejestracja: 01 Sty 2019
Posty: 149
Niestety "Kamari" zamknięte więc chyba się nie zeszli od razuImage
Góra
 Relacje PM off
tropikey uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#26 PostWysłany: 30 Cze 2024 23:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
No to klops :(
Z drugiej strony, może lepiej, bo jeszcze z rozpaczy zacząłby truć klientów. Może jednak nie wszystko jeszcze stracone i jest jakaś szansa na reaktywację....
Góra
 Relacje PM off  
 
Offline
#27 PostWysłany: 01 Lip 2024 04:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Sty 2012
Posty: 5521
platynowy
A swoja droga pewnie chlopina nie ma zielonego pojecia jaki stal sie populany en Polonia i ze conajmniej kilkaset, jak nie kilka tysiecy osob zna jego aventuras de amor... :-)
_________________
navigare necesse est
Image
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
Offline
#28 PostWysłany: 03 Lip 2024 01:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
Dziś opuszczam HGI, choć do niego na chwilkę jjeszcze wrócę.

Po śniadaniu wymeldowuję się, zostawiam w recepcji swoją walizę na przechowanie i z samym plecakiem idę na Estacion Wanchaq. O 10:50 ozpocznę tam moją podróż do Machupicchu Pueblo w trybie "bimodal", czyli najpierw autobus do Ollantaytambo, a potem pociąg do stacji końcowej. Wszystko to w ramach najtańszej chyba opcji Perurail, bo łącznie za 99 USD. Nie jest to rozwiązanie może tak wygodne, jak jazda jednym pociągiem na całej trasie, ale pasowało mi najbardziej godzinowo, (bez zrywania się z wyra przed świtem :D ), no i do tego cena jest stosunkowo atrakcyjna.

W drodze na oddaloną na piechotę o ok. 20 min. stację mijam jedną z moich ulubionych uliczek Cuzco - wąską Desamparados. Ulokowal się tu chyba z tuzin zakładów trudniących się produkcją możliwie jak najbardziej błyszczących materiałów i wykończeń, jakie można sobie wyobrazić. Wykorzystuje się je tu do zdobienia tych wszystkich strojów paradnych, sztandarów kościelnych, szat, którymi przykryte są tutaj wszystkie chyba krzyże i do wszelkich innych celów wymagających odpowiedniego wyeksponowania danej osoby lub przedmiotu.

Image

Image

Image

Image

Image

Natykam się również na tą oto specyficzną wkleję. Jeśli ktoś zna hebrajski, chętnie się dowiem, cóż takiego może informacja w tym języku anonsować w Peru :)

Image

Gdy docieram na stację (która nie jest wcale taka łatwa do odnalezienia - wejście jest tu: https://maps.app.goo.gl/4T4Z2nQ1u5hXypPN9) jest tam już sporo ludzi, którzy powoli się odprawiają i przechodzą do jednego z dwóch czekających autobusów. Jest całkiem wygodny, choć przydałoby się w nim WiFi.

Image

Image

Przejazd do Ollantaytambo powinien trwać ok. 2 godzin, ale najpierw z powodu niemiłosiernych korków w Cuzco, a potem przez wypadek ciężarówki między Urubambą, a Ollantaytambo, na stację w tym ostatnim miasteczku przyjeżdżamy z ok. 20-minutowym opóźnieniem.

Image

Image

Image

Jeszcze przed Ollantaytambo, het w górze dostrzegam na skale kapsuły mieszkalne - to chyba ten obiekt: https://maps.app.goo.gl/ugw3g2du3X4y8XP29.

Image

Po dotarciu na stację przesiadam się na pociąg. Jest wypchany po brzegi, ale ja, jak jakiś trędowaty, mam do wyłączonej dyspozycji 4 miejsca i stolik. Aż się rozglądam, czy nie ma tu tabliczki w stylu: "Zona contaminada".
Sam wagon prezentuje się niczego sobie, ale szyby, na pierwszy rzut oka czyste, okazują się kiepskim pośrednikiem między naturą na zewnątrz, a aparatem wewnątrz. Mimo to, trasa cieszy oczy. Na nie tak długim przecież odcinku, przejeżdżamy przez bardzo zróżnicowany krajobraz i roślinność. Są nawet inkaskie (?) tarasy nad rzeką.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Machupicchu Pueblo okazuje się być zadziwiająco zadbanym miasteczkiem. Oczywiście, nie wygląda ono, jak wysokogórski kurort w Austrii, czy Szwajcarii, ale w porównaniu ze szpetotą innych miast w Peru, jest tu sielsko. Co prawda, i tutaj budynki sprawiają wrażenie stawianych na wariackich papierach, ale ściany są otynkowane, gołe cegły są widzialne tylko gdzieniegdzie, a blacha falista - jeśli jest - została dobrze zakamuflowana. Lokalny samorząd jest chyba całkiem sprawny i efektywny. Wszystko jest tutaj wożone elektrycznymi wózkami, co krok są jakieś elementy artystyczne, a psy, mimo że i tu biegają luzem, wyglądają na zaopiekowane. Nie widzę też żadnych śmieci, które tak bardzo ranią krajobrazy w Peru. Tutaj śmietniki są co krok, a do tego przez miasto przejeżdża systematycznie gminna miniśmieciarka, anonsowana głośną metalową kołatką, na której dźwięk pracownicy z restauracji znoszą różne odpady. A już zupełnym przebojem są buty miejscowych policjantów. Jak rzekłby jeden z oficerów z "C.K. dezerterów" - świecą się, jak psu jajca. Mają chyba na to jakiś dodatek finansowy, bo u każdego można się w tych butach przeglądać :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nocleg mam w hotelu peruwianskiej sieci Casa Andina:
https://maps.app.goo.gl/UgRX43mYNa4vSHDH8

Zdecydowałem się na niego z trzech powodów. Po pierwsze, jest zaraz przy stacji, więc nie trzeba łazić i szukać swojego zakwaterowania w plątaninie tutejszych uliczek. Po drugie, z wszystkich przejrzanych przeze mnie obiektów (przynajmniej tych w rozsądnych cenach) tylko ten oferuje porządne, bufetowe śniadanie. No i po trzecie, cena - na Expedii zarezerwowałem go za 56 USD (opcja nie elastyczna była chyba o 10 USD tańsza). Fakt, jest to cena za najtańszy i najprostszy pokój, ale na moją jedną noc jest to absolutnie wystarczające.
Pokoik prezentuje się tak.

Image

Image

Image

Gdyby ktoś się zastanawiał, gdzie jest okno, to zasłania je roleta, a wychodzi ono na... wewnętrzną klatkę schodową :D

Image

Najważniejsze, że jest czyściutko, woda w prysznicu jest gorąca i silna, niczym siklawa, a łóżko wygodne. Nie ma się do czego przyczepić.

Przed snem wypadałoby jeszcze coś zjeść, bo wytrzymać od samego rana tylko na śniadaniu, to chyba nawet buddyjscy mnisi nie potrafią :D
Opierając się na opiniach od wujka google'a trafiam do restauracji Indio Feliz:
https://maps.app.goo.gl/sn8W5YXFTtx2YDRj9

Nie jest tu tanio (trzeba dodać, że gastronomia w Machupicchu Pueblo, z uwagi na położenie miejscowośxi, co do zasady tania nie jest), ale bardzo podoba mi się wystrój wnętrza, mimo że z inkaskimi ruinami w środku wysokich gór ma niewiele wspólnego. Ściany są wklejone m. in. banknotami z całego świata. Tuż nad moją głową niejaki Julian z Lubska przykleił w lutym tego roku naszą dychę. Jeśli to tutejszy, to zapraszam do wystąpienia przed szereg :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zamawiam zupę andyjską i pstrąga z grilla, a do tego zwykłą Cusquenię, bo negry nie ma :(
Wszystko jest bardzo dobre, a pstrąg wręcz świetny, nie tylko z powodu smaku, ale też sposobu przygotowania - nie ma w nim nawet śladu ości, które normalnie są w tej rybie utrapieniem.

Image

Image

Image

Po obfitej kolacji pozostaje zamknąć oczęta (naturalnie w hotelowym pokoju, a nie na restauracyjny stole :D ) i dobrze się zregenerowac, bo jutro będzie dużo chodzenia ;)
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
Offline
#29 PostWysłany: 04 Lip 2024 01:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
Rano, przed marszem na górę, ku Machu Picchu, udaję się na śniadanie. Oczywiście, nie równa się ono z tym w HGI w Cuzco, ale nie ma rozczarowania.

Image

Image

Image

Image

Image

Siadam przy oknie, a zaraz obok mnie, za szybą, koliber spija sobie nektar z kwiatków :) Niestety, jest zbyt dynamiczny dla mojego telefonu.

Wychodzę z hotelu o 9:00. Wejście do Machu Picchu mam wyznaczone na 12:00, ale chcę sobie pójść spokojnie, żeby kontemplować okolicę. Idę wzdłuż rzeki. Gdyby nie przejeżdżające regularnie busy (z których nie korzystam w żadną stronę) chciałoby się napisać: cisza, spokój i piękne widoki, ale z tymi pierwszymi dwoma elementami nie byłaby to do końca prawda.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dochodzę do mostu, przy którym jest budka wartownicza. Na życzenie pokazuję bilet i paszport, a oni na to, że wejście mam o 12:00 i nie mogę jeszcze iść do góry. Jest 9:20, a oni każą mi czekać do 10:00. Owszem, brałem pod uwagę, że będę musiał poczekać na wejście, ale na górze, a nie tu, w dość bezsensownym miejscu. Trochę to nielogiczne, bo gdybym pojechał busem, to nikt by nie sprawdzał, czy nie jadę zbyt wcześnie i mógłbym sobie dowolnie długo kiblować pod bramą Machu Picchu. A może jestem w "mylnym błędzie" i w busie też to teraz sprawdzają?
Cóż, siłą przecież nie wejdę, więc siadam na ławeczce i czekam.
O 10:00 podchodzę, a tu inny gość mówi, że to za szybko i mam czekać kolejne pół godziny. Mówię, że będę sobie szedł powoli, a ten, że powoli to i tak jest jedna godzina, a szybko 45 minut i nie ma dyskusji. Szlag mnie trafia, choć faktycznie dostrzegam teraz małą kartkę z infornacją, że na piechotę wejście jest 1 godzinę przed wyznaczonyn czasem, więc jeśli wejdę o 10:30, to będzie w sumie i tak łaska z ich strony. Mam zatem czas, by pisać zaległy odcinek...

Wreszcie o 10:20 sami podchodzą i mówią, że mogę już zmykać. No to zabieram kiecę i lecę. To znaczy, wcale nie lecę, tylko idę dość równym krokiem, zatrzymując się co jakiś czas na podziwianie gór i zrobienie zdjęć, bo widoki gdzieniegdzie (tam gdzie roślinność nie jest zbyt gęsta) są piękne, zwłaszcza przy takiej pogodzie, jak dziś. Ostatecznie,mimo że nie było to wcale moim zamiarem, przy wejściu do Machu Picchu jestem po 50 minutach, czyli w wersji "rapido", wg strażnika.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po odsapnięciu, bo to jednak nie jest żaden spacerek, tylko regularne zapieprzanie kamiennymi schodami pod górę (ktoś w ogóle liczył, ile ich jest?), podchodzę bliżej wejścia, no i oczywiście zagaduje mnie jeden z przewodników gotowych do świadczenia swych usług.
Rozważałem opcję zwiedzania z kimś, kto mnie co nieco oświeci, więc nie mówię od razu "nie", tylko dopytuję o szczegóły. I tak, od słowa do słowa, umówiliśmy się na 200 SOL i weszliśmy na teren wykopalisk.
Na początku nie byłem przekonany, czy to wydatek rozsądny (biorąc pod uwagę, że już sam dojazd i wejście tutaj swoje kosztują), ale z ręką na sercu mogę napisać, że to był dobry wybór.
Po pierwsze, dzięki Braulio, bo tak nietypowo miał na imię przewodnik, na teren MP wszedłem pół godziny przed czasem wskazanym w bilecie (co normalnie nie jest chyba możliwe). Po drugie i ważniejsze, świetnie i bardzo interesująco opowiadał mi o tym miejscu (tym razem po angielsku :D ). Zamiast zatem przelecieć się po tej w miarę uporządkowanej kupie kamieni zlokalizowaej w ładnej okolicy, przeszedłem Circuito 2 wysłuchując w skupieniu ciekawych informacji przekazywanych przez Braulio i robiąc oczywiście masę zdjęć (i kto to będzie potem wszystko oglądał?).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Muszę przyznać, że przed przybiem tu byłem mocno sceptyczny, bo Machu Picchu wydawało mi się jednym z tych wielu miejsc, do których lgną tłumy głównie dlatego, że... lgną tam tłumy. Ani to przecież zabytek szczególnie wiekowy (szczytową postać przybrał raptem ok. 600 lat temu), ani wyrafinowany artystycznie, bo nie ma tu żadnych zdobień, malunków, czy rzeźb (trudno się dziwić, skoro wszystko co tu było zabrali Amerykanie i zawieźli na uniwersytet w Yale, a jakieś resztki można obejrzeć w Cuzco). Jednak "okoliczności przyrody", w których Inkowie i ich poprzednicy postanowili umieścić to siedlisko, są niesamowite i to chyba głównie one sprawiają, że to miejsce jest tak wyjątkowe. Trudno mi ocenić, jak moje zmysły odebrałyby MP w innej aurze (a widywałem na forum zdjęcia np. z kompletnym zachmurzeniem), ale dziś jest tu po prostu rewelacyjnie.

Po zakończeniu zwiedzania pozostaje zejść z powrotem do Pueblo. Przy budce strażników jestem już po 30 minutach, więc wyszło mi to w opcji "turbo rapido" :)
Odcinek do pueblo pokonuję w towarzystwie dwóch przyjaznych psów. Szkoda, że nie mam ze sobą niczego, czym mógłbym się z nimi podzielić.

Image

Image

Image

Image

Na zakończenie dnia, co by nie powtarzać wczorajszego lokalu, udaję się do poleconego przez @sko1czek Green House, w którym zamawiam tylko jedno danie i naśladując kolegę powyżej (lub jego małżonkę), konsumuję Lomo Saltado. Jest bardzo dobre, ale jednak to przygotowane przez nieodżałowanego rozwodnika z Cuzco pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorcem.

Image

Image

Teraz pozostaje mi posnuć się jeszcze po pueblo, bo pociąg mam dopiero o 20:50. Gdy na dworcu wołają do "odprawy" i przechodzę na peron, moim oczom ukazuje się takie oto.... no właśnie, co to w ogóle jest?

Image

Image

Ni to drezyna, ni szynobus. W środku fotele, jak w poprzednim pociągu, ale śmierdzi spalinami, jak w Jelczu "ogórku" (na szczęście, gdy to coś rusza, spaliny się wywiewają).
Za oknami już kompletnie ciemno, więc robię sobie drzemkę. W Ollantaytambo znowu w miarę sprawna przesiadka na autobus i wio do Cuzco.
Na szczęście, jacyś Peruwiańczycy dogadują się z kierowcą, że wysadzi ich niedaleko Plaza Mayor, więc wysiadam tam i ja, dzięki czemu mam o połowę krótszą drogę do hotelu.
W pokoju jetem ok. 1:00 w nocy, ale kolejnego dnia mogę sobie pospać nieco dłużej, więc z logistycznego punktu widzenia, plan wypalił całkiem dobrze.


Ostatnio edytowany przez tropikey, 08 Lip 2024 11:28, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#30 PostWysłany: 04 Lip 2024 13:45 

Rejestracja: 01 Sty 2019
Posty: 149
Doprecyzowując Twoją relację, wybierając bus też nie pozwolą Ci wyjechać wcześniej. Ale w kolejce 'cuda' się działy jak wybierałeś przewodnika ;) (wtedy tak jak Ty zostałeś wpuszczony na MP przed godziną na bilecie, niektórzy jechali wcześniejszym busem lub nagle byli przed Tobą w kolejce).
Tak pogoda nam się udała :), ja z rodziną wchodziliśmy o 11:00.
PS. Jechaliśmy w tym samym wagonie ciuchci :), ale ten świat mały :)
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
tropikey uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#31 PostWysłany: 04 Lip 2024 15:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
Dzięki za wyjaśnienie dot. autobusu :)
A z tym pociągiem i niemal tym samym czasem wchodzenia do MP, to niezły zbieg okoliczności!
Co do pogody, to nie wiem, czy Wam też to mówiono, ale ponoć przez cały wcześniejszy tydzień było kiepsko, więc dobrze trafiliśmy.
Góra
 Relacje PM off  
 
Offline
#32 PostWysłany: 04 Lip 2024 15:33 

Rejestracja: 01 Sty 2019
Posty: 149
My na Rainbow Mountains mieliśmy także piękną pogodę (01.07) a spotkana para w Arequipa mówiła, że trafili na opady śniegu (to też zeszły tydzień) - trafiliśmy więc w 'okienko pogodowe' ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
Offline
#33 PostWysłany: 05 Lip 2024 22:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
Po nocnym powrocie z Machu Picchu, rano śpię nieco dłużej niż normalnie, tym bardziej, że z Marco jestem umówiony na ostatnią trasę dopiero o 11:30.

Po ostatnim śniadaniu w HGI, a przed spotkaniem z kierowcą, schodzę jeszcze na Plaza Mayor, by odwiedzić Iglesia de la Companía de Jesús. Niestety, w środku nie wolno robić zdjęć, ale zapewniam, że warto tam zajrzeć. Jedyne ujęcia mogę zrobić z wieży tego kościoła.

Image

Image

Image

Image

Image

Jest to jeden z 4 zabytków należących do "sieci" Barroco Andino (https://rutadelbarrocoandino.com/en/). W tym w Cuzco kupuję bilet łączony do wszystkich. Największą gwiazdą tej czwórki jest kościół w Andahuaylillas, zwany górnolotnie "andyjską Kaplicą Sykstyńską". A może wcale nie górnolotnie?

Wracam do hotelu tylko po to, by się z niego wymeldować, tym razem na amen. O 11:30 podjeżdża Marco i ruszamy do Andahuaylillas. Mam o tyle szczęście, że do 20.06 tutejszy kościół był zamknięty w związku z usuwaniem uszkodzeń wywołanych trzęsieniem ziemi, które miało miejsce ok. pół roku temu. Do teraz w miasteczku widać dużo powalonych murów.
W niepozornym z zewnątrz budynku skrywa się zaskakujące wnętrze. Nie spodziewałem się, że w odległym zakątku Peru zobaczę tak bogato zdobione ściany, i sufit oraz ociekający złotem ołtarz. Stosuję się do zakazu robienia zdjęć, więc pokazuję jedynie, jak to wygląda na wielkim plakacie przy kościele i odsyłam do zdjęć w internecie (np. tu: https://maps.app.goo.gl/W8GK9sdDui7WQ18x7).

Image

Image

Image

Image

A jeśli kogoś interesuje coś więcej na temat tego miejsca i procesu jego odrestaurowania, może zajrzeć tu: https://www.wmf.org/project/san-pedro-a ... las-church.

Wpadamy na chwilę również do położonego bardzo blisko kościoła w Huaro (https://maps.app.goo.gl/pSugu1gVPA1uDn788). Tu zakaz robienia zdjęć też obowiązuje, ale przekora się we mnie odzywa i coś tam cykam z chóru.

Image

Image

Image

Image

Kierujemy się już na lotnisko. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w malutkim stanowisku archeologicznym Rumicolca (https://maps.app.goo.gl/hUSoBnhjab6cGCiv8), które było bramą do odwiedzonego przeze mnie pierwszego dnia tutaj Pikillacta.

Image

Image

Image

Image

Docieramy na lotnisko i po pożegnaniu się z Marco udaję się na swój lot do Arequipy. No, może nie od razu, bo najpierw zaglądam jeszcze do tutejszej Sala VIP (na bazie Priority Pass). Jest całkiem w porządku, a co najważniejsze - mają świeże, pyszne maracuje! Wygląda zatem na to, że jest tu po prostu dobry sezon na te owoce, a nie, że to HGI, w którym jadałem je na śniadanie, ma takiego dobrego dostawcę.

Image

Image

Image

Jest spore opóźnienie w boardingu - od rękawa odbijamy o 18:35, a odlot miał być o 18:10. Żeby nie przeciągać spraw w czasie tego dość krótkiego lotu, stewardessy rozdają prowiant zaraz po zakończeniu boardingu. Skądś ten zestaw już znam :)

Image

Image

Mam ponownie miejsce w drugim rzędzie. Maszyna jest tym razem nowsza, niż w drodze do CUZ (ma gniazdko USB). Niestety, tak samo, jak w przypadku wcześniejszego lotu do Limy i do do Cuzco, i tym razem nie udaje mi się połączyć z ich pokładowym WiFi. Jest to dziwne, bo np. w Brazylii miałem ten sam telefon i tam nie było żadnych problemów.
Na godzinnym locie nie ma to jednak wielkiego znaczenia. Gorsze jest to, że WiFi nie ma także na lotnisku w Arequipie, a moja usługa z Orange wykupiona na ten wyjazd nie działa. Nie mam jak zamówić Ubera, więc pozostaje skorzystać z taxi na lotnisku. Pierwszy raz w życiu przystępuję do rozmowy z kierowcą, który zagaduje mnie przy drzwiach. Negocjacje są krótkie, bo... to jedyny kierowca, więc nie walczę intensywnie i z początkowych 50 SOL schodzimy do 40 SOL. Tak, wiem, że można taniej, ale jest już późno, brak internetu, brak innych chętnych - sytuacja raczej bez wyjścia, a nie będę się przecież z kimś o 20 zł. zarzynał. Z resztą, po przebrnięciu przez korek od lotniska do centrum, dochodzę do wniosku, że te 4 dychy, to była jak najbardziej uczciwa cena.
A w centrum noclegi mam tu: Hampton by Hilton Arequipa (https://maps.app.goo.gl/XNrchBxxtpkttqmG6). Szybkie zameldowanie do pokoju narożnego i szybki powrót do recepcji. Dlaczego? Mam w środku tylko 17 st. C, a klima nie ma opcji grzania. Obiecują, że przyniosą grzejnik, ale skracając historię, kończy się tylko na dodatkowym kocu (bo ponoć wszystkie grzejniki już zajęte). Przed zaśnięciem, ostatnie notowanie temperatury, to 16 st. C. Nie wiem, może jestem zbyt wybredny, ale jest jednak nieco za mało.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zanim się położyłem spać, zrobiłem szybką rundkę po okolicy, bo hotel jest świetnie położony, więc całe Centro Histórico jest w zasięgu krótkiego spaceru. I muszę powiedzieć, że pierwsze wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Jest kolorowo, bezpiecznie, z mnóstwem lokali, przyjaznym ludźmi na ulicy, choć trochę zimnawo (ale jestem na to przygotowany). Mam nadzieję, że kolejny dzień podtrzyma te dobre wrażenia.

Image

Image


Ostatnio edytowany przez tropikey, 06 Lip 2024 13:45, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
Offline
#34 PostWysłany: 05 Lip 2024 23:32 

Rejestracja: 15 Sty 2011
Posty: 9869
HON fly4free
O to trafiłeś na ochłodzenie w AQP, bo byłem pewnie jakieś może 2-2,5 tygodnia przed tobą i w pokoju w H było mega gorąco tak że na noc musiałem chłodzić AC po tym jak się nagrzewał w ciągu dnia (okna na wulkan).
BTW Uber ok 25-30 soli (w zależności od pory dnia), więc te 40 nie było aż tak mega zawyżone.
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
Offline
#35 PostWysłany: 06 Lip 2024 04:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
W ciągu dnia było bardzo ciepło, ale różnicę zrobiła pewnie ta ekspozycja pokoju - ja miałem na zachód i to taki słabo naświetlony, więc pokój nie miał się kiedy nagrzać. W trakcie tamtejszego lata to byłaby zaleta, a tak, to kichowato.
No i widoku na wulkan nie było :( (chociaż niby też typ "scenic view").
Góra
 Relacje PM off
marek2011 lubi ten post.
 
 
Offline
#36 PostWysłany: 07 Lip 2024 19:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
Ranek mam rześki, bo jak wspomniałem wcześniej, w Hamptonie zabrakło (rzekomo) grzejników, więc po wykaraskaniu się spod kołdry i 2 koców, trafiam w pokoju w mało przyjemną - przynajmniej z mojego subiektywnego punktu widzenia - temperaturę 15 st. C.

Image

Przebieram się szybko i idę na śniadanie. Pomijając to, że i tu jest jak w psiarni, jestem mile zaskoczymy tym, jak nie hamptonowy jest tutejszy bufet. Z resztą, trzeba napisać, że ten obiekt przypomina typowego Hamptona tylko w drobnym stopniu. Juz samo ulokowanie go w zabytkowym budynku (oczywiście odpowiednio zaadaptowanym i rozbudowanym) jest dość rzadkim dla tej sieci zabiegiem, a i ogólny wystrój wnętrz jest mało schematyczny. Pod tym względem zasługują na pochwały. A wracając do śniadania - tu też duży plus. Jest bardziej rozmaicie i smaczniej, niż w przeciętnym Hamptonie.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przed udaniem się na zwiedzanie, do pokoju dociera moja zbawicielka - peruwiańska (choć pewnie chińska) farelka. Podpytywałem Marco, jak sobie tutaj radzą z chłodem w nocy w tych nieotynkowanych, nieizolowanych mieszkaniach i ponoć używają urządzeń tylko takich, bądź też działających na alkohol.

Image

Na zwiedzanie miasta mam w zasadzie tylko ten jeden dzień, więc staram się zobaczyć możliwie dużo, ale z zachowaniem zdrowego rozsądku.

Prawie vis a vis hotelu jest Templo de la Tercera. Zaglądam tam na chwilę i tradycyjnie przyglądam się figurom sakralnym, które wyglądają, jak modelki z żurnala (gdy to Matka Boska) albo epatują krwią i horrorem (gdy to Jezus).

Image

Image

Image

Image

Po przejściu kilkuset metrów trafiam do niewielkiego muzeum, w której znajduje się "słynna" Juanita. Napisałem to w cudzysłowie, bo podejście do tej kwestii miałem ambiwalentne, by nie rzec wręcz, że sceptyczne. Ot, jakaś tam mumia, czy coś w tym stylu. No więc głąbie (to do mnie), po pierwsze nie żadna mumia, tylko kompletne (nie pozbawione wnętrzności) ciało 11 - 12-letniej dziewczynki, które nie uległo anihilacji dzięki działaniu mrozu. A po drugie, jest to ciało dziewczynki, która podobnie jak kilkanaścioro innych dzieci w podobnym wieku, które zostały najpierw odurzone, a potem rytualnie zamordowane ciosem w głowę i pochowane w ofierze złożonej bogom (prawdopodobnie po to, by namówić ich w ten sposób do zakończenia erupcji wulkanicznych). Niestety, naukowcy są niemal pewni, że ciał jeszcze przybędzie.

Image

Image

Image

Image

Image

Wizyta w muzeum nie jest bardzo długa. Najpierw jest kilkunastominutowy film pokazujący ekspedycję Johana Reinharda (od jego imienia nazwano dziewczynkę), a potem, grupami językowymi, podąża się za przewodnikiem, który pokazując różne eksponaty snuje historię, której finał spoczywa w lodowym mauzoleum w ostatniej sali. Niestety, w całym muzeum nie wolno robić zdjęć, więc zamieszczam substytut - jeden z wizerunków Juanity dostępnych w sieci:

Image

Pochodzi on z artykułu informującego o "udostępnieniu" Juanity zwiedzającym (https://andina.pe/agencia/noticia-museo ... 19970.aspx). Jestem zaskoczony, że to stało się tak niedawno temu.
Swoją drogą, ciekawe, że nawet tu dziewczynka jest nazywana mumią, co zupełnie nie pokrywa się z rzeczywistością.

Muszę przyznać, że się po prostu wzruszyłem, gdy ją tam oglądałem. Nie dość, że jacyś dorośli wpadali (wpadają i wpadać będą) na pomysł, że jakiejkolwiek maści siły wyższe oczekują od ludzi poświęcenia życia, by osiągnąć jakiś cel, to jeszcze dziwnym trafem wskazują do tego poświęcenia nie siebie samych, tylko niewinne dzieci. Parafrazując Lorda Farquaada, tok myślenia tych dorosłych jest z grubsza taki:

"Drogie dziecko - zginiesz ale jest to poświęcenie, na które jestem gotów".

Metody dokonywania tego poświęcenia zmieniają się w ciągu wieków, a efekt jest wciąż taki sam. Te śmierci są bezsensowne. I gdy patrzy się w puste oczodoły Juanity otoczone skóra jasną od przypadkowej ekspozycji na światło, odnieść można wrażenie, że spogląda ona gdzieś w dal, szukając odpowiedzi na pytanie: czy naprawdę warto było mi to zrobić?

Na końcu filmu otwierającego zwiedzanie jest wzniosła teza, jakoby Juanita poświęciła się dla swego ludu. Tak, jasne.... Chciała umrzeć tak samo jak wszystkie inne dzieci, których ciała spoczęły na wulkanach dominujących nad dzisiejszą Arequipą.

Po wyjściu z muzeum otrząsam się jakoś z tej smutnej historii. Miasto mi w tym trochę pomaga, bo jest jasne, a dookoła mnóstwo młodych ludzi. Ich na szczęście nikt raczej na szczyt wulkanu nie wyśle. Zamiast tego, wieczorami ćwiczą na skwerach układy taneczne.
Zaskakują mnie też kierowcy, którym zdarza się zatrzymać przed przejściem dla pieszych i przepuścić mnie na drugą stronę. To chyba jakiś lokalny fenomen. Choć, żeby nie było tak słodko, szybko dodaję, że to nie reguła, a w godzinach szczytu sytuacja bywa tu makabryczna.

Będąc przy tutejszej Plaza de Armas, zaglądam na moment do jeszcze jednego kościoła - Templo La Compañía de Jesús Arequipa.

Image

Image

Image

Image

Image

Kolejnym punktem dzisiejszego programu jest klasztor Santa Catalina. Jeszcze do końca lat 50-tych XX w., gdy Arequipa została dotknięta silnym trzęsieniem ziemi, pełnił swą pierwotną funkcję, ale potem został wzięty pod opiekę przez prywatną firmę pod wiele mówiącą nazwą Promociones Turisticas del Sur SA, która przekształciła go w bardzo ciekawy i rozległy kompleks muzealny, otwarty dla publiczności od 1970 r.
Nawet bez wnikliwego wczytywania się w różne tabliczki informacyjne, trzeba tu spędzić minimum półtorej godziny, żeby obejrzeć wszystkie pomieszczenia i zaułki. Polecam z czystym sumieniem

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zgłodniałem, więc kieruję się do Mercado San Camilo. Podobnie, jak w Cuzco, sprzedawcy wszystkiego, co możliwe, okupują nie tylko sam targ, ale również (albo raczej "przede wszystkim") ulice na przestrzeni kilku przecznic wokół Mercado. A w środku pożywienie nie tylko dla ciała, ale i dla ducha - w sąsiedztwie swinskich łbów i zieleniny odbywa się właśnie msza święta.

Image

Image

Krok dalej alejki z owocami i stragany z tuzinami gatunków ziemniaków.

Image

Image

W alejce "soczystej" zamawiam mix pomarańczowo-mangowo-cośtamowy, który jest dobry w smaku, ale bez znacznie mniejszy w porównaniu do tego w Pisac (a cena ta sama).

Image

Image

Idę va banque i na posiłek wchodzę do jednego z kilku sąsiadujących ze sobą lokali nastawionych zdecydowanie na rodowitą klientelę, której za 18 SOL oferują menu ejecutivo, jak poniżej.

Image

Image

Image

Image

Jak za tą cenę, trudno narzekać. Zupa obfita i "napakowana" (choć niektórych elementów nie konsumowałem), Lomo Saltado bardzo przyzwoite, kompocik super, a kisielku nie weryfikowałem.

Posilony kieruję się na przeciwlegly koniec centrum Arequipy, na Mirador de Yanahuara, skąd powinien rozciągać się ładny widok na miasto i wulkany. Panorama okazuje się nie aż taka ładna, ale sama Yanahuara (bo to jakaś odrębna dzielnica) jest bardzo sympatyczna. Na wysadzanym wielkimi palmami placu odbywa się akurat jakiś festyn, młoda para ma sesję foto, a młodzież nastoletnia szykuje się do imprezy swojej dzianej koleżanki (obchodzącej pewnie swoje 18., a może 16. urodziny).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wracam na chwilę do pokoju, z którego obserwuję zapadający zmierzch.

Image

Generalnie, chodzę na tym wyjeździe dość wcześnie spać, ale dziś, przy tak centralnej lokalizacji hotelu mam dość zapału, by się jeszcze chwilę poszlajać. Ledwo wychodzę, a do mych uszu dociera głośna muzyka i tłumne okrzyki. Podążam chwilkę w tym kierunku i trafiam na.... coroczną paradę Gay Pride :D .
Cóż, całe moje stereotypowe myślenie o Peru, jako kraju dość konserwatywnym, lega właśnie w gruzach, bo wygląda na to, że większość tutejszej młodzieży (przynajmniej w Arequipie), to członkowie społeczności LGBTQ+. Tak, czy inaczej, zabawa jest przednia :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jutro o 8:00 odbieram auto, więc nie towarzyszę zbyt długo paradzie, by w trakcie jazdy po peruwianskich drogach być czujnym, czwartym i gotowym.

Image


Ostatnio edytowany przez tropikey, 08 Lip 2024 11:34, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
Offline
#37 PostWysłany: 08 Lip 2024 07:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 Lip 2013
Posty: 139
niebieski
Ehh, zatęskniło się.

A czy w Santa Catalina nadal hodują świnki morskie?
Góra
 Relacje PM off  
 
Offline
#38 PostWysłany: 08 Lip 2024 07:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
Wydaje mi się, że nie, bo zwiedziłem to miejsce (tak mi się zdaje) dokładnie, ale głowy nie daję.
A gdzie one były w czasie Twojej wizyty?
Góra
 Relacje PM off  
 
Offline
#39 PostWysłany: 08 Lip 2024 09:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 Lip 2013
Posty: 139
niebieski
Miały swoje miejsce w dziurze w murach, ale zabij mnie, nie pamiętam w którym miejscu dokładnie ta dziura była. Zresztą to było wieki temu, może już ich nie ma.

Mam zdjęcie pamiątkowe, tak to wyglądało:

Załącznik:
Arequipa49_s.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
tropikey uważa post za pomocny.
 
 
Offline
#40 PostWysłany: 08 Lip 2024 09:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 7964
platynowy
To chyba ich już nie ma, ale wcale się nie zdziwię, jeśli ktoś zaraz wrzuci aktualne zdjęcie i okaże się, że jestem gapa :D
Góra
 Relacje PM off
diana lubi ten post.
diana uważa post za pomocny.
 
 
 [ 60 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group